wtorek, 31 marca 2020

Inna Blue

źródło

Myślę, że nie muszę pisać, jak ogromną fanką jestem Amy Harmon. Jak mocno pokochałam historie, które wyszły spod pióra tej kobiety.  Mam wrażenie, że każda kolejna jest jeszcze lepsza i trudno będzie dotrzymać poziomowi, a jednak później, okazuje się, że autorka ustawione przez samą siebie poprzeczkę podwyższa z takim talentem i czytelniczymi emocjami, wprost nie do uwierzenia.

Tym razem skusiłam się na Inna Blue, okładka zupełnie obca, jakby opowiadała historię zupełnie inną niż te, z którymi już autorka nas podbiła. No dobrze, mnie zdobyła. Teraz pozostawało pytanie, czy Blue będzie dobra? 

Muszę opowiedzieć Wam maleńką część historii Blue, a później, mam nadzieję, zrozumiecie dlaczego odebrałam tę książkę tak, a nie inaczej. 



Blue jest dosyć dziwną dziewczyną. Znaczy, charakterystyczną. Rzuca się w oczy jej styl, uroda i sposób bycia. Jest takim wyzwaniem dla otoczenia. Zadziorna, pewna siebie i arogancka. Taką postawę przyjęła, taką siebie stworzyła, aby móc funkcjonować w świecie, który nie miał za wiele litości dla tej młodej osoby. Nauczyła się życia szybko i zrozumiała, że lepiej być tą, którą się unika, niż gnębioną. Nie pokazywać prawdziwiej twarzy dla własnego bezpieczeństwa. 

Pewnego dnia, na pierwszej lekcji nowego roku. Pojawia się Pan Wilson, młody nauczyciel historii, który zamierza w nieco inny sposób przekazywać swoją wiedzę młodym ludziom. Już od początku zwraca uwagę na Blue, ona na niego też. I nie chodzi tu o zainteresowanie dziewczyna-facet. Ona jest dla niego zagadką, widzi pod jej wyzywającym ubiorem i makijażem kogoś innego. On denerwuje dziewczynę, ale również fascynuje swoją wiedzą i tym, w jaki sposób rozmawia z uczniami. Chce dowiedzieć się na jej temat prawdy, a ona tę prawdę ukrywa całą sobą. 

W końcu nadejdzie dzień, kiedy kulturalny i ułożony Pan Wilson, zderzy się z prawdą, a raczej częścią prawdy na temat Blue. A ona sama, zrozumie, że to, co uważała za swoją historię, jest jedynie wierzchołkiem góry lodowej.  

Razem z nauczycielem, który wbrew swoim zasadom, będzie próbował pomóc i wspierać pogubioną nastolatkę, Blue odkryje czym może być wsparcie i przyjaźń drugiego człowieka. 


W życiu, a nawet w najśmielszych przypuszczeniach, nie spodziewałam się, że za tą niepozorną okładką, w tej niezbyt obszernej książeczce, znajdę tak piękne wnętrze, które nie pozwoli mi przestać o nim myśleć. O historii, która zabrała mnie w podróż, a później porzuciła i odmieniła wszystko. 

Zacznę od Blue, jest to dziewczyna trudna. Naprawdę, jej prowadzenie się, to jak pokręcone miała sposoby na swój wizerunek i radzeniem sobie z przeszłością i teraźniejszością. Nie oceniam jej negatywnie, nie chcę i nawet nie mam prawa. Co nie znaczy, że nie czułam żalu, do tego, jak przez pewien czas, nie szanowała samej siebie. Ta postać jest naprawdę niesamowicie złożona, wywołuje wiele emocji w czytelniku. Nie można potępiać jej, ale trudno też uznać za zrozumiałe, pewne jej zachowania. 

Pan Wilson, to mężczyzna o którym marzy chyba większość kobiet. Nie nastolatek, one mają jeszcze w głowie takich typowych mięśniaków, liderów grupy. Wilson to dżentelmen w każdym calu. Sposób wypowiadania się i obycia. Od niego wręcz emanowało ciepłem i dobrem. Nie wiem, czy miał jakieś wady, ja mu oddałam serce bardzo szybko. A później to już po prostu się zatraciłam i przepadłam. 

Zderzenie dwojga tak różnych ludzi. Z odmiennych środowisk, było naprawdę mocne. Ona widziała w nim nauczyciela, który nie ma pojęcia o prawdziwym życiu. On chciał jej za wszelką cenę pomóc i wydobyć prawdziwą Blue.  

Tak zaczęła się ich wspólna przygoda. Odkrywania skrawek po skrawku historii małego ptaszka, który wypadł z gniazda..

Nie wiem, co mogłabym napisać, by wyrazić słowami, jak wspaniała jest to książka. Jak cudownie autorka prowadziła tych dwoje. Jak Pan Wilson fenomenalnie wykładał lekcje historii. Właśnie za to, można go było z miejsca pokochać. Bo później, po prostu udowadniał jaką wartość ma siła przyjaźni. 

Nie mogę napisać o wielu wydarzeniach, szkoda bo wtedy byłoby łatwiej przekonać Was do sięgnięcia po Blue. Z drugiej jednak strony, myślę jaka to piękna przygoda czeka tego, kto zdecyduje się na poznanie bohaterów. I jak bardzo zazdroszczę, przeżywania. Sama chyba ponownie przeczytam. Tylko za jakiś czas, niech aktualne emocje opadną. A moje oczy odpoczną. 

Jestem naprawdę ogromną fanką Amy Harmon, ale Inna Blue nie zasłużyła na takie przejście w ciszy. Dla mnie, ta książka jest rewelacyjna i po prostu trzeba przeczytać. Trzeba i koniec.  


Chyba, że ktoś nastawi się na tępe dialogi i akcje rodem z Greya, to nie. Proszę, nie czytajcie. Bo później czytam w opiniach - książka mi nie podpasowała ponieważ opisy lekcji były nudne...
Tak, ja wiem, jakie oczekiwania mają dziewczęta, chwalą szmiry, a wartościowe, gdzie dzięki Bogu, nie ma orgii grupowych, krytykują, za kawałek ukazanej historii. A wiedza jak widać boli, oj boli. 



poniedziałek, 30 marca 2020

Nocna droga


Ostatnio mam szczęście do książek, które wywołują we mnie mnóstwo emocji. I to jakże skrajnych. Nocną drogę poleciła mi Kasiek, która już dosyć dawno, opowiadała mi o swoich zachwytach, przeżyciach i emocjach, które w niej zostały zaraz po przeczytaniu. Nie we wszystkim mamy ten sam gust, ale jeśli chodzi o pewne kategorie, wiem, że jak Kasiek powie - musisz przeczytać, To muszę. Dlatego, nie zastanawiałam się długo, robiąc zamówienie kochanej Harmon, dorzuciłam do koszyka Nocną drogę. Gdy tylko do mnie trafiła od razu postanowiłam przeczytać.  Czytałam, czytałam aż nie skończyłam. 



Poznajemy Lexi, nastolatka, której dzieciństwo naznaczone było smutkiem, zmianą rodzin zastępczych i poczucia, że nic nie jest na zawsze. Pewnego dnia, pracownica socjalna informuje dziewczynę, że znaleźli jej cioteczną babkę, o której wcześniej nie miała pojęcia. Ta wyraziła zgodę na zostanie opiekunem krewnej. 
Alexa kolejny raz wyrusza w podróż do nowego domu, wiele pytań jest w jej głowie, czy i tym razem będzie tylko na chwilę? 
Eva ma już swoje lata, może nie potrafi wylewnie okazywać uczuć, jednak widać, że zależy jej i stara się, by w nowym domu nastolatka poczuła się jak u siebie.  
Akurat zbliża się rozpoczęcie nowego roku szkolnego, Lexi, jak wielu na wyspie, idzie do pierwszej klasy liceum. Z doświadczenia wie, że najlepiej nie rzucać się nikomu w oczy. 

W tym samy czasie, Mia, bliźniacza siostra Zacha, odczuwa ogromny stres i lęk przed nowym etapem w życiu. Co zrobi, jeśli nikt jej nie polubi? Jak poradzi w nowym miejscu? Jest przeciwieństwem brata, duszy towarzystwa, przystojniaka, który jest pewny siebie. I zawsze wspiera delikatną siostrę. Bez niego Mia, czuje się niekompletna. Zawsze byli razem, wszystko wspólnie robili.  

Pierwszy dzień w nowej szkole, jest pierwszym dniem wyjątkowej przyjaźni, jaka zrodzi się między rodzeństwem, a nowo przybyłą Lexi. Od tego dnia, staną się nierozłączni. 

I tak, jak pierwszy dzień szkoły, połączył tych troje. Tak zakończenie liceum, postawiło ogromny znak zapytania nad ich wspólną przyszłością. Lexi, nie była zamożna, nie mogła pozwolić sobie na drogie studia. Mia i Zach planowali wspólnie kontynuować naukę, daleko od domu. Tylko sprawy, były nieco skomplikowane, bo Zach i Alexa się zakochali. I nie chcieli rozstać. A Mia, nie potrafiła wyjechać bez brata. 

O ile wybór gdzie studiować, wydaje się niezbyt wielkim powodem do dramatu, to jednak konsekwencje podjętych decyzji, wypowiedzianych słów. Zaważą na życiu wszystkich. A cena, jaką przyjdzie zapłacić będzie wysoka. Zbyt wysoka.



Cóż to jest za książka, jak wiele emocji wywołuje. Coś niesamowitego! Przede wszystkim rodzina Farradayów - a dokładnie rodzice i ich bliźniaki. Wydawało się, że to po prostu idealna rodzina. Jude nie widziała świata za swoimi dziećmi. Kochała męża, który był lekarzem i takim głosem rozsądku w nadopiekuńczości żony.  

Lexi, kiedy poznała Mię, a później jej rodzinę, była zafascynowana relacjami, jakie między nimi panowały. Pokochała Farradayów i czuła się w ich domu bardzo dobrze. Jeśli kiedyś marzyła o własnej, to nie przeszło jej przez myśl, że tak wspaniała naprawdę istnieje. 

Ja natomiast, bardzo polubiłam Evę, cioteczną babkę nastolatki.  Ta kobieta, która sama siebie nazywała prostą i bez wykształcenia. Miała coś o wiele więcej niż dyplomy. Mądrość życiową. I będę szczera, o wiele bardziej pokochałam tę kobietę, niż uważaną za idealną Jude. 
Matka bliźniąt, była egoistyczna i wszystko musiała mieć pod kontrolą, pod płaszczem cudownej i troskliwej mamusi. Ja tego nie kupiłam, jak widać moje przeczucie mnie nie pomyliło. 

Jak zwykle, muszę napisać, jak niewiele mogę zdradzić z fabuły. Jednak, jeśli ktokolwiek pomyśli, że to powieść o problemach nastolatków u progu wejścia w dorosłość i rozterki zakochanych. Powiem jedno. Nic bardziej mylnego. 
Jest to historia przepełniona cierpieniem i to osoby, która najmniej na nie zasługiwała. Która poniosła największą karę, mimo jak wiele już wycierpiała. O tym, jak nienawiść potrafi zniszczyć życie wielu ludziom. 

Będę szczera, emocje wylewają się ze stron. I chociaż do pewnego momentu jest wręcz podejrzanie sielankowo, miałam świadomość, że wydarzy się coś złego. To jednak, nie spodziewałam takiego obrotu sprawy. Nie myślałam, że tylu bólu później będę przeżywała razem z bohaterami. 

Jedyna osoba, której nie umiałam polubić, do której moja niechęć niestety została do samego końca, była właśnie Jude. Nie umiałam spojrzeć przychylnie na tę kobietę. 

Nie ukrywam, Nocna droga przeciągnęła mnie emocjonalnie. Siedziałam i płakałam, byłam rozżalona i zła. Mimo to, uważam, tę historię za niesamowitą. Chociaż nie piękną. Zbyt wiele nieszczęść. Jest to tytuł, obok którego nie można przejść obojętnie. Naprawdę, polecam szczerze. Czytajcie!



niedziela, 22 marca 2020

Without Merit


W ostatnim czasie miałam spory zapas książek Collen Hoover, ale ta była już ostatnia w kolejce. Po rozczarowaniu Too Late, miałam troszkę opory przed czytaniem następnej. Z kolei nie chciałam się zrażać po jednym nietrafionym tytule. Dlatego odstawiłam chwilowe uprzedzenia i rozpoczęłam historię Merit i jej dosyć osobliwej rodziny mieszkającej w starym kościele. 


Tak, dokładnie tak. Rodzina Merit wraz z nią, mieszkają w starym kościele. Może niedokładnie starym. Po prostu ojciec dziewczyny zlicytował budynek, na który nie było stać ówczesnego pastora - z którym to ciągle miał spięcia. W każdym razie, rodzina przeprowadziła się do kościoła. Znaczy, kiedy ojciec ogarnął jako tako remont i przystosował pod zamieszkanie rodziny. A, że części został podzielone na cztery ćwiartki, to zyskały uroczą nazwę  - litr.  

Rodzina składa się z Merit, jej siostry bliźniaczki Honor, brata(którego imię zapomniałam, bo dziwnie się pisało) ich matki, nowej żony ojca i ich wspólnego syna imieniem Moby. Tak to mniej więcej wygląda. Troszkę skomplikowane? A gdzież tam,  ten opis jest niczym w porównaniu do tego, co dzieje się, kiedy wejdziemy do domu/ kościoła i rozsiądziemy wygodnie. 

Nasza główna bohaterka, pewnego dnia, przypadkiem spotyka chłopaka o imieniu Sagan - które od zawsze kojarzy mi się z ogromnym garem. W każdym razie, ów młodzieniec wywiera na nastolatce ogromne wrażenie. Cud miód maliny, ale czar pryska, gdy okazuje się, że jest on chłopakiem jej siostry bliźniaczki. 

Merit czuje się zrozpaczona, ale co się dziwić. Jak uważa, jej życie jest pokręcone i trudne. I w sumie tak jest. Matka mieszka w piwnicy, macocha jest nie do wytrzymania, siostra i starszy brat traktują ją jak wroga. I jedyna osoba, którą miała nadzieję, zostanie przy niej, jest zakazana. Jak sobie ma z tym wszystkim poradzić? 



No dobrze, opis musi być, taki jaki jest. Inaczej nic tego by nie wyszło. Bo ta historia jest totalnie pokręcona. I mogłabym powiedzieć, dawno nie czytałam o relacjach, na poziomie serialu brazylijskiego, ale jakby osadzonego w bardziej dramatycznych i mniej zabawnych ramach. 

Tak, no ale od początku. Fabuła jest naprawdę zagadkowa, ale ukazuje nam tylko perspektywę Merit. A ona sama, nie wiem. Była dziwną osobowością. Zresztą, cała rodzina byłą dziwna, nie ma co ukrywać. Jedynie Sagan, wydawał się być zagadkowy, ale w ten pozytywny sposób. 

Książkę do pewnego momentu czyta się naprawdę świetnie. I chociaż nadmiar wydarzeń, komplikacji na polu rodzinnym, jest przytłaczający, to brnie się dalej. Nie powiem, by nie męczyło głowy. Mimo to, byłam ciekawa, co autorka nam ukaże w ostatnich rozdziałach.  Jaka tajemnica zostanie odkryta. 

W końcu, gdy razem z bohaterami docieramy do punktu kulminacyjnego, który powinien być wielkim pierdyknięciem, a po nim to już tylko popiół i zgliszcza. Okazuje się, że Hoover, zabrakło pomysłu - co dalej? Bo uwierzcie mi. Po minięciu punktu 0, dzieją się jakby absurdalne rzeczy, których osobiście nie kupiłam. Naprawdę, odnoszę wrażenie, że coś podczas pisania zdechło w butach. Autorka postanowiła dociągnąć do końca, puścić do druku i wmawiać, że tak miało być. 

No nie. To się poczuło. Naprawę, ja poczułam spadek zainteresowania postaciami. Zaczęli żyć swoim życiem. Przez co, całość przestała trzymać się kupy. I ja nie mówię, że książka jest kompletnie do bani, nie warto czytać i tak dalej, ale no, kurczę. Hallo? Co to miało być? Ktoś mi wyjaśni? Taki wielki list, taka akcja i potem.... Nie wiem, czy mogę polecić ten tytuł. Przeczytajcie, jeśli jesteście ciekawi. 




środa, 18 marca 2020

Prawda przychodzi nieproszona



Jakoś tak się złożyło, że polubiłam książki Magdaleny Majcher. I chociaż czasem po zakończeniu czuję pewien niedosyt, to jednak ciągnie mnie do nich. Dlatego, gdy przeczytałam zapowiedź tego tytułu, od razu chciałam przeczytać. Prawda przychodzi nieproszona, rozpoczyna nowy cykl - Osiedle pogodne, Kolejni nowi bohaterowie i jak się okazuje, ich skomplikowane życie.

A o tym, czy warto się z nimi zapoznać i jakie tajemnice mogą ukrywać najbliższe o osoby, spróbuję, nie zdradzając zbyt wiele, napisać w dalszej części tekstu.



Mówi się, że każdy z nas ma swoje tajemnice i nigdy tak naprawdę nie poznamy w pełni drugiej osoby. Ba! Samego siebie jest niesłychanie trudno zrozumieć, a co dopiero obcego człowieka. Nawet jeśli po pewnym czasie staje dla nas bliski.

Magdalena jest zamężna od kilku lat. Michał jest dla niej przyjacielem i ogromnym wsparciem. Może liczyć na jego pomoc niemalże w każdej chwili. A tej, okazuje się, potrzebuje dosyć często. Bo kobieta zmaga się z atakami paniki, które bardzo utrudniają jej funkcjonowanie. Mąż próbował znaleźć źródło tego stanu, dlaczego ukochana, musi zmagać się z tak męczącą dolegliwością.

Wiadome jest, że jako pięcioletnia dziewczynka straciła matkę, mało tego, widziała jej zwłoki. I nic więcej nie pamięta. Nie wie, jak do tego doszło, czy jej mama długo leżała, czy już była martwa, kiedy do niej podeszła, czy miała możliwość uratować jej życie?

Niestety kobieta nie chce o tym rozmawiać. Odsunęła wspomnienia i zamknęła szczelnie przed sobą i całym światem. Zrobiła wszystko, co mogła, aby nie być tą biedną dziewczynką. Tą, którą spotkała tak straszna tragedia.

Tylko prawda, w którą uwierzyła Magdalena i którą chciała, żeby była, okazała się kłamstwem. Tragedia, która zmieniła nie tylko jej życie, wyglądała zupełnie inaczej. I gdzieś w podświadomości, zdaje sobie sprawę, że nie wszytko było takie, jak przedstawiała jej babcia, jak ona sobie wmówiła.

W końcu nadchodzi czas, aby zmierzyć się z lękami. Dosłownie. Magdalena potrzebuje pomocy, ataki są coraz częściej. Tylko by uzyskać pomoc, musi wrócić do wspomnień. A tego bardzo nie chce.



Książka porusza bardzo wiele trudnych tematów. Bo sama śmierć matki, której ciało znajduje dziecko, jest już wystarczająco przerażające. I w sumie, już to wydarzenie może być dla nas wskazówką. Nikt, tak mi się wydaje, ale raczej nikt, po czymś takim, a zwłaszcza dziecko, nie może przejść do porządku dziennego. To zostaje w głowie. Rzuca cień na dalsze życie. Ma swoje konsekwencje w emocjach.

Tak też było z Magdaleną. Jej sposobem na tragedię, było wyparcie jej. Separacja od wszystkiego, co kojarzyło się z tamtym strasznym dnie. Niestety, ukrywając prawdę o sobie, spisała się na życie w ciągłym kłamstwie, a to, zazwyczaj lubi zostać zdemaskowane. Czy tego chcemy, czy nie.

Główna bohaterka cierpi na ataki paniki, co autorka bardzo dobrze i dokładnie odzwierciedliła. Stan, w którym znajduje się taka osoba, jest straszny. I nie można go mylić ze strachem. Nie, to nie jest strach. To jest moment, w którym przestaje się panować nad własnymi emocjami, nad ciałem. Tak naprawdę bardzo trudno jest to opisać, jak tylko jednym zdaniem - czuje się, że umiera. Najgorsze jest to, że wszystko dzieje się w głowie. Nasze ciało jest zdrowe, mimo że faktycznie odczuwamy pewne dolegliwości. Rozumiałam bardzo dobrze tematykę, ataków paniki.

Denerwowało mnie tylko jedno, postawa bohaterki. Bo ona wiedziała, co jej jest, a mimo wszystko nie chciała sobie pomóc. Terapia nie daje efektów od razu, o czym wiedziała. Dlatego drażniło mnie jej zachowanie. Niektórzy, bardzo długo nie wiedzą, że objawy, z którymi się zmagają to atak paniki. Naprawdę myślą, że umierają albo wariują. I ta niewiedza potrafi nasilać ataki, bo strach przed atakiem go pobudza. Błędne koło. W pewnym momencie zaczyna się tylko bać jednego, że będzie atak i on się pojawia, jak ten nieszczęsny Aladyn, na zawołanie.

Nie mogę napisać, by postać Magdaleny wzbudziła moją sympatię. Niestety, mimo ogromu tragedii, jaka ją spotkała, była jak dla mnie osobą trudną. Odnosiłam wrażenie, że wszelkie przejawy uprzejmości pobudzała tylko wtedy, gdy czegoś chciała.

Na szczęście są pozytywne postaci. Jak mąż, myślę, że każda kobieta chciałby mieć przy sobie takie oparcie. Podobnie było z kolegą z pracy - Piotrem. Naprawdę bardzo fajny i pozytywny człowiek. Przykład kumpla, na którym można polegać w różnych sytuacjach.

Sama fabuła może nie pędzie w zawrotnym tempie, może nie wywołuje wrażenia, że czyta się z zapartym tchem, ale jak napisałam we wstępie. Magdalena Majcher potrafi przykuć uwagę i pociągnąć czytelnika za sobą, aż do zakończenia.

Mnie się czytało bardzo dobrze, zaczęłam i zakończyłam w jedno popołudnie. Teraz pozostaje mi czekać na kolejną część. Jestem ciekawa czy będzie wzmianka o Magdalenie i Michale. A wam oczywiście polecam, ciekawa i warta przeczytania książka.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

niedziela, 15 marca 2020

Coraz większy mrok



Ta książka była pierwszą, jaką autorka napisała w klimacie thrillera. Gatunek tenże lubię, dlatego z ciekawością podeszłam do tej zmiany u Hoover.  Zastanawiało mnie, co też postanowiła ukazać swoim czytelnikom, jak odbiorę fabułę i czy będzie warta moich ciężko zarobionych pieniążków. 


Poznajemy Lowen, pisarkę o niezbyt znanym nazwisku, ale też nie należy do tej, grupy, która nie powinna pisać. Ot, po prostu kobieta unika spotkać autorskich. Dlatego jej kariera zawodowa, jest troszkę mniej wypromowana niż innych pisarzy. 

Ggy umiera matka Lowen, jej sytuacja finansowa jest w stanie krytycznym, ale na szczęście dostaje propozycje od agenta. W umówionym terminie wstawia się na spotkaniu. Okazuje się, że mąż jednej z najsławniejszych pisarek, potrzebuje autora, który dokończy pisać książkę za jego sparaliżowaną żonę. 
Dla głównej zainteresowanej jest to dosyć trudna sytuacja. Wejść w buty innej pisarki, korzystać z jej notatek i próbować zrozumieć na tyle, aby dźwignąć presję i nie zawieść czytelników. Zbyt wielkiego wyboru nie ma, z pewnym strachem podpisuje umowę, a później udaje się wraz z mężem Verity Crawford do ich posiadłości. Na miejscu ma zapoznać się z notatkami i niezbędnymi materiałami. 

Dom, otoczenie oraz panująca atmosfera, źle wpływa na stan emocjonalny Lowen. Verity leży w swoim pokoju, nie reaguje na to, co dzieje się wokół niej, jej mąż okazuje się cudowny dla niej i ich syna. Ona sama, nie potrafi się w tym wszystkim odnaleźć. Postanawia jak najszybciej przejrzeć notatki, zrobić plan pracy i wynosić się z tego domu. 

W założeniu miała przebywać nie więcej jak trzy dni. Tylko pewnego dnia, kobieta znajduje druk prywatnych zapisków sparaliżowanej autorki. Im bardziej zagłębia się w treść, tym więcej przerażającej prawdy wychodzi na jaw.
Lowen zaczyna czuć strach, w jej głowie rodzą się straszne podejrzenia. Czy jest bezpieczna w domu Crawfordów? 



Nie będę ukrywała, z zaciekawieniem czytałam tę książkę. Chociaż w pewnym momencie, fabuła zaczęła się robić coraz bardziej pokręcona. Może nie działy się straszne rzeczy. Jednak książka, którą czytała sobie Lowen, wzbudzała wiele emocji. 

Ogólnie atmosfera w domu, była napięta i tajemnicza. Zachowanie męża Verity, też niby takie idealne, a jednak oczekiwało się, że nagle będzie tąpnięcie i okaże się, że z tego niemalże nieskazitelnego faceta, wyjdzie Kuba Rozpruwacz. 

Sama postać Lowen, dla mnie była jakaś mdła i bez wyrazu, nie wzbudzała we mnie zbyt wielu emocji, nie polubiłam jej osoby, ale też nie czułam niechęci. Ona po prostu była po to, by ukazać nam związek Verity i jej męża oraz ukazać, co wydarzyło się do dnia wypadku. I tak się właśnie stało. Hoover w pewien sposób nakreśla nam sylwetkę głównej bohaterki, ukazuje jakiś problem z dzieciństwa, bo jak wiemy, każdy bohater musi takowy mieć. W każdym razie, na mnie nie zrobiła zbyt wielkiego wrażenia. Po prostu była tłem, do wydarzeń rozgrywających się, na kartkach czytanej historii. 

Trudno jest mi napisać, czy oceniam te książkę pozytywnie. Z jednej strony jest przesiąknięta ciężką atmosferą, wyczuwa się, że coś jest nie tak, tylko nie wiemy dlaczego. Później, gdy prawda zaczyna wychodzić z kolejnych stron, miałam wrażenie, że każdy, ale to każdy w tej historii jest nienormalny. I nie wiedziałam kto bardziej. Samo zakończenie, o matko jedyna. Nie wiem, zachowanie Lowen, po tym wszystkim, jej decyzja, świadomość tego wszystkiego. Mnie to chyba przerosło. Te wszystkie relacje, były zatrute, podszyte jakimiś niezdrowymi zachowaniami i pobudkami. Szczerze powiem, przerażają mnie tacy ludzie. I mam nadzieję, że w rzeczywistości, nie spotkam się z czymś podobnym. 

Ta książka nie jest zła. Myślę, że Hoover dobrze ją napisała. Tylko jest niesamowicie pokręcona. I w sumie nie wiem, czy tak miało być, czy wyszło. Nie jest straszna, ale czuć pewien dreszczyk emocji. 



wtorek, 3 marca 2020

Too Late



Na początku, muszę napisać, jak to wygląda ze mną i z twórczością Hoover. Ja bardzo, ale to bardzo lubię jej książki. Chociaż jak wiadomo, zdarzają się lepsze i trochę słabsze. Mimo to, jestem zazwyczaj pozytywnie nastawiona do historii, które ukazuje czytelnikom. 
I nie było nigdy sytuacji, kiedy, poczułabym złość, albo jakieś zniechęcenie. Nie miałam uczucia wręcz zażenowania, tym, co czytałam. Aż do dziś. Kiedy to, zakończyłam swoją wątpliwą przygodę z Too Late. I teraz nie wiem,  co mam myśleć i robić.  Jednak od początku, Muszę napisać więcej, by było wiadome, dlaczego czuje negatywne emocje. 


Sloan jest studentką, mieszka ze swoim facetem, który jest również dilerem narkotykowym. O czym dziewczyna bardzo dobrze wie, chociaż tego nie popiera. Niestety z przyczyn osobistych nie może się temu sprzeciwić, dlatego tkwi w związku z Asą, co nie daje jej ani poczucia radości, ani niczego. W sumie to, tyle tylko, że ma dach nad głową i nie musi spać na dworcu, chociaż jakby dłużej pomyśleć, sądzę, że na dworcu miałaby o wiele większy spokój w nocy, jak w domu swojego faceta. 

Asa, jak już dowiedzieliście się wyżej, jest zamieszany w narkotyki. Kombinuje ile może, ponoć jest dosyć groźny, ma sporo pieniędzy i obsesje na punkcie swojej dziewczyny. Dokładnie tak jest, myśląc o Sloan, robi to w kategoriach - jest moja i tylko moja. I nikt, ale to nikt nie ma prawa nawet spojrzeć w jej kierunku. Ot, taka troszkę nienormalna miłość, ale czego można wymagać po kimś takim jak Asa? 

Jest jeszcze Carter, który poznaje Sloan na zajęciach, okazuje się, że razem studiują. No, a jeszcze później się okaże, że mają wspólnego znajomego. Co niekoniecznie będzie dobrze świadczyło o nich oboju. No ale, co tam. Można wybaczyć pewne małe grzeszki, zwłaszcza, gdy każde z nich, ma na sumieniu większe kłamstewka. 

Taki oto, zarysował nam się trójkącik. I dobrze, bo tak też jest. Asa, Sloan i Carter. Ktoś jest zły, ktoś inny chce być zły, a jeszcze kolejny chce uciekać, od jednego złego do drugiego. Namieszałam? Nie kochani, autorka dopiero miesza w tej książeczce.  Zatem, to dopiero maleńkie preludium, w porównaniu do całości. 


Chciałam dołączyć do grona zachwytów. Chciałam napisać i przede wszystkim poczuć, jak ta książka we mnie trafiła. W sumie to trafiła, w moje nerwy, które ostatnio i tak są już u kresu, ludzkiej wytrzymałości. I nagle, zjawia się Ona, cała w absurdzie i zaczyna smarować, epilog po epilogu. I ja się w końcu zaczynam zastanawiać, czy to już ten etap, kiedy ogórki zaczną przegryzać tętnice, a dla mnie stoi naszykowany kaftan bezpieczeństwa, czy po prostu kogoś wyobraźnia z lekka poniosła. 

Moi drodzy, jak wiecie, nie jestem pruderyjna, co nie znaczy, że lubię czytać o seksach z ganiającymi kutasami. Bo nie lubię tego typu określeń. Każde  ruchania i inne tego typu teksty, są po prostu obrzydliwe. I nie zmierzam udawać, że na mnie to działa w sposób fantazyjny. Jest wręcz przeciwnie. 

Uprzedzam, wiem, jaki zamysł miała autorka w tych tutaj scenach, ale po pewnym czasie, to już zaczęło zakrawać o jakąś komedię. Naprawdę, było chwilami strasznie, było napięcie. I super, gdyby Hoover, nie wiem w przypływie czego, nie doszła do wniosku, że jeszcze o czymś zapomniała. 

I się zaczęło. Wysmarowała jeden epilog, potem drugi i kolejny, i takie tam jeszcze, jakieś końce końców. A ja, zaczęłam się zastanawiać czy czerpała inspirację z jednego z odcinków mody na sukces, gdzie Ridge wpada do pieca i umiera, a potem nagle okazuje się, że przeżył. Oj tam, oj tam, Lekko się podsmażył, ale w końcu jaki problem przeżyć w rozpalonym piecyku, prawda? 

Tutaj było niemalże podobnie. Znaczy zabrakło pieca, ale absurdy poziom utrzymały. A mnie wręcz całość pokonała. Cieszyłam się, gdy zobaczyłam, że już nie ma więcej stron. Tak, ze smutkiem muszę to stwierdzić, koniec stał się dla mnie wybawieniem. 

Too Late mnie pokonała. To może i mogła być dobra książka, jednak autorkę poniosło. W sumie nie dziwię się, skoro pisała ją w ramach odskoczni, myślę, że powinna sobie była zostać w tej szufladzie. Szkoda, że ją przeczytałam. Chciałabym żyć w nieświadomości, że coś takiego istnieje...



poniedziałek, 2 marca 2020

W niemieckim domu




Bardzo długo unikałam książek, w których będą wspominane fakty z czasów wojny. Nie umiałam przez długi czas przełamać tej wewnętrznej blokady.

Nie napiszę teraz, że oto zaczęłam pochłaniać literaturę wojenną, że każda kolejna pozycja jest o tej strasznej tematyce. Jednak był pewien przełom, no i pomalutku zaczynam sięgać po tytuły, w których fabuła nawiązuje do tych potwornych zdarzeń.
Jednym z nich, było W niemieckim domu, opis fabuły bardzo mnie zainteresował. Bałam się tego, co będzie, ale postanowiłam przeczytać. O tym, co się wydarzyło, ale z nieco innej perspektywy. O emocjach, jakie wywołała we mnie niniejsza książka, już za chwilę.

Powojenne Niemcy, we Frankfurcie mieszka rodzina Bruhns. Młodsza z córek, Ewa oczekuje dnia, w którym jej ukochany poprosi rodziców o jej rękę. Dzień ten wydaje się dla młodej kobiety, jednym z najważniejszych i przełomowych w życiu. I chyba nie do końca się spodziewa, że nim do tego dojdzie, otrzyma ofertę, jakże zupełnie inną od oczekiwanej. W pierwszym odruchu postanowi odmówić, bo tłumaczyć dokumenty to jedno, ale być tłumaczem w sądzie, podczas rozprawy ofiar Auschwitz to zupełnie inna sprawa. Przerażająca i wręcz niemożliwa, by była prawdziwa. I właśnie prawda, chęć uzyskania prawdy, popchnie Ewę do pracy, która zmieni bardzo wiele w jej przyszłości.

Kobieta nie spotka się ze wsparciem ani ze strony ukochanego, ani rodziców. W pracy będzie uchodziła za tą, która nie rozumie, co się stało, albo nie chce. I tak Ewa - Niemka, usiądzie naprzeciw swoich rodaków i ich ofiar. Będzie musiała wysłuchać i powtórzyć najgorsze okropieństwa, z jakimi zmierzyli się ci, którzy przeżyli.
Miotana przez emocje, wyparcia i chęci ukarania zbrodniarzy. Dziwnym zachowaniem rodziców i wreszcie własnego narzeczonego.
O czym wiedziała jej rodzina? Jaką tajemnicę skrywał ukochany i kim tak naprawdę była siostra?

Wiele tajemnic zostanie odkrytych, sporo emocji przyniesie przeczytanie tej książki. Czy Ewa odnajdzie spokój i szczęście po przeżyciu wydarzeń, o których nigdy nie miała pojęcia?

Wspomniałam we wstępie, że historie odkrywające prawdę o wojnie, obozach i tych wszystkich zbrodniach, przez wiele lat unikałam. Nie z powodu ignorancji, nie dlatego, że nie chciałam uwierzyć. Chyba bardziej przerażała mnie myśl albo świadomość jak straszny potrafi być człowiek. Jak zło odbiera zdolność do odczuwania emocji, współczucia. Sama nie wiem, jak to określić. Nie chcę sobie wyobrazić kim Ci ludzie byli, co działo się w ich głowach. Jeśli kiedykolwiek, miałabym stać się takim potworem, wolałabym od razu umrzeć.

Świadome krzywdzenie kogokolwiek czy czegokolwiek, przerasta moje zdolności zrozumienia i wyobrażenia. Zadawanie i patrzenie na ból, cierpienie. Nie wiem, dla mnie myśl o tym, jest horrorem. I właśnie z tego powodu unikałam czytania o tym, wyobrażania sobie i świadomości, że to prawda. Tak było. To nie jest żadna fikcja.

I nie jest tak, że teraz nie odczuwam emocji, o których pisałam wyżej. Teraz po prostu staram się z nimi radzić. Byłam ciekawa innej perspektywy. Wiem, że nie wszyscy, a śmiało mogę napisać, większa część Niemców, nie miała pojęcia, co się działo w obozach. Wiem, bo moi dziadkowie byli w takich rodzinach. Opowiadali jakie informacje dochodziły do cywili. Dlatego krzywdzące jest uogólnianie, że wszyscy byli źli. Zasługują na potępienie. No nie, tak nie było. Często nawet żony tych okrutnych ludzi nie wiedziały, czym zajmują się ich kochani mężowie i ojcowie.

W książce możemy zobaczyć, jak bohaterka miota się między chęcią kontynuowania swojej pracy, doprowadzenia do wyroku skazującego na winnych. I tego, ile ją kosztuje powrót do normalnego życia.
Oczywiście autorka pokazuje społeczeństwo podzielone, na dwie grypy. Tych, którzy nie wierzą w oszczerstwa, i drugich, którzy żądają kary.

Gdzieś między tym wszystkim jest rodzina Ewy, jej matka i ojciec, którzy nie potrafią rozmawiać o przeszłości związaną z wojną. Siostra, niewierząca w żadne zarzuty. Zresztą, siostrunia w tej historii to bardzo interesująca postać. Nie wiem, jak ją określić. Bo dla mnie to wyrachowana kreatura. Pewnie dlatego otaczała rozumieniem zbrodniarzy. Jest mi szkoda, że w pewnym momencie, autorka poprowadziła jej wątek w taki, a nie inny sposób. No cóż, zasługiwała na coś zupełnie innego. Mogę napisać tylko tyle, że jej postać wzbudza wiele emocji, tych negatywnych.

W moim odczuciu książka jest dobrze i ciekawie napisana. Myślę, że autorka właściwie ukazała tę drugą stronę. Bo Ewa chce zrozumieć, ale się boi. Prawda jest druzgocąca, a okazanie zrozumienia ofiarą na niewiele się zdaje. W ich oczach jest jedną z nich. Możemy zrozumieć jedną i drugą stronę. Ona nic nie zrobiła, ponosiła winy, za tych, którzy swoją władzę wykorzystali w najgorszy sposób. Natomiast ich ofiary, nie potrafiły oddzielić winnych od nieświadomych prawdy.

Myślę, że warto sięgnąć po W niemieckim domu, jednak jeśli ktoś nastawi się na szczegółowe opisy tragedii obozów, może poczuć niedosyt, ponieważ tutaj autorka skupiła się na bohaterce, jej rodzinie i otoczeniu. Mnie to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Niemniej, nie każdy może tego oczekiwać.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

sobota, 29 lutego 2020

Biegając boso



Dawno nie czytałam książek, które sprawiały, że nie potrafiłam się od nich oderwać, chociaż na chwilę. I szczerze powiedziawszy, bardzo tęskniłam za tym uczuciem. Miałam nadzieję, że nowo kupione tytuły, a chociaż jeden z nich, sprawi, że wreszcie fabuła książki pochłonie mnie bez reszty. Jako pierwszą, postanowiłam poczytać Amy Harmon i jej Biegając boso.
Czy okazała się tym, czego oczekiwałam i poczułam znane i ukochane uczucie przynależności do bohaterów? 


Kiedy umiera mama Josie, dziewczynka przestaje być dzieckiem. Nie dlatego, że nagle dorosła. Po prostu nikt w domu nie miał czasu, tak ją traktować. Ojciec miał sporo pracy na głowie, a wolne chwilę spędzał na tęsknocie za ukochaną. Byli też starsi bracia, jednak jak to między chłopcami bywa, dominowały inne priorytety niż skupianie uwagi nad młodszą siostrą. 

Dlatego nauczyła się radzić sama. Chciała być potrzebna, uważała, że jako jedyna kobieta w domu, musi się nim odpowiednio zająć. Sprzątać i gotować. Opiekować rodziną. Dorosła szybciej od swoich rówieśników. Miała swój świat i niechętnie wpuszczała innych do niego.  Może nie była typem popychadła, ale odstawała od reszty koleżanek i kolegów. 

Do szkoły dojeżdżała autobusem, był to czas, gdy mogła w spokoju poczytać książki. A te, kochała szczerze i nie potrafiła z nimi rozstać. Podobnie było z muzyką. Gdy umarła matka, dziewczynka przypadkiem trafiła do domu nowych sąsiadów, tam nauczyła się jak grać i czytać nuty. Tam poczuła, że muzyka to coś więcej. 

Gdy poznała Samuela, była trzynastolatką, zagubioną, ale czującą co chce zrobić w swoim życiu. Miała pasje i ogromne marzenia. Ukazała temu młodemu mężczyźnie, czym jest piękno muzyki, jak potrafi unieść i wycisnąć wszystko z człowieka. 
Potrafili godzinami ze sobą rozmawiać. Mimo sporej różnicy wieku, pomagali sobie wzajemnie. Ona zyskała przyjaciela i kogoś, kto potrafił ją w pełni zrozumieć. On, że ukazała mu świat w zupełnie innej perspektywie. 
]
Aż przyszedł dzień, w którym Samuel wyjechał. I zabrał ze sobą część Josie i jej przyjaźni. Ich drogi się rozeszły na wiele lat. 
Dziewczynka dorosła, a w jej życiu wydarzyło się wiele rzeczy. Przestała być tą pełną ekspresji i marzeń Josie Jo. Zeszła na ziemię. I zobaczyła świat, tak, jak go wcześniej widział Samuel. Teraz to on, musi pomóc swojej przyjaciółce, wznieść się ponad to, co doświadczyła. Czy mu się uda? 



Biegając boso, jest książką przepiękną. Mogłabym na tym jednym zdaniu zakończyć. Jednak wiem, że to będzie za mało. Każdy, kto zobaczy okładkę, pomyśli - jakiś romans. Nie, to nie jest romans. Historia Josie i Samuela opowiada o miłości. A dokładnie, o wielu stronach tego uczucia. Miłości córki do ojca i rodzeństwa. Miłości do muzyki i książek. Miłości dwojga ludzi, którzy za szybko się poznali i nie mogli być razem. I wreszcie o bólu, który dotyka, gdy tracimy tę miłość. 

Ta książka, była pierwszą od bardzo dawna, którą czytałam do późna w nocy. Mimo, że musiałam rano wstać do pracy. Czytałam i nie umiałam się oderwać. A kiedy już to zrobiłam, to cały czas byłam w niej myślami. Ta książka pojechała ze mną do pracy, jeździła ze mną, do póki jej nie przeczytałam.  Musiała być przy mnie, a ja musiałam, przeczytać chociaż kilka zdań. 

I właśnie o takim uczuciu pisałam we wstępie. Gdy jesteśmy bezwolni. Gdy podczas tych chwil obcowania z tytułem, nie potrafimy myśleć o niczym innym. Trudno jest znaleźć takie książki, trudno jest znaleźć perełki w zalewie wszystkiego, co reklamowane. Ja jednak wiem, mam to szczęście, że kilka lat temu, poznałam i pokochałam Amy Harmon, za to, jak cudownie pisze o ludziach dla ludzi. 

Polecam Biegając boso, każdemu, kto lubi niebanalne historie o życiu, o sile przyjaźni i miłości. No i o muzyce, ponieważ tej, będzie bardzo dużo. 


niedziela, 23 lutego 2020

Cynamon kłopoty i ja

 


Z Cynamonem to u mnie trochę jak z burzliwym związkiem. Pierwsza część chwilami, okrutnie denerwowała i już w pewnym momencie, powiedziałam sobie koniec, nie będę się brała z drugi tom, ale było coś, co mnie kusiło. Dlatego gdy ujrzałam zapowiedzieć, no nie potrafiłam się oprzeć. Pomyślałam, że druga szansa, a jeśli się rozczaruje, rzucam w kąt i suchej nitki nie zostawię. Takie miałam mocne postanowienie. 
Książkę przeczytałam dawno, jeszcze w ubiegłym roku, latem z tego co pamiętam. Tylko nie potrafiłam zabrać się za opisanie. Sama nie rozumiem dlaczego. I teraz, kiedy wyszła zapowiedzieć trzeciej, myślę sobie, trzeba wreszcie wypowiedzieć się o poprzedniczce, czy trafiła do kąta i teraz spadną na nią cięgi krytyki? O tym przekonacie się w dalszej części tekstu. 


Vicky już oswoiła się ze swoimi przeskokami między światami. Teraz tylko pozostaje zrozumieć jaki mają one cel i wyciągać z nich jak najwięcej wniosków. 
Tym razem, kolejna wizyta w ciele para realnej Victorii ukazuje, zupełnie inną rzeczywistość niż poprzednio.  Świat w jakim żyje jej drugie wcielenie, jawi się na pewien sposób smutno i sprawia, że nasza bohaterka czuje smutek, ale wdzięczność za to, gdzie żyje i jakie relacje łączą ją z rodziną. 

Tym razem, przygody będą może mniej szalone, chociaż nie, będzie się działo. Tylko druga Vicky okaże się zupełnym przeciwieństwem poprzedniczki, a nawet mniej odważna od naszej Victorii. Brzmi nieco poplątanie, ale jeśli ktoś już rozpoczął swoją przygodę z Cynamonem, powinien zrozumieć. 

W każdym razie, będziemy świadkami postępów poszukiwań ciotki Vicky, poznamy nowych mieszkańców pensjonatu, którzy sporo namieszają w całym domu. Będzie sporo nowych, kluczowych informacji, ale niestety nie uzyskamy jeszcze odpowiedzi na najważniejsze pytania.
Jedno jest pewne, uczucie zakochanych nie osłabnie, a nasza bohaterka zrozumie, że niesienie pomocy, nie zawsze wychodzi na dobre. 


Trudno, a raczej burzliwie rozpoczęła się moja przygoda z Cynamonem. Byłam bliska zaniechania czytania, ale gdzieś w środku czułam, że muszę. Nie umiałam się rozstać z bohaterami książki. A ciekawość przypadłości bohaterki zaintrygowała mnie do tego stopnia, że nie było wyjścia. Musiałam dać szansę, czego teraz nie żałuję.  Ponieważ Cynamon. kłopoty i ja, przeczytałam ekspresowo. Pochłaniałam książkę, śledząc z zaciekawieniem każde kolejne wydarzenia. Nie odczułam nudy, czy wątpliwości, czy aby słusznie dałam szansę.  Nic podobnego. 

W tej części, Vicky jest bardziej ogarnięta w tych przeskokach między światami. Potrafi więcej dowiedzieć się o swoich wcieleniach, wszystko za sprawą pomysłu, na jaki wpadła jej przyjaciółka. Dzięki temu, obie osoby, mogą zostawiać informacje na swój temat oraz tego, jakie prowadzą życie. Oczywiście nie zabraknie wpadek, które troszkę namieszają w życiu obu nastolatek. 

No i jeszcze jedna sprawa. Wydarzy się coś, czego nikt - nawet ja, nie mógł się spodziewać. Jestem ciekawa, jak akcja dalej się potoczy, ponieważ po tym, co ujawniło się w drugiej części, zastanawiam się w którym kierunku całość zmierza. Mam nadzieje, że poziom będzie utrzymany, a jeśli poszybuje do góry, to tylko się cieszyć. 

Myślę, że po tę serię można śmiało sięgnąć. Każdy, kto tak jak i ja, interesuje się podróżami w czasie i podobną tematyką, spędzi przyjemnie czas podczas lektury Cynamonu. 


Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Media Rodzina. 

poniedziałek, 10 lutego 2020

Stażystka



Kiedy miałam rozpocząć czytanie Stażystki, okazało się, że nagle wszędzie zaczęła się pojawiać. Ostatnio jestem poza wszelki stronami poświęconymi książkom, jedynym źródłem informacji stał się Instagram. Z ciekawości zajrzałam na inne strony i tak, ta książka jest na tak zwanej fali. Czy zasłużenie? O moim zdaniu dowiecie się już za chwilkę. Dopiszę tylko jeszcze, że cieszy się mój słaby dostęp do nowinek, inaczej miałabym dosyć tego tytułu, zanim wyrobiłabym własne zdanie. A tak, usiadłam i po prostu przeczytałam.

Jedna ze znanych i prężnie prosperujących firm w Oławie poszukuje stażystki. Na takie ogłoszenie trafia Klaudia, nasza główna bohaterka. Właśnie skończyła studia, niebawem będzie musiała opuścić akademik i rozpocząć życie, samodzielnie. Bo rodziny nie ma. Koleżanka z roku proponuje wspólny interes, ale do tego potrzeba nakładu finansowego, a tego nasza dziewczyna nie ma. To też, oferta, która pojawia się niczym manna z nieba, wydaje się czymś nierealnym.

Ewa zna na pamięć etap rozmów pracy, które przeprowadzi jej mąż Marek. Zdaje sobie sprawę, że przyglądanie się temu, niczego nie wniesie nowego do jej życia. Bo dla męża owszem. Zyska nową stażystkę. Na pewno będzie nią blondynka i na pewno będzie musiała ująć szefa inteligencją i czymś jeszcze. Co zdecyduje czy umowa o staż na okres sześciu miesięcy zostanie podpisana. Od tej osoby, zależy czy równowaga w małżeństwie Skalskich zostanie zachowana i wszystko nareszcie się ułoży.

Między czasie w Oławie dochodzi do odnalezienia ciała młodej dziewczyny. Jak się później okazuje, pracowała w firmie Skalskich, z dnia na dzień przestała przychodzić do pracy, nikt nie wiedział, co się stało i dlaczego. Poprzedniczka dziewczyny zginęła w wypadku samochodowych, obie zajmowało to samo stanowisko, obie były blondynkami. Czy te dwie sprawy mają powiązanie? A nowa pracownica powinna odczuwać strach?

Fabuła książki toczy się specyficznym rytmem. Nie ma nagłych zwrotów, które pędzą, a czytelnik nie nadąża w zastanowieniu, kiedy jego maleńka hipoteza nagle zostaje obalona. Tutaj autorka po prostu prowadzi sobie grę, niespiesznie, ukazując skrawek po skrawku fragmenty układanki. Jako że przyglądamy się wydarzeniom z perspektywy obu pań, Klaudii i Ewy, może mieć jako taki wgląd na to, co dzieje się zewnątrz i w małżeństwie Skalskich, a to wywiera przeróżne wrażenia. Moim pierwszym było, że są oboje porąbani. Naprawę, inaczej nie jestem w stanie ich określić. Nie mogę za wiele napisać, ponieważ w tym wypadku, o słowo za dużo i po zabawie, a tego potencjalnemu czytelnikowi odebrać nie mam prawa.

Z kolei Klaudia, och ta Klaudia. Gdyby nie świadomość czym zajmowała się podczas studiów, mogłabym ją uznać za typowo młodą i niedoświadczoną dziewczynkę. Tylko w jej przypadku jest to wręcz niemożliwe. To co, robiła, było przemyślane i świadome. Nikt jej nie zmuszał i nie namawiał. Dlatego nie potrafiłam zobaczyć w niej ewentualną ofiarę. Być może jestem okrutna, cóż poradzić.
W każdym razie nasza bohaterka, rozpoczyna pracę, a wraz z nią, dziwną relację ze swoim pracodawcą.
I właśnie w tej relacji, mogę powiedzieć, że autorka, troszkę nie przemyślała. Bo jeśli chciała stworzyć sylwetkę nieświadomej, niewinnej i głupiej ofiary, to trzeba było przemyśleć jej przeszłość i wykreować nieco inaczej. Inaczej, jej zachowanie było widziane jako bezmyślne i chwilami kretyńskie. Nie mogę tego ująć innymi słowami.

Nie umiałam polubić Klaudii, był to typ dziewczyny, której nigdy nie lubiłam i zawsze unikałam takiego towarzystwa. Z kolei Ewa, postać bardziej złożona. Tak naprawdę dopiero pod sam koniec, dowiadujemy się, co dzieje się w ich związku i dlaczego zachowuje się tak, a nie inaczej. Co nie oznacza, że możemy zrozumieć. Mnie było trudno.

Ogromnym plusem książki jest szybkie czytanie. Autorka ma lekkie pióro, dzięki czemu ma się wrażenie, że kartki same się przewracają. Ciekawość towarzyszy niemalże do końca, chociaż ja dosyć szybko domyśliłam się, kto stoi za śmiercią obu dziewczyn. Mimo to uważam, że ciekawie wyszło, bo bardzo długo podejrzewa się dosłownie każdego.

Co mnie zawiodło? Może infantylność Klaudii, naprawdę jej reakcje i zachowania były zbyt mocno spłycone. O ile na samym początku czytania można było przymknąć oko, to później po prostu drażniło.

Z kolei wyjaśnienie problemu, jaki krył się za murami domu Skalskich, nie było dla mnie wystarczające. Odniosłam wrażenie, że autorka po prostu chciała już skończyć i tak też zrobiła. Ogólnie zakończenie było słabe i zaniżyło całą moją ocenę książki. A szkoda, bo rokowała dosyć dobrze. A tak, jest średnio. Emocji Bóg wie, jakich nie było. Można przeczytać. Chociaż słaby kryminałek z tego, bo thriller żaden.

Oczywiście w żadnym razie nie odradzam. Śmiało, można przeczytać, jednak jeśli ktoś lubi o wiele bardziej mroczną i skomplikowaną fabułę. Oczekuje mrożących krew w żyłach wrażeń, powinien sobie odpuścić. Nie miałam ciarek i odczucia tych konkretnych emocji, byłam ciekawa, kto jest kim, po co i dlaczego. I właśnie dlatego czyta się tę książkę.

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum

piątek, 10 stycznia 2020

Lodowy smok





O twórczości Georga R. Martina słyszał niemalże każdy, chociaż przyznam się szczerze, ja tylko słyszałam. Bo żadnej z jego słynnych książek nie przeczytałam. Jakoś nie dałam się porwać fenomenowi pisarza. Jednak, kiedy przyszło do Lodowego Smoka, postanowiłam, chociaż w maleńkim stopniu sprawdzić, nad czym owe zachwyty. Owszem, książka dedykowana młodszym czytelnikom, ale czy aby na pewno? Jak słynny autor poradził sobie w historii skierowanej do małego odbiorcy i czy okazała się ona ciekawa dla dorosłego?
Poznajemy Adarę, dziewczynkę urodzoną podczas jednej z największych zim, to wtedy właśnie jej matka nie poradziła sobie z życiem, a ona została uznana za winną śmierci. I tak się właśnie czuła. Była dzieckiem samotnym i odosobnionym, co najciekawsze, nie lubiła letnich dni, nie lubiła ciepła. Od zawsze, ciągnęło ją do zimy i zimna. Z utęsknieniem wyczekiwała zmiany pory roku, na tę która niosła ze sobą śnieg, mróz i jego. Tego najważniejszego, a raczej On zwiastował nadejście nielubianej przez większość aury.
Gdy pojawiał się lodowy smok, w Adarze następował spokój i w pewnym stopniu dopełnienie. Czuła jakby wszystko wracało na swoje miejsce. Godzinami przesiadywała w swoim odległym miejscu zabawy, gdzie budowała śnieżne zamki. I przyglądała się, jak smok przelatuje w pobliżu. Aż w reszcie go dotknęła. Nie, nigdy nie czuła strachu. Wiedziała, że nie zrobi jej krzywdy, byli sobie bliscy, mimo że nigdy nie okazali sobie tego.
Aż pewnego dnia, podczas letniej pory, na wioskę zamieszkiwaną przez dziewczynkę i jej rodzinę, nadleciały obce smoki z wrogim wojskiem. Sytuacja z dnia na dzień stawała się coraz gorsza, nikt nie potrafił poradzić z najeźdźcami. Dla Adary, która nie miała w pobliżu zaufanego smoka, nie czuła kojącego zimna, czas ten stał się okropny, chciała uciec jak najdalej, chciała, żeby znowu nastąpiła zima. Tylko w jaki sposób miała sobie sama poradzić?
Mała, ale niezwykle odważna i dojrzała dziewczynka oraz smok, znienawidzony przez mieszkańców. Zwiastujący zimno i trudne czasy, będą musieli stawić czoło ogromnemu przeciwnikowi.
Mam niebywale mieszane uczucia po zakończonej lekturze. Całość jawiła się niesamowicie przytłaczająco i tak dalece od klimatu dziecięcego. I nie, ja nie oczekiwałam lukrowanej historyjki, tylko tak jakoś w tym wszystkim zbyt wiele było fantastyki, a za mało dziecka w dziecku.
Adara, dziewczynka odosobniona, wręcz wykluczona, dziecko zimy. I to nie tylko tej pogodowej, ale i uczuciowej. Kochała samotność, wszystko, co wiązało się z chłodem. No rzecz jasna smoka. Smoka to i ja pokochałam. No, ale widać moja miłość była mocniejsza niż Adary, bo ja bym tego nie zrobiła co ona. Jednak zdradzić najważniejszego niestety nie mogę.
W każdym razie ta książka jest mocno fantastyczna, zimna jak sam tytuł wskazuje, a samo zakończenie sprawiło, że poczułam się oszukana. Naprawdę, po tak zaczętej historii i rozwinięciu jej, nie miałam pojęcia, że zostanie jakby na siłę sprowadzona do właśnie takiego happy Endu, zresztą nazwać szczęśliwym zakończeniem nie potrafię, ale może mój obraz szczęścia przez minione lata nieco się wypaczył i dlatego, tego nie zrozumiałam i nie poczułam.
Rzeczywiście styl autora mocno potrafi podziałać na wyobraźnię. I ten tytułowy smok ukazuje się nam przed oczami, jest niemalże realny i wierzymy, że gdzieś tam sobie kiedyś istniał. Co do opisów uczuć, relacji między bliski, mogłabym nazwać śmiało i szczerze, że były patologiczne. Nic to, skoro był smok, to czego się spodziewać, że małe dziecko może biegać gdzieś godzinami bez opieki i nikt nie zwróci uwagi, oczywiście czepiam się, bo Adara była zimowa, znaczy się inna, to mogła. I już.
W ramach podsumowania napiszę, że ta książka nie jest zła, nie jest niegodna przeczytania. I pewnie swoimi słowami fani pisarza, poczują się urażeni, a ja zasiądę w loży heretyków. No niestety, nie poczułam tego czegoś. Nie dopiszę Georga R. Martina do grona moich najlepszych autów. Niech sobie pisze, ja podziękuję. Książeczka raczej dla dzieci w przedziale 10-12+ ale to tylko moja subiektywna ocena.

Tesktst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...