Grzywa

źródło



Lubicie konie? Może jest ktoś, kto lubi na nich jeździć, może kogoś fascynuje oglądanie wyścigów konnych czy uczestniczenie w nich?

Ja koni od zawsze się bałam, nie w ten sposób, o jakim większość pomyśli, że zrobią mi krzywdę. Kopnie i zabije. Po prostu czułam do nich bardzo silny respekt. I nie rozumiałam wielu rzeczy, które dotyczyły traktowania tych zwierząt. Jedno jednak było dla mnie od zawsze wiadome. To konie zawsze najbardziej cierpiały przez ludzi i dla ludzi. Pod pięknym płaszczem miłości. Tylko jakiej?


Zonia szykuje się do ważnego wydarzenia, niebawem odbędzie się egzamin, dzięki któremu, o ile dobrze pójdzie, otrzyma stypendium. Zanim jednak się to stanie, musi bardzo intensywnie trenować. Pod okiem byłego mistrza jeździectwa — jej ojca. Dyscyplina i zasady, wpajane przez całe dzieciństwo, wpłynęły na jej postrzeganie pewnych spraw, ale czy te wszystkie regułki, rzekome twarde zasady, były tymi słusznymi?

Rodzice nastolatki mają stadninę, jednak ta nie została utworzona z powodu wielkiej miłości do koni. Tak wyszło, ojciec wspomniana sława, matka weterynarz. Często musiała zająć się porzuconymi, chorymi końmi. No i tak jakoś wyszło. Oczywiście mieli też swoje. Bo kto nie chciałby pobierać lekcji u sławy? Człowieka z tytułem i medalami. Co z tego, że sam „bohater”, nie miał specjalnego podejścia do ludzi, a tym bardziej zwierząt. Po prostu wcześniej miał wygrywać wyścigi. Za wszelką cenę. Kluczowe stwierdzenie.

Zonia również miała zrobić wszystko, by zdobyć medale, a następnie stypendium. Miała wykonać to, co zaplanował ojciec. I dziewczyna tak robiła, do pewnego momentu.


Nie bez przyczyny, wspomniałam we wstępie o wyścigach. I zanim nawiążę do książki, chciałam o czymś napisać. Jakiś czas temu, oglądałam relacje z wyścigów jeździectwa. Nie mogłam spać w nocy, akurat nadawali w telewizji i patrzyłam. Cały czas się zastanawiałam. Kto wygrywa? Człowiek? Jak? Siedzi na tym biednym stworzeniu i wydaje polecenia, wcześniej intensywnie go trenując. Czy koń odczuwa radość? Nie zauważyłam, by którykolwiek zarżał z satysfakcji, po dobrze przebiegniętej rundzie. I moje pytanie? Jaki jest cel tego „sportu” i co ma udowodnić?

Zonia, jak jej ojciec i chyba wielu ludzi, którzy wpadli w sidła tego dziwnego pędu, chciała zdobywać medale, mistrzostwa. Chciała być kimś. Tylko jakim kosztem? Już nie chodzi, o to, że jako córka właścicieli, musiała zajmować się obrządzaniem zwierząt. Wykonywała więcej, niż na przykład jej koleżanka, która przyjechała do nich, na same treningi.

Dziewczyna bardzo chciała tego stypendium. Jednak nie mogła przeżyć, że straciła swojego konia. Po pewnym incydencie jej ukochana Grzywa opuściła ich dom. Dlaczego? I czy musiało się tak wydarzyć. Mimo czasu ona ciągle myślała o swoim koniu. Próbowała go odszukać. W pewnym momencie do tych poszukiwań dołączył jeden z pracowników jej ojca. Młody chłopak. Bojaźliwy w stosunku do koni. I nierozumiejący radości ze zmuszania zwierząt, do wykonywania poleceń. Za wszelką cenę.

Bo musicie wiedzieć, że konie biegające w wyścigach, te piękne nagrody, ten cały splendor, przepłacają życiem. Nie czują radości. Częściej ból i strach. No ale, przecież one muszą to robić, by ludzie byli zadowoleni. Bo koń musi poczuć bat, bo bez wędzidła nie będzie posłuszny. Ja bym tym wszystkim bohaterom, włożyła wędzidełko do paszczaków i ciągała, wydając przy tym rozmaite rozkazy.

Tutaj świetną postacią jest mały Staś, ja to dziecko wręcz pokochałam. Za to, jak  swoją dziecięcą szczerością i ciekawością, pokazywał okrucieństwo dorosłych. Straszne jest, czytanie o tym, co człowiek potrafi zrobić dla sławy, dla medalu. Ja rozumiem sport, w którym stajemy do konkurencji osobiście. A nie, siedząc na grzbiecie, wydając polecenia i jeszcze mając za złe, gdy w chwili udręki zwierzę zareaguje obroną.

Przeczytałam tę książkę, utwierdziłam się w tym, co widziałam od dawna. Tutaj mowa o koniach, na nich więc się skupię. Bo one, zawsze musiały cierpieć przez głupotę i egoizm ludzki. Na wojnie, na pięknych przejażdżkach albo wyścigach. I co najgorsze, ludzie Ci, twierdzą, że kochają swoje zwierzęta.

Książkę oczywiście polecam. Zwłaszcza dla tych, którym się wydaje, że takie przejażdżki na konikach, są super cacy, będziemy mówić, co mają robić, a one się ucieszą.


 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle. 
Czytaj dalej...

Basia i lato pod psem




Mówiłam Wam, jak lubię Basię? Na pewno. Często na blogu pojawiają się kolejne tytuły, tej uroczej serii skierowanej do dzieci. Nie potrafię się oprzeć, kiedy widzę kolejne zapowiedzi. Baśkę po prostu trzeba kochać.

Tym razem, do czytelników trafia nieco obszerniejsza forma, dzięki czemu można dłużej spędzić czas, w towarzystwie tej zabawnej dziewczynki, jej rodziny i znajomych. A o czym dokładnie, jest Basia i lato pod psem? Już Wam opisuję.
 


Lato w pełni, a co za tym idzie wakacje. Basia wraz z mamą i braćmi szykuje się powoli do wyjazdu na urlop. Tylko muszą jeszcze poczekać na tatę — to znaczy na dzień, w którym powie, że to już. I chociaż dziewczynka cieszy się z wyjazdu, to jej myśli zaprząta jedno, chciałaby mieć psa. Swojego własnego. Bawić się z nim, tulić i po prostu mieć. Niestety mama uparcie odmawia. Na szczęście tam, gdzie jadą, powinien być pies stróża, może uda się z nim pobawić?

Podczas podróży, dziewczynka jest świadkiem smutnego zdarzenia, pewien mężczyzna bije i źle traktuje swoje pieska. Dla Basi, która marzy o własnym czworonogu, takie postępowanie jest straszne. I nie potrafi zrozumieć, dlaczego ktoś może krzywdzić własnego przyjaciela.

Na miejscu, okazuje się, że jest pies, zachwytu Baśki nie ma końca, w przeciwieństwie do jej kuzynki — która ma ogromnym problem z przesadną czystością, co nieco utrudnia jej, jak i towarzyszom funkcjonowanie. Wszyscy mają nadzieje, że wyjazd na kemping i przebywanie przy samej naturze, pozytywnie wpłynie na małą pedantkę.

Jakie przygody czekają na Basię, jej rodzeństwo i kuzynkę? Co wytropi Azor — pies stróża? I jaką ważną rolę otrzyma nasza bohaterka? Będzie sporo się działo, przygód co niemiara. I najważniejsze pytanie — dla kogo to będą udane wakacje?
 
 


Jestem ogromną fanką Basi i jej rodziny, ale to wszystko za sprawą autorek. Panie w cudowny i ciepły sposób przedstawiają z pozoru proste codzienne problemy, zwykłej rodziny.

Nasza tytułowa bohaterka, marzy o swoim piesku. Niestety możliwości mieszkaniowe sprawiają, że mama nie chce się zgodzić. Troje dzieci i rodzice, w mieszkaniu. Troszkę mało miejsca do zamontowania w nim psiaka, domagającego uwagi i przestrzeni.

Te wakacje jawią się nasze Basi, jako najgorsze pod słońcem, towarzystwo marudzącej kuzynki, no i niepokój, czy zastanie na miejscu jakieś inne pieski? I będzie możliwość pobawienia się z nimi. Nasza dziewczynka tylko o tym marzy. A jak się czegoś bardzo chce, to ogromna szansa by się ono spełniło.

Siadłam do czytania, a ukazana historia do reszty mnie pochłonęła. Niby jest to forma typowo dziecięca, ale tak ciekawie i wciągająca, że ja naprawdę, przeżywałam te wszystkie przygody i perypetie, z jakimi zmierzała się rodzina.

Bo przyjazd późnym wieczorem podczas ulewy, pobudka w podtopionym namiocie, prezentowały się chwilami przerażająco, ale chyba właśnie takie atrakcje, wspomina się z uśmiechem na twarzy.

Autorki jak zawsze, bardzo mądrze i przystępnie ukazywały problem Basi, tłumaczenie dziecku, dlaczego nie można spełnić jej życzenia związanego z psem, czy też w pomocy zrozumieniu, dlaczego są źli ludzie, znęcający się nad innymi zwierzętami. Co uczynić, by takie incydenty nie miały miejsca, tego wszystkiego i wielu inny bardzo mądrych oraz pomocnych zagadnień możemy znaleźć w tej historii. Przede wszystkim jednak to wspaniała rodzinna atmosfera, chwilami z muchami w nosie u niektórych biwakowiczów. Nic nie jest przekoloryzowane, tylko ukazane tak, jak wygląda życie.

Niesamowicie przyjemnie spędziłam te kilka godzin, pojechałam na wakacje i przyglądałam się zmaganiom tej małej dziewczynki w pokonywaniu własnych słabości i udowodnieniu samej sobie, że odpowiedzialność to sztuka, którą można wypracować. Tylko trzeba chcieć. Szczerze polecam tę pozycję, koniecznie powinna zasilić biblioteczkę każdego sympatyka Basi.
 
 
Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Egmont.


Czytaj dalej...

Spadek




"TO, CZEGO NIE CHCESZ, MOŻE SIĘ OKAZAĆ TYM, 
CZEGO WŁAŚNIE POTRZEBUJESZ"


Dorota próbuje się pozbierać, po kolejnym rozczarowaniu uczuciowym. Właśnie zakończyła związek, który jak uważała, na pewnym etapie sam się rozjechał. I tak naprawdę, nie wiedziała, czy odczuwa żal, że Kuba odszedł, a może bardziej złość, że znowu, nie poczuła tego, co trzeba. I teraz została sama. Chociaż nie tak całkiem.


Akurat, gdy ponownie została bez pary, do towarzystwa — na tymczasem, otrzymała pieska. Koleżanka musiała wyjechać, no i po wielu prośbach, wprowadziła do domu Doroty czworonoga. Dla kobiety i nowej lokatorki pierwsze dni nie były łatwe. Jednak szybko się okazało, że obie znalazły porozumienie i nawet zaczęły się lubić.


Jeśli Dorota myślała, że towarzystwo psa, jest wszystkim, do czego zdolny jest los, była w dosyć sporym błędzie. Już niebawem, miała się dowiedzieć, że posiada dziadka. Niby nic nadzwyczajnego, ale nasza bohaterka, nie znał swojego rodzonego ojca. Wychowywał ją ojczym, którego bardzo kochała i czuła się z nim związana emocjonalnie. Nagle, po tylu lata, otrzymuje obcego człowieka — dziadka. Co ma zrobić? Jak się zachować, czy powinna stawić czoła teraźniejszości, nie znając wielu fragmentów z przeszłości?

Podróż do miejsca, o którym nigdy nie słyszała. Do człowieka obcego, a jednak bliskiego. Dziadek, nie wiedziałam o nim, nie miała szansy poznać, polubić czy pokochać. Jak ma go traktować? Co zrobić w zaistniałej sytuacji? Staruszek podupadł na zdrowiu, potrzebuje opieki, ale dlaczego właśnie od niej, jest to wymagane?

Co czeka Dorotę daleko od jej Warszawskiego mieszkania? Czy będzie jej dane, poznać rodzonego ojca i dowiedzieć się prawdy, dlaczego odszedł?


Książkę mogę podzielić na kilka etapów czytania. Najpierw początek, który nie do końca mnie zainteresował, bym odpowiednio się wciągnęła w historię. Na szczęście w chwili, gdy poznajemy dziadka Doroty, akcja nabiera rozpędu.

Postać głównej bohaterki jest dosyć prosta. Ot kobieta, która ma problemy sercowe, swoje uczucia lokuje w nieodpowiednich dla siebie mężczyznach. Nagle musi zająć się dziadkiem, który jest dla niej obcym człowiekiem.

Szczerze mówiąc, nie bardzo potrafię ocenić tę postać. Niby wokół niej toczy się akcja, ale nie poczułam ani sympatii, ani niechęci. Ona po prostu była.

Co innego mogę napisać, na temat ciotki Celiny oraz właśnie dziadka. Oboje z silnymi charakterami. Pod warstwą szorstkości i czasem, zbyt brutalnej szczerości, kryły się dobre serca i dusze. Bardzo polubiłam tych dwoje i właśnie oni, byli tymi, którzy napędzali fabułę. W moim odczuciu oczywiście.

W książce poznajemy sporo postaci, chyba tak naprawdę nie znalazłam nikogo, kto byłby negatywny. Tutaj każdy odgrywa swoją rolę, w odpowiednim momencie.

Fabuła nie porywa, nie wgniata w fotel, ale to dobrze. Spokojnie prowadzona, bez zbędnych zrywów i emocji, które ostatnimi czasy, są bardzo często serwowane w książkach. Powolutku, wraz z Dorotą, oswajamy się ze zmianami, jakie zaszły w jej życiu. Przyglądamy się dziadkowi. Uparciuchowi, który za maską oschłości, ukrywał zupełnie inne oblicze.

Bardzo przyjemnie spędziłam czas, przy czytaniu Spadku. Może nie było ochów i achów. Jednak jest to bardzo sympatyczna książka, na jesienne wieczory. Ukazująca siłę więzów rodzinnych, potrzeby miłości — w każdym wieku. I tego, że tajemnice z przeszłości, dobrze jest odkryć.
 
 
 
 
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.
 
Czytaj dalej...

Dzieci z wyspy Saltkråkan



Pamiętacie Dzieci z Bullerbyn? Mam nadzieje, że znajdą się fani tej opowieści, jak i twórczości Astrid Lindgren. Bo właśnie dzisiaj, przychodzę do Was z książką, która została napisana w bardzo ciekawym klimacie. I chociaż figuruje jako literatura dziecięca, to mogę śmiało napisać, że każdy odnajdzie w tej historii coś, co go zainteresuje.

Chcecie wybrać się z bohaterami na tytułową wyspę Saltkråkan? Jesteście ciekawi kogo można na niej spotkać i co takiego w sobie ma, że każdy, kto raz przyjedzie, chce do niej wrócić?


Rodzina Melkersonów wybiera się promem na wakacje. Ich celem jest tytułowa wyspa. Jako że tylko ojciec wie, jak będzie wyglądał ich dom letniskowy, na najbliższe tygodnie, u członków rodziny, niewiedza wzbudza wielkie emocje. Tylko u każdego są one zupełnie inne. Najstarsza latorośl patrzy na decyzje ojca z pewnym dystansem. Maliin wie, jakim jest On człowiekiem. Wspaniałym i cudownym, ale często też, żyjącym w innym wymiarze, często też roztargnionym. U pozostałej trójki, towarzyszy euforia i radość nieznanego. No i wiadomo - przygody!

Gdy dobijają do brzegu, ich oczom ukazuje się osobliwy widok. Na przybyłych czeka dziewczynka i wielki pies. Jak się później okaże, duet ten, będzie bardzo oryginalny i wszystko wiedzący. To znaczy dziewczynka, bo pies jak to pies. Jemu wystarczy towarzystwo i uwaga.

Dom, który zakupił ojciec, jest troszkę podniszczony. Nie, żeby to była ruina, ale co nieco trzeba w nim naprawić. Akurat pogoda nie rozpieszcza, zaczyna padać deszcz i jest zimno. Może niezbyt optymistyczny i zachęcający początek pobytu, ale na szczęście,  kiedy wydaje się, że jest beznadziejnie, z pomocą przychodzą mieszkańcy wyspy.

Wakacje to cudowny okres, a kiedy dopisać do tego pobyt na wyspie, gdzie każdy mieszkaniec, wie o sobie niemalże wszystko. Można powiedzieć, że będzie ciekawie. Zwłaszcza jeśli chodzi o tych młodszych bohaterów. Chociaż i starsi nie zaznają nudy.


Myślę, że każdy, kto poznał twórczość Astrid Lindgren, nie będzie musiał być za bardzo namawiany. Bo autorka, pisze w sposób, który ma w sobie coś przyciągającego. I, mimo że z pozoru, historia wydaje się kierowana tylko do tych młodszych, to uwierzcie mi na słowo. Dorośli nie poczują się rozczarowani.

Zacznę od atmosfery panującej na wyspie. Nie wiem, jak autorki to robi, ale jakoś w momencie, gdy razem z rodziną docieramy do Saltkråkan, czujemy to miejsce. Tak po prostu. Ono ma w sobie to coś. Ludzi, którzy nauczyli się tam żyć porami roku. Od wiosny do jesieni, kiedy to wszystko się budzi, turyści przypływają i chcą pobyć z dala od życia w biegu. Tam, wszystko się zatrzymuje. Nie ma pędu, nie ma tego wszystkiego, co męczy w pojęciu - cywilizacji.

Melkersonowie, są bardzo ze sobą zżyci, ojciec i jego już dorosła córka, sprawują pieczę nad młodszymi chłopcami. Jednak to Maliin, ma w sobie więcej z rodzica niż ojciec. Dziewczyna jest rozsądna i bardzo odpowiedzialna, często musi nadzorować wszystkich. Bracia traktują siostrę, niemalże jak matkę, której za szybko stracili. I mają świadomość, że może nadejść dzień, w którym Maliin się wyprowadzi. Pozna jakiegoś młodzieńca i postanowi założyć własną rodzinę. Ta myśl sprawia, że czują niepokój. Chcą zrobić wszystko, by zniechęcać potencjalnych adoratorów siostry.

Mnóstwo przygód czeka wczasowiczów. Będzie bardzo rodzinnie i przyjaźnie. Tutaj radość, będzie przeplatała się z chwilami nostalgii i poczucia upływu czasu. Tego, co jest nieuchwytne. Powieść w której, życie jest pokazane z każdej strony. I w tym jedynym i niepowtarzalnym stylu Lindgren. Szczerze polecam. Warto wraz z bohaterami wyruszyć na wyspę Saltkråkan.
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.
Czytaj dalej...

Dziewczyna z gór



Często możemy przeczytać albo usłyszeć, o ludziach zaginionych. Rodzina, znajomi poszukują, włączają się do tego odpowiednie służby. I nie jeden raz bywa, że te osoby już nigdy się nie odnajdują.
Sprawy wiszą nie rozwiązane, bliscy żyją w oczekiwaniu, na jakąkolwiek wieść na temat człowieka, który był i nagle zapadł się pod ziemię.
Co się z nimi dzieje? Z ludźmi, którzy nagle przestali się odzywać, po których ślad zaginął? Ktoś ich zabił? Wywiózł w nieznane? Mnóstwo pytań, a wszystkiemu towarzyszy uczucie strachu i niepokoju.

Pani Małgorzata Warda napisała książkę, w której ukazuje obie strony. Tych poszukujących i samej zaginionej - Nadii. Dziewczynki, której rodzice rano nie znaleźli w jej pokoju.


Tej nocy, Nadię coś obudziło, nie wiedziała dokładnie co, ale była pewna, że w jej pokoju ktoś jest. I to nie jest żadne z rodziców. Później sprawy potoczyły się szybko, za szybko. Mężczyzna, który jakiś czas wcześniej ją zaczepił, zakazał się odzywać, bo inaczej może stać się krzywda rodzicom.
Szli w stronę obwodnicy, dziewczynka nie miała pojęcia, czego chce porywacz, czy ją zabije? Bała się bardzo, chciała uciec, zawołać kogoś o pomoc, ale się bała. W końcu nastąpiło nieuchronne, samochód ruszył i odjechali.

Podróż trwała bardzo długo, jechali całą noc, aż wreszcie dotarli do miejsca, gdzie stał tylko jeden dom, w środku lasu. Dookoła, nie było widać żywej duszy.
W tym małym, opuszczonym domku, musiała sprostać strachowi, samotności i pytaniom, które piętrzyły się z minuty na minutę. Była sama, daleko od rodziców. Nie wiedziała, czy ich jeszcze zobaczy. Kiedy zaczną szukać? I jak zareagują, gdy zauważą zniknięcie córki.

Nieobecność Nadii została zauważona nazajutrz. I szybko poinformowano policję o zaginięciu. Gdzie mogła pójść, jak to się stało, że niczego nie zauważyli, ani nie usłyszeli? Poszła dobrowolnie, a może ktoś jej zagroził? Brak jakichkolwiek śladów. A czas płynął, dni mijały, śledztwo nabierało rozmachu - bezskutecznie. Nadii nigdzie nie było.

Tymczasem dziewczynka, musiała stawić czoła nowej rzeczywistości. W lesie, gdzie tuż obok, żyły wilki. Nie mogła uciec w poszukiwaniu pomocy.


Książki Pani Wardy, mają to do siebie, że poruszają trudne i często skomplikowane warstwy psychiki człowieka. Gdy sięgałam po Dziewczynę z gór, wiedziałam, że na pewno będzie interesująco, sam fakt, że dotyczyła porwania dziecka, które zostało zmuszone do zamieszkania na odludziu, budziło wiele emocji. No, ale kiedy już rozpoczęłam czytanie, zrozumiałam, że sprawa będzie bardziej złożona, niż przypuszczałam.
Przede wszystkim porywacz - Jakub. Bardzo długo, nie wiemy, co nim motywuje. Dlaczego porwał Nadię, co zamierza. Ona sama, często zadaje mu pytanie, co z nią będzie? Jednak nie otrzymuje odpowiedzi. Praktycznie niewiele dowiaduje się od tego człowieka, który w większości milczy. A jeśli się odzywa, to tylko wtedy, by udzielić wskazówek, albo coś zaproponować.

Co najważniejsze, narratorem jest sama Nadia, opowiada nam o swoim życiu, ale ukazuje również to, co działo się w jej domu, w czasie gdy została porwana. Okres poszukiwań i emocji, które towarzyszył rodzicom. Tajemnice, jakie ujrzały na światło dzienne, za sprawą tego wydarzenia.
Jednak najważniejszym, jak dla mnie, były opisy jej przeżyć. Gdy jako dziecko, musi zmierzyć się z lękiem, pogodzeniem z nagle i brutalnie zmienioną rzeczywistością. Gdy w człowieku, który wyrządził jej największą krzywdę, zaczęła szukać tego, co utraciła. Poczucia bezpieczeństwa i wspólnoty. I chociaż wydaje się to niemożliwe, Nadia była dzieckiem. Nie mogła pozostać sama sobie, nie radziła z własnymi przeżyciami. A Jakub, jakkolwiek by to brzmiało, nie zrobił jej krzywdy - oprócz porwania.

Emocje, towarzyszące podczas czytania są ogromne, to my musimy w pewnym momencie, wraz z dziewczynką, zacząć szukać motywu, w działaniach Jakuba. Dlaczego tak postąpił? Nie chciał okupu, nie chciał jej skrzywdzić.
Z każdą kolejną stroną, ocena tego człowieka, nabiera innego wymiaru. Zostają odkrywane, bardzo istotne części układanki. A zakończenie tej historii, nie będzie zapowiadało się tak, jakbyśmy oczekiwali tego na początku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem Dziewczyny z gór, wciągnęła mnie od pierwszej strony. Pochłonęłam tę historię w jedno popołudnie. I niesamowicie wczułam się w wydarzenia, jakie zostały opisane. Z jednej strony, byłam ciekawa motywu porywacza, z drugiej, tego, jak wyglądały poszukiwania, czy znajdą swój pozytywny finał. By wreszcie, zadać najważniejsze pytanie - jakie zakończenie będzie najlepsze?
Przyznam się, że ten tytuł, plasuje się bardzo wysoko w czołówce. Powinien zyskać na rozgłosie. Bardzo ważna, świetnie napisana książka. Ukazuje wiele perspektyw. A to było, niesamowite.

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

Czytaj dalej...

Próba Ognia



Książki o wiedźmach biorę w zasadzie w ciemno. Chociaż nie mogę powiedzieć, by każda z przeczytanych wywołała zachwyt. Nie może być tak dobrze. Co nie zmienia faktu, że gdy tylko rzuci się w moje oczy, słowo wiedźma czy czarownica, od razu odczuwam słabość i chęć przeczytania.

Podobnie było w tej serii. Doszłam do wniosku, że muszę ją mieć i przeczytać. Bo tak. Czasami po prostu muszę, ulec pokusie, a czy warto było tym razem?


Lily jest uczennicą liceum, jej nastoletnie życie, jest nieco poplątane. Ona sama choruje na jakieś dziwne alergie, które bardzo mocno utrudniają jej funkcjonowanie. Matka ma problemy emocjonalne i czasami odlatuje w inne wymiary. Dlatego dziewczyna wraz ze starszą siostrą, musi kontrolować ataki i jak najszybciej reagować. Mimo że sama nie ma lepiej. Ataki jej własnej choroby bywają agresywne i niebezpieczne. Jednym słowem, ma przekichane.

A żeby było ciekawiej, jak to w tym wieku, jest zakochana w swoim przyjacielu. Niby między nimi coś jest głębszego, ale Lily, nie wie, jak sprawa dokładnie wygląda. Okazja się nadarza z zaproszeniem na imprezę szkolnych znajomych. Gdzie wybiera się wraz ze swym kumplem. Niestety, wydarzenia toczą się nie w tym kierunku, jaki by sobie życzyła. A później, później już jest tylko gorzej.

Lily nie ma pojęcia, że Salem, w którym mieszka, ma swoje inne wymiary. Mało tego, nie wie, że już niebawem trafi do świata, który wydaje się odbiciem albo inną wersją tego, gdzie jest teraz. Z wersjami ludzi, których zna teraz, a jednak innymi. I różnica między Salem z dzieciństwa a tym nowym, będzie bardzo istotna. W nowym świecie dziewczyna nie odczuje swojej choroby. Wręcz przeciwnie. Będzie miała więcej mocy, niż mogłaby sobie wyśnić.

Różowo być nie może. I nie będzie. Jedne zagrożenia, zostaną wyparte przez inne. Kto wie, czy nie gorsze. W tym obcym i zupełnie innym miejscu będzie musiała nauczyć się przetrwać. Bez rzeczy, które miała na wyciągnięcie ręki. Jednak najciekawszą będzie, przemiana jej samej.


Seria o wiedźmach, swoje odleżała na półce, zanim zdecydowałam się na przeczytanie. Ze mną już tak jest. Napalę się na książki, wyczekuje ich pojawienia w domu. I kiedy już mam, stwierdzam, że muszą sobie poleżeć. Nabrać mocy i tak dalej. W każdym razie Próba ognia swoje odczekała. I nareszcie mogę Wam, o niej napisać. Jakie były moje wrażenia podczas czytania.

Nie sądziłam, że książka będzie się tak lekko czytała. Po prostu siadłam, żeby sprawdzić, jaki styl i cała reszta. Nim się obejrzałam, a już dobijałam połowy.

Sama historia jest bardzo młodzieżowo, ale i ciekawie napisana. Mamy tutaj rozterki nastolatek, ale tylko na samym początku. Zostajemy wprowadzeni w życie Lily, zanim dochodzi do jej przeniesienia w inny wymiar. I moment ten, znacznie podwyższa poprzeczkę książki. Gdzieś tam, zostawiamy ckliwą historyjkę nastolatek, a zderzamy się z ludźmi i wydarzeniami, które są diametralnie różne, od kompromitacji na imprezie.

Alternatywne Salem, zostało bardzo interesująco wykreowane. Z jednej strony, cywilizacja jest na innym poziomie rozwoju. Coś na kształt średniowiecza. Z drugiej zaś, wszechobecna magia, jest bardzo silna i tutaj, sprawy z wolitami, ogniem i całą resztą, bardzo do mnie przemówiły. Fajnie zostało to przedstawione, przekonująco.

Główni bohaterowie, są bardzo złożeni. Poznajemy Lily, jak i jej inną wersję — Lilian, takie jakby alter ego w drugim mieście. Jest również Rowan. Ach Rowan, kto przeczytał, ten na pewno poczuł do niego to coś, co nie sposób nazwać tylko sympatią. Też bym chciała mieć takiego „mechanika". Co do Lilian, tej gorszej wersji Lily, nie umiałam jej rozgryźć, Czy rzeczywiście jest zła i zbrodnie, których się dopuściła, miały swoje wytłumaczenie? Czy dobra Lily, wytrzyma siłę, jaką jest władza magii i nie da się jej pochłonąć? Dużo tych pytań, ja sama, się pogubiłam, ale jestem niesamowicie ciekawa, co będzie dalej.

Książkę przeczytałam szybko i byłam naprawdę bardzo pochłonięta fabułą. Jak na tematykę wiedźmowatą, muszę powiedzieć, że nie jest jakaś płytka i głupiutka. Jest tutaj ukazanych wiele problemów. I te właśnie problemy, obu światów, bardzo pochłaniają i ciekawią, co będzie dalej.

Oczywiście polecam każdemu, kto lubi klimaty czarownic, magii i całej tej otoczki. Mnie się bardzo podobało.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.
Czytaj dalej...

Ksiadz Rafał - Koniec świata



Obiecałam, że napiszę tekst do tej części cyklu. Części, którą czytałam chyba najdłużej. Nie dlatego, że była zła. Przeciwnie. Ja po prostu nie chciałam skończyć. Nie chciałam rozstawać się z historią, którą snuł Maciej Grabski. O człowieku, który postanowił zostać księdzem, ale nie  przestał być człowiekiem. Księdzu, którego przykład, powinien być stawiany innym. Ostatnia — na razie, część. Ostatnia i najbardziej poruszająca.


Ksiądz Rafał zżył się z Gródkiem i Gródczanami, żyje z nimi i między nimi. Dzieli radości, troski i niepokoje. Nie ze wszystkimi się zgadza. Temu młodemu księdzu, życie już wiele razy pokazało, że bycie dobrym, nie zawsze idzie w parze ze zrozumieniem innych. Zwłaszcza gdy w ludziach od lat, pielęgnowana jest złość i żale. On sam, na własnym przykładzie, zrozumie, że też jest słaby i ma własne nierozliczone sprawy.

Po wielu przykrych wydarzeniach wydaje się, że w parafii, nic złego się nie wydarzy, znaczy takiego, co mogłoby wstrząsnąć ich życiem. A jednak, jak się okazuje, kropla drąży skałę. A zacznie się od pogrzebu. Niby nic w nim złego, czy nadzwyczajnego. Tylko w czasach, gdy panował konserwatyzm kościelny, gdy potępieniem była śmierć samobójcza, nie może pomieścić się ludziom w głowie, by do obrządku pogrzebowego, na poświęconej ziemi, dopuścić człowieka, znienawidzonego przez okolicznych mieszkańców. Wieść o śmierci Szatana, rozchodzi się błyskawicą, ale to nie jego koniec ziemskiej podróży wzbudzi emocje i podzieli Gródczan, tylko decyzja o pochowaniu na cmentarzu.

Część ludzi będzie oburzona, a nawet zniesmaczona. Inni poprą gest i ryzyko Rafała, znajdą się nawet wdzięczni. Niestety, takie gesty, nie będą mogły przejść bez echa. I tak jak ta kropla, tak pogrzeb szatana, pobudzi niektórych do działania. Wieś zacznie się dzielić. Zima coraz bliższa, wieczory dłuższe. Czasu na rozmyślania więcej, czasem tego myślenia za wiele, nie wyniknie z tego nic dobrego.

Jednak pomiędzy chmurami, jak zawsze będzie wychodziło słońce. I ono wyjdzie, w postaci pewnego człowieka. Przyjazd ten wzbudzi mnóstwo radości i wzruszenia. Rafał poczuje, że nareszcie, dzieje się coś dobrego. Nie spodziewa się jednak, że już w oddali, zbliżają się ciężkie chmury i przykryją słońce, właśnie nad jego głową.


Nie miałam obaw, czy ta część będzie dobra, czy utrzyma poziom poprzednich. Ja wiedziałam, ba! Byłam przekonana, że mnie nie zawiedzie. Jedyne czego się bałam, to tego, co pocznę ze sobą, gdy już zakończę czytanie. I tego nie chciałam bardzo. Odwlekałam nieuniknione, jednak im bliżej końcowi, tym bardziej czułam smutek. Co gorsza, zakończenie, ach to zakończenie. O nim, później.

Przepięknie jest napisana i ta część. Pan Maciej Grabski w żadnym wypadku, nie gloryfikuje Rafała, nie tworzy z niego laurkowej postaci. Księdza ideała z aureolą nad głową. Absolutnie, On też ma swoje przywary, nie potrafi wybaczyć spraw z przeszłości. Tkwią w jego sercu jak drzazga i jątrzą tę ranę coraz mocniej i mocniej. I, mimo że dla swoich parafian jest wzorem, a przynajmniej, tak wielu uważa. To znajduje się osoba, która potrafi wytknąć księdzu, wady i zło, którego nie potrafi się pozbyć.

Wspaniale czytało się, o wydarzeniu, które doszło do skutku. Jakże ja czułam się wzruszona i czułam szczęście tych ludzi. Ta chwila była niesamowicie podniosła. I niby stworzona, na kartkach książki, a jednak tak bardzo autentyczna. Niemalże, jakby działa się naprawdę.

I wreszcie zakończenie. Ono nie znalazło się na ostatniej stronie. Ono się zaczęło dużo wcześniej. I sprawiało uczucie przykrości, z każdą kolejną stroną. By później, po prostu uderzyć echem tych zamkniętych drzwi. I ja powtórzę, te drzwi, sprawiły, że poczułam ból. Taki prawdziwy ból.

Nie wiem, czy wspomniałam, by do czytania przygotować chusteczki, ale jeśli tego nie zrobiłam wcześniej, napiszę teraz. Będą koniecznie. Tyle wylanych łez, smutku i niedowierzania, że oto taki koniec. Mimo odłożonej, zakończonej książki, ja siedziałam, siedziałam i nie miałam pojęcia co dalej, płakałam i próbowałam zrozumieć, co się stało.

Nie wiem, czy dalej bym chciała kontynuacji. Bo na początku, obstawałam przy tym, że ona jest konieczna. Bo przecież nie mogło tak zostać zakończone. Teraz nie wiem. Gdyby Pan Maciej zdecydował się na napisanie, przeczytałabym. Jednak, jeśli tego nie zrobi. Zrozumiem.

Jedno jest pewne. Cykl o Księdzu Rafale Nowinie jest najpiękniejszym, z dotychczas przeczytanych przeze mnie książek. Szczerze polecam, warto przeczytać.
Czytaj dalej...

Kamerdyner

 
 
 
Ten tytuł zrobił się sławny. Czy to ze względu na książkę, film i ścieżkę dźwiękową? Jedno jest wiadome. O Kamerdynerze było, a może i dalej jest głośno. Opinie — mocne pozytywy, bo historia dotyka Kaszub, a o nich niewiele wiadomo. Znaczy, jakoś niewiele się mówi, bo jeśli ktoś poczuje się zainteresowany tematem, coś na pewno znajdzie. No ale do rzeczy, wiedziona opiniami, filmem i całą resztę, postanowiłam się skusić. Kupiłam i przeczytałam. I teraz kolej na moje wrażenia.
 


Powieść zaczyna się prologiem, jest koniec wojny, która zebrała swoje żniwa. Teraz w pozostałych zgliszczach szabrują Rosjanie. Między nimi, ostatni zdrajcy, którzy mieli za nic godność i poczucie przynależności do ziemi. Nad wszystkim, unosi się zapach krwi, śmierci i beznadziei.

Następnie mamy początek Roku 1900, jest ostra zima, Hrabia Hermann Von Krauss, wraca do domu, by przemyśleć pewne sprawy, czuje, że dzieje się coś niedobrego, a najbliższe miesiące nie będą przychylne. Jednak teraz, musi odpocząć, nazajutrz zaplanowano polowanie. I może nie byłoby w nim nic istotnego, ale właśnie tego dnia, na świecie, pojawi się dziecko. Jedno życie przybędzie, a dwa odejdą. Konsekwencje tego zdarzenia, będą się niosły przez wiele, wiele lat.

Mati i Marita, razem się wychowywali. Pobierali nauki, jedli przy stole i się bawili. Byli niemalże jak rodzeństwo. Oboje wiedzieli, że chłopiec, nie ma rodziców. Tak się złożyło, że w dniu pojawienia na świecie, pożegnał swoich najbliższych. A dzięki Hrabinie, nie został bez opieki. Tylko pozostaje pytanie, dlaczego otrzymał aż tak łaskawy gest?

I chociaż Mateusz wychowywał się w hrabiowskiej rodzinie, to nigdy nie był traktowany szczególnie. Zwłaszcza przez Hermana Von Kraussa, ten chyba nikogo nie darzył szacunkiem, a tym bardziej sympatią. Lata mijały, dzieci dorastały. Najstarszy z rodzeństwa Kurt — nie krył swojej niechęci do przybranego chłopca, w dodatku Kaszuba. I chociaż tamten nic mu nie zrobił, z każdym dniem, napięcie w domu rosło. Na szczęście, nadszedł czas wyjazdu do szkół, i na kilka lat, problem został zażegnany.

Między tym wszystkim, w polityce robi się gorąco. Pamiętajmy, akcja zaczyna się przed wielką Wojną, która to, doprowadzi do Niepodległości Polski, dla Niemców, dzień ten, nie będzie radosnym. Teraz, mamy okazje przyglądać się z innej perspektywy. Kaszubi również, nie wiedzą co myśleć. Czy będzie lepiej? Która władza okaże się przychylniejsza?

Nadchodzi dzień, gdy młodzi wracają do pałacu. Dorośli i spragnieni życia. Stęsknieni, ale jednak już po odmianie. Ciekawi tego, co zastaną w miejscu dzieciństwa. Mati i Marita, już nie dzieci, już nie tak niewinni, jak dawniej. Niewinna i pierwsza miłość u progu bardzo trudnych czasów.
 
 


Och, och... Cóż ja mam napisać. Napaliłam się na tę książkę jak krowa na jabłka. I niestety, tak to już jest. Gdy się napalimy, możemy się rozczarować.

Nie wiem, od czego zacząć, by nie było, że od pierwszych zdań zaczęłam się czepiać. Książka miała ukazać trudną miłość Mateusza I Marity, na tle zawirowań dwóch wojen. A wszystko, osadzone na Kaszubskiej ziemi. Miejscu, gdzie można spotkać wiele kultur, narodowości, żyjących ze sobą i obok siebie. Różne był to relacje, lepsze i gorsze. Czasem w zgodzie, a czasem i kłótni.

I ja, oczekiwałam, że to wszystko, będzie bardzo spójne, przejrzyste i naprawdę porywające. A tak naprawdę, co najbardziej zajęło autorów. To opisy wyskoków wstrętnego Hrabiego Hermana Kraussa. Bo jakby nie wystarczyło zaznaczyć, że jego pojęcie wierności, miało się tyle, co wiara w świętego Mikołaja, chociaż w tego pierwszego, prędzej można uwierzyć. No tutaj, niestety musimy bardzo dokładnie zaznajamiać się z ekscesami tegoż mężczyzny.

Cóż, moim zdaniem, o wiele lepiej by było, gdyby panowie poświęcili więcej czasu, na zarysowanie sylwetek Matiego i Marity.

Bo tych, niestety w żaden sposób nie można było poznać. Zrozumieć, polubić, albo i nie. Oni byli. Tak po prostu. Jak doszło do ich miłości, co sprawiło, że ona się między nimi zrodziła? Nie wiemy. Możemy się domyślić. Zresztą, wszystkiego musimy się w tej książce domyślać, oprócz jednego — jak wyglądało traktowanie służących przez pana domu, o tak, te opisy są aż nazbyt przesadne.

Co do całej historii. W pewnym sensie jestem oszołomiona. Jak autorzy upchali w pigułce, na chyba 360 stronach, wydarzeniach dwóch Wielkich Wojen. Niestety, jak można się domyślić, mamy ogromne przeskoki w czasie, pewien chaos się wkrada. Urywki pewnych informacji. Z jednej strony, coś jest o Kaszubach, ale za mało, na moje oczekiwania. Poczułam ogromny niedosyt.

I tak naprawdę, to ostatnie chyba sto stron, sprawiło, że poczułam się mocno przygnieciona wydarzeniami. I jeśli ktoś pomyśli, że to wątek miłosny mnie przydeptał, spieszę ze sprostowaniem. Miłość była według mnie tak płytka, potraktowana po macoszemu, że jej po prostu nie poczułam. W smutek i chwilami przerażenie wprawiało to, co wojna zrobiła z ludźmi. Co oni potrafili zgotować, często własnym bliskim.

Myślę, że ta książka miała ogromny potencjał, mogła być naprawdę konkretna, wstrząsająca. A stała się tylko przeciętna. Zbyt dużo chaosu, pogubionych wątków, niespójności. Taki troszkę bałagan. Coś napiszemy, a reszty się domyśl. No i domyślałam się, ale bez radości z czytania. Bo tworzyć w głowie charakterystykę postaci, od podstaw, to jednak przesada.

Miałam w planach obejrzeć film, ale po książce, dochodzę do wniosku, że było więcej krzyku, niż to warte, a ja szanuje mój czas, nie będę go traciła na słabe produkcje.

Plusem książki, jest szybkie czytanie, ale z drugiej strony, ja chciałam się nad nią głębiej pochylić, wniknąć w tamte czasy, klimat. A tej szansy, niestety nie otrzymałam. Szkoda. Czy żałuję? Nie, bo coś tam zostało zawarte na stronach. Tylko za mało.

W tym przypadku mam wrażenie, że reklama zbyt mocno rozdmuchała tytuł, który według mnie, do fenomenu ma bardzo daleko.  



Czytaj dalej...

Spartakus. Gladiator


Postać Spartakusa raczej znają wszyscy i nie trzeba nikomu szczegółowo przedstawiać jego sylwetki. Ten bohater, który rzucił praktycznie cały Rzym na kolana, pozostawił po sobie sławę, pamięć oraz posłuch dla wielu późniejszych pokoleń. Jego charyzma i odwaga pomogły mu osiągnąć wielkie cele i poniekąd zawojować świat.

W bestsellerze autorstwa Bena Kane'a, poznajemy Spartakusa w drodze do rodzinnej Tracji. Bohater chce osiąść w wiosce, w której dorastał i co najważniejsze - poczuć stabilizację i ustatkować się po dziesięciu latach służby jako najemnik w rzymskiej armii. Spartakus nie ma łatwo, zostaje pojmany i sprzedany mężczyźnie, który handluje niewolnikami i szuka jednocześnie odpowiednich kandydatów do walki na arenach gladiatorów.

Właśnie w ten sposób zaczyna się odyseja, która pokazuje, jak legendarnym człowiekiem był Spartakus. Choć historia była wielokrotnie ekranizowana, przedstawiana współczesnym odbiorcom, wielki wódz odradza się na nowo w książce pt. "Spartakus. Gladiator".

Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z pozycjami tego autora, który cieszy się sławą irlandzkiego pisarza powieści historycznych. Daleka byłam bowiem od takiej tematyki, jednakże tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Gdy czytałam o tym mężczyźnie i zapoznawałam się z jego notką biograficzną, przeżyłam niemałe zaskoczenie, gdy okazało się, że Ben Kane jest z wykształcenia weterynarzem. Zawód ten jest przecież tak odległy od wydarzeń czasów starożytnych! Postanowiłam przyjrzeć się bliżej jego twórczości, a wydanie "Spartakusa..." było ku temu idealną okazją.

Sylwetka gladiatora, którego historię opisuje autor, od wielu lat kojarzy się z odwagą i determinacją. To właśnie on namówił do walki niewolników, by walczyli o siebie samych. Jego życiorys, a także cała historia, nie jest znana w stu procentach, wiele kwestii pozostaje niejasnych. Jaką interpretację czasów odległych wymyślił autor? Ile z tego, co opisuje, jest prawdziwe, a co należy do fikcji literackiej? Dowiecie się, gdy sięgnięcie po tę książkę.

Po lekturze "Spartakusa..." wiadomo praktycznie od razu, że autor szanuje i zna czasy, o których pisze. Opisy świata, ludzi, ich kultury i rzeczywistości są stworzone tak, że czytelnik nie ma wątpliwości co do sympatii Bena do tamtej epoki. Klimat zostaje zachowany, a odbiorca przenosi się do ulic pełnych ludzi, smutnych i niekiedy tragicznych sytuacji niewolników. W tej fabule rządzi autentyczność. Historia sławnego gladiatora została w bardzo dobry sposób wkomponowana w pozostałe elementy książki, o których wspomina autor. Ciężko domyślić się, które wiadomości pochodzą ze źródła, a które są tworem wyobraźni Bena. Główny bohater jest wykreowany tak, że nie pozostawia niczego do życzenia, ponieważ posiada wszystkie cechy charakteru, którymi powinien odznaczać się autentyczny gladiator czasów starożytnych. Spartakus bezlitośnie walczy, pokonuje swoje wewnętrzne słabości, ale potrafi być także szlachetny i empatyczny, ponieważ pragnie dla swoich przyjaciół bezpieczeństwa, spokoju i chwili wytchnienia.

Książka Bena Kane'a, choć obszerna, nie nudzi oraz nie męczy. Autor w idealny sposób opisuje życie Spartakusa i wydarzenia, które mogły mu towarzyszyć w jego heroicznej walce. Czytelnik nie czuje się przytłoczony, wręcz przeciwnie, przenosi się razem z autorem w odległy współczesności świat, razem z bohaterami przeżywa wszystko, co ich spotyka i nie ma dość. Bardzo się cieszę, że to pierwszy tom tej serii, ponieważ już teraz nie mogę doczekać się kolejnych. A takie wnioski to chyba najlepsza laurka, jaką recenzent może wystawić autorowi i jego twórczości. Gorąco polecam!

Książkę można zakupić w Księgarni Tania Książka.

Czytaj dalej...

Odkąd odeszła



Książka widniała jako kryminał, kiedyś bardzo lubiłam tę kategorię. Teraz mniej czytuję, ale od czasu do czasu, lubię sobie poczytać, rozwiązywać zagadki, uczestniczyć w śledztwie i stawiać swoje typy. Często, pośród wielu nowości, można wypatrzyć perełkę.
Niniejszy tytuł miał w sobie to coś, co sprawiło, że zdecydowałam się przeczytać. Jak dotąd nie spotkałam się z twórczością autorki, tym bardziej więc byłam ciekawa, czy przyciągnie mnie swoim piórem. Odkąd odeszła, zapowiadała się interesująco, a czy taka była?


Jessica miała przyjechać do swoich rodziców. Poinformowała brata bliźniaka, o planach podróży. Zakończyła rozmowę i od tej pory, słuch po niej zaginał. Nie dotarła na miejsce. Ani w umówionym terminie, ani później. Rodzina robiła wszystko by odnaleźć dziewczynę. Niestety bezskutecznie.

Po latach poszukiwań ojciec nie zaprzestaje prób, dlatego prosi o pomoc Andee Lawrence, byłą detektyw, która być może, odnajdzie jakiś cień nadziei, złapie ślad, którego wcześniej nie udało się wychwycić.

Kobieta sama zmaga się z trudnymi wspomnieniami rodzinnymi, z lat dzieciństwa. Dlatego sprawa dziewczyny, wydaje się jej bardzo bliska, mimo że nie mogla mieć powiązana, z tym, co spotkało rodzinę Andee.

Rowzee po przejściu na emeryturę, często kontaktowała się ze swymi uczniami. Była tą nauczycielką, którą się po prostu kochało, a odejście ze szkolnych murów, nie zamykało drzwi do niepamięci. I tak często dowiadywała się co u jej dorosłych już podopiecznych. Taka dobra dusza, roztaczająca w koło ciepło i dobroć.

Niestety sielanka emerytury, dobiega końca w chwili, gdy zostaje zdiagnozowany u niej guz mózgu. Kobieta postanawia, nie informować o tym bliskich. Chce oszczędzić rodzinie, czuwania i patrzenia, jak z każdym dniem, staje się coraz bardziej nieporadna.

Nie, żeby chciała płakać w samotności, czekając na śmierć. Staruszka ma swoje plany na zakończenie życia. A zanim do niego dojdzie. Zacznie współpracować z Andee, czy te dwie kobiety, będą w stanie odkryć tajemnicę sprzed lat? I czy Rowzee dopnie swego i zakończy życie, tak jak tego sobie życzy?


Nie spodziewałam się, że ta książka, aż tak mnie pochłonie. Zasiadłam do czytania i wręcz przepadłam. Jest tak ciepło i przyjemnie napisana, mimo, że tematyka jest gorzka. Bo z jednej strony mamy zaginięcie dziewczyny. Z drugiej chorobę Rowzee. I nie wiem jakim cudem, ale autorce udało się wyczarować między tym wszystkim, niesamowicie ciepły i pełen miłości klimat. 

I chociaż wydawać się może, że książka dotyczy tylko tych dwóch, no może trzech wątków, to jednak zasiadając do czytania, szybko się okazuje, że będzie znacznie ciekawiej. Bo Suzan Lewis wprowadza sporo postaci, mających istotne znaczenie w całości. Jest wiele tajemnic, niedomówień, takie lekkie napięcie. Ja szczerze mówiąc, podczas czytania, nie mogłam rozgryźć, co się właściwie wydarzyło.

No i sprawa śmierci Rowzee, ona nie chce po prostu umrzeć w czasie, który wybierze choroba. Ta kobieta ma swoje zasady, postanawia, że to ona postawi kropkę nad i. I w tym celu, chce udać się do kliniki, gdzie w normalnych i godnych warunkach, zażyje odpowiednią tabletkę. I chociaż wydaje się to straszne, dla kobiety, takie wyjście, wydaje się najbardziej właściwe. 

Z jednej strony rozumiałam te decyzje. Bo chyba nie ma nic gorszego, jak świadomość, że rodzina, będzie musiała patrzeć, na naszą powolną śmierć, w męczarniach, gdy zacznie się tracić wszelkie zdolności kontroli nad ciałem. Przeraża mnie dobrowolne odebranie życia, ale jeszcze bardziej, oczekiwanie na skutki choroby. 

Myślę, że ta książka może nam dać wiele do myślenia. Zostały poruszone ciekawe tematy, które niby mogą być odległe, ale kto wie? Co szykuje nam przyszłość? 

Jak potoczyły się losy bohaterów, czy Rowzee poinformowała rodzinę o nieuleczalnej chorobie i zakończyła życie na własnych warunkach? Co z zaginioną Jessicą?  Odpowiedzi na te pytania, szukajcie w książce, a ja gorąco polecam. 





Książkę możecie kupić w księgarni Tania Książka
https://www.taniaksiazka.pl/


Czytaj dalej...

Bing. Nowa kolekcja bajek + kolorowanka




Bajki lubię od zawsze, nie interesuje mnie, że jestem nieco za duża. Po prostu czasem lubię wrócić do tych opowieści, dzięki którym zainteresowałam się czytaniem. Co nie znaczy, że jestem zamknięta na nowości. Dlatego, gdy mam okazję, z przyjemnością sięgam po nowości kierowane, do tych młodszych czytelników. Bajeczki często zwracaj uwagę moich małych gości, dzięki temu, mogę sprawdzić, czy to główni odbiorcy, będą zaciekawieni.

Tym razem przyszła pora na Bing - nowa bajkowa postać, która wydawała się interesująca, a czy taka była? Jak odebrałam historię króliczka?

 
Bing, jak każde dziecko, jest ciekawy świata. Wszystko go interesuje, ma przeróżne pomysły. Uwielbia spędzać czas ze swoimi przyjaciółmi oraz karmić kaczki. Często wraz ze swoimi kolegami śpiewa i bawi się w chowanego.

Nie brakuje również przygód, jak wiadomo, tam, gdzie grupa rozbrykanych dzieci, tam nie może zabraknąć atrakcji.

W książeczce znajdują się cztery opowiadania, wszystkie są opatrzone pięknymi i kolorowymi ilustracjami przykuwającymi uwagę. Historyjki skierowane są do małych czytelników, w wieku przedszkolnym, kiedy zainteresowanie światem rośnie z każdym dniem coraz bardziej.



 
Sami zobaczcie, książeczka jest naprawdę uroczo opisana i ilustrowana. Sama miałam przyjemność podczas przeglądania i czytania. A co najważniejsze, wiem, że dzieciom również przypadnie do gustu. Bo Bing już zyskał swoje wielbiciela. Małego Antosia, zachwyconego kolorowymi obrazkami. Treść natomiast spodobała się jego mamie. Myślę, że taka rekomendacja jest najważniejsza.


 KOLOROWANKA




Do bajeczki, można zaopatrzyć się w kolorowankę. I szczerze mówiąc, miło mnie zaskoczyła. Ponieważ wnętrze, przypomina bajkę, która dziecko musi uzupełnić. Czyli otrzymuje polecenie, co powinno narysować. Dla miłośników naklejek jest całkiem spora ilość nalepek, które można wykorzystać.


Myślę, że taka ilość jest wystarczająca. Dzieciaczek może sobie przykleić króliczka, gdzie będzie chciało. I tym sposobem, jego nowy przyjaciel będzie mu towarzyszył. 

Pamiętam, jako dziecko uwielbiałam naklejki i zawsze mi ich brakowało. 






 
Tutaj jest przykład, jak wygląda kolorowanka w środku, co powinno namalować dziecko. 
Myślę, że taka forma jest bardziej interesująca, niż wypełnianie kolorami gotowych już obrazków. 
Oczywiście, można pomóc dziecku, naszkicować kaczkę, dzięki czemu, wspólnie wykonane zadanie doświadczy radości.





Mnie Bing przypadł do gustu, jestem miło zaskoczona. I mam nadzieje, że ten uroczy króliczek wraz przyjaciółmi, podbije sympatię dzieci i rodziców. Ja polecam. 



Bajeczki otrzymałam od wydawnictwa Egmont.
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka