kwietnia 14, 2024

kwietnia 14, 2024

Rzeźbiarz łez

Rzeźbiarz łez

 

Są książki, które przeczytamy i właściwie już w chwili zamknięcia zapominamy o czym były. Są też i takie, pobudzające do myślenia i z nimi jesteśmy jeszcze przez chwilę po zakończeniu. Jest jeszcze jedna grupa książek. Po nich nic już nie jest jak było wcześniej. Wnikają w nas i pozostają na długo po tym, kiedy ostatnie zdanie, ostania kropka zostanie przeczytana. Takie książki trafiają się bardzo rzadko, ale kiedy już do nas trafią, dzieje się magia. I właśnie o takiej książce dzisiaj Wam napiszę...


Nicka wiedziała, że bycie delikatnym potrafi zdziałać cuda. Ratowała wszystkie zwierzątka, nawet, przed którymi każdy udziekał, bo wydawały się straszne, albo groźne. Delikatność - była życiowym przewodnikiem. A gdy straciła rodziców, to właśnie ono sprawiło, że przetrwała najtrudniejszy etap swoim życiu. I nie chodzi o przeżycie straty najbliższych ludzi. Czasem, gdy się wydaje, że już nic gorszego nie może się ptrzytrafić. Okrutny los, udowadnia, że potrafi doświadczyć jeszcze bardziej. 

Grave było miejsce, w którym dzieci po przekroczeniu progu traciły swoje dzieciństwo. Było miejscem, gdzie strach i ból stawał się codziennością.  Każda słabość okazywała się bronią dla osoby, która uwielbiała sprawiać cierpienie. Nigdy nie było wiadomo, kto, kiedy i za co otrzyma karę. 

Rigel nie znał swoich rodziców. Był dzieckiem Grave, został znaleziony pod drzwiami bramy. Został wychowany od niemowlęcia. Nie miał imienia. Jedyne co osobie wiedział, to że porzucili go rodzice,  bez jakiejkolwiek informacji w postaci listu, czy kartki choćby z imieniem. Znienawidzony wśród innych dzieci. Budził strach i przerażenie. 

 Nicka od zawszem marzyła o rodzinie. Gdy w końcu to marzenie ma szansę się spełnić. Okazuje się, że wraz z nią, zostaje adoptowany Rigel. Ten sam, przed którym uciekała całe swoje dzieciństwo.  



O "Rzeźbiarzu łez" dowiedziałam się zupełnym przypadkiem. Gdzieś wyświetliła się informacja o ekranizacji. Stwierdziłam, że zobaczę film i jeśli mnie zaciekawi - kupię książkę. Teraz, gdy poznałam już i książkę, mogę śmiało powiedzieć, że nie łatwo jest zrozumieć film, chociaż moja intuicja wyłapała, że to, czego nie zrozumiałam, te wszystkie niedopowiedzenia filmowe, będą miały swoje wytłumacznie w książce. Zamówiłam, a ile mnie kosztowało znalezienie książki z wysłką na już, a nie za miesiąc, wiem tylko ja.  Jednak czułam, wiedziałam, że ta historia mnie wciągnie. Nie przewidziałam jednego. Nie miałam pojęcia, że przeczytanie tej książki doprowadzi mnie do stanu w którym jestem teraz... 

Rzeźbiarz łez jest opowieścią, opowieścią pełną rozpaczy, opowieścią, która sprawia, że każda cząstka nas, zaczyna odczuwać ten ból.

Nicka i Rigel. Ona kierowała się dobrem i delikatnością, tylko delikatność mogła zdziałać cuda. Dlatego, nie potrafiła nikogo zranić. Nawet, gdy dostawała okrutne kary, kiedy uciekała zapłakana i przestraszona, potrafiła odnaleźć kolory w świecie, do którego trafiła. Na każdą ranę miała inny kolor plastru. Te plastry były lekarstwem na wszystko. Jednak każdego dnia, marzyła o domu i rodzinie. O ludziach, którzy przyjadą po nią i zabiorą z Grave...                                                                                                                 On był tym, przed którym wszyscy uciekali. Może nie odczuł strachu przed osobą, która krzywdziła inne dzieci, ale w jego sercu i umyśle skrywały się inne demony. Dzień po dniu, wyniszczały i odbierały nadzieję, że któregoś dnia, znajdzie się szansa na uratowanie.. 

 Chciałabym napisać tak wiele o książce, dla której zarwałam noc i czytałam tak długo, aż przestałam widzieć litery. A nawet wtedy nie chciałam odkładać, by czekać do następnego dnia. Nie umiałam rozstać się z nią rozstać, jednocześnie mając świadmosć, że jest ono bliskie.                                              Rzeźbiarz łez jest książką, która przenika nasze wnętrze i kiedy rozpoczniemy tę opowieść, nie będziemy mogli jej przerwać. A zakończenie, nie będzie definitywne. Bo ta opowieść stanie się częścią nas samych. 

Chciałabym napisać o emocjach, które towarzyszły mi podczas czytania.  Do momentu gdy  dotarłam do słów autorki. Słów, które mnie po prostu rozbiły na kawałki, zakończenie, które poruszło moje czarne serduszko. Przekaz tej książki jest tak piękny, tak cudownie utkany, że chyba nie można było ładniej ukazać i podsumować sedna tej opowieści. Mam jednocześnie wrażenie, że żadne moje słowa, nie są wstanie oddać uczuć, które towarzyszyły podczas lektury. Jak co chwila sięgam po książke, by odszukać fragment, cytat i pobyć tam jeszczę chwilę. Nie można o tym napisać, to trzeba po prostu poczuć.

Chciałabym żebyście poznali Rzeźbiarza łez, który opowiada swoją baśń, baśń pełną cierpienia i straconej nadziei...

Chciałam zostawić Wam  cytat z książki, jeden z piękniejszych jakie kiedykolwiek czytałam..

 

" I tak narodziła się Miłość. I poszła w świat, 

a pewnego dnia napotkała Ocean.

Ocean był oczarowany i podarował jej swój upór.

Spotkała Wszechświat, a on podarował jej swe tajemnice.

Spotkała Czas, a ten podarował jej wieczność.

Wreszcie spotkała Śmierć. Była przerażająca,

większa niż Ocean, niż Wszechświat, niż Czas. 

Przygotowała się, by stawić jej czoło, lecz ona 

podarowała jej światło. 

"Co to takiego?" - zapytała Miłość. 

"To nadzieja - odparła Śmierć. - Dzięki niej już zawsze,

nawet z daleka, będę wiedziała, że nadchodzisz. "


 

kwietnia 07, 2024

kwietnia 07, 2024

Góra Witosza

Góra Witosza



Druga część wycieczki do Staniszowa. Po zejściu z wzniesienia, na którym jest Zamek Księcia Henryka, minęliśmy kościółek i poszliśmy w miejsce gdzie jest początek podejścia do góry - jej wysokość to 484 m n. p. m. Nie będę ukrywała. Tutaj nie jest już lekko i przyjemnie. Schody od razy pną się mocno w górę, a samo podejście troszkę wymaga kondycji. Mnie akurat nie tyle nogi się zmęczyły, co miałam zadyszkę, ale nie z braku formy, ostatnio mam lekkie problemy zdrowotne, ale nie o tym. W każdym razie. Góra Witosza troszkę potrafi wycisnąć poty :).

Tak to wygląda od dołu. Szybko jest mocne podejscie i nie ukrywam jak podeszłam od razu zaczęłam się smiać, że nie ma czarowania. Zaczynamy z grubej rury ;). 

Trasa jest może troszkę wymagająca, ale naprawdę szalenie urokliwa, bo można znaleźć ciekawe przejscia w skałach, a to podziwiać jak wielka jest góra. Znaki świetnie prowadzą i nie ma szansy pomylić ścieżki. 

Wiecie ja zawsze mam lekki ubaw, kiedy sobie podpatruje na ludzi. Widać kto ma świadomość, jak powinno się wybierać na podejścia, nawet takie lekkie i może mało wymagające jak ta tutaj. No ale, gdy widzę panienki w kozakach z lateksu... to nawet mnie potrafi wmurować. Szczerze nie dbam o gusta, ale jednak brak wyobraźni budzi szok. Ludzie, nawet małe górki mogą zrobić krzywdę, jeśli jest się nieprzygotowanym. My dobrych butach, kilka razy straciliśmy przyczepność. Bo było stromo... 

 


Tak, tędy się przechodziło :) Bardzo przyjemnie i ciekawie. Mnie zastanawiało, czy to przejście samo powstało, czy może celowo? Nie wiem, muszę gdzieś poszukać informacji. 

 


Są i kolejne wspaniałe widoki, na całe pasmo gór. I nasza Śnieżka, która w tym roku pokazała, że potrafi być bezwględna. Teraz za każdym razem, gdy patrzę na tę ścianę, gdzie jest rynna śmierci, widzę tych ludzi... i nie mogę tego obrazu wymazać z głowy. To był piękny i słoneczny dzień, ale i tragiczny.  Śnieg w tym roku szybko znika, ale swoje zdążył zabrać.

Na tym koniec pierwszej wiosennej wycieczki, gdzie było cudownie ciepło, wręcz można było mieć wrażenie, że za chwilę lato wejdzie w całej okazałości.

kwietnia 02, 2024

kwietnia 02, 2024

Kwiecień! :) (:

Kwiecień! :) (:


Nastał kwiecień, a wraz z nim zrobiło się na chwile cieplej. Święta wyjątkowo zaskoczyły większość piękną pogodą i można śmiało było spędzić ten czas na łonie natury. O ile pierwszy dzień świąt leniłam się radonośnie wygrzewając przed domem, tak wczoraj tj, drugi dzień świąt, postanowiliśmy udać się na wycieczkę w celu spalenia kalorii :)

Tym razem padło na Zamek Księcia Henryka w Staniszowie oraz Górę Witosza.  Najpierw spacerkiem, nieśpiesznie ruszyliśmy w stronę Henia, bo jakoś to miejsce chciałam od dawna zobaczyć i ciągle było niepodrodze. Co można uznać za zabawnę, ponieważ codziennie jadąc do pracy, mijam wzniesienie na którym jest usytuowana budowla :)

Trasa jest naprawdę lekka i wręcz niewymagająca. Bardzo szybko mozna dotrzeć do celu. Jest kilka szlaków min. od Sosnówki. Marczyc oraz właśnie Staniszowa. U nas na wejsciu do ścieżki przywitał taki znak. Bardzo potrzebny, ponieważ wielu turystów "zapomina" o właściwym zachowaniu na szlaku. 


Dalej już była bardzo przyjemna ścieżka, która praktycznie leciutko pnie się ku górze, ale naprawdę wcale się tego nie odczuwa. Dopiero przy samym koóńcu można powiedziec, że jest lekko pod górkę :). 


My wybraliśmy się dosyć wcześnie. Śmiłam się, że gdy większość odsypiała rodzinne świętowanie, albo dopiero wstawała do śniadania, my już dreptaliśmy. Jednak warto było, ponieważ szlak był puściuteńki, dookoła spokój, cisza i gdzieniegdzie śpiew ptaków. Super! Na miejscu było kilka osób, ale miałam świadomość, że w drodze powrotnej, miniemy się z tłumamy. Nie pomyliłam się wcale ;)))).  Jednak zanim powrót, nasz cel był taki:


JJest to budowla wybudowana w 1806 roku. Niewielka i tak naprawdę wejście do środka jest tylko w celu dostania na wieżę widokową. Nie szłam, ponieważ nie lubię takich obiektów, dookoła było wystarczająco miejsca do podziwiania :).  Sami zobaczcie jakie piękne widoki można zobaczyć będąc na miejscu..
 


 Na miejscu jest sporo miejsca do siedzenia i odpoczynku, można śmiało przynieść jedzonko i zajadać chłonąc te przepiękną panoramę. Z tego co wiem, można również zrobić ognisko, ale chyba trzeba wcześniej powiadomić pracownika obiektu.  Nawet bez ogniska warto zabrać ze sobą prowiant i posiedzieć dłużej, miejsca nie brakuje, są stoliki, ławeczki, a nawet kamienie ;) widziałam nimi też nikt nie gardził. T

Tutaj już był koniec pierwszego etapu wycieczki, zmierzając w stronę widocznego w oddali kościółka,  musieliśmy przejsć kawałek dalej, by trafić pod Górę Witosza, o tej wyprawię napiszę w osobnym poście. Żeby nie było zbyt wiele na jeden raz ;). 

Dajcie znać, czy byliście w tym miejscu i jeśli nie, czy chcielibyście zobaczyć? Jest to przyjemna trasa na wycieczkę z dziećmi, naprawdę łatwo i przyjemnie. Polecam!









marca 27, 2024

marca 27, 2024

Ta, którą znam

Ta, którą znam


 Chyba pomału kończą się książki Małgorzaty Wardy, których jeszcze nie przeczytałam. Niestety jako czytelnicy musimy długo czekać na kolejną powieść. Wiem oczywiście, że warto, bo pisarka naprawdę świetnie przygotowuje się do stworzenia fabuły. Niemniej, jest mi zawsze smutno, gdy zostaje w oczekiwaniu. No cóż, podczytuje sobie te wcześniejsze. Tym razem, wybrałam "Ta, którą znam". 




Poznajemy Adę, pracuje jako modelka w Paryżu. Jej początki kariery wcale nie były takie piękne, jak można sobie wyobrazić. Droga do miejsca, w którym jest teraz, była niezbyt ciekawa i do końca przyjemna. Jednak uważała, że warto było. Daleko od domu, miejsca, które po śmierci matki stało się trudnym do przetrwania, a chwilami dosłownie tak się czuła. Jakby musiała przetrwać. Na szczęście - jak uważa, jest dobrze. Może żyć tak jak chciała. To znaczy mogła, do chwili zanim odebrała telefon. Z informacją, która wstrząsnęła, ale dopiero po pewnym czasie uzmysłowiło, jak wielkie zmiany, znowu będzie musiała wprowadzić w swoim życiu. 

Siostra Ady miała wypadek. Lekarze jasno dali do zrozumienia, że żyje tylko dzięki aparaturze podtrzymującej funkcje. Ojciec obu kobiet, nie umiał podjąć decyzji o odłączeniu sprzętu. To na młodszą siostrę spadło brzemię wypowiedzenia tych trudnych słów. A jeszcze gorsze było przed nimi. Były jeszcze dziewczynki, siostrzenicę, które właśnie miały zostać bez matki. Matki, którą cały czas miały obok siebie. Ojciec po rozstaniu, ciągle gdzieś podróżował. Teraz, gdy im obu zawalił się świat, też był nieobecny. Dlatego właśnie na Adę spadnie ciężka odpowiedzialność, zajęcia sprawami pogrzebu, wsparciem dziewczynek i jeszcze ojciec. 

Niełatwy powrót do domu. Konfrontacja ze wspomnieniami, z którymi nie chciała się mierzyć. Namierzenie Pawła - ojca dziewczynek. Próba zrozumienia i wyjaśnienia w jaki sposób doszło do tak tragicznego wypadku, w którym ucierpiała jedna z sióstr. 
Teraz pozostaje przed trudnym zadaniem - w jaki sposób wesprzeć dzieci, po tak brutalnej stracie? W dodatku z każdej strony zaczyna pojawiać się przeszłość, a z nią sprawa sprzed wielu lat. 




Jeśli ktoś czytał, albo przeczyta wcześniejsze moje opinie do książek Małgorzaty Wardy, będzie mógł zauważyć, że za każdym razem powtarzam jedno - to nigdy nie są łatwe historie. Czasem są wręczę obciążające czytelnika. Tym razem, może nie było aż tak trudno, jednak nazwisko pisarki zobowiązuje. Nigdy nie zawodzi i nigdy nie jest lekko. Tutaj będzie sprawa starego morderstwa, niejasnych relacji rodzinnych, gwałt i radzenie sobie z wypartą traumą. 

Postać Ady jest trochę złożona. Jej życie kiedy jeszcze mieszkała w domu rodzinnym, było skomplikowane. Gdy zmarła matka, starsza siostra przejęła obowiązki zajmowania domem. Z kolei na Adzie zostało wymuszone zarabianie na życie. To starsza siostra kontynuowała naukę w szkole Wyższej, zaś młodszej wmówiono, że musi pracować, by mogli przetrwać. Można zapytać co z ojcem. Ojciec, policjant i alkoholik. Właściwie pasowałoby, napisać w odwrotnej kolejności. Relacje Ady z ojcem nie były dobre, wręcz przeciwnie. Często stosował wobec niej przemoc psychiczną, a zdarzało się i fizyczną. Siostra, zdawała sobie z tego sprawę, ale zajęła się swoimi celem. Miała plany na życie, a co do Ady, musiała się podporządkować. 

Życie dziewczyny mogło się zmienić, gdy poznała Pawła. Ich relacja zaczęła się rozwijać pomału i szła ku dobremu. Do tego feralnego dnia. A później, po prostu nic nie było takie jak powinno. W domu było źle. Dlatego skorzystała z możliwości wyjazdu do Niemiec. Miała zapewnioną pracę i mieszkanie. Tak zaczęła się podróż do kariery, do szukania siebie, by na końcu odnaleźć odpowiedź w zupełnie innym miejscu. 

Książka jest napisana dwutorowo. Mamy wgląd w przeszłość i teraźniejszość. Widzimy jak wyglądało życie obu sióstr zanim ta młodsza wyjechała za granicę. Można zwrócić uwagę, że ich relacje były dosyć osobliwe. Mijały się ze swoimi celami życiowymi. Starsza osiadła w domu rodzinnym z córkami i mężem. Wiodła spokojne i wręcz można, by określić nudne życie jako nauczycielka w szkole. Z kolei mąż, nie potrafił usiedzieć. Jako dziennikarz i podróżnik, ciągnęło go do świata, miejsc niebezpiecznych i tematów, które wywoływały emocje. 

Gdy zagłębiamy w przeszłość i aktualne życie Ady, możemy zauważyć, że ciągle gdzieś pędziła. Na początku po prostu uciekła z domu, w którym spotkało zbyt wiele złego. Jednak wyjazd do Paryża wcale nie dał ukojenia, którego tak bardzo potrzebowała. Niechętnie wraca do Polski, do domu. Jednak właśnie powrót, będzie tym, co skonfrontuje z niedomkniętymi sprawami. 

Tematyka nie jest łatwa, ponieważ musimy wraz z bohaterką zmierzyć z wieloma trudnymi, wręcz traumatycznymi doświadczeniami. Nie wszystko jest takie, jak można na początku wyobrażać. Każda kolejna strona odkrywa tajemnice i przybliża do zrozumienia. Chociaż trudno powiedzieć, czy można zrozumieć popełnione krzywdy? 

Oczywiście polecam książkę, ale szczerze uprzedzam, nie znajdziecie tutaj lekkiej tematyki, którą można przeczytać w ramach poprawy humoru. Z drugiej strony, nie jest aż tak obciążająca, jak przy innych tytułach autorki. Ze swojej strony jak najbardziej polecam. 




marca 20, 2024

marca 20, 2024

Pamięć - film

Pamięć - film

 

                                                                    źródło


Jakiś czas temu, byłam z koleżanką z pracy na festiwalu filmowym Zoom - zbliżenia.  W naszym Jeleniogórskim kinie "Lot" wyświetlane są nagrodzone filmy kina niezależnego.. Podczas tych kilku dni można zobaczyć produkcje o przeróżnej tematyce. Na początku planowałyśmy pójść na "Bulion", w którym główną rolę zagrała znana Juliet Binoche, niestety posypały mi się plany na ten dzień i musiałam zrezygnować. No i jakoś zupełnie przypadkiem trafiło na "Pamięć". Czy ta przymusowa zmiana była dobrym trafem? 

Pamięć w reżyserii Michela Franco, opowiada o przypadkowym spotkaniu kobiety i mężczyzny. Ona ( w tej roli Jessica Chastain) jest niepijącą alkoholiczka, wychowuje swoją nastoletnia córkę. Pracuje w domu pomocy społecznej jako opiekunka. Praca nie należy do łatwych, ale daje stabilność finansową. Sylvia ma młodszą siostrę, z którą często się widuje. 

Sulvia wybiera się na imprezę organizowaną przez znajomą ze szkoły. Jest mnóstwo ludzi, ona nie bardzo odnajduje się w towarzystwie. W pewnym momencie, przysiada się do niej mężczyzna. Kobieta nie bardzo ma ochotę nawiązywać znajomość, więc opuszcza lokal i kieruje w stronę metro. Zdaje sobie sprawę, że mężczyzna podąża za nią, później okazuje się, że dociera aż pod mieszkanie w którym mieszka. Wystraszona zamyka drzwi i postanawia przeczekać do rana. Następnego dnia odkrywa, że ów nieznajomy zasnął pod budynkiem. Jest przemoczony od deszczu i nie bardzo wie, co się dzieje. Sylvia znajduje przy nim telefon, postanawia zadzwonić pod najczęściej wybierany numer, który należy do brata mężczyzny.  

Okazuje się, że nieznajomy nazywa się Saul, mieszka ze swoim młodszym bratem i jego córką. Saul choruje na demencję. Są dni kiedy pamięta wszystko i nie ma problemu z rozpoznawaniem ludzi i miejsc, ale czasami - jak wieczoru gdy poznał Sylvie, zapomniał co się dzieje. Dotarł za nią pod mieszkanie i nie potrafił wrócić. Brat Saula, prosi kobietę, by dotrzymywała mu towarzystwa w zamian za opłatę. Z początku Sylvia odmawia, ale w końcu decyduje się na pomoc. 

Relacja tych dwojga jest niesamowicie skomplikowana i podczas oglądania budzi w odbiorcy wiele, ale to wiele emocji. Saul cierpi na demencję, przez co przytrafia się wiele dziwnych, czasem naprawdę ryzykownych sytuacji. Sylvia skrywa straszną tajemnicę - i nie jest nią alkoholizm.  


                                                                         źródło

Nie mam pojęcia, co wzbudza największe emocje w tym filmie. Relacja jaka zaczyna się rodzić między tym dwojgiem ludzi. W końcu facet cierpi na demencję, wystarczy wygooglować, by wiedzieć jakie objawy niesie ta choroba. Co dzieje się z człowiekiem, na którego spadnie ta choroba. Z kolei przeszłość Sylvii, to co ja dotknęło, a raczej jak do tego doszło, jak była potraktowana, sprawiło, żywe chyba większość ludzi w kinie wręcz oniemiała.  Wręcz siedzieliśmy porażeni. Naprawdę ta jedna scena łamie serce. I  nagle wszystko staje się jasne. 

Wracając do Sylvii i Saula, jest to wspaniale ukazane uczucie, między dwojgiem ludzi, którzy poznali się na swoich własnych zakrętach życiowych. W całym "bałaganie", który przeżywali można było dostrzeć, że oboje siebie potrzebowali. Jakby irracjonalnie to nie zabrzmiało. Saul mimo swojej choroby pomagał Sylvii, a ona pomagała jemu. Niesamowicie twórcy ukazali ich dysfunkcje, które utrudniały życie gdy byli sami, a razem działali na zasadzie uzupełniania.  


                                                                  źródło

Nie mogę, nie napisać o córce Sylvii, która odgrywa w filmie bardzo ważna rolę. Często dzięki niej można było się roześmiać, ale i wzruszyć. Końcowa scena z udziałem córki Sylvii, wzbudziła chyba we wszystkich taki cudownych uśmiech na twarzy i po prostu czuło się te emocje, wśród oglądających. 

Szczerze mówiąc, szłam na ten film z lekkim wahaniem. Jednak jestem bardzo zadowolona, że go obejrzałam. To produkcja, w której jest niewiele dialogów, ale za to mnóstwo emocji. Ogląda się się po prostu sobą. Niesamowicie stworzony film, który zostaje w człowieku na dłużej, niż do chwili wyjścia z sali kinowej.  Jeśli będziecie mieli okazję zobaczyć  - szczerze polecam. A jeżeli ktoś widział, proszę niech napisze, czy również wzbudził takie emocje? 




marca 16, 2024

marca 16, 2024

Mało mnie tutaj..

Mało mnie tutaj..

 

                            Kura i kogutek dla zwrócenia uwagi, albo wsparcia estetycznego ;)(:

Na początku tego roku, miałam bardzo mocne postanowienie, że będzie dużo więcej postów i ogólnie regularnie zacznę wszystkich odwiedzać. I wiecie jak to jest, jak z powiedzeniem sobie - przestaje jeść słodycze, po czym idziemy po batonika, bo właśnie teraz jest ta ogromna potrzeba zjedzenia. Naprawdę była przekonana, że moje pisanie będzie częste, bo tematów nigdy nie brakowało. Niestety zabrakło czegoś innego. Zajmowałam się i nie umiem poradzić z przełamaniem. 

Najpierw byłam chora, później jak już się ogarnęłam, wróciłam do pracy, do codzienności, gdzieś mi wszystko zaczęło uciekać. Bo w domu dużo do zrobienia, bo już cieplej i fajnie coś w ogrodzie porobić. To wybrałam się z koleżanką z pracy do kina, na film o którym chce bardzo napisać, bo wywarł na mnie tak mocne wrażenie, że jeszcze na drugi dzień o nim rozmawiałyśmy. Mimo, że to nie była żadna głośna produkcja i ogólnie, ktoś mógłby przejść obok niego bez entuzjazmu, jednak więcej  napiszę o nim później. Obiecuję! 



Po moim czytelniczym zrywie, podczas choroby nie pozostało śladu. Utknęłam z czytaniem, co złapie za jakiś tytuł, mam wrażenie - to nie jest to. Jest tyle książek, a trafić na naprawdę interesującą i wciągająca, graniczy z cudem. Coraz częściej mam ochotę wracać do starych i sprawdzonych. Boli mnie, że moje ulubione autorki, albo nie piszą, albo nie są wydawane w Polsce. I mam nerwa na siebie, że nie znam angielskiego, wtedy mogłabym czytać i mieć w d.. naszych wydawców, którzy stawiają na jakieś taśmowe produkcję, które są jak odciśnięte od kalki, a naprawdę wartościowe umierają niezauważone... 

Ot, widzę taki mi post się tutaj buduje lekko narzekający, przeplatany frustracją? Dziwne, humor mam od jakiegoś czasu całkiem w porządku, ale jak widać coś w środku uwiera. Chyba ta blokada, o czym pisać? Na ile można sobie pozwolić, nie lubię cenzury, no ale.. 

Odbiegając od narzekania - jak Wam się podobają prezentowane kury? :) O te kury walczyłam niczym lwica, ogólnie moja mamusia w tym roku złapała bakcyla żeby mieć kury na święta. W sensie takie ozdoby. Tak mnie tym nakręciła, że biegałam po sklepach w poszukiwaniu kur ;)). Nie zające, nie kurczaki, czy jajka, tylko kury! 

No ale jak kura, powinien  być i kogut. Dlatego kupiłam komplet., Bardzo piękny moim skromnym zdaniem. Zachwycam się nim, mama również. Warto było - dla ciekawych, cena - 59 zł. 

Kupiłam jeszcze dwie inne, jedna z Biedronki, poniżej pokaże. W każdym razie, ostatnio sobie gdzieś orbituje i szukam samej siebie w sobie. Zwróciłam uwagę, że mam ochotę na jakąś podróżą sama ze sobą. Tylko nie wiem kiedy. Bo na majówkę jadę z mamą haha. No ale, nic straconego, mama się już "ustawiła" z koleżankami w miejscu w którym będziemy, więc będę mogła pobyć sama.


                                                            Kura biedronkowa za 15 zł 

Ogólnie to planujemy ruszyć z załatwianiem spraw dotyczących budowy domu. Jejku jak pomyślę o całym przedsięwzięciu to już mi się słabo robi. I jak bardzo nie mogę się doczekać stanu - już po, tak myślę o tym, co będzie w trakcie, doprowadza do nie powiem czego. No ale, jak zaczniemy to pójdzie prawda? Niech mnie ktoś pocieszy błagam. Działka jest cudowna, widoki jeszcze bardziej. Tylko te procedury, wszystko... ojej. No narzekam! ;)  wybaczcie, ale czasem chyba człowiek musi ha ha. 


Tak więc, jak widzicie moi drodzy - o ile doczytaliście całość i przebrnęliście przez moje wypociny, jestem sobie. Pracuje i chyba najbardziej na tym skupiam. Wiecie, już dawno praca nie dawała mi tyle przyjemności. Naprawdę i chyba dlatego jest mnie mniej, bo po pracy, zajmuje domem i tak to się kręci. Aaa no i ciągle kupuje. Mam wiele nowości, jak chcecie, to dajcie znać zrobię prezentacje ;) 

Mam nadzieję, że o mnie nie zapomnieliście. Czytam wasze posty, tylko zazwyczaj najnormalniej w świecie, komentuje w głowie i idę dalej. Wybaczcie!! 




marca 02, 2024

marca 02, 2024

Cześć w marcu! :) (:

Cześć w marcu! :) (:

 

Witajcie w marcu! :) Marzec to taki miesiąc kiedy jest jeszcze zimno, często lubi przymrozić, a nawet sypnąć śniegiem, ale człowiek wie, już czuje nadchodzące ciepło. I to jest piękne. Jednak dziś nie o pogodzie.  Dziś będzie modowo z końcowymi wspominkami i przemyśleniami, jak człowiek nie docenia tego co ma, chociaż w tym przypadku będzie, czego nie było.. ale o tym za chwilę. Bo najpierw wspomniana moda.

Okres jesienno-zimowy jest dla mnie gromadzeniem. Garderoby na wiosnę i lato ;). Te zimne i ponure dni, umilam sobie szperaniem w sieci, wiele razy wspominałam, że jestem łowca promocji. Dlatego większość przedstawianych rzeczy będzie właśnie perełkami promocyjnymi, Nie wszystkie, ale i tak nie żałuję ich zakupu. Zaczynamy? :)




      Pierwsze są buciki, których nie planowałam kupić. Podczas szukania botków na teraz, wpadła mi przed oczy strona Brilu, a tam wyprzedaż bucików. Zajrzałam i oczy prawie mi wypadły :) siłą nie wiem jaką powstrzymałam się by nie kupić więcej... A te butki, były przecenione z 350 zł na 79 zł. Sami rozumiecie, trzeba było. A jakie wygodne! Ojeju, mięciutkie, pasują idealnie. Wiem, obcas prawie żaden, ale już nie mogę wysokich, mój krzywy kręgosłup bardzo dobitnie daje do zrozumienia co sądzi o pięknych szpilkach.. 



Kolejna para butków, która wpadła mi w oczy - popielate pantofelki, tutaj obcasik nieco większy, ale oczywiście bez szału. Wiem, dla kobiet lubiących zgrabne szpileczki wyglądają mało atrakcyjnie.. jednak czasem trzeba iść na kompromisy z samym sobą :). Cena podobną, obniżka z 300 zł z hakiem, na 79 zł.  


A zaczęło się od tych botków :) Bo właśnie konkretnie o takich "obów" mi chodziło. Chciałam na lekkim słupku, który będzie wygodny. Te mi wyskoczyły jako pierwsze. Idealne i szalenie wygodne. Tutaj obniżka również zacna, chociaż nieco droższe od dwóch powyższych - 119 zł chyba z 300 zł z hakiem. 

Jak widzicie trafiłam na piękną promocje w klepie Brilu. A teraz zaprezentuje trencz jaki zakupiłam podczas ferii zimowych u przyjaciółki. 


Płaszczyk wpadł mi w oczy jak tylko weszłam do sklepu. Wisiał sobie i gdy tylko spojrzałam, wiedziałam, że musi być mój, Przymierzyłam i przepadłam :). Kupiłam w niemieckim H&M za 49 euro. 


Kolejnym łupem jest marynarka. I tak, wiem. Kolory z pewnością większość odstraszą ;) ale kocham kolory, a wiosną to kolory i będę w niej dumnie paradować. Jest idealna. Taka moja. Dokupiłam do niej jasnożółte spodnie livansy, ale to już pokaże jak się kiedyś ubiorę, jak razem się prezentują :).  Marynarkę kupiłam w sprzedaży internetowej za 129 zł. 


Na koniec o przemyśleniach, jakie mnie naszły podczas wykopania pewnych zdjęć (zamieszczę poniżej). Otóż zaczęłam się odchudzać! Zrezygnowałam ze słodzenia herbaty i kawy, co dla mnie jest naprawdę wielkim wyzwaniem. Słodziłam dużo, o wiele za dużo. Dodatkowo wzięłam się za ćwiczenia. No i kochani, nie ma nic lepszego w odchudzaniu jak porządny motywator. Szukałam w odmętach galerii pewnego zdjęcia, aż trafiłam na perełki z zamierzchłej przeszłości. 


No więc kochani, jak zobaczyłam te zdjęcie, zrozumiałam jaki człowiek w młodości potrafi być głupi. Ja tutaj ważyłam naprawdę mało, moja figura była super. A cały czas mówiłam, że jestem gruba. Więc chudłam, chudłam i chudłam, aż przestałam kontrolować to odchudzanie. 


Tutaj ważyłam jeszcze mniej, a wiecie co widziałam patrząc w lustro? GRUBE NOGI. Boże, ileż bym dała by moje nogi teraz tak pięknie wyglądały... i mogłabym się zaśmiać na te wspomnienia, ale one nie są przyjemne. Bo mimo uśmiechu, był to najgorszy czas w moim młodym życiu, a etap gdy robiłam te zdjęcia, poprzedził mój najgorszy stan odżywiania. Jak pisałam, straciłam kontrolę i przyszedł moment, kiedy przestałam jeść. Po prostu już nie jadłam. O tym, jak do perfekcji opanowałam okłamywanie każdego, że jem, może kiedyś napiszę. 

A przemyślenia mam takie, że bycie perfekcyjnym potrafi doprowadzić do nieszczęścia. Dlatego teraz, zaczynam dbać o siebie z głową. Sprawdzam co i jak, żeby mój organizm nie dostał po d... ale nie mam parcia żeby gwałtownie zrzucić wagę. Grunt to dobre samopoczucie:)






Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger