kwietnia 15, 2026
Przymusowy „odpoczynek”
kwietnia 01, 2026
Lolita
Pewien etap się zakończył. Lolita, moja kochana Lol odeszła. Była w domu moich rodziców 11 lat. O wiele dłużej niż początkowo dostawała szanse. Historia tej pięknej buraski jest jakich wiele. Dokarmiana strzykawką i walka, żeby przeżyła. Była mała i rozkrzyczana, jej przednie łapki były krótkie, co dawało zabawny widok, ale z mamą miałyśmy świadomość, że to nie tylko taki "urok", że to efekt jej niedożywienia, jeszcze gdy karmiła się mlekiem matki, przez chwilę. Bo potem została zdana na los.
Była maleńkim urwisem, ileż przegryzła mi kabli od słuchawek - nie zliczę. Jak cudownie aportowała! Biegała za kulkami z papieru i przynosiła w ząbkach, czekała aż rzucę i startowała jak torpeda. Potrafiła godzinami mnie tym męczyć, ale tak naprawdę uwielbiałam te naszą zabawę.
Nie lubiła głasków, nie pozwalała nosić się na rękach. Ona decydowała kiedy i do kogo przyjdzie i się otrze o nogi, albo położy na łóżku obok - bez przytulania.
Ustawiła wszystkie koty, nikt jej nie wchodził w drogę. Kroczyła niczym lwica przed swoimi poddanymi. Jednocześnie miała w sobie mnóstwo uczucia, kiedy pewnego dnia pojawił się Dzidziuś, maleńki kotek, którego porzuciła matka, Lola go przygarnęła i opiekowała. Była przy nim aż dorósł.
Miała silny charakter, ale nikt nigdy nie słyszał żeby miauczała. Była cicha, a jednak wszyscy wiedzieli kiedy jest zła. Nawet, a może zwłaszcza my.
Cichy towarzysz, przychodziła, układała się obok i po prostu była. Zawsze gotowa żeby pokazać - jestem. Jej ulubionym miejscem była lodówka. Wyczekiwała dodatkowego karmienia, nigdy nie przepuściła okazji. Z biegiem czasu zmieniła się w kuleczkę na czterech łapeczkach.
Była tylko jedna osoba, której pozwala się głaskać i brać na ręce - tato. Kiedy zachorował trwała przy nim niczym strażnik. Nie odstępowała na krok. Gdy pojechał do szpitala, wyczekiwała na jego łóżku aż wróci. By później dalej pilnować. Kiedy umarł, szukała go po całym domu. Aż w końcu znalazła sweter i się w nim zakopała. Nie wstawała przez kilka dni, nie pozwalała sobie go zabrać. Jej rozpacz była wręcz namacalna. Nie chciała jeść, patrzyła tymi wielkimi oczami, jakby chciała powiedzieć - nie dopilnowałam.
Mam nadzieję, że się znaleźli, gdziekolwiek poszli. Wierzę, że już są razem.
marca 28, 2026
Połaniecka
Końcem marca przychodzę z polecanką książki. Dziś będzie mocna historia, a wszystko co zostało opisane zostało oparte o prawdziwe wydarzenia. Na potrzeby formy książki imiona i nazwiska bohaterów zostały zmienione, ponieważ nie jest to typowy dokument. Mnie osobiście nie przeszkadzał taki zabieg. Jest sporo podkastów i innych publikacji ściśle odwzorowujące ludzi, miejsca i zdarzenia.
Nie przedłużając, przejdźmy do konkretów, a kto jeszcze nie poznał choćby zarysów tego morderstwa, może być pewny - tu nie było działania w afekcie. Nic nie było dziełem wypadku ani przypadku.
Jest grudzień 1976, mieszkańcy Zrębina zbierają się na pasterce w pobliskim kościele. Wśród nich jest młode Małżeństwo - Krystyna i Mieczysław, już niebawem mają zostać rodzicami. Wraz z nimi na mszy jest młodszy brat Krystyny - Stasiu. Chłopiec mimo zmęczenia, dzielnie uczestniczy w pasterce. Kiedy nagle do młodej kobiety, podchodzi "kuzynka" informując, że ojciec Krysi robi awanturę w domu i muszą jak najszybciej wracać.
Małżeństwo wraz z chłopcem pośpiesznie wychodzą z kościoła, kierują się do stojących niedaleko autobusów, które mają odwieźć uczestników pasterki do domu. Jednak gdy kobieta prosi kierowcę o podwiezienie, mówiąc jaka jest sytuacja, uzyskuje odpowiedź odmowną. Nie rozumiejąc okazanej niechęci decyduje się na powrót do domu pieszo. Jest zima, pada śnieg, mróz. Młoda kobieta w piąty miesiącu ciąży, wraz z mężem i bratem kieruje się do domu. Nie wie, że wyrok śmierci za chwile zostanie wypełniony.
Nie ma pojęcia, że za kilka minut będzie patrzyła jak znajomi jej ludzie potrącą, a później przejadą po głowie jej brata. A później roztrzaskają głowę męża potężnym kluczem. By wreszcie odebrać życie jej wraz z nienarodzonym jeszcze dzieckiem. Wszystko w atmosferze Bożego Narodzenia, ciszy nocy i trzydziestu świadkach siedzących w autobusie. Ludziach, którzy siedzieli, słyszeli, niektórzy widzieli i nic nie zrobili.
Morderstwo, które odbyło się tamtej grudniowej nocy było okrutne i brutalne. Jednak jest to dopiero początek przerażającej prawdy. Ponieważ gdy zostaje ukazany motyw, cała sytuacja wydawałaby się wręcz absurdalna, gdyby nie świadomość, że Ci ludzie zostali zabici w tak bestialski sposób. Dodatkowo cała otoczka, budziła szok i niedowierzenia. Główny inicjator i morderca, który bardzo dokładnie i z premedytacją zaplanował kiedy, gdzie i w jaki sposób pozbawi życia młodych ludzi. Pokusił się o coś o wiele gorszego. Zmusił i zastraszył pasażerów autobusu do milczenia. Kazał każdemu składać przysięgę na krew i krzyż.
Dawno temu poznałam zaledwie zarys tej zbrodni, już wtedy wzbudziła we mnie wiele emocji. Gdy zupełnym przypadkiem zobaczyłam książkę opartą na tamtych wydarzeniach, bez chwili zastanowienia zdecydowałam się na przeczytanie.
Było, a może dalej jest, wiele rzeczy, które w tym wydarzeniu wzbudzają przerażenie. Nie tylko motyw, bo ten był wręcz kuriozalny. Tutaj niesamowicie jest przedstawione jak dążenie do władzy potrafi wypaczyć ludzkie odruchy i reakcje. Jednak najbardziej moją uwagę i reakcje wzbudzała zmowa milczenia. Tylu ludzi w autobusie, nikt nie tylko nie zareagował podczas popełniania zbrodni, ale nikt później nie miał problemu kłamać bez mrugnięcia okiem podczas pierwszego dochodzenia.
Tylko jedna osoba. Jeden chłopiec. Miał odwagę opowiedzieć prawdę. Znalazł się w pobliżu autobusu przypadkiem i widział większość makabrycznego obrazu.
Zdaje sobie sprawę, że można debatować nad postępowaniem ludzi w autobusie. Z jednej strony siedzieli zamknięci, bezbronni i przerażeni. Z drugiej - byli w większości. Było ich liczebnie więcej, co zwiększało ich szansę, przed oprawcami. Niemniej wtedy, w tamtej chwili nie zrobili nic. A później wrócili do swojego życia i ukrywali makabryczną prawdę. Nawet wtedy, gdy milicja podała do informacji publicznej, że stwierdzono morderstwo, a nie nieszczęśliwy wypadek jak to zgłoszono w pierwszej wersji.
Na koniec. Morderca, który przewodniczył wszystkiemu, do samego końca wypierał się swojej winy. Nie tylko nie okazał skruchy czy wyrzutów sumienia. On po prostu do końca, nie czuł swojej winy.
marca 01, 2026
Śnieg przykryje
lutego 21, 2026
Lutowe o wszystkim i o niczym :)
lutego 11, 2026
Ferie zimowe
Jak wspomniałam w poprzednim poście, moje ferie zimowe nie do końca spełniają oczekiwania, jakie bym sobie życzyła. Bo pierwsze dni nauka, pisanie prac zaliczeniowych i cała reszta. Czyli nie do końca odpoczynek, poza tą różnicą, że nie trzeba się zrywać przed 5.00 rano.
No więc czekał mnie wyjazd do Warszawy na egzaminy zerowe - spokojnie, sesja właściwa dopiero przede mną ;)) jak już skończę to moje "odpoczywanie". Tak więc, pojechałam do Warszawy, o dziwo pociąg wystartował o czasie i można powiedzieć bez żadnych przygód dotarłam do ponurej, zamglonej i zimnej stolicy. Nie ukrywam, że ten wyjazd był obciążony moim mocnym spadkiem sił fizycznych, byłam więc świadoma, że na pewno odczuję w konkretny sposób, ale cóż. Nie chciałam rezygnować.
Tak się teraz dokumentuje, że w tej Warszawie to my się jednak uczymy, a nie tylko sobie biegamy tu i tam. Chociaż powiem Wam, że tym razem naszym jedynym szaleństwem było wyjście do arkadii, bo pogoda była tak obrzydliwa, niezachęcająca do chodzenia gdziekolwiek. Pobuszowałyśmy po sklepach, zjadłyśmy i hop na kwaterę odpoczywać. Ale! Cieszę się, że mimo paskudnego samopoczucia byłam, ponieważ pani od statystyki dużo mi objaśniła i dzięki temu, nie jestem już tak mocno przerażona.
Jak widać - taka była atrakcja po zajęciach, kupiłam mojemu R słodyczki, co by osłodzić moje wyjazdy, podczas których samotnie zajmuje się całą czeredą wygłodniałych kotów ;))
Później przyszedł czas na powrót i moi kochani. Na tym moje Eldorado i fart się zakończył. Niewielkie bo niewielkie opóźnienie pociągu, było tylko wstępem do jakże "przyjemnej podróży. Kawałek za Warszawą okazało się, że nie działa ogrzewanie. I wiecie. Moja podróż trwa ponad 6 godzin. W zimnie, jest to wręcz dramat. A było zimno, co najgorsze, z tego co powinno wiać ciepło, wiało zimno. Siedzenie w zimnym wagonie z przeciągiem. Cudnie. Poubieraliśmy się w kurtki i trzeba było jakoś trwać. Dobrze, że był Wars, więc najpierw poszłam na obiad. Później w akcie desperacji pobiegłam po kawę - której zazwyczaj nie piję, no i ciastko. Zaraz pokażę serwowane posiłki, były całkiem przyzwoite, a ciastko bardzo mi smakowało. Może to przez zimno? ;))
W ogóle kiedyś, to pamiętam tę kawę i ciasteczko dawali na normalnej zastawie, a teraz tektura i plastik... jak mnie denerwuje ta cała ekologia, która mi niszczy doznania jedzeniowe. Nie znoszę jeść plastikiem z tektury. Dramat i koniec kropka. Podróż mimo wszystko była przyjemna za sprawą współtowarzyszy niedoli :) Bardzo wesoły mieliśmy przedział, żartowaliśmy, wspominaliśmy różne historyjki i jakoś zleciało.
Tymczasem, ostatnie dni ferii spędzam sobie u mamusi, zabrałam ze sobą dzieci i radośnie spacerujemy, korzystamy z odpoczynku..:)
stycznia 31, 2026



































