listopada 25, 2023

listopada 25, 2023

Chłopi

Chłopi

 

                                                                    źródło


O najnowszej produkcji Chłopów na podstawie powieści Reymonta, było bardzo głośno. Bo i forma obrazu jaki został zastosowany, zwraca uwagę, nowa obsada i przede wszystkim interpretacja reżysera. Myślę, że wśród czytających, będzie trochę osób, które chociaż raz w życiu widziały film 1973 roku. Ja widziałam wiele razy i nie ukrywam, że do pewnego wieku nie bardzo rozumiałam przekazu, o co chodziło Reymontowi, co ta historia miała ukazać i dlaczego tak wielu się nią zachwycało. Dopiero kilka lat temu pojęłam znaczenie i właściwy przekaz. Jednak dziś nie o tym, a o najnowszej produkcji, która ledwo weszła do kin, a zyskała miano fenomenu i wręcz oscarowego poziomu, czy słusznie? 

                                                              źródło

Zacznijmy od warstwy wizualnej, jak wiadomo to ona przykuwa uwagę odbiorcy. Był moment, gdy nie byłam pewna, czy ten obraz nie zacznie męczyć oczu, ale po konsultacji z wieloma osobami, zaufałam, że nie będzie źle - nie było. Znaczy oczy nie ucierpiały, no ale.. właśnie.  Doceniam całą pracę włożoną w namalowanie klatka po klatce, ale w moim odczuciu, zupełnie niepotrzebnie został w ten sposób ukazany cały film. Wiele razy miałam wrażenie, że ta forma odbiera na uroku miejsc, ponieważ obraz jest jaki jest. A gdy ukazywano pejzaże lub inne panoramy, było po prostu nijak. Nie jestem pełna zachwytu do tej koncepcji obrazu. 

                                                                  źródło


Teraz co nieco o aktorach. Według mnie wszyscy byli świetnie dobrani i naprawdę jestem wdzięczna, że Jagnę zagrała aktorka, której uroda oddawała to przyciąganie, które miała ta postać. Z całą moją sympatią do pani Emilii Krakowskiej, ale w roli Jagny była po prostu... no nie i koniec. Tutaj wcielenie się w rolę wiejskiej "famme fatale" przez Kamilę Urzędowską, było naprawdę trafione. Chociaż moje określenie, jest nad wyraz, ponieważ postać Jagny jest mocno złożona, ale nie będę teraz za mocno zagłębiała, bo jednak w powieści, jest wiele innych osobowości, zasługujących na uwagę. Chociażby Hanka - Sonia Mietielica, jak dla mnie, jest to jedna z najciekawszych postaci, które można obserwować na kartach powieści, a i w filmie jej rola ma znaczenie. Bo przecież Hanka to kobieta, która w tamtych czasach, potrafiła walczyć o swoje, nie dla siebie, a dla rodziny. Dla dzieci. Mimo męża, który ją zdradzał, nie czuł w pełni odpowiedzialności nad rodziną i zapewnieniu im bytu, była mu wierna i lojalna. Potrafiła schować dumę, ale i później postawić. 
Bardzo dobrze w swojej roli odnalazł się Mirosław Baka - Boryna, który jak dla mnie pięknie oddał miłość do ziemi i tą odpowiedzialność, która wiązała się z obrabianiem - do póki trzymał się na własnych nogach. Jak wiadomo, Boryna to postać o której można długo rozprawiać. Mnie troszkę zabolało, jak zostało ukazane małżeństwo z Jagną, gdzie ewidentnie można było odczuć, że on ją po prostu kupił, a ona wcale tego nie chciała. Ja wiem, taka była interpretacja, film fabularyzowany, ale to mnie po prostu rozczarowało. 



I wiecie, ja rozumiem, że ów film, nie miał odwzorować książki kropka w kropkę, ale jednak Jagna, główna postać, która w wielu zagrodach zaprowadziła chaos - zwłaszcza w męskiej części, była jaka była. Ukazanie jej, jako niepewnej siebie, nieświadomej atutów i zainteresowania męskich spojrzeń, było po prostu słabe. Jagna bardzo dobrze wiedziała co robi, może nie chciała rozbijać rodzin, ale schlebiała jej uwaga mężczyzn. Nie miała nic przeciwko Borynie, była zapytania, czy chce go za męża. Nikt jej nie zmuszał, a tutaj? Mina cierpiętnicy prowadzonej na rzeź, wesele niczym stypa, bo biedna musiała tańczyć w tłumie mężczyzn. No przecież to aż bolało... Dobrze, niech ją się już przestanę czepiać. Byłam świadoma jak reżyser ukazał te wątki. Chyba z myślą o zainteresowaniu się filmem poza granicami kraju. 


Nie napiszę, że żałuję obejrzenia filmu, ponieważ w wielu momentach oglądało się naprawdę dobrze i jak wcześniej wspomniałam, swoją uwagę skupiałam na Hance, ponieważ chciałam zobaczyć jak tutaj będzie ukazana jej droga przemiany, którą przeszła. Cieszę się z doboru aktorki, całej kreacji, może i czułam niedosyt, ale nie chcę już za bardzo narzekać. Czy polecam? Oczywiście, jeśli nigdy nie widzieliście "Chłopów", będzie łatwiej oglądać, zwłaszcza bez znajomości książki. Tylko pamiętajcie, Jagna nie była nieświadomą panienką, która przypadkiem wdawała się w romanse;).  Ach i scena wygnania, oj oj, poniosło ich, ale cóż... teraz widać inaczej nie potrafią dotrzeć do odbiorcy. 

Dajcie znać, czy byliście, czy planujecie? Jaką macie opinie? Z chęcią podyskutuję - z tymi odmiennymi zdaniami jeszcze bardziej :) 


listopada 20, 2023

listopada 20, 2023

Dzisiaj kosmetycznie

Dzisiaj kosmetycznie

 

Miałam napisać dzisiaj recenzje, mam przeczytane dwie świetne książki, wczoraj oglądałam "Chłopów".  Będę chciała napisać trochę swoich przemyśleń na temat tejże produkcji, ale dziś będzie o kosmetykach. Trochę się uzbierało produktów, o których warto wspomnieć - niektóre  będę polecała, do kilku mam trochę zastrzeń. Nie przedłużając - zaczynamy! 

Aha, oczywiście podam ceny :). 


Zaczynamy od zapachów. Jakiś czas temu postanowiłam uzupełnić moje zasoby, poprzednie butelki zaczęły sięgać dna ;). Po długich analizach nut zapachowych, wybrałam wodę toaletową tę ze zdjęcia powyżej.  Versace - Bright Crystal - kwiatowo- owocowy - Mnie chodziło o piwonie, ponieważ bardzo lubię jej zapach. Dodatkowo w składzie znajduje się - Magnolia, Piżmo, Lotos, Bursztyn i Drewno. 

Bardzo przyjemny słodki zapach. Wszystko pięknie, ale jeden za to poważny minus. Trwałość. Szybko się ulatnia i tak naprawdę po godzine, nie czuć, że został użyty. Szkoda, ponieważ mimo wszystko półka cenowa nie siedzi w perzedziale 50 zł, a i takie potrafią lepiej się utrzymyuwać. Cena  za 30 ml - 200 zł. 


Przy zakupie Versace, otrzymałam próbki tej wody - Dolce Gabbana Devotion Eau de Perfum. Przyznam szczerze, gdybym nie otrzymałą tej próbki, nigdy w życiu bym nie pomyślała o tym zapachu, że tak bardzo mnie zachwyci. W nutach się znajdują - Owoce cytrusowe, Kwiat pomarańczy i Wanilia.  Coś niesamowitego, bo akurat Wanilia nie należy do moich faworytów, a tutaj zaskocznie. I przede wszystkim - trwałość! Utrzymuje się przez calutki dzień, a nawet gdy ubrania wrzucałam do prania,  był wyczuwalny zapach. Cudo, jestem naprawdę pod wrażeniem i szczerze polecam. Cena za 30 ml. 359 zł.

Teraz już możemy przejść do pielęgnacji. Jakiś czas temu kupiłam Box Pure Beauty.  Lubię sobie co jakiś czas zainwetsować w taką paczkę, ponieważ jest okazja za niewielkie pieniądze przetestować wiele różnych produktów.   Jeden produkt jest osobno kupiony, ale wrzuciłam tematycznie do serum ;)

Bye Eye Bag - serum pod oczy - Bardzo ciekawy i fajny produkt. Ładnie pachnie, chyba kawowo, jego zadanie jest ujędrnić i zmniejszyć zmarszczki. Stosuje od jakiegoś czasu i może nie ma sepktaktularnych efektów, ale skóra pod oczami zrobiła się ładniejsza. Zmarszczki mimiczne mniej widoczne, jednak  się nie oszukujmy, nie ma szans, by jakikolwiek krem, wyprasował zmarszczki ;). Tutaj bardziej mi chodziło o pielęgnacje zapobiegawczą i dbanie o skórę pod oczami. Polecam. Cena  za 30 ml  - 47 zł. 

Miya - serum z witaminą C - Sporo się naczytałam, jakie to dobre działanie mają serum z witaminą C, więc się ucieszyłam, że w pudełku znalazł się ten produkt. Zacznijmy od konsystencji. Jest jak woda, nie mam pojęcia, jak stosować, żeby produkt fajnie się rozprowadzał po skórze, gdy dam więcej kapie z dłoni, przy mniejszej ilości mam wrażenie, że pocieram suchymi palcami. Dodatkowo skóra jest dziwna i nie bardzo mi pasuje ten "efekt". Za chwilę się przekonacie, że ta marka, nie bardzo do mnie przemówiła, póki co - serum jest w mojej ocenie na Nie. Cena za 30 ml - 49 zł.

Swederm Face Booster - przy zakupie ulubionego kremu do rąk, dostałam w gratisie do przetestowania ten produkt. Jest to odżywcza emulsja do twarzy, do stosowania punktowego, pod oczy lub pod nos. Wszędzie tam, gdzie skóra potrzebuje pomocy podczas mocnego wysuszenia. Użyłam kilka razy, bardzo przyjemny kosmetyk. Cena 100 zł. 

 


 Bielenda - Serum z peptydami - w założeniu to serum powinno coś tam łagodzić, zmniejszać zmarszczki - ha ha ha za te cenę ;).  No ale, żeby chociaż dawało wrażenie jakiekolwiek, że napina skórę, albo próbuje wygładzić. A jak było? Ja smarowałam, to się lepiło, czasem się wchonęło, czasem rolowało - spokojnie, wiem jak oczyszczać skórę twarzy. W każdym razie. Według mnie, jest to kolejny nieudany wypust tej firmy. Na szczęścia cena niewielka bo 27 zł to nie majątek ;). 

Miya - żel pbooster z peptydami - Och, kolejny koszmarek z peptydami i w dodatku od Miya ;). Jejku ja bym w życiu tego nie kupiła, ale skończyły się moje ukochane kremy, a potrzebowałam już, bo stacjonarnie w moim mieście to nie było, a jak były, to jednak miliony monet, a one na promocji nie są tanie. No więc w przypływie desperacji wpadłam do drogerii i złapałam za to ustrojstwo, bo ludzie polecają. I ojezusku, jakie to jest okropne. Do tej galaretki to łyżkę, a potem na twarz to nie wiem, kleidło - może komuś się klejem pomyliło? Paskudka w różowym opakowaniu - haha, żeby nikt się nie domyślił, jaki psikus czeka po otwarciu ;)))). Cena za 50 ml 35 zł.


 Dr Irena Eris - Clinic Way 2 - słuchajcie, ja już nie wyobrażam sobie używać innych kremów. Uwielbiam Irenkę za te kremy i serio potrafię wyskrobywać do cna, aż będzie totatlnie czysty słoiczek. Najlepsze co mogłam odkryć, to właśnie te kremy. Jeszcze muszę zakupić wersję pod oczy. Działanie przeciwstarzeniowe, wygłądzające. No kocham. Moja skóra po nich jest po prostu cudowna. Miłość.  Żeby nie było, żadna reklama, kupuje już kolejne słoiczki za własne, ciężko zarobione pieniążki! Cena za jeden krem około 110 zł


Bielenda - Eco Fluid - Kolejny produkt z pudełka Pure Beauty. Tutaj miłe zaskoczenie, bardzo przyjemny i delikatny fluid, ja bym była bliższa do kremu CC, bo jednak krycie jest dosyć małe, ale za to makijaż nie wygląda ciężko i nienaturalnie. Bardzo go lubię do pracy, skóra jest ładna, ale nie obciążona. Pojemność to 30g a cena około 27 zł, ale z tego co właśnie widzę, nie można go kupić w polsce... został wycofany. Ciekawe dlaczego, co już odkryli, pewnie był za dobry i konkurencja się wściekła ;).

Bielenda - płynny róż i bronzer - tak naprawdę to oba produkty mają kilka zastosowań. Można używać jako cieni, do ust  (w przypadku różu, chociaż może jest ochotniczka do czekoladowych usteczek?) Natomiast bronzerem można śmiało przyciemniać jasne podkłady, fajnie się spisuje - sprawdzałam :). Jestem z nich zadowolona, przyjemne do rozprowadzania, mocno napigmentowane i bardzo wydajne. Ciekawe kiedy wycofają ;D.  Cena za jedno - 30 zł.



I tak oto, dobrnęliśmy do końca postu - mam nadzieję, że wytrwaliście do końca :). Miałam wrzucić więcej, ale stwierdziłam, że będzie zac dużo. Następnym razem jeszcze coś przemycę. Dajcie zna, czy znacie wyżej wymienione prodkty? A jeśli tak, czy wam się sprawdzają, albo może planujecie zakupić? Ewentualnie, czekam na polecanki :).


listopada 11, 2023

listopada 11, 2023

O wszystkim i o niczym :)

O wszystkim i o niczym :)

 

Dawno był post z cyklu o wszystkim i o niczym. Brakowało mi tych wpisów, więc dziś postanowiłam, że coś już się nazbierało z misz maszu, mam chwilę czasu, a dokładnie chęci pisania i oto jest. 

Jak widać na zdjęciu powyżej - jesień walczy u nas z zimą ;). Na Śnieżce spadł śnieg i uwierzcie, momentalnie zmieniło się potwietrze. Jestem ciekawa co będzie po weekendzie, bo w górach zapowiadane są opady śniegu.  Tymczasem, jeszcze jest jesień i muszę przyznać, że w tym roku nie można narzekać. 

 

Liści w tym roku też sobie nazbierałam, miałam radochę jak zawsze. Czasem mam wrażenie, że pewne odruchy z dzieciństwa w nas zostają. Do dziś uwielbiam iść po szeleszczących liściach i podrzucać nogami :).  Jednak jesień ma też minusy - krótki dzień. Jejku człowiek wraca z pracy i ma odruch iść prosto do łóżka, bo przecież nim się dwa razy obróci, a już ciemno. 

Pisałam Wam trochę wcześniej, że poczyniłam sporo zakupów, miałam zrobić sesje i przyznam się szczerze, że dałam ciała. Jakoś wizja przebieranek i gimnastyki z tym wszystkim, odebrała mi zapał. Mogłam zrobić dzisiaj tj. 11.11, ale pogoda zrobiła mnie w  bambuko. Bo miało padać, wieć myślę, a skoro deszcz, to nie będę wiozła do mamusi wszystkich potrzebnych klamotów, wstrzymam się na ładniejszy dzień. No i co? I dziś było pięknie! Trudno, pokaże część z moich "łupów", do których nie potrzebna jestem ja, jako "modelka". 

 

Mój najnowszy nabytek - czyli laptop dla nauczyciela. Skorzystałam radośnie z bonu. Nie wybierałam opcji z dopłacaniem na "lepszy" sprzęt, ponieważ uznałam, że szkoda mi pieniędzy. Z komputera korzystam tyle, co napisanie tekstu (zaglądanie do librusa) i oglądanie filmów, dlatego model za wybraną kwotę był w sam raz.

Tak więc moi drodzy - ja już mam, dajcie znać, kto się załapał - jeśli są na pokładzie nauczyciele;).

 Na tym nie koniec zakupów elektroniki, bo po 10 latach postanowiłam zakupić nową suszarkę do włosów. Tutaj pomagała w wyborze moja fryzjerka, która doradziła jaka firma i konkretny model, czy było warto? Oczywiście, szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, jak bardzo zniszczyłam swoje włosy starą suszarką..

 

Wybrałam suszarkę firmy BabyBliss 6709DE o mocy 2100 W, no i wiecie, ja miałam tę moją poprzednią suszarkę, kupioną jeszcze w czasach studiów, czyli w sumie będzie więcej jak 10 lat ;)). Ogólnie działała i suszyła mi włosy, a razem z suszeniem cudownie przepalała. Tak więc wyszło, że przy okazji odświeżania koloru musiałam nieco zejść z długości. 

Jak widać troszkę musiałam ich stracić, ale mam nadzieje, że szybko odrosną, bo już polubiłam się w długuch.

Wystarczy o włosach, bo nie wiem, czy wiecie, ale jak listopad, to już sezon kalendarzy adwentowych. Co roku śledzę otwieranie i recenzje, który najlepszy. Co roku obiecuje sobie kupić ten z douglasa, ale potem się okazuje, że jednak nie jestem pewna, a potem żałuje. Jednak co roku kupuje ze znanej i sprawdzonej mi firmy - OnlyBio.


W tym roku marka OnlyBio połączyła się z E. Wedel więc w kalendarzu można znaleźć kosmetyki i słodycze. Spokojnie, wszystko zostało podzielone. Jedna połowa to kosmetyki, a druga jest ze słodyczami. Odradzam zakup w internecie bo jest drożej. W Rossmanie zapłaciłam 119 zł, a gdy przeglądałam oferty w internecie, koszt był około 190 zł, więc naprawdę warto się przejść do sklepu, ewentualnie zamówić na stronie Rossmana z odbiorem w sklepie - ale tylko wtedy gdy jest dostępny w wybranej placówce. 

 

Pamiętacie jak pisałam o swoim zaproszeniu samej siebie na kawie i ciacho, ale nie bardzo było co chwalić? Stwierdziłam, że dam temu miejscu jeszcze jedną szansę. No różnie bywa, może akurat wtedy coś poszło nie tak. W każdym razie, zabawnie było przy wejściu, gdy miła pani, zapytała dla ilu osób stolik, na co z radością odpowiedziałam, że aż dla jednej. Pani na chwilę straciła głos, potem z pewną niepewnością poprowadziła mnie do miejsca dla dwóch osób - super, mój kożuszek miał swoje miejsce na oparciu krzesełka, akurat padał deszcz, więc mógł wyschnąć.

Tym razem zamówiłam sernik chyba nowojorski? Chyba tak, były dwa w ofercie. Pani, ale już inna, doradziła, że właśnie ten będzie dobrym wyborem. Miała rację, naprawdę pyszny i warto było dać drugą szansę. Nawet kawa była smaczniejsza, wtedy dostałam zimną... Tak więc, tym razem miło spędziłam czas sama ze sobą. I stwierdziłam, że chociaż raz w miesiącu będę się zapraszała na kawę i ciacho. Polecam!



I tym soposobem dotarliśmy do końca w pisu o wszystkim i o niczym. Dajcie znać, czy lubicie sami się wybrać na kawę lub obiad? Ja kiedyś miałam z tym problem, ale ostatnio jestem na etapie, przełamywania własnych blokad.  Tymczasem, biorę się za odwiedziny Waszych blogów :).


listopada 08, 2023

listopada 08, 2023

Małomiasteczkowy

Małomiasteczkowy

 


Często pisałam, że bardzo lubię gdy fabuła książek zostaje osadzona w małych miasteczkach. Zazwyczaj kryminały, czy thrillery mają bardzo charakterystyczny klimat, gdzie tajemnice są znane w określonej grupie i ktoś z zewnątrz nie ma pojęcia w jaki sposób dotrzeć do rozwiązania.  Dlatego kiedy zobaczyłam recenzje Małomiasteczkowego, poczułam ogromną chęć przeczytania, właściwie nie miałam żadnych wątpliwości, ale czy słusznie? 


Joanna jak zawsze przygotowała się do biegania, miała swoje stałe trasy. Tego dnia również wiedziała gdzie pobiegnie. Ustawiła ulubioną playlistę i ruszyła w dobrze znanym kierunku. Zaczynało się ściemniać, jednak nie pierwszy raz pokonywała tę trasę, więc nie poczuła strachu. I to był błąd. Ktoś czekał na Joannę, a gdy się zorientowała było już za późno. 

Konrad po wielu latach wraca do Wiązowa. Nie czuje radości, ale są sprawy z którymi potrzebuje się skonfrontować. No i jeszcze ojciec. Informacja o jego chorobie była krótka i rzeczowa, raczej nie oczekiwał pomocy od syna, bardziej chciał powiadomić o ewentualnych następstwach. Konrad postanowił pojechać do ostatniego jeszcze żywego rodzica. Lata temu wyjechał po śmierci matki, przy ojcu nic go nie trzymało. Teraz wraca, czy po to, by nadchodząca śmierć mogła naprawić relacje między ojcem i synem?

Jest jeszcze jedna, bardzo ważna przyczyna. Powinna zostać rozwikłana wiele lat temu, jednak wtedy utknęła w martwym punkcie. A wszyscy, którzy pamiętnego wieczoru widzieli się z zaginioną dziewczyną, mają coś na sumieniu. Po tamtej nocy, nikt nie pozostał taki sam. Przeszłość zaczyna dopominać się swojego, czy nagłe zniknięcie Krysi było zaplanowane? Co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy?   

Konrad rozpoczyna swoje własne dochodzenie, ma świadomość, że tym razem nie spocznie do póki nie się nie dowie  -  co się stało z Kreską? Kto widział ostatni raz żywą koleżankę i dlaczego sprawa nagle została zamknięta? Kto i jaką tajemnicę ukrywa? I najważniejsze - co mają  że sobą wspólnego zaginięcia dwóch kobiet? 


Należy już na początku napisać, że opis fabuły nie jest tym, co można z początku podejrzewać. Gdy przeczytałam jedną z recenzji, miałam mniej więcej jakieś swoje wyobrażenia. Nawet przez chwilę nie podejrzewałam, że całość pójdzie w zupełnie niespodziewanym dla mnie kierunku. Zazwyczaj akcja idzie pewnym utartym schematem i możemy obstawiać, kiedy nasze typy się sprawdzą. Tutaj tak naprawdę można podejrzewać wszystkich o wszystko. 

Świetnie zbudowana warstwa społeczna i klimat miasteczka, które kiedyś było zapyziałą mieściną, a teraz próbuje się odrodzić niczym Feniks z popiołu. Dodatkowo kreacje postaci. Konrad jest człowiekiem  zagadką, dialogi z nim można porównać do ruletki, nigdy nie wiadomo na co wypadnie. Co siedziało w jego głowie, sposób przemyśleń i analizy, czy w ogóle taka była? 

Przydzielona partnerka, a raczej dowodząca sprawą Anna Rzecka, miała twardy orzech do zgryzienia. Aktualne zaginięcie oraz sprawa z przeszłości, która nagle zaczyna przejmować pierwsze skrzypce. Co się wydarzyło naprawdę? Dlaczego po tylu latach, komuś zależy na prawdzie, czego można się spodziewać po odkryciu wszystkich kart przeszłości? 

Książka wciągnęła mnie do tego stopnia, że tylko świadomość wstania rano do pracy, trzymała przy zdrowym rozsądku pójścia spać. W innym przypadku - jak nic, zarwałabym nockę żeby przeczytać całość. Napięcie było stopniowane i rosło z każdą kolejną stroną. Nie miałam pojęcia, co jeszcze się wydarzy, kto wyjawi swoje prawdziwe oblicze? Nie ukrywam, byłam mocno zdziwiona. Osoba, której nawet przez chwilę nie brałam pod uwagę. Niesamowite,  nieczęsto się zdarza by moja czytelnicza intuicja zawiodła. Tym większe brawo dla autora. 

Mogłabym się "przyczepić" do jednego wątku, który moim zdaniem został zbyt szybko ucięty, a jednak oczekiwałam czegoś więcej. Nie chcę dokładnie pisać, ponieważ wtedy zaburzę przyjemność czytania. Podejrzewam, że tylko mnie to ukuło, alej już tak mam. Każdy poruszony temat, musi być odpowiednio potraktowany. 

Niemniej, uważam  Małomiasteczkowego za świetną lekturę, którą warto przeczytać. Na pewno się nie rozczarujecie. Genialny klimat, jest dreszczyk emocji, zagadka i nawet chwilami wyścig z czasem. Wszystkie składniki idealnego kryminału. Szczerze polecam!


listopada 01, 2023

listopada 01, 2023

Cześć w Listopadzie!

Cześć w Listopadzie!

 


Październik przeszedł do przeszłości, a ja mam wrażenie, że dopiero był wrzesień i żyłam niesiona stresem, ale i ciekawością - jak będzie w nowej pracy? No więc, skończył się drugi miesiąc, który o dziwo, był jakoś bardziej intensywny od pierwszego. Gdzie byłam przekonana, że właśnie wrzesień będzie dla mnie trudniejszy. A tutaj proszę, zupełnie inaczej, co nie oznacza źle. Po prostu, teraz wszystko ruszyło z kopyta i chyba teraz tak naprawdę czuję, że pracuje :).

Niestety ucierpiał blog, nie było zbyt wiele wpisów. Ucierpiały moje odwiedziny na Waszych blogach - wybaczcie! Pomalutku nadrabiam i myślę, że już teraz będę regularniej, a na pewno z czytaniem wpisów. Nie wiem jak posty u mnie, ale jakoś ogarnę ;)). 


Jesień zagościła na dobre, było trochę fajnych i cieplutkich dni. Gdy aż się chciało spacerować i podziwiać piękne widoki. Ciekawe co przyniesie nowy miesiąc. Mam lekki niedosyt bycia jesieniarą, nie porobiłam żadnych zdjęć. A mam tyle nowości do pokazania.  Muszę się wybrać na mini "sesję", bo naprawdę zapuszczam się tutaj.  Nawet na wycieczce dawno nie byłam. 


Za to byłam na kawie i ciastku sama ze sobą. Nie dlatego, że planowałam, ale po prostu przyjaciółka się rozchorowała i nasza randka została przeniesiona na inny termin. Stwierdziłam, że skoro już przyjechałam to pójdę sama. Kawa była ok, ale ciastko... spuścimy na to zasłonę milczenia. Przynajmniej klimat miejsca był przyjemny.  Później poszłam na spacerek po parku, tak więc nie ma co narzekać, trzeba szukać pozytywów. 



Ogólnie gdy myślałam o tym poście, miałam podły nastrój i obawiałam się jak mi wyjdzie, czy nie zacznę za mocno narzekać. Na szczęście już powoli mnie puszcza, mam wrażenie, że powraca optymizm. Uff, brakowało mi pisania i bycia tutaj. Jednak potrzebowałam przerwy. Tymczasem będę miała kilka pytań. Odpowiadajcie szczerze! 



Mała aktualizacja mnie - a tak poważnie. Poczyniłam ostatnio sporo zakupów, ubraniowych, bytowych  i tak dalej. Piszcie, czy chcecie prezentacje dokładniejszą, co gdzie, jak i po ile :). Zauważcie moje buty, powiem szczerze - jest miłość! No dobra, nawet jeśli nie napiszecie, że chcecie. I tak Wam zmontuje post ;), ale fajnie jeśli chcecie, to jak? Chcecie? :)))



W poniedziałek byłam u mojego Franka na cmentarzu - Franek to mój tato, ale tak się zadziało kiedyś, że po udarze, średnio ogarniał co oznacza "tato", i że to do niego się mówi. Dlatego siłą rzeczy, wszyscy zaczęli mówić Franek. I tak już zostało, nawet gdy już wiedział kim jest.  Ja się przyzwyczaiłam i mówiłam do końca Franek - nie, nigdy nie miał z tym problemu, tu nie chodziło o brak szacunku. W każdym razie, byłam z mamą na cmentarzu i wiecie, na tym cmentarzu są tak pięknie widoki. Położony jest na wzgórzu, a dookoła piękna panorama i ten kościół całkiem ładny. Kiedyś zrobię zdjęcie widoków, bo w poniedziałek ciągle ludzie chodzili i nie miałam możliwości. Zatem uwierzcie mi na słowo, obok kościoła są serio sztos widoki.  Przynajmniej mój Franek  ma fajną miejscówkę, a nie jakieś takie nijakie. 


Kończąc ten post o wszystkim i o niczym, chciałam napisać, że zacznę być regularna. Potrzebowałam nieco czasu na poukładanie wszystkiego i wpadnięcie w nowy rytm. Jeszcze zmiana czasu, której fanką nie jestem, chociaż wiem, że powrót do starego będzie jeszcze gorszy ;)). W każdym razie. Nie zapominajcie o mnie,  jak mnie dłuższą chwilę nie ma. Bo wrócę. Zawsze wracam, Jak bumerang. 


Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger