stycznia 25, 2024

stycznia 25, 2024

Ferie zimowe ;)

Ferie zimowe ;)

 

Słowem wstępu - jak zwykle będę się tłumaczyła, ale podczas ferii zimowych ograniczyłam bytność na blogu, instagramie itd. Stwierdziłam, że muszę się zresetować, a planowana od jakiegoś czasu podróż, była dla mnie bardzo ważna. I nie chodziło o konkretne miejsce, ale o ludzi, do których się wybierałam. 


Gdy 8 lat temu moja przyjaciółka pakowała swój dobytek, byłam jak zamrożona. Wiedziałam, że nie mogę jej zatrzymać, ale wiedziałam, że o to kończy się pewien etap. Nie będziemy razem, nie będę mogła wpaść w każdej chwili, gdy tylko poczuje ochotę, czy potrzebę. Czułam stratę całą sobą, ale nie mogłam nic zrobić. Bałam się, że te kilometry nas pokonają, że nasza relacja się po prostu rozejdzie - umrze śmiercią naturalną. 

Wtedy nie miałam pojęcia, że my dwie, to nie jakaś zwykła przyjaźń. Nas nikt nie umiał rozdzielić, ani człowiek, a tym bardziej kilometry. I chociaż nie ukrywam, ta odległość nie ułatwia, to między nami nic się nie zmieniło. Przyznam się szczerze, to Asia odwiedzała mnie, ale ja u niej jeszcze nie byłam. Tak, wstyd i ogólnie po prostu zawaliłam. Jednak w końcu się ogarnęłam, kupiłam bilety na samolot i poleciałam! 


Przyjaźnimy się od przedszkola, więc to nie jest jakieś kilka lat, co nie oznacza, że krótsze znajomości są mniej wartościowe. Jednak sami przyznajcie. Tyle lat, a między nami się nic nie zmienia. Tak więc, kiedy większość ludzi w zimie wybrało ciepłe scenerie, ja postawiłam na wyjazd do jednej z ważniejszych dla mnie osobób i jej rodziny oczywiście :).  


Wrzucę troszkę zdjęć z miasteczka w którym mieszka Asia oraz najbliżej okolicy. Muszę przyznać, że bardzo przypadły mi do gustu te klimatyczne domki, ładne uliczki i ogólnie tak swojsko. 





 
 Jak widać podczas mojego pobytu zima dopisała, ogólnie w dniu przyjazdu bylo deszczowo i pochmurno, ale później jak zaczęło padać, tak wręcz zrobiło się przepięknie :). 
 
Tutaj pomnik chłopów, którzy jako pierwsi pobiegli gasić pożar Zamku w Bad Hersfeld. Na upamiętnienie ich postawy postawiono taki własnie pomnik.  Niżej pokażę ruiny zamku, wenątrz których z tego co pamiętam, latem urządzane są koncerty. 

 


Na zdjęciach widać, że nie są ostre, a to wszystko jest wynikiem silnych opadów śniegu gdy sobie chodziliśmy, no i wyszło, że wyglądają jakby zrobione były "kalkulatorem", ale to po prostu wina śniegu i wilgoci na aparacie:) 

 


 Zamek w Fuldzie, piękna brama, która zdobi wejście na dziedziniec została oszpecona ustawionym przy samym wejściu kantorkiem służącym jako kasa biletowa. No po prostu gorzej zrobić nie można było... 


Jak pisałam  na początku formą podróży był lot samolotem... gdybym leciała pierwszy raz, pewnie byłby to mój pierwszy i ostatni ;))). 


Wylot miałam z Wrocławia, po dotarciu na miejsce okazało się, że lot jest opóźniony.  Najpierw 30 min, potem kolejne 30 min. W końcu wyleciałam z prawie dwugodzinnym opóźnieniem, ale to nic. W końcu czasem może się zdarzyć prawda? 

Otóż zabawa zaczęła się na powrocie. Przyjechaliśmy sobie wcześniej, bo lotnisko we Frankfurcie jest olbrzymie i to wrocławskie to może sobie tańczyć krakowiaczka i jeszcze bedzie miało luz.. no więc Frankfutowe lotnisko wymaga czasu na samo przejście. Do samej odprawy długo się czeka, a już po odprawie szłam do wyznaczego gate'u calutkie 20 min, ;) Miałam czekać godzinkę, więc spokojnie podziwiałam sobie podjeżdżające i startujące co chwila samoloty. I gdy wybiła godzina boardingu, wiedziałam, że coś jest nie tak. Czas mijał a nas nie wywołują, mineło 30 min. cisza. Czekamy, w końcu nas wołają, wypuścili do autobusu, który miał podwieźć do samolotu, czyli kolejne 20 min, jazdy po płycie. Dojeżdżamy do samolotu i już widzę, że nic z tego nie będzie. Samolot ma rozebrany silnik przy skrzydle, wszyscy w koło biegają, a my siedzimy w tym autobusie. Znowu kolejne 10 min, 20 i po 40- tu wiemy, że na pewno tym samolotem nie polecimy. Za chwilę potwierdza nasze przypuszczenia pilot, który informuje, że samolot jest uszkodzony i muszą nas odwieźć. Czy polecimy? Niewiadomo. Wracamy i dowiadujemy się tyle, że trzeba czekać ;) No fajnie, co nam zostaje innego. Czekamy. W rezultacie nasz wylot jest opóźniony o ponad 3 godziny. Podstawiają nowy samolot - bo tamten tego dnia już nie poleciał nigdzie. Tak więc kochani, wybrałam lot samolotem, żeby  było szybciej, a wychodzi, że szybciej i przyjemniej byłoby gdybym zdecydowała się na podróż pociągiem ;)))). Jednak nie ma tego złego, bo podczas obu przelotów, poznałam świetnych ludzi i naprawdę, ten czas mimo wszystko miło przemijał :).

 


Tymczasem, uciekam w odwiedziny i nadrabiasć zaległości. Na pewno sporo się nazbierało, z chęcią sprawdzę co u Was ciekawego się działo :)


stycznia 13, 2024

stycznia 13, 2024

You soften me

You soften me


 W okresie świątecznym postawiłam na nieco lżejsze lektury. Byłam przekonana, że „You soften me”, będzie świetną pozycją, która przeniesie mnie do fabuły pełnej emocji. Opis obiecywał naprawdę wiele, dlatego byłam przekonana, że podjęłam trafną decyzję. Niestety popełniłam wielki błąd, ale zacznijmy od początku.

Poznajemy Willow, dziewczynę pasjonującą się tańcem. Można śmiało stwierdzić, że jej życie kręci się wokół tańca i nic poza nim, nie ma większego znaczenia. Za wszelką cenę chce udowodnić sobie i swojej rodzinie, że jest w tym bardzo dobra. Dlatego z zaangażowaniem i powagą podchodzi w przygotowaniach do konkursu, który może otworzyć jej drogę do kariery. Niestety sytuacja zaczyna się komplikować, gdy wieloletni partner ulega wypadkowi. Kontuzja jest na tyle poważna, że nie będzie mógł wziąć udziału w treningach.
Dla Willow jest jasne, że tegoroczny konkurs musi odpuścić, nie ma drugiej osoby, z którą mogłaby wygrać. A nawet jeśli jest, to nie ma mowy, by się przemogła do współpracy z właśnie tym chłopakiem. Victora Dafta, bo o nim mowa, nienawidziła od wielu lat. Nie mogła rozpocząć z nim pracy przed tak wielkim przedsięwzięciem, ale z drugiej strony, wizja rezygnacji była naprawdę dobijająca. Zwłaszcza że ojciec tylko czekał na jakiekolwiek potknięcie córki.
Dla obojga jest to trudna decyzja, ale zdają sobie sprawę, że każde z nich potrzebuje wziąć udział właśnie w tym konkursie. Każde z innych pobudek. Zawierają więc układ – spróbują być profesjonalistami i mimo niechęci – głównie ze strony Willow – i zaangażują w treningi. Czy jest możliwa współpraca i osiągnięcie celu, kiedy towarzyszą tak silne emocje? Czym zawinił w przeszłości Victor i co oboje ukrywają?

Nie ukrywam, miałam swoje oczekiwania względem tej książki. Zapowiadała się naprawdę ciekawa fabuła, a tutaj….

Zacznijmy od wątków, które miały wzbudzać w czytelniku odpowiednie emocje – nienawiść Willow do Victora, cóż chłopak uczynił lata temu dziewczynie, że ciągle powtarzała, jaki jest beznadziejnie arogancki, zadufany w sobie i całe zło świata skumulowało się właśnie w jego osobie? Gdy w końcu wychodzi na jaw motyw, miałam wrażenie, że autorka zrobiła sobie żart z czytelnika. Oczywiście, zaistniała sytuacja mogła wywołać w młodziutkiej dziewczynce pewne negatywne emocje, co miało swoje nasilenie, zważywszy na sytuacje, jaką miała w domu. Niemniej, żeby czuć nienawiść przez tyle lat i upierać się przy ocenie człowieka, którego tak naprawdę nieznała – zwłaszcza w dorosłym życiu. Jawiło się to jak naciągana opera mydlana licealistów na początku edukacji i ich pierwszych rozczarowań rówieśniczych.

Kolejna sprawa i chyba najważniejsza zważywszy na tematykę książki, jak i główny wątek. Taniec, którego nie było. Taniec był tylko słowem i nic poza tym. Oni niby trenowali, ale poza rozciąganiem i kilkoma obrotami, nie dowiadujemy się niczego więcej. Cały czas przyglądamy się dziwnym, wręcz wydumanym potyczkom słownym, które uwierzcie, wcale nie wnosiły fajnych przerywników do całości.

Jedyne co miało naprawę dobry potencjał, a zostało wręcz zamordowane, to była relacja z ojcem oraz jego nową żoną. Tutaj naprawdę można było stworzyć fenomenalne podłoże do pobudek, jakimi kierowała się Willow. Niestety, podczas czytania, odnosiłam wrażenie, że im bardziej autorka chciała zbudować emocje, tym bardziej się nie udawało. Może zabrakło poczucia „tego czegoś” w trakcje pisania? Może początkowy zamysł umarł w butach przed napisaniem prologu? Nie wiem, ale po 150 stronie, wiedziałam, że to będzie droga przez mękę. Wyczekiwałam zakończenia niczym zbawienia.

Nie chcę wiedzieć, kiedy będzie druga część, nie mam najmniejszej potrzeby kontynuacji. Straciłam czas i gdyby nie zobowiązania, nie przeczytałabym tej książki do końca. Tak nijakiej i naciąganej fabuły dawno nie miałam nieprzyjemności czytać. Cóż, po napisaniu opinii planuje zapomnieć o „You soften me”. Nie będę polecała, ponieważ nie poczułam nic, ale decyzję jak zawsze pozostawiam Wam.

 

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

stycznia 06, 2024

stycznia 06, 2024

Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki

Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki

Opinia do "Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki" miała się pojawić jeszcze przed Nowym Rokiem, ale co się odwlecze... Dziś już nie ma tłumaczenia, tylko tekst o książce, którą poleciła mi jedna z uczennic. Tyle mi opowiadała o fabule - nie zdradzając najważniejszych wątków, że jeszcze w szkole złapałam za telefon, odszukałam w palikacji Legimi czy jest, pobrałam i w po powrocie do domu zaczełam czytać. 

I teraz pozostaje zadać  bardzo ważne pytanie - czy zachwalne przez młodzież książki mogą być dobrym poleceniem? Odpowiedź już za chwilkę, najpierw zarys fabuły. 

 

Pippa Fitz-Amobi pamięta sprawę sprzed pięciu lat, kiedy całym miasteczkiem w którym mieszka, wstrząsnęło straszne wydarzenie. Zaginięcie jednej z uczennic, a później w końcowym dochodzeniu ustalenie morderstwa, do którego miał się przyczynić jej ówczsny chłopak Sal Singh.  Saprawa z pozoru oczywista. Para się pokłóciła, chłopak pod wpływem złości zabił Andie, jej ciało gdzieś zakopał, a później jak gdyby nigdy nic wrócił do domu. Później poprosił przyjaciół o złożenie nieprawdziwych zeznań dotyczących godziny opuszczenia wspólnej imprezy. Krótko mówiąc nie było żadnych wątpliwości. Gdy Sal zrozumiał, że nie ma sznas uciec przed odpowiedzialnością, popełnił samobójstwo, a wcześniej wysłał wiadomość sms do ojca, w którym przyznał się do zbrodni. Nie powinno być wątpliwości.  Nikt nie miał. Przez pięć lat, aż do teraz. Gdy Pippa postanowiła w ramach szkolnego projektu, zająć się jak uważała, nie do końca rozwiązaną sprawą. 

Na początku dziewczyna chciała poprowadzić swoje prywatne śledztwo, które mogłaby profesjonalnie ukazać przed nauczycielami w szkole. Podeszła do projektu bardzo poważnie - jednak nie każdy podejrzewał, jak bardzo poważnie. Dlatego kiedy nastolatka umawiała się na rozmowy z osobami, które miały jakiekolwiek informacje na temat feralnego wieczoru, ale również znali Sala i Andie, nikt nie przypuszczał, że wracając do przeszłości otworzą puszkę Pandory. 

 

Podchodziłam do książki z mieszanką uczuć. Nie ukrywam, tytuł średnio do mnie przemawia nawet teraz. Niemniej znajac już niektóre fragmenty, byłam niezmiernie ciekawa, czy rzeczywiście aż tak wciąga? Jak została skonstruowana fabuła. Na korzyść przemawiało, że kryminał, wątek morderstwa i wielu tajemnic, które obiecywały zaskakiwać rozwiązaniem. 

Zacznijmy od kreacji postaci. Wszyscy odgrywają ogromną rolę i mają swój udział w budowaniu odpowiedniego napięcia. Na początek  - Pippa - świetnie ukazana sylwetka nastolatki, która jest bardzo pozytywna, ma ciekawe podejście do prowadzonego projektu, nieco naiwne, a jednak skuteczne. W pierwszych rozdziałach można patrzeć na całość z przymrużeniem oka, ale później akcja nabiera tempa i coś, co wydawało naiwne zaczyna nabierać powagi.  Kolejną ważną postacią jest Ravi - brat Sala, chłopaka posądzonego o morderstwo. Rodzina Singh od pięciu lat, jest uznawana za wykluczoną w społeczeństwie. Nie wychodzą z domu i z nikim nie utrzymują kontaktu. Dlatego kiedy Pippa wychodzi z inicjatywą sprawdzenia winy Sala, jego brat chce uczestniczyć w projekcie. Wspólnie tworzyli zgrany duet, chociaż ich znajomość nie będzie pozytywnie odbierana wśród miejscowych. 

Fabuła dosyć szybko z niepozornie zaczynającej się historii, zaczyna budzić pewne napięcie i nakierowywać czytelników co do ewentualnego rozwiązania. Jednak każdy trop, okazuje się błędny, a kolejne wskazówki tylko mieszają w głowie. Szczerze mówiąc, jest to typ akcji, gdzie człowiek zaczyna podejrzewać wszystkich. Przez chwilę miałam przebłysk, że podejrzewam osobę, która okazała się właściwa, ale w końcowym rozrachunku i tak jest efekt zaskoczenia. Można powiedzieć, rozwiązania są dwa. Jedno bardziej pokręcone od drugiego. 

Podsumowując - Przewodnik po zbrodni według grzecznej dziewczynki, jest świetnie napisaną młodzieżówką z wątkiem kryminalnym. Nie ma nudy, poziom wydaje się lekki, by w ogólnym rozrachunku zyskiwał miano dobrze napisanego kryminału dla młodzieży. Mimo mojego wieku, który jednak nie jest docelowy, nie ukrywam, czytałam z zaciekawieniem i nie mogłam się oderwać od stron. Naprawę polecam, a sama planuje przeczytać kolejne cześci - z tego co już wiem, są jeszcze ciekawsze. Nie mam wyjścia, obiecałam, że przeczytam. Mam czas do wtorku :).



 

stycznia 01, 2024

stycznia 01, 2024

Witajcie w Nowym Roku! :)

Witajcie w Nowym Roku! :)

 

Witajka w 2024 ;) Mam nadzieję, że zabawa sylwestrowa była udana - nieważne w jakiej formie. My w tym roku postanowiliśmy spędzić sami  (razem z Bobo rzecz jasna). Miałam przez chwilę ochotę na wieczorny spacer z pochodniami do zamku we Wleniu, ale traf chciał, że rozbolała mnie głowa, zrobiło zimno i stwierdziłam, że jednak nie :)

No więc wieczór spędziliśmy w domu, ale z postanowieniem, że Nowy Rok będzie wyjazdowy, jakiś spacer z obiadkiem. I tak też zrobiliśmy. Rano się pozbieraliśmy, wsiedliśmy w autko i ruszyliśmy w stronę Szklarskiej Poręby, powłóczyć się bocznymi uliczkami miasteczka.


Auto zostawiliśmy przy stacji PKP i właśnie jak już byliśmy w tym miejscu, musiałam pójść na peron i zrobić zdjęcie skał, które górują nad torami. Ten widok jest według mnie fantastyczny. Gdy ponad wagonami rozpościerają się ogromne skały, świetny klimat. Jeszcze ładniej jest po wyjściu ze stacji - na pwrost piękna panorama miasta i gór. Dziś niestety chmury "połknęły" szczyty, nad czym ubolewam. Szklarska jest dla mnie kapryśna, co pojadę i chcę uchwycić widoki, to mnie chmury uprzedzają ;). 



Jak wspomniałam wyżej, miałam ochotę pochodzić bocznymi drogami miasta, bo zawsze tylko te główne i najbardziej znane. Dlatego z pkp, ruszyliśmy trochę ukosem i co chwila skręcaliśmy w jakąś uliczkę i tak, trafiliśmy na malutki park, przy którym znajdowała się ławeczka z taką uroczą sową. Może gdyby było cieplej, przycupnęłabym na chwilę, ale dziś nie bardzo miałam ochotę, więc zakończyło się zdjęciami. Tak mnie zastanawia, co było w tej ramce, którą trzyma sowa - jakieś pomysły? ;). 



Po jakimś czasie udaliśmy się na obiadek. I tutaj jeśli lubicie swojskie klimaty, bez większej strojności i przepychu. Szczerze polecam "Bar za misiem". Jest to typowy bar mleczny jak za czasów PRL-u. jak widać zadbano o wystrój, zastawa również jest nawiązująca do ustroju, ale i muzyka! Fajnie się słuchało hitów tamtych czasów. Muszę przyznać, że czaiłam się na to miejsce od dłuższego czasu. Co najciekawsze, weszliśmy zaraz po otwarciu, złożyliśmy zamówienie. Zdążyłam cyknąć te dwa zdjęcia i od razu zrobiło się pełno ludzi. Śmialiśmy się, że trafiliśmy z czasem. Jedzonko jest bardzo dobre - domowe.Jeśli szukacie wykwintnych dań, to nie ma co czarować. Bar za misiem, jest barem mlecznym i serwuje dania typowe dla tego miejsca. My uwielbiamy takie bary i zawsze "polujemy", gdy jesteśmy w podróży. Aha, o czym należy pamiętać, płatność tylko gotówką - w końcu jak za prl-u ;). My polecamy, tłumy ludzi, które za nami się zeszły również, bo słyszałam jak każdy chwalił swoje danie. Ponoć flaczki są pyszne, ja tego nie jem, ale stolik obok bardzo polecał :). 


Z pełnymi brzuszkami ruszyliśmy w stronę samochodu. Wybraliśmy troszkę inną trasę, żeby nie zahaczać o te same widoki. I tym sposobem doszliśmy do uroczego strumienia przez który prowadził mostek. Niby nic nadzwyczajnego, ale miło jest odbić od ruchliwej i hałaśliwej drogi, by pobyć w chwili spokoju przerywanym szumem wody.


Jak sami widzicie weszłam w Nowy Rok dosłownie i w przenośni. Wycieczki być muszą. Mam nadzieję, że w tym roku nie zabraknie wyszukiwania nowych, ciekawych i ładnych miejsc do polecenia. Tymczasem jeszcze na chwilę trzeba wrócić do pracy, a później ferie i dłuższy odpoczynek. Pierwszy tydzień uciekam z kraju - a co sobie będę żałowała ;). Lecę w odwiedziny do przyjaciółki.  Tak więc styczeń zapowiada się intesywny i ciekawy. 

Dajcie znać, czy macie jakieś plany - większe lub mniejsze? Ja planować nie lubię, ale w tym przypadku, ze względu na bilety lotnicze, musiała.  Żeby zrobić rezerwacje. Teraz nie ma wyjścia, muszę lecieć;). 

Kończąc, życzę kochani pięknego 2024 roku! Niech się spełnia wszystko co dobre! :) )(: 


P.s widzę, że mój post z życzeniami na 2015 rok, rozbił bank z wyświetleniami... ;) A to można powiedzieć daleka przeszłość.  Jaki to człowiek był młody i jeszcze pisał z żartem ;))).

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger