poniedziałek, 7 października 2019

Poroniłam - Nie jestem trędowata


źródło


To będzie jeden z najbardziej prywatnych z moich wpisów na blogu. Każdy, kto mnie tutaj poznał, wie bądź wiedział, że nigdy nie byłam dzieciowa. Chociaż nie twierdziłam, że nigdy tego nie zaznam, ale będę szczera. Macierzyństwo nie było moim priorytetem. I nagle, pewnego dnia, całkiem nie dawno zobaczyłam. Te dwie kreski na teście ciążowym. Jeśli oczekujecie wyznania, że nagle zaczęłam skakać z radości, będziecie w błędzie. Nie skakałam, przeciwnie. Byłam przerażona. Bałam się jak diabli. Chciałam płakać, bo zrozumiałam, że moje życie się zmieni. Bo już będę odpowiedzialna z to małe coś, co znajdowało się w moim brzuchu.

I tak, nie byłam szczęśliwa. Gdzieś w głowie, jednak zaczynałam czekać. Na pierwsze bicie serduszka, na to wszystko, co będzie kolejnym etapem mojej ciąży. Wprawdzie nieplanowanej, mocno nie o czasie, ale jednak mojej. Czułam te zmiany w sobie. Nawet zaczęłam wybierać imię... Zastanawiać czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. To było takie naturalne, wybieganie w przyszłość.

I nagle, ta przyszłość runęła. I nie było to spektakularne jak w filmie. Nie było nagłego zwrotu w wydarzeniach.

Pojechałam sprawdzić, czy wszystko w porządku, czy leki, które dostałam, dobrze działają. A już na wstępie usłyszałam, że w moim brzuchu są resztki". Tak, dokładnie tak. Resztki po poronieniu. Którego ja tak naprawdę nie czułam! Nie miałam pojęcia, że do czegoś takiego doszło.

Wiecie, jak wygląda usuwanie takich resztek? Słyszeliście termin — łyżeczkowanie? Ja bym to nazwała podróżą do piekła.
Bo tak się właśnie czułam. Jakby znalazła się w samej czeluści piekielnej. I nie pisze tego w ten sposób, by ładnie brzmiało.

Rzekomo ów zabieg powinien być wykonany w uśpieniu, rzeczywistość jest nieco inna, może wybranki losu dostępują tego zaszczytu. Mnie niestety przypadło odczuwać, jak fragment po fragmencie, lekarz wyłuskiwał moje "resztki". Resztki, które jeszcze tak niedawno miały być moim dzieckiem.

Nie mam jednak zamiaru skupiać się na samym zabiegu. Co jest najgorsze dla kobiet po poronieniu? Że są niewidzialne, czują się jak trędowate. Niektóre oczywiście chcą przeżywać ten stan samotnie. Przeżywać swoją żałobę w odosobnieniu. I ja to rozumiem. Niestety zauważyłam, że otoczenie, zupełnie nie wie, jak rozmawiać z kobietą, która powie — poroniłam. Nagle, wszyscy milkną. Uciekają. Boją się. Czego? Przecież tragedia już się wydarzyła. Przecież to nie Wasza wina. Jeśli znajoma, siostra, kuzynka, czy ktoś Wam bliski o tym mówi, to widocznie potrzebuje się z tym podzielić, bo widocznie nie potrafi sobie z tym sam poradzić. Bo ten ciężar jest zbyt wielki. I chociaż na jedną chwilę, potrzebuje pomocy.

I ja nie mówię, że musicie głaskać po główce, chyba że ktoś o to poprosi, ale na Boga, nie uciekajcie! Nie róbcie nagłego odwrotu. Wystarczy zapytać, jak Ci pomóc, czy chcesz o tym porozmawiać? Czy może po prostu wspólnie pomilczeć?

Wiecie jakie to uczucie? Ból fizyczny przeplata się z bólem psychicznym. Gniew i żal towarzyszą cały czas. I tak naprawdę, nie wiadomo kogo obwiniać? Każdy dzień, każda minuta jest wypełniona stratą.

I jeśli mogę dać dla Was radę, dla tych, którzy kiedyś może będą musieli stawić czoła takiej informacji. Nigdy, przenigdy nie mówcie kobiecie, która straciła dziecko — będziesz miała kolejne. To chyba najbardziej nietrafione i barbarzyńskie słowa, jakie mogą przyjść do głowy. Ta kobieta nie myśli o potencjalnym następnym. Cierpi i rozpacza, za tym, które miało być teraz. I być może, już nigdy nie zdecyduje się na kolejną próbę.

Ja Was proszę, w swoim imieniu i tych kobiet, które może znacie, może kiedyś staną na waszej drodze. Jeżeli wyznają Wam te straszną prawdę, nie odwracajcie się od nich. Spróbujcie im przez małą chwilę odebrać ten ciężar, złapać wytchnienie. Ja wiem, to jest zazwyczaj szok, bo co powiedzieć? Ano czasem wystarczy jedno stwierdzenie — Jestem z Tobą. Nic więcej, Tak po prostu.
W moim przypadku to wyglądało i wygląda tak, że miałam i mam potrzebę o tym mówić. Bo inaczej chybabym zwariowała. Zresztą, może już tak się stało? Nie wiem. Chciałam podziękować Kasi, Ty wiesz. I gdyby nie Twoja wiedza medyczna i ta druga, chyba bym nie dała rady. Nie masz pojęcia, jak bardzo mi pomagasz.

Dziękuję moim dziewczynom z pracy. Nie wiem, czy przeczytają ten post. Gdyby tak się stało, wiedzcie kochane, że Waszego wsparcia tamtego dnia, nie zapomnę do końca życia. I życzę każdej kobiecie, by na jej drodze, stawali tacy ludzie. Bezinteresownie pomocni. Mimo że obcy, a tak bardzo bliscy. Dziękuję.

Tak, poroniłam. Straciłam dziecko. Nie jestem trędowata.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...