Royal. Kraina z jedwabiu



Wyczekiwałam kontynuacji tej serii, wręcz odliczałam dni do premiery i tego, kiedy w końcu będę mogła usiąść i poczytać. Bo kto zapoznał się z moją poprzednią opinią, ten wie, jak bardzo przypadła mi do gustu pierwsza część. Tego samego oczekiwałam od drugiej. Czy tak było? I świat wykreowany przez Valentine Fast, uwiódł mnie ponownie? O tym już za moment.


 
Dziewczęta obstawiają, kto jest księciem — nie tylko one, bo ja również. Atmosfera panuje dosyć napięta, bo każda chce zwrócić na siebie uwagę młodzieńców, zwłaszcza że jest ich tylko czterech, a ten najważniejszy, tylko jeden. Konkurencja więc jest spora.

Tania oczekuje chwili, gdy będzie mogła ze spokojnym sumieniem opuścić to miejsce. I chociaż plan nieco się skomplikował, bo jeden z młodzieńców, zawrócił w jej głowie, a ona, jako panna niemająca żadnego doświadczenia z chłopcami, ma problem z własnymi emocjami. W dodatku wszystko się dzieje się w koło jest grą, na której końcu, pozostanie tylko jedna zwycięska para.

Dziewczyna jak powtarzała na początku, tak i teraz utrzymuje, że na finale jej nie zależy, poza tym, zdaje sobie sprawę, że nie ma żadnych szans, oczywiście tylko ona tak myśli. Reszta konkurentek ma zupełnie inne zdanie, niektóre nawet próbują zepsuć groźnej rywalce opinię, ale i nie tylko. Na co nasza główna zainteresowana, zareaguje dosyć osobliwie.

W końcu dziewczęta otrzymują zadanie, nie jest ono łatwe, ale Tania ma pomysł i wie jak wykonać, by wraz ze swoją współlokatorką, mieć szansę w jego wykonaniu.

Na sam koniec, okażę się, kto szczęśliwie przejdzie do następnego etapu, i te, które będą musiały się pożegnać i pożegnać z szansą, niewygraną swojego życia.

Pozostaje najważniejsze, czy Tania, która bardzo chciała opuścić to miejsce, będzie miała szansę, i jak będzie wyglądała sprawa pierwszego zakochania się?
 
 


Och, och, jakże mam mieszane uczucia, po zakończonej lekturze. Przede wszystkim, zacznę od tego.
 
Droga autorko, nieładnie, tak pogrywać z czytelnikami. Ja wiem, poziom historii jest niski, grupa docelowa odbiorców to nastolatkowie, ale naprawdę? Trzeba było tego taniego chwytu, zresztą dawno temu wyświechtanego. No przecież do połowy, nic, ale to kompletnie nic się nie dzieje. Zastanawiałam się, po co i na co, zostało upchnięte te mdłe i niczego niewnoszące dialogi.

Tania ciągle płacze albo się denerwuje, albo sama nie wie, czego chce. I ok, ma prawo, tylko do jasnej ciasnej, NIE POŁOWA KSIĄŻKI. To naprawdę nie było fajne, czytać i zastanawiać się, czy czasem nie lepiej odłożyć i po prostu sobie odpuścić. Bo ja, naprawdę czekałam, i nie, nie oczekiwałam szaleństwa, ale jakiegoś poziomu.

Później, odniosłam wrażenie, że autorka nagle się przebudziła. Doszła do wniosku, że jednak trzeba coś zrobić, by czytelnicy sięgnęli po następną część, i wolno, bo wolno i w ślimaczym tempie, zaczęło się dziać. I znowu was rozczaruje, nie było niesamowitego zwrotu akcji, nie zostałam wciśnięta w fotel. Szczerze mówiąc, właśnie tego się spodziewałam. No i zakończenie, oczywiście skonstruowane tak, by chcąc nie chcąc, zapoznać się z trzecim tomem, a raczej tomikiem.

Bo nie oszukujmy się, kto ma książki, ten wie, że są one anemiczne. I śmiało, można było zmieścić się w dwóch osobnych tomach.

Jest mi przykro, ponieważ byłam nastawiona, na naprawdę kolejną dawkę, fajnej zabawy, a tak naprawdę, wynudziłam się, by później, poczuć po prostu niesmak. Bo wielu autorów, bawiło się właśnie tym sposobem, połowa fabuła flaki z olejem, a później, nagłe ratowanie, by publika przyszła po kolejne. Nieładnie. Wystarczyło napisać mniej, a porządniej.

Sama ciekawość, kto jest księciem, jaki historia będzie miała finał, jest niewystarczająca. Owszem, nie oczekiwałam lektury wysokich lotów, niestety, nie nastawiłam się na nudę. Nie chcę się całkowicie zniechęcać, ponieważ, może tutaj coś poszło nie tak. Jednak kłamać i wmawiać, że znowu jestem zachwycona — nie umiem. Mam nadzieje, że trzecia część, mnie nie rozczaruje.

Cóż mogę więcej napisać, myślę, że wszystko zostało powiedziane. Decyzje o przeczytaniu, pozostawiam Wam.




Za możliwość przeczytania książki, dziękuje wydawnictwu Media Rodzina.


Czytaj dalej...

Dance, sing, love. Miłosny układ



„Technicznie rzecz biorąc, nie przyczynił się do złamania mi serca. Niczego mi nigdy nie obiecywał. Sama sobie to uroiłam. Nas. Jednak nie ma żadnych nas.”

ONA
Livia Innocenti ­– tancerka, pasjonatka od urodzenia, kobieta młoda, ale ambitna, która nie pozwala na to, by coś zepsuło jej karierę. Nie boi się nowych wyzwań, wyjazdów, poznawania nowych ludzi, kocha to, co robi, nie widzi siebie w innym zawodzie. Życie uczuciowe? Serce po przejściach, przeżyło dwie zdrady i nadal bije. Szuka miłości? Niezupełnie, jej aktualnym zajęciem jest występowanie na koncertach sławnych gwiazd i tańczenie w ich teledyskach. Wydawać by się mogło, że ma wszystko, czego pragnie, i nic jej nie jest więcej potrzebne do szczęścia.

ON
James Sheridan – urodzona gwiazda muzyki, bożyszcze nastolatek, którego kariera nabrała tempa, gdy był jeszcze dosyć małym chłopcem. Lekki furiat, niecierpliwiec i fan dobrych imprez. Ciągle podróżuje, koncertuje, wydaje nowe single. Uwielbia być w centrum uwagi. W wolnych chwilach lubi „zabawić się” z nowo poznanymi dziewczynami. Życie uczuciowe? Teoretycznie w związku z piosenkarką, ale kryzysy pojawiają się systematycznie, relacja z przeszłością. Bogaty, przystojny, utalentowany, czego chcieć więcej?


ONA i ON?
Spotykają się w pracy. James ma brać udział w koncercie dla fanów, a Livia razem z zespołem została wybrana do współpracy, jeśli chodzi o wrażenia artystyczne. Na pierwszy rzut oka skaczą sobie do gardeł, nie potrafią znieść swojej obecności. Dziewczyna ma ochotę wydrapać piosenkarzowi oczy i nie umie traktować go tak, jak on sobie tego życzy. Jednak… mężczyzna jest nią zaciekawiony i z nieznanych sobie powodów próbuje spędzić z nią jak najwięcej czasu. W konsekwencji dochodzi do tego, że zaczynają się poznawać, a co więcej – nie są już osobnymi jednostkami – stają się parą kochanków. Nie mówią o swoich uczuciach, nie chcą się do nich przyznać, traktują to wszystko jako relację bez zobowiązań. Jednak z biegiem czasu Livia przestaje się oszukiwać, podejmuje konkretną decyzję, która może zaważyć na dalszym życiu i karierze zarówno jej, jak i Jamesa.

Co na to gwiazdor? Czy będzie potrafił docenić tancerkę i jej postanowienia? Czy może jednak za wszelką cenę spróbuje postawić na swoim?

SZOK I NIEDOWIERZANIE
Czytając tę pozycję, odniosłam wrażenie, że mam do czynienia z doświadczoną autorką, której pióro jest nienaganne, a wieloletni kunszt, jaki posiada, nie pozostawia pola do krytyki. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy przeczytałam (dopiero będąc w połowie powieści, przyznaję się bez bicia), że trzymam w swoich dłoniach DEBIUT. Niesamowite uczucie, moi Drodzy! Byłam i w sumie nadal troszkę jestem w ogromnym szoku, gdyż już dawno żadna z książek, które miałam przyjemność czytać, nie pochłonęła mnie i mojego czasu tak bardzo, jak Dance, sing, love. Miłosny układ.

ROZMAITOŚCI
Historia Jamesa i Livii sama w sobie wydaje się czymś banalnym, na co niekoniecznie warto poświęcać uwagę i czas. Ileż razy można czytać w kółko o relacji, która powstaje między mężczyzną a kobietą i pojawia się tam, gdzie nie powinna. Jednak… muszę przyznać, że ta pozycja ma w sobie coś niesamowitego. Nie skupia się tylko na jednym wątku – co od razu oceniam na wielki plus – czytelnik się nie nudzi, nie ma dość mdłych dialogów, które do niczego nie prowadzą. Pojawiają się bowiem bohaterowie, których jest mnóstwo, a każdy z nich ma kompletnie odmienne cechy charakteru, wyglądu, podejścia do życiowych spraw. Całościowo przedstawia się to niesamowicie spójnie, a książkę „połyka się” dosłownie w parę dni.

NIE MOGŁAM SIĘ ODERWAĆ
W pewnym momencie nie miało dla mnie znaczenia to, czy siedzę na wykładzie, mam okienko, leżę pod kołdrą w pokoju i jest druga w nocy. Ważniejsze było życie bohaterów Dance, sing, love. Miłosny układ. Siedziałam z wypiekami na twarzy i przeżywałam razem z nimi każdą potyczkę, radość, smutek, miłość i kryzys. Mówię Wam, Kochani, coś wspaniałego!

CIERPLIWOŚĆ POPŁACA
Gdy tylko zauważyłam, że mam w rękach coś tak świetnego, zaczęłam szukać jakichś wieści na temat dalszej twórczości autorki. Wiecie co? Będą kolejne tomy! Nie macie nawet pojęcia jak bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość. Zazwyczaj jestem niecierpliwcem. W tym wypadku jest tak samo, bowiem nie mogę się doczekać co też Layla Wheldon wymyśli następnym razem. Już teraz wiem, że muszę to mieć!

REASUMUJĄC
Nie muszę chyba pisać wprost, czy polecam tę powieść. Wydaje mi się, że wniosek nasuwa się Wam sam. Cieszę się przeogromnie, że nareszcie trafiłam na coś, co mnie w jakiś sposób porwało, zaciekawiło, pobudziło szare komórki do myślenia, a co najważniejsze – książka zabrała mnie do innego świata, a przecież chyba o to też czasem chodzi, prawda? Pozycja pozwoliła mi się oderwać od kłopotów i problemów dnia codziennego. Totalnie wpadłam w życie muzyków i tancerzy, ich wyprawy po świecie i różnego rodzaju perypetie. Zdecydowanie czekam na więcej. A Wy, kochane Kobietki (nie ukrywam, że jest to historia bardziej dla pań), biegnijcie do księgarni po swój egzemplarz. Ogromne emocje i fascynacja gwarantowane.

„Podobno doceniamy coś, dopiero jak to stracimy. Tak samo jest z ludźmi. Rozumiemy, jak bardzo są dla nas ważni, gdy musimy pozwolić im odejść.”

Książka przeczytana dzięki współpracy z booknieci.pl.

Czytaj dalej...

Bez pożegnania

źródło



Chyba większość czytelników zna Mie Sheridan, jeśli nie czytało jej książek, to na pewno w oczy rzucił się okładki, które są charakterystyczne dla książek autorki. Oczywiście wydawanych tutaj u nas, nie wiem, jakie są w innych krajach. Wiemy, jednak o co chodzi. No i z autorką jest tak, że pisze schematycznie, historie są przeważnie trudne, gdzieś przewija się tragedia, okraszona zakazaną miłością. Przeczytałam już kilka tytułów. Jedne mi podeszły, drugie wcale. Jak było w przypadku Bez pożegnania"? O tym już za chwilę.


 
Lia jest zwykłą biedną dziewczyną. Może nie tyle zwykłą, po prostu biedną, a jak mówi powiedzenie — nie ma ludzi brzydkich, są po prostu biedni. Nawet jeśli masz urodę, a pochodzisz z nędzy, trudno będzie przetrwać w brutalnym społeczeństwie. O czym dobrze wiedziała Lia. Mieszkała w nędznej chacie, razem z matką, która nie szczędziła córce przykrych słów. Obie miały trudne życie.

Dziecko urodzone w wyniku gwałtu, strata ukochanego. Nie umiałam obwiniać tej kobiety, o to, że była tak mocno zgorzkniała. Może i próbowała kochać Lię, ale wydarzenia, które na nią spadły, zrobił swoje.

Dlatego dziewczynka ucieka z tak zwanego domu, by pobyć z dala od bolesnych słów, kierowanych pod jej adresem, od spojrzeń grymasu matki i wreszcie od ciasnoty ich chaty.

Ostoją okazuje się farma, gdzie Lia zakrada się po kryjomu, pooglądać piękny dom i rodzinę niemalże idealną. Z dala w ulubionym miejscu puszcza wodzę fantazji.

 
 
Pewnego dnia, poznaje synów właściciela farmy, na której kiedyś pracowała też jej matka. Chłopcy są bliźniakami, podobnymi, ale i różnymi. Cole, bardziej wesoły i szalony, Preston to ten zrównoważony, mówiący mniej, ale obserwujący wszystko dookoła.

We trójkę spędzają każdą możliwą chwilę. Dla Lii tych dwóch, starszych chłopców, stanowią jedynych przyjaciół, towarzyszy zabaw i rozmów. Ona jest uznawana za kogoś gorszego, nie ma koleżanek. Marzy, by po skończeniu szkoły wyjechać.

Lata mijają, z dzieci wyrastają nastolatkowie. Mają już swoje pomysły na życie. I chociaż Lia dalej zmaga się z biedą, cieszy się, że Preston i Cole, dalej spędzają z nią swój czas, wiadomo, nie tyle ile kiedyś. Mają też innych znajomych. Ich nikt się nie brzydzi, nie patrzy z odrazą. I, mimo że dziewczyna jest czysta, czuje, że każdy patrzą na nią, jak na kogoś umazanego błotem.

 
Uwielbiała obu braci, ale do tego jednego czuła coś, co wydawało się inne od pozostałych uczuć. Nie miała tylko pojęcia, czy to tylko ona czuje, w sumie miała nadziei, by ktoś taki jak Preston, odwzajemnił zainteresowanie.
Chłopcy również byli zainteresowani Lią, wyrosła na piękną nastolatkę, która zwracała uwagę swoją charakterystyczną urodą.

Klasyczny trójkąt, ich dwóch i ona jedna. Powinno paść pytanie, kogo wybierze? Tylko sprawa będzie wyglądała nieco inaczej.

 
 
Przed napisaniem swojej opinii, zerknęłam na opis okładkowy. I tak sobie myślę, zdecydowanie za dużo zostało zdradzone. Zupełnie niepotrzebnie. Dobrze, że nie przeczytałam wszystkiego, zanim siadłam do książki. Osobiście, bardzo nie lubię, kiedy wydawca zdradza, aż tyle z fabuły. Wystarczy lekki zarys, o czym, a nie mini streszczenie.

No ale, wróćmy do całości. Książkę przeczytałam bardzo szybko, siadałam z lekką rezerwą, ponieważ po mojej nieudanej przygodzie z „Bez winy”, poczułam się totalnie zniechęcona do autorki. Po prostu odniosłam wrażenie, że Mia Sheridan zaczęła pisać przez kalkę, zmieniając tylko nazwy miejscowości i imiona bohaterów. Reszta łudząco przypominała poprzedniczki.

I przyznam się, że tutaj byłam mile zaskoczona, może nie wbiło mnie w fotel, nie przeciągnęło po podłodze, ale czytało się naprawdę dobrze. Historia może i nie robi furory, bo trąci telenowelą hiszpańską, ona biedna, oni bogaci, który będzie pierwszy? Na szczęście obyło się bez intryg, niepotrzebnych komplikacji.

Oprócz oklepanego trójkąta miłosnego nie ma się do czego przyczepić. Kto zna twórczość autorki, będzie się spodziewał zakończenia. Bo nie czarujmy, Sheridan pisze bardzo powtarzalnie, nie ma elementów zaskoczenia, a przynajmniej nie takie, jakich bym oczekiwała. Nie mniej, są to książki lekkie, mają coś tam do przekazania. Można miło spędzić czas, dobra lektura na odprężenie.

Myślę, że Bez pożegnania jest dobrą książką, można śmiało przeczytać, bez oczekiwania wielkich zwrotów akcji rzecz jasna.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse Książki.


Czytaj dalej...

Sprzeczne sygnały

źródło


Sprzeczne sygnały, przeczytałam dosyć dawno. Nie bardzo wiedziałam, o czym będzie, ponieważ tutaj decyzja padła w ciemno. Znam bardzo dobrze twórczość Kasi Bulicz-Kasprzak i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Dlatego widząc zapowiedź, nie musiałam długo się zastanawiać. Troszkę zmyliła mnie okładka, ponieważ według mnie, zupełnie nie pasuje do tego, co zastajemy w środku. Kojarzy się z młodzieżową opowiastką. Tutaj sprawdza się powiedzenie — nie oceniaj książki po okładce. Gdybym miała się kierować powłoką, raczej nie zdecydowałabym się na przeczytanie. No ale, autorka jest już pewnikiem samym w sobie, udawałam, że okładki nie widzę. Najważniejsze jest wnętrze, a jakie było?


Książka rozpoczyna się dosyć intrygująco, co najciekawsze, później mamy przeskok w czasie, który pokazuje, co wydarzyło się przed tym, do czego zostaliśmy wprowadzeni.

Poznajemy rodzinę Janickich, która jak się okazuje, skrywa sporo tajemnic. Z pozoru poukładana, niemalże idealna, a jednak za murami, opadają wszystkie wyuczone sztuczne uśmiechy, fasada idealnej żony, męża czy też siostry — opada, przedstawiając prawdziwe oblicza.

Zacznijmy od Ludmiły, bo to za jej sprawą, rozpocznie się plątanina dziwnych, często niebezpiecznych wydarzeń.

Kobieta pracuje w Urzędzie Miasta, tego dnia musiała zostać dłużej w pracy, aby dokończyć zaległe sprawy. W dodatku miała zły humor, do domu wróciła jej siostra bliźniaczka, z którą od lat żyła delikatnie mówiąc, niezbyt przyjaznych relacjach.

Akurat tego paskudnego dnia, musiała wejść do gabinetu, po dokumenty brata, startującego w wyborach na burmistrza. Znajduje ciało zabitego człowieka, nie ma przy tym żadnego świadka własnej obrony.

W dodatku, gdyby ktoś zaczął szukać motywu, stałaby się pierwszą podejrzaną. I chyba właśnie ta myśl, doprowadza Ludmiłę do decyzji, której w normalnej sytuacji w życiu by nie podjęła. Dzwoni po pomoc do swojej znienawidzonej siostry Izy.

Iza wyjechała wiele lat temu, ułożyła sobie życie, tak jak chciała. Przynajmniej takie miała wrażenie. Niestety, coś na pewnym etapie przestało działać, jak należy. Ukochany jakby przestał nim być, w końcu wyjechał na jakiś kontrakt, a ona odkryła, że znalazła się na zakręcie życiowym. I by odszukać stabilizacji we własnym życiu, wraca do rodzinnego miasteczka, do rodzinnego domu, po co? Chyba sama niespecjalnie potrafi odpowiedzieć, na to pytanie. W dodatku Ludmiła, stare sprawy jakby dalej są aktualne, no i na domiar złego musiała wpaść w tarapaty.

Gdy siostry, próbują działać wspólnie, na światło dziennie zaczynają wychodzić sprawy, o których wielu nie miało pojęcia.

Jak zakończy się sprawa morderstwa, jakie skrywane sekrety ujrzą światło dzienne, podczas prowadzenia dochodzenia?


 
 
Muszę przyznać, że książkę czytało się niesamowicie szybko. Byłam niezmiernie ciekawa tego, kto jest kim, jakie ma powiązania i dlaczego. Może nie jest to, taki typowy kryminał, bo te akurat są bardziej brutalne, może trzymają w większym napięciu. No i policja działa konkretniej. Niż bohaterowie tej historii. Tutaj mamy lekki humor, nie przerysowany, taki w sam raz. Może chwilami zachowanie panów policjantów drażniło, no ale, nie ma ideałów.

W książce pojawia się wielu bohaterów, ich mnogość może chwilami przytłoczyć, aby ogarnąć kto i dlaczego, jakie ma powiązanie z daną osobą. Na szczęście jak dla mnie, po pewnym czasie, było wszystko wiadome. Chociaż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu może przypaść do gustu, aż tyle postaci, które nie zawsze odgrywają szczególną rolę.

Wspomniałam na początku o okładce, no nie mogę jej dopasować do całości. Jest oderwana od historii, no po prostu trąci tanim romansem, z najniższej półki, aż szkoda. Bo chociaż Sprzeczne sygnały, nie należą do mocnego kryminału, tylko ciekawie zarysowanej sensacji, z wieloma rodzinnymi tajemnicami, nie zasłużyłaby zostać, sprowadzona, do jakiegoś słabego romansu. No a niestety, okładka jednak odebrała wiele.

Dlatego bardzo proszę, nie kierujcie się dziewczyną, bo ona chyba niewiele ma wspólnego z fabułą. Już spotkałam się opisami nie na temat, teraz okładki zaczynają żyć własnym życiem. Na całe szczęście, książka się broni, dobry poziom, warto przeczytać.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki.

Czytaj dalej...

Bieg do gwiazd

źródło


Choroby, pojawiają się w naszym życiu. Nie ważne ile mamy lat, zawsze budzą dyskomfort, nawet jeśli cierpi się na tak zwany — katarek. Dokucza i sprawia, że świat staje się zniekształcony. Na szczęście z lżejszymi przypadłościami można szybko się uporać. Gorzej jest, gdy nasz organizm dosyć poważnie zaczyna szwankować. Choroby, które nie przejdą leczone za tydzień, a nieleczone siedem dni.

Nie, tutaj rzeczywistość jest o wiele brutalniejsza. I nawet gdy jest bardzo źle, ważne by, mieć przy sobie kogoś, kto pomoże nam się podnieść, gdy wątpiąc, upadniemy. Poda chusteczkę, kiedy łzy same popłyną, powie, że — będzie dobrze. Bo czasem, po prostu wystarczy pomóc uwierzyć w słońce, którego dawno się nie widziało.


 
Bohaterką książki jest Ada, chorująca na cukrzycę. Chorobę, która utrudnia normalne funkcjonowanie. Zwłaszcza gdy spada w wieku, kiedy interesują nas zabawki, czy huśtawka jest wolna. I moment zamiany, tego wszystkiego na igły, pompy i cały sprzęt wspomagający, nie wydaje się optymistycznym. Wtedy właśnie, mając tych kilka lat, gdy ze swojego dziecięcego świata, zostaje się wyrwanym, potrzebna jest pomoc, oparcie w tych najbliższych, by wytłumaczyli, że to nic, jakoś sobie wspólnie poradzą. Nauczą z tym żyć.

Niestety, Ada nie usłyszała takich słów. Ani wtedy gdy była siedmioletnią dziewczynką, ani później. Nawet wtedy, kiedy postanowiła opuścić świat, który nagle się zmienił. W którym kochający rodzice, z dnia na dzień, przestali zauważać w swoim życiu. Jak gdyby choroba, sprawiła, że stała się niewidzialna.

Pozostawiona sama z sobą i cukrzycą, Ada czuje się odepchnięta i zbędna. Dla matki od dawna nie istnieje, ojciec przyłączył się do żony. I nawet siostra, pozostała odległa, jakby była kimś zupełnie obcym.

Pobyty w szpitalach psychiatrycznych zaczęły być czymś normalnym. Jednak nawet tam, nie można przebywać w nieskończoność. Nastolatka musi spróbować funkcjonować poza murami miejsca, w którym obcy ludzie, starali się naprawić coś, na co nie ma żadnej tabletki.

Dziewczyna wróciła do domu. Oczywiście nikt jej tam nie oczekiwał. Po prostu weszła do niego, jakby ostatnie miesiące, nie spędziła poza nim. Teraz zacznie się udawanie, do kolejnej próby. Tylko tym razem, nie przewidziała, że otrzyma list, od jedynej osoby, która o nią walczyła. List, za sprawą, którego, będzie chciała spełnić, ostatnią wolę, ukochanej babci. Tym samym, nieświadomie spróbuje czegoś innego, niż dotychczas.

 
 
 
Bieg do gwiazd jest trudną książką. Przede wszystkim, wielu odbiorcom otworzy oczy, na jaką chorobę jest cukrzyca. Chociaż, tu nie chodzi o samą cukrzycę. Również depresja, czy inne przewlekłe choroby, z którymi często trzeba stawić czoła.

Gdy diagnoza nagle ścina z nóg, gdy spada na nas, uczucie odrętwienia i zagubienia. Z mnóstwem pytań, co będzie dalej? Bardzo trudna sytuacja, jeszcze gorzej, pozostanie z tym wszystkim samemu. Bez wsparcia najbliższych.

Ada została zupełnie sama. I czytając, o rodzicach, którzy po prostu przestali zwracać uwagę, na swoje własne dziecko, sprawia, że czuje się niedowierzanie i gniew. Bo jak, tak można? Jak można odwrócić się od własnego dziecka, cząstki siebie, kiedy najbardziej tego potrzebuje?

Nie mogłam tego pojąć i ogarnąć. Szczerze mówiąc, byłam tym zdruzgotana. Diagnozy poważnych chorób, dla dorosłego są ciosem. A co dopiero dla dziecka, które nie może odnaleźć się w sytuacji, która odmieni się już na całe życie?

Przyglądamy się, jak ta nieszczęśliwa dziewczyna, próbuje spełnić ostatnią wolę babci. I pomalutku odkrywa, że nie jest całkiem sama. Niestety, ból noszony przez wiele lat, nie przeminie ot, tak. Rany na duszy, goją się najdłużej. Ada próbuje patrzeć na świat z innej perspektywy. Ma w tym pewien cel.

Czy po wielu latach, bycia obok życia, można zacząć w nim uczestniczyć, nauczyć się być normalnym? Odciąć od tego, co było złe. I po prostu pójść dalej?

Sama nie wiem, czego oczekiwałam po zakończeniu. Może spodziewałam się takiego, może miałam nadzieje, na coś innego? Jedno jest pewne, to nie ostatnia strona jest najważniejsza. Tylko cała historia. Ważna książka, bardzo dobrze napisana. Szczerze i od serca. Widać, że została dopracowana pod każdym możliwym względem. Brawo i gratulacje dla autorki. Oczywiście polecam Bieg do gwiazd.



Za możliwość przeczytania książki, dziękuję autorce oraz wydawnictwu Szara Godzina.

Czytaj dalej...

Fake it

źródło

Tej książki nie chciałam przeczytać. Nawet nie myślałam, by się w nią zaopatrzyć. Jednak do mnie przybyła. Skoro znalazła się pod mym dachem, to co mi szkodziło? Odleżała, odczekała i pomyślałam, a co mi szkodzi? Zabrałam się za czytanie. Bo szanse trzeba dawać, zwłaszcza młodym autorom. Niechaj się nie zrażą. Może nie należę do najmilszych oceniających, ale wierzcie mi na słowo, Ja naprawdę nie lubię czytać złych książek, krytykuje, gdy nie mam wyjścia.

No dobrze, tyle słowem wstępu, jak odebrałam książkę, której tytuł niewiele mi mówił, czy warto było dać szansę? O tym już za chwilę.
 


Sparks — nie, to nie ten od ckliwych powieści miłosnych. To dziewczyna, która ma imię, jednak go nie używa, większość zwraca się do niej po nazwisku. Poznajemy ją, gdy stoi przed drzwiami wróżki. Postanowiła, że przed własną śmiercią, że pójdzie popatrzeć w przyszłość. Ot, takim czarnym humorkiem się wykazała. No i stoi sobie nasza panienka, analizuje, co w ogóle tam robi. Gdy po pewnym czasie, przychodzi kolejna chętna, zajrzenia w przyszłość.

Dziewczyny zaczynają ze sobą rozmawiać, no dobra, jeśli można te dziwne wymiany zdań nazwać rozmową. W końcu jedna i później druga, idą po swoje wróżby.

Ogólnie to od momentu wyjścia, od wróżki, zaczynają się dziać rzeczy, które może na samym początku miały w miarę dobre rokowania. Później niestety, nastąpiła równia pochyła na samiutkie dno.

Dziewczyna, która zjawia się po Sparks, chyba miała na imię Indie, no bo wiecie, autorka, żeby było fajnie, osadziła akcję gdzieś nie w Polsce, żeby było bardziej światowo, bo taka Danka czy Kasia, nie brzmiałoby na tyle fajnie co Indie... Jednak nie o tym. Miejsce akcji to akurat kropla w morzu, które niestety pogrążyło historyjkę.

Indie chce pomóc Sparks, nie wiemy dlaczego, ale prosi ją, by ta dała, jej szansę i spędziła z nią 24 godziny, przez które może jednak zmieni zdanie.
 
 Dwie nieznajome dziewczyny, idą w miasto, by spróbować. Jedna przekonać, przyszłą samobójczynie, by żyła. Druga, udowodnić, że nic nie jest wstanie odwieść, od dawno temu podjętej decyzji.  
 
Wygląda bardzo obiecująco i ciekawie prawda? To samo pomyślałam.


I szczerze, no może tego nie kupiłam, ale byłam ciekawa tejże być może ostatniej doby, może była szansa, i właśnie tej szansy byłam ciekawa. N
 
o i kurczę, chciałam autorki zapytać. Naprawdę? Co to było?

 Bo nie otrzymacie odpowiedzi, na wiele pytań, które z początkiem historii, na pewno pojawią się w waszych głowach.
 
 
Depresja, czy stany lękowe. To poważne problemy. O ile ze stanami lękowymi, dobrze jest próbować samemu poradzić, o tyle depresja, czy myśli samobójcze to już wyższa szkoła jazdy. Tutaj mydlenie oczu, że spotkamy bratnią duszę, ona mnie pocałuje, nie sprawi, że taka osoba nagle poczuje, że chce żyć. Nie, to tak nie działa.

W 24 godziny nie ma możliwości zapanować nad stanami lękowymi. Z tym bardzo często, walczy się latami. Proszę mi wierzyć, wiem z własnego doświadczenia. Żadna bratnia dusza, w tym nie pomoże. I jestem zła. Bo nie lubię, kiedy tak poważne problemy, są bezmyślne wykorzystane.

Relacja między dziewczynami jest dziwna. Rzekłabym — totalnie pokręcona. I przez większość książki, odnosiłam wrażenie, że dzielą mnie lata świetlne, między tym, co próbowała przekazać Sandra Nowaczyk. Bo to może miało dobre założenie, niestety było tak powierzchowne, tak płytkie. By na końcu próbować zrobić BUM, no ale. Niestety, nie tędy droga.

Chęci były, jakaś wiedza mniej więcej, z naciskiem na mniej. Bo nie wystarczy interesować się Psychologią, by móc pisać, w sposób, w którym się wydaje, że nagle zbawi się świat. Ta historia była niedopracowana. Może trzeba było poświęcić więcej czasu? Nie mam pojęcia. Do mnie nie przemówiła. Zmęczyłam się, denerwowałam przez większość książki. I na końcu, zamiast poczuć jakieś emocje, byłam po prostu zła na siebie, że poświęciłam mój czas, na coś, co naprawdę nie było godne uwagi.
 
 Bo wiecie, one oczywiście miały swoje tajemnice, dramaty, traumy. I gdyby porządnie zostało napisane. Ta historia, naprawdę byłaby konkretnie smutna i przytłaczająca, może nawet pouczająca. Niestety, między jednym zwierzeniem, a drugim, działy się sytuacje, które po prostu psuły odbiór. I na sam koniec, zepsuły wszystko.
 
 Chciałabym napisać coś pozytywnego. Niestety, nie umiem pisać nieprawdy. Mogło być coś ciekawego, a wyszło zbyt chaotyczne, przekombinowane. Czy polecam? Ja żałuję, że poznałam te historię, ale wybór każdy podejmuje sam. 


Książka otrzymana od wydawnictwa Feeria.
 
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka