Niedyskretnik



Gdy pojawiła się zapowiedź tejże książki, z początku nie myślałam, czy będę chciała przeczytać. W końcu zdecydowałam się, że jednak chcę. I gdy dotarła do mnie, chciałam sobie przejrzeć, o czym traktuje dokładnie, w jakiej formie jest napisana. Ogólnie czy przypadnie mi do gustu. Jeszcze wtedy nie spodziewałam się, że z chwilą otwarcia, przepadnę. Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu.

Autorka postawiła na bardzo fajną narrację, mianowicie zwraca się do czytelniczki. W pewnym sensie prowadzi taką rozmowę, z nami czytającymi. Już słowa wstępu po prostu mnie kupiły. Później już było tylko lepiej. Zacznijmy jednak od najważniejszego. Czy lubicie klimaty Jane Austin, czy Charlotte Bronte? Może być również Elisabeth Gaskell. Dlaczego o nie pytam? Ponieważ każda z nas, która pokochała Rozważną i Romantyczną, czy Północ i Południe, czytając bądź oglądając filmy, nie widziała i chyba też, nie wiedziała jednego. Jak ówczesne kobiety, radziły sobie na przykład w toalecie. I przede wszystkim, czy takowa istniała, a jeśli tak, to jaka i gdzie?

Właśnie od tego zaczynamy naszą podróż do przeszłości. Od załatwiania swoich potrzeb, o których nie mówimy na głos. A przynajmniej nie wszyscy, że wszyscy udajemy się do „świątyni dumania”, jest wiadome. No, ale, jak było wtedy?

Ja oczywiście miałam świadomość, że w tamtych czasach łazienki nieco różniły się od naszych, bo kto uważnie oglądał filmy, widział, a raczej, nie widział klozetu w miejscu odbywania kąpieli. I to nie był przypadek, ich tam po prostu nie było. Przez bardzo długi czas, nie było mowy, by wucet znajdował się w domu.

No i teraz przejdźmy do konkretów, gdzie panie, noszące sztywne i fantazyjne suknie, chodziły załatwiać swoje potrzeby? Jak się to odbywało? Cóż, warunki nieco dramatyczne, zważywszy na fakt, że po prostu wtedy, higiena pozostawiała wiele do życzenia. I kiedy już, już sobie pomyślałam, że no gorzej być nie może. Autorka sprowadza na ziemię. Owszem może.



Bo kto, jak nie kobiety musiały mieć ciężko. Codzienne czynności, swoją drogą, a comiesięczne przypadłości, były i wtedy. Z tą różnicą, że nie było szans, na choćby watę, podkład czy inne udogodnienia. Jak więc kobiety sobie radziły?  Tutaj wspomogę  się, ślicznym obrazkiem. 




Szczerze mówiąc, gdyby nie świadomość, że to naprawdę tak mniej więcej wyglądało, mogłabym się pośmiać. A tak, muszę oddać szacunek paniom, które wtedy musiały sobie radzić. Bo ja, teraz mam kompletny dramat, dni wyjęte z życiorysu, a gdybym musiała chodzić z czymś takim między nogami. Boże litościwy, chyba kazałabym się dobić.

Zabawne były teorie medyczne. Oczywiście prowadzone przez mężczyzn. W tamtych czasach wszystko prowadziło do suchot. Nawet miesiączka źle odpływająca, czy o nie takim zabarwieniu co trzeba, mogła być przyczyną suchot. W sumie to suchoty były przez wszystko.

Oczywiście przypadłości kobiet, były odbierane jako coś złego. W sumie kobiety był wcieleniem zła. Dlatego krwawiły. Wiadomo. Mężczyzna nie krwawił, chyba że był na wojnie i został ranny. Kobieta krwawi sama z siebie. Demon. To też, bidule musiały być bardzo dyskretne w oczyszczaniu tego, co pomagało im zatrzymać krwawienie. Cóż, łatwo nie było. Kolejny powód do podziwu



Trzeba oddać autorce, spisała się świetnie w swoim oprowadzaniu po czasach, odzierając z niewiedzy. Zaglądamy do najbardziej dyskretnych i zachowywanych pod zasłoną milczenia tematów. Chwilami brutalnie szczera, bo naga prawda, czasem aż przerażała. Ja się dziwię, że wtedy i tak tylu ludzi przeżyło. Wszechobecny brud, smród i po prostu tragedia. Gdzie woda do picia, mieszała się ze ściekami. Później zarazy i epidemie. Cóż, takie były to czasy, ukryte za fasadą strojnych sukien, pięknych fryzur i uśmiechów. Prawda jednak jest mniej dostojna.

Jestem bardzo zadowolona, z posiadania Niedyskretnika, myślę, że nie jeden raz do niego zajrzę. Z chęcią przypomnę sobie, to i owo. Była to pouczająca lektura. Szczerze i od serca polecam.



Tekst stanowi oficjalną recenzją dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Troje na huśtwace



Bywają książki, które czyta się jednym tchem. Mają w sobie coś takiego, co sprawia, że tekst a wraz z nim strony, przepływająca niepostrzeżenie. Są również takie, przy których trzeba się zatrzymać, przetworzyć informacje i dopiero po tym czasie iść dalej, zagłębiać w tekst. No i jeszcze jedne, takie pół na pół, z jednej strony czyta się dobrze i nawet szybko, a po chwili coś nas zatrzymuje i nakazuje pomyśleć przez chwilę, zanim ruszymy dalej. Tak właśnie miałam z książką Troje na huśtawce, a jak oceniam całość?


 
Koralia jest w wieku, który zasadniczo trudno zakwalifikować, by nie urazić. Bo z jednej strony przekroczenie czterdziestki nie jest niczym strasznym, z drugiej, daje świadomość z tylu głowy, że oto młodość gdzieś została za pewnymi granicami, a teraz to już coraz bliżej starości. Oczywiście mówimy o wieku liczbowym. Bo tak naprawdę. Starość czy młodość jest stanem ducha. Od tego, jak bardzo my sami odnajdujemy się w danej rzeczywistości. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynają się ograniczenia wiekowe. Bo po czterdziestce to czy tamto już nie wypada. Bo już są boczki, bo zmarszczki itd.

Taka właśnie jest nasza bohaterka, zatrzymana w wieku, którego nie bardzo lubi, ale tak naprawdę, gdy była młoda, nie bardzo korzystała z cyfr, które same siebie usprawiedliwiały, wraz z postępkami, które się uczyniło.

I właśnie w tym dziwnym wieku „pomiędzy”, Koralia się zakochała. I chyba nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że obiekt jej zainteresowania — z wzajemnością zresztą. Był synem najlepszej przyjaciółki, w dodatku osiemnaście lat młodszym. Tak. Teraz z pewnością reakcje są pełnie oburzenia, zniesmaczenia i całej reszty, która myśli jedno. Potępić i ukarać. Prawda?

Jednak Koralia i jej ukochany, pomimo przeszkód, jakie z pewnością w końcu się pojawią, postanawiają dać sobie szansę. Ona ma większe opory, On tłumaczy jej, że jest dorosły i w końcu kocha. I naprawdę tak jest.

Tylko jest jeden, maleńki problem. Matka i przyjaciółka. Czy będzie umiała pogodzić się z tym, co dwie najbliższe osoby zafundowały, czy przyjaźń będzie postawiona na granicy wyboru? I najważniejsze, czy taka miłość ma szansę?



Ciekawiła mnie książka, która miała ukazać związek, czy romans, jak kto woli. Starszej kobiety i dużo młodszego mężczyzny. Mnie akurat specjalnie to nie gorszyło. Ponieważ uważam, że skoro mężczyźnie wolno stanąć na ślubnym kobiercu z 25 lat młodszą oblubienicą, to tal samo działa w odwrotną stronę.

Sprawa o tyle była trudna, że chodziło o syna przyjaciółki. I chyba ten aspekt wzbudzał największe emocje. Z jednej strony chłopak był już dorosły, świadomy tego, czego chciał. Z drugiej Koralia i jej rozterki. Tutaj nie można powiedzieć, że zachowywała się niezdecydowanie i być na nią o to złym. Ja rozumiałam te wahania, to miotanie w różne strony. Trudno powiedzieć sercu przestań, bo rozum krzyczy, że tak nie wolno. I tak naprawdę dlaczego?

Była Aurelia, matka i przyjaciółka. Jak powiadomić nieświadomą przyjaciółkę, matkę — główną zainteresowaną, że mimo tego, że zdaje się niemożliwe, właśnie na nich coś takiego padło?

Trudne wybory, trudne decyzje. Jeszcze trudniejsze skutki, a wszystko przez miłość, która postanowiła pobawić się cyframi. Czy jest w tym coś złego?

Książkę czytałam dosyć długo. Sama nie wiem dlaczego. Bo jest naprawdę ciekawa. I chociaż Natasza Socha, postanowiła nieco nam utrudnić, i formę pamiętnika Koralii, czytamy z nieco pomieszaną kolejnością zdarzeń, mimo wszystko czytało dobrze. Mnie może przytrzymywały te rozmyślania kobiety, jej analizy, wspomnienia i ich wpływ na aktualne wydarzenia.

Kibicowałam bohaterce, uważam, że miłość powinna otrzymać szansę. Wiek to tylko cyfry, ograniczenia stawiamy my sami. Jeśli chodzi o szczęście, nie powinno się o nich myśleć.

Zakończenie sprawiło, że nie mogłam spać w nocy i rozmyślałam. Nad tym, co dalej, jaki powinien być finał. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuacje, chyba bardzo bym tego chciała. Jeszcze bardziej bym życzyła sobie, by ludzie przestali oceniać innych, tylko dlatego, że ośmielili się wyjść poza ramy, które narzucili jeszcze inni ludzie. Szczęście, ono się liczy, jeśli nie krzywdzi innych, powinno być akceptowane. Nawet jeśli my sami, nie podjęlibyśmy się podobnych decyzji. Chociaż jak mówi powiedzenie — nigdy, nie mów nigdy.

Myślę, że jest to jedna z najbardziej poważnych książek. Oczywiście jest szczerość i prawdziwość. Wiadome, ale chyba dotyka tego, od czego ludzie lubią uciekać. Trzymam kciuki za takie Koralie, które nie boją się cyfr. A książkę polecam.
 

Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Edipresse książki.


Czytaj dalej...

Koń, który mnie wybrał. Jak znękana klacz uleczyła sponiewierane serce

  źródło
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy książka trafiła w moje ręce, ale coś nie bardzo mi wychodzi. W każdym razie dosyć sporo wody upłynęło, nim postanowiłam, że oto nadeszła pora właśnie na nią. Z opisu okładkowego, "polecanek" i całej reszty, historia miała być bardzo poruszająca i łzawa. Lubię czasem tego typu opowieści, to też nastawiłam się na wzruszenia. Jak było?

Przede wszystkim należy się małe sprostowanie. Klacz wcale nie wybrała swej pani, po prostu stado, które potrzebowało pomocy, było w tak ogromnym ścisku, że nie szło w sposób humanitarny dostać się do konia, którego wcześniej ktoś przydzielił Susan.
Kobieta widząca co się dzieje, zaproponowała, żeby wziąć pierwszego lepszego konia, który będzie najbliżej wyjścia. By nie ucierpiały inne, zlęknione i schorowane.

Troszkę ktoś chciał ugrać na chwytliwym tytule. Nie bardzo lubię takie sztuczki. Bo rzeczywiście oczekiwałam jakiegoś porozumienia dusz. Klacz spojrzała w oczy kobiecie, no i nagle do niej podeszła. Nic z tego. Już na wstępie muszę Wam odebrać nadzieje.




Historię opowiada Susan, kobieta w średnim wieku, mieszkająca wraz z końmi, po rozstaniu z mężem nie potrafiła nawiązać znajomości z nowym mężczyzną. Jej czas zajmowały konie oraz zajęcia terapeutyczne w ośrodku pomocy społecznej.

Nie planowała zakupu kolejnego konia. Trójka jej wystarczała. Jednak gdy otrzymała telefon ze stowarzyszenia, nie potrafiła odmówić. Cierpienie niewinnych zwierząt sprawiało, że po prostu musiała pojechać i pomóc chociaż jednemu. Tak trafiła do niej Lay Me Down wraz ze swoim źrebakiem.

Klacz była w fatalnym stanie zdrowotnym. Tak naprawdę, nie było wiadomo czy podane leki pomogą, czy jej organizm stoczy walkę z chorobą. Osłabienie, warunku, w jakich wcześniej się znajdował. Wszystko działało na niekorzyść Lay Me Down, ale Susan nie poddawała się, wraz ze swoją przyjaciółką postanowiły, zrobić co mogą, by nowa podopieczna stanęła na nogi.

Pomiędzy historią chorej klaczy, poznajemy również tych, którzy już byli obecni wcześniej. Jedna, ale bardzo zadziorna klacz i dwóch ogierów.

Jest jeszcze opowieść o samej Susan, której historia często cofa się do wczesnego dzieciństwa, by przybliżyć czytelnikowi, dlaczego kobieta znalazła się właśnie w tym miejscu sama. Co sprawiło, że jej życie potoczyło w taki, a nie inny sposób.



Trudno jest mi oceniać książkę, ponieważ opowiada o czyimś życiu. Jako że tego typu publikacje są zbyt prywatne, nie jest łatwo postawić ocenę. Dlatego postaram się by moje odczucia, były tylko na temat samej formy, w jakiej książka została napisana i skupie się na drugiej głównej bohaterce - Lay Me Down.

Czegoś mi zabrakło w historii, jaką ukazała Susan Richards, pewnych emocji, czegoś, co by sprawiło, że to wszystko było prawdziwe, a nie suchymi faktami. Zlepkiem wydarzeń, których była wstanie nam ukazać, ale zbyt mocno ocenzurowanych i przez to, nie poczułam samej Susan w Susan.

Co się natomiast tyczu klaczy, no tutaj to byłam bardzo zaangażowana w jej losy. Zawsze przeżywam, gdy w książkach pojawiają się skrzywdzone zwierzęta, a Lay Me Down, była wyjątkowa. Chyba pod każdym możliwym względem. I to właśnie jej historia, jej opowieść sprawiła, że płakałam. Przeżywałam wszystko intensywnie i nie mogłam pogodzić z tym, co ją spotkało.
Czy historia była rozdzierająca? Aż tak bym jej nie określiła. Bo patrząc na samo życie Susan, no jak u większości, różnie bywało. Raz lepiej, raz gorzej. Piękna była jej postawa względem koni. I to właśnie ta część książki robi największe wrażenie, znaczy sama postać Lay Me Down.

Nie mogę jednak powiedzieć, bym odczuła, jak klacz uleczyła zranione serce Susan, jak wspomniałam na początku, to jakby odrębna historia, która miała za zadanie tylko wypełnić wydarzenia, pomiędzy tym, co miało być o koniach.

Czyta się szybko, ale nie ma też wartkiej akcji. To z jednej strony zwykła opowieść, o kobiecie i klaczy. Jednak to klacz jest tą, dla której chce się skończyć książkę.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

Czytaj dalej...

Hotel nad zatoką

źródła


Bardzo lubię sagi i inne publikacje dotyczące tajemnic rodzinnych. To też, gdy tylko zobaczyłam zapowiedź Hotelu, pomyślałam, że mogę wraz z bohaterami, spędzić bardzo przyjemnie czas. Opis napawał optymizmem, no i klimatyczna okładka. Czegoż chcieć więcej? Tylko czytać i rozwiązywać, skrawek po skrawku sekrety, latami skrywane.

Książka już od jakiegoś czasu przeczytania, historia poznana. Teraz pozostaje napisać, o czym jest dokładnie i czy warto poświęcić jej uwagę?


Rodzeństwo — w większości kojarzy się pozytywnie. Ludzie, którzy są dla siebie od zawsze najbliżsi. Inaczej sytuacja wygląda, gdy czas rozdziela, niegdyś nierozłączne dzieci. I pokazuje, że świat, o którym do tej pory słyszało się z daleka, rządzi innymi prawami. Gdzie więzy krwi, niekoniecznie mają jakieś znaczenie.

Jedni szczycą się własną przeszłością, skąd pochodzą. Inni zaś, woleliby nie wracać pamięcią do czasów, które nie kojarzą się zbyt radośnie. Jedno jest pewne. Wymazać nie można tych, za sprawą, których pojawiliśmy się na tym padole.

Siostry Bradford mieszkały i wychowywały się w hotelu. Wydaje się czymś świetnym, prawda? Nie do końca, bo dziewczynki, już od najmłodszych lat, musiały pomagać w pracach, które tak naprawdę, powinny należeć do zakresu obowiązków obsługi. Jednak tak krawiec kraje, ile mu... No i dlatego, matka i zarazem właścicielka hotelu, robiła co mogła, by dobytek życia rodziny, jej męża, a teraz także jej, nie popadł w ruinę i w końcu prosperował tak, jak należy. Praca żmudna i wymagająca poświęceń. Jak się mówi albo kariera, albo rodzina, coś za coś. Dla seniorki praca i renoma była całym życiem. Nie liczyło się nic innego. Na swoją markę trzeba nieustannie pracować. Bez względu na wszystko.

Trzy siostry, odkąd pamiętały, ich życiem był hotel. Matka, która była niedostępna i ojciec, którego szybko zabrakło. Nie, nie umarł. Odszedł. Do innego życia.

Gdy wszystkie kobiety spotykają się po latach, okazuje się, że każda ma swoje tajemnice, coś, co, próbowała zataić przed resztą. Teraz czas, przyszedł po to, co swoje. I trzeba będzie zmierzyć z prawdą. Czasami dosyć bolesną.

Hotel nad zatoką zapowiadał się naprawdę bardzo tajemniczo. Wyobrażałam sobie sekrety, rodem z dreszczowca. No dobrze, żartuje. Prawdą jednak jest, że oczekiwałam, naprawdę mocnych wątków, które poprzestawiają życie bohaterów. Czy coś takiego zastałam w książce Holly Robinson? Niestety nie. Owszem, były jakieś tam niedomówienia. Bo i tajemnicami tych spraw, nazwać trudno mi było. To bardziej nieporozumienia, które pod wpływem emocji, wywarły zbyt intensywne wrażenie. Co z czasem, urosło do większej rangi, niż powinno.

Nie powiem, by książkę źle się czytało. Przeciwnie. Autorka snuje swoją opowieść równym tempem. Dzięki czemu możemy poznać rodzinę, nikt nie zostaje pominięty, zlekceważony, by w ogólnym rozrachunku powiedzieć — czegoś mi zabrakło w opisie tej, czy tej postaci.

Niemniej, całość nie jawi się czymś zaskakującym. Ot surowa matka, która miejsce, w jakim się znalazła, zawdzięcza swojemu samozaparciu, a że postąpiła w dosyć dziwny sposób? Takie bywa życie.

Co do bohaterów, denerwowała mnie jedna z sióstr, i to tak konkretnie, że miałam chwilami ochotę przywalić jej po łbie. Uważana, za najbardziej poszkodowaną i ogólnie biedną, a mnie najbardziej drażniła i nie rozumiałam jej postawy. Fakt, później co nieco się wyjaśnia, ale niesmak pozostaje do końca.

Podsumowując, książka nie jest najwyższych lotów, nie wymaga zbyt wiele od czytelnika. Nie wzbudza, Bóg wie jakich emocji. Jednak czyta się przyjemnie. Polecam dla rozrywki, do oderwania od codzienności.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Małpa w kąpieli

źródło


Może i duża jestem, dzieci swoim nie mam, ale lubię bajki. Czasem nabywam z czystego sentymentu, niekiedy kieruję się chęcią obdarowania cudze dziecko. Dlatego co jakiś czas w mojej biblioteczce pojawiają się tytuły, kierowane do najmłodszych. 
 
Tym razem padło na urocze rymowanki, które miały swoje wznowienie jakiś czas temu. Myślę, że jest to świetny pomysł, by wracać do lubianych i czasem zapomnianych bajek czy wierszyków. Tutaj mamy Małpę w kąpieli, Aleksandra Fredro.  Ciekawa jestem, kto pamięta tę zabawną i pełną emocji historyjkę, napisaną w formie rymowanki. Co sprawia, że bardzo szybko tekst się zapamiętuje i zwraca uwagę. Szczerze mówiąc, sama przez wiele lat pamiętałam całość. Później jakoś się zatarło w pamięci, ale jakże moja wyobraźnia działa, gdy wyobrażałam sobie tę małpę szalejącą w wannie. 
 
Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła pod stół - cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła;
Małpa figlarz - nuż do dzieła!
 
Co było dalej? Część z Was, na pewno pamięta. Ci, którzy nie spotkali się z niesforną małpą, powinni nadrobić braki. Zwłaszcza jeśli w swoim otoczeniu, mają pociechy. Bo, chyba każde dziecko z zainteresowaniem będzie słuchało, co takiego zrobi bohaterka, jak się zakończy jej naśladowanie człowieka.

Słów kilka należy się o samym wykonaniu. Książeczka posiada twardą oprawę, strony również są twarde. Dzięki temu solidniejsze. Oczywiście, dla dzieciaczków, jeszcze kierujących nowe zdobycze w stronę buzi, radziłabym poczekać. Ewentualnie pod nadzorem opiekuna. Szkoda by było, by małpa z kąpieli, trafiła pod zęby.

Kolejna sprawa to kolory, bardzo chwytliwe, zwracające uwagę. I nie powiem, mnie ten róż zdobył. Nie, żebym miała jakieś szczególne preferencje z tą barwą. Jednak żywe i wesołe kolory bardzo pasuj dla dzieci. Bardzo nie lubię, kiedy książeczki dla dzieci, mają ponure, wręcz przytłaczające barwy.

Uważam, że maluchy, jak najdłużej powinny cieszyć się barwami i korzystać, z tych beztroskich czasów. Dlatego - nie żałujmy im pięknych kolorów.

Cóż mogę jeszcze napisać. Myślę, że warto zaopatrzyć się te bajeczki. Na pewno będą wesoło prezentowały się na regale w dziecięcym pokoju - co nie znaczy, że u dorosłych gorzej. I najważniejsze, wesoło jest, przypomnieć sobie dawne wierszyki.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Kroniki Jaaru. Czarny amulet




Ponowne spotkanie z magicznym światem Jaaru, bohaterami, których poznałam w pierwszej części. Książka swoje odczekała na półce, aż w końcu zdecydowałam się, by powrócić i zapoznać z tym, co przygotował dla czytelników Pan Adam Faber.

Byłam niezmiernie ciekawa, jaki postęp zrobiła nasza główna bohaterka, jak odnajdzie się w nowej roli i czy zacznie się dziać, coś naprawdę wiedźmowego? Cóż więc zastałam?

 
 
Zaczynają się wakacje, Kate ma w planach wyjazd pod namiot ze swoją niby przyjaciółką Mel, nie żeby miała na to wielką ochotę, ogólnie młoda czarownica chyba niczym się nie interesuje i nikogo nie lubi. Bo co chwila na coś narzeka. No ale do rzeczy. Pod namiot nie jedzie, ponieważ cioteczka zaplanowała już „atrakcje”, dla swoje podopiecznej.

Jako że dziewczyna ma spore braki w wiedzy, powinna zaznajomić się z innymi czarownicami w jej wieku. Rozeznać w otoczeniu. Oczywiście główna zainteresowana jest wściekła. Bo przecież miała inne plany — tak jechać pod namiot, z przyjaciółką, której nie bardzo lubi i w gruncie rzeczy nie chciała. Jednak plan miała, a tutaj ciotka ośmiela się wprowadzać zmiany.

W końcu jadą, do miasteczka, której nazwy nawet przy torturach nie umiałabym powtórzyć, a co dopiero napisać. Książka gdzieś sobie leży więc nie pomoże. W każdym razie miasteczko nie jest zwykłe. Bo właśnie w nim, jest więcej czarownic, które się co jakiś czas spotykają, znajduje się tam również las, magiczny. O ślicznej nazwie „Jęczący las”, mówiłam, że urocza nazwa? W sam raz, żeby wejść i sprawdzić kto lub co sobie pojękuje.

Miasteczko przywodzi jeszcze dwie osoby, Jonathana wraz z matką. Nastolatek ma moc, którą kochana mateńka, pomagała mu ujarzmić. Jako że siły były rzecz jasna nadprzyrodzone, musiał się z nimi ukrywać. Broń Boże, nie wolno mu było wdać się w konszachty z wiedźmami. On ze swym ogniem był cacy, one z czarowaniem były fe. Tak to już jest. 
Pewnego dnia, chłopak dowiaduje się, że to, czym przez całe życie był „karmiony”, to kłamstwo. No i wtedy zaczyna się zabawa.

Jest jeszcze Wielki Pan, kim jest? Jaką odegra rolę w całym przedstawieniu? I do czego są zdolni inni, by zyskać wielką moc, o tym przekona się smagający ogniem Jonathan i nieogarnięta czarownica Kate.

 
 
Napiszę tak, Adam Faber odwalił kawał dobrej roboty, tutaj nie ma dziecinnej opowiastki zabarwionej magicznymi stworzonkami, które mogą wyrządzić nam krzywdę, jeśli będziemy niegrzeczni. Już od początku jest bardziej mrocznie, sporo niewiadomych, tajemnic, które mają swoje korzenie gdzieś w innym wymiarze, gdzieś w odległej przeszłości. Pojawiają się postaci tajemnicze, lekko przerażające i przede wszystkim — nieznane.

I ta warstwa jest naprawdę świetnie zrobiona, pobudza wyobraźnie i troszkę przyprawia o dreszczyk emocji. Aura tajemniczości dominuje i sprawia, że gdzieś tam z tyłu głowy zaczynają pojawiać się coraz to nowe pytania. Za co ogromne brawo. Świetnie się czyta.

No i teraz przejdźmy do postaci. Otóż Kate, o ile w pierwszej części rozumiałam jej nierozgarnięcie, jej opór przed tym, co postawił los, ale.. No ileż można znosić kaprysy i ignorancje. Ta dziewucha jest totalnie nie do wytrzymania. I szczerze mówiąc, chwilami miałam ochotę, żeby jakiś wredny stwór w końcu ją utłukł. Bo naprawdę, głupszej i tępej bohaterki dawno nie było. Nikogo nie lubi, z nikim nie potrafi się dogadać. Każdy jest zły i się z niej śmieje albo chce z niej zadrwić.

Przez zachowanie Kate, ciężko czytało się fragmenty, które dotyczyły bezpośrednio jej osoby. Po prostu te głupie rozmyślania, zachowania niczym kompletna idiotka. No proszę mi wybaczyć, może i brutalną szczerość, ale drażniła mnie strasznie. Typ dziewuchy — sama nie wiem, czego chce. Starajcie się, ale i tak wiadomo, że mi się nie spodoba, bo...

Mam ogromną nadzieję, że ta postać, nagle jakimś cudem się ogarnie, bo normalnie nie zniosę tej nieudolnej pod każdym względem dziewoi.

Ogólnie, książka jest świetna, dobrze się czyta, jest dużo magi, ciekawych zwrotów akcji, gdzie nagle dzieje się coś, o czym w życiu bym nie pomyślała. Teraz to już pozostaje czytać ostatnią.
 
 
 
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Czwarta Strona.
 
 
Czytaj dalej...

Trzy kolory




Czy zastanawialiście się kiedyś, ile kolorów wystarczy do malowania i stworzenia czegoś ciekawego? Jak to wygląda z tytułowymi trzema kolorami? Faktycznie, te wybrane wystarczą za całą paletę, jaką teraz oferują nam producenci? 
Postanowiłam sprawdzić, jak to wygląda w praktyce i czy dzieła stworzone czernią, czerwienią i niebieskim, będą na tyle ładne żeby polecić.


Przede wszystkim, zacząć należy od tego, że książka do rysowania, służy do tego, by nauczyć się podstawowych kresek. Tutaj nie samo kolorowanie jest ważne, a tworzenie. No i czy ktoś taki jak ja, czyli totalny antytalent artystyczny, potrafi sobie poradzić? 





Jak widzicie, mamy ładnie i przejrzyście wyjaśnione, w jaki sposób prowadzić długopis, by nasze rysunki osiągnęły zamierzony efekt. Niby tylko trzy kolory, ale jednak niektóre robią wrażenie, prawda? Ważne jest cieniowanie, kąt nachylenia i nacisku. Niestety, do tego droga daleka i dosyć trudna - przynajmniej dla mnie. Bo poczytać, popatrzeć to jedno, a wykonanie pokazuje brutalną rzeczywistość. No ale, nie ma co się zniechęcać, bowiem trening czyni mistrza. Chyba. Przynajmniej w niektórych przypadkach. Tak myślę. 
 Zatem jak było w moim przypadku? Czy niby prosta i ciekawa forma przypadła mi do gustu i przede wszystkim, jak opanowałam sztukę cieniowania, kreślenia i całej reszty? 





Powiem tak, wyglądało łatwo, a jak zaczęłam, to przestałam mieć takie zdanie. Niestety nie wszystko wychodziło tak, jakbym tego oczekiwała. Na szczęście zabawa była fajna, można sobie coś pokombinować, nauczyć prostych trików by stworzyć zwierzątka czy inne kształty, bez wielkich ceregieli. Nawet taki antytalent jak ja, załapał co i jak. 

Jest jedno ale, zabawa zbyt długo nie cieszy, niby stopień trudności rośnie, ale jednak nie absorbuje do tego stopnia, by chcieć wypełnić wszystkie strony i mieć z tego olbrzymią frajdę. Toteż, gdy tylko poczułam znużenie, odłożyłam książeczkę i po prostu o niej zapomniałam. 

Niemniej polecam, być może znajdą się fani tej formy, bo w końcu chcieć to móc. Widać moje wrodzone lenistwo do bycia artystą się uaktywniło.  


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka