Wstyd


Kolejna część - tym razem ostatnia z popularnej trylogii Rachel Van Dyken. Kolejna opowieść o tematyce, która w dzisiejszych czasach zostaje chętnie poruszana. Choroba, poczucie winy i wstyd - któż z nas nie wolałby tego uniknąć w życiu? Niestety, los często płata figle i nie zawsze jest nam to dane. Nie każdy ma szansę żyć bezproblemowo, Warto pamiętać, że praktycznie wszystko co nas otacza jest kruche i szybko przelatuje przez palce oraz to, jak wiele zależy od nas i naszej wewnętrznej siły - zarówno tej psychicznej, jak i fizycznej. 
Tym razem poznajemy historię Lisy, która niestety nie ma lekko - próbuje się ukryć za maską, którą sama sobie stworzyła. Niestety, demony przeszłości, od których bohaterka chce się oderwać, ciągle wracają. Przeszłość napełnia ją strachem, obrzydzeniem i wstydem, a co najgorsze - nie daje o sobie zapomnieć. Chłopak - Tristan pojawia się na jej drodze nie bez powodu. Bohater także ma mroczną tajemnicę, której nie chce nikomu wyjawić, jednakże te sekrety wiążą go w pewien sposób z Lisą, czy tego chce, czy nie. Oboje muszą stawić czoła przyszłości, a ona... niestety nie będzie łatwa.
Czytając poprzednie książki Dyken nie sądziłam, żeby autorka jeszcze czymkolwiek mnie zaskoczyła. Jednak bardzo się myliłam - kontynuacja okazała się być jeszcze lepsza. Po emocjach, które autorce udało się we mnie wzbudzić, dochodziłam do siebie przez bardzo długi czas. Do tej pory w mojej głowie mam gonitwę myśli po lekturze. Nie mogłam się doczekać tej ostatniej części i bardzo się cieszę, że się nie zawiodłam. 
Książkę czyta się lekko i szybko, jednakże czytelnik może być przepełniony żalem, rozgoryczeniem i smutkiem. Parze głównych bohaterów kibicowałam od samego początku do końca. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że każdy zasługuje na szczęście i na miłość. Jednocześnie nie możemy uciekać przed odpowiedzialnością za własne czyny i od stanięcia twarzą w twarz z własnymi błędami. Należy odpowiednio wyciągać wnioski i przede wszystkim - nie powielać głupstw. 
"Wstyd" rozwalił mnie na łopatki przez co nie mogłam się podnieść przez bardzo długi czas. Autorka niesamowicie potrafi manipulować emocjami czytelnika, ze mną również jej się to udało. W jednej chwili śmiałam się, by za chwilę płakać, a potem znów się uśmiechać. Serdecznie polecam. 
Czytaj dalej...

Kółko się zakochuje


Zrozumieć kobiety. Nie taka prosta sprawa, ale zrozumieć mężczyzn i w dodatku znaleźć idealnego... graniczy z cudem. Jak w dzisiejszych czasach kobieta ładna i inteligentna ma poznać tego jedynego na całe życie i skąd pewność, że ten to właśnie Ten?
Kółko powstałoby się wzajemnie wspierać w znoju nauki, pierwszych krokach dorosłości, a później... relacjonowania pierwszych randek. Posiadanie przyjaciółek jest bardzo ważne. Zwłaszcza gdy samo zdobycie dyplomu nie równoważy się z tuzinem ofert pracy, a kolejna nieudana próba miłości tej do końca życia spaliła na panewce.

Sześć przyjaciółek, znają się jak łyse konie. I chociaż lata nauki zaczęły odchodzić w zapomnienie, to nadal trzymały się razem – z wyjątkiem Zyty i Poli. Pierwsza postanowiła przeciągnąć wiek beztroski, dokształcając się, druga ambitnie realizuje plan napisania doktoratu. Wieczna dziewica.
Pozostałe rozpoczęły życie na własny ubogi rachunek. Bo wiadomo realia, są takie, a nie inne. Dyplom można mieć, a o pracę nawet w wielkim mieście nie tak łatwo, a że w kupie siła, dlatego dziewczęta postanowiły pomieszkiwać razem, to znaczy nie wszystkie. Podzielone na grupy. I chociaż mieszkały jeszcze jak za studenckich czasów to miały świadomość, że powoli nadchodzi czas by znaleźć porządnie płatny i w dodatku wymarzony etat. No i męża. Niby nic wielkiego, a jednak.

Ruda, naczelna uwodzicielka. Spotykała się z facetami i rozstawała. Żyła po swojemu, wiadomo szukanie miłości po wsze dni to jedno, a potrzeby drugie.
Madzia postanowiła spróbować swoich sił daleko od ojczyzny, może tam hen za oceanem czeka ten jedyny i wymarzona praca?
Czikita, od pewnego czasu spotykająca się z namiętnym Latynosem, jak się okazało wiek nie ma znaczenia, kiedy w grę wchodzą uczucia. W dodatku PRAWDZIWE. Tylko czy w obie strony...
Ania jako jedyna z grupy posiadająca od wielu lat wybranka losu, tylko coś ten przyszły, a jednak niedoszły mąż nie śpieszył się z zadaniem najważniejszego pytania. Przynajmniej dla czekającej Ani.
Została Zyta, główna dowodząca kółkiem, samotna szukająca, nieumiejąca się zdecydować, który z potencjalnych amantów mógłby zyskać miano partnera, może kiedyś kogoś więcej? Przystojny szachista, a może uprzejmy fan motoryzacji?

Zwykła codzienność, ale często jak bardzo bliska wielu kobietom. W końcu większość z nas dochodzi do tego etapu, gdy kończy się szkoła i trzeba rozpocząć pracę. Szczęśliwe, które w czasach licealnych poznały przyszłego męża, i później, gdy odpowiednia suma została zebrana – spełniły marzenie. Mówiąc sakramentalne tak. Pozostaje też grupa kobiet, dla których płynący czas bezlitośnie dodaje lat, ale nie wrzuca pod nogi świetnej umowy, ani nie aranżuje przypadkowego spotkania z panem idealnym. Co robić, kiedy kolejne kartki z kalendarza przyprawiają o ból głowy, szara rzeczywistość robi się bardziej szara. I tylko, a może aż koleżanki stoją u boku i wspierają się we wspólnej niedoli? Trzeba działać. Jak? To już zadanie do omówienia na spotkaniu kółka...

Książka ukazuje perypetie sześciu przyjaciółek, które są trochę postrzelonymi osobowościami, ale każda z nich ma to samo marzenie. Poznać mężczyznę idealnego. Zdaje się, że nie powinny z tym wyzwaniem problemów, ale... nic bardziej mylnego. Kiedy uroda i inteligencja idą jednak w parze, krąg potencjalnych amantów się zawęża. Niestety. Kobiety mają swoje wymagania i oczekiwania. A panowie? No cóż. Nie śpiewają serenad pod balkonami. Mało tego, każdy kolejny okazuje się większym rozczarowaniem od poprzednika.
W końcu matka przełożona zgromadzenia postanawia, by rozpocząć poszukiwania na portalach i czatach. Bo w końcu od czegoś one są, opinie różne, ale może kto wie? W gąszczu napaleńców i wariatów uchował się jakiś rozsądny?

Przyznać muszę, że historia, jaką zdecydowała się ukazać autorka, nie jest niczym nowym, jednak przedstawiona została w bardzo humorystyczny i swobodny sposób, dzięki temu zyskuje i sprawia, że czyta się lekko i nie jeden raz można wybuchnąć śmiechem. Zwłaszcza podczas słownych przepychanek koleżanek, które wierzcie mi na słowo — mają charakterki. Cięte riposty i poczucie własnej wartości – to cechy, którymi obdarzone były kobiety.
Wraz z bohaterkami będziemy zmagać się z ich rozterkami, zakochanej w nieco starszym namiętnym Julianie, wiecznie czekającej na oświadczyny Ani, która niby szczęśliwa, a jednak pogodzona z losem braku porywów w związku. Niezdecydowanej Zyty, będącej pomiędzy zachwytem nad Pawełkiem a miłymi rozmowami z Zetem, który z nich ma szanse? Wiecznie siedząca w książkach Pola, wykładowczyni i przyszła doktorantka, trzymająca cnotę jako trofeum dla tego najważniejszego, mimo upływu lat. I Madzia, która swoim szczęściem do wybranków losu przebije wszystkie członkinie kółka.

I chociaż losy bohaterek wydawać się mogą banalne, ja w towarzystwie kółka spędziłam bardzo przyjemne chwile. Zżyłam się z każdą z dziewczyn, polubiłam i byłam niezmiernie ciekawa, jakim efektem zakończą się poszukiwania, a kiedy dotarłam już do celu naszej wspólnej podróży, poczułam smutek, bo odniosłam wrażenie, że muszę opuścić kółko.

Myślę, że książka spodoba się każdej kobiecie, ponieważ jest typowym poprawiaczem humoru i jeśli nawet macie już poukładane życie, to nic nie stoi na przeszkodzie wyruszyć z tymi postrzelonymi dziewczynami na poszukiwanie miłości do grobowej deski. Polecam.
Czytaj dalej...

Obudź się kopciuszku



Ostatnimi czasy chłonę niemalże każdą książkę nawiązującą do świąt. Wiem, zostało jeszcze sporo czasu, ale co mi szkodzi w te wyjątkowe dni przeczytać jeszcze raz? O ile lektura będzie naprawdę godna powtórzenia i wczucia w emocje.

Byłam niezmiernie ciekawa oraz pozytywnie nastawiona do lektury Obudź się kopciuszku, okładka tak bardzo mnie przyciągnęła. Poczułam, że będzie iście zimowo i świątecznie. No i jeszcze może jakaś magia się znajdzie? Jak myślicie? Czy książka spełniła moje czytelnicze oczekiwania?

Poznajemy Alicję, panią doktor, pracującą na wszelkich możliwych dyżurach. Każdą chwilę spędzającą na oddziale szpitalnym. Łącznie ze świętami. Tym razem jednak jej przyjaciele z czasów liceum postanawiają zmienić plany i wyrwać zapracowaną koleżankę ze szpon fartucha, zabrać na imprezę sylwestrową w góry. W planach były również święta, ale nieugięta kobieta kategorycznie odmówiła. Dwa dni i koniec. Przemęczy się podczas szaleńczej nocy — ponieważ zabawa w jej wieku jest dopustem Bożym. Ludzie odstręczają i ogólnie co jest fajnego w spędzaniu czasu na zabawie. Też mi fanaberie. Biedna Alicja. Zamiast spędzić ostatnią noc roku wśród chorych, będzie zmuszona się bawić i – co gorsza – udawać, że jest fajnie. Trudno. Czasem trzeba się poświęcić. Niech już jej więcej nie proszą.

W końcu zbuntowana pani doktor dociera do ośnieżonego Zakopanego. O dziwo, zamiast męki czuje radość. Widoki są naprawdę imponujące, majestat gór przyciąga jej oczy. Alicja powoli zaczyna przekonywać się do słuszności decyzji o przyjeździe. Znajomi nie dają zbyt długo roztrząsać sprawy pobytu, zarządzają wyprawę nad morskie oko.

Podziwiając uroki miejsca, grupa przyjaciół jest świadkiem pewnego zdarzenia, gdzieś na szlaku wyżej, jedna z turystek ulega wypadkowi. Na całe szczęście pomoc TOPR-owców okazuje się nieoceniona. Później już po powrocie, oglądają relację z wypadku w telewizji, panie zwracają uwagę na udzielającego odpowiedzi ratownika. Przystojnego, rzecz jasna. Nie może być inaczej.

Przychodzi dzień zabawy, co za tym idzie, zaczyna udzielać się nastrój przygotowań, kreacje, makijaże i cała reszta. Alicja również się szykuje — ponieważ musi oczywiście, jak już odbywać karę zabawy to z klasą.

Impreza jak to impreza. Alkohol muzyka. Ogólna wrzawa i hulanki. Alicja, żeby ścierpieć godziny męczarni, potrzebuje znieczulenia. Inaczej się nie uda. Podczas próby przetrwania nawiązuje kontakt (towarzyski, żeby nie było) z Michałem (panem TOPR) No i nagle między jednym a drugim kieliszeczkiem pani doktor uświadamia sobie, jaki to fajny jest pan ratownik. I ogólnie super się z nim rozmawia i przebywa i....

I na tym zakończę opis jakże fascynującej fabuły. Oczywiście dzieje się o wiele więcej. Och! Ileż się dzieje. Z wrażenia moje ukryte skrzydełka traciły piórka z każdą kolejną stroną. Przyznam się w tajemnicy — prawie wyłysiały...

Zacznę chyba od początku, przedstawię bohaterów, którzy wywołali we mnie tyle emocji, że bałam się o mój stan żołądka.

Na pierwszy ogień pójdzie pani doktor Alicja. Pracoholiczka, od lat nieumiejąca rozstać się z dyżurem. I nagle, kiedy jedzie na sylwestra (dzieje się co dzieje, zdradzać niestety nie mogę, większej głupoty jak żyję, nie czytałam), poznaje pana ratownika, co tam się nie dzieje. Powraca jako inna kobieta. No i powiem tak. „Spoko”, tylko ja tego nie kupiłam. Cała ta relacja ich spotkanie, było słabo ukazane. Tak słabo, że aż mnie z wrażenia zrobiło się słabo, dobrze, że leżałam, bo mogło skończyć się tragicznie. Poważnie.

Sam Michał. No facet taki nijaki, we mnie nie wywołał żadnych emocji, ale po co było robić mu jakiś charakter? Waszak był TOPR, to wszystko wyjaśnia, więcej nie trzeba dodawać, prawda? Ideał sam w sobie z racji wykonywanej pracy. Mdlejcie niewiasty na szlakach, niech was ocali dzielny pan ratownik. Już biegnę, do gór mam całkiem blisko. Może tam czyha szansa na poznanie miłości życia? O głupia ja, dlaczego nie potrafię sobie wbić do głowy, że przy facetach należy być sierotą, płakać, przewracać się i mówić. JA TAKA NORMALNIE NIE JESTEM. Nic się nie uczę, moja wina. Alicja była mądrzejsza, no i miała tajemnicę! Zapomniałam, przecież musi być dramat z przeszłości.

Tutaj moja nauka dla kobiet. Pamiętajcie. Chcesz wyjść za mąż za przystojniaka? Koniecznie musisz mieć tajemnicę, płakać, kiedy wejdziesz w relację (słowną!!) z wybrankiem, tłumacząc, że na co dzień panujesz nad emocjami, tylko teraz, nie wyszło. Koniec nauki.

Teraz napiszę kilka słów o przyjaciołach pani doktor. Byli. Płascy jak moje koty na ścianie — w sensie naklejki. No dobrze, Przemuś był najbardziej uczłowieczony, ale musiał z racji swojej roli i też jakby tajemnicy. Bo moi drodzy, książka porusza tak wiele tematów. Istna skarbnica. Co my byśmy bez niej zrobili. Dlatego mamy Przemusia i tło. Znaczy Monikę, Ankę i Artura. Są jeszcze inne postaci, ale ja już chyba sobie odpuszczę, przejdę do moich wrażeń po przeczytaniu.

Biorąc książkę pani Sońskiej do ręki, byłam tak bardzo szczęśliwa, że oto mam kolejną pozycję traktującą o świętach, o tej cudownej magii. No ogólnie ochy i achy, znowu będzie cudownie. Moja naiwność jest tak urocza, że niebawem sama zacznę pisać książki w oparciu na przeżyte historie. Naprawdę.

Otóż Obudź się kopciuszku, jest romansidłem w najbrutalniejszej odsłonie. Wprawdzie nie ma scen, bo to nie erotyk, ale szablony, schematy, które miałam nadzieje lata świetlne temu, zostały wyczerpane do cna, teraz niestety zmartwychpowstały. W postaci karykatury tego, co niegdyś robiło furorę. Cóż, żeby napisać o miłości, należy włożyć w to uczucia. Przekonać do nich. Mam za sobą kilka tytułów gdzie temat został ukazany tak pięknie, subtelnie, był magnes i przyciąganie. Tutaj były skoki ze schematu w schemat. Nawet nie mam siły pisać, jak brutalnie historia została ukazana. Jak losy bohaterów wpychano w ramy, aby wzbudzić w czytelniku emocje — bo kiedyś takie sytuacje wzbudzały. Nooo, emocje to może i były..., ale nie takie, jakich oczekiwałam.

Chyba nie będę więcej pisała. Sztuczność, która biła od każdej strony, mnie dobiła. Jestem rozczarowana. Wręcz załamana. Jedynym pozytywem książki jest okładka. Na niej się zaczyna i kończy urok, tego czegoś. Zabrakło magii świąt, których w sumie praktycznie nie było. Zabrakło wciągnięcia w fabułę. Byłam obok, mając serdecznie dość. Czytałam do końca w nadziei, że jednak książka się wybroni. Niestety. Było coraz gorzej.

Niechaj każdy sam zdecyduje czy chce przeczytać, nie będę pisała wprost — nie czytajcie tego. Rzecz gustu. W mój się nie wpisała.
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies. 
Czytaj dalej...

Gry i zabawy z dawnych lat


 Z pewnością wielu nieco starszych (nie chcę nikogo postarzać) no ale młodzi duchem, pamiętają czasy, zanim zdominowały gry komputerowe, zamiast zabaw na znanym trzepaku, rozpoczęły się te online. I ze znanego rejwachu, krzyku gromad trzpiotów, nastała dziwna cisza. Samotne trzepaki, na których od dawna nikt już nie czyścił dywanów, zostały porzucone również przez małoletnich. A przecież pamiętają nie tak odległe lata, gdy były zewsząd okupowane, kłótnie kto zajmie najlepsze miejsce. Tyle ważnych rzeczy się wydarzyło za ich udziałem. Teraz opuszczone i zapomniane.
Bo gdzież im do wirtualnego świata, w którym można być każdym, bez wychodzenia z domu. Po co? Porozmawiać ze znajomymi? Można przez portale.

I tylko czasem przypadkowy przechodzień wspomni własne dzieciństwo, gdy rodzice nie mogli poradzić sobie z zagonieniem do domu. W końcu tutaj ciągle coś się działo, a tam między ścianami nuda. Czy jest możliwe, by dawne zabawy odzyskały swoją świetność? Może wystarczy ponownie zainteresować tych młodszych?





Pani Katarzyna Piętka wspominając, własne dzieciństwo postanowiła dodać życia zabawom, które niegdyś cieszyły się ogromnym zainteresowaniem. Przecież większość z nas, tych nieco starszych, pamięta grę klasy! Ileż to było emocji. I jak niewiele potrzebnych rekwizytów. Zabawy, do których nie potrzebne były pieniądze. A chęć i troszkę wyobraźni.

Niniejsza książka zawiera wiele przykładowych zabaw i gier. Dla młodszych i nieco starszych. W zależności od wieku. Sama muszę przyznać, że nie o wszystkich wiedziałam. Niektóre wywołały we mnie falę wspomnień. Nie wyobrażam sobie, by moje dzieciństwo miało wyglądać, jak teraźniejsze. Dzieci w telefonach, tabletach w wirtualnej rzeczywistości. Idąc ulicą, nie słychać śmiechu bawiących dzieci. O krzyczącym Jasiu spod jedynki, kiedy Ola z dwunastki oszukała, podczas gdy w podchody. Czy dzisiejsze dzieci wiedzą, jak się w to bawi? Wątpię, a jeżeli są, to maleńka garsteczka. Kiedyś, zaraz po powrocie ze szkoły, jadło się obiad i odrabiało szybko lekcje, aby jeszcze zdążyć, pobiec, pobawić z kolegami w umówionym miejscu. Warto by te zwyczaje znowu wróciły.


Sami zobaczcie, książka jest naprawdę ciekawie wydana. Mnie w każdym razie taka forma bardzo przypadła do gustu. Nie chcę zdradzać, jakie zabawy się znalazły. Niechaj to będzie zachęta do sięgnięcia po nią, a możecie mi wierzyć. Sama nie zawaham się skorzystać z niektórych przykładów. Ponieważ jak wspomniałam wcześniej, nie o każdej miałam pojęcie. Widać co region, to inne gry. Miło więc będzie uczyć dzieci w rodzinie ciekawych zabaw. Oczywiście nie brakuje takich, które uczą w przedszkolach, ale cóż nam szkodzi w domu powtórzyć? Zamiast bajki przed telewizorem, wyjść do parku, czy kawałek wolnego miejsca i zagrać w klasy. Przyznam szczerze, to była moja ulubiona. Chociaż berek, czy brzeg morze, również lubiłam. Ach wspomnienia...


Kto pamięta, co można było zrobić ze starej zużytej opony? Możliwości było naprawdę wiele. Nic nie mogło się zmarnować. Takie „skarby” były bardzo cenne, a ten, kto zdobył, wywoływał podziw i uznanie w grupie. Zdarte kolano? A co tam! Za to zostało się bohaterem dnia, mam swoje rany wojenne, to powód do dumy, zręcznie ukryta łza w oku, niech koledzy nie widzą słabości. Dzieci umiały się bawić i radzić w każdych warunkach. I powtarzam, do tego nie potrzebne były pieniądze, a sporo chęci i wyobraźnia.

Książka pani Piętki, bardzo przypadła mi do gustu. Uważam, że każdy rodzić powinien się zaopatrzyć, by odtwarzać, albo odkryć nowe zabawy. Zainteresować swoje pociechy, by odciągnąć od ekranu telewizora. Szczerze polecam. Ładnie wydana, czytelnie i estetycznie.
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
 
Czytaj dalej...

Classic Book Tag

Jakiś czasem temu zostałam nominowana do pewnej zabawy, o tym kto wskazał mnie palcem wspominać chyba nie muszę...;)
No dobra powiem kto, bo inaczej będzie foch i nie otrzymam więcej pomocy, o której wie tylko Ona, a chodzi oczywiście o Kasię z Z pasją o dobrych książkach - zjadającą książki. W takim tempie czyta, że mnie prostemu małemu szaraczkowi ramionka opadają, no nie wiem jak to robi, ale jestem pod wrażeniem. 
Wracając do głównego wątku, znaczy się do Taga jakim zostałam obdarowana. Jest on z kategorii książek nie przez każdego lubianym. Czyli - cudowna, acz trudna KLASYKA ! 

Zabawy wszelakie blogowe lubię bardzo, więc możecie mnie śmiało typować, każde urozmaicenie na stronie jest dobre. W końcu samymi książkami się nie żyje, co za tym idzie - nie zawsze mam gotowe recenzje, a wpis by się chciało mieć :D Taka prawda. I tutaj dobrze spisują się łańcuszki, bo i dowiedzieć się można czegoś ciekawego i nie wieje nudą. Nie żeby książki był nudne, no ale sami rozumiecie. 
No dobrze, koniec wywodu, przejdę do rzeczy:) Zaczynamy!





1. Popularna klasyka, która Ci się nie spodobała.

Mam dwie,  od razu muszę powiedzieć, że Henia kocham miłością szczerą i nieustającą. Niestety nie podołałam dwóm jego dziełom.  I mam na myśli .... Potop  - Chciałam, no próbowałam, ale nie, No nie. Drażniło mnie wszystko. Oleńka i cała reszta. No trudno. Mogę zostać potępiona.  I kolejna, W pustyni i w puszczy - Zapamiętałam tylko jedno, a raczej dwie rzeczy. BEDUINI i POCĄ MI SIĘ OCZY. Nie wiem, no może jestem głupia. Z pewnością niezbyt mądra, ale mam traumę po beduinach i ciągle pocących oczach Nel. Widać jestem bez serca. Koniec. 

2. O którym okresie historycznym lubisz czytać najbardziej.

Hmm uwielbiam XIX wiek. I koniecznie Anglia! Uwielbiam, ale jak nie ma Anglii też przeczytam. Jakoś tamte czasy najbardziej do mnie przemawiają.  

3. Ulubiona baśń.

Ho ho ho, baśń.. No nie wiem. Swego czasu lubiłam Królową śniegu znałam nieco inną wersję, niż ta z czymś tam w sercu chłopca, ale to była taka opowiadana zimą podczas wieczornych  wieczornych pogadanek;) No więc Królowa śniegu bo była nieco mroczniejsza, smutniejsza - jestem nawiedzona, nie lubię tych przesłodzonych bajeczek. A! Dziewczynka z zapałkami! Boże, ta baśń mnie zdruzgotała, jako dziecko widziałam zamarzniętą dziewczynkę, której nikt nie chciał pomóc, zaś ja oczami wyobraźni biegłam do niej z moimi kozaczkami i kurtką, i szalikiem i bułką z masłem ;)

Klasyka, której nieznajomości wstydzisz się najbardziej.

No dobrze. Każdy zna, ma świadomość co i jak. Ja nie. Nie przeczytałam - całych. Dziadów. Wybacz Adasiu, nie wnikam i nie komentuje w jakim byłeś stanie podczas tworzenia. Niestety moja psychika nie ogarnęła jego, no tego no Dzieła życia.  Jednak jest mi niekomfortowo, że się poddałam. Może kiedyś... Nie wiem. 

5. Pięć klasycznych powieści, które zamierzasz przeczytać w najbliższym czasie.

Armadale - tytuł, którego nigdy nie nauczę się na pamięć, ale bardzo mnie ciekawi. 
Emancypantki - Odpuściłam Lalkę, ale tutaj się nie poddam! Dam szansę Bolusiowi ;))
Jak każe obyczaj -  Bardzo, ale to bardzo interesuje mnie antybohaterka 
Villette - Muszę w końcu skończyć;)
Żony i córki - tylko muszę sobie kupić :D 

6. Ulubiona współczesna powieść bazująca na klasyce.

Chyba jedyną współczesną bazującą na klasyce, przeczytana przeze mnie, jest Pan Darcy nie żyje z początku bałam się czy nieco odmieniona wersja przypadnie mi do gustu, a tutaj proszę. Przepadłam. 

7.  Ulubiona ekranizacja filmowa/serialowa.

 Oooj, tutaj mam problem, ponieważ jest kilka ciekawych ekranizacji. Między innymi Jane Eyre - Autobiografia i Północ i Południe (Gaskell) jeszcze jak na tamte czasy, spodobało mi się Nad Niemnem - ale to pewnie dlatego, że jestem w tym zakochana:) 

8. Najgorsza adaptacja klasyki.

Oj, ale w jakim sensie? No to tutaj posypią się oszczepy w moją stronę, ale... Wichrowe Wzgórza  film kłamie, ten nawiedzony, pożal się Boże amant do którego wzdychały kobiety, był ukazany inaczej jak w książce. I tego nie wybaczę.  Po przeczytaniu książki znienawidziłam tego sadystę i film również. 


9. Ulubiona szata graficzna, którą chcesz mieć w kolekcji. 

Co ja chcę mieć w kolekcji? Nie wiem, wszystko co jest elegancko wydane!:)Zakochałam się w oprawie nieszczęsnej Lalki, ale dla samej okładki nie kupię książki ;)

10. Mało znana klasyka, którą chcesz polecić.
 Odkąd w liceum pokochałam Nad Niemnem, moje uczucie rozwijało się do twórczości Elizy Orzeszkowej, więc chciałam polecić Pamiętnik Wacławy. Naprawdę warto. No i jeszcze Charlotte Bronte i Gaskell, no i ogólnie nie bójcie się klasyki! :).



Fajnie było, ale się zakończyło. No dobrze kochani. Klasyka nie taka straszna jak się niektórym wydaje, szczerze polecam. Teraz rzucę nominacją ;):)Do tablicy zapraszam:) 

Agatkę  ( naczytane) Paulinkę ( Mój świat szelest kart) i  Kasię ( biblioteka pod marcepanem) 
Miłej zabawy kobietki!!! :) 


Czytaj dalej...

Większy kawałek nieba

źródło


Ostatnimi czasy moje gusta czytelnicze zaczęły się zmieniać, wcześniej mogłam pochłaniać kryminał za kryminałem, teraz natomiast jestem spragniona obyczajówek, czasem lekko nawet przesłodzonych. Cóż poradzić. Widać znalazłam się na takim, a nie innym etapie. Dobry obyczaj też jest w cenie.

Już nie tak całkiem najnowsza powieść pani Mirek, leżała na półce dosyć długo, w końcu doczekała się mojej uwagi. Jako że polubiłam pióro autorki, nie miałam obaw przed ewentualnym rozczarowaniem. Jak więc spędziłam czas w towarzystwie Większego kawałka nieba ?
Poznajemy Igę i Wiktora. Ona jest samotnie żyjącą kobietą na emigracji, teraz wróciła do rodzinnego Krakowa z powodu ojca, a raczej problemów z nim związanymi. Od zawsze miał problemy z alkoholem, dopóki żyła matka, jakoś się to wszystko toczyło, po jej śmierci Iga wyjechała, ten zaś sprzedawał wszystko, co możliwe, zapraszał koleżków. Zaciągał kredyty. I mimo próśb i błagań, nic nie było w stanie powstrzymać uzależnionego człowieka, przed wzięciem kolejnego. A co dalej? Oczywiście córka musiała przyjechać i uregulować należności. Bo nie umiała inaczej, czuła się odpowiedzialna, za kogoś, kto, tak naprawdę nigdy nie odnalazł się w roli tego, za którego chciał, aby go uznawano. Kobieta była zupełnie sama. Miała w prawdzie przyjaciółkę, Maję, która została szczęśliwą żoną i matką. Nie mogła więc zrzucać własnych trosk, na bliską osobę. W końcu każdy zaczął żyć na własny rachunek. Sam albo w towarzystwie. Idze nie bardzo szczęściło się na polu uczuciowym, więc wybrała życie w pojedynkę. Była panią własnego losu..

On jest wdowcem, samotnie wychowuje nastoletniego już syna, spotyka się od kilku lat z kobietą. I chociaż z Natalią jest dobrze, to nie do końca gdzieś tam w środku czegoś brakuje, uczucia, które powinno towarzyszyć podczas dzielenia życia z partnerką.

Kieruje restauracją znajdującą się w samym centrum Krakowa i właśnie to zajęcie pochłania go bez reszty. Wychowanie syna jakby zeszło na inny plan, najpierw pogrążony w żałobie i rozpaczy, później tryb wyparcia. Praca i zajęcia, które zajmowały myśli. Dla syna najmował gosposie — żeby nie był sam, podczas jego nieobecności. Wiktor natomiast niewiele czasu poświęcał na rozmowę, czy wspólne zajęcia z jedynym synem. W jego oczach chłopiec zatrzymał się na etapie podstawówki. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim wyjściem do pracy nie zdążył zauważyć, że Oliwier zmienił się w nastolatka. I nie potrzebuje niańki, a czegoś zupełnie innego.

Dwoje ludzi, którzy niewiele mogą mieć ze sobą wspólnego. Wiktor nie musi martwić się brakiem pieniędzy. Iga musi godzić pracę z troską o stan ojca, o to, czy znowu nie wpadnie w kolejne tarapaty. Pomiędzy tym wszystkim zagości samotność oraz poczucie zrozumienia u drugiej osoby. Potrzeba akceptacji i bezpieczeństwa. Jaka jest możliwość, by dwa światy mogły się ze sobą pogodzić?

Zdaję sobie sprawę, że nakreślona fabuła nie jest niczym nowym. Powstało już wiele podobnych. Mimo wszystko z jakiegoś powodu książkę czytałam z niesamowitym zaciekawieniem, przepełniona emocjami.
Rozumiałam Igę, jej problem związany z ojcem alkoholikiem. Nie jest łatwo żyć, mając kogoś takiego w rodzinie. Zwłaszcza ze skłonnościami do sprzedaży wszystkiego, co wpadnie w ręce albo mającego świadomość, że pomoc zawsze przyjdzie. To tylko pomaga w większym pogłębianiu nałogu. Skoro córka zawsze pomoże, nie musi się martwić, że braknie na flaszkę. No i jeszcze towarzystwo. Mało, który alkoholik pije sam, przeważnie ma kąpana. Jednego albo wielu. I w zasadzie bywa tak, że ktoś jest liderem grupki, niewiele wnosi od siebie, ale buntuje i wymaga by było tak, jak zarządzi. Rozumiałam bezradność kobiety i nadzieje, że może w końcu ojciec się ocknie, zdecyduje na terapię. Niestety, łatwo jest powiedzieć komuś stojącemu na uboczu " nie pomagaj", a prawdziwe realia są zupełnie inne..

Z Wiktorem miałam większy problem. Mężczyzna w głębokiej żałobie. Stracił jedyną i wielką miłość. Toteż żył sobie, tak jak nauczył po śmierci Łucji. No dobrze, każdy inaczej reaguje. Nie chcę oceniać, nie mam na ten temat wiedzy, nie specjalnie chciałabym. Zadziwiało mnie tylko jego bycie z Natalią. Trudno jest mi zrozumieć ludzi, którzy trwają w związku bez uczucia. Zwłaszcza kiedy nie ma specjalnego przymusu, a tłumaczenie w przypadku Wiktora — dla dziecka. Było jeszcze większym bezsensem. Ponieważ Oliwier nie znosił Natalii. Pozostaje więc pytanie, czy Wiktorowi padło na oczy, czy wykonywał polecenia dwóch kobiet — Matki i Natalii, bo sam nie był zdolny podjąć decyzji? Dziwne i troszkę niepokojące.

Książka jednak nie składa się tylko z tych trzech postaci. Poza Igą, Wiktorem i Oliwierem poznajemy między innymi panią Marysię, Wandę i Aleksandrę — bardzo kluczowe postaci. Ta pierwsza jest typem ukochanej babci, o jakiej marzy każde dziecko. Wanda, dobra dusza restauracji. Szefowa kuchni, ale również tworząca domową atmosferę tego miejsca. No i Aleksandra. Nie wiem, z nią to już totalne nieporozumienie. Przedziwna kobieta, nie chcę zbyt wiele pisać, ale jak na troskliwą mamusię, która rzekomo chciała jak najlepiej dla ukochanego syna, zachowywała się bardzo płytko i wręcz bezwzględnie. Ach! Jeszcze Natalia, no taka ukryta desperacja, twierdząca, że wcale tak nie jest. Z wymienionych pań, bardzo rozczarowała mnie Wanda. Mam nadzieje, że to, co uczyniła było chwilowe, że ona naprawdę nie okazała się właśnie taka....

Może i książka jest bajeczką, może i ktoś powie, że nic nadzwyczajnego, ale mnie się podobała bardzo, tylko nie mogę przeżyć, że nie posiadam drugiej części. Jestem niesamowicie ciekawa tego, jak potoczą się dalsze losy bohaterów.

Pani Krystyna Mirek, nawet kiedy napisze o czymś znanym i mało zaskakującym, czyni to w taki sposób, że ja wręcz nie potrafię oderwać się od stron. Jestem zachwycona książką, właśnie takiej lektury oczekiwałam i otrzymałam. W sam raz na jesienne i ponure wieczory. Polecam!
Czytaj dalej...

Biuro przesyłek niedoręczonych



Każdego roku, kiedy jesień jeszcze niekoniecznie ustępuje miejsca zimie, na rynku wydawniczym pojawiają się książki w klimacie Bożonarodzeniowym. Czas ten wydaje się jedyny w swoimi rodzaju  i chociaż można by rzec tani chwyt marketingowy, dla mnie wydaje się być uprzyjemnieniem dni w wyczekiwaniu, na dni które mają w sobie coś magicznego.  
I właśnie tę magię świąt ukazała w swojej książce pani Natasza Socha, czy można powiedzieć o Biurze przesyłek niedoręczonych, że jest tytułem obowiązkowym w tym wyjątkowym okresie? 

Mało kto, zastanawiał się gdzie trafiają listy oraz paczki niedoręczone do adresata. Okazuje się, że jest specjalny dział "biuro przesyłek niedoręczonych" gdzie każdy list albo paczka są segregowane i układane do przechowania. Pracownicy natomiast próbują ustalić dane adresata. Miejsce nikomu praktycznie nieznane, niezbyt atrakcyjne, a jednak Zuzanna z radością przyjmuje posadę i rozpoczyna pracę, która jak się okaże nie będzie nudna. 

Segregacja listów, przeglądanie zawartości paczek. Ileż przeróżnych i najdziwniejszych rzeczy można znaleźć w przesyłkach, które z jakiegoś powodu utknęły w tym miejscu. Zuzanna poważnie podeszła do swojego zajęcia, chociaż wiadome było, że nie wszystko uda się rozwiązać pomyślnie, nie każde dziecko otrzyma prezent o jaki napisało do Mikołaja, nie każdy list doczeka się odpowiedzi... 

Praca jak każda, ma swoje zasady. Jedną z nich jest nieczytanie listów, ale kiedy kobieta trafia na listy w niebieskich i seledynowych kopertach zaczyna się zastanawiać nad ich historią, zwłaszcza że są one wysyłane od trzydziestu ośmiu lat. Kim są nadawcy, dlaczego do tej pory nie domyślili się, że ich listy nie trafią pod adres? 

Zuzanna poznaje Milę, sympatyczną kobietę pracującą od wielu lat w biurze. Nie traktującej zajęcia jako nudnego, próbująca za wszelką cenę posłać chwilowo zatrzymane przesyłki dalej. We dwie zainteresują się specjalną baśnią, dedykowaną konkretnemu dziecku, do którego  musi  trafić.  Sprawa nie wydaje się prosta, ale chcieć to móc, a w końcu przed świętami wszystko jest możliwe. 

Tajemnicze listy w kolorowych kopertach, dedykowana bajka. I uciekający czas do świąt. Czy można ingerować w cudze życie, jakie będą konsekwencje interwencji nawet w dobrych zamiarach? 

Wyczekiwałam tej książki, jakoś w tym roku szybciej popadłam nastrojowi świątecznemu w literaturze. Dlatego każda kolejna pozycja nawiązująca do konkretnego tematu, jest dla mnie numerem jeden na liście do przeczytania. 
Nie wiedziałam co zastanę w tej konkretnej historii, ponieważ panią Sochę poznałam z nieco innych stron, więc tutaj była zupełna nowość, a co za tym idzie, ciekawość. 
Zasiadłam do czytania, miałam tylko zerknąć na kilka stron. Nie wiedziałam kiedy byłam już bardzo daleko, pochłonęła mnie fabuła. Biuro przesyłek niedoręczonych wciągnęło do magazynu, wraz z Zuzanną próbowałam pomóc w odnalezieniu prawidłowych adresów. Zainteresowałam się historią bajki, która no przyznam się szczerze, mnie doprowadziła do łez. Coś pięknego i poruszającego.

Podobnie było z historią niebieskich kopert, od lat trafiających do magazynu, zamiast do osoby, która z pewnością ich wyczekiwała. Nie mając pojęcia, że jej własne również nie dotarły do odbiorcy... 

Pomyłka, a może przeznaczenie... Los spłatał figla.  Lata mijały, a odpowiedzi nie docierały, czasem dzięki nadziei człowiek ma siłę rano wstać. Tak też było między tym dwojgiem ludzi. I chociaż przychodziło uczucie zwątpienia, to mijało gdy nadchodził ten wyjątkowy czas świąt...  Jaka jest szansa by pomylone adresy zostały odnalezione, by przypadkowe błędy naprawione? Może warto czekać, nawet kiedy inni nazwą to głupotą? 

Staram się nie zdradzić, nie odebrać przyszłym czytelnikom radości czytania, w odkrywania tajemnicy fragment, po fragmencie. Bo proszę mi uwierzyć, finał będzie naprawdę emocjonujący. Co najważniejsze wspominana często magia, z każdą kolejną stroną rośnie w siłę. I właśnie to, w książce pani Sochy jest najpiękniejsze. I coś, co jest takim jakby bonusem, pluszowy miś bez ucha, na tym nie wytrzymałam. Łzy już same płynęły. Może robię się tkliwa na starość, ale to było, a raczej jest piękne. 

Świetna książka, obowiązkowa świąteczna lektura. Szczerze i od serca polecam, nikt się nie rozczaruje. Nie ma takiej możliwości. Piękna.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowy Pies

Czytaj dalej...

Wyśnij i mnie

źródło


Dosyć dawno otrzymałam tę książkę, na początku, kiedy przeczytałam opis, miałam nieco inne wyobrażenie ukazanej historii, która bardzo mnie zaciekawiła. Nawet gdy już miałam swój egzemplarz, zasiadłam do czytania, nie spodziewałam się tego, z czym autor każe zmierzyć się czytelnikowi.

Było to, moje pierwsze spotkanie z twórczością Jamiego Forda. Jakie było? Czy snuta przez pisarza opowieść trafiła do mojego serca? Jak odebrałam ukazane wydarzenia? Zapraszam do dalszej części tekstu.

Poznajemy chłopca chińskiego pochodzenia, o imieniu Willy, mieszkającego w sierocińcu prowadzonym przez siostry zakonne. Przyjęło się, że każde dziecko obchodzi urodziny tego samego dnia w roku. Łatwiej jest urządzić przyjęcie. Na prezent wychowankowie otrzymali wyjście do kina. Właśnie w tym miejscu, na wielkim ekranie, wśród aktorów, chłopiec zauważa swoją matkę. Jest to moment zwrotny w jego życiu. Od zawsze wiedział, że nie jest sierotą, jego mama żyła. Tylko z niewiadomych dla niego przyczyn musiała oddać do tego właśnie miejsca. Willy podejmuje poważną decyzję, musi skontaktować się z matką, odnaleźć ją, wie, że przebywa w Seattle. Ogromna szansa na porozmawianie i uzyskanie odpowiedzi na, chociaż część pytań. Musi tylko uciec z sierocińca....

Liu Song jest młodą dziewczyną mieszkającą w chińskiej dzielnicy Seattle. Jej ojciec zmarł w wyniku choroby, matka ponownie wyszła za mąż. Leo — ojczym, nie pozwolił jednak by przybrana córka, nazywała go ojcem, był dla niej wujkiem. Miał nadzieje, że piękna żona obdarzy go synem. Niestety tak się nie stało. Z każdym kolejnym rokiem piękna kobieta traciła nie tylko na urodzie, ale i również zdrowi. Liu Song, widziała słabnącą matkę, gdy już nie mogła wstawać z łóżka, rozmawiać. Leo nie pozwalał przy niej być, sam „opiekował” żoną, dziewczyna uczyła się w szkole i dorabiała w sklepie muzycznym. Nie miała łatwego życia, ale nie spodziewała się, że to, co doświadczała do tej pory, stanowiło przedsmak nieszczęść, z jakimi będzie musiała się zmierzyć....

Mały chłopiec, wraz z niewidomą przyjaciółką wyruszają na poszukiwanie Willow, znanej aktorki i przede wszystkim matki. Willy wierzy, że w chwili, gdy stanie przed kobietą jego życie się odmieni, że w końcu będzie mógł opuścić przytułek. Wyrusza w poszukiwaniu odpowiedzi, nie mając pojęcia, jakimi motywami kierowała się matka, co takie wydarzyło się w jej życiu, by podjąć tak trudną i brutalną decyzję. Zadane pytania, odpowiedzi, które nie zawsze chce się usłyszeć. Dwoje cierpiących ludźmi. Syn i matka. Czy ta historia może mieć dobre zakończenie?

Długo zbierałam się do zakończenia, po przeczytaniu kilku rozdziałów czułam się bardzo przytłoczona. Dlatego też Wyśnij i mnie odleżało na półce kilka miesięcy. W końcu przyszła pora by zmierzyć się z tym, co skrywały strony i chociaż miałam świadomość, że nie będzie łatwo. Byłam gotowa. Co nie znaczy, że nie przeżywałam opisanych zdarzeń...

Akcja toczy się na dwóch płaszczyznach czasowych. Z jednej strony jesteśmy świadkami heroicznej walki chłopca o odnalezienie matki. Próbującego za wszelką cenę dotrzeć do miejsca jej przebywania, uzyskania informacji i może zrozumienia, dlaczego jego los musiał potoczyć się właśnie w takim, a nie innym kierunku. Rzecz się dzieje w latach trzydziestych ubiegłego wieku, w dosyć trudnym momencie dla kraju.

Później przenosimy się kilkanaście lat wstecz. Do domu młodziutkiej Chinki. Przyglądając się, z jakimi problemami boryka  tak młoda osoba. I chociaż ma dach nad głową, pożywienie, to jej życie jest niesamowicie trudne. Gdy traci najważniejszą osobę, przy której czuła się bezpiecznie. Nie ma wsparcia w nikim, musi zmierzyć z brutalnym światem w pojedynkę.

Czytając, czułam ciężar, z jakim musiały zmierzyć się te dwie osoby. Chłopiec i młodziutka kobieta. Jeszcze czująca się dzieckiem, a już tak okrutnie doświadczona. Przyglądamy się dziecku, które pragnie spotkać z matką za wszelką cenę. W domu dziecka może nie jest źle, ale on wie, że jego matka jest gdzieś tam niedaleko. On tak bardzo chce ją zobaczyć, zrozumieć. Czuje, że to miejsce nie jest dla niego. I w tym momencie rozumiemy jego pragnienie ucieczki, by za chwilę poznać Charlottę, panicznie bojącą się opuszczenia tego miejsca. Dziewczynka jest niewidoma. Ma ojca, przebywającego w więzieniu. I to jest ta dobra wiadomość, sierociniec nie jest rajem, ale w nim ma chociaż spokój, bezpieczeństwo... Jeszcze.

Wątek młodej dziewczyny, ta opowieść chyba największe wywarła na mnie wrażenie. Chociaż nie chciałbym wybierać między większym, czy mniejszym złem. Cała historia jest niesamowicie przygnębiająca. Losy opisanych postaci są przykre. Życie nie oszczędza żadnego z nich. I kiedy wydaje się, że gorzej być nie może, spada kolejny cios. Trudna, a zarazem niesamowita książka. Nie można przeczytać ot tak, trzeba być gotowym. Na wczucie i przeżywanie zawiłości życiowych bohaterów.

Jamie Ford prowadzi fabułę w przejmujący sposób, od początku do samego końca towarzyszy wiele emocji. Tego się nie czyta, tylko przeżywa. Całym sobą. Piękna, ale i poruszająca książka. Warta przeczytania. Z całego serca polecam.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

Czytaj dalej...

Granat poproszę

źródło



Przyszedł czas, że i do mnie trafiła najnowsza książka Olgi Rudnickiej, jeszcze przed premierą zachwalana. I dziwnym trafem, nie zasiadłam od razu do czytania. Granat poproszę musiał swoje odleżeć. Dlaczego? W końcu ulubiona autorka, pewnik na dawkę dobrego humoru. Co się w takim razie stało? Czyżby mój za chwyt do kryminałów z czarnym humorem się ulotnił? Jak odebrałam długo wyczekiwany tytuł?

Poznajemy Emilię Przecinek. Znaną autorkę, piszącą dla kobiet. Czasy naszły takie, że o romantycznej miłości możemy tylko w książce, więc i popyt na historie w normalnym życiu już nierealne, jest spory. Dlatego kobieta zyskała sławę, pisząc o postaciach, których losy przeżywała całą sobą. Teraz była w trakcie tworzenia najnowszej powieści, co najgorsze jej agentka kazała pozbyć się babci Pelagii, której kobiety nie można było nie kochać, jak więc pisarka miała tak po prostu ją wykasować?
Na domiar złego dostaje informacje od męża, który stwierdza, że poznał inną kobietę, zakochał się i z nią odchodzi. Żarto od losu albo jakieś nieporozumienie. Pisze o wielkich miłościach, kiedy jej samej życie małżeńskie właśnie legło w gruzach. Dwoje dzieci zostaną bez ojca, a ona sama z kredytem hipotecznym do spłacenia.
Na szczęście albo i nie. Zależy z której strony spojrzeć, Emilia ma rezolutną córkę, Kropkę. Ona bardzo szybko uświadamia porzuconą matkę o ich stanie materialnym i fakcie ewentualnego zabezpieczenia. Matka i zarazem kobieta, nie wie, czy ma przeżywać ból zdrady, czy świadomość spłaty kredytu, z którym sama absolutnie sobie nie poradzi. Dlatego Kropka musi zrobić coś, co nie spodoba się nikomu, ale jest koniecznością...

Większość osób śledzących mojego bloga wie, że jestem ogromną fanką pióra Rudnickiej, wyczekuję każdej kolejnej książki niczym pierwszej gwiazdki. Dlatego nie mogło być inaczej z granatem, zaczęłam czytanie i... natrafiłam na pewien opór. Coś mnie się nie spodobało. Mianowicie, chodziło nawiązywanie do polityki. Bardzo, ale to bardzo nie lubię, kiedy w książkach spotykam się z prześmiewczymi określeniami w kierunku konkretnego ugrupowania. I nie w tym sensie, że mnie to jakoś szczególnie dotyka, po prostu w książce chcę mieć to, co mnie odpręża, sprawi, że oderwę się od takie, a nie inne rzeczywistości. Tutaj chodziło o jedną, konkretną, uważam, że zabieg ten był zupełnie niepotrzebny, bo Olga Rudnicka nie potrzebuje zniżać się do tego poziomu. Nie wiem czym, miało posłużyć, może taki chwyt reklamowy, dla przeciwników. Niestety należy pamiętać, że czytelnicy to różni ludzie, zwolennicy PiS, PO, Kukiza czy nawet Zenka spod monopolowego. Naśmiewaniem się na przykład z tego ostatniego można kogoś urazić. I po co? Czy warto zrażać do siebie czytelnika? Takie moje przemyślenie, bo no nie miałam ochoty na przytyki, które znalazły się w książce. Mam zasadę na „imprezie” i w książce żadnej polityki, i tematów religijnych. I tego zawsze się trzymam.

Wracając do samej fabuły, pomijając wyżej wymienione zarzuty, które po ominięciu można zapomnieć (aczkolwiek nie każdy musi), muszę powiedzieć, że książka dostarczyła mi mnóstwo uciechy. Zacznijmy od problemu Emilii, która jako porzucona żona i matka miała na głowie kredyt, z którym musiała sobie jakoś poradzić. Nie miała pojęcia co dzieje się z podłym już nie mężem. Ponieważ tchórz uciekł i z nikim się nie kontaktował.
Sprawa zrobiła się o tyle ciekawa, kiedy tematem rozwodu zainteresowały się dwie starsze panie. Matka porzuconej i teściowa. Dwie nielubiące się kobiety, teraz w tak niełatwej chwili zawiązują sojusz.
Cóż to był za duet! Za każdym razem, gdy obie matki wychodziły na pierwszy plan, a szczególnie ich rozmowy, płakałam ze śmiechu. No wręcz nie mogłam się opanować. Ich dialogi są po prostu genialne, przemyślenia. Polubiłam obie. One liczą się jako całość. Nie można tych dwóch rozdzielić.

Oczywiście jest jakiś wątek kryminalny, o którym każdy się dowiaduje, ja jednak nie o tym. Tutaj postaci odgrywają świetnie swoje role. Agentka Wieśka, Kropka i Kropeczek — zwłaszcza w natarciu przez obie babcie. Ten to miał przechlapane. No genialnie. Ubawiłam się niesamowicie, aż żałowałam, że książka tak szybko się skończyła.

Olga Rudnicka jest reklamą samą w sobie, nie potrzebuje namawiania, aby przeczytać. Wystarczy, że ukażę się nawet niepotwierdzona zapowiedź kolejnej książki, każdy zaznaczy sobie ten dzień w kalendarzu i zacznie odliczanie. Bo naprawdę jest na co, porządna dawka humoru gwarantowana. I co najważniejsze nie ma schematów, autorka zawsze czym zaskoczy, nowymi charakterami lub czymś innym.
Nie muszę nikomu polecać i specjalnie namawiać, każdy wie, że po prostu trzeba czytać i koniec.

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum

Czytaj dalej...

Co z tym szczęściem ?




Często zadajemy sobie pytanie, o co chodzi ze szczęściem, od czego jest ono zależne. Kiedy tak naprawdę odczuwamy radość i satysfakcje z życia. W jaki sposób mamy wpływ na to, które uczucia będą przeważały w codzienności. Dlaczego mimo zmian, które rzekomo miały być pozytywnie, takimi się nie okazały? Gdzie tkwi błąd i co możemy sami uczynić, by żyło się łatwiej, z uśmiechem na twarzy? Odpowiedzi na te oraz inne pytania próbowałam odnaleźć w książce pani Iwony Kucharewicz.
.
Bardzo często na nasze życie emocjonalne, nastawienie w reagowaniu na różne sytuacje mają wpływ doświadczenia z wczesnego dzieciństwa. Okazuje się, że jeżeli w domu rodzinnym miało się duży nacisk na otrzymywanie dobrych stopni w szkole, a każdą przypadkową negatywną odbierano za porażkę, taka osoba w przyszłości może być narażona na ciągłe dążenie do bycia najlepszym. Z jednej strony może to być dobre, oczywiście w granicach rozsądku. Gorzej, kiedy naszym głównym celem jest bycie perfekcyjnym w każdej możliwej dziedzinie.

Oczywiście nie jest powiedziane, że wymieniony przykład musi się właśnie tak skończyć, od dziecka wymagać należy, ale bez zbędnej presji, która koduje w pamięci jedno ?muszę być najlepszy".

Równie ważne według autorki, jest to, jakimi ludźmi się otaczamy. Nie na darmo jest powiedziane, że są ludzie, którzy wysysają z innych pozytywną energię. Możemy wyobrazić sobie przykład. Pracujemy w biurze z osobą, która codziennie jest z czegoś niezadowolona. Słuchamy przez kilka godzin tyrad i narzekań ? ból głowy, nogi, pogoda brzydka, obiad znowu trzeba ugotować itp., Dłuższe przebywanie z takim człowiekiem sprawi, że sami zaczniemy odczuwać niezadowolenie. Dlatego ważne jest, by minimalizować relację z osobami o pesymistycznym podejściu do życia. Wystarczy, gdy wejdzie się do miejsca, gdzie ktoś tryska radością, śmieje się, cieszy z deszczu, we wszystkim wyłapuje coś pozytywnego. Siłą rzeczy odpowiemy komuś takiemu uśmiechem, ponieważ uśmiech, jak i smutek potrafią być zaraźliwe. I ważne jest, by mieć przy sobie kogoś, kto nie będzie siedział i narzekał razem z nami, tylko szukał dobrego tam, gdzie wydaje się to niemożliwe.

Z reguły nie czytam poradników, nie specjalnie czułam się zainteresowana literaturą, która rzekomo miałaby pomóc dzięki swoim poradom. Dlatego z pełną rezerwą, ale i ciekawością sięgnęłam po tytuł, który chyba dotyczy każdego z nas. Podejrzewam, że sporo osób nie jeden raz, zadało sobie pytanie. O co chodzi ze szczęściem. Jak to jest, że inni chodzą uśmiechnięci mimo problemów, ze spokojem i pewną nadzieją stawiają czoła przeciwnością losu, kiedy na przykład inny, w podobnej sytuacji wpada w rozpacz i bezsilność.

Książkę pani Kucharczyk czyta się bardzo lekko, o dziwo nie jest naszpikowana suchymi, trudnymi do zrozumienia informacjami naukowymi. Autorka na konkretnych przykładach przeprowadza analizę, tłumaczy i radzi jak postępować by zmienić sposób myślenia.
Czytelnik nie musi obawiać się książki typowo naukowej, z której niewiele zrozumie. Są konkretne rozdziały, z tematem i przykładem. Następnie przedstawione ćwiczenia, które wspomogą w dążeniu do pozytywnego odbierania świata.

Mnie książka przypadła do gustu, ciekawie się czyta, jest przejrzysta i przystępna w odbiorze. A to chyba najważniejsze.

Każdemu zainteresowanemu tematyką, szukającemu odpowiedzi na podobne pytania polecam ten tytuł.
 
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Miłość z nutą imbiru


źródło


Wyczekiwałam kontynuacji losów bohaterów, poznanych w Szczęściu na wagę, dlatego, kiedy dostałam przepięknie wydaną miłość, zagłębiłam się w lekturze. Polubiłam styl, jakim odznacza się pani Olejnik, nie wiem, jak to się dzieje, ale jak tylko rozpoczynam czytanie, od razu zostaję pochłonięta przez fabułę, przez chwilę żyję problemami i radościami postaci. Tym razem chciałam zobaczyć co u Ewy oraz jej córki, jak poukładały się ich sprawy.
Ewa po ostatnich zawirowaniach, powoli zaczyna układać swoje i córki życie. Wprawdzie cały czas odczuwa niepokój związany z poprzednimi wydarzeniami, to jednak ma nadzieje, że Klaudia najgorsze ma już za sobą, powoli odnajdzie swoje własne miejsce i zaakceptuje swoją odmienność, a dokładniej mówiąc, znajdzie własne szczęście.

Matka nie do końca potrafi pogodzić się z wyborem jedynaczki, stara się tolerować i nie ingerować w sferę intymną oraz uczuciową, jednak co innego służyć radami komuś obcemu, a zaznać we własnej rodzinie szok odmienności. W dodatku kobieta zdaje sobie sprawę ze skrytości latorośli, sama nie lubi uzewnętrzniać własnych problemów, dlatego by chociaż troszkę mieć wgląd na stan emocjonalny córki, decyduje się podczytywać jej bloga. W końcu jest ogólnodostępny, nie robi nic złego.

Sama też ukrywa przed światem swój związek z Andrzejem, oboje postanowiliby dla dobra Sławka, nie odkrywać się z ich relacją. I może wszystko toczyłoby się swoim rytmem, gdyby na horyzoncie nie pokazała się była żona ukochanego. Tak jak nagle ich porzuciła, teraz wraca i ma w planach odbudować nieistniejący związek...

Klaudia martwi się, rozdarta pomiędzy dwa domy. Matki i ojca, stara się być dobrą córką i siostrą malutkiego Igorka. Od jakiegoś czasu zauważyła niepokojące zachowanie u nowej żony ojca. Młoda matka coraz częściej chodzi sfrustrowana, dawniej roześmiana. Teraz zła, wręcz odpychająca. Co się stałą z tamtą Tatianą?

Nastolatka ma też swoje problemy i chociaż już nie musi w dalszym ciągu ukrywać się sama z sobą, to nie znaczy, że jej relacje z ludźmi stały się łatwiejsze. Tolerancja, każdy o niej mówi, ale kiedy wchodzi praktyka, gdzieś jakby traci na swojej mocy. Dziewczyna szuka akceptacji, zrozumienia i przede wszystkim uczucia, o którym tyle słyszała, wyczytała w książkach, ale rzeczywistość wygląda nieco inaczej...

Matka i córka. Obie pogubione, potrzebujące tylko a może, aż miłości. Tego drugiego człowieka, który w końcu pojawiłby się w ich życiu na stałe.

Czasami można popełnić błąd nieświadomie, źle wypowiedziane słowa, chwila słabości. I wszystko się komplikuje. Czy dwie kobiety mają szanse na szczęście?

Napisałam na początku na temat wyglądu książki, że została pięknie wydana. I to prawda, ale niech nikogo nie zwiedzie piękny klimat, iście świąteczny. Kojarzący się z sielskością. Ponieważ wnętrze zabiera czytelnika w podróż po słodko-gorzkiej historii ludzi, których losy splotły się na pewnych etapach i siłą rzeczy wywarły wpływ na ich przyszłość.
Związek Ewy i Andrzeja od początku nie jawił się tak, jak powinien, jego nieuregulowane sprawy z żoną, która może emocjonalnie dawno być przestała, ale formalnie dalej byli ze sobą związani. W dodatku syn, z którym wcześniej były problemy, teraz jakby się wyciszył, ale jak zareagowałby na wieść o uczuciu ojca do nauczycielki? Oboje nie wiedzieli jak poukładać wszystko w dobrą całość, aby obyło się bez przykrych sytuacji. W dodatku, kiedy wróciła żona, skomplikowała wiele spraw.
Nie chciałabym rozpisywać się na temat każdego bohatera, chociaż z drugiej strony mam wrażenie, że każdy z nich jest bardzo ważny, tak wiele wnosi do fabuły. Pani Olejnik kolejny raz ukazała życie z wielu perspektyw. Możemy wczuć się w rolę matki, która w pewnym momencie przestała odczuwać akceptację samej siebie. Narastająca frustracja, brak zrozumienia. Z pozoru nic poważnego, ale brak zainteresowanie bliskiej osoby, ciągłe wymagania potrafią odebrać chęci do wstania z łóżka.
Nie zapominajmy też o Klaudii, która osiągnęła już bardzo wiele w walce o samą siebie. Diety i treningi osiągnęły zadowalające rezultaty, ale wygląd nie zawsze musi współgrać z tym, co odczuwała w środku. Owszem, zaczęła się podobać rówieśnikom, ale chyba nie do końca w taki sposób, jaki oczekiwała i chciałaby.

Przyznać się muszę, że bardzo zżyłam z bohaterami. Autorka ma ogromny talent kreślenia fabuły, wciąga czytelnika od pierwszej strony, przeżywamy wydarzenia, jakie spotykają postaci, odczuwamy ich smutki, nadzieje, wstyd i radości. Za każdym razem, kiedy musiałam odłożyć książkę, zastanawiałam się co dalej będzie. Przemierzałam strony od domu Ewy, jeździłam z nią do szkoły. Poznawałam nowych znajomych Klaudii, chciałam zrozumieć jej rozterki, wczuć się w tę postać, dla mnie w pewnym sensie zupełnie obcą.

Pani Olejnik w swojej książce porusza wiele problemów społecznych, o których często się nie rozmawia. Bo wstyd, bo jak to tak, nagłaśniać własne przywary. Tematy tabu często są spychane na boczny tor, a później, kiedy stanie się tragedia, pada pytanie, dlaczego nikt nie pomógł. Gdzie byli inni? A no nie chcieli rozmawiać. Jak to matka może czuć się nieszczęśliwa, ma zdrowe dziecko, dużo pokarmu i pieniądze na zachcianki. Fanaberie! Nic bardziej mylnego.

Uważam, że każdy, kto zapoznał się z pierwszą częścią, powinien zaznajomić z drugą, jest to konieczność. Bardzo mądra życiowo. Polecam!

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
 
Czytaj dalej...

Tymczasem





Z pozoru wydaje się, że kobieta nie powinna narzekać, bo i dlaczego? Cóż... jak widać, życie składa się głównie z pozorów. Wydawało się, że osiągnęła wszystko, o czym marzyła. Zdobyła wykształcenie, zawód. Niestety rzeczywistość jest mniej pozytywna. Na koncie coraz szybciej uciekają pieniądze, rachunki zaczynają się piętrzyć, lodówka świeci pustkami, na domiar złego traci najlepsze klientki.

W końcu przychodzi dzień, kiedy zamyka swoje puste mieszkanie, zbiera najpotrzebniejsze rzeczy i ucieka do Krakowa. Odetchnąć innym powietrzem, wrócić pamięcią do czasów, kiedy jej głowa była nabita marzeniami i snuciem pięknych perspektyw. Planuje spotkać się z wujem Augustem, w końcu to dzięki jego protekcji udało się jej osiągnąć wiele rzeczy.

W Krakowie będzie musiała stawić czoła teraźniejszości i przeszłości. Tutaj stanie przed nowymi zadaniami, pozna Brzytwę - którą można poznać w innych tytułach autorki. Z dosyć oryginalną osobowością. Jednak to dzięki niej będzie umiała poradzić z tym, co przyszykowało życie. W Krakowie rozpoczęła się jej przygoda z dorosłością, i to miasto ponownie odegra ważną rolę.

Wiele razy pisałam, jak bardzo lubię twórczość Sowy. Cenię jej trafność spostrzeżeń sposób, w jaki zmusza czytelnika do refleksji nad własnym życie. Dlatego, kiedy zobaczyłam zapowiedź Tymczasem, byłam ogromnie zainteresowana.

Przyznać się muszę, że miałam ogromny problem z wgryzieniem się w fabułę. Drażniła mnie postać bohaterki. Nie umiałam wejść w jej rolę, utożsamić z postacią. W zasadzie bardzo często podczas czytania w mniejszym lub większym stopniu znajduje wspólne mianowniki z bohaterami. Tutaj niestety wszystko było dla mnie trudne.

Zdaje sobie sprawę, że autorka chciała i prawdopodobnie trafnie zwróciła uwagę na sposób, w jaki żyje się w dzisiejszych czasach. Wybieramy wymarzone uczelnie, kończymy edukację z dyplomami. Biegniemy radośnie w poszukiwaniu pracy, która będzie spełnieniem oczekiwań. I nagle realia zrzucają na ramiona ciężar porażki i rozczarowania. Bo miało być tak pięknie. Zdobyty dyplom miał otworzyć tyle furtek, sprawić, że świat stanąłby otworem. Niestety, rzeczywistość brutalnie sprowadza na ziemię.

Zakończona szkoła, wynajęta kawalerka, z trudem opłacane rachunki, aby starczyło do 1.. Jedzenie z torebki, przy dobrych wiatrach można na promocji wyrwać coś na zapas. A gdzie życie na poziomie? Gdzie wyjścia do kina, gdzie wspólne wypady na weekend z przyjaciółmi. Jest praca, jest wypłata - no dobrze, bardziej przetrwalnik. Życie tymczasem. W kawalerce, która ma kilkanaście metrów kwadratowych. Na tak zwanych walizkach. Upchanych rzeczach w kartonach. Bo znowu nie wystarczyło na kupno regału, ale może w następnym miesiącu? Los zrzuci pod nogi umowę o dobrze płatną pracę, która będzie dawała poczucie satysfakcji. Niby niewiele, a tak trudno osiągnąć.

Książka ukazuje nam bohaterkę, która znalazła się w dziwnym miejscu swojej drogi. Ma pracę, która miała być wymarzoną, ale co z tego, skoro nie stać jej na rachunki. Zajmuje się czymś, co wydawało się, ustawi jej życie na poziomie, a okazało się, że nie może odpowiednio zapełnić lodówki. Jest zmęczona trwaniem z dnia na dzień, czekaniem na zmianę, na coś, co sprawi, że los obróci złą passę. Zostawia Warszawę, partnera sypiącego z rękawa złotymi radami. Teraz chce zobaczyć się z wujem, porozmawiać, sprawdzić jak się miewa.

Trudno jest mi ocenić Tymczasem, ponieważ z jednej strony czytało się bardzo ciężko, tak naprawdę męczyłam się w jej towarzystwie. Jednak z perspektywy czasu muszę przyznać, że jest bardzo wartościowa. Być może sięgnęłam po nią w nieodpowiednim momencie. Zostałam przytłoczona problemami Monique. Tego, na jakim etapie znalazło się jej życie. Nie chcę nikogo zniechęcać, cenie sobie autorkę, nawet jeżeli teraz nie zgrałam się z tytułem. Wiem, że i tak będę oczekiwała kolejnych pozycji.
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Córka pszczelarza


źródło



Często trafiam na książki, które przyciągają mnie od tak zwanego pierwszego wejrzenia. I nie chodzi tu o okładkę, a opis. Przeczytam fragment notatki od wydawcy i wiem, że to będzie coś godnego uwagi.  Powieść Montefiore zapowiadała się zagadkowo, wydarzenia rozgrywające się na dwóch płaszczyznach czasowych, tajemnica rodzinna. Bardzo lubię w ten sposób nakreśloną fabułę. Rozwiązywanie tajemnic z przeszłości, tego w jaki sposób mają wpływ na teraźniejszość. Właśnie z tą nadzieją sięgnęłam po Córkę pszczelarza, licząc na interesujące podróże w czasie, analizowanie przeżyć bohaterów. Porównywania życia ukazanego dawniej i później, po upływie kilkudziesięciu lat. 

Autorka zabiera czytelnika na wyspę.  Tekanasset w stanie Massachusetts, to właśnie tam poznajemy okolicznych mieszkańców. Jest ich niewielu, jak i sama wyspa, dlatego każdy zna swojego sąsiada, jego najbardziej skrywane sekrety. Nic się nie ukryje przed wszystko widzącymi oczami, mieszkanek Tekanasset. Toteż kiedy do miasteczka przybywa rockowy zespół z Anglii, wywołuje w matkach dreszcze przerażenia, a córkach ekscytację. Jedną z  dziewcząt jest Trixie, zakochuje się w wokaliście o imieniu Jasper, młodzieniec jest uroczy, pięknie śpiewa i urzeka dziewczynę swoją osobowością, ale jak to bywa w małej społeczności, wieści prędko się rozchodzą, potajemne spotkania, wywołują falę plotek i spekulacji.

Grace martwi się o córkę, pierwszej miłości nie można uniknąć, tylko kim jest przejezdny chłopak, jakie ma zamiary? Czy nie zrani jedynej ukochanej córki? W dodatku ukochany Trixie niespodziewanie musi wyjechać, obiecując, że wróci. Bo tylko na jakiś czas muszą się rozstać, ale niebawem będą już zawsze razem. Jak złudne bywają obietnice, jak często słowa nie mają pokrycia w czynach...

Wspierając jedynaczkę w oczekiwaniu na ukochanego, który jak się okazuje, nie jest zwykłym turystą z Anglii, szukającym szczęścia w Ameryce, Grace wspomina własne lata młodości spędzonej w małym angielskim miasteczku. W tym miejscu zaznała wiele szczęścia, odziedziczyła po ojcu fascynację pszczelarstwem, jak i samymi pszczołami, za sprawą których potrafiła odnaleźć wewnętrzny spokój. Tam też, poznała dwóch mężczyzn. Obecnego męża Freddiego, oraz tego z którym nigdy być nie mogła. I chociaż ich serca zwróciły się ku sobie, oboje wiedzieli jakie są realia. Niebawem też wybuchła wojna, życie każdego mieszkańca uległo zmianie. Ona wraz z mężem niespodziewanie opuściła rodzinne strony. Tak postanowił Freddie. Nie protestowała, miała nadzieje, że z biegiem lat ich małżeństwo będzie takie jak powinno, ale widać wojna wyryła trwałe blizny w sercu niegdyś radosnego młodzieńca. Nauczyła się nowego życia, oboje przywykli do porządku dziennego jaki wspólnie ustalili. Aż do czasu pojawienia się na wyspie Jaspera...

Matka i córka. Nie mają pojęcia jak ich historie miłosne mogą być podobne do siebie. Jak los czasem lubi zatoczyć koło. 

Długo zbierałam się do przeczytania Córki pszczelarza, miałam świadomość, że książka na pewno przypadnie mi do gustu, a jednak, swój czas musiała odleżeć na półce. W końcu kiedy przyszła pora, zasiadłam do czytania i wsiąkłam. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, jak dotąd nie przeczytałam żadnej jej książki. Na szczęście już od pierwszych stron poczułam, że pióro Montefiore wpasowuje się w moje gusta. Historia jaką ukazuje nie należy do odkrywczych, a mimo tego wciąga czytelnika już od pierwszych stron. Bardzo interesowały mnie opisy dotyczące zajmowania pasieką, zachowań pszczół. Niesamowite  ile dowiedziałam się za sprawą tej książki. 

Wczułam się w historię Grace całą sobą, w dodatku czułam się rozdarta między dwoma mężczyznami. Rozumiałam jej rozterki, zastanawiałam się co by było gdyby, jednocześnie mając świadomość zakończenia. Czasy w jakich przyszło dorastać i podejmować decyzje nie należały do łatwych. Dawniej rządziły konwenanse, małżeństwa nie z miłości, a wybrankiem z tej samej klasy społecznej. I chociaż te reguły wydawały się brutalne, to mam wrażenie, że były słuszne. Trudno jest sobie wyobrazić by osoba żyjąca według własnych zasad, nagle musiała zrezygnować z tak zwanej wolności i stać się niewolnikiem etykiety. Dla kogoś, kto wychowywał się z dala od podobnych norm, wydawało się czymś niepojętym.  Jakby zamknięcie w klatce z której można było wychodzić w odpowiednim czasie i za aprobatą większości. Koszmar. 

Grace miała świadomość swojego pochodzenia, Rufus również. Lecz serce nie sługa, trudno jest przejąć ster kiedy zabije szybciej. Wyrwane chwile, spojrzenia, zakazane słowa. Tylko tyle i aż tyle. 

Później podobny los czekał Trixie. Pomimo, że czasy już się zmieniły i rzekomo nikt nie zwracał uwagi na odgórnie narzucone idee, trudno było sprzeciwiać woli starszych. Tylko odważni stawiali na swoim, walczyli o własne marzenia, czy do takich ludzi należał Jasper? Czy historia Trixie mogła zakończyć się szczęśliwie? I jakie sekrety zostawili za sobą w rodzinnym miasteczku rodzice? Zgorzkniały ojciec i posłuszna matka?  

Świetnie napisana książka, można powiedzieć, że jej się nie czyta, historia sama się opowiada, my musimy tylko przewraca kolejne strony. Szczerze polecam!

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa


Czytaj dalej...

Blondynka w Japonii


źródło

Interesuje się programami oraz książkami podróżniczymi, lubię odkrywać nowe informacje na temat miejsc, których nie poznałam osobiście, a jedynie za pośrednictwem innych ludzi. Mam swoich ulubionych podróżników, oglądam ich programy, czytam książki. Jednym słowem wyczekuję wieści na temat kolejnego pasjonującego kraju, omawianego z innej perspektywy niż tylko zwykłego turysty spędzającego czas w opłaconym kurorcie.
Dlatego, kiedy ukazała się najnowsza książka Beaty Pawlikowskiej - Blondynka w Japonii, od razu chciałam przeczytać. Kraj ten od zawsze mnie fascynował, kiedy otrzymałam swój egzemplarz zasiadłam do czytania, jakież są moje wrażenia po zakończonej lekturze, czy otrzymałam to czego oczekiwałam?

Przede wszystkim forma, jaką obrała Pawlikowska, nie wiem, czy to był pamiętnik, czy urywki zapisków, jakie dokonywała podczas pobytu w kraju kwitnących wiśni. Jedno wiem. Całość jawi się jakby ktoś, pozbierał fragmenty notatek i poukładał we względną całość, później postanowił wydrukować. No dobrze, można i tak. Widać nie ważne jak, byleby było ciekawie i zainteresowało potencjalnego odbiorcę. Liczy się treść. Prawda?

Podróżniczka rozpoczyna swoją opowieść od tego, jak znalazła się w Japońskim bardzo szybkim pociągu, który nagle się zatrzymał. Przed zakończeniem trasy. Przez długi czas czytamy o rozważaniach na temat życia w tym odległym kraju, gdzie technika i pęd pracy jest najważniejszym trybikiem w życiu każdego mieszkańca. Nic się nie liczy poza pracą, wszystko, co robią, musi być perfekcyjne. Nie możesz się pomylić, nie wolno Ci zignorować polecenia, ponieważ wypadniesz z planszy. Znikniesz i nikt nie będzie zastanawiał się, gdzie jesteś. Ponieważ zastąpi Cię kolejna osoba, inny pionek w grze. W taki mniej więcej sposób opisywała Pawlikowska Japończyków oraz system panujący w ich zabieganym świecie.

No dobrze, ale w końcu nie samą pracą się żyje. Dookoła muszą być jakieś ciekawe miejsca, no i osławione kwitnące wiśnie. Jak traktowani są turyści, czy trudno żyje się w miejscu, gdzie jest tak przerażająca liczba ludności? Szybko. Tak opisuje autorka. Chcesz zjeść w knajpie śniadanie? Dobrze, ale musisz zrobić to w określonym czasie, bo inni już czekają. Masz ochotę posiedzieć przy talerzu? Nie ma sprawy, idź do drogiej restauracji. Japończycy nie spotykają się na rozmowie przy kawie w taniej knajpce, nie mają na to czasu. Wszystko kosztuje. Co ich cieszy? Bycie doskonałym w swojej pracy. Tylko wtedy ich egzystencja ma sens, gdy powierzone zadania wypełniają zgodnie z oczekiwaniami szefa.

Miałam spore oczekiwania względem książki, mam w pamięci inne tytuły, które napisała Pawlikowska, dlatego też bez zastanowienia zdecydowałam się na Blondynkę w Japonii, niestety czuję się rozczarowana.

Zacznijmy od tego, że nie mogłam znieść zwrotów kierowanych nie wiem, do czytelnika, do kogoś o kim w danej chwili podróżniczka myślała. Niestety mnie drażniły swobodne wypowiedzi. Przesadzona ilość wykrzykników, jakby jeden nie wystarczał. Ciągłe przypominanie, że glutaminian sodu jest złem w najczystszej postaci - TAK WIEM. Przez większość książki zmagamy się z szukaniem miejsca, gdzie można znaleźć coś wegetariańskiego. Tak. Podróż po barwnej Japonii została sprowadzona do tego, że nigdzie nie można było otrzymać pożywienia bezmięsnego. No koszmar. Jestem mięsożerna, ale gdybym nie była, wpadłabym do pierwszego sklepu, złapała za coś, co nie ma mięsa i już. Przepraszam, pomyliłam się. Tu chyba mowa o weganizmie. Jeszcze lepiej. W każdym razie nasza podróż praktycznie ograniczyła się do problemu z porozumieniem w języku, którego Pawlikowska nie znała. Szukania jedzenia bezmięsnego. No i to chyba by było na tyle. Podróży, które przybliżyłyby nam odległy kraj, jest niewiele. Gdzieś przez przypadek zawędrowaliśmy do małpek mieszkających w zimnych górach, zażywających kąpieli w gorących źródłach. Tak, to chyba jako jedyne było interesujące. Czekałam na ciekawostki, nowinki coś, co sprawi, że książka nabierze klimatu, przeniesie nas do Japonii. Zabieganej, ale i mającej barwną przeszłość kulturową.

Oceniając z perspektywy emocji, jakie odebrałam podczas czytania, odnoszę wrażenie, że jest to miejsce przygnębiające i niezapraszające do odwiedzin. Całkiem inaczej wyobrażałam sobie tę książkową podróż. Więcej rozważań i poszukiwań nie-mięsa jak samej Japonii. Smutne. Książka może i ładnie wydana, znalazło się kilka ciekawych zdjęć. Przeważnie jedzenia, ale... Nie o tym chciałam przeczytać. Trudno. Moja strata.

Nie umiem polecić, ponieważ czuję okrutny niedosyt. Pozostawiam do indywidualnej decyzji.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

Czytaj dalej...

Sisi. Samowolna Cesarzowa



Cesarzową Elżbietą zwaną Sisi, interesowałam się już od dzieciństwa. Chyba większość jak nie widziała, to chociaż słyszała o filmach, które jawiły się niczym z pięknej bajki o zakochanej nastolatce w cesarzu Austrii, o tym, jak się poznali i pokochali. Pytanie tylko jak było naprawdę. Wiadome jest, że w ekranizacjach prawdziwe wydarzenia są nieco, a może i nawet sporo ubarwiane. Bo kto chce oglądać tragedie? Filmy o szczęściu i miłości wręcz baśniowej. Po przeczytaniu pierwszej książki pani Allison Pataki moje poglądy sporo się zmieniły, ale to właśnie w kolejnej książce miałam się dowiedzieć interesujących rzeczy, które chyba nieco odarły mnie ze złudzeń....

W tej części poznajemy Sisi jako dorosłą kobietę, nie naiwną i zapatrzoną w swojego narzeczonego, a później męża, który miałbyś cudowny, ale jakoś etykieta i dworskie nakazy chyba stanęły na drodze do szczęścia — tak uważa Elżbieta. Franciszek zawsze opanowany, pragmatyk myśli o dobru rodziny oraz swojego kraju. Fanaberie żony są mu obce, był wychowywany do bycia tym, kim jest, zachowania panujące na dworze nie stanowiły problemu. Jednak dla Sisi każdy dzień spędzony we Wiedniu był karą, dlatego z ogromną radością uciekała na Węgry, do swojej willi. Tam wraz z ukochaną córką Walerią oraz zaufanymi damami do towarzystwa żyła jakby obok swojej roli. Roli Cesarzowej, która powinna stać u boku męża. Wspierać i uczestniczyć w ważnych okolicznościach. Tylko dla niej to życie było zbyt męczące, stresujące i ogólnie nie potrafiła się w nim odnaleźć.

Teściowa cały czas uczestniczyła w ich życiu, ciągle wytykała błędy jakie synowa popełniała. Zajęła wychowaniem dzieci. Tylko najmłodszą — Walerię udało się Sisi zabrać z dala od miejsca, które kojarzyło się z chłodem ukrytych uczuć. Młoda matka nie mogła uczestniczyć w dorastaniu swoich dzieci. Nie znała starszej córki Gizeli, nie wiedziała jak radzi sobie młody następca tronu, Rudolf. Zofia pozbawiła jej tych przywilejów, a ona sama przestała z nimi spierać. Czuła, że tę bitwę przegrała i wycofała z życia dwójki potomków oraz i reszty rodziny.

Uwielbiała podróżować, kiedy nie była na Węgrze jeździła w inne interesujące miejsca. Lubiła być podziwiana. Cały czas dbała by nie przytyć, ścigała z czasem i nieuchronną starością. Zapatrzona w swoje potrzeby.

Czy piękna Cesarzowa rzeczywiście była dobra i oddana ludowi? Owszem przyczyniła się do sojuszu z Węgrami, ale miała ku temu własny interes...

Bardzo długo chciałam widzieć Sisi jako zagubioną nastolatkę, przed którą stanęło trudne zadanie. Bycia cesarzową. Była bardzo młoda i naiwna, kiedy wraz z Franciszkiem Józefem stali się małżeństwem, gdy on jako władca narodu nie jeden raz musiał podejmować bardzo trudne decyzje, dla kraju, dla wielu ludzi. Ona zaś winna mu była oddanie, podporę. Stać u boku, kiedy sytuacja tego wymagała. Niestety. Co na początku można było tłumaczyć brakiem znajomości z manierami dworskimi, później zdawało się kierowane czystym egoizmem Elżbiety.

Uciekała z kraju przy każdej możliwej okazji, na wiele miesięcy. Nie przejmowała się zdaniem ludu, który nie potrafił zrozumieć, dlaczego ich cesarzowa większość czasu spędza poza Wiedniem. Dlaczego nie wspiera cesarza, nie ma jej, kiedy on, oni tego potrzebują. Twardą ręką piecze nad wszystkim trzymała Zofia — matka Franciszka Józefa. Żona natomiast korzystała z dóbr swojej pozycji. Podróżowała gdzie tylko chciała, nie zważając na fakt swojej roli. Nie była już dziewczynką z Possi, tamta Sisi odeszła z chwilą koronacji. Jako dojrzała już kobieta powinna być tego świadoma, ale tak nie było. I przyznam się, że do końca historii miałam nadzieje, że ta zapatrzona w siebie i własne potrzeby kobieta w końcu się ocknie, ale czy tak było?

Muszę przyznać, że z każdą kolejną stroną bajkowa i śliczna postać Sisi, traciła w moich oczach. Nie mogłam znieść jej zachowania, rozkapryszonej panienki, która doszła do wniosku, że nie ma ochoty bawić się w cesarzową, dlatego przy każdej możliwej okazji pakowała manatki i wiała gdzie pieprz rośnie. Nawet kiedy zostawała wzywana do powrotu, bezczelnie — bo inaczej tego nie można nazwać, ignorowała wiadomości. Nie potrafię pojąć jak można być do tego stopnia zapatrzonym we własne kaprysy. Coś niepojętego. Nie zważała na uczucia Franciszka, własnych dzieci. Na nikogo. Dotykały ją plotki ludności - którzy po prawdzie mieli sporo racji, ale ani przez chwilę nie myślała, aby to zmienić.

I chociaż na początku nie byłam zbyt przychylnie nastawiona do Franciszka Józefa, tak teraz dochodzę do wniosku, że jest mi go po prostu żal. Na swój sposób kochał Elżbietę i chociaż nie potrafił być tak wylewny jak ona tego oczekiwała, to inaczej okazywał jej swoje uczucie. Cóż jak widać niektóre kobiety przez całe życie są zapatrzone we własny czubek nosa. Nawet królowe.

Już w poprzedniej części przypadł mi do gustu, sposób, w jaki autorka opisała historię najsławniejszej cesarzowej. Pataki zabiera czytelnika do czasów panowania Franciszka, przyglądamy się ich życiu. Coś niesamowitego, gdy tylko zasiadałam do czytania przenosiłam się kilkaset lat wstecz. Podróżowałam i zwiedzałam, chłonęłam opisy i czułam się jakbym tam przebywała. Brawo dla autorki.

Cóż mogę jeszcze napisać, książka jest świetna, każdy kto interesuje się historią oraz chce dokładniej poznać Sisi oraz jej bliskich - bo nie tylko o niej jest mowa, szczerze i od serca polecam.
 
Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu HarperCollins.
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka