sierpnia 10, 2026

sierpnia 10, 2026

Sierpień - czyli ostatnia prosta...

Sierpień - czyli ostatnia prosta...

 


Ostatnio gdzieś przeczytałam, że sierpień dla nauczycieli to jak niedziela w weekend. Ja wprawdzie jako nauczyciel się nie identyfikuje, ale będąc pracownikiem placówki edukacyjnej, mogę przyznać, że sierpień to niestety taka niedziela. Albo jak to lubię mówić, czuć już oddech września na karku.

Niby jeszcze odpoczynek, niby jeszcze jakieś wyjazdy, ale prawda jest taka, że wizja powrotu zbliża się nieubłaganie i cóż... 

Ale! No byłam nad morzem, pojechałam sobie na kilka dni z mamusią. O Jezusku, wyjazd z rodzicem, którego zdrowie nie do końca jest już takie, jak chociaż pięć lat temu, potrafi  być wyzwaniem. Naprawdę. Rolę się zmieniają, niegdyś to rodzic czuł odpowiedzialność, a później jakoś to się odwraca. Złapało mnie okrutnie, więc zamiast radośnie wygrzewać niczym jaszczurka na piasku, przeżywałam jak mrówka okupację, czy aby wszystko jest jak trzeba i co mogę zrobić jeszcze żeby było lepiej... 


W tym roku padło na Ustkę, no i muszę przyznać, że jest to miejsce, gdzie są najpiękniejsze i największe plaże, na których dotychczas byłam. Często jeździłam nad morze, nie jestem zwolenniczką wracania w jedno i to samo miejsce, bo i po co? Fajnie jest sobie zwiedzać różne miejscowości. Jeśli chodzi o samą Ustkę, mam co do tego miasteczka ambiwalentne uczucia. Z jednej strony jest to kameralna i niezbyt zatłoczona miejscowość, co za tym idzie, nie męczyły tłumy ludzi i odczuwalny ścisk. Z drugiej, brakowało mi takiego klimatu, który by sprawił, że czułabym się tam "swojsko", jak to bywało w przypadku innych miejsc. 


Fajna i uważam za ciekawy pomysł i chwyt złapania turystów, ta ruchoma kładka, która przesuwała się o każdej pełnej godzinie na 20 minut. Klimatyczne miejsce i coś innego, co przyciąga. mnóstwo turystów. 

 




Ustecka ławka w kształcie ust. Miłe nawiązanie do nazwy miejscowości, sama ławeczka malutka i postawiona w dosłownie randomowym miejscu, jakby komuś spadła z dźwigu i tak została;). 



Znalazłam dwa murale, ten pierwszy bardzo mi przypadł do gustu. Ma w sobie coś, co przykuwa od razu uwagę. Piękne wykonanie, na żywo naprawdę robi wrażenie detalami. Kolejne dzieło na ścianie to mozaika ze szkiełek. Taki na oko bohomaz, ale tam są ryby w różnych konfiguracjach. Ostatni jest dziwny, nie wiem, ten dom na domie wygląda śmiesznie? Nie wiem, co autor miał na myśli, ale nie wnikam. 



W Kołobrzegu mają zamek, a w Ustce ulepili ośmiornice :) Bardzo ładna i podobało mi się wykonanie. Wielu ludzi podziwiało i robiło sobie z nią zdjęcie. Lubię takie piaskowe "dzieła". 


Kiedyś usłyszałam, że być nad morzem i nie zjeść gofra, to się wręcz nie godzi, zatem zjadłam gofra na wypasie. Mogę powiedzieć - tradycji stało się zadość:)


Nadmorskie koty są po prostu wybitnie wielkie i grube. Naprawdę! One tam są gigantyczne, leniwe i tłuste. Chyba dieta rybna dobrze im robi..;)



Bardzo przyjemne miejsce do posiedzenia i jedzenia. Przepyszna ryba - ja ogólnie jestem fanką łososia, zatem nie trzeba było mnie długo przekonywać żebym chciała zjeść, było pyszne. Bardzo polecam to miejsce - Weranda się nazywa. Przemili pracownicy, ogólnie nie mam się do czego przyczepić. Porcje potężne. Jeśli chodzi o ceny.. jak się mieszka w Jeleniej Górze, to nie robią na nas wrażenia tak zwane "paragony grozy" nad morzem, u nas jest jeszcze gorzej:))). 


Tak więc, wyjazd nad morze mam odhaczone. A po powrocie do domu, co zrobiłam? Pobiegłam w moje ukochane górki. Bo przecież, wszędzie dobrze, ale w górach najlepiej. 


lipca 11, 2026

lipca 11, 2026

Lipcowe o wszystkim i o niczym

Lipcowe o wszystkim i o niczym

 


Jest i lipiec od dłuższej chwili, ale nie ukrywam, że czerwiec też się kończył bardzo bardzo emocjonująco. Sporo się wydarzyło - pożegnanie moich cudownych ósmoklasistów. Nie miałam pojęcia, że tak mocno przywiąże się do tych dzieciaków, a teraz... Poszli dalej, odebrali swoje wyniki egzaminów i rozpoczną kolejny etap w życiu - sądzę, że jeden z bardziej emocjonujących. Będę za nich trzymała kciuki, mam nadzieję, że spełnią swoje marzenia. 

Jak wspomniałam było bardzo emocjonalnie, było mnóstwo wzruszeń, pożegnań. Nawet nie wiedziałam, że jedna z takich chwil została uwieczniona.., więc zostawiam sobie. Na pamiątkę. 

Autor zdjęcia jest oznaczony na zdjęciu, twarzy nikogo oprócz mojej nie widać. Czyli wszystko jest okej:). 


Jedna z uczennic namalowała dla mnie ten przepiękny obraz. Nie miałam pojęcia, że szykuje taką niespodziankę, w końcu nie byłam wychowawcą. A tutaj cudowny prezent, klimatem nawiązuje do książki, którą obie czytałyśmy i się zachwycałyśmy. Zapamiętała...:)

No i w końcu L I P I E C ! :) 

W tym roku już początek wystartował intensywnie, bo miałam maraton lekarzy, badań - niestety konsekwencje niewinnej stłuczki będą się jeszcze ciągnąć, no ale! Moje urodziny przecież były. A jak urodziny, to musiał być gdzieś wypad, tak więc się zabrałam sama na spacer i ciacho w moje ulubione miejsce :) 



Ojejku jakże uwielbiam ciasto z tego miejsca! Uważam, że jest jednym z najlepszych, nie ma chyba zbyt wielkiej konkurencji :)





Jest to w Pałacu Lenno we Wleniu, tuż obok zamku :) mówię wam, świetna sprawa iść sobie z miasta na górę spacerem i usiąść popatrzeć na piękne widoki - wybaczcie nie wgrało mi zdjęcia, ale po lewej stronie od zabudowań ze zdjęcia u góry, rozpościera się piękna panorama. Także jak chcecie zobaczyć, trzeba przyjechać! Ale nie na samą górę - to dla słabych. Warto podejść sobie urokliwą i nie długą trasą spacerową:). 


Innego dnia z moim R, wybraliśmy się na lody i kawę do fajnego miejsca przy jeszcze nieczynnej stacji przy Zaporze, w ogóle śmieszna sprawa, bo niby ma być znowu czynna, ale póki co, stoi sobie fajny samochodzik retro z pyszną kawą i jeszcze smaczniejszymi lodami. 




Jak widzicie klimacik jest naprawdę przyjemny, teraz jest widok na opróżniony zbiornik, bo remontują zaporę. Nie wiem, ogólnie było o niej głośno przez cyrk jaki zrobili z biednymi rybami. Zamiast odłowić, polecieli nie napiszę dobitnie w co. W każdym razie mnóstwo ryb straciło życie, bo jak zwykle nasi włodarze mieli wszystko gdzieś. Mam nadzieję, że kiedyś odpowiedzą za to. O smrodzie z jakim zmaga się cześć wsi zamieszkała przy samej rzece, nie wspomnę. O zatrutej wodzie pisać nie muszę. To jest niestety wiadome. Cóż... ja robię zdjęcia. Żeby mieć na pamiątkę... 



Tej wody jeszcze kilka dni temu było zdecydowanie mniej, ale po aferze z rybami i tym całym syfie, który się zrobił dopuścili. Chyba, żeby zakryć jeden wielki szlam i bałagan. Tak się u nas załatwia sprawy... 


Tutaj u góry po środku, widać trzy miejsca, jakby kamienie, są to stare fundamenty po młynie i zabudowaniach. Zostały one zalane podczas budowania zapory. Można zobaczyć tylko gdy zostaje praktycznie całkiem spuszczona woda. Ostatni raz tak było jakieś 100 lat temu. Także no, historyczna chwila:)

Tak to wygląda z innej perspektywy, nie od strony stacji kolejowej, tylko na przeciwko:) Fajna atrakcja była, do póki nie stało się co, się stało...



Oczywiście mnóstwo śmieci, wraków i innych pozostałości po bytności człowieka. Niekoniecznie tej chwalebnej. 

No i na koniec, mam nadzieję, że już niebawem będę meldowała się tutaj z domu. Ponieważ w końcu stwierdziliśmy, że w nosie mamy światłowody i czekanie aż ktoś sobie o nas przypomni, po powodzi wszyscy się na naszą wieś wy.. no w każdym razie. Kupujemy starlinka i internet będzie z "kosmosu":))) 

czerwca 20, 2026

czerwca 20, 2026

Nie tak miało być

Nie tak miało być


 Kreska odeszła. Nagle i niespodziewanie. Nie umiem powiedzieć dlaczego. Może jej wymęczony organizm na chwilę odzyskał siły, by się mieć siłę z nami pożegnać. Nie wiem, już się nie dowiem. 

Była kotkiem bezdomnym, ale mimo swojego okrutnego losu, starałam się żeby niczego jej nie brakowało. Czy mogłam ją zabrać do domu? Uwierzcie próbowałam, ale ona tego bardzo nie chciała. Wychowywała się na wolności i każda próba udomowienia kończyła się źle. Dlatego staraliśmy się, żeby miała wszystko tam na zewnątrz. I miała. 

Nie wiem dlaczego zachorowała, nie wiem, czy zjadła coś zatrutego, czy ktoś celowo podrzucił coś, co jej zaszkodziło. Czy po prostu jej przeszłość była nieciekawa. Już się nie dowiem. 

Gdy pisałam Wam poprzedni post byłam szczęśliwa, och jakże naiwna wtedy byłam w swoim przekonaniu, że już jest dobrze,  a najgorsze za nami... 



Mimo, że Kreska nie była naszym kotem, pomieszkiwała trochę u nas, trochę u sąsiadów. Była cudowna i kochana. Urocza towarzyszka spacerów i pracy ogródkowych. Nie jestem wstanie opisać jak boleśnie odczuwam ciszę i pustkę jej nieobecności. Jak zaglądam przez okno łudząc się, że zobaczę te piękne czujne oczy i usłyszę wołanie. Dlatego uznałam, że należy się jej pamięć, bo mimo swojego losu, mimo, że nie miała swoich ludzi i domu, nie była kotem, którego nikt nie kochał. 




Jest to moje ostatnie zdjęcie Kreseczki. Jeszcze nie miałam pojęcia, że jej spojrzenie to pożegnanie ze mną. Że wcześniejsze przytulasy są ostatnimi, że już więcej nie będzie szukała moich kolan, że nie podbiegnie by poprzeszkadzać, nie zawoła o swoją porcję jedzenia. Do ostatniej chwili pozwoliła mi wierzyć, że jest już naprawdę dobrze. A później - odeszła. 


Nie tak miało być. 


czerwca 08, 2026

czerwca 08, 2026

Jesteśmy w czerwcu

Jesteśmy w czerwcu

 


No więc przyszedł czerwiec, miesiąc jakoś średnio przeze mnie lubiany, ani to już ładna zieleń, ani tego pięknego wiosennego klimatu, letniego tym bardziej. Wiem, jak to zabrzmi, ale kiedyś te czerwce były cieplejsze, albo moje wspomnienia wyparły zimne epizody, jednak naprawdę teraz odczuwam wszechobecne zimno, a ciepło to tak na lekarstwo.  No ale, nie o pogodzie ten post. A o czerwcu i mnie w nim i raczej tego, jak mi nie jest w nim dobrze, a dopiero się zaczął. 

No więc "przygoda" samochodowa nie skończyła się tak szybko jakbym sobie tego życzyła. Co zrobić, byłam przekonana, że skoro chodzę o własnych całych kończynach dolnych, to przecież jest dobrze, ano nie jest. 

Zatem zastanawiam nad sensem istnienia i nad tym, czy moje kończyny górne oraz część trzymająca łeb zwaną szyją, zacznie się ogarniać, czy będą mi "radośnie" drętwieć przy dłuższym siedzeniu.



W każdym razie, nie będę się już zagłębiała w te moje uszkodzenia, których nie widać, a są. Tylko przejdę dalej do wynurzeń czerwcowych. Pamiętacie jak pisałam zimą, że zajmuje się bezdomniakami. Znaczy kotami, które się pojawiły u mnie i zostały. No więc, moja roboczo nazwana Kreska, przyszła pewnego dnia na karmienie i jak zobaczyłam jej stan, to zrobiło mi się lekko źle. Mimo wszystko liczyłam, że - może co zeżarła. 

Podawałam probiotyk, jakieś dostępne wspomagające kapsułki, ale jak mi za dwa dni to dziecię stanęło pod drzwiami wrzeszcząc w niebogłosy, telepiąc się jak nie trudno domyśliłam z bólu, wiedziałam jedno - sytuacja jest bardzo zła. Co było robić. Z histerią do R, że Kreska nam zejdzie i koniecznie trzeba na ten tychmiast do weta. 

No i pojechaliśmy. Powiem wam, że ja to byłam już przekonana, że to już nie rokuje. Że nic nie zdziałamy. Z  niej się lało, smród był okropny, wrzask jeszcze bardziej. Pani wet, którą szukałam na gwałt, żeby ktokolwiek już mi przyjął. Okazała się cudownym człowiekiem. O ile do mnie była z oschłym dystansem, tak do kreski ćwierkała przesłodko - bardzo dobrze, ona była najważniejsza. 

Kreska została zbadana, otrzymała antybiotyk silny i celowany we wszystko co możliwe. I porządny probiotyk. Mnie przypadło pilnowanie by zażywała leki i jadła, miała bardzo dużo jeść bo wyglądała.. cóż.  Nie chcecie wiedzieć. 


Wróciliśmy z Kreseczką, na czas leczenia zamontowaliśmy ją przy domu. Żeby mieć na oku. Mamy takie miejsce, gdzie była bezpieczna. Jejku, patrzenie na jej cierpienie to jakiś dramat. Byłam przekonana, że ona jednak tego nie dźwignie, poważnie, jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego, co działo się z tą małą kruszyną. Jednak ona cały czas walczyła, podchodziła zjadała wszystko co dałam i kładła się spać i spała. A my tylko dorzucaliśmy jak najlepsze jedzenie. 

Aż po lekkiej poprawie... przyszedł kryzys. I wtedy już mnie rozwaliło. Stałam i płakałam. Z niej się znowu lało, znowu płacz. Podałam leki. Umyłam co trzeba, bo widziałam jaki jest ogień, żeby jej ulżyło, pozwoliła. Poszła spać. 

Nie napiszę, że jest już w pełni zdrowia. Bo wiem, że jeszcze długa droga przed nami, na szczęście kryzys był przełomem. Kreseczka odżyła, inaczej się zachowuje, przestała patrzeć z tą bezradnością w oczętach. Przybiega, łasi się, nie odchodzi. Wtedy, tylko patrzyła i popłakiwała. Szła pomalutku jakby każdy krok był ogromnym bólem - obawiam się że tak było. Na szczęście leczenie przyniosło rezultaty, więc myślę, że moje bezdomne kocie dziecko "wyliże się" z lekką pomocą. 


Tak to u mnie ostatnio wygląda. Mam wiele pewnych przemyśleń, ale póki co, nie mogę się nimi podzielić. Niestety  rozczarowanie, jakie ostatnio doświadczam jest potężne. Cóż... 


Idę Was odwiedzać ;) 


maja 17, 2026

maja 17, 2026

Majowe o wszystkim i o niczym

Majowe o wszystkim i o niczym

 


No dobrze, możemy odhaczyć majówkę. Czyli wszystko co dobre i piękne zawsze się kończy. A co za tym idzie moja radość i beztroska. I nie, wcale nie mówię o smutnym powrocie do pracy. Mimo, że z pracą będzie związane, ale tylko po części. 

Bo właśnie jadąc sobie do pracy tego deszczowego dnia, gdy już piękna pogoda była wspomnieniem, myślałam sobie by zwolnić i jednak uważać, bo wiadomo. Ludzie jeszcze nie umieją się przestawić z ładnej na brzydko - bo przecież widzieć nie jest jednoznaczne z byciem świadomym, że pada. I tak sobie stałam rozmyślając, przy remontowanym kawałku ulicy, puszczając autobus gdy usłyszałam huk, a później szarpnięcie. A może jedno i drugie było razem. W każdym razie na pewno poczułam ból. 

Tak się niefortunnie złożyło, że człowiek jadący za mną, zagapił się i nie zauważył, że moje auto się nie porusza, tylko stoi, więc no wjechał mi w dupę. Mocno. Niemniej wyskoczyłam z tego mojego pojazdu, bo jednak uderzenie w głowę o zagłówek mimo, że nieprzyjemne zadziałało mocno pobudzająco.            I myślę idę sprawdzić co się stało. Bo rejestrowanie  było lekko zaburzone. No  i patrzę, auto za mną jakoś dziwnie daleko od mojego - w filmach to one są wbite w te samochody, a tamto było dalej. Ale moja dupcia troszkę zmieniła kształt, co nie bardzo mi się spodobało. Człowiek od samochodu uderzającego był w szoku, ja chyba też. Więc zapobiegawczo zadzwoniłam do brata zapytać co mam robić :)))). 

Nie będę opisywała wszystkiego bo niespecjalnie mam ochotę. W każdym razie skończyło się na szpitalu, siedzę na zwolnieniu i myślę, że jakoś ostatnio dziwnie to wszystko u mnie wygląda. Teraz czekają mnie pielgrzymki po ortopedach, neurologach, ubezpieczalniach i całej reszcie... Dlatego jestem tutaj więcej, bo jakoś muszę się uspokajać i mieć oderwanie od rzeczywistości. 

Ale, ale nie przyszłam tylko narzekać. Skoro o wszystkim i o niczym. To wam pokażę parę moich umilaczy. Ostatnio moja mama złapała fazę na anioły! znaczy figurki, ale nie takie boziowate, ale naprawdę spoko wyglądają. No i zerkałam sobie na te anioły. I słuchajcie. Dopadłam! Dla siebie. CZARNEGO ANIOŁA  no coś pięknego. Czarny anioł jak moje czarne serce - co do duszy jeszcze nie stwierdziłam czy posiadam, ale jeśli tak, to na bank też jest czarna. 


Mogłaby mieć twarz troszkę bardziej upiorną, ale trudno. Ważne, że odzienie jest czarne. Jest piękna. Nie zwracam uwagi na krytykę, także no. 

Kolejna ozdoba - tutaj rzekłam mamusi - o zobacz, jakie piękne te kotki! :D :D co zrobiła mamusia? 



Po prostu uwielbiam te ozdobę i ciągle się nią zachwycam. Jest idealna w każdym calu. Więc wdzięcznam mamusi, że mi kupiła. W ogóle muszę bardzo mocno uważać co mówię przy mamie, bo jak tylko usłyszy, że coś mi się podoba od razu mi kupuje. Bez mówienia też mi ciągle coś kupuje...;))
Czuję się trochę jak małe dziecko, ale nie narzekam. 

A i teraz totalnie inna tematyka, ale może komuś się przyda czy coś. - must have do paszczy. Mam paskudną skórę, nie wybacza błędów. Żadnych. I kiedy właśnie popełnię błąd, tylko kremy z tej serii ratują mi wygląd. 


Jeszcze mam z tej linii  Bielenda Hydro Lipidium SPF50 jest spoko. Ta trójca jest po prostu mega. Naprawdę ratuje skórę odwodnioną i nie ma żadnego zapachu - nie lubię zapachowych kremów. Kupiłam znanej dobrej marki i umieram po aplikacji, bo śmierdzi zgniłym sianem. Tutaj jest wszystko na tak. Konsystencja, wchłanianie i przede wszystkim efekt. Mój dziób w końcu zaczyna wyglądać przyzwoicie bo ostatnio przykro mi było patrzeć w lustro. 
W ogóle cena tych kremów to bajka - kupuję zazwyczaj za mniej niż 20 zł bo one ciągle są na promocji. Cena śmieszna. Mam o wiele droższe produkty - ze słynnym estee lauder, który miał robić efekt wow, a jest nijak. Także mnie już wielkie marki nie złapią. Serio jeśli macie skrajnie wysuszoną skórę i w dodatku kapryśną jak moja, to te kremy nie zrobią krzywdy, a na pewno ładnie nawilżą. Tylko oczywiście nie od razu. Znaczy od razu poczujecie ulgę, ale żeby zobaczyć to czas..


To teraz kolejny przeskok - nie wiem, czy będzie to polecanka, czy co, ale pokaże Wam i sami sobie zdecydujecie:) 



  Jest to Młyn Wielisław w Sędziszowej.  Restauracja i chyba można nocować. Z tego co czytałam. Ale właśnie. Moje nastawienie do tego miejsca jest mocno mieszane ponieważ, jedno jest zamieszczone w internecie, a drugie w rzeczywistości. Mój R napalił się, żeby pojechać bo tam mają jedzenie z gęsiny. Ja tam gęsiny nigdy nie jadłam, ale myślę spoko, sprawdzę co mają jeszcze. No i w internecie patrzę, poza ptakiem, jest też zupa rybna. A mnie się chciało ryby w zupie. Szczęśliwa myślę to zjem te zupkę, potem może jeszcze zamówię coś, co miało być, ale jednak się okazało, że nie było. I słuchajcie, moje rozczarowanie po otwarciu karty było tak potężne, że nie byłam wstanie podnieść głowy i patrzeć na tę niezbyt miłą panią zbierającą zamówienia. Pani lekko nieudolnie próbowała mnie na coś namówić. Jednak wiecie jak to jest? Jedziecie,  macie na coś ochotę i tego nie ma. W końcu wzięłam pierogi. Z gęsiną. 

Wyglądały tak


Powiem tak. Te pierogi są naprawdę smaczne! Tak delikatnego ciasta na pierogi to ja w życiu nie jadłam. Farszu po samiutkie brzegi, smaczny. To był mój pierwszy raz z gęsiną, nie powiem bym poczuła miłość, ale nie czułam smutku z jedzenia;) 
To coś w środku było całkiem spoko - taki niby dżem/ konfitura.  Cena 54 zł. Dużo mało? Nie wiem. pewnie ptak nie tani, to i pierogi muszą kosztować. .

Pierogi nie mogły otrzeć mojego smutku, więc musiałam pocieszyć się czymś słodkim. Padło na sernik. 


Sernik był również smaczny, ten kawałek wygląda na niepozorny, ale dosyć wysoki jak dla mnie wystarczający. No tutaj nie mam się do czego przyczepić. Jedzonko było naprawdę smaczne. 

Tylko właśnie - karta dań, co innego jest w internecie, co innego okazuje się na miejscu. Mam wrażenie, że połowa została wyrzucona. Ta połowa, która mnie interesowała. Kolejna sprawa - panie pracujące. Jejku, ja zdaje sobie sprawę, że no nie jest to łatwa praca, ale jak się przyglądałam nastawieniu do klientów i sposobu wypowiadania komunikatów... no pani słusznie zrobiła, że nie próbowała być taka do mnie... 

Tak więc, nie wiem, czy moje stanowisko jest polecające. Bo jedzenie dobre, ale  było to na zasadzie - zjedliśmy i idziemy bo czujemy się jak intruzi. A czasem miło sobie chwilę posiedzieć. Tak po prostu. 


Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger