lipca 10, 2024

lipca 10, 2024

Inne tonacje ciszy

Inne tonacje ciszy


Czytanie książek Remigusza Mroza jest dla mnie wyzwaniem. Nie jestem fanką jego twórczości, poza dwoma tutułami - Chór zapomnianych głosów oraz kontynuacji Echo otchłani. Cała reszta jest mi niezjadliwa. Dlatego w pewnym  momencie przestałam śledzić co też nowego wypuszcza autor. O tej książce również nie miałam pojęcia. I nawet gdyby się przewinęła wśród wielu innych tytułów, nie pomyślałabym żeby przeczytać choćby opis. Jednak kiedy jedna z najbardziej zaufanych osób pisze słowa aprobaty - dostąpiłam szoku. Czy aby na pewno to Ten Mróz. Stwierdziłam, nie ma wyjścia. trzeba uczynić kolejny wyjątek i sprawdzić.

 Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Czy było warto? 


Chwila po przedzuniu, jest to często moment kiedy jeszcze nie jesteśmy tutaj, ale już nie jesteśmy tam. Dla dziewczyny, która od dłuższego czasu ma wrażenie, że ani nie śpi, ani nie może w pełni złapać zbieżności nad własnym ciałem, staje się jasne, że ów pobudka nie należy do normalnych. Gdzieś w oddali słyszy głos, jakiś chłopak o czymś opowiada. Nie wie, czy rozpoznaje głos, ale jego opowieści są bardzo osobiste. O czym mówi? Kim jest i dlaczego siedzi przy jej łóżku? 

W końcu po wielu próbach udaje się otworzyć oczy, na początku obraz jest rozmyty, ale później skupia swoje spojrzenie na właścicielu głosu. I już wie, że jest to typ, który na pewno wpakuje ją w kłopoty. Tymczasem, chłopak jest w kompletnym szoku. widok w pełni wybudzonej sprawia, że przestaje mówić. Za to ona, próbuje dowiedzieć się co się dzieje, dlaczego leży w szpitalu i kim on właściwie jest?!

Wiele pytań zada Aspen - dowie się, że właśnie takie ma imię. Dziewczyna uległa wypadkowi, poniosła wiele obrażeń, ale tym największym jak się okazało po wybudzeniu ze śpiączki, jest amnezja.  Nie wie kim jest, jaka jest i jak wygląda. Pierwsze rozpoznanie siebie i otoczenia są dziwnym doświadczeniem. Jeszcze dziwniejsze będzie spotkanie z mężczyzną przedstawiającym się za dziadka. Co się stało z matką i resztą potencjalnej rodziny?

Dlaczego przy jej łóżku przesiadywał nieznajomy chłopak, który przyznał, że trafił do jej sali przypadkiem, a pobudki jakie nim kierowały nie były do końca szczere. Jaki był naprawdę cel jego odwiedzin, o czym opowiadał z takimi emocjami ? 

 

Aspen nie będzie miała zbyt wiele czasu na rozważanie swojego położenia. Zalew informacji i wydarzeń w które zostanie wciągnięta pochłoną ją całkowicie. Jedyne nad czym się zastanawiała, to jaka była wcześniej. Bo dla niej było naturalne, że od teraz jest inną osobą i tamta dziewczyna już nie wróci...


Gdy przeczytałam wstęp autora, że jego pierwsze podejście do tej historii było wiele lat temu, nie ukrywałam zdziwienia. Nie podejrzewałam Mroza, że kiedykolwiek skusi się na tę kategorię. Moja ciekawość wyleciała w kosmos - niemalże jak bohaterzy Chóru i Echa, w każdym razie czułam ten dreszczy - jak mu to wyszło... 

Zanim napiszę o tym "jak mu poszło", zacznę od zarysu fabuły. Jeśli ktoś czytał książki autora z pewnością będzie wiedział o czym napisze. Było Mroza w Mrozie, ale nie tak, jak w tych seriach z Chyłką i całą resztą. Oczyswiście trudno by autor porzucił swój styl, ale miło się zaskoczyłam, ale fabuła. 

 Aspen się budzi, nie wie kim jest i co się wydarzyło. My czytelnicy zostajemy wrzuceni do jej głowy i próbuje wraz z dziewczyną odkrywać świat na nowo. Poznawanie ludzi i otoczenia, wskazówek, które nie  od razu nakierowują do celu. Było to naprawdę ciekawe doświadczenie. Zwłaszcza, że nasza bohaterka zaraz po przebudzeniu i zapoznaniu z towarzyszem przy łóżku, daje sie wciągnąć w dziwne poszukiwania. 

Po dłuższym maglowaniu chłopak nazywajacy Grayson Joyse przyznaje, że była jego przykrywką, tak naprawdę,  dlaczego potrzebował legalnie dostać do szpitala, by móc wkradać się do pewnego miejsca. Aspen trochę z ciekawości, trochę niezbyt świadomie daje się namówić do pomocy. Później wszystko nabiera zupełnie nieoczekiwanego obrotu. 

Często przyznawałam, że nie lubię książek Mroza, są dla mnie powtarzalne. Niemniej, ta historia jest tak Nie Mrozowa, że nie wiem, czy mam się cieszyć, czy węszyć podstęp. W każdym  razie. Inne tonacje ciszy, zabierają czytelnika w podróż, która zaskakuje, serwuje tajemnice, często niebezpieczne, ale i bolesne. Samo zakończenie wywowało we mnie tak potężne emocje, że do dziś nie mogę sobie z nimi poradzić. A pytanie - Dlaczego?! Nie wychodzi z głowy. 

Jest już druga część, więc żyje w zawieszeniu czekania na dostępność w Legimii, a chęcią kupienia. Bo przecież chyba się wykończę. Jeśli do jutra nie wrzucą, pojadę i kupię. Niech to będzie dla Was, wystarczająca opowiedź - czy warto przeczytać?

 

 

 

czerwca 28, 2024

czerwca 28, 2024

Wróciłam!! :) (:

Wróciłam!! :) (:


 Kochani! Wracam niczym Feniks z popiołu ;). No dobrze, trochę mnie poniosło, ale jestem. Mam zamiar już publikować i komentować regularnie. Oczywiście nie będę non stop tutaj, ponieważ lato w pełni, człowiek przed komputerem chce spędzać jak najmniej. Jednak już pomalutku wraca energia, a razem z nią, motywacja do pisania i zaglądania wszędzie tam, gdzie mnie dawno nie było. 

Koniec roku szkolnego odszedł w zapomnienie, nasze podsumowania, sprzątania i cała reszta, której nie widać z zewnątrz - również. Można odciąć się na kilka tygodnii od trybu szkoła. Kiedy tutaj mnie nie było, starałam się łapać każdą wolną chwilę na ładowanie akumulatorów. I chociaż nie zdawałam relacji na bieżąco, nie siedziałam tylko w pracy i w domu. Starałam wyskoczyć to tu, to tam. Podrzucę kilka fotek, ze świetnego wypadu po pięknej i malowniczej trasie. Wang - Pielgrzymy - Słonecznik - Strzecha Akademicka - Samotnia i  zejście do Wangu. Traska 16 km, ale naprawdę warta przejścia. 

 




Pogoda była w sam raz. Nie za gorąco, nie za zimno. Na górze dosyć mocno wiało, ale szczerze akturat było na plus. Wiatr przyjemnie chłodził i człowiek się tak nie zgrzał. Straszyli w pogodzie burzami u opadami, na szczęście nic się nie zadziało, co sprawiłoby, że musielibyśmy zrezygnować i wrócić. 


 





Zdjęcia nawet w połowie, nie oddają jak przepiękne były widoki. Cały czas szłam i się zachwycałam. Muszę jeszcze raz wybrać się tą trasą i po prostu przejść na spokojnie, żeby zatrzymać się i chłonąć wszystko dookoła. 






Nikt mi nie wmówi, że góry nie są piękne :) Nie wyobrażam sobie, żeby nie wdrapać na grzbiet i nie zobaczyć tego cudu natury zgóry. Coś wspaniałego.  

Tymczasem, kończę i zabieram się za odwiedziny, ojj mam sporo do nadrobienia :)))).  Dajcie znać, kiedy urlopujecie i jakie macie plany?

 

 

czerwca 10, 2024

czerwca 10, 2024

Rozbity słoik

Rozbity słoik

 

Dawno mnie tutaj nie było, nie zaglądałam również i do Was. Ostatnie tygodnie są zbyt intensywne i mam wrażenie, że z niczym nie nadążam, że jestem ciągle do tyłu. No a dziś, dziś rozbił mi się słoik. Niby głupia rzecz i normalnie to bym w myślach się obsabaczyła za niezdarność i posprzątała bałagan. Jednak zareagowałam zupełnie inaczej. I dopiero gdy zadzwoniłam rozżalona do mojego R, chlipając do słuchawki opowiedziałam o tym wielkim nieszczęściu, zrozumiałam, że nie o ten słoik z zupą chodziło - chociaż nie ukrywam, zupa była naprawdę pyszna, więc strata dojmująca. A jednak to był tylko pięknie ukazany symbol. 


Bo właśnie mój R, między jednym chlipnięciem a drugim, zadał to jedno pytanie - czy na pewno rozpaczam nad rozbitym słoikiem, czy rzeczywiście chodzi o zupę? 

I wiecie, dotarło do mnie, że ostatnio czuję się jak ten słoik. Rozbita. Nie wiem dlaczego. Może i podejrzewam, ale nie potrafię znaleźć metody na poskładanie siebie. Gdzieś w tym całym pędzie, wydarzyło się wiele pobocznych zdarzeń, które pozahaczały mnie i nie mogę tego ogarnąć. Może pisze mało zrozumiale, ale szczerze... Sama mam problem z nazwaniem chaosu jaki teraz odczuwam. 

W każdym razie słoik z zupą przelał dosłownie i w przenośni wszystko. Polała się zupa, polały się łzy. Była rozpacz, ale i w pewnym sensie oczyszczenie. Zazwczywaj nie piszę tutaj swoich prywat, ale czasem jest taki dzień gdy po prostu trzeba. Bo codzienność, to nie te piękne podróże i książki, które czytam.      To właśnie bywa i rozpacz nad rozbitym słokiem. Bo mamy chwilę na zatrzymanie, przeanalizowanie pewnych spraw. 

Miałam w planach tyle postów, nazbierałam materiałów. Wyszło jak zwykle. Nie zapominajcie jeszcze o mnie. Wrócę, niech tylko to szaleństwo się skończy....


Napiszę o moich podróżach, a już sporo się tego nazbierało. Tylko muszę mieć czystą głowę. Żeby te wpisy było moje, a nie pisane na siłę... 

Tymczasem, w stanie słoikowego rozbicia emocjonalnego, życzę Wam kochani dobrego czerwca. Jestem, ale chwilowo w trybie awaryjnym. Wrócę! I będę każdego odwiedzała, a wręcz nawiedzała :))))). 




maja 25, 2024

maja 25, 2024

Jak trafić do piekła

Jak trafić do piekła


Tytuł od razu przyciąga uwagę prawda? Miałam podobnie. Nawet jeśli niekoniecznie poczujecie ochotę przeczytania. To trudno jest na chwilę nie przystanąć nad nim. Przynajmniej ja tak miałam, kiedy trafiłam na opinię, a po jej przeczytaniu wiedziałam. Muszę przeczytać. Pobrałam książkę na półkę i jak zawsze czekałam na odpowiedni momnt, który w końcu nadszedł. A teraz będę mogla podzielić się swoimi wrażeniami. 


Wyobraźcie sobie, że po śmierci trafiacie do poczekalni, która również jest nazywana czyśćcem. Wśród tłumu zmarłych, zostajecie przez kogoś wybrani.  Postać, która zarządza piekłem. Oficjalnie nazywana Panem S. 

Madi nie wie dlaczego zwróciła swoją uwagę. Nie pamięta dlaczego umarła, nie wie kim była jeszcze żyjąc. Jednak jedno wie na pewno. Chce zostać Strażniczką Piekła, ale droga do tego awansu wymaga od niej wykonania wielu zadań. Gdy w końcu otrzymuje szasnę  będącego o krok do wymarzonego stanowiska. Okazuje się, że wcześniejsze misje były niczym w porówaniu do tego z czym przyjdzie się zmierzyć. 

Złamanie piątego przykazania. Musi do niego nakłonić najbardziej dobrego człowieka. Niby nic trudnego, Madi była przekonana, że jak z każdym człowiekiem, nie będzie większych kłopotów. Jakież było jej zdziwnie gdy mężczyzna, którego spotkała nie reagował na żadne sztuczki. A wręcz przeciwnie, zaczął ukazywać Madi świat z zupełnie innej perspektywy. 

Wizja dotarcia do celu zaczęła się pewnym momencie coraz bardziej oddalać, a dziewczyna czuła, że jej kontrola nad ludźmi za bardzo rozjechała. Do tej pory nikomu nie współczuła, nie obchodziły jej emocje spotykanych osób. Aż nagle, ze zgrozą uświadomił sobie, że zaczyna współczuć.  Pozostało tylko jedno wyjście, poprosić o pomoc strażnika, który jako pierwszy podważył jej umiejętność wykonania zadania. Teraz jednak nie miała wyboru, musiała sięgnąć po każdą skuteczną metodą. Czy z oczekiwanym rezultatem? 



Nie będę ukrywała, jest to książka, którą postawiłam bardzo wysoko w tegorocznym rankingu przeczytanych książek. Zacznijmy jednak od początku. 

Jeśli poznaliście kiedyś serial "Lucyfer", to klimatem, ale powtarzam, tylko klimatem, może się właśnie z tym kojarzyć. Fabuła jest zupełnie inna, niektóre postaci nie do końca są odkryte i tak naprawdę, nawet po zakończeniu, nie dowiadujemy się kim byli - co mam nadzieję, zostanie uzupełnione w kolejnej części, której ze zniecierpliwieniem wyczekuję. 

Zacznijmy od głównej bohaterki - Madi. Jak pisałam wcześniej, jest zawieszona pomiędzy. Jej ciało nie żyje, ale może z niego korzystać. Taka forma iluzji dla ludzi na ziemi. Co za tym idzie, jej wygląd różni się od tego, który miała za prawdziwego życia. Dlatego nie martwi się, że chodząc ulicami miasta w którym prawodopodbnie jest pełno jej znajomych, a może nawet rodzina, zostanie rozpoznana. Ona sama, nie pamięta życia przed śmiercią. Ma w głowie jakieś niekompletne urywki, strzępki wspomnień. Jednak nie potrafi odpowiedzieć jakim była człowiekiem, dlaczego zmarła w młodym wieku. I najważniejsze, co zrobiła złego, że nie trafiła prosto do nieba, tylko do poczekalni? Te wszystkie nieścisłości sprawiają, że Madi wie o sobie jedno - musiała zrobić coś na tyle złego, by nie chcieli jej w niebie, ale zbyt mało, żeby od razu trafić do piekła. Dzięki temu ma szansę, być kimś ważnym. W miejscu, do którego poczuła, że pasuje. 

Kolejna postać to David. Nie ukrywam, kiedy padło hasło, że to musi być idealny człowiek. Nieco się obawiałam, jak zostanie ukazany. Czy nie będzie przesłodzony, aż do mdłości. Na szczęście ku mojej ogromnej radości, postać pana lekarza onkologa, została wyśmienicie wykreowana. David jest facetem, który twardo stąpa po ziemi, swoją pracę wykonuje najlepiej jak potrafi. Jego relacja z Madi została fantastycznie ukazana. Bałam się cukierkowego love story, jak to anioł przekonuje diablicę do dobra. Nie, tutaj relacja tych dwojga wspaniale się przez siebie przenika. Nie chcę pisać zbyt wiele, ponieważ najlepiej samemu doświadczyć. Chcę was tylko zapewnić, że jeśli przez chwilę ktoś pomyślał jak będzie, to na pewno błędnie. Serio. 

W książce jest wiele kluczowych postaci. Nie sposób wymienić, ale uwierzcie każdy jest ważny i odgrywa kluczową rolę w całości. Będzie wiele elementów zaskoczenia. Może niektórych ktoś się domyśli. Niemniej, ten najważniejszy, który do końca nie został wyjaśniony jest na samym końcu. Ostatni rozdział po prostu pozostawił mnie z otwarty ustami. Dosłownie siedziałam i miałam wielko Ooo. Nie mogę się doczekać kiedy będzie kontynuacja. Zbrodnią jest, że nie można od razu przeczytać następny. Cóż.  Będę wyczekiwała. Tymczasem, polecam wam szczerze. Jeśli lubicie podobne klimaty, nie zastanawiajcie się, tylko czytajcie. Warto!





maja 15, 2024

maja 15, 2024

Wyjazd majowy part.1 - Szczeliniec wielki

Wyjazd majowy part.1 - Szczeliniec wielki

 

Słowiem wstępu zanim przejdę do właściwego tematu postu. Maj i czerwiec jest bardzo intensywny w pracy i w domu. W pracy wiadomo, nie będę się rozpisywała. A w domu właściwie też, bo zawsze coś się znajdzie, zwłaszcza gdy wiosna już na całego, ogród i cała reszta. My w tym roku postanowiliśmy zrobić porządny taras, mam jeszcze kilka swoich planów remontowych i wygląda to tak, że na blog brakuje czasu. A szkoda, bo mam sporo materiałów i o czym pisać. Tylko jakoś nie mam kiedy.. Teraz złapałam chwilę postoju, więc siedzę przed domem i piszę. Mam w planach też Was odwiedzić! :) 

Ale post nie o moim braku czasu, a majówce, która już została miłym wspomnieniem, A działo się sporo i było naprawdę super. Mnóstwo wrażeń, swoich pierwszych razów i przełamywań  strachów :))). 

To zaczynamy! 


Szczeliniec wielki 919 m usytuowany w górach stołowych, dostać się można z miejscowości Karłów. I właśnie tam pojechałam z Kudowy Zdroju, w której przez kilka dni odpoczywałam. Wyprawa na Szczeliniec była moim pierwszym razem - mianowicie, pierwszy raz szłam sama. Zazwyczaj w każdą trasę górzystą wybieram się z moim R. Tym razem, stwierdziłam, że chcę iść sama. Nie powiem, było to dla mnie wyzwanie. Pod wieloma względami. Jednak dotarcie na samą górę, postawienie stopy przed cudną panoramą było czymś niesamowitym. Nie ukrywam,  zupełnie inaczej przebywa się trasę w swoim towarzystwie. Gdy nie ma tego kogoś obok. Czy było gorzej? Absolutnie nie! Było wspaniale, inaczej ale również przyjemnie. No i duma! Kto mnie dobrze zna, wie jak trudny był to krok, ale dałam radę. Podreptałam sama i stałam nad przepaścią konfrontując się z lękiem wysokości. To było wspaniale i niesamowite doświadczenie:). 

Wróćmy jeszcze do trasy.


Gdy dojedziecie do Karłowa - radzę być w godzinach wczesnych. Ja byłam lekko po 8.00 więc miejsca parkingowe wolne. Gdy schodziłam, nie było już nawet pół miejsca;). A poważnie, to parking nie jest zbyt wielki i naprawdę trzeba być wcześniej. Cena to 25 zł za cały dzień. Mnie trochę zabolało, ponieważ cały pobyt zajął mi jakąś godzinę z hakiem.. no naciągając niepełne dwie godzinki.Od parkingu trzeba kierować się w stronę widczonej góry - uwierzcie zabłądzić nie można, jakby był kłopot pan z parkingu pokieruje. Jak widać na zdjęciu powyżej, docieramy do takiego pięknego wejścia i tutaj bez żadnych tajemnic, trasa pnie się po schodach ;)))). Tak, jako przeciwniczka schodów,  to jedno mnie zniechęcało, ale byłam przygotowana. Wcześniej o tym przeczytałam. Na szczęście są też fajne kładki. 



Schodki przeplatają się z takimi właśnie kładkami, więc można odetchnąć i przespacerować się w komfortowych warunkach. Chociaż dalej będę się upierała,że co natura to natura.. no ale.  Jeśli ktoś jest ciekawy, podejście zajmuje nie więcej jak 30 min. Mnie się weszło jakoś szybciej, aż byłam zdziwiona, bo wcale jakoś nie goniłam, zwłaszcza, że byłam nie do końca zdrowa. Przed samą majówką dopadła mnie infekcja i w rezultacie jechałam z zapasem chusteczek i tabeltek od gardła ;). Jednak na Szczeliniec wejść musiałam i żaden katar mi w tym przeszkodzić nie mógł. 


Po dotarciu na miejsce oczom ukazuje się ten oto widok. Jest naprawdę przepiękny, pogodę miała wyśmienitą. więc tylko stałam i się zachwycałam. Naprawdę warto poświęcić czas na to miejsce. Szybka trasa i później można siedzieć i siedzieć.. No ale, jest jeszcze coś do zobaczenia. Idąc dalej możemy wykupić bilet i pochodzić pomiędzy skalnymi przejściami. Noo, było tam ciekawie... nie powiem. 

Te skalne przejścia na początku wyglądały dosyć niewinnie, były momentami węższe, było ciemno, mokro i nieprzyjemnie. Jednak interesująco i dodawało pewnej aury spacerowi. Naprawdę nie miałam problemu z tymi szczelinami. Aż do tej jednej. Nie mam zdjęcia, bo skupiłam się na maksa, żeby przez nią przejść i nie odlecieć. Było wąsko - ramionami ocierałam się o ściany, pod stromą górę i trzymając łańcucha wspinałam. Gdyby nie to poczucie ciasnoty byłoby ok, ale oprócz lęku wyskości, mam jeszcze gorszą klaustorofobię i mnie totalnie odcina. Jak tylko jest ciasno, zaczynam się dusić, a świat rozmywa. No więc trzymam tego łańcucha, kontroluje oddech i patrzę w stronę słońca, byle tylko mieć już za sobą. Na szczęście odcinek nie był zbyt długi, dałam radę. Jakoś ;). 

A później to można podziwiać widoki :)








 Kolejnym moim sukcesem było wyjście na punkt widokowy ;). Ogólnie nigdy tego nie robię, zazwyczaj czekam grzewcznie na dole. Po prostu się boję i unikam sytuacji kiedy mój lęk się nasila. Jednak tamten dzień, był moim dniem przełamywania barier. I poszłam lekko zestresowana i nawet zrobiłam zdjęcia, ale wyszłam jak kasztaniak, więc wam nie pokażę ;)). 


                          Wielka stropa Trolla ;)  znaczy ja tak nazwałam, że to trollowa stopa ;)

 

                                         Tutaj jest podest przed punktem widokowym ;) 

                    Ten tutaj też mi coś przypominał, ale pozostawiam do Waszej interperetacji :) 

 

Tak kochani wygląda Szczeliniec wielki. Naprawdę warto podjechać będąc w okolicy. Tylko jak wspomniałam, lepiej być rano, nie jest to trudna trasa, ale trzeba być przygotowanym na schody. Jeśli nie lubicie, lepiej się zastanowić - nie jest trudno! Aha, na jednym z "tarasów", niestety nie mam zdjęcia, bo wiał tak silny wiatr, że wyrywało mi telefon z ręki. Pan schodzący od razu mnie uprzedził bym zdjęła okulary bo mi porwie - miał rację, osoby które nie posłuchały straciły czapki i okulary.. Porywy były tak silne, że zapierało dech.  Na szczęście tylko w jednym miejscu. Tak naprawę nie wiedziałam, że wieje wiatr, mimo, że szłam u samej góry, ale dookoła były drzewa i osłaniały od wiatru. Zejście jest równieąż schodami,  o wiele szybciej, więc całość nie zajmuje zbyt wiele czasu. Jeszcze jedna informacja dla zainteresowanych - na górze można zjeść coś ciepłego, ja akurat nic nie kupowałam, ale słyszałam, że maja dobre gofry:). Dajcie znać, czy byliście, albo planujecie lubi dopiero się dowiedzieliście o Szczelińcu?

 





maja 04, 2024

maja 04, 2024

Nie mów nikomu

Nie mów nikomu

 

Do przeczytania tej książki skłonił mnie krótki fragment filmu, jaki został wrzucony w mediach społecznościowych. Fragment był na tyle interesujący, że w komentarzach wyszukałam tytuł filmu, ponieważ chciałam go zobaczyć. Jakież było moje zdziwienie, że jest on na podstawie właśnie tej książki. Dlatego zamiast szukać filmu, pobrałam książkę i mogłam sprawdzić, czy zobaczony kadr był tylko jedynym interesuącym momentem, a może całość zapowiadała naprawdę dobrze? W ten oto sposób zaczęłam czytać - Nie mów nikomu.

 

 Minęło osiem lat od śmierci żony Davida Becka. Może się wydać, że po takim czasie, człowiek powinien pójść dalej i ułożyć swoje życie na nowo. W końcu trudno jest wracać do przeszłości, która nie wróci, a śmierci się nie cofnie. David doskonale sobie zdawał z tego sprawę, jednak z natury nie był typem przebojowego mężczyzny. Jako lekarz pediatra prowadzi ustabilizowane, ale wręcz nudną egzystencje. Często wraca do tamtego dnia, kiedy ukochana była przy nim i nagle tragedia spadła na oboje. Mężczyzna zdaje sobie sprawę z tego jak wygląda jego codzienność, prowadzenie gabinetu gdzie leczy dzieci praktycznie za grosze. Tylko co w zaistniałej sytuacji jest mu potrzebne? Każdy dzień wygląda tak samo, aż do tego pamiętnego, do chwili gdy otworzył email od nieznanego adresu..

Otwarcie poczty jest dla Davida momentem zwrotnym. W całym ośmioletnim byciu pomiędzy teraz, a wtedy. Teraz w głowie lekarza pojawia się milion pytań i jeszcze więcej wątpliwości. Głównie, to czy ktoś robi sobie z niego żarty, czy może do reszty postradał rozum i nie potrafił wyłapać pierwszych symptomów. Bo w treści wiadomości otrzymał link, który przekierował go do kamery miejskiej, Niby nic nadzywczjnego, możliwa zwykła pomyłka. Tylko David z czystej ciekawości przez kilka minut przyglądał się miejscu i ludziom przechodzącym, aż w pewnym momencie na wprost kamery, zatrzymała się kobieta. 

Kobieta, która wyglądała identycznie jak jego zamarła żona. Wpatrywał się w ekran monitoru i nie miał pojęcia, czy to co widzi jest prawdą, czy omamem. Kobieta po kilku minutach wypowiedziała słowo - przepraszam. I sobie poszła. David z kolei siedział ogłuszony, nie majac pojęcia, co sie właśnie wydarzyło. Jedno było pewne. Wiadomość z linkiem do niego doszła, a jakaś kobieta, wyglądała identycznie jak jego Elizabeth. Co w takim razie stało się osiem lat temu? Przecież wiedział czyje ciało znaleziono. W końcu w identyfikacji zwłok brał udział ojciec zmarłej, a ojciec chyba potrafi poznać własną córkę?



Właśnie ten fgrament został ukazany w filmie, nie ukrywam bardzo mnie zaciekawił. Lubię takie budowanie tajemnic i stoponiowanie napięcia. Wiadome było, że tamtego feralnego dnia coś złego sie wydarzyło, ale David za bardzo skupił na własnej tragedii. Nie drążył dlaczego to właśnie jego żona padłą ofiarą. Czy rzeczywiście seryjny morderca wyśledził akurat Elizabeth i przyczaił się nad jeziorem? 

Jeśli rzeczywiście żyła, to jakim cudem się jej udało i dlaczego ojciec, który był przy identyfikacji zwłok potwierdził tożsamość córki? Jako policjant miał wgląd do wszystkich akt, jego zdanie było przekonywujące. David jako współofiara - również ucierpiał tamtego wieczoru, nie mógł być przy identyfikacji, po prostu otrzymał wiadomość o śmierci ukochanej. 

Nagle po ośmiu latach sprawa wraca. Dlaczego właśnie teraz? Dlaczego przez tyle lat kobieta utrzymywała, że zmarła, a teraz próbuje się skontaktować z mężem. W co była zamieszana Elizabteh, że musiała zdecydować się na taki krok do ucieczki.

Razem z Davidem rozpoczynamy śledztwo i szukanie informacji, które mogą w jakikolwiek sposób naprowadzić na rozwiązanie zagadki. Niestety są ludzie, którzy od wielu lat obserwują lekarza, śledzą każdy krok, podsłuchują rozmowy i sprawdzają pocztę elektroniczną. Niczego nieświadomy David, swoim zachowaniem zwraca uwagę bardzo groźnych ludzi. Później sprawy zaczynają bardzo szybko nabierać tempo. 

Gdy skrawek po skrawku dowiadujemy się kto z kim, jakie miał powiązania, czytanie zaczyna wywoływać wiele emocji. Tak naprawdę na początku nie bardzo ogarniałam koligacje pewnych osób, ale później już wszystko ładnie się wyjaśniło. Akcja szybko się rozwij i rozwiązania zaczynają wychodzić jendo po drugim. Zakończenie, było dla mnie zaskoczniem, mimo poprowadzenia pewnego wątku, czułam jakby coś poszło za łatwo. Jednak nie typowałam właśnie tej osoby. Może za mało się skupiłam, a może autor sprytnie zwodzi czytelnika. 

Jak dotąd nie miałam okazji czytać książek Harlana Cobena, ale po lekturze Nie mów nikomu, z chęcią sięgnę po kolejne. Rzecz jasna, nie od razu, ponieważ coś czuje, że to autor, kórego trzeba sobie przerywać innymi pozycjami, by nie poczuć powtarzalności. Niemniej,  ciekawe pióro, zgrabnie poprowadzone wątki dla zmylenia czytelnika i co najważniejsze - Ciekawość rośnie z każdą kolejną stroną. Napięcie nie opada, a właśnie o to chodzi w kryminale.



maja 01, 2024

maja 01, 2024

Dwanaście! :)(:

Dwanaście! :)(:

 


Dziś króciutki wpis. Jednak przy tak ważnej dacie nie mogłam nic nie napisać. W końcu 1 maja  to urodziny bloga! ❤️🍸🎂

Blog jest dzięki Wam! Tak więc, dziękuję każdemu kto czyta, komentuje i razem ze mną współtworzy  to miejsce. Wiem,  że  nie zawsze odpisuje, ale naprawdę wszystko czytam. I wasze komentarze  są dla mnie ważne. Staram się odpisywać, czasem to robię z opóźnieniem.  Jednak chce żebyście  wiedzieli  - jeśli nie odpowiem,  to nie z powodu  ignorancji, tylko nie ogarnięcia życiowego 🙈😂


Jak pisałam w poprzednim poście. Jestem na wyjeździe.  Odpoczywam, chociaż przyznam szczerze nie umiem zbyt długo być poza domem...w każdym razie. Będzie relacja! 


Jest tak..😎



Teraz troszkę Was poodwiedzam, bo mam chwilę balkonu. Zbieram siły na jutrzejszą wycieczkę;). Mam nadzieję, że Wasza majówka jest przyjemna. 


kwietnia 29, 2024

kwietnia 29, 2024

Kolejkowo - Wrocław

Kolejkowo - Wrocław

 

W ubiegłym tygodniu wybraliśmy się z kalasami 1-3 na wycieczkę do Wrocława. W planie było Kolejkowo i Lego. Jako, że jeszcze nie miałam okazji zwiedzić oba obiekty, nie ukrywam ciekawił mnie plan wycieczki. Wiadomo, służbowo to nie to samo jak samemu, Tutaj nie miałam możliwości w pełni skupić się na oglądanych makietach, ale mogę wyrazić swoją opinię i odpowiedzieć na pytanie - czy warto? 



I jak wspomniałam wcześniej, Kolejkowo prezentuje zwiedzającym fantastyczne makiety. W większości można odnaleźć te najbardziej znane obiekty i uliczki Wrocławia, ale nie zabraknie innych miejsc, są również fikcyjne. Co mnie zaskoczyło najbardziej - to detale. Kiedy wchodzicie do tego miejsca, macie wrażenie, że zminimalizowane miasto naprawdę żyje. Samochody się poruszają, tramwaje i pociągi. Gwar miasta słychać, roboty drogowe, miniatury ludzi przedstawiają przeróżne sytuacje, które możemy spotykać codziennie. Naprawdę kawał dobrej roboty. 

 


Sami zobaczcie na miniatury ludzi. Według mnie, wszystko prezentuje się bardzo rtealnie. Jeszcze nie miałam okazji widzieć makiety miasta z tak dokładnie zadbanymi szczegółami. Świetnie! Dodatkowo pan przewodnik opowiada wiele ciekawostek związanych z niektórymi scenkami umieszczonymi na makiecie. Niektóre są naprawdę zabawne. Dlatego warto przysłuchiwać się o czym opowiada w danym momencie zwiedzania. 

Tę scenkę musiałam uwiczenić :))) zwłaszcza, że upamiętnia prawdziwe zdarzenie. Nie będę pisała jakie, może ktoś wie? A ciekawym polecam odwiedzić kolejkowo...;)

 

Mam świadomość, że zdjęcia nie oddają uroku. Jednak uwierzcie mi na słowo. Naprawdę warto. Jeśli lubicie tego typu atrakcje:). Jak wspomniałam wcześniej nie mogłam na wszystkim się skupić ponieważ moje zadanie było inne. Dlatego stwierdziłam, że jeśli będę we Wrocławiu, to na pewno wybiorę się ponownie do kolejkowa. 

         Nie mogłam nie zrobić zdjęcia przy miniaturze mojej Śnieżki :). 




KJak widać wyżej, przechodzimy do Lego. I w moim odczuciu, te wszystkie figury,  nie zrobiły na mnie wwiększego wrażenia. Ot popatrzyłam, przeszłam i poszłam, natomiast dzieci były zachwycone. A kiedy zapytałam na drugi dzień, co najbardziej się podobało podczas wycieczki, to większość zgodnie wskazywała na Lego. Dla mnie to miejsce było nudne i drugi raz bym nie poszła. Dlatego to miejsce polecam głównie fanom Lego i rodzicom z dziećmi :).

Na sam koniec miejsce, w którym każde dziecko poczuje się szczęśliwe. Lego do układania w ilościach bez limitu :) Można siedzieć i siedziec, jeśli się tylko ma czas i wyobraźnie. 

Podsumowując - Kolejkowo podbiło moje serducho i na pewno jeszcze tam wrócę, żeby móc dokładnie obejrzeć wszystko jak należy i wysłuchać ciekawostek. Lego zostawiam milusińskim i większym fanom. Jak się okazało, ja już z tego wyrosłam.  

A tymczasem, rozpoczęłam majówkę, siedzę na balkonie, gdzie przez kilka dni będę wypoczywała. Na pewno będzie relacja, a teraz życzę Wam udanej majóweczki :).

kwietnia 22, 2024

kwietnia 22, 2024

Legnica

Legnica

 

 

Legnica jest miastem do ktrórego mam ogromny sentyment. Tutaj wiele lat temu rozpoczęłam studia i to miasto było mi bliskie przez kilka lat. Zanim zdecydowałam gdzie, nasłuchałam się wszystkiego co najgorsze o nim. I lepiej byłoby wybrać Wrocław. Tylko mnie do Wrocławia nic nie ciągnęło, nie czułam żadnej chęci poznania bliżej, a tym bardziej przebywania regularnie. Dlatego wyparłam wszystkie neagatywne opinie i postawiłam na Legnicę. 


Czy kiedykolwiek żałowałam swojej decyzji? Nigdy! Do dziś wspominam z sentymentem te wszystkie wydarzenia związanie z nauką. Ludzi, których poznałam i klimat miasta, szkoły. Nie wiem, dlaczego i skąd była u ludzi aż taka niechęć do właśnie tego miasta. Nigdy nie spotkało mnie nic groźnego, nawet gdy wracałam nocą z zajęć - zdarzały się powrotny napóźniejszymi pociągami. Nie odczułam zagrożenia, czy to na ulicy i samej stacji. 

Dlatego, kiedy mój R powiedział, że on właściwie nigdy nie zwiedził Legnicy zareagowałam w jedyny sposób. Musimy pojechać i razem się poszwędać. Pochodzić moimi studenckimi uliczkami, poszukać tych, których nie zdążyłam poznać. 

Zatem... zapraszam! :) 


Zamek Piastowski - wybudowany w drugiej połowie XII wieku. Tutaj miałam część zajęć. Także wiecie. Wykłady w zamku to nie byle co ;). Wewnątrz nie robił jakiegoś piorunującego wrażenia, grube mury, wysokie okna i właściwie więcej nie było. Zdobień, czy czegoś co sprawiało, że można było odczuć klimat podnosłości zamkowej. Tak szczerze, średnio lubiłam, bo było zimno i jakoś mało przytulnie. Nie lubię grubych murów... No ale, Zamek warto zobaczyć, jest dosyć spory ma otwary dziedziniec więc śmiało można wejść. 
 

Jak widać usytuowany na niewielkim wzniesieniu. Jak wiadomo, Legnica jest płaska niczym naleśnik, więc to wzniesienie można nazwać za spore:). 
 


Wspomniany wcześniej dziedziniec. Jak na dosyć spore gabaryty budowli, powierzchnia dziedzińca nie jest wielka. Ogrodu również specjalnie nie ma.  Tak oszczędnie w teren zielony..

Ujęcie z drugiej strony 
 
 
 
I uliczka obok której przechodziłam wiele razy, ale nigdy w nia nie skręciłam. A szkoda, bo było warto...

 
 Przepiękna mozaika na ścianie. Trudno przejść obok, żeby się nie zachwycić
A w tle widać Katolickie Liceum przy którym wznosi się przepiękna budowla - sakralna rzecz jasna. Kościół Jana Chrzciciela robi ogromne wrażenie..
 
 
   Pnie się wysoko, a tak naprawdę przechodząc uliczkami obok, nie widziałam wcześniej...

 

Nie ukrywam wpatrywałam się w budowlę jak zaczarowana, Uwielbiam takie piękności architektury. Wręcz trudno jest mie przejść obojętnie. Zobaczcie jaka jestem maleńka... ;)


Idziemy dalej...

 

Sentymentalnie przeszłam się przez przejście nad ulicą. Ileż się po nim czasami biegało, śpiesząc na zajęcia...;) może nie robi szału ten widok, ale dla mnie reprezentuje mnóstwo wspomnień:) Na tym przejściu mam zrobione zdjęcie i chyba nawet tutaj wrzucałam.. ;)

 

Tutaj już idziemy przez centrum - można rozpoznać bo jest kostka brukowa, ale ja bardzo lubię kiedy tej kostka, a nie paskudne płyty betonowe.

 
Katedra Apostołów Piotra i Pawła. Zewnątrz jest ładna i wewnątrz również robi wrażenie. Przede wszystkim bardzo wielka.  Wybudowana około 1225 roku. 
 


Miając katedrę  można trafić na pomnik "Julka".  Przedstawia ucznia, rzeźba plenerowa wykonana przez legnickiego rzeźbiarza Edwarda Mirowskiego w 2014 roku. 

 
 Natrafiam na taki oto mural. Murali nigdy za wiele :)
 
Teraz z centrum miasta przenieśmy się na obrzeża 
 

Legnica to parki.  Miejski o powierzchni 58 ha - robi imponujące wrażenie, jest gdzie spacerować i posiedzieć. 
Pamiętam ten park, gdy w 2009 roku przeszła potężna nawałnica. I chyba nigdy nie wymaże z pamięci widoku jaki po sobie pozostawiła. Kikuty połamanych konarów, niektóre wyrwane z korzeniami, wyglądały przerażająco, wręcz sprawiały ból... Teraz jest mnóstwo nowych drzew, myślę, że wielu przechadzając się po nim, nie ma pojęcia, co się wydarzyło.  Teraz już nie widać śladów po pamiętnej nawałnicy.  Jeśli ktoś ciekawy tutaj można zajrzeć. 

No ale... wracając do parku. Oprócz  miejskiego, są też mniej chyba znane i uczęszczane, na wjeździe do miasta od strony Złotoryi. Właśnie do tego miejsca chciałam się wybrać, ponieważ nigdy nie byłam. 


Właściwie wygląda bardziej jak miejski las, po którym przyjemnie można pospacerować, by odetchnąć od zgiełku codzienności. Uwielbiam takie tereny, gdzie jednak natura gra pierwsze skrzypce. I tylko wydeptane ścieżki świadczą o obecności człowieka. No, jeszcze kosze na śmieci, ale tylko chyba przy tej drodze na zdjęciu wyżej. Później już nie ma.

    Jak widać w tle, majączą zabudowania osiedla, ale tutaj po prostu piękna natura. Dzień był ciepły, słoneczny i pełen soczystej zieleni. Cudownie się spacerowało. Legniczanie nie powinni narzekać na tereny zieleni, bo tutaj nie tak daleko od centrum, można naprawdę odpocząć. 


W tym miejscu zakończę mój spacer. Mam nadzieję, że chociaż troszkę Wam się podobało. A do Legnicy naprawdę warto pojechać. Warto przejść się uliczkami miasta no i te parki. Są godne uwagi.  Jeśli byliście, dajcie znać jak odbieracie miasto.


Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger