Przedpremierowo - Anioł na ramieniu



Dawno mnie nie było, tak więc od razu startuje z recenzją książki, która wzbudziła we mnie wiele sprzecznych uczuć. Z tyłu na okładce widnieje informacja, że książka zawiera treści erotyczne. Byłam przekonana, że erotyki to tutaj będzie naprawdę sporo. Bądź opisy mnie zaskoczą. Do tej pory zastanawiam się nad oceną, jednak zacznę od początku. 

Zacznijmy od zapoznania z kobietą, którą od razu się przyznam. Nie polubiłam.  Adelina jest matką kilkuletniej córeczki Julci, mieszka sama, ale z wyboru. Rzekomo działa na mężczyzn w oszałamiający sposób, co nie znaczy, że jest nimi zainteresowana. Z jakiegoś powodu unika kontaktów z płcią przeciwną. Do czasu oczywiście. Kiedy to za namową przyjaciółki rejestruje się na portalu randkowym. Tam poznaje Jana, przystojnego ale i tajemniczego mężczyznę. Ma on w sobie coś co przyciąga, ale i niepokoi kobietę. Mimo swoich wewnętrznych obaw Adelina postanawia zagłębić się w relacje z intrygującym Janem. Tak oto zaczyna się jej przekleństwo. Ponieważ obiekt jej westchnień oraz nieprzespanych nocy nie odwzajemnia uczuć, którymi obdarzyła go Adelina. Ona natomiast nie potrafi zdecydować o własnej godności oraz pomyśleć chociaż przez chwile racjonalnie. 
 Jako, że jest to erotyk, mamy też sceny seksu. Podejrzewałam, że będą bardziej wyuzdanie, zadziałają na wyobraźnie. Tak naprawdę było bez wyrazu, nie zostałam porwana w wir namiętności albo czegoś podobnego. Adelina widać miała swoje dziwne upodobania. Z jednej strony została nam ukazana jako niewinna, bardzo wrażliwa, ale nie specjalnie przejęła się kiedy ukochany strzelił ją w policzek. Podejrzewam, że był to fetysz. Cóż o gustach się nie dyskutuje. Kobieta ma anioła, z którym czasem rozmawia. Nie wiem w jakim celu, ponieważ nigdy, ale to nigdy nie skorzystała z porad skrzydlatej.

Rozpędziłam się z opisem fabuły, mam nadzieje, że przez przypadek nie zdradziłam zbyt wiele, ale i tak najciekawsze zostaje przed potencjalnym czytelnikiem. Zacznijmy od Adeliny. Drażniła mnie niesamowicie. Była albo głupia, albo nienormalna. Już tłumaczę po czym wnoszę. Żadna, ale to żadna normalna kobieta z instynktem samozachowawczym nie wybierze się do miejsca, którego nie zna, z osoba do której czuje jakie kolwiek podejrzenia. Ja tak mam. Z natury jestem ostrożna, chwilami nie ufna, ale szanuję własne życie i nie mam zamiaru narażać go dla nawet najprzystojniejszego faceta. Adelina nie jeden raz się zawiodła. I co robi? Siedzi wyje, kiedy już przestaje biegnie z powrotem do tego przez, którego została upokorzona i obrażona. Dlaczego? Sama zachodzę w głowę. Autorka zaserwowała wiele przeskoków w czasie,w końcu przestałam zwracać uwagę czy jestem w przeszłości czy w przeszłości. Nie zmieniało faktu, że Adelina jest bezmyślna. Nie naiwna. Naiwny jest człowiek za pierwszym, może i drugim razem. Kiedy raz po raz pozwalamy się obrażać to już jest czysta głupota. Jeżeli chodzi o postać Jana, nie umiałam go rozgryźć, później zostało wyjaśnione jego zachowanie, ale... co stało się z tym człowiekiem? Tego nie wie nikt.  Autorka próbowała ukazać świat erotyki z tej bardziej mrocznej i niebezpiecznej strony. Pomysł uważam za świetny, tylko niedopracowany. Chaotycznie napisane, coś zaczęte i nie dokończone. Urwane rozdziały. Możliwe,że taki zabieg był celowy, niestety przeszkadzały mi  niedopowiedzenia. Książka w pewien sposób jest interesująca, szybko się czyta co jest ogromnym plusem. Zakończenie rozczarowało mnie. Oczekiwałam zaskakującego zwrotu akcji niestety tak się nie stało. Szkoda. 
W ogólnym rozrachunku Anioł na ramieniu oceniam średnio, nie powiem, że straciłam czas na lekturę tej książki. Ponieważ zainteresowała mnie fabuła, ale czegoś zabrakło. Tutaj każdy powinien sam zadecydować i ocenić. 


 Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu - Novae Res.
Książka bierze udział w wyzwaniu - 52 książki.
 
 


Czytaj dalej...

Konkurs :) (: dla was mam!

Obiecałam Wam kolejny konkurs, nie organizuje go z okazji Walentynek. Ta data jest zupełnie przypadkowa. Długo zastanawiałam się jakie wymyślić maleńkie zadanie konkursowe. Nie trudne, a ciekawe. Postanowiłam nawiązać do tytułu książki będącej nagrodą. A  jest nią.... "Utrata" Rachel Van Dyken !! Nowość wydawnictwa Feeria, którą mam już za sobą, wspaniała i naprawdę warta przeczytana. 


REGULAMIN



1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga "Niekończące się Marzenia - Recenzje córki i mamy".
2. Konkurs trwa od 14.02.2015 r. do 10.03.2015 r. (do godziny 23.59).
3. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu dopięciu dni roboczych od zakończenia konkursu.
4. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres agaaa006@wp.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
5. Sponsorem nagrody jest  Wydawnictwo Feeria.
6. Aby wziąć udział w konkursie należy pod tym postem pozostawić komentarz, który będzie zawierał Wasz adres mailowy, oraz odpowiedź na zadanie.
7. Zadanie: Co byś zrobił żeby uratować ukochaną osobę?
8. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
9. Do zdobycia jest książka, której fundatorem jest wymienione wyżej wydawnictwo,  a wartość nagrody jest równoznaczna z kwotą znajdującą się na jej okładce.
10. Zwycięzcą konkursu zostanie osoba, której wypowiedzi najbardziej przypadną do gustu autorce bloga "Niekończące się Marzenia - Recenzje córki i mamy".
11. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: agaaa006@wp.pl




Mam nadzieje, że wszystko już wiecie, nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam Powodzenia! :)

 
Czytaj dalej...

Utrata




Bardzo długo myślałam jak opisać wrażenia dotyczące tej książki, tak naprawdę spodziewałam się czegoś zupełnie innego.  Wiedziałam, że będzie miłość, że będzie cierpienie. Tytułowa utrata mówi sama za siebie. Jednak nie spodziewałam się, że wydarzenia z jakimi przyjdzie mi się zmierzyć tak bardzo mną potrząsną, i wywołają taki napływ emocji.

Kiersten rozpoczyna naukę w collegu, wyjazd do akademika i nauka wśród młodzieży ma być dla dziewczyny formą terapii. Przez dwa lata siedziała zamknięta w domu, w swoim pokoju. Po tragedii jaka się wtedy wydarzyła odcięła się od świata zewnętrznego. Analizowała każdą decyzję z przestrachem by pochopne podjęcie nie doprowadziło do poważnych konsekwencji. Otulona lękiem i bólem trwała w swoim własnym świecie, gdzie czas jakby toczył się obok niej. Przybywając na uczelnię czuje się bardzo zagubiona, ma przy sobie coś co może pokonać napad lęku, ale... Czy Kiersten będzie potrafiła stawić czoła demonom, które każdej nocy odwiedzają ją we snach? Pierwszego dnia pobytu poznaje, a raczej wpada na chłopaka, nieziemsko przystojnego Westona, wydaje się, że scenariusz jest jak z bajki. Ona zagubiona, On obiekt westchnień każdej studentki. Jak to możliwe, że zwraca uwagę na przestraszoną, wręcz nieporadną pierwszoroczniaczkę?  Oboje mają jakieś sekrety, oboje badają siebie nawzajem, relacja między nimi nabiera tempa. Może się wydawać, że za szybko dzieją się wydarzenia. Kiersten z zamkniętej w sobie osoby staje się odważniejsza. Jakby nagle zrozumiała, że nie można uciekać od życia, za namową wujka Jo, stara się zachowywać jak każda młoda dziewczyna, być spontaniczna, nie analizować, nie myśleć. Żyć. Weston obiera sobie za cel pomóc nowo poznanej dziewczynie, jest w niej coś takiego co sprawia, że chce się nią opiekować. Pierwszy raz od jakiegoś czasu czuje, że ma ochotę wstać rano z łóżka, nie mogąc się doczekać widoku Kiersten.Niestety czas dla tych dwojga nie jest przyjacielem, Wes zdaje sobie z tego sprawę, jak można kogoś bronić, a jednocześnie zadać mu ból nie do przeżycia?


Mam wrażenie, że co bym nie napisała to i tak będzie za mało. Nie przekażę tego jak bardzo Utrata podbiła moje serce, ile emocji się przeze mnie przewinęło podczas czytania. Już sam prolog przedstawia nam sytuację z jaką będziemy musieli się zmierzyć wraz z bohaterką, ale znacznie później autorka serwuje kolejny cios. Kiedy miałam już nadzieje, że wszystko będzie tak jak powinno okazało się, że to było złudzenie, że życie potrafi zadrwić w najgorszy sposób. Może historia tych dwojga nie wydaje się niczym nowym, bo temat jaki poruszyła Rachel Van Dyken dosyć często pojawiał się w książkach, ale sposób w jaki grała na emocjach, w jaki prowadziła fabułę jest niesamowity. Wszystko dzieje się tak prędko. Jakby nagle ktoś za chwilę miał nacisnąć przycisk STOP koniec zabawy.  Na przykładzie Kiersten został ukazany bardzo delikatny temat jakim jest depresja, wycofanie się ze społeczeństwa z powodu lęku i bólu. Jak niewiele potrzeba by spaść na samo dno samego siebie, jak można zapomnieć o sobie i trwać z dnia na dzień. Terapeuci nie zawsze potrafią odnaleźć drogę do pacjenta, leki nie do końca są skuteczne, albo mają swoje skutki uboczne. A tak naprawdę najlepsze lekarstwo może stać na środku drogi, albo chodnika... Muszę przyznać, że bardzo polubiłam Kiersten, było mi jej niesamowicie żal, kibicowałam w walce z samą sobą, z lękiem który nie pozwalał jej normalnie funkcjonować. Westona po prostu pokochałam, za całokształt, potrafił być zabawny, flirtować i słuchać, ale przede wszystkim obserwować. Niesamowite było jak genialnie odczytywał gesty i mimikę dziewczyny. Sama chciałabym mieć takiego przyjaciela. Na uwagę również zasługują współlokatorka Lisa oraz jej kuzyn Gabe. Ta dwójka była po prostu świetnie ze sobą zgrana, zabawni i lojalni. Wujek Jo, wspaniały i wyrozumiały, opiekun i przyjaciel. Każda postać została bardzo dokładnie wykreowana, nikt nie był bezosobowy, nawet chwilowo pojawiająca się dawna "znajoma" Westona miała konkretnie zarysowaną osobowość. Z pozoru może się wydawać, że jest to kolejna książka o młodzieńczej miłości, po części tak jest, ale autorka poza tematem depresji poruszyła jakże trudny temat śmierci i walki o każdy dzień, o to by nie był stracony. Dlatego fabuła jest tak dynamiczna. Nawet radosnych momentach można odczuć uciekający czas... czas, którego nie obchodziło co się stanie gdy wybije godzina zero. 
Nie sądziłam, że tak bardzo będę przeżywała losy tych dwojga, miałam łzy w oczach kiedy domyślałam się co za chwilę się stanie, gdy  zbliżał się koniec nie potrafiłam powstrzymać płaczu. Końcowe słowa autorki nie potrafiłam już przeczytać. Uwierzcie, jest to historia opowiadająca o wydarzeniach, które mogą spotkać każdego, o bólu z którym wielu ludzi musi się zmagać, o nadziei bez której nie można żyć i  o miłości. Bo bez niej trudno byłoby walczyć.  Utrata tak naprawdę czyta się sama, wciąga i nie pozwala na oderwanie do ostatniej strony. Jestem zachwycona tą publikacją niosącą bardzo ważne przesłanie. Musicie przeczytać i poczuć te wszystkie emocje, towarzyszące jeszcze długo po odłożeniu książki.


Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Feeria.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.


Czytaj dalej...

Nadchodząca premiera



Patricia Briggs
PIĘTNO RZEKI
Premiera 20.02.2015

 Już niebawem nakładem wydawnictwa Fabryka Słów ukaże się pierwsza część serii z Mercedes Thompson Wiele razy powtarzałam, że nowe serie sobie odpuszczam, ale... w tej coś mnie zainteresowało i szczerze mówiąc z ogromną chęcią bym przeczytała:)



Słów kilka ze strony wydawcy:


Seria przygód Mercedes Thompson łączy kryminał, romans, thriller i oczywiście fantasy.
Piękna, wytatuowana zmiennokształtna półindianka, mechanik samochodowa o imieniu Mercedes. Niespotykane połączenie tworzy bardzo oryginalną i wyrazistą postać. Silna, niezależna i spełniona… czego chcieć więcej.

Kolejny tom serii z Mercy Thompson to ciąg dalszy przygód niesamowitej dziewczyny.
Wesele nie poszło zgodnie z planem, niemniej dziesięciodniowy miesiąc miodowy nad brzegiem rzeki powinien to zrekompensować. Czy na pewno… ?

Niespokojne fale rzeki Koulmbii przyniosą kolejne niespodzianki, a zapowiadająca się błogo i namiętnie romantyczna podróż poślubna zostanie nagle przerwana.
Zło mieszka w dorzeczu rzeki Kolumbii – tylko jeden człowiek może mu stawić czoła. Mercy i jej towarzysz Wilkołak alfa będą potrzebować jego pomocy, jeśli chcą przeżyć... 


Nie wiem jak Was, ale mnie zaciekawiło połączenie kryminału, romansu thrillera i FANTASY ;))) Mam nadzieje, że książka będzie początkiem czegoś naprawdę bardzo ciekawego:)


Czytaj dalej...

Love, Rosie




Twórczość Ceceli Ahern jest niemalże każdemu znana, dlatego też gdy zrobiło się głośno na temat książki, która nagle stała się sławna w przeciągu kilku tygodni z zainteresowaniem śledziłam jak pnie się w górę, jak pojawia się ekranizacja na podstawie książki. Postanowiłam jak zawsze, najpierw sięgnąć po wydanie papierowe, później zobaczyć na ekranie coś, co zdaniem reżysera i całej reszty powinno być odzwierciedleniem historii napisanej przez autorkę. Jako, że książkę jak i film mam już za sobą będę troszkę wplatała fragmenty filmu oraz moich spostrzeżeń. 

Dwójka przyjaciół od dziecka, Rosie i Alex. Zawsze ze sobą, zawsze nierozłączni. Ona była dla niego kumplem, on był dla niej bliższy niż niejedna koleżanka. Wspólne lekcje, wspólnie spędzane popołudnia po lekcjach. Razem dorastali, razem przechodzili problemy dotyczące dojrzewania, pierwszych oznak zainteresowania płcią przeciwną. Kiedy został im ostatni rok nauki przed wyruszeniem w świat okazuje się, że Alex musi wyjechać, muszą się rozdzielić. Dla obojga z nich ta informacja jest nie do zniesienia, a jednak nie mogą niczemu zaradzić. Obiecują sobie, że Rosie za rok dołączy do Alexa, przyleci do Bostonu i wspólnie będą poszerzać wiedzę na wybranych przez siebie kierunkach.  Przez długi czas oczekiwania mieli zostać ze sobą w kontakcie, internet, sms-y. Dzięki komunikatorom praktycznie cały czas korespondowali. Dzielili się swoimi sprawami, wydarzeniami jakie miały miejsce oraz przeżyciami. Tęsknili i wierzyli, że już niebawem się zobaczą. 
W zasadzie przez cały czas mamy wgląd na wiadomości, przez co resztę sytuacji trzeba sobie po prostu wyobrazić, bohaterowie wypowiadaj się poprzez teksty, autorka zrezygnowała z dialogów na rzecz formy elektronicznych wiadomości. Dlatego też to co dzieje się oraz wyobrażenie na temat miejsc w którym przebywali Rosie i Alex jest zależne od ich opowiadań. Często listy stanowią formę pamiętnika, rozmyślań nad życiem. Analizy minionych lat, emocji dotyczących tego co spotkało w danym czasie jednego z bohaterów. 


Przede wszystkim zadziwiła mnie forma jaką obrała autorka, ostatnią książkę jaką czytałam w podobnej wersji, to było "S@motność w sieci", po wielu latach ponownie spotkałam się z mailami, i czatami. Z początku było mi trudno zaakceptować, że będą tylko te wiadomości, ale gdy akcja zaczęła się rozkręcać, po prostu wczułam się w fabułę i z wielkim zaciekawieniem śledziłam losy Rosie oraz Alexa na przełomie wielu lat. Zastanawiało mnie jak też reżyser poradzi sobie z filmem, aktorzy zostali ciekawie dobrani, niestety już wstęp mnie załamał, rozumiem pewne różnice między oryginałem a scenariuszem, ale nie coś takiego! Cóż widać nieudane "P.s kocham Cię" było początkiem źle zekranizowanych filmów na podstawie świetnych książek Ahern. Szkoda i to ogromna.  Ponieważ jedna i druga mają ogromny potencjał, wspaniale prowadzoną fabułę, grę emocji, z którymi zderzamy się już od samego początku. Kilka słów o postaciach wiodących. Polubiłam i Rosie i Alexa, ale bywały momenty kiedy mnie niesamowicie drażniło zachowanie to jednego, to drugiego. Jakby nie potrafili słuchać siebie nawzajem, miałam odruch potrząsnąć to Rosie, to Alexem, nakrzyczeć żeby się opamiętali, ale jedyne co mogłam to czytać dalej i mieć nadzieje, że równowaga w przyrodzie istnieje, że naprawdę słońce wychodzi zza chmur. Tych dwoje trudno opisywać osobno, razem tworzą całość, pojedynczo odnosiłam wrażenie, że brakuje im ważnego elementu. Oczywiście fabuła nie kręci się tylko wokół ich relacji, poznajemy Ruby, kobietę znacznie starszą od Rosie, ale obdarzoną ironicznym poczuciem humoru, nutą szaleństwa. Mimo wspomnianej przeze mnie formy, bez problemu możemy poznać resztę postaci, ocenić i na koniec obdarzyć sympatią albo antypatią. Wrócę jeszcze do filmu, nie rozumiem dlaczego a raczej jakim cudem można było zepsuć coś tak świetnego. Nie pojmuje czy tak trudno było zachować kolejność wydarzeń i co najważniejsze ukazać je takimi jakie były? Szczerze mówiąc nie mogłam oglądać tych zepsutych scen, oglądając ani przez chwilę nie poczułam więzi łączącej Rosie i Alex, ich wzajemnego porozumienia. Jak wspaniale potrafili się komunikować, bawić i wspierać. Cecelia Ahern ukazała nam życie przyjaciół w czasach dzieciństwa, dorastania, młodości i dojrzałości, kiedy mieli już bagaż  doświadczeń. Film nam tego nie ukazuje, został brutalnie okrojony, a sceny jakie zachowano beznadziejnie nakręcono. Wielka szkoda, kolejny raz się rozczarowałam. Podziwiam autorkę, że zgadza się na coś takiego. 
Zmierzając w stronę podsumowania chciałam napisać, że warto przeczytać Love, Rosie z wielu względów, nie chodzi tylko o siłę przyjaźni, ale o wiele czynników z którymi bohaterowie musieli się zmierzyć, na które często nie mieli ochoty, nie chcieli się pogodzić, a ucieczka nie była rozwiązaniem.Każde z nich otrzymało trudne lekcje życia, czekało ich sporo egzaminów.
Myślę,że każdy po lekturze wyciągnie inne wnioski, wiele razy miałam łzy w oczach podczas czytania, często się denerwowałam na taki, a nie inny rozwój wydarzeń, na zachowanie bohaterów z którym się nie zgadzałam, później myślałam co ja bym zrobiłam, jak bym się zachowała.  Po raz kolejny autorka mnie nie zawiodła, zaserwowała konkretną dawkę emocji, książkę przeczytałam w zaledwie kilku godzin, a dokładniej mówiąc pochłonęłam. Każdy kto lubi twórczość Ceceli Ahern powinien sięgnąć i po tę pozycję.  Film jest taki sobie, dla mnie posłużył tylko do wizualizacji miejsc oraz postaci. 

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Akurat.
Książka bierze udział w wyzwaniu - 52 książki.



Czytaj dalej...

Trudne decyzje w zbuntowanej




 Kiedy Beatrice dokonała wyboru frakcji, jej życie uległo zmianie, ale tylko ze względu na otoczenie i nowe zadania, jakie miała wykonywać. Ona, jako niezgodna, była oporna na wpływ symulacji, dzięki czemu zorientowała się, gdy ruszyła machina samozniszczenia. Tris i Tobias teraz już wiedzą, że nic nigdy nie będzie takie jak kiedyś i muszą odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A jak będzie wyglądało ich życie po tylu nieszczęściach?




Bardzo byłam ciekawa drugiego tomu, bo pierwszy bardzo przypadł mi do gustu, a akcja nie była za bardzo skomplikowana, wciągała i zaciekawiła mnie. Para niezgodnych zgrała się ze sobą i mimo przeciwności losu potrafili poradzić w sytuacji krytycznej. Zwycięstwo w walce jednak nie oznaczało wygranej wojny, a najgorsze jest dopiero przed Tris i Tobiasem.

Zbuntowana przedstawia czytelnikowi dalsze losy dwójki nieustraszonych, którzy po walce oraz ucieczce ze swojej frakcji ukrywają się w rzekomo bezpiecznym miejscu. Dla każdego z uciekinierów sytuacja jest naprawdę trudna, bo wiadome jest, że nie będą mogli zbyt długo się ukrywać i korzystać z pomocy niewinnych ludzi, nie mających nic wspólnego z walką do jakiej dopuścili się niektórzy. W dodatku cały czas Tris i Tobiasa szukają łowcy, którzy nie mają zamiaru odpuścić. Tak naprawdę nie wiadomo, komu można zaufać, a kto może okazać się zdrajcą. Chwila prawdy będzie zbyt brutalna dla wielu osób. Nasza zbuntowana będzie musiała podjąć wiele decyzji, które będą wymagały odpowiedzialności oraz odwagi. Czy zwycięży miłość do ukochanego i chęć uratowania tych z którymi się zżyła, czy może bezmyślność? Jedno jest pewne, co by się nie stało i tak efekt będzie w jakimś sensie trudny do zaakceptowania przez ogół.

Nie wiem sama od czego zacząć, przede wszystkim to nie było to, czego oczekiwałam po zapoznaniu się z Niezgodną. Czuję się rozczarowana, zirytowana i ogólne zła. Przede wszystkim Tris – nie wiem co autorka myślała, co planowała, ale wykreowanie jej na rozhisteryzowaną i impulsywną buntowniczkę nie było dobrym pomysłem. Drażniły mnie jej reakcje na pewne sprawy, stała się samolubna, myśląca tylko o sobie, bo ONA tak chce i tak będzie. Ze zdaniem Tobiasa w ogóle się nie liczyła, a kiedy już jestem przy nim, to wspomnę o związku tych dwojga. A raczej czymś co wcale czegoś takiego nie przypominało.

Tris miała o wszystko pretensje. Tobias natomiast był jakby z boku. O ile w pierwszej części to na niego od razu zwracało się uwagę, tak tutaj odbierałam go jako tło. Jeżeli już się pojawiał to w parze ze swą ukochaną, z którą ciągle prowadzili kłótnie, na której później nie miałam siły zwracać uwagi. Dziewczyna przez cały czas wspominała, co się działo, zachowywała się jak histeryczka ze skłonnościami samobójczymi, które tłumaczyła chęcią niesienia pomocy innym. Wydaje mi się, że na "pokładzie zabrakło psychiatry".

Natomiast co się tyczy samej fabuły, z przykrością muszę przyznać, że była nudna jak flaki z olejem. Niestety przez większość książki toczyła się bezsensowna bieganina, przepychanki słowne, tak naprawdę do niczego prowadzące. Cały czas zastanawiałam się czy to jakiś kiepski żart. Pierwsze 50 stron maltretują czytelnika pobytem uciekinierów w kryjówce, nic naprawdę się nie dzieje interesującego przez ten długi wstęp, a później dzieje się jeszcze gorzej. Dopiero przy samym końcu autorka jakby obudziła się ze snu i zaczęła nadrabiać coś, co pięknie psuła. Nawet były momenty kiedy czułam się zaskoczona takim, a nie innym obrotem sprawy. Tris do samego końca mnie drażniła, ale to trzeba pominąć. Nie spodziewałam się postawy jednego z nieustraszonych, który przez cały czas wydawał mi się dziwny. Już naprawdę dawno nie spotkałam się z zakończeniem książki takim, jakie było właśnie w przypadku Zbuntowanej i teraz czuję niepewność, co może mnie jeszcze spotkać, gdy sięgnę po ostatni tom. Boje się stwierdzić, że gorzej być nie może.

W końcowym rozrachunku, druga część wypadła bardzo blado w porównaniu do swej poprzedniczki. Czuję się najnormalniej w świecie oszukana przez autorkę. Zepsuła coś, co mogło być naprawdę dobre. Ciekawie zaczęta trylogia nagle gdzieś zagubiła główny wątek. I kiedy już miałam całkowicie spisać książkę na straty to ostatnie strony obroniły się – nie książkę, to by było zbyt wspaniałe – i natchnęły nadzieją, że może w Wiernej  spotka mnie miła niespodzianka. Jestem niezmiernie ciekawa, jakie zakończenie stworzyła Roth i czy będzie ono totalnym szokiem, czy może ot tak pożegnamy się z bohaterami i światem, w którym jest podział na frakcje.  Miejmy nadzieje, że seria zostanie porządnie zakończona, że w tym przypadku coś niedobrego się przytrafiło, co można wybaczyć. Oby tak było. 
Czytaj dalej...

Pierwsza lekcja tańca




Niewiele słyszałam na temat autora powyższej książki, ale kiedy już do mnie dotarła postanowiłam dowiedzieć się co nieco by mieć chociażby pojęcie w jaki sposób pisze i czy jego historie pozytywnie są odbierane przez czytelników. Osobiście nie jestem wielką fanką literatury nawiązującej do Włoch, jednak też nie mówię im nie. Teraz kiedy za oknem panuje zima, a przynajmniej powinna, przyjemnie jest znaleźć się w miejscu gdzie słońce cały czas grzeje, a panujący klimat jest o wiele bardziej sprzyjający niż nasz. Nie wiedziałam na co mam się szykować po Pierwszej lekcji tańca  zastałam coś całkowicie innego niż to co sobie wyobrażałam. Nie wiem dlaczego byłam przekonana o lekkości tematu, taniec Włochy, no i wyjazd do Ameryki. Autor bardzo szybko odarł mnie z mylnych złudzeń...
 
Mieszkający w urokliwym Włoskim miasteczku Fabio jest tancerzem, a dokładnie mówiąc kocha taniec. Jego marzeniem jest udział w konkursie tańca, dzięki któremu miałby okazje wyjechać do Ameryki, by tam podbijać publiczność i zrobić wielką karierę. Młodzieniec wspaniale tańczy, ma naprawdę dobre wyczucie rytmu, potrafi wykonać trudne układy taneczne. Jego matka Lilianna cieszy się z pasji syna, ale jak to matka, chce aby podjęte przez Fabio decyzje były słuszne i doprowadziły go do sukcesu. Fabio jest pewny, że świat stoi otworem. Na dzień przed wyruszeniem z domu jedzie z przyjacielem na imprezę, gdzie umówił się ze swoją dziewczyną, również tańczącą. Wspólnie tworzą piękny duet, w zasadzie kiedy wchodzą na parkiet staje się on tylko ich, reszta bawiących ustawia się z boku by oglądać wyczyny tej dwójki. Ten wieczór miał być miłym wspomnieniem, miał też zakończyć się inaczej. Los postanowił wystawić Fabio na próbę. Zabierając mu nie tylko marzenia, ale najbliższe osoby. Tragedia z którą się zmierzył odcisnęła trwałe piętno, nie tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne.  Po śmierci Cateriny oraz Enzo nie potrafi wrócić do żywych, tam w środku umarł. Lilianna Terranova z bezradnością i przerażeniem przygląda się jak jej ukochany syn zamyka się w sobie, podejmuje jedyną jej zdaniem słuszną decyzje. Za zgodą Zio Ricka, wysyła Fabio do Ameryki, mając nadzieje, że nowe otoczenie pomoże mu w pogodzeniu się z koszmarem, że odnajdzie siebie w samym sobie i upora się z demonami, które zagościły umysł. Pod opieką wuja zacznie nabierać wprawy w artystycznym dmuchaniu szkła, właśnie w tej pracowni chłopak schowa się przed resztą świata, mając nadzieje, że nikt mu nie będzie zakłócał spokoju.  Ale czas leczy rany i nawet najstraszniejszy ból kiedyś musi zmaleć, Fabio zacznie interesować się tym co na zewnątrz, słysząc muzykę wydobywającą się z okien pobliskiej szkoły tańca przypomni sobie własne marzenia. Czy można narodzić się na nowo po tragedii? Czy można pokonać własne lęki, ból i wyrzuty sumienia? Zrobić pierwszy krok ku nowemu życiu? I najważniejsze czy Fabio będzie tego chciał? Wyjść ze swojej skorupy którą otoczył się przez minione lata, od chwili nieszczęsnego wypadku.
 
Pierwsze spotkanie z autorem uważam za bardzo udane, Peter Pzzelli niesamowicie gra na emocjach czytającego. Jak wspomniałam przygotowałam się na przygodę z tańcem, lekkiej historii, nie spodziewałam się przeżywania wraz Fabiem jego cierpienia, traumy z którą musiał się sam rozprawić. Wszystko wydaje się być bardzo dobrze przemyślane, wstęp do jego marzeń, wgląd na osobowość beztroskiego chłopca z aspiracjami, by później stanąć twarzą w twarz z młodzieńcem brutalnie doświadczonym przez los, który stracił na prawdę dużo, tragedia złamała jego psychikę. Wycofał się z życia nie potrafiąc poradzić z bólem, z niesprawiedliwością. Zadając sobie pytania dlaczego tylko on przeżył wypadek, dlaczego musiał stracić ukochaną oraz najwierniejszego przyjaciela, który był mu jak brat? Nie znajdując odpowiedzi na z żadne z pytań odsuwa je w głąb swojej podświadomości, odcinając od każdej osoby próbującej porozumieć z nim. Z wesołego chłopca, uśmiechniętego staje się przybitym, chwilami zgorzkniałym młodzieńcem. Zbyt młody by zrezygnować z życia, zbyt zraniony by podnieść się i iść dalej. W towarzystwie wuja otworzy oczy na wiele spraw, które z początku nie istotne będą miały wpływ na przemianę Fabia. Muszę przyznać, że książka chwilami jest przytłaczająca, trudno jest czytać o cudzych tragediach, toczyć razem z nimi walkę w odnalezienie sensu życia, ale nie żałuję, że przebyłam wraz z Fabiem tą trudną drogę. Razem z nim uczyłam się od mądrych ludzi, doświadczałam wiedzy jaką nie jeden raz nie chcemy przyjąć. Każdy bohater został bardzo dobrze wykreowany, nikt nawet ten najmniej znaczący nie będzie płaski i bez wyrazu. W dodatku opisy tworzonych przez Fabia szklanych dzieł, nie mogłam przeżyć, że musze je widzieć jedynie oczami wyobraźni. Troszkę za mało mi było samych Włoch, większość fabuły ma miejsce w Ameryce i to podczas panującej zimy. Tak więc radości ze słońca choćby na kartach książki nie miałam za wiele. No trudno. Skoro już jestem przy minusach, to muszę wspomnieć o jednej sprawie, w tekście bardzo często pojawiają się włoskie słówka, które nie posiadają tłumaczenia, często nie miałam pojęcia jakie miała znaczenie użyta wstawka, jeszcze rozumiem raz na jakiś czas, ale  na jednej stronie pojawiało się co najmniej kilka razy. Dopiero pod sam koniec przestałam zwracać uwagę na obce słowa. Szkoda, że nie było przypisów co oznacza dany wyraz. Na szczęście jest to moje jedyne zastrzeżenie do książki, które tak naprawdę nie ma wpływu na końcową ocenę. Pierwszą lekcje tańca uważam za bardzo ciekawą i godną polecenia lekturę. Mądra oraz pouczająca.
 
Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować Wydawnictwu Literackiemu.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.
 
 
 



Czytaj dalej...

Do trzech razy Natalie


 
Kolejne, trzecie spotkanie z siostrami Sucharskimi, moimi ulubienicami. Jak dotąd za każdym razem kiedy sięgałam po książki Olgi Rudnickiej nie musiałam obawiać się rozczarowania, styl jakim operuje podbił mój czytelniczy gust, dlatego też jestem wielką fanką tej autorki,  z ogromną radością przyjęłam fakt, że oto będę mogła ponownie zawitać do domu w którym zawsze coś się dzieje. Tym razem poza Mechlińskimi okolicami słynne siostry postanowiły podbić morze, a dokładniej mówiąc Międzyzdroje...
 
 
 Natalie się zmieniły, to znaczy nie tak całkiem, ich życie od minionych przygód uległo zmianie. Dwie z sióstr zamieszkały razem w Poznaniu, najstarsza ze swym partnerem, zaś matka Anielki i Przemka wraz z Natą zostały w domu odziedziczonym po ojcu. Ich aktualnymi problemami są spory z mężczyznami, znudzona pisarka zawzięcie próbuje stworzyć kolejne dzieło jednak żaden temat nie wydaje się na tyle interesujący by na jego podstawie napisać nową powieść.  Dni zmierzają ku upragnionym przez dzieci wakacjom, zaś piątka sióstr wpada na szatański pomysł wyjechać na urlop i to nad samo morze. Nie informując o tym fakcie swoich partnerów, gdyż jak stwierdziły potrzebują czasu na przemyślenie kilku spraw.
Tymczasem w Międzyzdrojach, mieście tętniącym życiem turystycznym dochodzi do kilku tajemniczych wydarzeń. Pierwszym jest znalezienie martwej dziewczyny, druga to włamanie do pokoju hotelowego.  Miejscowi policjanci zajmujący się dochodzeniem mają nie lada problem gdyż przy denatce nie znaleziono żadnych dokumentów, natomiast we włamanym pokoju nie zginęło nic. Żadnych poszlak, żadnych podejrzanych, motyw niewiadomy. Kiedy sprawa oczami funkcjonariuszy policji wydaje się beznadziejna na miejscu ukazują się... nie kto inny jak siostry Sucharskie. Mające we krwi zmysł detektywistyczny. Kiedy dowiadują się o całej sprawie postanawiają "wspomóc"  organy ścigania, co niekoniecznie będzie przez nich docenione.  Natalie jak to Natalie nie potrafią siedzieć, a raczej leżeć bezczynnie na piasku, kiedy tuż pod nosem dzieje się coś naprawdę interesującego.
W domu trzech panów próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Uczestniczyć w życiu rodzinnym kiedy matka dzieci jest na miejscu to jedno, ale samemu objąć piecze na dwójką niesfornych dziesięciolatków to już wyższa szkoła jazdy.  Dla obu stron czas nieobecności będzie obfitował w mnóstwo wrażeń...chociaż jak wiadomo nawet na ostatniej stronie może się wiele pozmieniać, jak to u Natalii bywa, zwłaszcza kiedy jest ich pięć i są zwariowanymi siostrami.
 
 
Naczekałam się i w końcu przeczytałam, teraz jest mi smutno bo koniec, znowu trzeba będzie czekać nie wiadomo jak długo na kolejną odsłonę Olgi Rudnickiej, póki co przejdźmy do głównych zainteresowanych. Za każdym razem kiedy chcę określić, którą z sióstr lubię najbardziej mam ogromne trudności, każda z nich jest ciekawą postacią, w sumie najmniej czuję się związana z Natalią, chyba od początku jej zachowanie momentami mnie drażniło. Uważam, że prym wiodą Magda, Nata oraz Natka. Ta trójka razem wiele razy doprowadzała mnie do wybuchu śmiechu. Zwłaszcza kiedy wspólnie próbowały się bronić, albo przekazać istotną informację. Oczywiście nie mogę ominąć rodzeństwa, Anielki i Przemka. Wydaje mi się, że w tej części to oni po części grali pierwsze skrzypce, przede wszystkim Anielka. Pomysłowość dziewczynki oraz tok rozumowania niejednokrotnie rozbrajał mnie. Jeżeli już jestem przy dzieciach, niestety mojej kochanej autorce coś się pomyliło, bo o ile mnie moja pamięć nie myli to Anielka z Przemkiem byli z jednego roku, jedno urodziło się na początku, drugie na koniec roku, tutaj stały się bliźniakami. Nie potrafiłam jakoś się przyzwyczaić kiedy tak ich nazywano, bo przez dwie części było inaczej, no nic, pomyłki się przytrafiają nawet najlepszym.
Ogólnie musze przyznać, że książkę czytało mi się naprawdę dobrze i nie widzę nic do czego mogłabym się przyczepić, ponarzekać. Mimo wszystko odnoszę wrażenie, że ostatnie spotkanie było najmniej porywające, był wątek kryminalny, było śmiesznie, ale bez tak zwanych fajerwerków, bez tego okrzyku Och! jak wspaniale, książka mnie powaliła. Było przyzwoicie, ale kiedy teraz siedzę wydaje mi się, że  to właśnie Natalii 5 podbiło moje serce, i z pewnością nie jeden raz do nich wrócę. Każda książka Olgi jest przyjemna w odbiorze, każdą czyta się niesamowicie lekko, praktycznie strony uciekają jedna za drugą. Zakończyliśmy przygodę z pięcioma Nataliami, teraz pozostaje oczekiwać na kolejne wrażenia z nowymi bohaterami, nie wątpię, że równie ciekawymi i zabawnymi. Bez względu na wszystko Do trzech razy Natalie należy przeczytać, nikt nie powinien czuć się zawiedziony, nie brakuje humoru, intryg i tajemnic. 

Książka bierze udział w wyzwaniu - 52 książki.   
 


Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka