niedziela, 17 marca 2019

Co w trawie piszczy



Bajki od zawsze lubiłam oglądać, nie ma znaczenia czy są bardziej lub mniej "dziecinne", po prostu oglądam niemalże każdą produkcje animacyjną. Tym razem mój typ padł na "Co w trawie piszczy". Z opisu dowiedziałam się, że poznamy pasikonika, który przemierza świat, nie goszcząc zbyt długo w wybranym miejscu. I nagle trafia na pewną łąkę, tak piękną, że decyduje się zostać, w dodatku jego serce reaguje szybszym uderzeniem, na widok pięknej pszczoły. Planuje zdobycie względów swej ukochanej i sympatii mieszkańców łąki, ale czy Tonikowi uda się osiągnąć swój życiowy cel?

Poznajemy Tonika (głosu użyczył Janusz Wituch), pasikonik dociera do pewnej łąki, od razu zachwyca się sielskością tego miejsca, spokojem i jedynym w swoim rodzaju urokiem. W dodatku poznaje pewną piękną pszczołę, jak się później okazuje Margerytka (głosu użyczyła Paulina Łaba) jest królową. Jak wiadome, jej rola w ulach jest bardzo ważna i nie może ot tak sobie wylatywać na łąkę, a właśnie tego najbardziej jej brakuje. Bycia zwykłą pszczołą, która może sobie polatać i nacieszyć urokiem wolności. Chociaż przez chwilę.

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.



źródło

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.

Byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej bajki, miałam nadzieje, że ta produkcja będzie wesoła i jak wiadomo z morałem. No niestety, może i jakiś tam morał był, ale wymuszony, a całość chyba niekoniecznie wydawała się przeznaczona do najmłodszych odbiorców.
 

źródło


Przede wszystkim dialogi, ale i również wizerunek postaci. O ile pszczółki wyglądały jak latające beczułki, albo kulki, co jeszcze mona było znieść, tak osa Vespula, została wykreowana dosyć osobliwie, na taką osią famme fatale. Nie wiem, ale myślę, że takie za bieg był zupełnie niepotrzebny o ile grupą docelową faktycznie miały być dzieci.

Kolejna rzecz, to dialogi. Tutaj w ogóle nie umiałam stwierdzić, co miał na myśli twórca. Ponieważ całość trąciła intrygami na poziomie dorosłych ludzi. Słownictwo było dalekie do zrozumienia dla małych dzieci. I jak wspomniałam, zachowanie osy, po prostu zwaliło mnie z nóg. Ja wiem, że już mieliśmy złe królowe, które chciały odebrać życie pięknym królewną, a wszystko z zazdrości. Mimo wszystko w tamtych bajkach czuć było klimat dziecięcy, tutaj nie.

Żeby nie było, moje spostrzeżenia zostały poparte u głównych zainteresowanych - czyli dzieci. Obejrzały bez wielkiego zainteresowania, a gdy już bajka dobiegła końca, nie umiały powiedzieć czy była fajna. Po prostu kolorowa. Żarty, które miały rozbawić ani razu nie wywołały śmiechu, myślę że nie pozostaje nic więcej do dodania. Bajka "Co w trawie piszczy", nie sprawdziła się w swojej roli. Mnie samą znudziła, oglądałam byle jak najszybciej skończyć.

Nie umiem polecić tej bajki. Sama nie spędziłam zbyt przyjemnie czasu podczas oglądania, myślę, że jest sporo o wiele ciekawszych produkcji.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

środa, 13 marca 2019

Matka sułtanów




Moja fascynacja historią władców Tureckich rozpoczęła się od słynnego serialu. Jak wiadomo, filmy, a zwłaszcza seriale, rządzą się własnymi prawami. I prawdziwej historii zazwyczaj jest niewiele. Dlatego wiedziona ogromną ciekawością, zaczęłam wyszukiwać lektury, które ukazywały jak najwięcej prawdziwych wydarzeń. O sułtance Kösem, mniej słyszałam. Może nie czułam już aż takiego zainteresowania? Nie wiem, jednak gdy otrzymałam możliwość zapoznania się z drogą do tak potężnej pozycji, nie potrafiłam odmówić. I tak oto, w moje ręce trafiła Matka sułtanów.
 

Poznajemy młodziutką Afro, zamieszkującą jedną z Greckich wysp, dziewczyna jest zakochana w pewnym młodzieńcu, ale niestety jej los, został już dawno przesądzony. Opiekun, który wychowywał piękną dziewczynę, dobił targu, z bardzo zamożnym człowiekiem. I oto niespełna czternastoletnia Afro, ma poślubić, niedorozwiniętego młodziana.

Na szczęście ukochany janczar, nie ma zamiaru oddać swej wybranki, planuje ucieczkę. I pewnej nocy, wsiadają na łódkę, która ma ich doprowadzić do innej krainy. Gdzie już nikt nie stanie na przeszkodzie ich wspólnemu szczęściu.

Oboje nie mają pojęcia, że podróż zakończy się zupełnie inaczej, a noc, która miała rozpocząć ich wspólne życie, będzie ostatnią, a później zostaną rozdzieleni.

Afro trafi do rodziny, która zaopiekuje się nią jak własną córką, później, splotem wielu ciekawych wydarzeń, znajdzie się w pałacu Topkapi, nie mając pojęcia, że to niesamowite miejsce, już niebawem, stanie się nie tylko jej domem, ale później miejscem władzy.



Książką dosyć długo czekała na swoją kolejkę, nie wiem dlaczego. Ponieważ naprawdę byłam jej ciekawa. Nawet nie kierowałam się żadnymi opiniami, może przeraziła mnie objętość, bo naprawdę tomiszcze konkretne. W końcu przyszła pora, gdy zasiadłam do czytania.

I tak mogę powiedzieć, że początek był naprawdę bardzo, ale to bardzo wciągający. Historia dzieciństwa i dorastania Afro/Kösem ukazała nam dziewczynę zupełnie inaczej, niż to, co można obejrzeć w telewizji, a która prawda jest tą jedyną? Gdzieś czytałam, w źródle, że Kösem rzeczywiście pojawiła się w pałacu ze swoją opiekunką, która była medyczką wezwaną do postawienia diagnozy. Młodziutka przyszła sułtanka, czekała na swoją piastunkę w jednej z pałacowych komnat, do której wszedł książę i ujrzał przepiękną dziewczynę. Jak się owo spotkanie zakończyło, a raczej jego skutki, znamy wszyscy.

W książce też jest to podobnie ukazane, no i sama Afro, była dziewczyną niebywale sympatyczną i serdeczną. Aż trudno uwierzyć, że z tak delikatnej i wręcz słodkiej istoty, powstała tak silna i władcza sułtanka. Jakie było jej życie w pałacu, zanim stanęła u szczytu hierarchii?

Myślę, że książkę można ocenić różnie. Bo z jednej strony, a raczej do pewnego momentu, historia niesamowicie wciągała, dzięki czemu czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Później, gdy już Kösem dochodzi do władzy, zaczynają się dziać rzeczy, które męczą. Knucie, spiski, morderstwa i ciągłe oczekiwanie na kolejne podważenie panującego władcy.

Można odnieść wrażenie, że lata panowania tej potężnej sułtanki, to jedno wielkie spiskowanie i morderstwa. Ciągłe dbanie o to, by ten, kto ośmielił się sprzeciwić, poniósł wysoką karę.

Nie wiem, czy każdemu przypadnie do gustu objętość i zawartość książki. Bo jak wspomniałam, początek jest naprawdę ciekawy, ale później emocje opadają.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


poniedziałek, 11 marca 2019

Zawierucha




Długo zbierałam się za przeczytanie Zawieruchy. A to wszystko było spowodowane serialem, który obejrzałam i w pewnym sensie, pożałowałam, że śledziłam, zanim poznałam kontynuacje w wersji, od której zaczęłam swoją przygodę z serią. Dlatego potrzebowałam czasu, aby nabrać dystansu do ekranizacji.

I oto trzecia część doczekała się, nareszcie zapoznałam się z losami bohaterek, które wcześniej poznałam. Miałam swoje pewne sympatie i antypatie, a po przeczytaniu utwierdziłam się w swoich początkowych odczuciach. Zanim jednak przejdę do oceny, skreślę kilka słów dotyczących fabuły.
 


Odzyskana niepodległość, z jednej strony radość i euforia, z drugiej rzeczywistość. Bo zanim naród odzyska to, co utracił, musi swoje wyszarpać. Trwają walki o odebrane ziemię, o decydujące słowa w sprawie losów narodu. I w centrum wszystkich wydarzeń, są one — siostry Biernackie. Właścicielki gazety. Początkowo pomysł wydawał się szalony, ale teraz, gdy kobiety uzyskały prawo głosu, ich pozycja zmieniła się i nabrała powagi. Chociaż i tak, dawne uprzedzenia zwłaszcza ze strony mężczyzn nie miały zamiaru odejść bez echa.

Każda z nich, niejeden raz, musiała zmierzyć się z pogardą i niechęcią, w końcu kobiety powinny mieć swoje miejsce w domu przy dzieciach. Bez prawa do wypowiadania się, zwłaszcza na tematy państwowe, a co dopiero o nich pisać i wypytywać.

Równolegle śledzimy prywatne losy Aliny, Maryni i Lali. Młode kobiety, miały swoje pierwsze przeżycia na polu miłosnych i zawodowym. I chociaż wydawało się, że są ze sobą bardzo blisko, to jednak skrywały przed sobą tajemnice.

Alina stara się, by jej praca była profesjonalna, napisane artykuły dorównywały tym, które wychodzą spod pióra mężczyzn. I tutaj wiele zyskała, dzięki znajomości z Rudolfem Katznerem, co nie oznacza, że sama w sobie nie była zdolna. Przeciwnie, jednak wybić się kobiecie w tamtych czasach, graniczyło z cudem, albo wymagało pomocy. I właśnie pomocną dłoń, wyjął w stronę najstarszej z sióstr poważany w środowisku wydawniczym Katzner. Między tym dwojgiem nawiązała się nic porozumienia, nie tylko na polu zawodowym, ale również prywatnym.

Marynia, zaręczona z Szymonem, oczekująca wieści na temat powrotu, ale z każdym dniem, jakby coraz mniej. Tutaj zaczęła żyć swoimi sprawami, rachunkami redakcji, wyliczaniem i pilnowaniem by wszystko miało swój porządek — w liczbach.

W jej uporządkowanym świecie zamiesza pewien mężczyzna. Do tego stopnia, że zwątpi w prawdziwość i moc uczuć do narzeczonego.

W końcu Lala, po dramacie z Wiednia, nie potrafiła się otrząsnąć z własnego nieszczęścia. Nagle z bajki została wrzucona w horror. Kolory zmieniły się w czerń, a ona sama, nie umiała się podnieść z załamania. Brutalna prawda wdarła się okrutnie, odbierając wszystko. A przed nią jeszcze wiele wydarzeń.

Znowu wchodzimy w buty trzech sióstr, a nawet ich bliskich z rodziny. Możemy poczuć żale, rozterki. A wszystko w otoczeniu wzniosłego odradzania Polski. I to pytanie, czy panie Biernackie zaznają szczęścia?
 


Wspomniałam we wstępie, że dosyć sporo czasu upłynęło, zanim sięgnęłam po Zawieruchę. Wszystkiemu winien był serial. Z początku odebrałam ekranizacje pozytywnie. Byłam bardzo ciekawa, jak też losy bohaterek, będą wyglądały na szklanym ekranie. Cóż, muszę ze smutkiem, a wręcz rozczarowaniem napisać, nie tego się spodziewałam. I tak bardzo mnie całość zawiodła, że nie miałam serca do czytania. Musiałam po prostu odczekać, zapomnieć te sceny, które wywołały we mnie zbyt wiele negatywnych odczuć.

Wrócę do książki, Zawierucha podobnie do Jesiennego poniedziałku, dokładniej wgryza się w historię. Co jak wcześniej pisałam, było dla mnie ogromnym atutem. Cieszyłam się, że autor poruszył wiele ciekawych wątków. Przeplatające życiowymi perypetiami jednej z krakowskich rodzin.

W tej części nasze siostry są już doświadczone przez wojnę, mają pierwsze przeżycia miłosne, które w pewien sposób odcisnęły swoje znamiona.

Mnie chyba najbardziej, drażniła Lala, ja naprawdę rozumiałam jej rozpacz. Niestety ta histeryczna natura, doprowadzała mnie do szału. Biegająca egoistka. Wszystko musiało się kręcić wokół niej, co podobnie wyglądało również i w filmie. Nie polubiłam tej postaci, w żadnym stopniu nie potrafiłam wczuć się w jej nastroje i reakcje.

Z kolei Marynia, była niebywale mdła i wręcz nijaka. Nie miała w sobie nic, co przytrzymałoby na niej uwagę. Może urodę, chociaż któż to wie? Jestem kobietą, dla mnie to za mało. Be wyrazu, z jednej strony chciała pokazać, że ma coś do powiedzenia, ale szybko się wycofywała. Widać liczby zdominowały. O ile Lala wywoływała jakieś emocje, tak Marynia żadne. Po prostu była.

Na koniec postanowiłam sobie zostawić Alinę, najstarszą i chyba najbardziej lubianą przeze mnie siostrą. Z jednej strony cechowała się powagą, ale miała w sobie coś z szaleństwa. Nie była nudna. Jej relacja z Katznerem wzbudzała zainteresowanie i aż chciało się czytać wątki z tym dwojgiem. Bardzo im kibicowałam.

Oczywiście nie można pozostawić bez słowa najstarszych z rodu, Babka, ciotka i matka. Tak, w tej kolejności. Nie potrafiłam nie lubić babki, twarda, bystra i mająca w sobie taką wrodzoną dostojność. Budziła szacunek, samą obecnością. Ciotka, tutaj zostaje pokazana jej druga natura, ta bardziej po kobiecemu wrażliwa. I matka, chwilami szalona, a jednak widząca więcej, niż się każdemu wydawało.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu książki, mam niebywale mieszane uczucia. Bo ogólnie, nie można się niczego przyczepić. Napisana bardzo dobrze. Tylko te wszystkie związki międzyludzkie, jakieś takie toksyczne, niezdrowe wręcz. Gdyby zrobić analizę każdej z nich, można powiedzieć, że tam nie uświadczy się zdrowego, takie dobrego związku. Wszędzie kłamstwa, na bakier z moralnością. I chociaż moralność to kwestia dyskusyjna, ja miałam w wielu przypadkach dziwne odczucia.

Rozumiem zawiłości życiowe, zbierania doświadczeń, które w przyszłości będą miały znaczenie, ale tutaj, zbyt wiele się działo niezdrowego. Nie wiem, w filmie byłam wręcz przerażona związkami Lali, tego wypaczonego obrazu uczuć. W książce może aż tak nie razi, ale jest.

I na koniec sceny wiadome. Zawsze piszę kiedy, coś mi nie podejdzie. Oj, Oj, nie podeszło mi bardzo. Nie jestem pruderyjna, ale chyba nie takich opisów się spodziewałam. I znowu porównam, w filmie bardzo mnie raziły owe sceny, w książce było podobnie, zamiast pobudzić wyobraźnię, dostawałam kwaśną cytrynę, chyba na otrzeźwienie — nie mylić z orzeźwieniem.

Podsumowując, wątki historyczne były bez zarzutu, świetnie i ciekawie napisane, losy naszych bohaterek również. Nie zabrakło moich ulubionych listów Szrajbera, które zawsze wywoływały wzruszenie. Również może i poboczna postać Zygmusia i Cesarza, niesamowitej i osobliwej pary.  Dzięki temu wszystkiemu, książkę czytało się naprawdę dobrze, bo mimo moich pewnych narzekań, oceniam  całość oczywiście pozytywnie.
 
 
 
 

czwartek, 7 marca 2019

Mia i biały lew



Od zawsze lubiłam książki, które dotyczyły przyjaźni między człowiekiem a zwierzęciem. Nie wiem, ale takie historie zawsze mnie rozczulały i wywoływały wiele przeróżnych emocji, zależnych od tego, jak potoczyły się losy.

Tym razem miałam możliwość poznać Mię i jej białego lwa. Duet dosyć osobliwy i można by powiedzieć, nieco niebezpieczny, jeśli chodzi o postać zwierzęcia. Jak wyglądały początki relacji tych dwojga, czy przyjaźń między człowiekiem a groźnym drapieżnikiem jest możliwa?


Mia wraz z rodzicami i starszym bratem zamieszkała w Afryce, na farmie dziadka, który przepisał ją swojemu synowi. Teraz ojciec dziewczynki, stara się, by to miejsce znowu odzyskało dawną świetność. Niestety ona, czuje się tam nieszczęśliwa. Przeprowadzka z Londynu była wbrew jej woli, zostawiła swoich przyjaciół, miejsca, które lubiła. W tym nowym i dzikim miejscu czuje się odosobniona.

Zupełnie inaczej nową sytuację odbiera jej brat, który jest bardzo wrażliwy, zwłaszcza na krzywdę zwierząt. W jego pokoju jest mnóstwo poranionych przedstawicieli różnych gatunków. Chłopiec bardzo mało się odzywa. Często ma w nocy koszmary, po których budzi się z krzykiem. Wierzy w pewną historię, którą opowiada mu matka, ale czy jest to tylko wymyślona legenda? Czy tkwi w niej ziarenko prawdy?

Dziewczynka bardzo długo buntuje się, nie potrafi pogodzić ze zmianą, jaka nastąpiła w jej życiu. I nawet gdy w ich domu pojawia się wyjątkowe zwierzę — biały lew, nie chce się z nim zapoznać. Ignoruje go i unika. Jednak mimo jej niechęci, kocię zaczyna dreptać właśnie za nią. Powoli zdobywa sympatię małej buntowniczki. A więź, jaka się stworzy między tym dwojgiem, zadziwi wielu ludzi.


Książkę czyta się niemal ekspresowo, tylko otworzyłam paczkę z przesyłką, siadłam i przeczytałam. A sama historia bardzo mnie wciągnęła. Poznajemy główną bohaterkę oraz jej rodzinę, wydaje się, że tworzą oni niemalże idealny obraz, który zakłóca krnąbrność dziewczynki. Jej niechęć do miejsca, w którym zamieszkała, otoczenia i szkoły, bije z każdej strony. W dodatku Mia nie lubi słuchać o tym, co dzieje się na farmie. Zwierzęta zamieszkujące ich dom, są dla niej przeszkodą.

Można by powiedzieć, że pierwsze strony ukazują, narzekającą na wszystko i wszystkich Mię, z jednej strony jest to troszkę irytujące, z drugiej jednak należy mieć na uwadze, że ona po prostu tęskni za swoim dawnym światem, a tutaj czuje się wyobcowana.

Moment, w którym zaczyna darzyć sympatią białe lwiątko, jest punktem zwrotnym, ale nie tylko w jej życiu. Dzięki tej relacji Mia zaczyna inaczej postrzegać zachowanie swojego brata. Interesować jego problemem, aż w pewnym momencie, między tym dwojgiem zaczyna się rodzić porozumienie.

Cała przemiana zachodząca w dziewczynce jest ukazana w ciągu kilku lat, nic nie wydarzyło się ot tak, jak za dotknięciem różdżki.

I można by pomyśleć, że od tej chwili będzie już cukierkowo i różowo. Nic bardziej mylnego. Rodzice mimo radości spowodowaną zmianą córki, cały czas uświadamiają, że lew, gdy dorośnie, będzie musiał opuścić pokój i ogólnie ich dom. Jest on drapieżnikiem, który w każdej chwili może zaatakować. Mia nie przyjmuje tego do wiadomości, jej uczucia są silne i jest przekonana, że Charlie — bo tak nazywa się lew, odwzajemnia podobnie.

Niestety, oboje będą musieli się przekonać, że nawet wyjątkowy lew, nie może żyć spokojnie, a ojciec, który przez cały czas opowiadał, jak działa na rzecz dobra dzikich zwierząt, potrafi zawieść zaufanie.

Bardzo ładna jest to historia, która ukazuje piękną przyjaźń, wychodzącą poza ramy zdrowego rozsądku. Każdy dorosły wie, że dzikie zwierzę, nawet oswojone, może być nieprzewidywalne, a instynkt potrafi z przyjaznego kotka, wydobyć okrutnego oprawcę. Z jednej strony można zrozumieć obawy rodziców dziewczynki, z drugiej więź tych dwojga, jest tak nieprawdopodobnie piękna, że chce się wierzyć w jej nieskończoność.

Było wiele chwil wzruszających, ale i mometami przerażających. Sytuacja, jakiej świadkiem była Mia, wywarła i na mnie ogromne wrażenie, żalu, a nawet gniewu. Niezrozumienia, jak ludzie mogą chcieć zabijać zwierzęta dla rozrywki, dla mnie jest to chore i powinno być zakazane, niestety jest wręcz odwrotnie.

Mimo że książeczka z pozoru wydaje się króciutka, to ma w sobie bardzo bogate i mądre wnętrze, szczerze polecam. Jestem niesamowicie ciekawa filmu.



Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Media Rodzina.


poniedziałek, 4 marca 2019

Żółta tabletka plus




Dzisiaj przychodzę z książką, która mnie osobiście niesamowicie zaskoczyła. Przede wszystkim zacznę od tego, że ja nigdy nie lubiłam opowiadań, krótkie formy nie do końca do mnie trafiały. Byłam troszkę na dystans, bo rozczarować się można szybko, ale też nie chciałam całe życie trwać przy jednym, bo kiedyś miałam niechęć. Nadszedł czas, by sprawdzić, jak się sprawy miewają. Na tapetę wzięłam opowiadania i humoreski Anny Sakowicz, a czy Żółta tabletka zadziałała pozytywnie, dowiedziecie się w dalszej części tekstu.
 

Książka oferuje czytelnikowi osiemnaście opowiadań, które mają rozbawiać. No i teraz tak, z jednej strony, część z nich, rzeczywiście mogła wywołać u odbiorcy uśmiech rozbawienia, czasem nawet takiej groteski. Jak na przykład opowiadanie o Mieciu, które z tego, co widzę, zrobiło największą furorę, bo w większości zostało przytoczone. Może dlatego, że jest jako jedne z pierwszych śmiesznych.

Chociaż mnie rozbawiła historia pewnej kobiety, planującej karierę w filharmonii. Szczerze mówiąc, czytałam z pewną dozą szoku i coraz większego zainteresowania, jaki będzie finał. Oczywiście nie zdradzę, jak kończyły się wybrane opowiadania, jedno jest pewne, każde potrafiło solidnie zaskoczyć, a to było najlepsze podczas czytania.
 

Muszę przyznać, że chociaż nie jestem zwolenniczką krótkiej formy, to w żółtej tabletce, jakoś one wszystkie do siebie pasowały. Jedne były prześmiewcze, drugie boleśnie ukazywały rzeczywistość, jak na przykład jedno o różowym pokoju. 

Co bardzo zwróciło moją uwagę, to sposób, w jaki autorka wplatała w historyjki, naszą codzienność, ludzką mentalność. Bo może i rzeczywiście niektóre zdawały się przerysowane i oderwane od rzeczywistości, jednak miały w sobie bardzo dużo prawdy, tej najmocniejszej.

Trudno jest opowiadać o książce, w której tyle się wydarzyło, a nic ze sobą nie miało wspólnego, oprócz spostrzeżeń życiowych. Były momenty, kiedy naprawdę się uśmiechnęłam i rozbawiłam, ale były też takie, kiedy ukazane wydarzenia, problemy wywoływały smutek. Jak na przykład historia o mężczyźnie nie w swoim domu, nierozpoznającym otaczających go ludzi, dlaczego tak się działo? Gdzie było i co było powodem przebywania wśród obcych? No i wspomniany Mieciu, który poszedł na dupy, jego żony i przede wszystkim jej działań.

Kobiety, która chciała zmienić swoje życie, przez rozpoczęcie kariery w filharmonii. Każda z nich miała swój koniec, różny. Jednak dający sporo do myślenia.

Nie spodziewałam się, że książka wywoła we mnie tyle pozytywnych odczuć, mało tego, bardzo bym chciała bliżej poznać twórczość autorki, ponieważ skoro opowiadania tak bardzo przypadły mi do gustu, to mam wrażenie, że z resztą tytułów może być tylko lepiej.

Pozostaje pytanie, komu mogę polecić Żółtą tabletkę plus? Myślę, że każdemu, komu wszystko, co ludzkie, nie jest obce. Trzeba czytać i widzieć to, co jest przemycone między zdania. Szczerze polecam. Warto!




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


poniedziałek, 25 lutego 2019

Oczy Uroczne

źródło


Często w moich recenzjach pisałam, że z twórczością Marty Kisiel bywa różnie. Jedna grupa bierze w ciemno i czyta, co autorka napisze, druga nie potrafi się wgryźć w charakterystyczny styl. Ja miałam to szczęście, że już pierwsza książka wpasowała się w mój gust, później było lepiej, aż do pewnego spadku zachwytu przy Sile Niższej. No i w końcu nadeszły wyczekiwane Oczy Uroczne, na które naprawdę czekałam i cieszyłam się jak dziecko, gdy do mnie dotarły. Radość niestety była zbyt szybka. Dlaczego? Postaram się wszystko dokładnie wyjaśnić, już za chwilę.


Oda zamieszkuje dom, niby nic nadzwyczajnego, ale ów dom, został wzniesiony na ruinach dawnej Lichotki, a każdy, kto pamięta, była ona wyjątkowa pod każdym możliwym względem. To też, nowa właścicielka, wraz z nowymi czterema ścianami, odkrywa, co kryje się w piwnicy. I jest to dosyć przerażające zjawisko. Dwa rogate czorty, w tym jeden postanawia wyjść spod ziemi i ulokować się w koszu z praniem. Drugi, no z drugim było nieco więcej problemów, ale nie o nim teraz.

Nasza bohaterka mieszka więc sobie, razem z czortem Bazylem i kuleczką. Jest praktycznie szczęśliwa, bo dom na odludziu i pracę ma. Wszystko niby jest tak, jak należy. Roch jak zawsze stoi z pomocą. Oboje wiedzą, że nie są zwykłymi ludźmi. Wiedza ta tworzy między nimi, pewną nić porozumienia, która w pewnym momencie, zostanie mocno nadwątlona.

Tymczasem w okolicy zaczynają dziać się dziwne zjawiska. Pacjenci Ody są atakowani, nie wiadomo przez kogo albo przez co. Ich obrażenia są dosyć specyficzne. W końcu sama pani doktor, odczuwa po sobie samej, że nadchodzi coś niedobrego. O czym przepowiadają pewne znaki. W dodatku Roch jakby się oddala i nie wie, co jest tego powodem. Jakby tego było mało, Bazyl postanawia zapoznać się z okolicznym lasem, pomysł ten, nie do końca jest dobry.
 

Chciałam, naprawdę tak bardzo chciałam, w tym miejscu zachwycić się nad fabułą. Bo zaczęło się naprawdę świetnie. I było tak długo, czytałam jednym tchem, bez opamiętania, nie odrywając od stron. I uwierzcie mi, że to, co wydarzyło się później, doprowadziło mnie do takich emocji, których dawno nie miałam podczas czytania. Niestety, owe uczucia były i w sumie w dalszym ciągu, są negatywne.

Zacznę od postaci, bo Oda i jej współlokator Bazyl, są naprawdę wyjątkowi. Zwłaszcza ten drugi. Wprawdzie do mnie, nie bardzo trafił sposób pisowni jego wypowiedzi, po prostu łamałam sobie język, no ale tak musiało być, żeby oddać sytuację. I w porządku, tego się czepiała za bardzo nie będę. Bazyl jest super i nie można go nie polubić. Chociaż do krakersika mu daleko.

Idziemy dalej, atmosfera w książce jest bardzo intrygująca. Chwilami straszna, by w momencie rozbawić. I ta przeplatanka naprawdę robi wrażenie. Demony, postaci, które nie umiałam określić, budzące strach i niepokój. Wszystko to budowało odpowiednie napięcie.

No i nagle stało się BUM. Tyle że nie w tę stronę poszło, jakiej oczekiwałam. Bo nie wiem po jaką choinkę, autorka wymyśliła sobie, by pomiędzy te odrealnione postaci, wmontować wątek sławnej afery szczepionkowej. I ja rozumiem, że ma rozgłos, chciała się wykazać. No pięknie szczytny cel, w mniemaniu zwolenników. Tylko ja chciałabym wiedzieć dlaczego? Dlaczego postać anty, była przedstawiona jako wytatuowana debilka?

Czy Pani uważa, że każdy przeciwnik jest kretynem? Nie szczepi, bo nie? Bo w książce zostało to ukazane płytko i bezsensu. Ulotki z tępymi hasłami. Takie typowe bicie piany. A gdyby się pochylić nad tematem, to się okaże, że osoby przeciwne, często mają konkretne i niekiedy bolesne powody, więc pytam, jaki był tego zamiar? Wzbudzić kontrowersje? Brawo! Efekt zamierzony się udał. Tylko ja, już nie sięgnę po Pani książki. Bo mnie po prostu zniesmaczyło. Wątek nie był ani śmieszny, ani nie sprawił by otoczenie mogło dzięki niemu zmienić nastawienie.

Można wykorzystać ważny temat, tylko ukazać go mądrze, ukazać oba stanowiska i poprzeć argumentami. A nie, napomykać, o kobiecie z tatuażami, która rzuca hasłami, bez ładu i składu. Ja wiem, że sporo ludzi robi zadymy, tylko po to, aby było głośno. Nie patrzy na konsekwencje, jednak spora część, ma w swojej decyzji lęki, których nie pozbędziemy się wyśmiewaniem i robieniem przedstawienia.

W tej książce nie powinno się to było znaleźć. Nie i koniec, a na pewno nie w taki sposób. Nie dokończyłam Oczu Urocznych. Miałam dosyć. Ja nie opowiadam się po żadnej ze stron. Nie znoszę jedynie, gdy zwolennicy jednego, drwią ze swoich przeciwników. Jedna autorka zaczęła wycieczki do partii politycznych, do stacji radiowych. Ocenianiu, kto jest w danej grupie. Kochane autorki. Odkręćcie sobie kurki, niech bąbelki ulecą. Bo chyba się za wiele nazbierało. Dzisiaj z czytania rezygnuje ja, może i będzie nas więcej. Może inni będą bić brawo. Mnie jest w tej chwili przykro. Nie tędy droga. Nie tak powinno się poruszać ważne tematy. Nie wiem co się dzieje z naszymi autorami. Ze smutkiem odkrywam, że idzie ku gorszemu. 



Książka będzie miała swoją premierę 13.03.2019




piątek, 22 lutego 2019

Royal. Korona ze stali

źródło


Już wcześniej wspominałam, jak seria Royal podbiła moje serducho. Mimo że nie obyło się bez pewnych zawirowań. Idealnie rzecz jasna nigdy być nie może. No ale, jesteśmy już za półmetkiem. Walka o koronę w królestwie to jedno, drugie to tajemnice, przypadkiem odkrywane przez Tanie. I odpowiedzi na pytania, a tych jest cała lista. Czy w tej części otrzymamy wyjaśnienia i w końcu dowiemy się, czy nasze typy na księcia były trafne? Sprawdziłam, a to, co zastałam wywołało we mnie, różne emocje, ale od początku.
 


Kandydatki powoli szykują się do wyjazdu. Mają odwiedzać wioseczki, aby mieszkańcy mogli jak najlepiej poznać swoje faworytki.
Tymczasem w wieży Tatiany i jej przyjaciółki panuje atmosfera oczekiwania. Chociaż nie przed podróżą, a tego, jak, zachowa się Philip. Z jednej strony młodzieniec deklaruje swoje uczucia do Tani, z drugiej, non stop adoruje Charlotte, co wprawia tę pierwszą w czarną rozpacz.

Jest jeszcze Henry, zawsze w pobliżu, służący swoją obecnością, zwłaszcza gdy należy wzbudzić zazdrość w niezdecydowanym przyjacielu. Sprawy przez jego zachowanie często się komplikują i obierają dziwny obrót, ku uciesze głównego prowodyra. Sama Tania ma nieco mieszane odczucia. Z jednej strony ma dosyć zagrywek Philippa, z drugiej czuje coraz większą sympatię do Henriego. A dzień odkrycia prawdy zbliża się wielkimi krokami.

Zanim jednak dochodzi do finału, światem kandydatek wstrząśnie kilka wydarzeń. Oczywiście w centrum jednego z nich będzie Tatiana, ale najważniejszym i tak będzie odpowiedź, kto jest Księciem?


Nie wiem, od czego mam zacząć. Bo z jednej strony książkę mogłabym podzielić na połowę. Pierwsza część była tragiczna. I nie boję się tego napisać. Fani, możecie mnie znienawidzić i znielubić, ale nad czym się zachwycać? Ciągłe rozterki Tani i zagrywki obu chłopców na początku mogły być urocze, dodawać smaczku, ale nieustanne powtarzanie oklepanych scenek, zaczęło być nużące. I będę teraz brutalnie szczera — miałam ochotę szurnąć książką. Ja mogę zrozumieć przedłużanie, budowanie napięcia i tym podobne. Jednak napięcie, a raczej nie napiszę co, wzbudziły we mnie nudne jak flaki z olejem potyczki między tym trójkątem, a w porywach kwartetem.

Później można odnieść wrażenie, że autorka budzi się z letargu, albo uświadamia sobie, że jednak jednym i tym samym, nie przytrzyma czytelnika. No i serwuje pewne akcje. Oczywiście nie są na ogromną skalę. Jednak coś się rusza.

Gdzieś wyczytałam, że postać Tatiany jest niemalże idealna. Trudno jest mi się na tym etapie zgodzić. O ile na początku polubiłam jej postać, tak teraz poczułam lekką niechęć. Nie wiem, jak zostanie ukazana w kolejnych częściach. Tutaj ewidentnie wyszło na minus.

W pewnym sensie poczułam się rozczarowana. Początek został paskudnie i bezsensu przegadany, by na końcówce namieszać, zabieg znany i każdemu znany. Czytelnik musi zostać czymś przykuty. A ja tego bardzo nie lubię, o czym już wcześniej pisałam. No cóż, na tym etapie nie mogę przerwać, bo jestem za bardzo ciekawa. Niemniej, jest mi szkoda, pogrywanie w taki sposób jest słabe. Młodsza część odbiorców daje się jeszcze temu złapać. Niestety dinozaury jak ja, bardzo zniechęca. I żal, bo naprawdę czasem lubię poczuć takie klimaty.

Nie mam zamiaru nikogo zniechęcać. Myślę, że jeśli ktoś dojechał do czwartego tomu, będzie czytał dalej. I moje odczucia nie będą miały znaczenia. Sama jestem najnormalniej w świecie ciekawa kontynuacji.




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina.




wtorek, 19 lutego 2019

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie



Pisałam już jakiś czas temu, że w czołówce moich ulubionych polskich autorek jest Natasza Socha, od czego zaczęła się ta sympatia i trwa niezmiennie? Myślę, że nie ma w tym wielkiego sekretu. Pisarka tak po prostu pisze prawdziwie. Nie koloruje swoich postaci, nie tworzy wydumanych historii, które albo są przesłodkie, albo zginają ludzi w pół z rozpaczy, zrzucając na nich, tragedię jedną za drugą. Socha pisze o życiu, takim, jakie jest. I ta na pozór zwykła codzienność, tak bardzo trafia do wielu czytelników. Bo czytamy o ludziach, którzy mają często podobne przywary, problemy.

Tym razem przyszła pora na (Nie)miłość, czym ona właściwie jest? Czy istnieje w ogóle takie określenie uczuć? Jak ją zdefiniować? Odpowiedzi szukałam w treści, a to, co znalazłam, opiszę troszkę później.


Poznajemy Cecylię i Wiktoria. Małżeństwo z lekkim przeterminowaniem. Oboje są razem, chociaż tak naprawdę od dawna każde zaczęło żyć swoim życiem. On potajemnie spotyka się ze swoją byłą studentką, pod pretekstem pomocy przy pracy — taka jest wersja oficjalna. Tak naprawdę, oboje planują wspólną przyszłość. 
Ona pewnego poranka stwierdza, że w końcu dojrzała, żeby zakomunikować mężowi o swoim rozpadzie uczuć, o chęci poczucia wolności. Bo już się wypaliła. Tak po prostu. I siedząc w samochodzie, rozważa przebieg popołudniowej rozmowy. Do której nie dojdzie ani tego dnia, ani następnego.

Bo już za kilka minut, Cecylia stanie się ofiarą groźnego wypadku, w wyniku którego, będzie zmuszona poruszać się na wózku inwalidzkim. Oczywiście niepełnosprawność ma być tylko czasowa, ale rzeczywistość okazuje się brutalniejsza.

W zaistniałej sytuacji oboje muszą odłożyć swoje plany rozwodowe na później. Ona potrzebuje pomocy męża w codziennych czynnościach. On nie wyobraża sobie, by teraz miał zostawić małżonkę w potrzebie. Zaczynają więc wspólnie nową, nieco dziwną i bardzo męczącą drogę, do zdrowia Cecylii, do chwili uwolnienia się od siebie.

A gdzieś między jedną ukrytą randką Wiktora a wspólnym szukaniem pomocy w dojściu do pełnej sprawności Cecylii. Tych dwoje, zaczyna zastanawiać, w którym momencie, przestali się zauważać, być dla siebie mężem i żoną, kobietą i mężczyzną. I najważniejsze, kiedy ich miłość, przerodziła się w (nie)miłość?


Nie mogę napisać, by fabuła była porywająca. Jest wręcz przeciwnie. Tutaj wszystko dzieje się takim wręcz powolnym rytmem.

Rozmyślania Cecylii nad swoim życiem, wyborami, jakie dokonała. Nad macierzyństwem i wreszcie małżeństwem, które gdzieś zgasło i nie pamięta, w którym momencie zaniedbali ten płomień. Czyja była wina, kto pierwszy sobie odpuścił?

Jest wreszcie jej niepełnosprawność i związana z nią frustracja, rozgoryczenie i żal, do osoby, która była sprawczynią wypadku. Gdyby nie ona, teraz Cecylia byłaby wolna i szczęśliwa. A przede wszystkim, mogłaby chodzić. A nie, być zdana na pomoc męża. Oczekiwanie na powrót, na wspólne kąpiele. Była przecież niezdolna do zwykłych czynności.

I Wiktor, czujący odpowiedzialność za żonę i matkę swojej córki. Niesamowicie pragnie związać się na stałe z ukochaną. Ich potajemne spotkania, zostały ograniczone, musi być w gotowości do pomocy. Co jak się okazuje, bywa bardzo wyczerpujące, ale i daje też pewną satysfakcję. Oto teraz, po wielu latach bycia obok siebie, zaczynają wspólnie wykonywać czynności, a nawet rozmawiać. Tak po prostu. Dziwne prawda? A jednak, w pewnej chwili, oboje uświadomili sobie, że przestali rozmawiać.

Myślę, że ta książka wspaniale ukazuje, jak w życiu, a zwłaszcza w uczuciach, szybko sobie odpuszczamy. Jak wpadamy w rutynę, która zaczyna nam ciążyć, aż pewnego dnia, zerkamy w stronę tej drugiej, kiedyś bliskiej osoby i mamy wrażenie, że jest nam zupełnie obojętna. Próbujemy we wspomnieniach odszukać chwil, kiedy były te uniesienia, euforia i zachwyt. I ze smutkiem odkrywamy, że już od bardzo dawna, panuje chłód. Razem, a osobno. Czy można odzyskać stracone lata? Czy można ponownie rozpalić płomień, który ogrzeje uczucia?

Jak zatem zdefiniować (nie)miłość? Etapem w którym, jeszcze się szanujemy, ale już przestaliśmy się zauważać? Gdy wspólne wypicie kawy wydaje się czymś nierealnym? Spojrzenie na siebie, ale zobaczenie się? Przytrzymanie wzroku na drugiej osobie, a nawet zachwycenie? Czy w (nie)miłości jest to możliwe? Przekonajcie się sami. Ja szczerze polecam.
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.

piątek, 15 lutego 2019

#instaserial o miłości




Chyba większość kobiet wie, kim jest Nicole Sochacki-Wójcicka, znana na instagramie oraz swoim blogu, jako - mamaginekolog. Sama śledziłam ten profil, chociaż nieregularnie i niekoniecznie interesowały mnie wstawki prywaty. Bardzo polubiłam wpisy medyczne, które dla nas kobiet, odgrywają ogromną rolę. I za to, jestem Nicole bardzo wdzięczna. Bo niewielu lekarzy dzieli się swoją wiedzą medyczną ze zwykłymi ludźmi, jeśli Ci, nie są ich pacjentami.

No ale książka, którą dzisiaj mam w planie przedstawić, dotyczy historii rzekomo miłosnej, naszej ginekolog — wtedy jeszcze studentce WUM oraz pewnego młodzieńca.

Sporo czytałam opinii dotyczących książki, jedne są pełne zachwytów, drugie już nie bardzo. Postanowiłam wyrobić swoją opinię, dlatego, gdy otrzymałam możliwość przeczytania, od razu siadłam do lektury...


Jak nie trudno się domyślić, bohaterami naszej książeczki są Nicole i Kuba, oraz wspomniana wyżej ich historia.

Tych dwoje poznaje się na imprezie studenckiej. Ona jako gwiazda samorządu studenckiego uważa, że olśniewa całe towarzystwo, On gdzieś coś sobie kombinuje na uboczu. Nagle zostaje zauważony, przez kogo? A jakże, naszą gwiazdę. I tutaj zaczyna się „zabawa”, Nicole, kiedy uświadamia sobie, że jej nieznany towarzysz wbił na imprezę „na krzywy ryj”, rozważa, by pobiec i na niego naskarżyć. Ot taka sympatyczna z niej „studenteczka” była. Nie robi tego, tylko dlatego, że facet jest przystojny. Ochy achy, taryfa ulgowa, Gdyby był brzydki, już by leciała z jęzorem.

Dalej dowiadujemy się, jak to Kuba ma wyłożone na swoją nową zdobycz, ale Ona, jako gwiazda i chodząca piękność, nie potrafi odpuścić. Nie ma znaczenia, że facet wyjeżdża do Afryki, stawia sprawę jasno — nie chcę związku. Ona wmawia sobie, że przecież jest inaczej, po czym wmawia wszystkim wkoło, a nawet próbuje przekonać samego głównego zainteresowanego.

Po powrocie z wyprawy po żebranie o uwagę postanawia zrobić kolejne kroki. Zdawać na praktyki w Londynie. Bo przecież jest najmądrzejsza ze wszystkich. I taka super. Nadmienić należy, bo autorka bardzo często zwraca na to uwagę, więc i ja na wszelki wypadek napiszę.

Ubrania, a raczej metki. W życiu tej kobiety największą rolę odgrywają marki. Jeśli ubierasz się w tanim sklepie, musisz chyba być nikim. Bo według Nicole zakupy w Primarku stały się czymś wręcz poniżającym.

No, ale, mamy tutaj historię o miłości. Prawda? Ano prawda. Tylko w moim odczuciu była to miłość Nicole do samej siebie. Wszystko inne musiało jej nadskakiwać, Nauczona, że świat mu się godzić na jej pomysły. Wmówiła sobie, a potem facetowi, że mają być razem. Później latała za nim jak wariatka i kazała oświadczyć. By w końcu bez wiedzy — jeszcze nienarzeczonego. Zorganizować ślub. O Kyrie Eleison! Tego się czytać nie dało!

Nie dość, że styl i całość jest napisana tragiczne. Halo! Korekta i redakcja?! Byliście, czy tylko jest dla ściemy wpisane, że ktoś taki figuruje? DRAMAT! Co najśmieszniejsze, autorka sama sobie spoilerowała rozdziały. Chyba większej głupoty jak żyję, nie miałam okazji przeczytać.


Ta historia absolutnie nie trąci choćby okruchami romantyzmu. Ona po prostu osaczała faceta, On uciekał, ale chyba miał albo anielską cierpliwość, albo powód był inny, o którym nie wypada pisać. Bo znosić takie zachowanie, to serio. Ja bym jej dawno powiedziała, tam są drzwi, Zamknij i nie wracaj.

Co najgorsze, ja rozumiem, że z „miłości” można robić wiele głupot. Naprawdę. Tylko, jeśli już się takich dopuściło, nie trzeba o tym pisać. Zwłaszcza że chwalić nie było czym. Kuba ani razu nie wyszedł z inicjatywą. Nie mam pojęcia czy z jego strony było uczucie, czy zostało mu wmówione, a On dla świętego spokoju się zgodził?

Nie wyobrażam sobie, bym odstawiła takie szopki przed moim facetem. Można się wygłupić, ale naciskać na zaręczyny, zamieszkanie czy ślub. To jest moim zdanie zbyt wielka ingerencja w życie drugiego człowieka, który non stop powtarzał, że nie widzi wspólnej przyszłości. Hallo? Problem miał ktoś z przetwarzaniem informacji? Czy autorka nie rozumie słowa — NIE?

Ja powtórzę, cenie sobie Nicole jako lekarza. Nie mam zamiaru w tej dziedzinie się wypowiadać. Oceniam jej zachowanie jako postaci z książki, a że jest prawdziwe? No cóż, miała świadomość różnego pdbioru. Mnie by było wstyd. Tak po prostu, wstyd. Brak jakiejkolwiek godności.

I jeszcze chaos, podczas czytania, odnosiłam wrażenie, że pisała licealistka, która po raz pierwszy zdecydowała się cokolwiek napisać, no i wyszło bez ładu i składu. Moje dawno spalone pamiętniki były lepiej prowadzone. Czym się szczycić? Nie mam pojęcia. To raczej żenująca historia. Wręcz smutna, że niby inteligentna kobieta chwali się takim zachowaniem.

środa, 13 lutego 2019

Mów szeptem

źródło

Książki Pani Agnieszki Olejnik bardzo polubiłam, ale nie w każdej odsłonie. O ile te zajmujące się trudniejszą tematyką, po prostu uważam za fenomenalne, tak z kategorii lekkiej i może okraszonej humorem, zupełnie do mnie nie trafiają. Nad czym bardzo ubolewałam, ponieważ, uważam, że autorka jest jedną z lepiej piszących o tematyce trudnej, ale często bardzo ważnej.

Przyznam się, wycofałam się ze śledzenia nowości pani Olejnik, dopóki królowały klimaty zbyt frywolne. No i nagle, moim oczom ukazuje się na liście bestsellerów  ta oto książka. Nie mogłam przejść obojętnie.   Byłam pewna, że opisana historia będzie niesamowita. Czy była? 


Witek jest wyjątkowym młodzieńcem. Już jako dziecko ujawniły się w nim niespotykane cechy osobowości. I tak długo, jak żyła jego matka, chłopcu, a później nastolatkowi, udało się w miarę normalnie funkcjonować wśród rówieśników i dorosłych. Nauczyciele byli uprzedzeni do pewnych skłonności chłopca, jak i zachowań.

Niestety po jej śmierci, trafił pod opiekę babci, a wcześniej przeżył epizod w placówce, dopóki seniorka nie mogła się nim zająć.

Nastolatek przywykł do swojego odizolowania. Nauczył się, że ludzie, nie lubią tego, co jest inne. A on był inny, nic nie potrafił na to poradzić. Jednak taka była prawda. Nie rozumiał, dlaczego ma nie mówić prawdy, nie było dla niego tematu tabu. Kochał Szekspira i cytował za każdym razem, gdy sam nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.

I w końcu, do ich szkoły dochodzi Magda, Niezwykle kolorowa, wyróżniająca się z tłumu. Dla Witka, który odbierał bardzo intensywnie bodźce, coś nie pasowało w ubiorze dziewczyny. Jej osobowość nie krzyczała, a przecież kolory były bardzo jaskrawe. Coś w nowej koleżance zaintrygowało tego wyjątkowego, samotnego młodzieńca.

Magda stała się oryginalna. Nauczyła się, że bycie samemu, daje poczucie bezpieczeństwa. I lepiej odciąć się od innych ludzi, niż zostać przez nich skrzywdzonym.

Aż pewnego wieczoru, jej telefon się rozdzwania, a po drugiej stronie słyszy głos chłopaka. Nie ma pojęcia, kim jest rozmówca, nie chce tego wiedzieć.

I tak rozpoczyna się dziwna, ale niesamowita znajomość dwójki nastolatków, zupełnie od siebie różnych, a jednak podobnych. Witka widzącego słowa i Magdy, która potrzebowała ciszy.

Mam ochotę napisać — Ojej cóż to była za cudowna książka! Naprawdę, czekałam na tę odsłonę Pani Olejnik, za to, jak cudownie potrafi napisać o ludziach, którzy są inni w świecie utartym przez schematy. Gdzie bycie ponad przeciętnym klasyfikuje jako — wariata". Jakie to smutne, że Ci wyjątkowi, są odpychani, tylko dlatego, że nie wpasowali się w dawno temu utarte ramy.

I książka, wspaniale ukazuje taki problem. Bo Witek rzeczywiście jest inny, ale w żadnym razie gorszy. On po prostu odczuwa intensywniej. I ta zdolność może tylko i wyłącznie jemu przysporzyć smutków. Dla mnie, niesamowite były opisy, jak kolorował wypowiedzi rozmówców. W pewnym sensie zazdrościłam mu takiej zdolności.

Historia Magdy jest o wiele bardziej smutna, a wręcz tragiczna. I naprawdę przytłaczająca. Nie chciałam i nie chcę, wyobrażać sobie co musiała czuć. Przerażające jak ludzie potrafią być okrutni.

W całość zostało wplątane morderstwo, ale nie chcę się na ten temat rozpisywać. Uważam, że samemu należy odkrywać skrawek, po skrawku. Lektura tej książki była dla mnie niesamowitym przeżyciem. I nawet gdy już skończyłam, została w mojej głowie na długo.


 Uważam, że Mów szeptem powinna zostać przeczytana przez każdego. To nie jest książka, tylko dla i do młodzieży. Każdy, powtarzam każdy, powinien poznać tę historię i wyciągnąć z niej, jak najwięcej. Inny — nie oznacza gorszy.






   Książkę można kupić w księgarni Tania Książka


wtorek, 12 lutego 2019

Dziewczyna, która wybrała po raz drugi

źródło

Pamiętam, kiedy zaczęłam czytać poprzednią część. Byłam nieco zaskoczona tematyką, jaką wybrała Kasie West. Było to zupełnie w innym stylu i dla każdego fana, mogło się to wydawać nieco dziwne. Co nie oznacza gorsze. Autorka wprawdzie przyzwyczaiła swoich czytelników do jednej kategorii, jednak ewoluowanie zawsze jest w cenie, zwłaszcza gdy ustawiona poprzeczka, okazuje się strzałem w dziesiątkę. Gdy już pojęłam, o co chodzi, w pierwszej części, czytałam z ogromnym zainteresowaniem, a zakończenie sprawiło, że nie mogłam doczekać się kontynuacji. Teraz pozostaje pytanie — jak było? Czy West utrzymała poziom, a kierunek, jaki obrała, był właściwy?



Addison wybrała, a jej przyjaciółka, tak jak się umówiły, wymazała ścieżkę, którą nie zdecydowała się pójść. Teraz nastolatka zastanawia się, czy dobrze zrobiła. Wie, że musiała podjąć taką decyzję, tylko czy aby na pewno była słuszna?

Zaczynają się ferie i Addie, ma zamiar spędzić ten czas u ojca w świecie „Normalsów”, zanim jednak do tego dojdzie, musi przejść test w Wieży oraz przeszkolenie, by nie zdradzić się ze swoimi zdolnościami i niewiedzą, jak funkcjonować poza bramą.

Gdy już jest u swojego ojca, na pewnej imprezie poznaje dziewczynę, jak się okazuje, jest ona byłą sympatią Trevora. Chłopaka, którego poznała w poprzedniej ścieżce tej, której nie wybrała. Teraz widzi sytuacje z innej perspektywy.

W dodatku odkrywa pewną tajemnicę rodziców. Wiedziona przeczuciami, postanawia dowiedzieć się czegoś więcej. Odkrycie sprawia, że Addie, nie wie, komu może zaufać. Czuje żal i niepokój. Zwłaszcza że jej zdolności uległy zmianie, zaczęły się rozwijać. Dziewczyna nie ma pojęcia z kim może porozmawiać.

W tym samym czasie jej przyjaciółka odkrywa, że może przywracać wymazane ścieżki. Tylko musi popracować nad swoimi zdolnościami. Co jak się okazuje, wymaga pomocy pewnego młodzieńca - Connora.

A gdzieś na uboczu, kryją się ludzie, którzy bacznie obserwują poczynania Addison. Chcą bowiem kontrolować każdy krok ludzi mieszkających w kolonii. Jaki mają w tym cel? Co jest prawdą, a co kłamstwem?







Ostatnio mam szczęście do udanych spotkań książkowych. Kiedy wpadł w moje ręce egzemplarz tej książki, od razu zasiadłam do czytania. I nie oderwałam się od niej, dopóki nie skończyłam.

Nie zdążyłam się zastanowić, czy aby West mnie rozczaruje, bo wiadomo, różnie bywało. Tutaj na szczęście fabuła od razu wciąga czytelnika, nie ma czasu na zastanawianie. Jesteśmy w centrum wydarzeń. I zaczynamy żyć obok bohaterów.

W tej części Addison ma przed sobą do odkrycia pewne rodzinne sekrety. Jak się okazuje, nie tylko jej ojciec postanowił zamieszkać poza granicami kolonii, Kto jeszcze podjął taką decyzję i dlaczego zostało to ukryte przed nią? W dodatku, pracownicy Rządu, zaczynają śledzenie dziewczyny. O czym główna zainteresowania nie ma pojęcia.

Przyjaciółka Addie chce za wszelką cenę rozwinąć swoją zdolność do przywracania wspomnień, czy jest to w ogóle możliwe? Skąd pomysł na coś takiego? I co ukrywa tajemnicza koperta, którą nosi w torebce od dłuższego czasu?

Jest jeszcze Trevor, chłopak, którego poznała w tamtym życiu, ale i również w tym. Z tym że on, nie ma pojęcia o tym pierwszym. Kolejny raz staje na jej drodze. Tylko teraz w nieco innej sytuacji, ale serce dziewczyny reaguje podobnie, jak poprzednim razem. Co zrobić, kiedy była dziewczyna, ukochanego usilnie chce do niego wrócić, a ona stała się jej powiernicą? W dodatku Trevor i tym razem wykazuje się spostrzegawczością i zwraca uwagę na pewne zachowania Addison. Czy tym razem otrzymają możliwość na bycie razem?

Przeplatające się ścieżki losu, wymazane wspomnienia, tworzenie nowej rzeczywistości. Wydaje się wszystko pomieszane, ale zapewniam, tylko się wydaje. W dodatku, co się stanie, gdy przyjaciółce uda się odzyskać wspomnienia, które wymazała?

Książka wzbudziła we mnie wiele emocji. Czytałam jednym tchem. Chociaż zakończenie nieco mnie ostudziło, to całość była naprawdę świetnie napisana. Kasie West świetnie się spisała, a jej nowa odsłona, jak najbardziej do mnie przemówiła. Mam nadzieje, że to nie będzie tylko jednorazowy odskok od schematu. Czytajcie! Szczerze polecam.

Premiera 14. 02. 2019 


Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Feeria Young.













Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...