Przebudzona




Misja Miriam się dopełniła. Praca, którą się zajmowała była tylko przykrywką, tak naprawdę chodziło o jeden cel, reszta wynikła jakoś z siebie. I gdy przyszła odpowiednia chwila, kobieta wiedziała, co musi nastąpić, ale czy przewidziała właśnie taki obrót sprawy?

 

 " - Pewnie to pytanie już Cię męczy, ale i tak nie potrafię się powstrzymać. Jakim cudem żyjesz?

Również się nachyliłam i zbliżyłam usta do jego ucha, jakbym chciała zdradzić mu tajemnicę.

- Masz rację - wyszeptałam. -  Męczy mnie to pytanie. "*


 

Trzy miesiące, tyle minęło od tragicznych wydarzeń. Od tamtej pory Iwan nie przespał ani jednej nocy. Wyrzuty sumienia, rozpacz i sam nie wiedział co jeszcze, gnębiły go nieustannie. Nawet alkohol nie potrafił stłumić targających nim uczuć. Co dalej? Gdzie jest ciało Miriam? Dlaczego nie zdołał jej pomóc?

Nieoczekiwany telefon, szybka decyzja i już po kilku godzinach widzi ją, żywą, chociaż powiedzieć całkiem w dobrej formie byłoby na wyrost. Jednak żyje. Dlaczego? Jak? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań, nie zna nawet główna zainteresowana. Wróciła. Szczęście mężczyzny jest ogromne, trochę mniejszym optymizmem pała przywrócona do żywych.

Jest coś, co niepokoi Miriam, ale odsuwa od siebie te myśli. Dla niej wszystko zostało zakończone w noc, gdy umarła.

W dodatku miastu zagraża bestia. Nikt nie wie, czym jest, gdzie jej szukać i dlaczego atakuje. Wszystkie gatunki czują się zagrożone. W noc pełni spada zasłona strachu i przerażenia.

David musi interweniować, jego obowiązkiem jest ochrona swojego gatunku. Niestety  sprawa przedstawia się gorzej, niż mógł spodziewać. Zmuszony prosi o pomoc tę, która już raz umierała mu na rękach.

Miriam nie chce nikomu pomagać, nie chce już w nic interweniować. Nie wie jednak, że decyzja nie należy do niej samej. Zostaje zmuszona do wytropienia strasznej bestii, ale tak naprawdę, to nie ona jest celem jej poszukiwań. Kto zleca zadania, kto decyduje o jej życiu i śmierci?

 " Dostrzegłem rozbawienie w jej szarych oczach. 

- Wybierasz się na piknik? - niezupełnie. -

Wskazałem ręką do tyłu, gdzie leżał worek ze zwłokami. - Jadę zwrócić ciało.

- Odwiedziny u wielkiego złego wilkołaka! Nie mogę tego przegapić!"*


 


Byłam bardzo ciekawa, co przyszykowała Iga Wiśniewska, w kolejnej części. Bo niby sprawa została zakończona, a jednak Miriam wróciła. Dlaczego? Kim tak naprawdę jest ta dziwna kobieta?

Muszę zacząć od poziomu książki, wydaje mi się, że tutaj o wiele bardziej zawiewało grozą, było brutalniej i jakoś mroczniej. Szczerze mówiąc, niektóre opisy zmasakrowanych ciał, były dla mnie zbyt dokładne. Co oczywiście większość uzna za plus, ja jestem po prostu za bardzo wyczulona.

Można niepokoić się, że druga część będzie słabsza, bo jakoś się utarło, że po genialnym początku przychodzi spadek. Tutaj nie musicie się tego obawiać. Każda z postaci była jeszcze bardziej wyrazista, narracja prowadzona z perspektywy bohaterów jest ogromnym plusem. Mamy wgląd na ich myśli, spostrzeżenia danego wydarzenia.

I jeśli myślałam, że teraz sprawy szybko odnajdą swoje rozwiązanie, byłam w błędzie. Ponieważ każda strona nasuwała jeszcze więcej zagadek, nic nie zapowiadało odpowiedzi, która gdzieś tam się czaiła, ale co chwile zgrabnie umykała.

Nie chcę za bardzo opisywać fabułę, myślę, że po prostu trzeba sięgnąć po Przebudzoną, bo zakończenie szykuje coś naprawdę mocnego. I chyba nikt z czytających, akurat tego się nie spodziewa czy nie spodziewał.

Możecie jednak być pewni, nie będzie nudno. Wydarzenia nabierają rozpędu już od pierwszej strony i trzymają równy poziom do samego końca.

Oczywiście szczerze polecam, na pewno się nie zawiedziecie. Warto było tak długo czekać na Przebudzoną.
 
 
 
* Przebudzona
 
Czytaj dalej...

Król Kier



Od dawna powtarzam sobie, że nie będę zaczynała kolejnych serii. I do póki nie pojawiają się zapowiedzi nowości, moje postanowienie jest twarde. Niestety, do czasu. Bo gdy tylko rzucę okiem na nowinki wydawnicze, wiem co będzie dalej. 
Przegrywam z postanowieniem, znowu dałam się wciągnąć rozpoczęcie przygody z nowymi bohaterami. Czy jednak spotkanie z nimi, było na tyle fascynujące bym chciała kontynuować wspólną podróż ku nieznanemu?




Alicja uczy się w ostatniej klasie liceum. Ostatnio jej głowę zaprzątają przygotowania do studniówki. Uważa, że będzie to najważniejszy wieczór w jej życiu. Jeszcze tylko troszkę czasu.

I wydaje się, że nic nie powinno zakłócić zimowych dni, kręcących się wokół szkoły i domu. Związek dziewczyny też był idealny, znaczy się w jej mniemaniu. Maks, zawsze był, kiedy go potrzebowała, wspólnie spędzali wolny czas no i mieli iść razem na studniówkę.

Studniówka miała być najpiękniejszym wieczorem, a stała się przełomowym. I chyba od tamtej pory, świat Alicji jakby przybrał innego obrotu.

Po namowie przyjaciółki poszła na pokaz cyrkowych eksponatów. Wyjście pociągnęło za sobą wydarzenia, które odmieniły jej przyszłość.

W miejscu kojarzonym ze sztuczkami poznaje Hadriana, członka cyrkowców. Oczywiście chłopak jest nieziemsko przystojny i w ogóle. Jednak to, co przykuwa uwagę nastolatki, to maska. Niby zwykła, ale kiedy Alicja dłużej się jej przygląda, zauważa coś dziwnego...

Dziwne zjawiska, zdarzenie z maską będzie dopiero początkiem tego, co nagle zacznie się dziać w otoczeniu Hadriana. Chłopaka zajmującego nie do końca tym, o czym większość jest przekonana.



 


Ach Królu Kier, co ja mam o Tobie napisać? Byłam ciekawa nowości, wiadomo. No i w końcu zaszczycił mnie, Ten, o którym zaczyna robić się głośno, a myślę, że dopiero początek.

Zacznijmy od początku. Alicja jest zwykłą nastolatką, nie drażni, nie jest jakaś specjalnie ciapowata. Nie robi z siebie ofiary. Jest normalną uczennicą. Ma chłopaka i przyjaciółkę. Wiedzie sobie zwykłe życie, dopóki nie dochodzi do feralnej studniówki.

I tutaj ze zwykłej i nawet sympatycznej opowieści nastolatki, przechodzimy do kolejnej części książki. W momencie, gdy na pierwszy plan, wjeżdża Hadrian — mnie ciągle mylący się z Hardinem, nie pytajcie dlaczego. Sama chcę wymazać z pamięci to imię.

Wróćmy do Hadriana, magika albo dokładniej iluzjonistę, chyba. Mam nadzieje, że nie pomyliłam ich zdolności. Chłopak nie mieszka z rodziną, tylko grupą znajomych. Ma opiekuna, który grupie rozbitków stworzył dom. Raczej coś „domo podobne”, brzmi chyba znajomo? Jeszcze nie? To nic, nie martwcie się, w jednej z książek mieliśmy doktora o szczerym serduszku, tutaj mamy wspaniałego cyrkowca.

Idziemy dalej, zaczynają się dziać pewne rzeczy i nagle, okazuje się, że Hadrian nie jest jakimś tam magikiem, jego rodzinka również. Gdy Alicja znajduje sztylety w pokoju chłopaka, zaczyna się zastanawiać. Czy wspomniałam, że Hadrian jest przystojnym blondynem ze sztyletami? I walczy z demonami? A dokładniej — cieniami.

Z tytułem w ogóle jest ciekawostka, do tej pory się zastanawiam czy początkowy zamysł nie był inny. Ponieważ do pewnego momentu odnosiłam wrażenie, że fabuła zmierza w innym kierunku. Nagle puff i chyba autorka zmieniła zdanie. Być może jestem w błędzie. Tylko końcowe rozdziały są zupełnie różne pod każdym względem do pierwszej połowy, a nawet dalej.

Ni stąd, ni zowąd spotykamy Edwarda i Jace'a w jednym. Znaczy tak. Zachowanie Edzia, pod postacią blondasa z Darów Anioła. Mało tego, żeby nie było. Nie czepiam się samego wyglądu, pewne zdarzenia, nawet dialogi były łudząco podobne do tych, które spotkałam w innych książkach. Niestety zabrakło mi Julka (poza imieniem) z Caravalu. Smutno jakoś, ale może w drugiej części jest nadzieja?

No i mam problem. Bo z jednej strony, coś według mnie poszło nie tak. Z drugiej, trzeba dać szansę. Książka nie jest zła. Mamy taki miks innych znanych postaci, no ale ok. Możliwe, że to ja się czepiam — jak zwykle. Niemniej, można poczytać, całość jest przyjemna, jestem pełna nadziei, że następna część będzie lepsza i nie będę musiała się czepiać.

Król Kier ma poważny atut, czyta się naprawdę szybko, autorka lekko prowadzi czytelnika,
wiadomo, jeszcze nie ma ideału, ale nic od razu. Będę czekała na drugą część, zakończenie może nie zaskakuje, ale zostawia nas z pytaniami.


PREMIERA KSIĄŻKI - 25 października 2017

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle
Czytaj dalej...

Szczęście w miłości



Chyba większość moich czytelników wie, jak bardzo polubiłam książki Kasie West, to też, gdy tylko w zapowiedziach pojawia się nowy tytuł, wyczekują go ze zniecierpliwieniem. Jakiś czas temu premierę miało Szczęście w miłości, jakaż była moja radość, że oto kolejny raz mogę poznać nową i z pewnością ciekawą historię — bo musicie wiedzieć, West zawsze pisze ciekawie i wciągające. Czy i tym razem tak było? I pochłonęłam książkę jak jej poprzedniczki?



Poznajemy Maddie, ot zwykłą nastolatkę, stojącą u progu końca szkoły średniej. Przygotowania do studiów idą pełną parą, nastolatka ma rozplanowaną każdą minutę życia. Nie ma mowy o głupstwach. Jeśli chce dostać stypendium na opłaty szkoły, potrzebna dobra organizacja i systematyczność.

Nie ma mowy by rodzice pomogli, sami nie bardzo sobie radzą z utrzymaniem rodziny i tak naprawdę to Maddie pomaga im, dorabiając w Zoo. Ojciec bezrobotny próbuje szukać pracy, matka jako jedyna ma etat, brat od jakiegoś czasu ma problemy w szkole. I jakoś nie bardzo próbuje rozwiązać swoje problemy.

No ale od czego jest ukochana córka i siostra. Wprawdzie ma swoje życie, ale co szkodzi do swojej listy idealności, dodać zbawienie wszystkich? No właśnie.

Zbliżają się osiemnaste urodziny, nastolatka umawia się wraz z dwiema przyjaciółkami, na wypasioną imprezę. To był żart z mojej strony, owszem dziewczyny umówiły się, na siedzenie i o dziwo, nie zakuwanie, tylko plotki. No ale, sorry, kujonki nie chodzą na imprezy, planują swoje życie. A jeśli trafia się okazja, spędzają czas na jedzeniu przekąsek.

Aha. Maddie ma dziwne skłonności do zapamiętywania statystyk, ot takie skrzywienie, a może i nie? No w każdym razie, gdy kasjerka proponuje, by dziewczyna wysłała kupon, ta zarzuca jakimiś liczbami, które mają dowodzić, że nie ma szansy na wygraną. I w myśl tej idei, po kilku godzinach, wraca, by wysłać los. Nie dlatego, że chce sprzeciwić się statystykom, ot takie szaleństwo w urodzinowy wieczór.
Jak zapewne domyślacie się, wygrywa. I to całkiem ładną sumkę. Na rączkę wychodzi trzydzieści kilka milionów. Nie pamiętam ile, bo w przeciwieństwie do Maddie, jestem straszną ignorantką liczbową.  
Ważne, że pada wygrana i od tej pory życie naszej poukładanej panny zmienia się ogromnie. No w sumie każdemu wygranemu zmienia się życie. Wielkie mi halo.  Jak zachowa się nasza milionerka? 




Bardzo lubię Kasie West, to znaczy, w jaki sposób pisze o młodych, dla młodych. I naprawdę wiele sobie obiecywałam po tej książce. Rzuciłam się na nią niczym sępy na padlinę. Jakież więc było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że jest nijak. Dosłownie. Zaczęło się bezpłciowo. Czekałam na rozwój wypadków, bo może marny wstęp miał być tylko taką ciszą przed Bum.

I tak sobie, czekałam, czekałam i czekałam..., aż dobrnęłam do końca i gdy dotarłam do ostatniej strony, prawie popłakałam się z radości, że to już KONIEC!

Zanim jednak dobrnęłam do mety, musiałam zmierzyć z fabułą tak nudną i rozwleczoną, nie mogłam uwierzyć, że to moja ulubiona autorka poczyniła tak straszną tragedię.

Niby pomysł był fajny, bo biedna nastolatka, która ciągle bije się z myślami, jak poradzi na studiach bez wsparcia finansowego. No i ok, to jest problem. Sama musiałam zarabiać na swoje studia, nie jest niemożliwe. Dałam radę. A jaka satysfakcja. Wydać tyle kasy i nie mieć pracy. No, ale ja nie o tym.


Maddie wygrywa. Nagle jej świat się odmienia. I ok, chce obdarować rodzinę. Super. Ja bym nie dała kasy swojemu rodzeństwu. Jestem podła. Mnie nie dają. Ja też nie muszę - ot taka dygresja. Rodzicom mogłabym pałac wybudować. Oni mi pomagali (nie chodzi o pieniądze, ogólne wsparcie), teraz pora na mnie i Maddie tak robi. Pomaga rodzicom, pięknie z jej strony.  

Zastanawia się komu powiedzieć i jak. No ale haalloo. Wygrała miliony, nie jakiś biedny milionik. Tylko kilkadziesiąt. Wiadome było, że ludzie zaczną się nią interesować. Niekoniecznie z czystej sympatii. Tylko chcąc, by podzieliła się tym, co dostała. I wiecie, co mnie zaczęło denerwować?

Nie, nie chęć kupowania mega drogich szmat, pewnie od razu po wpłynięciu kasy na konto pobiegłabym do wypasionych sklepów. I poważnie, rozumiałam to zachowanie. Rozumiałam również, kiedy kupiła sobie auto zupełnie nie w jej guście. Kto bogatemu zabroni?

Nie zrozumiałam jednego. Czy ona była aż tak głupia, czy nagle rozum jej odebrało, ale jakim trzeba być ograniczonym, żeby uwierzyć w sympatię ludzi, którzy do tej pory nawet nie wiedzieli o jej istnieniu, mijali obojętnie. Teraz witających i zapraszających na kawę? Oczywiście postawioną przez Maddie — bo ją stać bardziej.

Ona tak robi, cieszy się jak głupia gąseczka, gdy podlatują nieznajomi, robią foteczki, biega na zakupy z nieznajomi, bo nagle powiedzieli, że jest fajna. Serio? Słabe strasznie.

I gwoździk programu. Sytuacja z Sethem znaczy takim jej kolegą z Zoo, naprawdę bardziej głupio nie dało się tego rozegrać.




Ogólnie, całość jest strasznie płytko i bez wyrazu napisana. Postacie są papierowe, nie można się wczuć, bo panuje jakiś nudny chaos, bardziej nużący niż budzący emocje. Tego uczucia miłości, które rzekomo było, ja nie odczułam. Tylko durnowate zachowanie Maddie, jej pseudo koleżanek i super braciszka. Z nim kolejna dziwna sprawa. Miał problem, dwa słowa, problemu już nie będzie, Bo, uwaga — OBIECAŁ... ha ha ha. Nie mam siły tego nawet komentować.

No i jeszcze absurd z pismem ze szkoły, Mój Boże, a cóż to miało być? Gwoździ do trumny było wiele, ale ten był po prostu zardzewiały i zgrzytał tak okrutnie, że aż mnie zabolało.

Nie mam pojęcia, co się stało. Nie mam pojęcia, dlaczego tak źle się stało. Ta książka jest słaba. Pisana jakby na siłę. Pomysł nie był zły, ale tak strasznie niedopracowany, że aż boli. Wmawiam sobie, że na okładce nie widnieje nazwisko West. I tego będę się trzymała.

Nie będę odradzała, nie będę też polecała. Nie moja decyzja, nie moja sprawa. Mnie książka brutalnie rozczarowała i chcę o niej zapomnieć.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Feeria.


Czytaj dalej...

Przygody kota Filemona




Pamiętacie kota Filemona? A Bonifacego? Chyba nie ma osoby, która chociaż raz nie widziała tej bajki. W telewizji albo w formie książeczki. Duet czarnego i białego kota jest znany do dziś. I chociaż stare kreskówki, wydawać by się mogło odeszły do lamusa, zaczynają powracać. Ku mojej ogromnej radości. Bo chyba nic nie przebije klimatu i ciepła, w jakim były tworzone.

Dlatego też dzisiaj przychodzę do Was z pięknym wydaniem tej właśnie bajki, która podbiła moje serce wiele lat temu i jest w nim do dziś.




Bajka rozpoczyna się od początku, to znaczy od momentu kiedy do domu, w którym mieszka dumny kocur Bonifacy wprowadza się malutki, lekko pokraczny kociak - Filemon. Jak przystało na osobnika płci samczej, starszy kocur nie czuje radości z przybycia towarzysza. W dodatku wścibskiego i ciągle gadającego. Ciekawość malucha męczy i irytuje. Najgorszy jest fakt, że w tych odczuciach pozostaje sam. Babcia z dziadkiem pałają radością wobec malucha, którego wszędzie jest pełno.  Dla dorosłego osobnika liczy się spokój i stały rozkład dnia,  najlepiej by miska była pełna, myszy same przychodziły pod nos, a zapiecek nie stygł. 




Co innego Filemon, przeciwieństwo starszego kolegi. Ten jest ciekawy świata, chciałby wszędzie wejść, otrzymać odpowiedzi na pytania, które nurtują, wejść tam, gdzie nie wolno i najlepiej by Bonifacy w końcu podzielił się swoją wiedzą na temat wielkiego, tajemniczego i nieznanego świata.
Niestety, daremne prośby, kocie dziecko jest niezrozumiane przez dumnego kocura.





I wiecie, co jest najciekawsze? Pamiętam, że jako dziecko, o wiele bardziej rozumiałam i lubiłam Bonifacego, postać Filemona wydawała się dla mnie zbyt nachalna, on wszędzie ganiał, zadawał sto pytań do.. Dziwne, bo przecież sama byłam dzieckiem, więc również miałam swoje ciekawości życia i tego, co dzieje dookoła, a jednak to ten zarozumiały wielki kocur podbił moje serce. Czyżby właśnie wtedy miała zadatki na kociarę, lubiącą spokój i ciszę? Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne, sprawa wygląda podejrzanie, bo o ile przygody lubię i potrafię zaszaleć, to jednak wspominając siebie, z lat dziecięcych pamiętam, że byłam zbyt ostrożna. Moimi jedynymi „wyskokami” były wspinaczki po meblach, surowo zakazane. Nie lubiłam chodzić w miejsca, których nie znałam, nie byłam ciekawa samodzielnych ucieczek, moja przesadna ostrożność objawiła się bardzo szybko. Chyba urodziłam się z syndromem Bonifacego — po co się wysilać, skoro ciepły zapiecek i pełna miska wystarczą do szczęścia. Teraz chyba czuje lekko tym przerażona. I mam ochotę pobawić się w psotnika Filemona, U mnie jak widać, ze wszystkim na odwrót. Cóż poradzić.

Wracając do Przygód kota Filemona, przede wszystkim jest przepięknie wydana, aksamitna twarda oprawa, przepiękne ilustracje, z tamtych czasów, nic nie zostało unowocześnione. Za co jestem ogromnie wdzięczna. Żółtawe kartki, odpowiednia czcionka. Nie mam się czego przyczepić. Ten egzemplarz po prostu trzeba posiadać.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies.


Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka