maja 09, 2026

maja 09, 2026

Maj

Maj




 Zaczął się maj, mój ulubiony miesiąc, a ja słuchajcie przegapiłam, pierwszy raz od tych czternastu lat o  wpisie urodzinowym;)) trudno. Widać tak miało być. 

Weekend majowy był bardzo bardzo aktywny, jeszcze nie miałam pojęcia, że po dwutygodniowym zwolnieniu, znowu mnie wyhamuje, ale o tym później. Tymczasem pierwszego maja, udaliśmy się z moim R do Kłodzka. W planie były podróże pociągami. Linie KD - podejrzewam, że nie tylko u nas, u innych jest podobnie, wypuszczają opcję biletów weekendowych. Fajna sprawa. Koszt wynosi 59 zł i można jeździć ile się chce. My wyjeździliśmy na max. 


Z Kłodzkiem jakoś do tej pory nie mieliśmy szczęścia, ponieważ co się wybieraliśmy to trafialiśmy w deszcz. Więc mało co mogliśmy zobaczyć, pochodzić i w ogóle. Tym razem wiedzieliśmy, że pogoda nie zawiedzie, bilety były. Naszym kierunkiem głównym był Fort Owcza Góra. Wiedziałam, że jest w tym mieście twierdza, ale o forcie nie słyszałam, dlatego też, z ciekawością poszłam popatrzeć na mniej znany obiekt. 

Jak widać na zdjęciu u góry, droga jest szykowana - pewnie pod turystów i nie tylko, ponieważ w  budynku fortecy znajduje się, a pokażę wam później, na razie idziemy  po kolei:). 



Tutaj jeśli ktoś jest ciekawy może sobie doczytać, co jak, kiedy i do czego służył. Ja tymczasem chciałabym napisać jakie wrażenia podczas spaceru. Jak wspomniałam wcześniej, buduje się droga, ale nie tylko, widać, że miasto rozpoczęło pracę nad tym terenem, czy będzie to zagospodarowane na kształt twierdzy, oddanej do użytku turystów, a może coś jeszcze?






W jednym z wyremontowanych budynków został umieszczony wydział Urzędu Miasta Kłodzko i z tego co pamiętam ,to chyba ochrony środowiska lub coś takiego. No fajne miejsce z widokiem na twierdzę, ciekawe jak to zimą będzie wyglądało. Znaczy dojazdy;). 


Dookoła fortu przechadza się między drzewami nad suchą fosą. Dla ciekawych - można tam sobie zejść i zobaczyć wnętrza, które jeszcze nie zostały przejęte przez miasto, do remontu jeszcze chwila i można sobie zobaczyć stan, jaki zachował się na przestrzeni lat.  I tutaj zawsze mam takie mieszane uczucia. Z jednej strony cieszę się z remontowania, dbania o takie miejsca, ale z drugiej ta ich dzikość i surowość ma w sobie to coś..

Idziemy do miasta:)




Jak Kłodzko to słynny most, który jest nazywany miniaturą mostu Karola w Pradze. Byłam na tym dużym i jakoś nie pamiętam by zrobił na mnie wielkie wrażenie, poza tłumem ludzi. Może dlatego:).
Pamiętać należy, że przez Kłodzko dwa lata temu przeszła powódź, byłam świadoma, że na pewno ślady będą widoczne, ale nie ukrywam. Miasto naprawdę ładnie się dźwignęło.


I teraz niestety będą zdjęcia nieco gorszej jakości, ale chciałam wam pokazać jaki jest ładny budynek Urzędu Miasta i piękny zegar na nim. Nie mam pojęcia co zrobiłam w ustawieniach, ale wyszły jak z kalkulatora ;))))



Miasto jest klimatyczne, czuć jego historię i to ile przeszło - nie ma co ukrywać, powodzie niestety często dotykają Kłodzko, a ono mimo wszystko dźwiga się i funkcjonuje dalej. Znając siebie, po pierwszym ryzyku zalania, pakowałabym manatki i uciekała jak najdalej. 


Główna sprawczyni ostatniej powodzi, niewinna i spokojna. Wygląda jakby nic się nie stało... 



Bardzo spodobała mi się zachowana stara brama wejściowa. Nieco zabawnie wygląda w połączeniu z nowoczesnymi i nie ma co ukrywać - brzydkimi drzwiami. Kontrastują solidnie ;) ale brama piękna! 


Nie no serio nie mam pojęcia, co mi się zrobiło z ustawieniami, czy jakiś fatalny efekt aktualizacji.. 
W każdym razie, chciałam pokazać jakie piękne malunki znaleźliśmy podczas spaceru w parku. 


        Na środku chodnika stoi sobie i przypomina, jak to kiedyś się czerpało wodę :)





W drodze powrotnej wysiedliśmy w Wałbrzychu i wybraliśmy się na jedzonko do restauracji Złota Stacja, na cześć historii o złotym pociągu, o którym swego czasu było bardzo głośno. Czy kiedykolwiek był, czy jest? Nie wie nikt, ale szum był, a na jego fali powstała bardzo przyzwoita knajpa, która jest bardzo klimatyczna. Fotele jak z pociągu, są nawet przytwierdzone koła, na półkach stare walizki bagażowe. Jedzenie naprawdę dobre - zupa krem z pomidorów obłędna. Jeśli myślicie, że nie da się zrobić nic nadzwyczajnego z pomidorów, to w tym miejscu zmienicie zdanie :) 

A na koniec, perełka miejskiej architektury. 


Staliśmy sobie, patrzyliśmy i tworzyliśmy różne teorie na temat owej ściany i reszty budynku. Było zabawnie. Taki oto Wałbrzych, niegdyś kojarzony z biedą i szarością. Teraz zaczął naprawdę ciekawie się prezentować i warto zajechać, żeby zobaczyć jak miasto powstało w pyłu węglowego i naprawdę  otrzepało z brudu.  


Na dziś tyle, kolejny wpis będzie z innego dnia weekendu majowego:)

kwietnia 15, 2026

kwietnia 15, 2026

Przymusowy „odpoczynek”

Przymusowy „odpoczynek”


Ten post jest pisany z telefonu, zatem wszelkie niedociągnięcia uprasza się żeby wybaczyć ;). Troszkę się rozłożyłam ze zdrowiem, zostałam u mamy bo jest z nią jeszcze gorzej - zapalenie płuc. Zapomniałam zabrać laptop. Tak więc, pozostaje publikacja z telefonu. Lepszy rydz… 

Zrobiło się niby wiosennie, ale jakoś zimno. Miniony weekend spędziłam w na zajęciach. Trudno napisać, że było fajnie. Bo niestety choróbsko zaczynało się rozkręcać, więc bardziej się umęczyłam niż nauczyłam. W każdym razie coś nie coś z tego zjazdu wyniosłam. A i tera mam czas na nadrabianie nauki ;)). 


Tak więc chorujemy sobie z mamą w duecie. Szkoda, że w takiej sytuacji spędzamy razem czas, bo jednak bardzo się martwię. Wydaje mi się, że leki dobrze zadziałały bo chyba jest niewielka poprawa. Mama oczywiście stanowczo odmówiła pobytu w szpitalu. Dlatego monitoruje jej samopoczucie i w razie pogorszania nie będę się zastanawiała ani chwili. Na szczęście jest grzecznym pacjentem i się słucha zaleceń :). 

U mnie na szczęście wysiadła tylko krtań, mam piękny głos i kaszel;))

A dziś podrzucę wam murale. Nie muszę przypominać, że jestem fanką murali:) 









Nie ukrywam, że moim ulubionym jest ten z żabami :) ma w sobie to coś! 

Nie będę zbyt wiele pisała bo sami rozumiecie, że z telefonu to jest męczarnia. Niemniej, jestem i troszkę do was pozaglądam :)))) 

kwietnia 01, 2026

kwietnia 01, 2026

Lolita

Lolita

 

Pewien etap się zakończył. Lolita, moja kochana Lol odeszła. Była w domu moich rodziców 11 lat. O wiele dłużej niż początkowo dostawała szanse. Historia tej pięknej buraski jest jakich wiele. Dokarmiana strzykawką i walka, żeby przeżyła. Była mała i rozkrzyczana, jej przednie łapki były krótkie, co dawało zabawny widok, ale z mamą miałyśmy świadomość, że to nie tylko taki "urok", że to efekt jej niedożywienia, jeszcze gdy karmiła się mlekiem matki, przez chwilę. Bo potem została zdana na los. 



 Była maleńkim urwisem, ileż przegryzła mi kabli od słuchawek - nie zliczę. Jak cudownie aportowała! Biegała za kulkami z papieru i przynosiła w ząbkach, czekała aż rzucę i startowała jak torpeda. Potrafiła godzinami mnie tym męczyć, ale tak naprawdę uwielbiałam te naszą zabawę. 

Nie lubiła głasków, nie pozwalała nosić się na rękach. Ona decydowała kiedy i do kogo przyjdzie i się otrze o nogi, albo położy na łóżku obok - bez przytulania. 

Ustawiła wszystkie koty, nikt jej nie wchodził w drogę. Kroczyła niczym lwica przed swoimi poddanymi. Jednocześnie miała w sobie mnóstwo uczucia, kiedy pewnego dnia pojawił się Dzidziuś, maleńki kotek, którego porzuciła matka, Lola go przygarnęła i opiekowała. Była przy nim aż dorósł. 

Miała silny charakter, ale nikt nigdy nie słyszał żeby miauczała. Była cicha, a jednak wszyscy wiedzieli kiedy jest zła. Nawet, a może zwłaszcza my. 



Cichy towarzysz, przychodziła, układała się obok i po prostu była. Zawsze gotowa żeby pokazać - jestem. Jej ulubionym miejscem  była lodówka. Wyczekiwała dodatkowego karmienia, nigdy nie przepuściła okazji. Z biegiem czasu zmieniła się w kuleczkę na czterech łapeczkach. 



Była tylko jedna osoba, której pozwala się głaskać i brać na ręce - tato. Kiedy zachorował trwała przy nim niczym strażnik. Nie odstępowała na krok. Gdy pojechał do szpitala, wyczekiwała na jego łóżku aż wróci. By później dalej pilnować. Kiedy umarł, szukała go po całym domu. Aż w końcu znalazła sweter i się w nim zakopała. Nie wstawała przez kilka dni, nie pozwalała sobie go zabrać. Jej rozpacz była wręcz namacalna. Nie chciała jeść, patrzyła tymi wielkimi oczami, jakby chciała powiedzieć - nie dopilnowałam. 

Mam nadzieję, że się znaleźli, gdziekolwiek poszli. Wierzę, że już są razem. 

marca 28, 2026

marca 28, 2026

Połaniecka

Połaniecka

 


Końcem marca przychodzę z polecanką książki. Dziś będzie mocna historia, a wszystko co zostało opisane zostało oparte o prawdziwe wydarzenia. Na potrzeby formy książki imiona i nazwiska bohaterów zostały zmienione, ponieważ nie jest to typowy dokument. Mnie osobiście nie przeszkadzał taki zabieg. Jest sporo podkastów i innych publikacji ściśle odwzorowujące ludzi, miejsca i zdarzenia. 

Nie przedłużając, przejdźmy do konkretów, a kto jeszcze nie poznał choćby zarysów tego morderstwa, może być pewny - tu nie było działania w afekcie. Nic nie było dziełem wypadku ani przypadku. 


Jest grudzień 1976, mieszkańcy Zrębina zbierają się na pasterce w pobliskim kościele. Wśród nich jest młode Małżeństwo - Krystyna i Mieczysław, już niebawem mają zostać rodzicami. Wraz z nimi na mszy jest młodszy brat Krystyny - Stasiu. Chłopiec mimo zmęczenia, dzielnie uczestniczy w pasterce. Kiedy nagle do młodej kobiety, podchodzi "kuzynka" informując, że ojciec Krysi robi awanturę w domu i muszą jak najszybciej wracać. 

Małżeństwo wraz z chłopcem pośpiesznie wychodzą z kościoła, kierują się do stojących niedaleko autobusów, które mają odwieźć uczestników pasterki do domu. Jednak gdy kobieta prosi kierowcę o podwiezienie, mówiąc jaka jest sytuacja, uzyskuje odpowiedź odmowną. Nie rozumiejąc okazanej niechęci decyduje się na powrót do domu pieszo. Jest zima, pada śnieg, mróz. Młoda kobieta w piąty miesiącu ciąży, wraz z mężem i bratem kieruje się do domu. Nie wie, że wyrok śmierci za chwile zostanie wypełniony.  

Nie ma pojęcia, że za kilka minut będzie patrzyła jak znajomi jej ludzie potrącą, a później przejadą po głowie jej brata. A później roztrzaskają głowę męża potężnym kluczem. By wreszcie odebrać życie jej wraz z nienarodzonym jeszcze dzieckiem. Wszystko w atmosferze Bożego Narodzenia, ciszy nocy i trzydziestu świadkach siedzących w autobusie. Ludziach, którzy siedzieli, słyszeli, niektórzy widzieli i nic nie zrobili. 


Morderstwo, które odbyło się tamtej grudniowej nocy było okrutne i brutalne. Jednak jest to dopiero początek przerażającej prawdy. Ponieważ gdy zostaje ukazany motyw, cała sytuacja wydawałaby się wręcz absurdalna, gdyby nie świadomość, że Ci ludzie zostali zabici w tak bestialski sposób. Dodatkowo cała otoczka, budziła szok i niedowierzenia. Główny inicjator i morderca, który bardzo dokładnie i z premedytacją zaplanował kiedy, gdzie i w jaki sposób pozbawi życia młodych ludzi. Pokusił się o coś o wiele gorszego. Zmusił i zastraszył pasażerów autobusu do milczenia. Kazał każdemu składać przysięgę na krew i krzyż. 


Dawno temu poznałam zaledwie zarys tej zbrodni, już wtedy wzbudziła we mnie wiele emocji. Gdy zupełnym przypadkiem zobaczyłam książkę opartą na tamtych wydarzeniach, bez chwili zastanowienia zdecydowałam się na przeczytanie. 

Było, a może dalej jest, wiele rzeczy, które w tym wydarzeniu wzbudzają przerażenie. Nie tylko motyw, bo ten był wręcz kuriozalny.  Tutaj niesamowicie jest przedstawione jak dążenie do władzy potrafi wypaczyć ludzkie odruchy i reakcje. Jednak najbardziej moją uwagę i reakcje wzbudzała zmowa milczenia. Tylu ludzi w autobusie, nikt nie tylko nie zareagował podczas popełniania zbrodni, ale nikt później nie miał problemu kłamać bez mrugnięcia okiem podczas pierwszego dochodzenia. 

Tylko jedna osoba. Jeden chłopiec. Miał odwagę opowiedzieć prawdę. Znalazł się w pobliżu autobusu przypadkiem i widział większość makabrycznego obrazu. 

Zdaje sobie sprawę, że można debatować nad postępowaniem ludzi w autobusie. Z jednej strony siedzieli zamknięci, bezbronni i przerażeni. Z drugiej - byli w większości. Było ich liczebnie więcej, co zwiększało ich szansę, przed oprawcami.  Niemniej wtedy,  w tamtej chwili nie zrobili nic. A później wrócili do swojego życia i ukrywali makabryczną prawdę. Nawet wtedy, gdy milicja podała do informacji publicznej, że stwierdzono morderstwo, a nie nieszczęśliwy wypadek jak to zgłoszono w pierwszej wersji. 

Na koniec. Morderca, który przewodniczył wszystkiemu, do samego końca wypierał się swojej winy. Nie tylko nie okazał skruchy czy wyrzutów sumienia. On po prostu do końca, nie czuł swojej winy. 



marca 01, 2026

marca 01, 2026

Śnieg przykryje

Śnieg przykryje


 Dawno nie było wpisu o książce - nie żebym nie czytała. Wręcz przeciwnie, czytam sporo, tylko więcej z działu psychologii.  Oczywiście mogę podrzucić kilka ciekawych tytułów jeśli będzie ktoś zainteresowany. Tymczasem wpadło coś bardziej rozluźniające umysł.  Tutaj tytuł z polecenia mojej zaufanej blogerki, której polecenia biorę w ciemno!:) 


Wyobraźcie sobie, że ktoś z waszego otoczenia, nawet rodziny wychodzi z domu i ślad po nim ginie. I  I nagle wraca w ten same dzień, po 25 latach, nie mając świadomości, który jest rok. Dla niego czas się zatrzymał.  Nie ma pojęcia co działo się kolejnego i następnego dnia, przez te wszystkie lata. Jego pamięć zatrzymała się w odległej przeszłości do dnia feralnego wydarzenia. Jedyne o czym potrafi opowiedzieć,  to jak wyglądało jego życie przed wyjściem z domu. 

Tak właśnie było z Ryśkiem, wracał zdenerwowany do domu, utyskując w głowie na żonę, która nic nie robi, a on jedyny żywiciel rodziny, ma wszystko na głowie. Po wejściu do domu zwraca uwagę, na wygląd małżonki, która jak stwierdza - strasznie zbrzydła. Z kolei kobieta, zachowuje bardzo nerwowo, wręcz nienaturalnie. Informuje przez telefon syna i z niepokojem czeka na kolejny rozwój wypadków. 

Rysiek trafia do szpitala, gdzie zespół poinformowanych wcześniej lekarzy, zajmuje się przypadkiem mężczyzny, którego pamięć zatrzymała się 25 lat temu. Co się działo przez kolejne lata? Gdzie przebywał i dlaczego nagle wrócił? Te i inne pytania zaczną padać z wielu ust. 

Co wydarzyło się pamiętnego dnia przed wigilią, kiedy Rysiek wyszedł z domu po choinkę i nie wrócił? Dlaczego poszukiwania policji nie przyniosły żadnych rezultatów, jak wygląda prawda i wreszcie - czy mężczyzna może odzyskać pamięć? 





Nie ukrywam, że w ostatnim czasie zaczynałam wiele książek, ale nie czułam tego czegoś. Rozumiecie, zaczynacie czytać i już wiecie, że się nie oderwiecie. I tak właśnie było z Śnieg przykryje. Tylko zaczęłam czytać i mnie pochłonęło. Wątek z zatrzymaniem pamięci na wydarzeniach sprzed 25 lat było szalenie intrygujący. 

Książka ukazuje nam różne perspektywy, poznajemy Ryśka, którego pamięć zatrzymała się 23-go grudnia 1999 roku. Wyłania nam się obraz młodego mężczyzny z jakim nikt nie chciałby mieć wiele wspólnego. Jednak jego pamięć zapętla się w przedziwny sposób. Nie chcę za wiele zdradzać ponieważ największą frajdą czytania, było odkrywanie, skrawek po skrawku całej układanki. 

Jest wiele postaci wielowymiarowych, bardzie interesująco zrobiony zarys psychologiczny, jedyną osobą, której zachowanie można było konkretnie zdefiniować był Rysiek, pozostali okazali się bardziej złożonymi osobowościami. Nie wiem, czy polubiłam kogokolwiek, bardziej sobie analizowałam ich zachowanie, motywy i zastanawiałam co ja bym zrobiła, jak się zachowywała. Tak, ta książka jest bardzo dobra do analizy ludzkich reakcji i pobudek. 

Zdaję sobie sprawę, że niewiele napisałam o fabule, ale tak właśnie powinno być. Tę książkę należy przeczytać jeśli lubicie gatunek. Zdradzenie szczegółów fabuły, może zepsuć radość odkrywania wyjaśnień. Jest jeden wątek, do którego czuję niedosyt i mam wrażenie, że nie został w pełni dokończony i wyjaśniony, ale raczej nie rzutuje na ocenę całości. 

lutego 21, 2026

lutego 21, 2026

Lutowe o wszystkim i o niczym :)

Lutowe o wszystkim i o niczym :)


 SESJA ZA MNĄ! No więc moi drodzy, jestem szczęśliwą studentką po zakończonej sesji. Egzaminy zdanie. Wszystkie na pięć. Aktualnie mam przerwę od zajęć, troszkę sobie zluzowałam z nauką. Jednak nie do końca, bo zaczęłam kolejne praktyki. Te będą mnie już bardziej stresować, ale o nich innym razem :).  Ważne, że mogę sobie odetchnąć od nauki.

Nie żebym miała spokój. Bo jak już człowiek myśli, że jest dobrze, to wyskakuje coś innego. Otóż mojej mamie zrobiła się dziura w nosie. No niby w nosie mamy dwie, więc żeby tym dwóm nie było "przykro", zrobiła się trzecia, gdzieś w okolicy przegrody i wywołuje krwotoki. Konieczny jest zabieg. Były badania, konsultacje jedne i drugie... I tak to się kręci, mama odpoczywa. A ja pilnuje żeby nic się tam nie działo niepokojącego. 


A jak już siedzę u mamy, to robię różne porządki i patrzcie co znalazłam ;) 



Miałam w liceum nauczyciela od Przysposobienia Obronnego, który po odejściu na zasłużoną emeryturę, każdemu uczniowi, którego uczył. Wysyłał takie pocztówki. Było ich więcej, pewnie gdzieś jeszcze są, ale akurat ta mi wpadła w ręce podczas przeglądania szpargałów. Miła to pamiątka, lubiłam tego nauczyciela. Nie mam pojęcia czy jeszcze żyje.. 


Z kolei w ubiegłym tygodniu spotkało szczęście jednego z moich bezdomniaczków. Otóż nasz malutki Jareczek o którego najbardziej się martwiłam tej zimy, znalazł kochający domek. Bardzo się cieszymy wszyscy, ponieważ mama go porzuciła, a on był za malutki żeby sobie samodzielnie poradzić "na wolności",  nie ukrywam już planowałam tymczasowo go przejąć do siebie. Na szczęście dzięki przypadkowi, dom trafił się sam :) 



Jareczek dzielnie jechał do nowego domku, nie płakał. Jakby wiedział, że teraz już będzie tylko dobrze:) Uwierzcie, że znalezienie dobrych ludzi dla zwierzątka, to największe szczęście. Jeszcze została Kreska. Cudowna kicia, która ma w sobie ogrom miłości. Wierzę, że i ona trafi do swoich ludzi. Oczywiście cały czas dokarmiamy, leczymy jeśli trzeba. Teraz planuję sterylizacje. Trzymajcie kciuki za Kreskę! 


Mój R zrobił mi Walentynkową niespodziankę, podarował piękny szal - oczywiście z kotami :) Chwalę się, bo my sobie zazwyczaj nie robimy prezentów, a tutaj coś tego mojego naszło. Doceniam! :)No i te kotki są cudne, sami przyznajcie :))) Wiecie, że jak dostaję prezenty, to wszystko z kotami, skarpetki, kubki, notesy,  breloczki, kolczyki ... 



Ale, ale! U nas już koniec zimy! Jejku jakże się cieszę! Miniony tydzień musiałam jeździć sama do pracy, bo mój R cwaniaczek, wziął sobie pracę zdalną i radośnie siedział w domu, kiedy ja walczyłam o przetrwanie na tych paskudnych śliskich drogach... 


Tak więc, mam nadzieję, że to już moje ostatnie kadry zimowe... .he he naiwna jestem co nie? :)




Jeszcze chwilka i mam nadzieję, że będzie coraz cieplej i ładniej i w ogóle zaraz marzec. A jak marzec to wiosna, nawet jeśli nie jest tak ciepło jak się chce, ale wiosna! Takie jest moje nastawienie i koniec:) Zima była piękna, wszystko cudnie. Nacieszyliśmy się nią bardzo. Wystarczy. 





lutego 11, 2026

lutego 11, 2026

Ferie zimowe

Ferie zimowe

 


Jak wspomniałam w poprzednim poście, moje ferie zimowe nie do końca spełniają oczekiwania, jakie bym sobie życzyła. Bo pierwsze dni nauka, pisanie prac zaliczeniowych i cała reszta. Czyli nie do końca odpoczynek, poza tą różnicą, że nie trzeba się zrywać przed 5.00 rano. 

No więc czekał mnie wyjazd do Warszawy na egzaminy zerowe - spokojnie, sesja właściwa dopiero przede mną ;)) jak już skończę to moje "odpoczywanie".  Tak więc, pojechałam do Warszawy, o dziwo pociąg wystartował o czasie i można powiedzieć bez żadnych przygód dotarłam do ponurej, zamglonej  i zimnej stolicy.  Nie ukrywam, że ten wyjazd był obciążony moim mocnym spadkiem sił fizycznych, byłam więc świadoma, że na pewno  odczuję w konkretny sposób, ale cóż. Nie chciałam rezygnować. 




Tak się teraz dokumentuje, że w tej Warszawie to my się jednak uczymy, a nie tylko sobie biegamy tu i tam. Chociaż powiem Wam, że tym razem naszym jedynym szaleństwem było wyjście do arkadii, bo pogoda była tak obrzydliwa, niezachęcająca do chodzenia gdziekolwiek. Pobuszowałyśmy po sklepach, zjadłyśmy i hop na kwaterę odpoczywać. Ale! Cieszę się, że mimo paskudnego samopoczucia byłam, ponieważ pani od statystyki dużo mi objaśniła i dzięki temu, nie jestem już tak mocno przerażona. 

Jak widać - taka była atrakcja po zajęciach, kupiłam mojemu R słodyczki, co by osłodzić moje wyjazdy, podczas których samotnie zajmuje się całą czeredą wygłodniałych kotów ;))

Później przyszedł czas na powrót i moi kochani. Na tym moje Eldorado i fart się zakończył. Niewielkie bo niewielkie opóźnienie pociągu, było tylko wstępem do jakże "przyjemnej podróży. Kawałek za Warszawą okazało się, że nie działa ogrzewanie. I wiecie. Moja podróż trwa ponad 6 godzin. W zimnie, jest to wręcz dramat. A było zimno,  co najgorsze, z tego co powinno wiać ciepło, wiało zimno. Siedzenie w zimnym wagonie z przeciągiem. Cudnie. Poubieraliśmy się w kurtki i trzeba było jakoś trwać. Dobrze, że był Wars, więc najpierw poszłam na obiad. Później w akcie desperacji pobiegłam po kawę - której zazwyczaj nie piję, no i ciastko.  Zaraz pokażę serwowane posiłki, były całkiem przyzwoite, a ciastko bardzo mi smakowało. Może to przez zimno? ;)) 





W ogóle kiedyś, to pamiętam tę kawę i ciasteczko dawali na normalnej zastawie, a teraz tektura i plastik... jak mnie denerwuje ta cała ekologia, która mi niszczy doznania jedzeniowe. Nie znoszę jeść plastikiem z tektury. Dramat i koniec kropka. Podróż mimo wszystko była przyjemna za sprawą współtowarzyszy niedoli :) Bardzo wesoły mieliśmy przedział, żartowaliśmy, wspominaliśmy różne historyjki i jakoś zleciało. 


Tymczasem, ostatnie dni ferii spędzam sobie u mamusi, zabrałam ze sobą dzieci i radośnie  spacerujemy, korzystamy z odpoczynku..:) 



Tak wiem, to dziecko wygląda troszkę dorośle... ;)))) a to dopiero siódma klasa.  Ale, ale! Skoro jestem u mamusi,  oznacza jedno - normalny internet! Będę Was odwiedzała :) 
Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger