Prawo pierwszych połączeń



Lato. Słońce, plaża, a do tego wolne od szkoły. Nareszcie czas, by odpocząć od codzienności i zająć się tym, co lubimy najbardziej. Ale co wtedy, gdy rodzice uważają cię za nudziarza, samotnika i ze wszystkich sił próbują "wypchnąć" cię do ludzi? Nie działają na nich żadne argumenty, a co najlepsze - wykupują ci uczestnictwo w obozie językowym na Korsyce. W takiej właśnie sytuacji znalazł się Jonasz Polak - główny bohater powieści Agnieszki Tomczyszyn Prawo pierwszych połączeń. 
Wielu młodych ludzi przypadkowo spotyka się na wyjeździe na Korsyce. Jedni są wysłani na siłę przez rodzinę, dla drugich rozpoczyna się wyjazd marzeń. Co łączy ich wszystkich? Na pewno indywidualność. Dzięki swojej różnorodności, bohaterowie poznają smak wolności i bezcenną wartość przyjaźni. Dla nich wszystkich nie ma rzeczy niemożliwych, nie chcą przestawać marzyć i próbować realizować swoich celów. Mają w sobie ogromne wsparcie i zaczyna ich łączyć przywiązanie. Ale... czy to wystarczy, by przeżyć kolejne dni pozytywnie i czuć się dobrze? Czy naprawdę razem są w stanie pokonać przeciwności losu i skupić się na tym, co stało się dla nich ważne?
Książkę czyta się bardzo przyjemnie. Jest napisana lekkim językiem, który nie męczy czytelnika, a co więcej - wciąga. Niekiedy fabuła potrafi zaskoczyć, a koniec niesamowicie mnie zdziwił. Wszystko potoczyło się zupełnie inaczej, niż na początku można było się spodziewać. I w sumie dobrze... bo bałam się, że trafiłam na coś przewidywalnego i nie będę miała ochoty dobrnąć do ostatniej strony. 
Jeśli chodzi o bohaterów, Jonasz wzbudził moją sympatię już od samego początku - chłopak został niesamowicie wychowany przez rodziców, miał poukładane w głowie i wykazał się wspaniałą empatią. Natomiast Laura była egoistką, która tylko mnie denerwowała. Co prawda, dziewczynę można usprawiedliwiać tym, że sporo przeszła w życiu i mogła się przez to pogubić, ale nie dajmy się zwariować. Grała na uczuciach innych i często skupiała się tylko na sobie.
Podobał mi się sam pomysł obozu językowego. Wybrałam tę książkę jako świetny start wakacji, bo pasowała idealnie pod względem tematycznym. Cieszę się, że się nie zawiodłam i poczułam się naprawdę beztrosko. 
Podsumowując, pozycję polecam tym, którzy mają ochotę na lekką lekturę, która pozwoli pomarzyć i wyciągnąć umoralniające wnioski. Idealna na wolne dni i pobyt na ciepłym słońcu.
Czytaj dalej...

Szkoła przetrwania



Etap szkoły średniej każdy musi przeżyć. Dla większości jest to czas nawiązywania wielu znajomości, pierwszych bardziej szalonych imprez, godzenie nauki z permanentnym niewyspaniem no i oczywiście w tym całym szale odnalezienie swojego własnego JA.  Niby prosta sprawa, a jednak mając te 16 -17 lat nie wydaje się takie łatwe. Zewsząd presja otoczenia, liderzy, którzy dominują no i ci słabsi, dopasowujący się do reszty. Tak jest, było i będzie. Kto ma silniejszą osobowość nie będzie miał problemu w zaistnieniu w nowej większej grupie społeczności, tak zwane sierotki, no cóż, albo się poddadzą, albo się pogodzą z losem i będą słuchały poleceń tych silniejszych, kryjąc się po kątach. Tak, życie nastolatka nie zawsze jest kolorowe. Niestety i ten  okres w życiu trzeba przejść, z dobrymi wynikami na świadectwie, jakby sam fakt przetrwania w szkole nie był wystarczająco bolesny. 
Z podobnymi problemami zmierza się główna bohaterka książki Szkoła przetrwania, jak odnajduje się w nowej sytuacji, czy bycie sobą może być akceptowane?  No i  najważniejsze, czy pierwszy rok można zaliczyć w miarę spokojnie? 

Lele Pons jest dosyć charakterystyczną osobowością, z jednej strony ma swoje własne i silne Ja, z drugiej jednak nie potrafi odnaleźć w świecie, który rządzi się dziwnymi regułami. Na przykład w szkole. Żeby cię lubiano musisz należeć do określonej grupy, żeby do niej należeć musisz spełniać określone warunki, aby je spełniać... no właśnie. Takie oto błędne koło. Lele chce być sobą, by inni ludzie akceptowali ją za to kim jest, a nie kim miałaby być. Bo przecież każdy jest wyjątkowy, więc po co udawać inną osobę?  Niestety w dżungli zwanej szkołą, trzeba się jasno określić, nie każdy będzie otwarty na nową koleżankę, tym bardziej, że no nie oszukując się, dziewczyna jest troszkę fajtłapowata, szybko się stresuje, mówi dziwne rzeczy i nie to co inni chcieliby usłyszeć. Przez to już na wstępie podpada szkolnej gwiazduni. Yvette. 
Nie dość, że pierwszy dzień sam w sobie nie należy do łatwych, to jeszcze na wstępie okazuje się, że raczej nikt nie polubił i nie polubi Lele, gorzej być nie może.   

Na szczęście dziewczyna zajmuje się czymś co sprawia jej ogromną radość, nagrywa filmiki i zamieszcza na portalu Vine. Z początku ma określoną liczbę obserwatorów, bez żadnych wielkich szaleństw, ale każde polubienie czy odzew jest ogromną radością. Wiadomo, jako dowód, że to co robi ma pozytywny odbiór.   
Niewielu znajomych ze szkoły wie czym zajmuje się Lele będąc w domu, to znaczy tak jej się wydaje.
Życie dziewczyny nabiera trochę innych wymiarów kiedy poznaje Alexeia, również nowego ucznia. Między obojgiem nawiązuje się nić porozumienia, no i chłopak akceptuje koleżankę taką jaka jest. I chociaż relacje z innymi nie są wymarzone, to kiedy pojawia się ktoś kto, nie jest wrogiem,  zawsze dodaje otuchy.
Trudne początki nie zawsze muszą oznaczać równie i fatalne zakończenie, może istnieje nadzieja, żeby ten rok szkolny nie był aż taki zły? 

Zanim rozpoczęłam czytanie, nie bardzo wiedziałam czego mam się spodziewać po tejże książce. Nie poszukałam opinii, jak zawsze to czynię, nie zapytałam innych czy może już się zapoznali z treścią i co o niej myślą. Ot po prostu poszłam na tak zwany żywioł. Jakie są więc moje wrażenia po zakończonej przygodzie z historią Lele Pons? 

Na początku muszę wspomnieć, że język jest typowo młodzieżowy, ja jako wapniak, no dobra, aż tak źle jeszcze nie jest, ale nie oszukujmy się, większość terminów było dla mnie zupełnie obcych. Z młodzieżą widuje się praktycznie wcale. No i widać efekty.  Podczas czytania nie bardzo rozumiałam o co chodzi, naiwnie szukając wyjaśnienia u dołu strony. Boże, ja jednak jestem już stara. No w każdym razie początek nie był łatwy. Troszkę się nim zniechęciłam, bo jak czytać kiedy się nie ogarnia tematu? Kiepska sprawa, na szczęście mój wrodzony upór nakazywał się nie poddawać i zagłębiać dalej. W końcu coś miedzy nami zaiskrzyło i uwierzcie, albo i nie, ja przeżytek, starsza kobieta przed trzydziestką zrozumiałam język nastolatków! Coś wspaniałego.

Ogólnie książka ukazuje najważniejsze chwile z życia Lele, razem z nią chodzimy do szkoły, uczestniczymy w przeróżnych zabawnych sytuacjach. Z problemem zaaklimatyzowania w nowym otoczeniu, gdzie jak się okazuje wcale nie jest tak przyjaznym. No przynajmniej nie dla każdego.  Mamy wgląd na uczucia dziewczyny, bo jak wiadomo narracja pierwszoosobowa ma się wyśmienicie, więc i tutaj tak jest. Dlatego też wraz z bohaterką wybieramy stroje, kręcimy filmiki na Vine ( pierwszy raz usłyszałam o tym portalu, nie miałam pojęcia o jego istnieniu i wiecie, jakby co to możecie wejść i obejrzeć Lele Tutaj ) tak od siebie poradzę by najpierw podpatrzeć vine Lele, a dopiero później czytać, ponieważ ja do samego końca nie miałam pojęcia nad czym zachwyty. Jednak kiedy już weszłam na stronę dziewczyny i zobaczyłam w czym rzecz, no tutaj zdobędę się na wyznanie, siedziałam i się zaśmiewałam. Naprawdę. A byłam dosyć sceptycznie nastawiona. 

Co się tyczy samej książki, to nie plasuje się w czołówce ambitnej lektury młodzieżowej, ale czyta się tak lekko, jest zabawnie, można się pośmiać. Oczywiście jakieś tam przesłanie jest, ale czy Szkołę przetrwania można traktować jako przewodnik, albo niezbędnik w zrozumieniu trudów bycia licealistą? Nie wiem. Chyba każdy powinien zdecydować sam. Mnie się podobało, odprężyłam się, chwilami nie wiedziałam o co, chodzi. Wszak różnica pokoleń swoje już robi.  Niemniej jednak polecam, przyjemna i nie wymagająca skupienia. 




Czytaj dalej...

Stosiczek


Czerwiec jest dla mnie bardzo książkowym miesiącem, dotarło do mnie wiele tytułów i to w dodatku bardzo ciekawych i jakże cennych. Niektóre z nich długo wyczekiwałam. No i wielka radość, w końcu są. Tylko coś ostatnio mam problemy z czytaniem, jakiś zastój mnie spotkał i nijak nie wiem jak z niego wybrnąć.  No nic, trzeba jak najszybciej znaleźć wyjście z sytuacji, dla was tymczasem podrzucam stosiczek podzielony na dwa (nie chciały się ułożyć w jednej kolumnie, buntowniczki jedne). 


Zaczynamy od przestawienia nie postaci, a tytułów :) 

1. " Pięć królestw" cz.3 Barndon Mull - Przyznam się bez bicia, jeszcze nie zakończyłam drugiej części, ale niebawem wezmę się za obie książki i pożegnam z trylogią ( bo ty chyba trylogia?). 

2. Kiedy odszedłeś" Jojo Moyes - To co uczyniła ze mną pierwsza część wiedzą nieliczni, niestety nie doczekacie się recenzji tej pierwszej. Druga jest w trakcie czytania, niebawem zakończę i dowiecie się jak potoczyły się dalsze losy głównej bohaterki. 

3.  " Lato leśnych ludzi" M. Rodziewiczówna - Ukochana książka mojej mamy, zobaczymy czy córeczka zołzunia dołączy do grona fanów autorki... 

4. Silver. Pierwsza księga snów" Kerstin Gier - Wiadome było, że książkę tej autorki muszę mieć. Boże! Jakże ona jest przecudnie wydana, nawet jak treść mnie nie podbije to i tak ciesze się, że ją mam. Jest prześliczna. 

5. "Czarownice z Wolfenesteinu. Wstęga i kamień" Julia Bernard - Gdzieś czytałam o nich no i musiałam mieć, dzięki wymiance z okazji dnia dziecka mam! :) :) 

6. " Czarownice z Wolfenesteinu. Pierścień i sito" Julia Bernard - Oby to było ciekawe i te czarownice wymiatały w książce...;)))) 

7. " Niepokorne. Judyta" Agnieszka Wojdowicz - Tak bardzo długo jej wyczekiwałam, teraz mam i nie chcę czytać, nie chce już się rozstawać z ukochanymi bohaterkami, nie chcę z nimi pożegnać. Przepiękna trylogia!! Szczerze i od serca polecam poprzedniczki. 

8. " Czerwona królowa" Aveyard - tekst gdzieś tam w odmętach bloga, zapraszam do przeczytania tych, którzy są ciekawi czy warto zabrać za tę serię;), 

9. " Ból za ból" Han/Vivian - a to nie wiem dlaczego chciałam mieć, ale przeczytać muszę, ciekawostka czy mi się spodoba, bo ten tytuł coś podejrzany jest. Okładka... sami za chwilę zobaczycie.


No dobrze, tak prezentuje się mój skromny stosiczek, teraz jak zawsze okładeczki. 



                       Moje faworytki, chociaż i tak Silver jest naj naj naj!! No sami przyznajcie, że piękna okładka, twarda w dodatku a w środku jakże pięknie.. ochy i achy:)

        No także, ten. Mówiłam, że bóle mają okładkę, no borze szumiący! Tandeta obrzydliwa, aż przykro patrzeć. Bo czerwona to naprawdę elegancki minimalizm. Śliczna jest. 

           Obie tak jakby szału nie robią, no ale już nie będę czepliwa widać nie starczyło kasy na dobrego grafika. Życie. 

        Judytka jak i poprzednie kobietki z trylogii ma cudną okładkę, naprawdę. Cały komplet jest przepięknie wydany. Brawo NK!! :) Jojo w sumie też niczego sobie, ale blednie przy Judytce. 

        I samotni leśni ludzie, coś mi nie wyszło to zdjęcie, ale już na poprawkę sił zabrakło. Jest jak jest. 


Prezentacja zakończona, podzielcie się swoimi opiniami, co macie, co chcecie, jakie wrażenia :).  
Czytaj dalej...

To skomplikowane Julie


Mam ogromną nadzieje, że kolejna opinia do tego właśnie tytułu nie zniechęci potencjalnych czytelników. Miałam jeszcze troszkę odczekać z opisaniem swoich wrażeń. Jednak nie potrafię, jest mi niezmiernie trudno powstrzymać kłębiących się emocji.  
Książka wydaje się niepozorna, ba! Okładka według mnie jest wręcz koszmarna, jest sztampowa, jeszcze koszmarne złote kropki, które się ścierają, palcami zjechałam trzy i zanim się domyśliłam, że unicestwiłam je za pomocą ocierania przez dłuższą chwilę siedziałam zastanawiając się skąd się wzięły na skórze złote drobinki. Taka niespodzianka. Wracając do okładki, ona jest brzydka. Nie przykuwa uwagi, kojarzy się z tanim romansidłem. Nie wiem jaki był zamiar, dlaczego doszło do tak beznadziejnego wyboru. Pozostaje jeszcze pytanie do treści, czy wnętrze się broni? 

Julie jest normalną nastolatką, w prawdzie jej rodzice są po rozwodzie, mieszka z matką zaś ojca widuje niezbyt często, ale jakoś niespecjalnie czuje się jak ofiara. Oczywiście brakuje jej normalności rodziny, ale jeżeli ktoś pomyśli, że jest to kolejna bohaterka z ukrytymi traumami będzie w błędzie. Julie jest normalna, na tyle ile pozwala jej wiek. Popełnia błędy i tak między innymi jednym z nich już na starcie jest nie sprawdzenie wiarygodności pośrednika oferującego mieszkanie dla studentów. Teraz siedzi na ulicy nieznanego miasta, w okropnym upale i czuje, że jest bardzo źle. Chcąc nie chcąc musi powiadomić matkę, nocować na chodniku nie może, potrzebna jest pomoc. Ona sama czuje się zbyt zrozpaczona i zagubiona. Na szczęście odsiecz przychodzi. 
Powiada się, że znajomości nawiązane w okresie studiów są trwałe, chyba coś w tym jest ponieważ dawna koleżanka Kate (matki Julie) bez problemu oferuje podwoje własnego domu, wysyłając po dziewczynę swojego syna. Dzięki  pechowi przyszła studentka zyskuje darmowe lokum i coś jeszcze, co? O tym przyjdzie się jej przekonać później. 

Matt jest mózgiem. Matematyka czy inne ścisłe dziedziny nie stanowią dla niego żadnego problemu. Godzinami przesiaduje w książkach, bądź przed monitorem komputera rozwiązując coraz to nowsze zadania. Nie posiada życia towarzyskiego, kiedy się nie uczy zajmuje młodszą siostrą. Od pewnego czasu nową lokatorką domu, która dość niespodziewanie wtargnie w życie rodziny Watkinsów. I to nie chodzi o fakt, że Matty nie polubi Julie, chociaż często będą mieli odmienne zdania, on nie będzie umiał zrozumieć jej podejścia do pewnych spraw, Julie natomiast usilnie będzie próbowała zmienić styl ubierania chłopaka. Bo kto nosi tak dziwaczne koszulki i ogólnie z bezguściem trzeba walczyć.  Pełno słownych utarczek, masa niedomówień. 

Osobą o której najmniej wiadomo jest Celeste, dziwnie wysławiająca jak na swój wiek, o jej ubiór również nie miał kto zadbać, ale nie to będzie głównym problemem.  Dziewczynka jest inna, czego nie można nie zauważyć, nikt nie chce porozmawiać na ten temat. Nikt nie chce spróbować zmienić tego z czym żyli do tej pory. Jak więc w całej sytuacji odnajdzie się Julie? 
Kim jest ciągle podróżujący Finn, mimo nieobecności tak mocno uczestniczący w każdej chwili życia członków rodziny, później samej Julie, na czym polega jego wyjątkowość? 

Kiedy otrzymałam swój egzemplarz książki (o którym zapomniałam, że zamawiałam. Zaczynam się poważnie obawiać o mój stan pamięci i ogólnie umysłowy), widząc okładkę byłam troszkę zniechęcona. Odniosłam dziwne wrażenie, że oto nabyłam kolejną nastolatkową opowiastkę, na domiar złego będę musiała męczyć z czytaniem i na końcu porządnie skrytykować. By kolejny raz stać się złą i najgorszą. Mimo wszystko dzielnie zasiadłam do czytania. Nie będę czarowała o tym jak fabuła od razu mnie porwała, jak wciągnęłam się od pierwszych stron. Wcale tak nie było, wręcz przeciwnie. Po przeczytaniu chyba 50 stron odłożyłam książkę na półkę i wzięłam się za inną lekturę. Dopiero po chyba trzecim podejściu - naprawdę okładka i te obrzydliwe złote kropki źle na mnie działały, zaczęłam czytać. Czytać tak z zainteresowaniem, wczuwając w życie bohaterów z ukazanego problemu, o którym na dobrą sprawę wiemy nie wiele. Razem z Julie czujemy, że coś jest nie w porządku, jednak znikąd nie możemy zyskać wskazówki. 

Przyglądamy się relacjom między Julie a całą rodziną Watkinsów, na pozór bardzo porządną i ciepłą. Rodzice osiągnęli swoje stadia kariery zawodowej, Matt wykazuje dobre zadatki na bycie kogoś kim tylko zechce, musi tylko ukończyć studia z najlepszymi wynikami, co w jego przypadku nie wydaje się zbyt trudne. No i zostaje jeszcze Celeste, już nie dziecko, ale jeszcze nie kobieta. Jest bardzo intrygująca. Wypowiada się jakby żyła w innej epoce i była dojrzałą kobietą, nie nastolatką rozpoczynającą przygodę z życiem. Córka Watkinsów nie ma koleżanek, nie spędza czasu sama, do szkoły zawsze jest odwożona przez Matta. Dlaczego została aż tak ograniczona, dlaczego ma dziwne upodobania o których nie mogę napisać (niechaj będzie zaskoczeniem), brakuje najważniejszej osoby. Finna. Tego o którym każdy ciągle mówi, tego który ciągle podróżuje. Musi być kimś wyjątkowym. Nawet Julie zechce się z nim zapoznać, chociaż wirtualnie,  z początku tylko ot tak. Jednak nawet na portalu, poprzez wysyłanie zwykłych wiadomości można poczuć do drugiej osoby coś więcej niż tylko sympatię.  Szkoda, że znajomość odbywa się tylko i wyłącznie za pośrednictwem czata...

 Podejrzewam, że większość pomyśli, że To skomplikowane Julie to kolejna ckliwa książeczka o życiu studenckim, o jakiejś tam nastolatce jakich pełno. Ja zaś wam powiem, że nie jest tak. Mylne mogą być pierwsze wrażenia, nawet albo i przede wszystkim po tym co napisałam. Celowo nie odkryłam głównego i bardzo istotnego wątku. Ponieważ autorka bardzo powolutku wprowadza czytelnika w swoją historię, razem z Julie musimy błądzić, popełniać błędy, szukać odpowiedniego wytłumaczenia. A i tak kiedy przyjdzie do finału odpowiedź będzie jeszcze bardziej poplątana i szokująca. Miałam wiele swoich teorii, rozważań czy podejrzeń, ale nie spodziewałam się takiego właśnie obrotu sprawy. 

Co w książce podobało mi się najbardziej? Chyba sposób w jaki autorka zmusza czytelnika do wczucia w atmosferę, w życie bohaterów, oni zaczynają być nami, albo my nimi . Przeżywamy każde wydarzenie, nawet to najmniejsze. Nic nie zostało wymuszone, przerysowane tylko po to, aby dodać większej dramaturgii. Absolutnie nie. I owszem, na początku mnie było trudno cofnąć się do umysłu nastolatki, do jej problemów. Jednak później tak kompletnie zapomniałam o różnicy wiekowej, o fakcie, że dawno temu minęły czasy moich zmagań z pierwszymi krokami w dorosłym życiu. Byłam Julie, byłam też Mattem, przez chwilę nawet Celeste - chociaż ona jest bardzo, bardzo długo ogromną zagadką, nie jesteśmy do niej dopuszczani, nie możemy zrozumieć dlaczego zachowuje się właśnie tak.  Muszę powiedzieć, że wczułam się całą sobą. Przeżywałam pierwsze spojrzenia, rozmowy na wiadome tematy (nie ma seksów! Hurra!), ale tutaj autorka poruszyła znacznie poważniejsze problemy, takie na polu psychologicznym.  Nie bawimy się w terapeutów, tylko uświadamiamy sobie jak kruche są emocje, jak niewiele potrzeba do odebrania szczęścia. Jak później długą drogę trzeba przebyć do odzyskania równowagi.  

Jestem pod ogromnym wrażeniem, niepozorna, nie nawołująca. Praktycznie nie mająca tego czegoś, nagle wdziera się do umysłu, później serca i nie opuszcza. Nawet kiedy odkładamy książkę. Kiedy ostatnia kropka zostaje postawiona nie chcemy wracać do teraz i tutaj. Jeszcze nie, jeszcze chwilę chcemy być tam i spróbować uspokoić natłok myśli. Pożegnać z ludźmi, którzy przez tę chwilę byli tak bardzo bliscy, bo byli nami, a my nimi. Niesamowite. Książka, którą trzeba przeczytać.


Czytaj dalej...

Czerwona królowa


Wiele razy chyba już pisałam, że jestem zbyt podatna na polecanki książek przez Sylwię, która to też niebawem stanie się bardzo sławna przez moje wspominki. Jednak prawdą jest, że nasze gusta czytelnicze są bardzo podobne i niestety kiedy Sylwia wyśle do mnie wiadomość o takiej mniej więcej treści " Musisz przeczytać, taki i taki tytuł" to ja niestety zdaje sobie sprawę, że rzeczywiście muszę przeczytać. Nawet jeżeli chwilowo mam debet na koncie i na końcu świadomości zdrowy rozsądek krzyczy do mnie, że już KONIEC! Ja niczym nierozgarnięta gąska, która nie rozumie problemu udaję się na stronę księgarni internetowej (zazwyczaj tam gdzie promocje, więc bywa różnie, nie mam swoich ulubieńców), no więc na takiej stronce szukam tytułu, który muszę koniecznie przeczytać, kupuję i udaje, że wcale nie jest tak, że naprawdę nie mam pieniędzy bo akurat wizyta u okulisty może zaczekać - trudno najwyżej będę czytała wspomagając się lupą. Do pracy zaś zacznę chodzić pieszo - bo w końcu jest wiosna, a i o kondycję wypadałoby zadbać. Nie ma tłumaczeń, czasem nawet bym chciała aby rodzicielka, która nie rozumiem dlaczego, ale od dłuższego czasu przestała reagować na piętrzące się stosy i kierować pytania dotyczące ich pochodzenia, jakoś interweniowała. Bo może gdyby jak niegdyś zagroziła, że na obiad zacznę jeść kiełki, albo w ogóle przestanę mieć dostęp do lodówki, wtedy bym zaprzestała kupna. Nie dzieje się tak. Pogrążam się coraz bardziej. Tyle dobrze, że chociaż jak spadnę na dno to będę miała rozrywkę.  No w każdym razie książki kupuję, kupiłam również Czerwoną królową, obwieściłam, że mam i idę czytać. 
Kochanej Sylwii nie pozostało już nic jak czekać, czekać na wyrok... Sylwia już wie, za chwilę i Wy się przekonacie jaki był. 

Poznajemy Mare Barrow, mieszkankę wioski Pale. Dziewczyna jest czerwoną, co za tym idzie pochodzi z ludu, który nie ma żadnych praw. Muszą wykonywać polecenia Srebrnych - tych lepszych i silniejszych. Różnią się pod każdym względem. Nawet, a może i przede wszystkim cechą charakterystyczną między czerwonymi i srebrnymi jest kolor.  Nie tylko skóry - również i krwi. Nazwy mają swoje konkretne podstawy. W tym świecie nic nie dzieje się przypadkowo, a jeżeli wydarzy się coś niespodziewanego od razu zostaje dokładnie sprawdzane, analizowane. Podejmowane są odpowiednie środki, niekoniecznie bezpieczeństwa i w zależności dla której grupy ludzi.  
Dziewczyna zdaje sobie sprawę, że już niebawem będzie musiała wstąpić do wojska, które jest przymusem po osiągnięciu osiemnastego roku życia. Jej bracia już dołączyli do armii, walczą na wojnie trwającej już przeszło sto lat, nie mającej celu ani końca. O ile ona sama jakoś się już przygotowała, a dokładniej nastawiła na los, który jest nieunikniony tak nie potrafi wyobrazić sobie swojego przyjaciela Kilorna, sierotę przyuczającego się do zawodu rybaka, prawo pozwala by młodzieniec posiadający umiejętności przydatne dla Srebrnych odstąpił od służby w wojsku na rzecz pracy "zawodowej" dla kraju.  Niestety traf chce, że mentor młodzieńca umiera, nie ma możliwości by ktoś zdecydował się wziąć pod opiekę niemalże dorosłego niedouczonego chłopca. Mare wie, że przyjaciel nie poradzi sobie w walce, potrzebna jest pomoc. Musi znaleźć wyjście z sytuacji. Gdyby tak posiadali pieniądze, gdyby mogli uciec, albo chociaż Kilorn. 

Ryzyko ogromne, cień nadziei. Wszystko jest zaplanowane. Nawet przez chwilę ani Mare, ani Kilorn i jeszcze jedna osoba nie spodziewają się, że za kilka godzin odmieni się życie nie tylko tej dwójki. Chociaż to dziewczyna dozna ogromnego szoku, chcąc uratować bliską osobę nieświadomie poruszy machinę pędzącą do przodu, odkrywającą nowy świat, nowe tajemnice. 
W jednej chwili zostanie zabrana z zapyziałej wioski, ciasnego domu trafi do dworu samego króla. Posada służącej, ciężka ale i zapewniająca w miarę bezpieczną przyszłość. Czerwoni nigdy nie mogą czuć się bezpiecznie, grunt by mieli miejsce do spania i codzienny posiłek. W nowym domu wszystkiego jest aż nadto. Jakim cudem wybrano właśnie ją? Kto zadecydował by zwinna złodziejka, nie wyróżniająca się niczym istotnym otrzymała wyróżnienie? 


Siedziba króla, miejsce gdzie można spotkać samych Srebrnych - uważanych za bogów, odznaczających się niesamowitymi zdolnościami. Nieśmiertelnych.  Mare przekona się co to prawdziwa siła, bezwzględność i niebezpieczeństwo.  Od wewnątrz świat władców jawi się zupełnie inaczej, jednak Ci najgroźniejsi poczują niepewność. Nagle ich niepodważalna władza zostanie zachwiana, ktoś zechce sprzeciwić się jarzmu niewoli i niesprawiedliwości.  Szkarłatna Gwardia. Tajemniczy przywódca, który nie cofnie się przed strachem.  W dodatku dotąd niewidzialna Mare Barrow pospolita dziewczyna, złodziejka nielubiąca się uczyć zupełnym przypadkiem trafi przed oblicze króla i królowej. I od tej chwili stanie się zupełnie nową osobą, o której istnieniu nawet ona sama nie zdawała sobie sprawy. Gra dopiero teraz się rozpocznie.  Kto wygra? Co jest na końcu i komu można zaufać? 

Nasłuchałam się na temat tejże książki, swego czasu ciągle widywałam recenzje, filmiki i nawet chyba jakieś gadżety promujące Czerwoną królową książką do tego stopnia się zachwycano, że specjalnie do niej napisano piosenkę. Milusio. Jednak jak większość z Was wie, mnie nie wystarczą peany chwalebne wznoszące pod niebiosa. Nic z tych rzeczy. Im większa reklama, tym moja niechęć się uruchamia i blokuje przed sięgnięciem i przekonaniem się czy faktycznie rekomendacje mają pokrycie w świetnej fabule. Traf chce, że niestety kiedy dostanę zielone światło od Sylwii wiem, mogę śmiało czytać. I wtedy nagle dziwnie rzeczy zaczynają się ze mną dziać, bo chcę czytać już, teraz natychmiast,że jestem zdolna zacząć serię od środka nie każdy wie, ale tak. Taka zdolniacha ze mnie. Tutaj było troszkę inaczej, wywalczyłam sobie Szklany miecz  nie było więc wyjścia, musiałam kupić pierwszą część. Do czytania zasiadałam z niepewnością i nawet przestrachem, czy to na pewno jest książka dla mnie?  

Zacznę od stylu autorki, do narracji pierwszoosobowych przyzwyczaiłam się na tyle, że już mnie one nie drażnią. Chociaż udawać nie będę, nie jestem fanką tej właśnie formy. Trudno nastała taka, a nie inna moda. Trzeba przetrwać. Wracając do Viktorii Aveyard, która ukazała fabułę oczami głównej bohaterki - wiadoma sprawa. Chyba nie liczyliście, że będzie z perspektywy króla? Jeżeli tak, to niestety muszę rozczarować. Mare jest narratorką. I to jej oczami, uszami i emocjami jesteśmy. Co nie oznacza, że jest to zarzutem. Broń Boże! Przemyślenia czy same dialogi są bardzo ciekawie skonstruowane i co najważniejsze. Pani Aveyard postarała się by opisy nawet te długie były bardzo interesujące i pobudzające wyobraźnię. Dzięki czemu świat do jakiego się przenosimy zdaje się być realny. Widzimy go oczami wyobraźni. Począwszy od wioski do pięknego szklanego Dworu, który mimo swego przepychu i bogactwa jawi się zimno i nieprzystępnie dla żadnej ludzkiej istoty. Tylko przecież srebrni nie są uważani za ludzi, więc chyba nie powinno być problemu.

Dla Mare trudne jest przystosować się do nowego życia, nie może mieć przyjaciół, nie może nikomu zaufać. Tęskni za rodziną. Nowo poznani są nieprzystępni, a nawet jawnie jej grożą. Czy wśród tych wszystkich pięknych i niebezpiecznych istot jest szansa by znalazła się chociaż jedna przychylna osoba? Dla  której nie będzie obojętny los jej ludu, po latach niemocy i biedy potrzebującego zmiany.
Postać dziewczyny została dosyć fajnie ukazana, nie jest ona idealna, ma swoje wady i zalety. Chyba przypomina normalną nastolatkę, która jak tylko może próbuje się dostosować do sytuacji w których się znajdowała. Czasem jej decyzje były złe, konsekwencje przynosiły tragiczne skutki.  Mimo wszystko podnosiła się i dalej walczyła. Nie mogę się chyba przyczepić do jej postaci. Już dawno nie czytałam o nastoletniej bohaterce, nie mającej cech mnie drażniących. Brawo dla autorki. 

Poznajmy bardzo wiele bohaterów, gdybym miała o każdym coś napisać moja opinia stałaby się streszczeniem, a do tego jestem naprawdę zdolna. Niestety tak strasznej rzeczy poczynić nie mogę, chciałabym napisać o dwóch postaciach, które wywoływały we mnie masę uczuć, ale nie mogę. Musicie sami ich poznać, sami wyrobić sobie zdanie, a później tak samo jak ja, doznać szoku. Szoku, który mnie po prostu wytrącił na pewną chwilę z równowagi. Siedziałam oniemiała, miałam ochotę płakać, ale autorka nie za bardzo pozwala by łzy sobie ot tak popłynęły, serwuje kolejne ciosy i później już jesteśmy w centrum akcji, która nie zwalnia nawet na moment. Dopiero pod sam koniec drogi przyszły czytelniku zostaniesz wypluty, by pozostać z masą pytań, zmaltretowaną duszą i sercem. Nie wiem jak inni czytający, ale mnie po prostu wszystko bolało kiedy wraz z Mare przechodziłam przez wydarzenia.  Nawet przez chwilę nie miałam pojęcia, że aż tak fabuła mnie pochłonie. 

Świat ukazany przez panią Aveyard jest niesamowity, brutalny ale i magnetyczny. Z jednej strony fascynuje, z drugiej przeraża. Można nauczyć się z niej bardzo wiele, ale i przeżyć niesamowitą przygodę. Ja muszę się przyznać, pierwszy raz tak totalnie wczułam się w wątek miłosny - bo taki oczywiście jest. Żadna tajemnica. I ów wątek mnie po prostu maltretował, jeżeli ktoś mi zarzuci, że nie mam serca i uczuć, to bardzo proszę, macie dowód. Jest jednak nadzieja. Przeżywałam całą sobą, no bolało mnie aż tam w środku. I tak po trosze boję się czytać ten drugi tom, bo nie wiem czy mój ból zostanie złagodzony, czy mnie dobije. Zaczęłam i wiem jedno. Łatwo nie będzie. Cóż mogę więcej napisać. Książkę należy przeczytać. Od samego początku do końca jest cudowna. Pod każdym możliwym względem. Mnie zdobyła i podbiła i ogólnie muszę uciekać do Szklanego miecza, a wam nakazuje Czytajcie! 

I znowu wyszła mi przydługaśna opinia... wybaczcie! ;)


Czytaj dalej...

Serce w kawałkach


Miłość i tajemnice. Piorunująca przeszłość i wydarzenia, o których niełatwo zapomnieć. Strach o życie i wieczna walka o lepsze jutro. Czy w tym wszystkim naprawdę można zachować wewnętrzny spokój i nie dać się zwariować?
Kolejna część trylogii, która zaraz po Sercu ze szkła skradła niezaprzeczalnie moje serce. Juli i David od pięciu miesięcy żyją w Bostonie. Chłopak poukładał swoje sprawy, powolutku wychodzi z depresji i wydaje się, że wszystko będzie już dobrze. Jednak, nie tak szybko... Młody mężczyzna postanawia, że musi raz na zawsze rozliczyć się z przeszłością. Wkrótce wraca na przeklętą wyspę Martha's Vineyard, a zmartwiona Juli podąża jego śladem. David chce przypomnieć sobie wydarzenia, które poprzedzały śmierć Charlie, bo jedyne, co pamięta, to echo wystrzału.  Niestety, chłopak obawia się najgorszego – że to on postrzelił narzeczoną. 
Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy policja trafia na kobiece szczątki w morzu, a mieszkańcy wyspy zaczynają widzieć duchy. Co tak naprawdę wydarzyło się na klifie? Jak wiele wspólnego ze śmiercią narzeczonej ma David? Na te pytania znajdziecie odpowiedź w Sercu w kawałkach.
Jestem zakochana w tej serii – nie mam co do tego żadnych wątpliwości! Bałam się, że druga część może okazać się gniotem w porównaniu z pierwszym tomem trylogii, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Historię Juli i Davida pochłaniałam jak szalona, nie zważając na dzień i okoliczności, w których ja sama aktualnie się znajdowałam. A końcówka... co to było za przeżycie! Nigdy bym nie podejrzewała, że autorka AŻ tak mnie zaskoczy. Siedziałam otumaniona przez jakiś czas i baaardzo żałowałam, że na kontynuację ZNOWU muszę czekać. Niesamowicie spodobała mi się historia stworzona przez Kathrin Lange i przede wszystkim sposób, w jaki została przedstawiona czytelnikowi. Kochani, tam nie ma czasu na nudę, zmęczenie, czy zdenerwowanie przez to, że akcja kompletnie się nie rozkręca. 
Jedynym minusem jest postać Grace – kobieta irytowała mnie od samego początku, a fakt, że była przemądrzała nie pomagał mi w tym, żeby ją polubić. Potem przestałam nawet próbować, nie miałam do tego siły. Co za okropna baba! Wszędzie musiała wściubić swoje trzy gorsze, mając kompletnie gdzieś fakt, że nikt nie ma ochoty jej słuchać. Chodziła jak zjawa, wszystko chciała wiedzieć i tylko rzucała kłody pod nogi.
Mimo wszystko, aktualnie jestem oczarowana tą serią i z wielką niecierpliwością czekam na ostatnią część, którą – podejrzewam – tak samo szybko pochłonę jak te dwie pierwsze i będę czuła niedosyt. 
Szukasz świetnej książki na upalne popołudnia? Serce w kawałkach jest w sam raz dla Ciebie!
Czytaj dalej...

Nie tylko targowe zdobycze książkowe

Przyszła w końcu pora przedstawienia części tego co udało się nabyć podczas targów. Niestety nie jest to pełen skład, oczekuję jeszcze jednej przesyłki - nie pokażę Wam więc kochani czegoś najbardziej ważnego ;) musimy jeszcze poczekać, bo tak naprawdę to ja sama już bym chciała mieć komplet w domu. No ale trudno. Chciało się mnie lecieć samolotem, teraz nie ma co marudzić, że nie było możliwości zabrania ze sobą całego pakietu. 


Szczerze mówiąc  to znalazły się tutaj książki nie tylko z targów, ale otrzymane teraz niedawno. Jako, że na organizowanie stosika nie mam ostatnio weny wymieszałam razem. A co mi tam, wiadome, że będą musiały zostać przeczytanie. Najważniejsze jednak jak dla mnie w całym przedsięwzięciu, oprócz książek rzecz jasna były... ZAKŁADKI - jestem nawiedzona, ciągle mi brakuje zakładek i nawet teraz kiedy mam ich co tu dużo mówić całkiem pokaźną ilość, odczuwam niedosyt. To się już chyba nazywa pazernością? 
Na równi z zakładkami kocham się w torbach, torby odgrywają bardzo ważną rolę w moim życiu. Mam w nich wszystko, a jeżeli nie, można być pewnym, że zostaną odpowiednio zapełnione. Na przejściu dla pieszych w Warszawie u pewnej dziewczynki, zauważyłam właśnie tę " Czytanie nie tuczy" - oczywiście musiałam nabyć, no i jest:). Jednak i tak najlepsza jest papierowa z napisem "Bruchalek", moja mamusia była niesamowicie zaintrygowana dlaczego nosiła tan podpis.... ;))). 



I teraz najlepsze pytanie, o co Bruchalek najbardziej walczyła niczym lwica za kawałkiem golonki antylopy? Otóż bardzo, ale to bardzo  Bruchalek chciała mieć w posiadaniu "Szklany miecz" - znowu pójdzie na Sylwię ( recenzentka książek) już chyba mówiłam, że Sylwunia ma bardzo zły wpływ na mnie, cały czas podrzuca jakiś tytuł twierdząc, że powinnam przeczytać, następnie serwuje recenzje po której nie robię nic innego jak udaję się w stronę sklepu internetowego i robię coś czego nie powinnam.  
No i wyszło, że Szklany miecz posiadać chciałam - to nic, że pierwszej części jeszcze NIE  miałam ( została zamówiona). Sylwia! Wiesz co się stanie jeżeli mnie się nie spodoba? Wiesz prawda?;). Z kolei Hormonia  była zupełnym przypadkiem, to znaczy ja chciałam bardzo się zapoznać z nową książką pani Sochy, aczkolwiek nie odczuwałam przymusu na już teraz, wyszło tak, że biegłam jak oszalała w stronę stoiska w wiadomym celu - ta choroba już chyba nieuleczalna. Z Warszawskim Niebotykiem również ciekawa historia, tutaj podziękuję Angelice ( Lustro rzeczywistości) za cudowną antyreklamę, a raczej przestraszenie biednej autorki - to nie prawda, że się czepiam i marudzę! Biedna Marysia miała przerażenie w oczach...  
Nadzieje i marzenia - Madziuleńku dziękuję za wspaniały wpis, popełniony kiedy ja na chwilę wyszłam. Bardzo śliczny, ale książka jest jeszcze śliczniejsza, chyba przeczytam trzeci raz:). Resztę książków opiszę kiedy już powróci do mnie wena twórcza stosikowa. Chwilowo mam postój. Czekam na ostatnią paczuszkę z TYM kluczowym elementem, później niestety zostanie zakończony rozdział pt. WTK 2016
 
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka