sobota, 13 lipca 2019

Trzy kroki od siebie



Sięgnęłam po ten tytuł, ponieważ byłam bardzo ciekawa, czy ukazana historia, mimo tematyki, będzie umiała mnie podbić. Motyw chorób i miłości, która nie ma prawa się przytrafić, była i chyba nadal jest radośnie wykorzystywany przez autorów. No ale, może akurat się przytrafi, że jednak forma mnie, nieco wymagającą w tej kwestii, czymś zaskoczy. Dlatego właśnie, postanowiłam przeczytać Trzy kroki od siebie.


Stella i Will chorują na tę samą chorobę. Mukowiscydozę. O ile ona, jest wręcz maniakalną perfekcjonistką, właśnie na polu leczenia, dbania o kondycje swojego organizmu. Tak, chłopak jest jej totalnym przeciwieństwem.

Dziewczyna za wszelką cenę chce być zdrowa, a przynajmniej na tyle sprawna, by dotrwać do przeszczepu płuc, dzięki któremu jej wyrok śmierci, o kilka lat się przesunie, a ona będzie mogła w miarę spokojnie funkcjonować. O swoim zmaganiu z chorobą, opowiada na kanale youtube. Zdaje raport praktycznie z każdego etapu życia, nawet jeśli jest fatalnie. Ukazuje swoją chorobę taką, jaką jest, bez kolorowania. Nie obiera jednak nadziei, zależy jej, by każdy potrafił, na tyle ile jest to możliwe, cieszyć się tymi lepszymi chwilami. Gdy atak mukowiscydozy słabnie i nie trzeba przebywać w szpitalu.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda u chłopaka. W jego przypadku to matka jest tą, która za wszelką cenę chce wyrwać syna, ze szponów okrutnego wyroku. Nie oszukujmy się, ta choroba zabija, prędzej niż później. Każdy, kto się z nią zmaga, ma tego świadomość. I Will wie o tym, aż za dobrze. Dlatego chce żyć, tak po prostu. Tyle ile może, robić co chce, bez żadnych zakazów. Niestety, póki nie jest pełnoletni, musi wykonywać polecenia matki. I jeździć po szpitalach, testować przeróżne metody, bez żadnego efektu. No ale, jeszcze trochę i uwolni się od przymusu leczenia. Właśnie wtedy poznaje Stellę.

Dziewczyna, która chce żyć jak najdłużej. Chłopak, któremu zależy by czas, jaki mu został, był w pełni wykorzystany. Niekoniecznie na pobyty w szpitalach. Tych dwoje się pozna, zakocha i zrozumie, że nie wszystko może być takie, jak z pozoru się wydaje.


Teraz powinnam napisać, jakże się wzruszyłam, a nawet wylałam łzy podczas czytania tej opowieści. Byłoby to jednak kłamstwem. Nie płakałam, nie byłam wzruszona. Nie doświadczyłam żadnych wzniosłych uczuć podczas obcowania z tym tytułem.

Przede wszystkim postaci. Stella to typ dziewczyny, który cholernie mnie drażni. I ja, tak naprawdę nie wierzę, że takie typy ludzi istnieją. No ale, niechaj będzie, że ona rzeczywiście była cudownie wspaniała, skupiała się na uszczęśliwianiu każdego dookoła. Aż się mdło robi na samo wspomnienie, nawet nie miałam okazji poczuć współczucie ze względu na jej chorobę.

Polubiłam Willa, chociaż był jakiś. Potrafił łamać zasady, bo przecież co mu zrobią? Miał wywalone na te całą otoczkę leczenia. Co mnie rozśmieszyło, przy opisach jego uczuć, jakie rodziły się do Stelli, serio wierzycie, że facet/ chłopak właśnie tak się zachowuje? Nie no, jak zwykle było zrobione tak, by dziewczęta miały nadzieje, że takie Will*/y drepczą po bezdrożach świata. Nie, moje drogie, nie. Tak to działa.

Kolejna sprawa to ich pożal się boże uczucie, jejku, jakież ono było bez polotu, bez czegokolwiek, co sprawiłoby, żebym przez chwilę przypomniała sobie, jak to jest, gdy pojawiają się motylki w brzuchu. Tutaj nawet zamulona ćma, nie zatrzepotała. Nędza, nędza i to okrutna. Ja rozumiem, miał być dramatyzm, bo choroba w ich przypadku, uniemożliwiała dotyk, ba oni nie mogli być bliżej niż na odległość iluś tam metrów. Smutne, łzy w oczach i tak dalej.

I ta historia mogła być spoko, tylko komuś, kto pisał, nie udało się, bo nie mogłam w ani jednym momencie, poczuć tego, co bohaterowie. No nic, dosłownie nic.

A najgorsze jest to, że widziałam fragment filmu, i ja, wiernie walcząca o wyższość książki nad filmem, stwierdzam, że w dwuminutowym zwiastunie, poczułam całą gamę emocji, niż po przeczytaniu książki. A to boli, uwierzcie. Film wyszedł lepiej od książki. Zawiodłam się okrutnie.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Media rodzina.

czwartek, 27 czerwca 2019

Zimny kolor nieba

źródło







Naczekałam się na ten tytuł. Jakoś tak się stało, że Obcy powiew wiatru, wzbudził moje zainteresowanie i sympatię do niektórych bohaterów. To też, wyglądałam premiery kontynuacji. I gdy wreszcie, mogłam zasiąść do czytania, naprawdę byłam szczęśliwa i zaciekawiona, co będzie dalej? Jak potoczą się losy tych trzech kobiet, a w zasadzie, głównie ich, bo w końcu innych ludzi, też dzieje się gdzieś przeplatały. W każdym razie książkę przeczytałam i mogę napisać słów kilka o wrażeniach.



Gabrysia uważa, że jest inna od swojej matki — Marcjanny, która odkąd sięga pamięcią, nie odznaczała się wylewnością uczuć. To z babką Janiną, miała cieplejsze i bardziej oddane relacje. Rodzicielka była obecna w jej życiu, ale jakby stała gdzieś na uboczu i niewiele interesowało ją co tu i teraz. W domu często wspominano młodość na Kresach, ta kraina w pamięci obu kobiet jawiła się jako najpiękniejsza i najwspanialsza. Do pewnego momentu. I właśnie o tym, nigdy nie chciały opowiadać, temat ten był objęty milczeniem i nagłym, nieobecnym wzrokiem. Co wydarzyło się, zanim na świat przyszłą Gabrysia? Na to pytanie odpowiedzi nigdy nie otrzymywała.

Na szczęście był też Emil, przyjaciel i powiernik. Traktowała go jak ojca, którym nigdy nie został, przez zaciętość Marcjanny. Z jednej strony pozwoliła temu mężczyźnie być towarzyszem życia, ale z drugiej nie dopuściła go do siebie. I tak byli razem, ale osobno. I tylko ta niewiele rozumiejąca dziewczynka, a później kobieta, przyglądała się dorosłym, niczego nie pojmując.

Lata mijają, Gabriela kończy szkołę, planuje podjęcie pracy. Niestety los, nieco krzyżuje jej plany i aspiracje. Musi na pewien czas odłożyć marzenia. Sytuacja polityczna w kraju jest niepewna, kto jest u władzy może wszystko, inni muszą zadowolić resztkami.

Aż pewnego dnia, ta młoda i naiwna dziewczyna poznaje mężczyznę, który na początku jawi się jak ze snu, ucieleśnienie marzeń. Tylko że ta piękna bajka, szybko się kończy, a rzeczywistość nie pozostawia wielu złudzeń.

Mamy tajemnicę sprzed lat, która będzie kładła cień na teraźniejszość i przyszłość. Jest również ból i brak zrozumienia, a wszystko przez kłamstwo dla dobra rodziny. I wreszcie, konsekwencje działań pod wpływem impulsu.




Jak wspomniałam we wstępie, nie mogłam się doczekać książki. Nie miałam jednak pojęcia, jak wiele będzie kosztowała mnie nerwów. Zacznijmy jednak od początku.

Gabrysia, bo o niej głównie jest książka, to młoda i nieco egoistyczna osoba. No dobrze, dla mnie była totalną egoistką. Miała wiedzę, jaką tragedią odcisnął swoje piętno los na tej rodzinie. I chociaż większość została niepowiedziana, to mimo wszystko, trudno jest zapomnieć tak okrutnych wydarzeń. Tego nie potrafiła zrozumieć Gabriela. Jej postawa wobec matki i to, w jaki sposób o niej myślała, niesamowicie mnie drażnił.

I gdy doszło, do momentu, który zaważył o jej dalszej przyszłości, muszę być tutaj szczera. Ta dziewucha tak okrutnie mnie rozdrażniła, że nie miałam na jej postępowanie żadnych tłumaczeń. Okrutna egoistka. I niech nikt mi nie wmawia, że młoda. Bo ja powtórzę, co niejeden raz pisałam, chyba nigdy nie byłam młoda. Ponieważ tak bezmyślnie nigdy się nie zachowywałam.

Najgorsze jest to, że bardzo nie lubiłam jej postaci. Oczywiście, tutaj nie zarzucam niczego co do książki, bo napisana jest świetnie, dlatego tak ogromne emocje we mnie wywołała.

Dlatego, kiedy okazało się, jakim człowiekiem jest Sławek, nie czułam współczucia dla Gabrysi. Nie umiałam. Była tak zaabsorbowana sobą, nie zważała na uczucia innych, a wymagała bardzo wiele. Cóż, otrzymała wysoki rachunek za takie postępowanie.

I gdy myślę o całej książce, nie tylko głównej postaci. Muszę napisać, że jest do bólu prawdziwa, realność wydarzeń, tego, w jaki sposób niektórzy z bohaterów postępowali, była zatrważająca. Może ukazana historia, nie odznacza się czymś zaskakującym, może fabuła nie będzie dla kogoś zaskoczeniem. Jednak dla mnie, ta saga, jest naprawdę bardzo dobrze napisana, w taki sposób, że jak się zacznie, to trzeba czytać do końca. Bo nie można się oderwać.

Oczywiście szczerze polecam. Straciłam nerwy, denerwowałam się niemiłosiernie. No ale, warto było. Takie książki lubię.




piątek, 31 maja 2019

Samobójca


Będę szczera już na wstępie. Nie lubię debiutów. Różnie z nimi bywa, jedne są od razu strzałem w dziesiątkę, inne potrafią załamać. Z drugiej strony, lubię czasem dać szansę, nowemu, młodemu autorowi, który chce się sprawdzić. Wyobrażam sobie, jaki musi towarzyszyć przy tym stres oczekiwania — jaka będzie ocena? Dlatego, tym bardziej uważam, że należy być szczerym. Nawet jeśli uwagi będą niezbyt przyjemne.

Ta książka długo czekała na przeczytanie, za co przepraszam autorkę jeszcze raz. Kiedy w końcu przeczytałam, musiała odczekać na swoją opinię, no ale oto już jest. I mam nadzieje, że będzie szczera i sprawiedliwa.

Flora, dziewczyna inna od wszystkich. Nie z zewnątrz, ale w środku. Odbierała świat nieco inaczej od reszty, emocje przeżywała intensywniej. A kiedy doszło do jej największej tragedii w życiu, odcięła się od tego świata zupełnie. I chociaż uczęszczała do szkoły, nie potrafiła z nikim zawrzeć znajomości, nawet nie czuła takiej potrzeby.

Rodzice żyli osobno, matka była, ale jakby jej nie było przy Florze. Ojciec tylko wymagał, ale czy wspierał? Nie, a przecież z zawodu miał wspierać tych w potrzebie.

W końcu poznają się, Flora i Felis, a nie powinni. On miał być dla niej niewidzialny, coś jak anioł stróż, tylko w nieco innym wydaniu i założeniu. No ale, plany mają to do siehbie, że lubią ulegać zmianą.

Losy obojga nastolatków, w momencie, gdy ich ścieżki się przecinają — a jak się później okazuje, było to zamierzone, o czym jedna ze stron wiedziała. Zmieniają się, o czym oboje już nie wiedzieli. Miało wyjść zupełnie inaczej. On musiał wypełnić powierzone zadanie, Ona miała dojść do punktu, który został jej z góry wyznaczony. I nagle, role jakby się odwróciły.

Nie chcę za wiele pisać o fabule, bo każdy, kto zdecyduje się na przeczytanie, powinien odkrywać sam to, co zostało zawarte w książce.

Chciałabym Wam tutaj napisać, już teraz biegnijcie po książkę, bo jest fenomenalna.

Nie jest, ale nie jest też zła. Jeśli chodzi o sam pomysł. Ten jest w pewien sposób intrygujący, chwilami skłania do przemyśleń — czy rzeczywiście, ktoś, gdzieś poukładał naszą przyszłość, a my, nie mamy na to wpływu? Ciekawe.

Niestety muszę napisać, o minusach, a troszkę się ich nazbierało. Tutaj chyba przede wszystkim zawaliła korekta i redakcja. Nie wiem, dlaczego do tego doszło, ale wyszło na niekorzyść autorki. Bo błędów jest sporo. Można oczywiście udawać, że się ich nie widzi i czytać, ale nie o to chodzi. Ktoś ma swoje zadanie, powinien wykonać solidnie. Cóż, ucierpiała książka.

Kolejna sprawa, niektóre wątki są nieco szalone, zbyt szybko się dzieje w krótkim czasie. Rozwój pewnych wydarzeń jest zawrotny, jak na kolejce górskiej, rozpędzamy się i nagle zwalniamy. Podobnie jest z bohaterami, troszkę pewne uczucia zbyt szybko wybuchły, zbyt silne i poważne deklaracje, ja czegoś takiego nie kupuje, ale ja mam czarne serce, więc nie muszę być wiarygodna. Jest tu naiwnie, jest tak typowo młodzieżowo.

Fajny jest pomysł z tymi Niezmiennymi, bo mimo tych zarzutów, które padły, czytałam z zainteresowaniem. Chciałam wiedzieć, co się dalej wydarzy. Jak potoczą się losy Flory i Felisa. I jeśli mam być szczera, to o ile korekta ulegnie poprawie, autorka pozbiera swój warsztat, jak należy, a myślę, że jest to do zrobienia, będę wyczekiwała kolejnych części.




Za możliwość przeczytania dziękuję autorce. 




wtorek, 28 maja 2019

Cynamon, chłopaki i ja





Po literaturę młodzieżową, zawsze chętnie sięgałam, nie miałam z tym jakoś nigdy problemu. Chociaż od pewnego czasu, nieco rozjechało się moje zainteresowanie tym gatunkiem. Cynamon jednak już miałam, nie wypadało więc nie przeczytać. Jestem sroką okładkową, a ta jest naprawdę w moim klimacie, pozostawało pytanie, czy opisana historia, również wpasuje się w mój gust?


Vicky jest typową nastolatką, ma swoje kompleksy, ma też prawdziwą przyjaciółkę i pewną dosyć ciekawą, ale i kłopotliwą przypadłość. Czasami, gdy poczuje zapach cynamonu, przenosi się w inne miejsce. Tak, dokładnie tak. Jest w alternatywnej rzeczywistości. W swoim ciele, ale o nieco zmienionym wyglądzie, jak i otoczeniu. Dlaczego tak się dzieje? Tego nie wiadomo. Jej przyjaciółka ma swoje pewne teorie, ale na razie, żadna nie ma potwierdzenia.

Tymczasem dotychczasowe życie Vicky, toczy się wokół szkoły, nadchodzącego balu u jednej z najbogatszych rodzin i mamy. Może to dziwnie zabrzmiało, ale odkąd mama rozstała się z jej ojcem, jest sama. I każdy tym się interesuje, chce znaleźć odpowiedniego kandydata na męża.

Nastolatka ma problem z chłopcami, wiadomo w tym wieku to normalka. Jest po uszy zakochana w jednym, najbardziej jej zdaniem przystojnym młodzieńcem. Niestety ten, nie wykazuje żadnego zainteresowania. Co gorsza, podczas przeskoków w czasie, okazuje się, że jej alter ego, w przeciwieństwie do niej samej, bardzo dobrze sobie radzi w tych sprawach. I podczas tych podróży, zaczynają się dziać zabawne i chwilami kłopotliwe sytuacje.

Jest ich dwie, zupełnie różne, a jednak te same. Nie mają pojęcia, dlaczego co jakiś czas zamieniają się swoimi ciałami i lądują w zupełnie innej rzeczywistości. Co z tego może wyniknąć?


Na początku byłam niesamowicie ciekawa tej książki. Od zawsze lubiłam tematykę podróży w czasie. Po mojej ukochanej trylogii czasu jestem otwarta na każdą podobną. Dlatego, gdy przeczytałam opis cynamonu, bardzo chciałam przeczytać. No i, okazało się, że niezupełnie jest tak, jak oczekiwałam.

Owszem były przeskoki, ale całość jakaś taka rozwleczona, przegadana nie tam, gdzie trzeba i odnosiłam wrażenie, jakby autorka miała pomysł, ale nie umiała go przełożyć na fabułę. Przez co improwizowała. Niestety, takie uczucia towarzyszyły mi przez pierwsze chyba 170 stron. Tak, sprawdziłam, kiedy zaczęło się dziać na tyle ciekawie, bym chciała kontynuować Cynamon.

Później faktycznie robi się ciekawej. Przerzuty w czasie zaczynają mieć jakiś sens. Przede wszystkim są dłuższe, przez co wydarzenia nabierają innego znaczenia. Chwilami było naprawdę zabawnie, mogłam wczuć się w emocje bohaterki.

Lubię od czasu do czasu poczytać młodzieżówki, nie uważam, by były kierowane tylko i wyłącznie do grupy docelowej. W tym przypadku troszkę się rozczarowałam, nie potrafiłam wczuć w pewne sytuacje i dosyć długo fabuła po prostu mnie nudziła. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy to czasem nie jest pora, by zakończyć przygodę z tą kategorią.

Mimo wszystko, obiektywnie oceniając książkę, muszę napisać, że nie jest ona zła. Po prostu u mnie nie zaskoczyło tak, jakbym tego sobie życzyła. Przynajmniej nie od razu. I chyba dlatego czuje się rozczarowana. Niemniej, książkę polecam fanom młodzieżówek.




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina.


niedziela, 26 maja 2019

Rektorski Czek



Ta książka od razu mnie do siebie przekonała, zanim jeszcze trafiła w moje ręce. Nie wiem, ale miała w sobie zapowiedź naprawdę ciekawej i zajmującej lektury. I kiedy w końcu usiadłam do czytania, okazało się, że miałam racje. Zacznę jednak od początku. Bo chociaż na okładce napisane jest — romans kryminalny, to tego romansu, ku mojej radości było nie za wiele. Dlatego też nie do końca rozumiem, dlaczego taka kategoria widnieje na okładce. W każdym razie książka przeczytana, teraz napiszę o moich wrażeniach.

Akcja toczy się dwutorowo, zaczynamy od zapisków z przeszłości pewnego człowieka, który przed śmiercią, chce opowiedzieć historię kilku bardzo ważnych osób. Sto lat później, te notatki będą miały bardzo wielką wartość. Na razie, ów człowiek, prowadzi w pewnym sensie spowiedź z całego swojego życia.

Następnie przenosimy się do czasów współczesnych, poznajemy Karolinę, pracownicę archiwum. Wraz ze swoim mężem mieszkają w bardzo starej kamienicy, przez przypadek, kobieta znajduje nieprzytomną sąsiadkę, starszą panią. Może nie do końca jest to przypadek, po prostu Karolinę zaciekawiły niedomknięte drzwi mieszkania, weszła i jej oczom ukazał się dosyć nieprzyjemny widok. Gdy wezwała odpowiednie służby, postanowiła odwiedzić chorą w szpitalu, by oddać klucze. Na jednej wizycie się nie skończyło, bo dosyć osobliwa staruszka, okrutnie drażniąca, miała coś, co fascynowało archiwistkę. Mianowicie, stare i bardzo cenne zapiski. Przetrzymywane w sposób, który przyprawiał o dreszcze, osobę zajmującą się cennymi dokumentami.

Od chwili kiedy Karolina poznaje leciwą sąsiadkę, w jej życiu zachodzi wiele zmian. Zaczyna odkrywać tajemnice sprzed wieku, a ta wciąga i zajmuje każdą myśl. I chyba przez to całe zamieszanie, umyka kobiecie coś bardzo istotnego.

Nagle zaczynają pojawiać się dziwni ludzie, ona sama pada ofiarą napaści, później jest świadkiem tragicznej śmierci. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Wszystko ma powiązanie ze starym mieszkaniem i jego właścicielką. Jaką tajemnice kryje stuletnie mieszkanie i jego właścicielka?

Jak napisałam na początku, nie do końca rozumiem tego romansu. Cóż, będę się tego czepiała. Romansu tam tyle, co kot napłakał, owszem są jakieś wyskoki na polu damsko-męskim, ale żeby od razu podpiąć pod kategorie romansu? Nie bardzo mi pasuje. W każdym razie uważam, że jest to atut. Bo zagadka dokumentów i treści zapisków, wciągały z każdą kolejną stroną.

Przede wszystkim, człowiek, który postanowił spisać swoje wspomnienia, był bliskim sługą słynnego lekarza, Rektora Uniwersytetu w Poznaniu. Człowieka niezwykle cenionego i poważanego. Te zapiski były niezwykle ciekawe. A wydarzenia, które miały miejsce przeszło sto lat temu, robiły wrażenie. Także chyba ta część książki, była dla mnie najbardziej interesująca.

Oczywiście, ciekawe były zadania, jakie otrzymywała Karolina od swojej upierdliwej sąsiadki. Obie kobiety miały w sobie coś drażniącego, chociaż staruszka, później, kilka razy wprowadziła mnie w rozbawienie.

Pani Joanna Jodełka, bardzo ciekawie połączyła przeszłość z teraźniejszością, wplatając w wydarzenia postaci, które, kiedy wniosły wkład w założenie Uniwersytetu. Ja cały czas będę się upierała, że to notatki historyczne zrobiły najwięcej dobrego dla książki, ale wątek kryminalny był świetnie i naprawdę ciekawie skonstruowany. W życiu nie domyślałam się, kim jest brodaty mężczyzna z samochodu, ale chyba właśnie o to chodziło. By do końca nie wiedzieć.

Czytałam książkę zainteresowaniem od początku do końca, nie było nawet chwili, bym poczuła znużenie, czy niechęć. Jak już zaczęłam, tak musiałam skończyć. Tylko nie dajcie się zwieść temu romansowi, bo tego akurat jest mało, za to kryminał w sam raz. Na całe moje szczęście. Polecam.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal.


sobota, 4 maja 2019

Licencja na dorosłość


Długo, oj bardzo długo przyszło nam, fanom Klasy Pani Czajki, czekać na kontynuację tej serii. Pamiętam, jakie wywarła na mnie wrażenie ta pierwsza, kierowana do młodszych, ale i tak czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Później była LO - teria. I problemy tych starszych, jednak jeszcze nie całkiem dorosłych ludzi. Ich losy były różne, niektóre decyzje przyniosły poważne konsekwencje. Po zakończeniu byłam niezmiernie ciekawa, co dalej? W końcu my, czytelnicy, otrzymaliśmy odpowiedzi, czy takie, jakie oczekiwałam?
 


Kto przeczytał Lo - terię, pamięta, co stało się z Małgosią, a raczej to, że nagle zniknęła. Minął już jakiś czas, odkąd po prostu zapadła się pod ziemię. Maciek cały czas jej szuka. I chociaż wie, że to, co było między nimi, już nigdy nie wróci, chce wiedzieć jedno — dlaczego? Dlaczego wyjechała i zostawiła go bez jakiejkolwiek wiedzy, dlaczego nie zasługiwał na słowa pożegnania? Często niewiedza, jest gorsza od najstraszniejszej prawdy. I właśnie tej prawdy Maciek szuka, chce stanąć przed Małgorzatą i usłyszeć, a później zakończyć ten etap życia.

Kamila, która związała się z Olkiem, czuje, że coś w tym związku jest nie tak. Niby wszystko było dobrze, ale gdzieś czuje, że powoli zaczyna się odsuwać od chłopaka. Przychodzi myśl, czy z nią jest coś nie tak? Po zmarłym Wojtku nie rozpaczała tak, jak powinna, teraz czuje, że znowu nie jest szczęśliwa.

Gdy poznaje Marcina, odpowiedzialnego i pochłoniętego wychowywaniem rodzeństwa chłopaka, zaczyna odczuwać inne emocje. Ta relacja jest dziwna i trudna. Bo Marcin, nie jest na każde jej zawołanie, mało tego, On nie boi się powiedzieć prosto w oczy Kamili, co myśli o jej zachowaniu.

Bardzo wiele, dzieje się w tej części. Niektóre sprawy potoczyły się w zupełnie nieoczekiwany dla mnie sposób, najważniejsze jednak zostało napisane.
 


Muszę przyznać, że nie bardzo trafiło do mnie, zachowanie Małgorzaty, jej decyzja, zachowanie i tłumaczenia. Pamiętam, co działo się z jej matką, to jak bardzo była przytłoczona atmosferą w domu. Tylko czy rzeczywiście, jej wręcz brutalne zniknięcie i odcięcie się od ludzi, którzy byli bliscy, było w porządku? Sama nie wiem, trudno jest osądzać. Wcześniej bardzo lubiłam tę postać, ale później po prostu było mi dziwnie, nie taką Małgo pamiętałam i nie umiałam się odnaleźć w jej postępowaniu. Oczywiście wszystko jest wytłumaczone, ale czy to wystarcza? Dla mnie nie, no ale takie niestety jest życie. Ludzie się zmieniają i często nic nie możemy z tym zrobić.

Kolejni bohaterowie, których już wcześniej poznaliśmy, Kinga i Michał, ta para jest dosyć specyficzna, ona totalna kujonka, niesamowicie ambitna — będę szczera, z takimi ludźmi zawsze było mi nie po drodze. Nie lubiłam kujonów. Dlatego też nie polubiłam Kingi. Jej celem była nauka, wszystko kręciło się wokół jak najlepszych osiągnięć. No, a reszta była wtedy, gdy znalazła się przerwa między jednym zakuwaniem a drugim. Podziwiałam Michała, ja bym na jego miejscu dawno uciekła.

No i Kamila, tej dziewczyny nie można określić, lubię czy nie lubię. Z jednej strony niesamowicie drażniła, z drugiej, potrafiła pozytywnie zaskoczyć. I ta mieszanka, sprawiała, że jej osobowość nie była jednoznaczna. Co można określić sporym plusem. No i kiedy dziewczyna poznaje Marcina, mamy możliwość przyglądania się tej znajomości, z rosnącym zainteresowaniem dlaczego? A to już należy samemu sprawdzić.

Książkę chciałam czytać długo, nawet sobie robiłam przerwy, ale tylko na chwilę, bo już po kilku minutach znowu sięgałam i czytałam. Bardzo trudno było mi się znowu z nimi rozstać. Nie wiem czemu, ale ta seria ma w sobie to coś, co sprawia, że oni wszyscy, stają się bardzo autentyczni, i przeżywa się wydarzenia, jakby były prawdziwe. Szkoda, że już za mną lektura. Może kiedyś, będę miała czas, żeby przeczytać wszystkie, jedna po drugiej. Bardzo polecam tę serię, jest świetnie i życiowo napisana. 
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

środa, 10 kwietnia 2019

Obcy powiew wiatru

źródło



Sagi rodzinne mogłabym czytać i czytać. Jeśli są dobrze napisane oczywiście. Jednak prawdą jest, że nie potrafię przejść obojętnie, gdy wpadnie mi w oczy opis. Tak też było tym razem, dostałam polecenie i jak doczytałam, o czym dokładnie będzie, że saga i tak dalej, nie musiałam długo się zastanawiać.

Na temat twórczości Magdaleny Majcher troszkę słyszałam, ale do tej pory jakoś nie było mi po drodze. I w końcu oto pojawił się Obcy powiew wiatru, postanowiłam sprawdzić, jak też przypadnie mi do gustu opisana historia.
 


Poznajemy rodzinę Zielczyńskich, mieszkającą w Lubomlu, kiedyś ziemie te należały do Polski, tam właśnie swoje dzieciństwo i młodość doświadczyła Marcjanna. Nasza główna bohaterka. Dziewczyna ukończyła szkołę, teraz pozostaje tylko podjąć decyzję, co dalej? Jaką powinna wybrać drogę życia? Już niebawem przekona się, że jej zdanie nie będzie miało znaczenia, bo kto inny zadecyduje jaki los czeka wielu ludzi.

Zanim jednak do tego dojdzie, dziewczyna wyjeżdża na wakacje na wieś, do rodziny swojej matki. Miejsce, które od zawsze kojarzyło się z beztroską i szczęściem.

Teraz okazuje się, że większość koleżanek z dzieciństwa szykuje się do wyjścia za mąż, dla Marcjanny jest to trudny okres, ma wrażenie, że gdzieś ta dawna nić porozumienia znikła, ona została po inne stronie. Jeszcze dla niej niedostępnej.

Tymczasem po powrocie do miasta, okazuje się, że w kraju zaczyna dziać się coś złego. I chociaż wiszące widmo wojny wprowadzało napięcie, to wszyscy mieli nadzieje, że najgorsze rozegra się na zachodzie. W jakim byli błędzie! Rzeczywistość szybko postawi do pionu i sprawi, że każdy kolejny dzień będzie gorszy od poprzedniego. A najgorsze dopiero miało nadejść.

Ukochane rodzinne miasto, najbliższe okolice, nagle z dnia na dzień przestają być Polskie, mieszkańcy zmuszeni są do przyjęcia sowieckiego paszportu, w innym wypadku opuszczają miasto. Jak pogodzić się z taką zmianą? Żyć niby u siebie, a jednak już u obcych? Zostać czy wyjechać? Rodzinę Marcjanny czekały trudne chwile, jeszcze trudniejsze wybory przyszłości.



Jak wspomniałam na początku, było to moje pierwsze spotkanie z autorką. Myślę, że śmiało mogę określić za udane. Bardzo szybko wczułam się w fabułę książki, która już po pierwszych stronach zainteresowała i tak już się utrzymywało do samego końca.

Jako że akcja rozpoczyna się ostatniego przedwojennego lata, a później wydarzenia nabierają taki, a nie inny obrót, trudno napisać, by czytało się przyjemnie. Owszem styl autorki jest bardzo przystępny, opisywane wydarzenia nie przerażają brutalnością.

Jest to dobrze i ciekawie napisana saga rodzinna, której korzenie zostały zamieszczone w takim tle historycznym. Dlatego, jeśli ktoś liczy na bardzo dokładne opisy wydarzeń po wybuchu Drugiej Wojny Światowej, może poczuć się nieco zawiedziony.

Tutaj przyglądamy się rodzinie Zielczyńskich. Matce i ojcu Marcjanny, jej bratu, ale i również babce ze wsi, wujostwu i kuzynce Rozalii. O tej ostatniej trudno jest mi napisać coś pozytywnego. Ponieważ za każdym razem, jej zachowanie wprawiało mnie w coraz większe zdumienie. Według mnie jest to postać samolubna i po prostu bezmyślna. Ciekawa jestem, jak dalej potoczą się jej losy.

Sama Marcjanna nie wywiera wielkiego wrażenia, zwykła dziewczyna, ani pusta, ani zarozumiała. Może tylko pod sam koniec, nie do końca zrozumiałam, dlaczego została tak ukazana, ale co poradzić, tak zadecydowała autorka.

Mam problem z opisem i w sumie, gdy czytałam podziękowania, zdumiona byłam, że tyle się działo na temat Ustronia, skoro o tym miejscu mamy wzmiankę dopiero na samiutkim końcu, gdzie praktycznie dowiadujemy się niewiele. A tutaj cała uwaga skupiona właśnie tylko i wyłącznie na tej miejscowości, co z resztą? Jest to oczywiście takie moje czepianie, ale bardzo mnie zadziwiło, że pierwszy tom, którego akcja głównie rozgrywała się na Kresach, od razu rzuca nam cały splendor na Ustronie.

Jestem ciekawa, co będzie dalej, obawiam się tylko, czy autorka czasem nie planuje pójść w kierunku, który jest oklepany i na mnie raczej wywrze negatywne wrażenie, oby tak się nie stało. I akcja mnie porządnie zaskoczyła.

Tymczasem polecam, jest to przyjemna książka. Dobrze rokująca saga. Warto przeczytać.



sobota, 6 kwietnia 2019

Nad Śnieżnymi Kotłami



Chyba znowu wracam do czytania kryminałów, po dosyć długiej przerwie, gdzieś powolutku zaczynam odczuwać chęć do zagadek z motywem morderstw. Na pewnym etapie czytania poczułam przesyt, czego wynikiem była kilkuletnia przerwa.

Tak się złożyło, że ostatnio trafiały w moje ręce dosyć ciekawe tytuły. Może nie są z kategorii ciężkich i chwilami grozy, ale na moje aktualne potrzeby, wpisały się w sam raz. Dziś przychodzę z opinią do książki Krzysztofa Koziołka — Nad Śnieżnymi Kotłami. Tytuł ten zainteresował mnie głównie dlatego, że akcja została umiejscowiona w ówczesnej Szklarskiej Porębie, jak i okolicach, tj. Jelenia Góra, Karpacz — miejscowości aktualnie bardzo mi bliskie. Sama akcja rozgrywa się na chwilę przed rozpoczęciem Drugiej Wojny Światowej, to też dzisiejsze ziemie Polskie, wtedy należały jeszcze do naszych zachodnich sąsiadów. Byłam niesamowicie ciekawa klimatu minionych czasów. Czy autor sprostał moim oczekiwaniom, a sama historia okazała się godna uwagi i poświęconego czasu?
 


Poznajemy asystenta kryminalnego Antona Habichta, od kilku miesięcy zamieszkującego Schreiberhau, miejsce, które pierwotnie jawiło się niczym wybawienie, lepsza pensja oraz lokum, w którym zamieszkali. Można by powiedzieć, że trafili do raju, niestety nie do końca tak było. Problem stanowiła praca, a dokładniej — przełożony. Szczerze nienawidził nowego pracownika, co za każdym razem dobitnie okazywał. Habicht czuł, że na posterunku inni współpracownicy drwią za jego plecami, co niektórzy nawet nie próbowali się kryć ze swoim nastawieniem. On sam niewiele mógł. Musiał zaciskać zęby i znosić upokorzenia, na przykład w postaci przydzielonych zadań.

I tym sposobem, a raczej kolejnym przytykiem, miało być wysłanie do jednego z hoteli górskich, w którym doszło do kradzieży biżuterii. Sprawa z pozoru dla zwykłego funkcjonariusza, a dostał On, asystent kryminalny, takie upokorzenie.

Na miejscu okazuje się, że główny problem szybko zostaje rozwiązany, ale traf chce, że Habicht, staje się świadkiem śmierci jednej z kobiet, nikt nie wie, czy był to nieszczęśliwy wypadek, a może ktoś przyczynił się do wypchnięcia z okna.

Razem z asystentem rozpoczynamy dochodzenie, które tak naprawdę będzie wierzchołkiem góry lodowej, a jej zakończenie zaskoczy nie tylko samego głównego zainteresowanego.


Książką bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, przede wszystkim wiedzą autora na temat opisywanych miejsc, przeróżnych ciekawostek, całej topografii. Byłam naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Widać włożony wkład i dopieszczenie każdego szczegółu. Każda ścieżka, którą poruszamy się wraz z Antonem Habichtem została odwzorowana w taki sposób, że nie dało się jej nie zobaczyć oczami wyobraźni.

Nie zapominajmy, że mieszkańcami są Niemcy, również ich nastawienie do nadchodzącej wojny, oczekiwania zostały bardzo realnie odwzorowane. Można by powiedzieć, otrzymaliśmy możliwość wejść w ich buty i poczuć-chociaż nie rozumieć, zachowania w pewnym sprawach.

I chociaż postać Antona Habichta nie wzbudziła mojej sympatii, oddać trzeba, że mimo niechęci, czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Jego dociekliwość i upór były godne pochwały. Niestety tylko te dwie cechy. Bo zbyt rozdmuchane ego, bardzo często sprawiało, że miałam ochotę go kopnąć w głowę.

Pan Krzysztof Koziołek napisał bardzo ciekawy kryminał retro, ale co najważniejsze, zostały przemycone dosyć kontrowersyjne tematy, które jak podejrzewam, miały swoje miejsce w rzeczywistości. I jeśli my, Polacy jesteśmy oburzeni tym, co wyrządzili nam Oni w czasie wojny, to wystarczy przeczytać o tym jednym przykładzie, by zrozumieć, że dla Rzeczy, byli w stanie zrobić wszystko. Dosłownie wszystko. I ta świadomość budzi przerażenie.

Nie wiem, czy w obliczu odkrywanych tajemnic, stosowne będzie napisać, że książkę czytało się przyjemnie. Chwilami czułam szok niedowierzania, co żądza władzy potrafi zrobić z ludźmi. Jednak mimo tego, Nad Śnieżnymi Kotłami czyta się z zainteresowaniem, jest mnóstwo ciekawostek, które nie każdego na równi mogą zainteresować, ale na pewno nie przeszkadzają.

Szczerze polecam ten tytuł, sama mam w planach nadrobienie innych książek autora, mam nadzieje, że mnie nie zawiodą.
 
 

niedziela, 24 marca 2019

Kiedyś książki się czytało, teraz robi się tylko zdjęcia

źródło


Ten tekst miał powstać już dawno, ale jakoś ciągle nie miałam możliwości, by usiąść i poukładać wszystko jak należy. No i nareszcie jest niedziela, mogę sobie wylać pewne gorzkie żale — w końcu w kościele katolickim pora Wielkiego Postu, atmosfera odpowiednia.

No ale, ja nie na temat zapatrywań religijnych miałam pisać, a czegoś zupełnie innego. Pamiętacie te czasy, kiedy książki o zgrozo się czytało i po zakończeniu pisało opinię, pod którą była często zażarta dyskusja? Pewnie większość nie będzie miała pojęcia, o czym piszę. Jaka dyskusja, jakie czytanie. I nie, nikogo tutaj nie oskarżam, tylko ostatnio zderzyłam się z brutalną rzeczywistością, schowaną pod płaszczem instagrama.

To jak? Wiecie coś na temat dyskusji o przeczytanej książce? Pewnie, że NIE! Teraz się już tego nie praktykuje. Teraz nadeszła era Instagrama, a co za tym idzie, robienia pięknych schematycznych zdjęć. Nie ważne co wpadnie pod obiektyw. Jeśli masz profil książkowy, zapodajesz zdjęcie książki. I koniec. Na co czytać? Ma być fotka. Ma przyciągnąć uwagę tłem, kompozycją. I... KONIEC. TADAM! Takie szaleństwo. Za starych czasów, gdy wchodziłam na salony blogowania, recenzowania, człowiek się spinał, żeby opinia miała sens, żeby zainteresowała czytelnika, pobudziła do rozmowy.

Aktualnie książek większość ludzi prowadzących profile nie czyta, bo po co? Ma być ładne zdjęcie, licznik polubień ma się zgadzać. A nie, jakieś głupie rozmowy, o czym była książka, kogo to obchodzi? Chyba tylko takie dinozaury jak ja...

Słuchajcie, no i mam lekki ból, bo cholera co się porobiło? Te wstrętne zdjęcia z gołymi nogami i książką, serio??? Chyba gorzej upaść nie można było. Słuchajcie, mnie jako czytelnika interesuje, co WY tam napiszecie o przedstawionym tytule, a nie tępe pytania — Jak mija Wam słodziaki dzień? I mnie, jako kobietę ani nie grzeją, ani nie ziębią te Wasze roznegliżowane kopytka, które psują do książki jak pięść do oka, w sumie ta pięść lepiej z okiem się podpasuje...

Rozumiem, nie chce się już nikomu tworzyć elaboratów o książce, ale chyba sklecenie kilku zdań o tym, co przeczytaliście, podbicie do dyskusji nie sprawia trudności? Czy może jednak boli? I w sumie jak pomyślę o tych nogach, to moda nastała nie tylko na kontach książkowych, innych również.  I tutaj w samo sedno tej całej szopki trafiła moja kochana Pudi , której fanką stałam się jakiś czas temu. Nasze tematyki blogowe i instagramowe różnią się konkretnie, a jednak podobne rzeczy nas denerwują. 
Miałam zrobić karykaturę tych nóg, ale Wiola jakiś czas temu mnie ubiegła, trafiła celnie i stwierdziłam, że królowej nie można naśladować;) Także poniżej, pokażę Wam, jak to wygląda, trendy, klonowane i radośnie praktykowane przez większość Instagrl. 



źródło


A wiecie, dlaczego tak mnie to wkurza? Bo nie ma w tym nic z naturalności. Wszystko sztuczne, wyreżyserowane, ktoś mi ostatnio pisał o spójności, jaka spójność? Ludzie, nie udawajmy, czytanie? Podrzućcie fotkę, kawy i książki na stole, będzie super. A te całe sesje, gdzie tylko podkładacie produkt pod tło, wzbudzają we mnie i z tego, co już wiem, u wielu innych, mdłości. Nie, to nie jest fajne.

Ja też lubię ładne zdjęcia, ale nie sztuczność, jest diametralna różnica między zrobionym ładnie zdjęciem, a paskudnie sztuczną pozą, w dodatku klonem z wielu innych profili.

Wiecie, jak wchodzę na konta, a na lubię sobie czasem pobiegać wirtualnie, mam wrażenia, jakby ciągle była u jednej osoby, jeden schemat — kawa, książka, jakieś rozsypane płatki kwiatków, co większe burżujki kładą całe wiechcie, kocyk i kopyta. YEAH! To jest to!

I nie przyczepiam sie tej kawy, moja kochana Kasiek,  bardzo często wrzuca fotki z kawą i książką, ale one są swojskie, często piżamowe, naturalne, bez tej całej szopki. Co najważniejsze, z Kasią można porozmawiać o wybranym tytule, a nie tylko wejść by pochwalić "jajć jakie słitaśnie zdjątko! Aaaa!"
I powiem szczerze, ja takie profile uwielbiam. Gdzie jest misz masz, są piękne zachody słońca, jest książka pod pachą, znajdzie się też nadgryziona kanapka. 



źródło

Widzicie różnice? Nie trzeba śmiesznie wywalonych gołych nóg, nie potrzeba wiechcia kwiatów — dajcie tym roślinom spokojnie rosnąć, by zdjęcie było ciepłe, klimatyczne i aż przyciągało uwagę. Nie trzeba urządzać sesji zdjęciowych, które po prostu są sztuczne, pod publikę. Nie pokazują rzeczywistości, tylko kreują i promują sztuczność. I jeśli ktoś mi zarzuci, że jestem zazdrosna, bo moje konto ma tylko 390 obserwujących, to powiem jedno, tak sobie to tłumaczcie. Mogę mieć o wiele mniej, byle tylko Ci ludzie, czytali moje wpisy, a nie odhaczali polubienie. Lajk za lajk.... Tak się teraz zbija popularność.

Ja się chyba zgubiłam w tym świecie. Te siedem lat temu, gdy zaczynałam pisać pierwsze opinie, byłam w stresie, czy dobrze wyjdzie, kto przyjdzie do mnie z komentarzem, jak potoczy się dyskusja. Nie miałam pojęcia o żadnych współpracach. Blog założyłam po to, by mieć z kim porozmawiać o przeczytanych książkach. Teraz... teraz nikt nie rozmawia. Teraz robi się tylko zdjęcia. Na instagramie jest walka o obserwatorów, o to, by czym prędzej nawiązać współpracę. Fajnie, tylko gdzieś w tym wszystkim zgubiło się coś ważniejszego. A najgorsze jest, że do tego wyścigu szczurów dołączyła się grupa osób, po których nigdy bym się tego nie spodziewała. I taki żal mnie dopadł. Bo po co? Naprawdę w dzisiejszym świecie, nie można być po prostu sobą? Skończyły się rozmowy, teraz liczy się prześciganie, kto zrobi fajniejsze zdjęcie.



czwartek, 21 marca 2019

A ja żem jej powiedziała

źródło

Na temat Kasi Nosowskiej wiedziałam tyle, że śpiewa. I to dobrze. Bardzo lubiłam i cały czas lubię, piosenki, a w szczególności teksty Kaśki. Są takie prawdziwe, nie ma niczego podkolorowanego. I chyba dzięki tej realności, już od niepamiętnych czasów, miałam sympatię do tej niepozornej piosenkarki. Bo o Kasi mało wiedziałam, nie brała udziału w skandalach, nie szalała w przekombinowanych strojach papugi, by zaistnieć. Po prostu śpiewała. Tylko tyle, czy aż tyle?

W końcu gdzieś mignęła mi zapowiedź książki. Pomyślałam, no nie, Kaśka, co Ty? Chcesz się bawić w te upadającej celebrytki, których nikt nie chce oglądać, to zaczynają pisać książkę? Nie chciałam tego czytać, bo po co?

I przyszedł dzień, taki z tych, które nie lubimy, bo jest kolejnym z rzędu, szarym i po prostu do czterech liter wsadzić. Odpaliłam czytnik, popatrzyłam na okładkę i myślę — raz kozie śmierć. Najwyżej przerwę i czytanie.
 


Zaczęłam czytać, książka nie jest jakimś cudem fabuły, tam się nie dzieje nic, co można powiedzieć, akcja mnie pochłonęła. Jednak jeśli ktoś powie, że te wypociny są byle jakie, skłamie. Mówię Wam, nie wierzcie w negatywne opinie.

Przede wszystkim Nosowska pisze o swoim życiu. O tym, jak to wszystko się zaczęło. A zaczęło jak w wielu rodzinach. I czasem było lepiej, czasem gorzej, z przewagą tego gorzej. Jednak ona gdzieś tam, szukała samej siebie. Różna i kręta to była droga. Z każdego zakrętu zostawały wnioski. Wyciągnięte z bólem, a później i śmiechem.

Chociaż jak to w życiu bywa, zanim nauczymy się śmiać z własnych potknięć, wiele łez się połknie.


W książce każdy rozdział porusza inny temat. I myślę, że każdy z nich, trafi do innej grupy, te co mnie ujęły, u innego mogą wzbudzić niechęć. Chyba właśnie o to chodziło. Pokazać różnorodność w jednym człowieku. W tym, że na co dziś patrzymy i myślimy, za jakiś czas możemy zmienić kompletnie zdanie.

Co najbardziej spodobało mi się w tej książce? To chyba podejście Kasi do tego, co zrzucał jej los, bywało naprawdę różnie. Gorzej i bardzo gorzej. Od akceptacji samej siebie, po przemoc ze strony mężczyzny, braku zrozumienia w rodzinie. Chociaż nigdy, nie padło zdanie, że rodzina jest zła. Co to, to nie, po prostu wpływ, jaki miała na późniejsze życie, nie do końca był tym, jaki chce się, otrzymywać w spadku idąc w dorosłość.

A ja żem jej powiedziała
, to podróż do przeszłości, wyciąganie  wartościowych lekcji z teraźniejszości i branie się za bary z przyszłością. Bałam się, że to będzie próbowanie zbicia popularności, ale byłam w błędzie. Te opowieści są zbyt szczere, czasem naprawdę osobiste. A sama Kaśka, nie wydaje się człowiekiem, który idzie do sławy, nie patrząc jakim sposobem. Myślę, że jest jedną z niewielu piosenkarek, które słuchamy, nie myśląc o jej sztuczności, w dzisiejszych czasach coś niespotykanego.

Książkę przeczytałam w odpowiednim dla mnie momencie, o dziwo, nie myślałam, że te pierwsze rozdziałowe słowa wstępu, tak mocno będą obrazowały moją obecną sytuację. I tego, jak się zakończy...


niedziela, 17 marca 2019

Co w trawie piszczy



Bajki od zawsze lubiłam oglądać, nie ma znaczenia czy są bardziej lub mniej "dziecinne", po prostu oglądam niemalże każdą produkcje animacyjną. Tym razem mój typ padł na "Co w trawie piszczy". Z opisu dowiedziałam się, że poznamy pasikonika, który przemierza świat, nie goszcząc zbyt długo w wybranym miejscu. I nagle trafia na pewną łąkę, tak piękną, że decyduje się zostać, w dodatku jego serce reaguje szybszym uderzeniem, na widok pięknej pszczoły. Planuje zdobycie względów swej ukochanej i sympatii mieszkańców łąki, ale czy Tonikowi uda się osiągnąć swój życiowy cel?

Poznajemy Tonika (głosu użyczył Janusz Wituch), pasikonik dociera do pewnej łąki, od razu zachwyca się sielskością tego miejsca, spokojem i jedynym w swoim rodzaju urokiem. W dodatku poznaje pewną piękną pszczołę, jak się później okazuje Margerytka (głosu użyczyła Paulina Łaba) jest królową. Jak wiadome, jej rola w ulach jest bardzo ważna i nie może ot tak sobie wylatywać na łąkę, a właśnie tego najbardziej jej brakuje. Bycia zwykłą pszczołą, która może sobie polatać i nacieszyć urokiem wolności. Chociaż przez chwilę.

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.



źródło

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.

Byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej bajki, miałam nadzieje, że ta produkcja będzie wesoła i jak wiadomo z morałem. No niestety, może i jakiś tam morał był, ale wymuszony, a całość chyba niekoniecznie wydawała się przeznaczona do najmłodszych odbiorców.
 

źródło


Przede wszystkim dialogi, ale i również wizerunek postaci. O ile pszczółki wyglądały jak latające beczułki, albo kulki, co jeszcze mona było znieść, tak osa Vespula, została wykreowana dosyć osobliwie, na taką osią famme fatale. Nie wiem, ale myślę, że takie za bieg był zupełnie niepotrzebny o ile grupą docelową faktycznie miały być dzieci.

Kolejna rzecz, to dialogi. Tutaj w ogóle nie umiałam stwierdzić, co miał na myśli twórca. Ponieważ całość trąciła intrygami na poziomie dorosłych ludzi. Słownictwo było dalekie do zrozumienia dla małych dzieci. I jak wspomniałam, zachowanie osy, po prostu zwaliło mnie z nóg. Ja wiem, że już mieliśmy złe królowe, które chciały odebrać życie pięknym królewną, a wszystko z zazdrości. Mimo wszystko w tamtych bajkach czuć było klimat dziecięcy, tutaj nie.

Żeby nie było, moje spostrzeżenia zostały poparte u głównych zainteresowanych - czyli dzieci. Obejrzały bez wielkiego zainteresowania, a gdy już bajka dobiegła końca, nie umiały powiedzieć czy była fajna. Po prostu kolorowa. Żarty, które miały rozbawić ani razu nie wywołały śmiechu, myślę że nie pozostaje nic więcej do dodania. Bajka "Co w trawie piszczy", nie sprawdziła się w swojej roli. Mnie samą znudziła, oglądałam byle jak najszybciej skończyć.

Nie umiem polecić tej bajki. Sama nie spędziłam zbyt przyjemnie czasu podczas oglądania, myślę, że jest sporo o wiele ciekawszych produkcji.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...