Zbyt piękne — to, to nie było




Pamiętam, kiedy pierwszy raz trafiłam na książkę Olgi Rudnickiej, było to wiele lat temu. Zaraz po jej debiucie. Tak, jestem czytelniczką, która zaczęła swoją przygodę od pierwszego tytułu i wyczekiwałam każdego kolejnego, wręcz z utęsknieniem. Pamiętam również, jak bardzo byłam zachwycona style, humorem i prowadzeniem fabuły. I tego, jak z każdym kolejnym rokiem, autorka podwyższała sobie poprzeczkę, i byłam dumna z własnego odkrycia. Bo wiem, że wielu czytelników trafiło na rudnicką, gdy była już rozpoznawalna. Ja pamiętam czasy, gdy trzeba było się naszukać informacji, na temat premiery.

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem wierną czytelniczką. To znaczy - byłam. Do tytułu, o którym dzisiaj będę pisała.

Zuzanna i Tymoteusz kupują dom. Oboje są zachwyceni perspektywą przeprowadzki, do własnych czterech ścian. I to nie jakiegoś mieszkania. Tylko prawdziwy, najprawdziwszy dom z ogrodem. Każde na swój sposób, planuje najbliższą przyszłość.
Zuzanna zaciągnęła kredyt na poczet nieruchomości, podjęła już pracę w nowym miejscu zamieszkania. Nic, tylko rozpoczynać zupełnie nowe życie. Daleko od rodziny, a konkretnie od matki i siostry.

Tymoteusz ma nieco inne plany, po błędach, których doświadczył na własnej skórze i portfelu, postanawia nieco inaczej poprowadzić własny biznes. Zakupiony za gotówkę dom, osobiście wyremontuje, a następnie sprzeda. Dzięki temu zaoszczędzi na nerwach i często niezbyt rzetelnych ekipach wykończeniowych. No i podobnie jak Zuzanna, chce na trochę pobyć z dala od rodziny, zwłaszcza brata.

Żadne z nich, nie ma pojęcia, że padło ofiarą oszustwa. Zakupili ten sam dom, teraz pozostaje pytanie. Co zrobić z problemem, jak rozwiązać sytuacje, kto ma odpuścić i przede wszystkim, gdzie podział się człowiek, który nabił ich w tak zwaną butelkę?


Zapowiedź wydawała się bardzo ciekawie. Wiadomo, kto poznał Rudnicką, ten mógł się spodziewać, że będzie mnóstwo śmiechu, pomyłek i przezabawnych sytuacji. Prawda? Bo z tym kojarzymy autorkę. Z jej czarnym poczuciem humoru, ciekawym wątkiem kryminalnym, który może nie jest, na nie wiadomo jakim poziomie, ale dodaje smaczku i czyta się naprawdę dobrze.
Takie było założenie. Było, bo już po pierwszych stronach, poczułam niepokój. Jakbym czytała książkę, nie swojej autorki. Mimo wszystko dzielnie brnęłam dalej, tak właśnie. Brnęłam przez dialogi, które z każdym kolejnym, doprowadzały mnie do niesmaku, zażenowania, a chwilami szoku. Ponieważ nigdy w życiu, nie spodziewałabym się, by Olga Rudnicka, napisała coś takie beznadziejnego.

Przede wszystkim postać Zuzanny, cały czas się zastanawiam. Jako kto, miała być ona ukazana? Feministka? W takim razie wyszło to, bardzo obraźliwie. Na płytką i nierozgarniętą pannicę? Bo widząc opisy zachowania, odnosiła wrażenie, że postać tej kobiety, została sprowadzona do chamstwa i prostactwa.

Z jednej strony gardziła każdym mężczyzną, z drugiej jednak oczekiwałaby każdy na jej nieme zawołanie, pobiegł i pomógł, oczywiście nie licząc na słowo „dziękuję”, bo przecież JEJ się należało.
Kolejna sprawa. Poziom dialogów jest tak żenujący, że po prostu oczy mi wylewały się z wrażenia. „Chcę, żebyś mi pomógł, ale nie, jesteś facetem - więc spadaj. No, dlaczego mi nie pomagasz? Przecież jestem kobietą! Nie, nie rób tego, dam sobie radę, w końcu kobiety nie są słabe!”

Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci! Tak było CAŁY CZAS! Nie wiem, jaki był ten wątek kryminalny, bo on umarł w butach, w momencie, gdy do głosu została dopuszczona Zuzanna. I te jej numerowane uśmiechy. Naprawdę? To było tak żenujące i płytkie, że aż mi było wstyd, za panią Rudnicką. Stworzyć postać kobiecą, w tak brzydkiej formie. I proszę mi nie wmawiać, że to groteska. Ja już widziałam pseudo groteskę u innego „wieszcza". 
Widać to, co budowała Olga Rudnicka, przez tyle lat, poszło do lasu. A teraz, weszła tandeta, brak klasy i jakiegokolwiek poziomu. Smutne.

Tymoteusz, niewiele mogę na jego temat napisać. Był niczym statysta. Ponieważ musiał być. I nic więcej. Wszystko kręciło się wkoło Zuzanny, jej absurdalnych zachowań. On albo jej unikał, albo się bał, bądź też biadolił w myślach.

Seksistowskie przytyki, żarty. Proszę mi wierzyć. One mogą być śmieszne sporadycznie, ale nie przez calutką książkę. Ani razu, nie poczułam się rozbawiona. Byłam zła, rozczarowana i zniesmaczona. Już przy "Były sobie świnki trzy", stało się coś złego. Miałam nadzieje, że to chwilowy spadek formy. Niestety, po tej książce już nie mam złudzeń. Dodać muszę, że nie zdołałam jej dokończyć. Starałam się, ale już przy końcu, po prostu odłożyłam. W planach miałam spalenie, ale zrezygnowałam. W zimie pójdzie do pieca.

Pozostaje mi odpuścić. Szkoda mojego czasu i nerwów. Będę wspominała wcześniejsze tytuły, mając nadzieje, że może kiedyś, autorka zauważy, że ta droga, na którą weszła, nie poprowadzi daleko.
Myślałam, że jestem odosobniona w swoim odbiorze, ale nie. Sporo osób, nie tylko oceniających na blogach czy portalach książkowych, podzieliło się swoją opinią. Niestety negatywną.

Cóż, mogę napisać tylko tyle. Ja tej książki nie polecam. A każdy zdecyduje sam.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.
Czytaj dalej...

Piołun na zapomnienie



O Piołunie miałam napisać już dawno temu. Nie wiem, jakim cudem, tyle czasu książka czekała na swoją opinię. Z drugiej strony, może czasem lepiej przeczekać, z natłokiem tekstów, do jednego tytułu. Z własnego doświadczenia wiem, jak nudzą "ataki", tekstów jednej pozycji. Mam nadzieje, że z tą książką tak nie było, a nawet jeśli, to emocje już opadły.

Moje wrażenia po zakończonej lekturze, nie zmieniły się, wiem, co chcę Wam napisać, a czy będę chwaliła? O tym już za chwilę.
 
 

Jak zapewne wiadomo wszystkim, dawniej małżeństwa były kojarzone. Nie było możliwości na czas zapoznania, czy poddania emocjom, jaką jest zakochanie się. Młoda panna musiała jak najprędzej wyjść za mąż, jeśli tak się nie stało groziła samotność i pośmiewisko dla niej i całej rodziny.

Jest rok 1895, na jednej z małych wiosek, wraz z ciotką i wujem mieszka Lea, po stracie najbliższych, oni stanowili opiekunów. Przygarnęli dziewczynkę. Ciotka twardą ręką trzymała dom. Nie roztkliwiała się nazbyt. Nie było czasu, gdy w obejściu mnóstwo roboty do wykonania. Teraz gdy dziewczyna, a raczej już kobieta, dawno temu osiągnęła odpowiedni wiek, trzeba poszukać kandydata na męża.

Lea w prawdzie jest zakochana, potajemnie - jak się jej wydaje. Niestety obiekt westchnień, nie zauważa jej słabości. Gdy nadarza się okazja, ręka Lei zostaje oddana pewnemu aptekarzowi. Józef jest wdowcem, o bardzo dobrej pozycji, po uzgodnieniu wszelkich formalności, para pobiera się i wyjeżdża do miasta. Warszawa dla młodej żony wydaje się przerażająca, ale jednocześnie coś ją fascynuje. Zupełnie inny świat, inne życie. No i obcy dom. W którym jest zupełnie cicho, brakuje śmiechów z kuchni, zwierząt i ogrodu.

Młoda aptekarzowa z początku, nieśmiało odnajduje się w swojej nowej roli. Bardziej przygląda się, próbuje dowiedzieć jak najwięcej. I tak to już jest, jak się zapyta, to odpowiedź przyjdzie, ale czy zadowoli? Niekoniecznie.

Nad mieszkaniem, unosi się duch zmarłej żony Józefa. Na temat poprzedniczki, nie można niczego się dowiedzieć. Każdy milczy jak zaklęty. Kim była? Dlaczego umarła tak młodo? Czy do jej śmierci przyczynił się z pozoru spokojny i stateczny Józef?
 
 

Piołun na zapomnienie jest bardzo ciekawą, ale i nieśpiesznie prowadzoną książką. Autorka snuje swoją opowieść bez żadnych porywów, nie ma nieoczekiwanych zwrotów akcji. Co nie znaczy, że czytelnik może się znudzić. Przeciwnie, całość jawi się bardzo tajemniczo, może nie z każdą kolejną stroną, ale idąc w głąb, jesteśmy świadkami coraz to nowszych zagadek, które rzucają cień, nie tylko na Józefa, ale i na jego znajomych. Dziwnym trafem, nikt nie chce powiedzieć zbyt wiele o zmarłej żonie. A i ta sprawa, nie jest najważniejsza.

Lea, która z początku nieśmiało stawia kroki w nowej rzeczywistości, dochodzi do innych odkryć, które nie bardzo się jej spodobają. Mąż znany i ceniony aptekarz, czy aby z pewnością uczciwy? Jakie zajmie stanowisko w sprawie coraz głośniejszych fałszerstw?

A pomiędzy tym wszystkim, autorka ukazuje nam Warszawę, jak i jej okolicę, w tej charakterystycznej epokowej odsłonie. Chyba nic nie zostało pominięte, każdy opis, sprawiał, że można było ujrzeć miasto w czasach, gdy chyba miało swój niepowtarzalny urok.

Jesteśmy również świadkami przemiany Lei, kobiety nieśmiałej, ale i mającej twardy charakter. Czasem zbyt porywisty i dumny. Rola, w jakiej się musiała odnaleźć, pomału weszła na swoje miejsce. I na naszych oczach, stawała się coraz bardziej charakterna. Dążąca do celu, który sobie obrała, z jakim skutkiem? Tego należy się dowiedzieć, sięgając po książkę.

Nie zabraknie ciekawych opisów funkcjonowania dawnej apteki, tego, jak były wytwarzane niektóre leki, prowadzenia młodych uczniów do tak ważnego fachu. Bardzo ciekawie się o tym czytało.

Książkę czytało się bardzo przyjemnie. Jak wspomniałam, może nie było nieprzewidzianych zwrotów akcji, które mogłyby wbić w fotel, ale też i nie brakowało wydarzeń, za których sprawą, fabuła by nie wciągała. Tajemnice, szemrane interesy, było chwilami niebezpiecznie. Lea poznała się, że pytania nie zawsze prowadzą tam, gdzie byśmy chcieli się znaleźć. A prawda, może okazać przerażająca i bolesna.

Myślę, że fani tego gatunku będą usatysfakcjonowani, jest to książka godna polecenia i poświęcenia jej czasu.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

Czytaj dalej...

Dziewczyny z Wołynia





Na temat przeszłości, nie zawsze chcemy rozmawiać. Zwłaszcza kiedy dotyka przykrych wydarzeń. Jeszcze bardziej, gdy były one skutkiem olbrzymiej tragedii. Jednak są wspomnienia, o których po prostu trzeba pamiętać i przypominać. By nigdy, ale to przenigdy nie doszło, do czegoś podobnego.

W zasadzie unikam tematyki wojennej, zwłaszcza opowieści, które wydarzyły się naprawdę. Przeraża mnie ogrom bestialstwa, jaki spadł na niewinnych ludzi. I dlaczego? Za co? Co było powodem, do tak okrutnych postępowań?

Anna Herbich, tym razem prowadzi czytelników, na spotkanie, z kobietami ocalałymi z rzezi Wołyńskiej, chyba więcej nie trzeba mówić. Kto kiedykolwiek o tym słyszał, zdaje sobie sprawę, że obrazy, które mają w pamięci te bohaterki książki, są przerażające. Wręcz niewyobrażalne. I niestety prawdziwe.


Wyrok był jeden. Wymordować Polaków, zajmujących ziemie Wołyńskie. Nie mógł się ostać żaden żywy Lach. Nie było różnicy, starszy, dziecko czy kobieta. UPA była bezwzględna i brutalna. Mało tego, nawet sąsiedzi, którzy niegdyś żyli w dobrych relacjach z sąsiadami, zdradzali i wysyłali na okrutną śmierć.

Poznajemy kobiety, które wyrwały się tej śmierci i przeżyły, jedną z najbardziej brutalnych i uciszanych rzezi. Uciszanych przez tych, dla których prawda była niewygodna. Latami milczały, w obawie, że ich słowa mogą przynieść kolejne nieszczęście.

Bo kto dawniej słyszał, co wydarzyło się na Wołyniu? Jeśli o tym mówiono, to za zamkniętymi drzwiami, tak by nikt nie usłyszał, ale i to, był strach. Bo przecież tam NIC się nie wydarzyło.

A prawda, mrozi krew w żyłach i słuchając, czy też czytając relacje ocalałych, ma się wrażenie, że takie masakry są wręcz nieprawdopodobne. Bo jak można, przyjść do wioski, wyrąbać siekierami jej mieszkańców? Robiąc to z mściwą satysfakcją? Jak można rozczłonkowywać żywych ludzi, tak by śmierć była wybawieniem?

Nie potrafię i nie chcę sobie wyobrazić, jakie piętno noszą w sobie Te kobiety, które widziały ciała, a raczej to, co zostało z ciał ich rodziny, znajomych.

Uciekały nocą, bezradne i przerażone. Szukały pomocy, czując na plecach oddech śmierci. Zostawiły za sobą wspaniałe dzieciństwo. Pozostały same, brutalnie wyrwane z domu, pozbawione rodziny. Nie miały pojęcia, co przyniesie przyszłość. Jedno było pewne. Obrazy egzekucji, na zawsze miały pozostać w ich głowie. Ból i pytanie — Dlaczego?

Pamiętam, kiedy czytałam o dziewczynach z Syberii, książka była wstrząsająca i bardzo poruszająca. Również bardzo ważna. Jednak tej bałam się najbardziej. Gdzieś z dzieciństwa, pamiętam jak starsze okoliczne „babcie”, opowiadały o Banderowcach, jak musiały się ukrywać w lepiankach, siedząc cicho, byle tylko nikt ich nie usłyszał. Tego, co dokładnie się wydarzyło, nie chciały powiedzieć. Jedno określenie, jakie im przychodziło to — piekło.

Poznawałam historie Tych kobiet, czytałam i zastanawiałam się, jak one to zniosły? Przecież taki koszmar nie można wymazać z dnia na dzień.
Zostały bez rodziców, często rodzeństwa. Niektórym udało się odnaleźć zaginionych, ocalałych z rodziny. Często jednak musiały odbyć samotną podróż do samodzielności. Z tak okrutnie ciężkim i dotkliwym bagażem doświadczeń. A nie zapominajmy, że wtedy były jeszcze dziećmi.


Mam nadzieje, że nigdy więcej, nic podobnego się nie wydarzy, jednocześnie chciałabym, aby o tych, którzy ponieśli swoje niewinne ofiary, nigdy nikt nie zapomniał. Te wioski, te miejsca, zostały zapomniane. A przynajmniej, niektórzy mają taką nadzieję. I tylko ci, którzy mają swoje korzenie w tamtych miejscach, wspominają, jak pięknie i dobrze żyło się na Wołyniu. Teraz, kojarzącym się z czymś tak okrutnym. Czy musiało do tego dojść? Czy można wybaczyć i zapomnieć? Nie wiem, czy ja bym potrafiła. Podziwiam te kobiety, jak i wszystkich ludzi, którym jakimś cudem, udało się przeżyć. Pamiętajmy o nich i ich zmarłych, z którymi nie zdążyli się pożegnać.


 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Znak Horyzont.
Czytaj dalej...

The Kissing Booth - książka i film




Wiele razy pisałam, że lubię czasem poczytać książki, kierowane typowo do nastolatek. I chociaż wiem, że w każdym momencie, mogę się rozczarować, to jednak i tak czytam. Mam chyba słabość, do czasów, które mimo wszystko, wspominam z pewnym sentymentem. Chociaż moje nastoletnie lata, diametralnie się różnią od tych, jakie możemy zobaczyć u Amerykańskiej młodzieży. Inna mentalność chyba i w ogóle. No w każdym razie, pierwsze zakochania się mają ten fajny urok i właśnie do niego lubię wracać, czytając takie książki.


Tym razem padło na The kissing Booth, książkę oraz film. Najpierw przybliżę fabułę książki, a później lekko nakreślę film, porównując podobieństwa i ewentualne rozbieżności. 

Poznajemy Rochelle i Lee, dwójkę przyjaciół. Są ze sobą od zawsze. I to pisząc, mam na myśli chwilę, w której pojawili się na świecie i zaczęli wspólną przygodę. Urodzili się tego samego dnia, a ich matki, były najlepszymi przyjaciółkami. No i siłą rzeczy, po prostu byli razem, niemalże jak bliźnięta.


Stanowili komplet, rozumieli się bez słów. Chyba nawet razem chorowali. Tak bardzo, byli ze sobą zgodni. I nie, oni nie byli po kryjomu w sobie zakochani, to takie rodzeństwo z innymi rodzicami.

Lee miał starszego brata — Noah, oczywiście Elly go znała, w końcu razem się wychowywali, jednak o ile ze swoim rówieśnikiem dogadywała się bez słów, tak starszy brat Flynn, doprowadzał ją do szału. Nie dość, że był obłędnie przystojny, to w dodatku arogancki i czepliwy. Dlatego ich rozmowy, przypominały kłótnie, niż zwykłą wymianę zdań.

A wszystko przez budkę z pocałunkami. W szkole miała się odbyć impreza — zabijcie mnie, nie pamiętam jaka okazja. W każdym razie, Elly i Lee należeli do jakiejś tam grupy w samorządzie szkoły, musieli więc wymyślić atrakcję dobroczynną na imprezę. W końcu wymyślili. Budkę z pocałunkami. Ironia losu, jeśli chodziło o dziewczynę, która nigdy wcześniej nie całowała się z żadnym chłopakiem.


Jak się można domyślić, impreza na czele z budką, wywołała lawinę zdarzeń, które wniosły wiele zmian do życia Elly, Lee i Noah. 

No i teraz zgrabnie mam nadzieje, przejdziemy do słów kilku na temat filmu. 

Jak wszystkim wiadomo, film zawsze różni się od książki — dlatego nie bardzo lubię, oglądać adaptacje, które często, są zbyt rozbieżne od tego, co przeczytałam. Czasem jednak zdarza się, że mimo zmian, produkcja wychodzi zadziwiająco dobrze, a jak było w tym przypadku?

Przede wszystkim aktorzy, nie mogłam się wczuć, postać Elly (Joey King)  - do mnie ta aktorka w ogóle nie przemówiła. Grała strasznie, no i co gorsza. Gryzła się z wizerunkiem książkowej Elly, no po prostu nie trafiła do mnie. I najgorsze. W książce dziewczyna była normalną nastolatką, miała swoje koleżanki, kolegów. Nie jakaś sierota, jak to ukazane zostało w filmie. Niech mi ktoś wyjaśni. W jakim celu została sprowadzona do szkolnej idiotki?



Lee (tutaj w tej roli Joel Courtney) grał całkiem dobrze, w sumie jego postać, została spłaszczona, zbyta ciapowato ukazana. Bo książkowy Lee, absolutnie nie był ciamajdą, którą wyśmiewały szkolne piękności. I nigdy nie było ukazane, by chłopak, czuł się gorszy od swojego brata. Hallo, kto na to wpadł?

No i wreszcie Noah (Jacob Elordi) jest to, jedyna postać, dzięki której, wytrzymałam ten film. Naprawdę, wiem, jestem stara i w ogóle. Jednak ten aktor, był miodem na moje oczy i uszy. Przyjemnością było samo patrzenie na niego, a już jak zaczął mówić. No, chociaż z tym jednym w filmie się udało.  Myślę, że Elordi, ma predyspozycje do porządnej kariery w show biznesie filmowym.


Książka, jak i film, nie należą do wymagających. Literatura należy do tych niższych lotów, no a film został już w ogóle tandetnie wykonany. Jednak jeśli mam porównać. Książkę czytało się z przyjemnością, był fajny klimat młodzieżowy, chwilami słodko i nawinie, jednak nie rzutowało jakoś negatywnie na odbiór. Wiadomo, romans młodzieżowy rządzi się swoimi prawami. Było motylkowo, było chwilami dramatycznie. Cała plejada emocji, tak charakterystycznych do wieku, który reprezentowali bohaterowie. I mnie się one bardzo podobały, chociaż chwilami Elly, była zbyt ckliwa i rozdmuchiwała problem, do rangi katastrofy narodowej. No ale, nastolatki przeważnie tak mają, przeżywają całą sobą.


Niestety, nie mogę napisać zbyt wiele dobrego o filmie. Sceny, które zmieniono, były w moim odczuciu, gwoździami do trumny zniszczenia. Nie wiem, dlaczego tak została spłycona fabuła, która i tak nie miała wysokiego poziomu. A sprowadzenie Elly, do postaci pustej i nieogarniętej panienki, było wręcz niesmaczne i głupie. No ale, może bym jeszcze przeżyła, gdyby całość mimo wszystko się broniła. Sam Noah (Elordi) ocalić filmu nie zdołał. Był wprawdzie bardzo dobrej jakości, ale tylko, chusteczką na otarcie łez rozczarowania.

I teraz moja porada, ja bym oczywiście kierowała się, by przeczytać książkę, ponieważ jest bardzo lekko i niesamowicie przyjemnie napisana. A jeśli ktoś wybierze film, niechaj nie czyta. Chyba że nie będzie siedział i jak ja, denerwował się zmianami, jakie nastąpiły.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

Czytaj dalej...

Iskra. Drogi do wolności



Chyba każdy, kto mnie już tutaj na blogu poznał, wie jak bardzo, lubię książki z tłem historycznym. Tym bardziej się raduje, kiedy zapowiadają się cykle. Dlatego, gdy tylko przeczytałam zapowiedź Iskry, nie musiałam długo się zastanawiać. Od razu wiedziałam, że książkę muszę przeczytać i nawet przez chwilę, nie odczułam wątpliwości, czy też lęku przed rozczarowaniem.

Nie przeszkadzał mi też fakt, że jest to debiut autora, gdzieś w środku, czułam, że będzie dobrze, ale czy tak było, napiszę za chwilę.


Jest lato 1914 roku. Polski nie ma na mapach, została podzielona przez zaborców. I niby żyje się spokojnie, niby wszystko jest dobrze. Jednak nie do końca. Żyć niby u siebie, a jednak nie do końca. I wielu czeka, czeka by, w końcu Polska była Polską.

Rodzinę Biernackich stanowią kobiety, ale to jedna z nich wierzy całym sercem, że doczeka wolności. Nadejdzie dzień, gdy niewola się zakończy. I chociaż kajdany są niewidoczne, uwierają bardzo mocno.

Tymczasem z wakacji w Lanckoronie, wracają najmłodsze siostry Biernackie wraz z matką. Dla każdej powrót oznacza co innego. Dziewczęta oczekują kolejnych rozrywek, dla Anny, żony i synowej, dom nie jawi się zbyt wesoło. Teściowa wraz ze szwagierką, jawnie okazują niechęć, tej, która weszła wiele lat temu do ich rodziny. I mimo starań, nie potrafiła wyłuskać od tych dwóch kobiet, odrobiny sympatii. Nieliczne wyjazdy na letnisko, były wytchnieniem i momentami, kiedy mogła poczuć się swobodnie.

Każda z tych trzech kobiet, skrywa własne tajemnice i niespełnione pragnienia. I, mimo że wydaje się, jak bardzo mają podobne problemy, nie potrafiły znaleźć drzwi, które by otworzyły się na siebie nawzajem.


Najmłodsze, bliźniaczki, pewnego słonecznego dnia, spotykają na spacerze Austriackiego awiatora, Lala, najbardziej szalona i ekspresyjna z rodzeństwa, nie może zapomnieć mężczyzny, z którym przez chwilę przecięła swoją drogę. Nie ma nawet pojęcia, że nie tylko ona będzie wspominała ten piękny słoneczny dzień.

Ludwig zupełnym przypadkiem musiał wylądować w Krakowie, jego celem było zupełne inne miasto. Z niebem jednak się nie dyskutuje, sam fakt, że odważył się igrać z naturą, był sporym ryzykiem. A on, jeszcze nie chciał spotkać z ukochaną matką, jeszcze coś go trzymało między ziemią a niebem. Coś albo ktoś, chociaż ta historia wcale nie wygląda tak, jakby się mogło z góry spodziewać.


Widmo wojny jest coraz bardziej realne. Ludzie na początku słuchają tych informacji, jako dodatku do życia. W końcu jednak następuje dzień, gdy wojsko zaczyna powoływać mężczyzn. I bańka unosząca nad wieloma rodzinami, pęka. Chociaż walki toczą się gdzieś w oddali, nie w samym Krakowie, to skutki bitwy mają wpływ na wszystko.

Wraz z wybuchem wojny, zostaje zburzony spokój rodziny Biernackich, ale jedno z drugim niewiele ma wspólnego. Ot po prostu życie wybrało sobie właśnie ten moment, na pokazanie, że w jednej chwili może spaść wiele nieszczęść.

Walka o niepodległość przeplata się z rodzinnymi zawirowaniami. Wojna zmienia wszystko i wszystkich. Beztroska nagle znika. I tylko pozostaje pytanie, jaki wpływ mogą nieść za sobą przypadkowe spotkania i zaległe tajemnice, które miały nie ujrzeć światła dziennego?


Znacie to uczucie, kiedy rozpoczynacie książkę i fabuła nagle porywa do środka, jesteście w centrum opisywanych wydarzeń. I macie wrażenie, że po prostu uczestniczycie w życiu tych ludzi, z którymi w danej chwili przyszło Wam poznać? Ja właśnie tak miałam, kiedy czytałam Iskrę. I nie boję się stwierdzić, że kocham ten stan. Gdy fabuła jest tak cudownie prowadzona, łapie mnie całą i porywa do innego wymiaru. A ja przez te kilka godzin, po prostu tam jestem. I nic innego nie ma znaczenia.

Chodziłam ulicami starego Krakowa, mieszkałam u Biernackich, przyglądałam każdej kobiecie, ale i mężczyznom, którzy pojawili się w ich życiu
. I tak szczerze, nie umiem powiedzieć, która z pań skradła moją sympatię, ponieważ te kobiety, były na swój sposób wyjątkowe. Trudno było ocenić, bo gdy poznało się ich historie, pierwsze wrażenie, czasem negatywne, przestawało mieć znaczenie.

Podobnie z mężczyznami. Chociaż, no ja mam tutaj swojego faworyta. I nie wiem, jak teraz wytrzymać ten czas, do kolejnej części. By ponownie spotkać z nimi wszystkimi. Nie oszukujmy się, z nim przede wszystkim.

Uprzedzę lojalnie, nie ma tutaj, jakiś ckliwych i płomiennych romansów. Chyba właśnie tym, tak szczególnie ujęła mnie ta opowieść. Nie będę również ukrywała, że styl Pana Krzemińskiego mnie uwiódł. Jestem wręcz oczarowana. Wspaniale się czytało. I nie bardzo rozumiem, wypowiedź jednego z czytelników, że przeszkadzały przeskoki. Przepraszam bardzo, jak się chce czytać jednym ciągiem, to proszę sięgnąć po bajkę dla dzieci.

Iskra naprawdę rozpala iskrę, która przemienia się w płomień i nie gasi go aż do samego końca. A nawet kiedy już do niego docieramy, nasuwa się myśl, że ta iskra w nas pozostaje. I każe czekać do następnej części. Ja przepadłam. Nie mam pojęcia, jak wytrzymam do premiery kolejnej książki. To będą bardzo długie wakacje.

Mam wrażenie, że co bym nie napisała. I tak będzie niewystarczające, by oddać mój zachwyt nad tą książką. Ja po prostu się zakochałam. Z tego wszystkiego przeczytam chyba jeszcze raz.

A Wam, jeśli nie jesteście zdecydowani, powiem jedno — czytajcie! Koniecznie, bo Iskra według mnie, jest pretendentką do najlepszej książki roku. Tylko jest mi smutno, że tak mało się o niej mówi, pokazuje. Dlaczego piękne książki, muszą być w cieniu tych szmirowatych padlin. Serce mnie boli.

Mam ogromną nadzieję, że mimo braku rozdmuchanych reklam (brak gadżetów swoje niestety zrobił) Iskra wysunie się do czołówki. I jeszcze o niej publiczność usłyszy, a ja wtedy powiem — A nie mówiłam.

Czytajcie, naprawdę warto. Jest to piękna książka i w dodatku bardzo pięknie napisana. Nigdy nie czytałam, aż tak dobrego debiutu.
Panie Stanisławie, jestem Pana ogromną fanką, podbić moje czarne serduszko, nie jest łatwo.
Czytaj dalej...

Wiedźma duszona w winie


 
 
O twórczości Marty Obuch, słyszałam naprawdę bardzo wiele. I od dawna planowałam, by w końcu sięgnąć po jej książki. Do tej pory nie miałam większej możliwości. No i w końcu, nadszedł czas na Wiedźmę duszoną w winie. Byłam niezmiernie ciekawa, czy to spotkanie będzie udane, czy będę chciała nadrobić zaległości, które się uzbierały. Dorobek Marty Obuch jest niczego sobie. Jednak jeśli, trafiam na dobrą rodzimą autorkę, zaległości są tylko przyjemnością.

Zatem o tym, jakie było owe czytelnicze spotkanie, moje wrażenia po zakończonej lekturze, dowiecie się, w dalszej części tekstu. Zapraszam.
 
 

Bożena żyje, żeby pracować. Tak właśnie. Posada menadżera jednego z bankowych filarów jest bardzo absorbująca. Jednak coś za coś, bo dzięki temu, może żyć na poziomie, z którego bardzo jest zadowolona. Piękne mieszkanie, meble, samochód. No i odpowiedzialność za podwładnych. Mankament, który sprawia, że wzięcie wolnego, wcale nie kojarzy się z wypoczynkiem, a zastanawianiem, czy nic się nie sypnie podczas jej nieobecności.

To też, gdy jednak musi zostawić pracę, by wyrwać się do pewnej miejscowości, której nazwa wprawia ją w zdumienie. Jest pełna nadziei, że pojedzie, załatwi, co ma załatwić i wróci. W końcu spadek, na którym wcale jej nie zależy, można jakoś ogarnąć. Tak, by dogadać się ze swoim współspadkobiercą.

Niestety, już od początku coś postanawia popsuć Bożenie plany. A zaczyna się od wypadku. Niby ucierpiało jedynie auto, ale to wydarzenie, ciągnie za sobą wiele innych. Kobieta w szoku, rozpaczy i dziwnych uczuć, trafia na stację. Gdzie jak się okazuje, pozna wiele ciekawych ludzi, ale nie tylko.

A z pozoru spokojna, wręcz zacofana wieś, będzie taką tylko właśnie pozorną. Bo jak się okazuje, zło potrafi przyczaić się, nawet w krzakach, czy po drugiej stronie okna. Miejsce, gdzie kobiety zwane cygańskimi wiedźmami, potrafią przewidzieć wiele rzeczy, no i mają w sobie coś, co wzbudza niechęć, ale i szacunek.

Mamy tutaj kobietę, typową Biznes Woman, zabitą deskami dziurę, krowę, świnkę, cukrzyka i cygankę. Mieszanka wybuchowa. A to dopiero początek przejazdu kolejką. Co spotka nas i bohaterów po drodze? Jedno jest pewnie. Będzie i śmiesznie, i niebezpiecznie. Wrażeń nie zabraknie.
 
 

Moja podróż kolejką się zakończyła. I wiecie, muszę to napisać. Jakże mi było szkoda wysiadać. Jakaż ta podróż była wspaniała. Tak się cieszę, że zdecydowałam się na przeczytanie. Na odkrycie twórczości autorki, która pisze tak, jak ja lubię. Naprawdę. Coś niesamowitego.

Zacznijmy od fabuły, która jest i komiczna, i tragiczna. Całość z miasta, wraz z naszą Bożeną przenosi się na wioskę. Taką typową, zacofaną, gdzie postęp wprawdzie dotarł, ale nieśmiało przysiadł pod drzewkiem i zaczepiał przypadkowych przechodniów. To też, możemy tu znaleźć całą plejadę barwnych i nieprzewidywalnych postaci. Na czele z Cezarią.

Będą też sprawy, o których nikt nie chce głośno mówić. By nie narazić się, tak zwanej "górze", nie od dziś wiadomo, że władza swoich kryje, a własne interesy załatwia w sposób jawny i ten ukryty. Często te sekrety są dobrze strzeżone, ale bywa, gdy znajdują się śmiałkowie i dla prawdy, dobru ludu, ujawni ciemne sprawki. Jednocześnie, narażać swoje życie. Dosłownie.

I takich spraw w Wiedźmie, będzie sporo. Wzbudzą one wiele emocji, nerwów i w pewnym sensie bezsilności. Zwłaszcza gdy dojdzie do nas, że w rzeczywistości, jest podobnych sytuacji wiele. Tylko tych śmiałków, jakby nie ma. Bo kto, chce wystawić się na celownik? I nagle popełnić samobójstwo albo zginąć przypadkiem w nieszczęśliwym przypadku.

W tej książce znalazło się wiele. Niby lekko napisana, niby jest wspaniały żart, ale jednak ze stron przeziera rzeczywistość. Brutalna i smutna. O czym dokładnie, należy przekonać się samemu. Ja ze swojej strony mogę napisać jedno. Warto i trzeba pisać. I oczywiście czytać. By mieć świadomość. Chociaż wiem, że niewiele to zmieni. Bo maluczcy, nie mają siły przebicia. Pozostaje mieć nadzieje, na sprawiedliwość i więcej Cezarii, trzymających w porządku swoje wioski.

Mam nadzieje, że będę miała możliwość zapoznać ze wcześniejszymi pozycjami, a Wam, szczerze polecam Wiedźmę duszoną w winie. Będzie się działo!
 
 
 
 
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

To, czego nie widać



Debiuty, czasem okazują się strzałem w dziesiątkę. Niekiedy potrafią być totalną katastrofą. Z jednej strony nie lubię sięgać po młodych autorów. Nie dlatego, że źle piszą. Po prostu mam wrażenie, że już nieco odbiegłam od ich spojrzenia na pewne sprawy. Czasem robię wyjątki. Z ciekawości, z nadzieją, że może będę świadkiem nowego, dobrze rokującego autora? To też, gdy przyszła okazja, na przeczytanie To, czego nie widać, zdecydowałam się na przeczytanie. Czy moja decyzja była słuszna, a autorka jest godna polecenia?


Malwina chodzi do jednego z publicznych liceów. Wprawdzie matka planowała, by umieścić córkę w prywatnym, jednak ta, uprosiłaby tego nie robiła. Chciała, by w tym i tak podporządkowanym i zaplanowanym życiu, była namiastka normalności. I chociaż gra pozorów odgrywana, przed wpływowymi znajomymi, doprowadzała ją do mdłości. Nie potrafiła się sprzeciwić. Wszystko, co robiła, było niezbyt wystarczające. I nawet gdyby, przynosiła najlepsze wyniki z przedmiotów, matka i tak znalazłaby jakiś, słaby punkt dziewczyny.

Nastolatka nie miała pojęcia, dlaczego w oczach najbliżej osoby — to znaczy, z pozoru, uznawana była, za zło koniecznie, które do niczego nie jest zdolne. O ironio, w szkole na dziewczynę mówiono — panna idealna. Ponieważ chodziła na każdą lekcję, tę programową i ponad programowe. Cały tydzień, a nawet soboty, miała zajęte na dodatkowe nauki. Niestety na nic starania.
Matce wciąż coś nie pasowało. Był jeszcze brat, starszy i idealny. Ukochany synek mamusi, któremu można było wszystko. Zawsze z pogardą patrzały na siostrę i dokładał swoją cegiełkę, gdy ta zbierała burę ot rodzicielki. Ot, taki kochany braciszek.


Sytuacja dziewczyny zmienia się, gdy poznaje Natalię. Rówieśniczkę, z którą raczej nie miała szans się kolegować. Dwa różne światy. Malwina pochodząca z idealne i zamożnej rodziny, no i Biała, wychowywana jedynie przez mamę, dorabiająca w weekendy, by pomóc w utrzymaniu rodziny. A jednak, za sprawą jednego wydarzenia, te dwie się zapoznają i nawiązują nic porozumienia.

Jest jeszcze Bartek, chłopak, w którym Malwina się zakochuje. Niby wszystko ładnie i pięknie. Niestety, nie w świecie dziewczyny. Nadzorowanym przez złośliwą matkę. Dla niej najważniejsze jest to, jak wypadną przy znajomych. Z premedytacją pogrążała i poniżała córkę. Nasuwa się, bardzo ważne pytanie, dlaczego matka, traktuje w ten sposób własne dziecko? Co jest tego przyczyną?



Książkę zaczęłam i skończyłam czytać wczoraj. I chociaż z początku, pierwsze rozdziały, nie bardzo do mnie przemawiały, to później, nie wiem kiedy, wciągnęłam się w fabułę. Czytałam z ogromną ciekawością, jak potoczą się wydarzenia.

I proszę nie myśleć, że pierwsze strony są źle napisane. Ja po prostu, jak wspomniałam na początku, mam troszkę problem z nadawaniem, na tych falach, co dzisiejsza młodzież
. W dodatku muszę się przyznać bez bicia. Nigdy nie byłam pilną uczennicą. Najnormalniej w świecie, nie mogłam pojąć, strachu Malwiny przed wagarami. Tak, był ze mnie kawał cholery. Bo właśnie wagary, były moim ulubionym przedmiotem. W szkole byłam gościem. Byle tylko pozaliczać sprawdziany.


Na szczęście, po pewnym czasie, już nie przeszkadzała mi „idealność”, bohaterki, zresztą, później zaczynają dziać sprawy, bardziej przykuwające uwagę.

No dobrze, ale o czym jest fabuła. Malwina to dziewczyna, która musi ukrywać się za fasadą pozorów. O wszystkim decyduje matka — której nie potrafiłam znieść. Kawał francy i po prostu, ach, miałam ochotę jej zrobić coś złego. Tak naprawdę to Ona, nie miała swojego życia prywatnego. Żadnych odwiedzin koleżanek, bo mamusi, ktoś nie odpowiadał. Poza tym, od rana do wieczora, siedziała z nosem w książkach.

Przez długi czas, pojawia się w głowie pytanie. Co próbuje ukryć matka, jaka tajemnica kryje się w jej postępowaniu. Bo, że coś jest narzeczy, widać jak na dłoni. W dodatku zachowanie braciszka, no chłopaka konkretnie ponosiło. Widać, że synuś mamusi, jak się patrzy. Pod każdym względem.

Bardzo polubiłam Natalię (Białą) i wiadomo, Bartka. Która dziewczyna, nie polubiłaby takiego faceta. Chyba jakaś kosmitka. Ja mimo wieku, dalej mam słabość do takich facetów. Chociaż to, nowa koleżanka, była mi bardzo bliska. Chyba dlatego, że miałyśmy podobne podejście do nauki i różnych zajęć, o wiele ciekawszych od przesiadywania w szkolnej ławce.
Świetnie wykreowana postać, nie była ani przerysowana, ani jakaś nienaturalna. Od razu ją polubiłam.

Książka, jak na debiut i wiek autorki, została napisana bardzo dobrze. Nie miałam wrażenia, że coś zostało naciągnięte. Czy sprawiało wrażenie na siłę upchanego w fabułę. Związek Malwiny z Bartkiem, bardzo ładnie ukazany, nie przesadzono z ckliwością. Naprawdę, ogromny plus. W ogóle wszystkie postaci, zostały świetnie nakreślone. Każdy odegrał swoją rolę, w taki sposób, że wtedy kiedy miała, grała na odpowiednich emocjach.

Przyznam, że jest to bardzo dobra młodzieżówka, no i jeszcze lepiej rokująca młoda autorka. Będę się przyglądała dalszym tytułom. A Wam, jeśli jeszcze nie przeczytaliście, powiem tak. Naprawdę warto. Ciekawy i ważny temat. Powiem szczerze, nie mam się do czego przyczepić. Bardzo miło (mimo nerwów na mamuśkę) spędziłam czas z książką Agaty Polte.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuje wydawnictwu i autorce.
Czytaj dalej...

Dane wrażliwe

źródło


Kłamstwo, z pewnością nie jeden z nas. Ja też, nie jeden raz powiedziało nieprawdę. Najnormalniej w świecie skłamało. Czasem jest ono potrzebne. Jak mówią, jeśli prawda miałaby zabić — skłam. Tylko, czy na pewno? Jak to się ma z tym mówieniem prawdy, a wykorzystywaniem kłamstwa do korzyści. I czy rzeczywiście, niewinna wymyślona historyjka, może wywołać lawinę nieprzewidzianych zdarzeń?


 
Nina jest uczennicą gimnazjum. Jak jest w gimnazjum, większość wie, nieliczni wspominają ten etap z radością. Większa grupa czekała, aby jak najszybciej, zakończyć ten etap życia. Bo ani to jest się dorosły, a już nie dzieckiem. I ta rywalizacja wśród rówieśników. Każdy chce się czymś wyróżniać.
Poczuć lepszym od koleżanki/kolegi. Nina również. Niestety, nie należy bogatych, ani nie jest chodzącą pięknością. Zwykła dziewczyna, która zrozumiała, że aby być akceptowanym, należy spełniać określone warunki.

Zazwyczaj nie wdawała się w konflikty, ale akurat tego dnia, coś w niej pękło. I kiedy koleżanka, dawna przyjaciółka, zarzuciła Ninie, że nigdy nie miała chłopaka. Pod wpływem chwili, skłamała. Na prędko wymyślona historyjka. Miała tylko przez chwilę cieszyć. Później, wiadomo. Udałoby się, że coś nie wyszło. No ale, chłopak był. Prawda?

Dziewczyna wygrała rozgrywkę, ale chyba nie miała pojęcia, że partia, którą rozpoczęła. Zakończy się zupełnie inaczej, niż by się spodziewała. Tylko, gdy przyszło do poniesienia konsekwencji, wycofania słów. Nagle okazało się, że nie będzie łatwo. A efekt kuli śnieżnej, został wprawiony w ruch. I napędzał z każdym, kolejnym dniem.
 
 


Kiedy przeczytałam opis książki, mniej więcej próbowałam sobie wyobrazić, jakim pójdzie schematem. I bardzo mocno się pomyliłam. Bo akurat, tego, co postanowiła pokazać autorka, się nie spodziewałam. Chociaż cała fabuła, nie należy do porywających, to jednak czytało się bardzo szybko.

Nina jest nastolatką jakich wiele. W domu bywa różnie. Ojciec pracuje w Warszawie, a cała rodzina mieszka w Augustowie. Jak więc nie trudno się domyślić. Widują się tylko w weekendy. Matka jest dosyć drażniąca. Jej głównym zadaniem, to gra pozorów. Przed ludźmi. Nie ważne są odczucia bliskich. Grunt, by mieszkańcy miasteczka, mieli swoją wersję, idealnej rodziny.

Dziewczyna wiele lat temu przestała zabiegać o przyjacielskie relacje z matką. Od tamtej pory, nauczyła się, by słuchać, nie słuchając, unikać i robić wszystko, byle tylko, nie obyło się, od wymówek i narzekania.

Wszystko w jej życiu, dzieje się nie tak jak trzeba. W domu nie ma spokoju. W szkole i nawet poza nią brakuje prawdziwiej przyjaciółki. I nagle, gdy dochodzi, do tego nieszczęsnego kłamstwa, zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Jak wyplątać się z czegoś, co pociągnęło za sobą lawinę sytuacji, nad którymi straciła kontrolę?
 


Książka wywołuje wiele emocji, tak szczerze mówiąc, nie umiem powiedzieć, czy spełniła moje oczekiwania. Największym atutem jest, szybkie czytanie. Strony same się przewracają. Gdybym miała opisać fabułę, jako takiej, nie było. Cały czas, przyglądamy się, jak Nina brnie w swoim kłamstwie, jakie niesie ono za sobą skutki. I w sumie, można by tylko zatrzymać się na tym głównym wątku. Mnie jednak zaciekawiło co innego. Zachowanie matki, która patrzyła tylko i wyłącznie na wizerunek w opinii publicznej, mniejsza o odczucia rodziny.

Wiele było sytuacji, które mnie denerwowały. Między innymi, no niestety, naiwność Niny, która wiedziała, jakie są jej koleżanki, potrafiła podejmować decyzje, które ją tylko pogrążały.

Cóż mogę jeszcze napisać. Myślę, że Dane Wrażliwe, są dobrą lekturą dla młodych czytelników. Może historia Niny, pomoże spojrzeć na pewne sprawy, z innej perspektywy. Może zapobiegnie podobnym sytuacjom. I przede wszystkim, sprawi, że młodzież, zrozumie, że bycie innym, nie oznacza gorszym. A próbowanie doskoczyć, do innych, byle tylko być akceptowanym, mija się z celem. Nic na siłę, a na pewno, nie wbrew sobie.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

Czytaj dalej...

TOŃ


Twórczość Marty Kisiel można podzielić. Z jednej strony, pisze z wyjątkowym poczuciem humoru, który jest niesamowicie charakterystyczny. By zgrabnie, przejść do tematyki trudnej, głębokiej, czasami na pograniczu realizmu. Niby wszystko wydaje się prawdziwie, ale jednak coś nam mówi, że oto stoimy nad przepaścią, która może zaprowadzić do innego wymiaru. Dosłownie i w przenośni.

Podobnie jest z czytelnikami. Tych, którzy dzielą się na fanów. Biorących w ciemno, wszystko, co, zostanie napisane. I na tę grupę, która nie do końca się odnajduje. I muszę przyznać, że rozumiem jednych i drugich. Bo pióro Kisiel jest specyficzne. Wychodzi poza wszystkie ramy. A jak wiadomo, odmienność spotyka się z różnym odbiorem.

Przeczytałam wszystkie tytuły, mam już wyrobione własne zdanie. No i nadeszła pora na Toń.



Jak jest z rodziną, wie chyba każdy. Najlepiej na zdjęciu, a i to lepiej w środku, bo po bokach można wyciąć.

Dlatego Dżusi, gdy tylko przyszła stosowna chwila, ulotniła się z rodzinnego domu. Niestety, czasem nawet na końcu świata, obowiązek więzów krwi, przypomni o sobie. I chociaż z tymi obowiązkami, to może i przesada. To, jednak gdy spada na głowę dziewczyny, prośba o oddanie przysługi. Trudno jest jej odmówić. W końcu ciotce Klarze mało kto, potrafił się sprzeciwić.

Przyjazd do Wrocławia, spotkanie z siostrą i tajemniczym mężczyzną. Chociaż kolejność, powinna być odwrotna. Najpierw był tajemniczy i dziwnie wyglądający On, który jednym spojrzeniem, wprowadził pewną siebie Dżusi w stan, braku kontroli nad samą sobą. I przede wszystkim. Złamaniem zasady, którą od zawsze wpajała ciotka, a potem siostra. Nikogo, pod żadnym pozorem, nie wpuszczać za próg domu.


Czas, kto pojął istotę czasu? Chyba nie ma takiej osoby. Możemy go sobie wyobrażać, na przeróżne sposoby. Możemy go próbować odgadnąć, jaką tajemnice potrafi ukryć. Zagłębić i wniknąć. Tylko czy znajdziemy odpowiedź?

Przeszłość lubi powracać. Zwłaszcza kiedy kryje w sobie tajemnice — rodzinne. Bogactwo, często jednak jest obkupionego krwią i nienawiścią. Gorzej, gdy wierzchołek, jest przedsmakiem, czegoś, co wprawi w przerażenie, nawet najbardziej odważnego.



Trudno jest pisać, kiedy nie chce się zdradzić zbyt wiele. Bo żeby pojąć fenomen Toni, trzeba po prostu po nią sięgnąć. Tak, nie boję się napisać, o Toni, że jest fenomenem. Chyba dawno, nie miałam okazji, by przeczytać, książkę na tak wysokim poziomie. Rozwijającą swoje tempo dosyć powoli, na spokojnie, by nagle tąpnąć i trzymać w napięciu aż do samego końca. Chociaż i ten, nie można powiedzieć, aby był wytchnieniem. Mam wrażenie, że pozostawił mnie, z pytaniami i wątpliwościami.


Gdy poznałam twórczość Kisiel, nie miałam pojęcia, że autorka rozwinie się aż tak bardzo. Zwłaszcza że moja euforia, opadła po nieco nietrafionej Sile Niższej. Po prostu nie poczułam tej książki. I chociaż miałam we wspomnieniach, świetne Nomen Omen i genialne Dożywocie. To jednak nie spodziewałam się czegoś takiego.

Toń, ten tytuł zasługuję na uwagę. I nie jest tym, co czytelnik, pomyśli, gdy go przeczyta. Nie, to nie byłoby w stylu Kisiel.

Myślę, że mogę napisać, iż autorka jest nieobliczalna, ale proszę mi wierzyć. Mam tutaj na myśli jak największy komplement. Tych emocji, wplatania w rzeczywistość, wątków na pograniczu realności, teraźniejszości i przeszłości. Chyba niewielu potrafi, tak spójnie i wiarygodnie wykorzystać w swoich historiach. Autorce, nie dość, że wychodzi świetnie, to jeszcze sprawia, że czytelnik na końcu, ma wrażenie, że wrócił z podróży. Podróży, która odcisnęła znamię w pamięci. I pozostanie w niej, na bardzo długo.

Przez cały czas, miałam wrażenie, że balansuje, nad tym, co jeszcze można wytłumaczyć racjonalnie. I tym, co zahacza o fantastykę, ale nie z tej bajkowej półki. Gdzie nagle zza drzwi, wyskoczy przepiękny elf. Nie, tutaj wszystko jest skrojone równo i elegancko. Wraz z postaciami odkrywamy, skrawek po skrawku tajemnice. Chwilami są one przerażające, wywołujące dreszcz i niepokój.

Co najciekawsze, dla tych, którzy zapoznali się z Nomen Omen, będzie nawiązanie do pewnych bohaterów. Genialne połączenie. Jestem pod ogromnym wrażeniem. I chyba długo będę.

Książka, którą czyta się od początku do samego końca. Nie można jej przerwać. Nie ma szansy na oderwanie, zanim ujrzymy ostatnią kropkę. A i wtedy, trudno jest powrócić do rzeczywistości. Szczerze i od serca polecam.




Czytaj dalej...

Cała ja



Niniejsza książka była moim drugim podejściem do twórczości autorki. Poprzednia, którą czytałam, nie bardzo przypadła do mojego gustu.

Mimo wszystko doszłam do wniosku, że nie to ładne, co ładne, tylko co się komu podoba. Dlatego stwierdziłam, że po jednej, nie będę się zrażała. Dam sobie i Pani Beacie (Auguście) jeszcze jedną szansę. No i jeśli, tym razem, nie zaskoczy. Mówi się trudno i odpuszczam. Bo wiadomo, czytać dla samej krytyki, to nawet ja - hejterka, nie mam najmniejszej ochoty.

Akurat dostałam propozycje, by przeczytać i opisać ten tytuł. Szczerze, troszkę się zastanawiałam. Czy chcę. W końcu jednak doszłam do wniosku, że sprawdzę, jak to się ma, może akurat, tamta książka mi nie podeszła. A teraz, będzie zupełnie inaczej.

O tym, jakie miałam wrażenia podczas i po zakończeniu czytania. Napiszę za chwilę. Najpierw zarys fabuły.


 
 
Poznajemy Milenę, nastolatkę u progu dorosłości. Właśnie straciła ojca, którego bardzo kochała. Zostały z matką same. Żałoba dla obu jest trudnym okresem. Trzeba jakoś przez nią przejść. Dla dziewczyny zostaje jeszcze szkoła. Prywatne liceum, do którego uczęszcza i nawet bardzo lubi. Nadmienić należy, że nastolatka pochodzi z bardzo znanej i zamożnej rodziny. I proszę o tym pamiętać, ponieważ ma to ogromne znaczenie.

Pewnego wieczora, gdy dziewczyna wybiera się wraz, ze swym chłopakiem na imprezę, dochodzi do zdarzenia, które zaważy na przyszłości Mileny. Zrozpaczona, rzuca się w pocieszające ramiona innego mężczyzny. Jacka, którego znała od zawsze. Przyjaciela jej ojca i matki. Nagle wiek, jaki dzieli tych dwoje, przestaje mieć znaczenie. Liczy się tylko, ich namiętności i uczucie, które nagle wybucha.

Oboje nie zdają sobie sprawy, że to, co szykuje im przyszłość, będzie ogromnym szokiem, ciosem po którym, naprawdę trudno się podnieść.
 
Paula jest bardzo skryta. Nie chce rozmawiać na swój temat, z nikim. Mieszka sama. W świeżo wyremontowanym domu. Uciekła od przeszłości, bo ta, była zbyt bolesna. Na wsi próbuje złapać równowagę.

Pierwszym krokiem, do jako takiej samodzielności, jest podjęcie pracy. Z niewiadomych przyczyn, kobiecie zależy, by nie otrzymać umowy, tylko zarabiać na czarno". Co próbuje ukryć?

Ostatnią rzeczą, o której myśli, to nawiązywanie przyjaźni czy też głębszych relacji. Zwłaszcza z mężczyzną.

I wszystko, układa się po jej myśli. Do czasu, gdy w nowej pracy, którą udało się podjąć, tak jak sobie, tego życzyła. Poznaje tajemniczego mężczyznę. Z jednej strony, nie chce z nim rozmawiać. Robi wszystko, by natręt, sobie odszedł i dał święty spokój. Z drugiej, czuje, że jest to trudne zadanie. Zwłaszcza że nowo poznany, nie daje się tak łatwo odprawić. Kim jest? I jaką odegra rolę w życiu Pauli?

Dwie dziewczyny, a jednak mające ze sobą bardzo wiele wspólnego. Co to jest? I jakie czeka na końcu zakończenie?
 
 
 
Teraz stoi przede mną, trudne zadanie. Bo to, co chcę napisać, ma oddać moje uczucia, które towarzyszyły od początku, do ostatniej strony. I uwierzcie, nie jest mi łatwo. Książka wywołała całą gamę emocji. I kiedy miałam zmienić zdanie, doszłam do zakończenia. I to, postawiło kropkę nad i. A jaka, jest moja ocena końcowa?

Zacznę od tego, że pomysł na fabułę był świetny. Naprawdę. Temat mocno kontrowersyjny. I tutaj trudno jest oceniać. Kiedy moralność wchodzi w szranki z uczuciami. Bycie obserwatorem jest piękne, możemy powiedzieć, że na miejscu X czy Y, na pewno zrobilibyśmy tak albo tak. Bardzo łatwo jest rozprawiać o cudzym kłopocie.

No i teraz. Temat był naprawdę dobry. Rzekłabym, że byłam pod wrażeniem pomysłu.
Tylko. No właśnie, tutaj jest miejsce, na przysłowiowe, miało być pięknie, ale...

Uważam, że gdyby Pani Beata (proszę mi wybaczyć, ale nie będę się posługiwała fikcyjnym imieniem, tylko tym prawdziwym) pokusiła się o obszerniejsze rozbudowanie fabuły, książka by zyskała i umocniła swoją pozycję. Niestety. Wydarzenia dzieją się zbyt szybko. W małym odstępie czasu przyglądamy się aż takim rewolucjom, które naprawdę, no nie umiem sobie wyobrazić, by miało przełożenie w prawdziwym życiu.

Rozumiem wybuch namiętności między Mileną i Jackiem, ale reszta. I ci, którzy przeczytali na pewno wiedzą, o czym teraz myślę. Działo się zbyt szybko. Będę się czepiała. Jednak naprawdę. Wystarczyło rozciągnąć w czasie. Dodać więcej wątków, zwyczajnych. A tak, książka serwuje bum za bumem, aż w końcu zaczęłam się zastanawiać, czy za moment, nie spadnie bomba masowego rażenia.

Wątek Mileny był zbyt szybki, tam działo się po prostu jak w wirówce. W tak krótkim czasie tyle wydarzeń. No i jeszcze sprawa z pieniędzmi. Troszkę mnie drażniło, że bohaterka jest aż tak bogata.

Paula, szczerze. Bardzo mnie drażniła jej postać. I nie miałam ochoty na czytanie o niej, no ale trzeba było. W sumie obie dziewczyny na przemian dorzucały do pieca. Nie polubiłam ich. Tak, temat był dobry, ale ich zachowania, no cóż. Ja chyba jestem za biedna. I myślę innymi kategoriami.

No i najważniejsze. Zakończenie. Nie, no nie. Ta akcja na sam koniec była po prostu niepotrzebna. Za dużo. Nie na tak małej płaszczyźnie czasowej. Nie kupiłam tego. Nie dałam rady poczuć.

Wątpię by w rzeczywistości, ktokolwiek, ogarnąłby tego tyle. No ale zaraz, zapomniałam, Milena, jak i Paula, miały mnóstwo kasy. Kasa może szczęścia nie daje, jednak bardzo pomaga.

Jeszcze jedno, muszę wspomnieć, że wspólny wątek obu dziewczyn, był bardzo ciekawym pomysłem. No naprawdę, tego się nie spodziewałam. Super.
Tylko żeby, to było w większym odstępie czasu. Ten czas, no jest ważny.

Z żalem muszę napisać, że to drugie moje odczucie, o źle wykorzystanym pomyśle. Proszę mi wierzyć, gdyby poszło się głębiej w fabułę, gdyby zrobić konkretną powieść, można było zbudować emocje na mocnym fundamencie. A tutaj. Cóż. Nie wgryzłam się, nie dałam rady. Jest mi przykro. Byłam bardzo nastawiona na tak. Niestety. Pozostaje mi odpuścić. Nie chcę czytać, tylko po to, by później wylewać swoje żale. Nie o to, chodzi. Nawet ja, nie jestem aż tak zepsuta.

Wierzę, że książka znajdzie - w sumie już znalazła, swoich fanów. I bardzo dobrze. Temat jest dobry, mnie czegoś brakło, ale to mnie. Nie mam zamiaru zniechęcać. Myślę, że warto przeczytać, dla tego tematu. Daje sporo do myślenia.


Książkę przeczytałam, dzięki OMGbooks.



Czytaj dalej...

Zagadka zaginionej Kamei

źródło

Chyba już wiele razy pisałam, jak bardzo lubię od czasu do czasu, podczytywać dziecięce książki. Bajki czy coś poważniejszego. Mogłabym wmawiać, że to z myślą o dzieciach, ale tych nie mam. Może i z poleceniem dla cudzych, to też byłaby ładna pobudka. Jednak prawda jest inna, ja po prostu bardzo lubię historyjki kierowane do dzieci. Tak po prostu. Uwielbiam rysunki, grafikę, która jest często bogata w kolory. Chociaż i minimalizm potrafi miło zaskoczyć. Grunt, że książki dla najmłodszych, zajmują miejsce na moich własnych półkach. I nie bardzo lubię się z nimi rozstawać. No może czasem. W większości są moje i już.

Nie ma się więc co dziwić, że gdy zobaczyłam zapowiedź, tegoż tytułu, poczułam się zainteresowana. Jakże miło wspominam, te moje pierwsze, dziecięce kryminały, rozwiązywanie tajemnicy i odkrywanie prawdy. Zaginiona Kamea zapowiadała się świetnym powrotem, do przeszłości. Czy tak też było?
 
Piotrek tego popołudnia wybrał się wraz z młodszą siostrą i swoim ulubieńcem Sherlockiem, do babci. Po drodze napotkał nową koleżankę, którą postanowił zabrać ze sobą, zawsze to okazja do lepszego zapoznania.

Jak się okazało, z pozoru zwykła wizyta, niezapowiadająca niczego wielkiego, zamieniła się w poważną sprawę. Na miejscu, gdy już wszyscy się przywitali, babcia, ze zgrozą odkryła, że zginęła jej broszka. I to nie jakaś zwykła. Tylko rodzinna pamiątka, kopia broszki księżnej Czartoryskiej.

Z taką stratą, nie można było się pogodzić. Piotrek wraz z koleżanką, postanowili sprawdzić, co się stało z Kameą, jakim sposobem zginęła. W końcu babcia mieszkała sama. Mogła gdzieś przełożyć albo do domu wkradł się złodziej. A może, ten kto postanowił zabrać pamiątkę rodziną, był kimś, kogo nigdy by się nie podejrzewało?

Jak zostanie rozwiązana zagadka? Kim okaże się złodziej, no i czy pierwsze dochodzenie, zakończy się powodzeniem? Tego należy dowidzieć się, sięgając po książkę.
 
Książkę czyta się ekspresowo. Wiadomo, w końcu jest skierowana do młodszej grupy odbiorców. Co nie oznacza, że dorośli, będą się nudzić. Absolutnie. Mnie ogromnie ciekawiło, co stało się z broszką babci, tego, w jaki sposób opuściła miejsce, w którym leżała od lat.

Dzieciom, książka na pewno przypadnie do gustu, zaopatrzona w ciekawe ilustracje, które w pewnym sensie, naprowadzają i ułatwiają rozwiązanie sprawy. Autorka w ten sposób, jakby komunikuje się z czytelnikiem. Co uważam za bardzo ciekawe.
 
Miło spędziłam czas, w towarzystwie książki Marty Guzowskiej, nawet było mi smutno, kiedy okazało się, że już nadchodzi koniec. Z chęcią przeczytałabym, coś bardziej rozwiniętego. Myślę, że na pewno wyszłoby ciekawie. 

Całość jest ładnie wydania, lekkie pióro i naprawdę interesujące dochodzenie. Myślę, że starsi i młodsi, na pewno nie będą narzekali. Szczerze polecam.
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka