maja 14, 2026

maja 14, 2026

Zamek w Roztoce

Zamek w Roztoce


Drugiego dnia weekendu wybraliśmy do Zamku w Roztoce, nie ukrywam nie słyszałam o nim wcześniej, a w końcu znajduje się całkiem niedaleko naszego miejsca zamieszkania. Sama Roztoka to miejsce spokojne, na uboczu i bardzo urokliwe. Skrywające jak sami później zobaczycie niezłą perełkę. Sądzę, że za kilka lat będzie również sławne jak nasz Książ czy inne już mocno komercyjne obiekty. Byliśmy wcześniej! ;)


Sami możecie zauważyć - potencjał jest zacny i bardzo dobrze rokujący. A teraz do środka. 


Zamek zwiedzaliśmy o konkretnej godzinie - na stronie internetowej był plan zwiedzania tematycznie każdego dnia coś innego. My wybraliśmy sobotę bo wypadał dzień z filmem. Film ów nie był jakąś znaną produkcją - a miłym zaskoczeniem dla zwiedzających.
 Jednak zwiedzanie. Na wstępie dostaliśmy opaski, przywitała nas pani przewodnik, a później sama właścicielka. Co nie często się zdarza, bo jak byłam na wielu zamkach w swoim życiu, jeszcze nigdy nie dostąpiłam zaszczytu ujrzenia samego właściciela. Tutaj było inaczej - co uważam za ogromny plus, ponieważ widać, że właścicielka uwielbia to miejsce i sposób w jakim opowiada mówi więcej, niż same słowa:). 





Dajcie mi lustro... a wiadomo co będzie... ;)


     Lubię okna ..


    ... ale lustra jeszcze bardziej ;p 



   Piękne wnętrza :)
 


    Kolejne okno :)


Cały czas zastanawia mnie co się stało z jakością zdjęć, wybaczcie.  Może z drugiej strony lepiej? Może ktoś zechce pojechać do zamku i zobaczyć jak w rzeczywistości prezentują się wnętrza. Nie wszystko zostało wyremontowane. Widać, że sporo pracy czeka właścicieli, ale już teraz jest pięknie. 


  Jeszcze ładniejszy widok z okna! :) 


Niektórych miejsc nie pozwolono nam fotografować, a to dlatego, że są częścią scenografii do jednego z seriali - 1670. Były widoczne eksponaty i potrzebne rekwizyty. Co chyba najbardziej napawa smutkiem podczas poznawania losów Zamku, to fakt, że nawet wojna nie zrobiła takich spustoszeń, jak wtedy gdy przeszedł we władanie Polaków. Cóż, nie umiemy w dbanie o piękne zabytki. Szkoda. Urządzenie schroniska nie musiało być równe dewastacji, ale "tacy jesteśmy". Ot moja smutna konkluzja. 
 Na szczęście nie wszyscy - co pokazują właściciele. "Odbili" Zamek i wierzę, że będzie cudnie. A ja, byłam tam, zanim stanie się sławny :)

maja 09, 2026

maja 09, 2026

Maj

Maj




 Zaczął się maj, mój ulubiony miesiąc, a ja słuchajcie przegapiłam, pierwszy raz od tych czternastu lat o  wpisie urodzinowym;)) trudno. Widać tak miało być. 

Weekend majowy był bardzo bardzo aktywny, jeszcze nie miałam pojęcia, że po dwutygodniowym zwolnieniu, znowu mnie wyhamuje, ale o tym później. Tymczasem pierwszego maja, udaliśmy się z moim R do Kłodzka. W planie były podróże pociągami. Linie KD - podejrzewam, że nie tylko u nas, u innych jest podobnie, wypuszczają opcję biletów weekendowych. Fajna sprawa. Koszt wynosi 59 zł i można jeździć ile się chce. My wyjeździliśmy na max. 


Z Kłodzkiem jakoś do tej pory nie mieliśmy szczęścia, ponieważ co się wybieraliśmy to trafialiśmy w deszcz. Więc mało co mogliśmy zobaczyć, pochodzić i w ogóle. Tym razem wiedzieliśmy, że pogoda nie zawiedzie, bilety były. Naszym kierunkiem głównym był Fort Owcza Góra. Wiedziałam, że jest w tym mieście twierdza, ale o forcie nie słyszałam, dlatego też, z ciekawością poszłam popatrzeć na mniej znany obiekt. 

Jak widać na zdjęciu u góry, droga jest szykowana - pewnie pod turystów i nie tylko, ponieważ w  budynku fortecy znajduje się, a pokażę wam później, na razie idziemy  po kolei:). 



Tutaj jeśli ktoś jest ciekawy może sobie doczytać, co jak, kiedy i do czego służył. Ja tymczasem chciałabym napisać jakie wrażenia podczas spaceru. Jak wspomniałam wcześniej, buduje się droga, ale nie tylko, widać, że miasto rozpoczęło pracę nad tym terenem, czy będzie to zagospodarowane na kształt twierdzy, oddanej do użytku turystów, a może coś jeszcze?






W jednym z wyremontowanych budynków został umieszczony wydział Urzędu Miasta Kłodzko i z tego co pamiętam ,to chyba ochrony środowiska lub coś takiego. No fajne miejsce z widokiem na twierdzę, ciekawe jak to zimą będzie wyglądało. Znaczy dojazdy;). 


Dookoła fortu przechadza się między drzewami nad suchą fosą. Dla ciekawych - można tam sobie zejść i zobaczyć wnętrza, które jeszcze nie zostały przejęte przez miasto, do remontu jeszcze chwila i można sobie zobaczyć stan, jaki zachował się na przestrzeni lat.  I tutaj zawsze mam takie mieszane uczucia. Z jednej strony cieszę się z remontowania, dbania o takie miejsca, ale z drugiej ta ich dzikość i surowość ma w sobie to coś..

Idziemy do miasta:)




Jak Kłodzko to słynny most, który jest nazywany miniaturą mostu Karola w Pradze. Byłam na tym dużym i jakoś nie pamiętam by zrobił na mnie wielkie wrażenie, poza tłumem ludzi. Może dlatego:).
Pamiętać należy, że przez Kłodzko dwa lata temu przeszła powódź, byłam świadoma, że na pewno ślady będą widoczne, ale nie ukrywam. Miasto naprawdę ładnie się dźwignęło.


I teraz niestety będą zdjęcia nieco gorszej jakości, ale chciałam wam pokazać jaki jest ładny budynek Urzędu Miasta i piękny zegar na nim. Nie mam pojęcia co zrobiłam w ustawieniach, ale wyszły jak z kalkulatora ;))))



Miasto jest klimatyczne, czuć jego historię i to ile przeszło - nie ma co ukrywać, powodzie niestety często dotykają Kłodzko, a ono mimo wszystko dźwiga się i funkcjonuje dalej. Znając siebie, po pierwszym ryzyku zalania, pakowałabym manatki i uciekała jak najdalej. 


Główna sprawczyni ostatniej powodzi, niewinna i spokojna. Wygląda jakby nic się nie stało... 



Bardzo spodobała mi się zachowana stara brama wejściowa. Nieco zabawnie wygląda w połączeniu z nowoczesnymi i nie ma co ukrywać - brzydkimi drzwiami. Kontrastują solidnie ;) ale brama piękna! 


Nie no serio nie mam pojęcia, co mi się zrobiło z ustawieniami, czy jakiś fatalny efekt aktualizacji.. 
W każdym razie, chciałam pokazać jakie piękne malunki znaleźliśmy podczas spaceru w parku. 


        Na środku chodnika stoi sobie i przypomina, jak to kiedyś się czerpało wodę :)





W drodze powrotnej wysiedliśmy w Wałbrzychu i wybraliśmy się na jedzonko do restauracji Złota Stacja, na cześć historii o złotym pociągu, o którym swego czasu było bardzo głośno. Czy kiedykolwiek był, czy jest? Nie wie nikt, ale szum był, a na jego fali powstała bardzo przyzwoita knajpa, która jest bardzo klimatyczna. Fotele jak z pociągu, są nawet przytwierdzone koła, na półkach stare walizki bagażowe. Jedzenie naprawdę dobre - zupa krem z pomidorów obłędna. Jeśli myślicie, że nie da się zrobić nic nadzwyczajnego z pomidorów, to w tym miejscu zmienicie zdanie :) 

A na koniec, perełka miejskiej architektury. 


Staliśmy sobie, patrzyliśmy i tworzyliśmy różne teorie na temat owej ściany i reszty budynku. Było zabawnie. Taki oto Wałbrzych, niegdyś kojarzony z biedą i szarością. Teraz zaczął naprawdę ciekawie się prezentować i warto zajechać, żeby zobaczyć jak miasto powstało w pyłu węglowego i naprawdę  otrzepało z brudu.  


Na dziś tyle, kolejny wpis będzie z innego dnia weekendu majowego:)

kwietnia 15, 2026

kwietnia 15, 2026

Przymusowy „odpoczynek”

Przymusowy „odpoczynek”


Ten post jest pisany z telefonu, zatem wszelkie niedociągnięcia uprasza się żeby wybaczyć ;). Troszkę się rozłożyłam ze zdrowiem, zostałam u mamy bo jest z nią jeszcze gorzej - zapalenie płuc. Zapomniałam zabrać laptop. Tak więc, pozostaje publikacja z telefonu. Lepszy rydz… 

Zrobiło się niby wiosennie, ale jakoś zimno. Miniony weekend spędziłam w na zajęciach. Trudno napisać, że było fajnie. Bo niestety choróbsko zaczynało się rozkręcać, więc bardziej się umęczyłam niż nauczyłam. W każdym razie coś nie coś z tego zjazdu wyniosłam. A i tera mam czas na nadrabianie nauki ;)). 


Tak więc chorujemy sobie z mamą w duecie. Szkoda, że w takiej sytuacji spędzamy razem czas, bo jednak bardzo się martwię. Wydaje mi się, że leki dobrze zadziałały bo chyba jest niewielka poprawa. Mama oczywiście stanowczo odmówiła pobytu w szpitalu. Dlatego monitoruje jej samopoczucie i w razie pogorszania nie będę się zastanawiała ani chwili. Na szczęście jest grzecznym pacjentem i się słucha zaleceń :). 

U mnie na szczęście wysiadła tylko krtań, mam piękny głos i kaszel;))

A dziś podrzucę wam murale. Nie muszę przypominać, że jestem fanką murali:) 









Nie ukrywam, że moim ulubionym jest ten z żabami :) ma w sobie to coś! 

Nie będę zbyt wiele pisała bo sami rozumiecie, że z telefonu to jest męczarnia. Niemniej, jestem i troszkę do was pozaglądam :)))) 

kwietnia 01, 2026

kwietnia 01, 2026

Lolita

Lolita

 

Pewien etap się zakończył. Lolita, moja kochana Lol odeszła. Była w domu moich rodziców 11 lat. O wiele dłużej niż początkowo dostawała szanse. Historia tej pięknej buraski jest jakich wiele. Dokarmiana strzykawką i walka, żeby przeżyła. Była mała i rozkrzyczana, jej przednie łapki były krótkie, co dawało zabawny widok, ale z mamą miałyśmy świadomość, że to nie tylko taki "urok", że to efekt jej niedożywienia, jeszcze gdy karmiła się mlekiem matki, przez chwilę. Bo potem została zdana na los. 



 Była maleńkim urwisem, ileż przegryzła mi kabli od słuchawek - nie zliczę. Jak cudownie aportowała! Biegała za kulkami z papieru i przynosiła w ząbkach, czekała aż rzucę i startowała jak torpeda. Potrafiła godzinami mnie tym męczyć, ale tak naprawdę uwielbiałam te naszą zabawę. 

Nie lubiła głasków, nie pozwalała nosić się na rękach. Ona decydowała kiedy i do kogo przyjdzie i się otrze o nogi, albo położy na łóżku obok - bez przytulania. 

Ustawiła wszystkie koty, nikt jej nie wchodził w drogę. Kroczyła niczym lwica przed swoimi poddanymi. Jednocześnie miała w sobie mnóstwo uczucia, kiedy pewnego dnia pojawił się Dzidziuś, maleńki kotek, którego porzuciła matka, Lola go przygarnęła i opiekowała. Była przy nim aż dorósł. 

Miała silny charakter, ale nikt nigdy nie słyszał żeby miauczała. Była cicha, a jednak wszyscy wiedzieli kiedy jest zła. Nawet, a może zwłaszcza my. 



Cichy towarzysz, przychodziła, układała się obok i po prostu była. Zawsze gotowa żeby pokazać - jestem. Jej ulubionym miejscem  była lodówka. Wyczekiwała dodatkowego karmienia, nigdy nie przepuściła okazji. Z biegiem czasu zmieniła się w kuleczkę na czterech łapeczkach. 



Była tylko jedna osoba, której pozwala się głaskać i brać na ręce - tato. Kiedy zachorował trwała przy nim niczym strażnik. Nie odstępowała na krok. Gdy pojechał do szpitala, wyczekiwała na jego łóżku aż wróci. By później dalej pilnować. Kiedy umarł, szukała go po całym domu. Aż w końcu znalazła sweter i się w nim zakopała. Nie wstawała przez kilka dni, nie pozwalała sobie go zabrać. Jej rozpacz była wręcz namacalna. Nie chciała jeść, patrzyła tymi wielkimi oczami, jakby chciała powiedzieć - nie dopilnowałam. 

Mam nadzieję, że się znaleźli, gdziekolwiek poszli. Wierzę, że już są razem. 

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger