lipca 27, 2023

lipca 27, 2023

I Wanna Kiss You

I Wanna Kiss You

 


Kilka postów wcześniej napisałam o swoim czytelniczym maratonie, który dotyczył książek skierowanych do młodzieży. Moja opinia na temat pierwszej była bardzo pozytywna, czego niestety nie mogę napisać w odniesieniu do I Wanna Kiss You. Zamysł fabuły był naprawdę genialny. Dlaczego zatem moja opinia nie będzie zbyt pozytywna? Zacznijmy od początku. 

Blue uwielbia fotografować i właśnie ze swoją pasją chce wiązać plany na przyszłość. Tymczasem musi się zmierzyć ze zmianą w życiu. Musi pójść do nowej szkoły, ale co gorsza zamieszkać w domu, do którego nigdy nie chciała trafić. A wszystko za sprawą matki, która od zawsze polowała na bogatego męża (czego specjalnie nie ukrywała). Teraz dziewczyna musi zostawić swoje stare życie, może i biedne, ale prawdziwe i szczere, by zmierzyć się z towarzystwem bogatych nastolatków, zapatrzonych w metki i wszystko czym można szpanować. 

Tego dnia była na pomoście. Zbierała zdjęcia do portfolio oraz do konkursu, którego wygrana mogłaby ułatwić studiowanie. Gdy patrzyła w obiektyw aparatu ujrzała chłopaka płynącego żaglówką. Myślała, że jest wystarczająco daleko, by nie zauważył, że robi mu zdjęcie. Jednak London zwrócił uwagę na aparat skierowany w jego stronę. Gdy dopłynął do brzegu postanowił poznać dziewczynę stojącą na pomoście. Jedno spotkanie, jeden pocałunek. Mieli się więcej nie zobaczyć. 


Na początku muszę napisać o pomyśle odnośnie fabuły. Według mnie był znakomity i miał wiele możliwości pociągnięcia i skonstruowania naprawdę genialnej historii. Poznajemy dziewczynę wychowującą się w biednej Amerykańskiej dzielnicy. Jej matka poluje na faceta z kasą, czego nawet nie stara się ukryć. Kiedy osiąga swój cel, postanawia zmienić nie tylko swoje życie, ale jak wiadomo również córki. Dziewczyna emocjonalnie jest związana z byłym partnerem matki, który aktualnie przebywa na misji w Iraku - one jeszcze przez chwilę mieszkały w jego domu. Nagle, okazuje się, że materializm matki wyleciał w totalny kosmos. Uczucia córki przestały mieć znaczenie. 

Teraz Blue będzie musiała się zmierzyć z nową "rodziną", zmianą nie tylko miejsca zamieszkania, ale również szkoły, co jest już po prostu gwoździem do trumny. Prywatna szkoła, do której uczęszczają dzieciaki z bogatych rodzin i Ona.  Jak można się spodziewać, start nie będzie łatwy, zwłaszcza gdy przybrana siostra (córka aktualnego partnera jej matki),  nienawidzi dziewczyny za sam fakt, że weszła do jej życia. Jest przekonana, że Blue podobnie do swojej rodzicielki, dybie na pieniądze bogaczy. 

W ten oto sposób nastolatka już pierwszego dnia nowego życia stoi na przegranej pozycji. Musi zmierzyć z nienawiścią rówieśników, którzy otrzymali nieprawdziwe informacje dotyczące jej osoby. Jakby mało było nieszczęść, chłopakiem przybranej siostry,  okazuje się ten z pomostu, któremu robiła zdjęcie, który ją również pocałował.  

Fabuła zaczęła się super, bo poznajemy dziewczynę, która ma swoje marzenia, ale musi przemęczyć się do osiągnięcia pełnoletności i uniezależnienia od matki. Wtedy planuje opuścić dom jej partnera i zamieszkać z tym, którego uznaje za ojca. Tymczasem ma przeciwko sobie większość szkoły. 

W końcu mogę napisać, że Blue to postać, która nie nadstawia drugiego policzka, gdy dostanie w twarz. Staje oko w oko z przeciwnikiem i się broni, nie dając satysfakcji tym, którzy chcą  ją złamać i upokorzyć. Nawet jeśli płacze, nawet gdy słowa ranią, nigdy nie pokazuje tego publicznie. Dzielnie idzie do przodu, bo wie, że jeśli ktoś jej nie chce poznać, to nie ma prawa oceniać przez pryzmat pochodzenia, czy postępowania jej własnej matki. Tutaj wielkie brawo, bo właśnie takich bohaterek brakowało w książkach i prześladowaniu przez innych uczniów. 

Niestety, na tym mogę już zakończyć pozytywy. Dalej jest równia pochyła do upadku całości.  Dlaczego? Ano dlatego, że autorka po świetnym rozpoczęciu, chyba zgubiła wątek, albo zapomniała do kogo kieruje książkę. Znaczy ja rozumiem, że dla nastolatków sfera seksu i seksualności w ogóle jest ważna i w pewien sposób wokół tego tematu kręci się ich życie. Jednak jest różnica między zahaczaniem o wątek, a skupieniu tylko na nim i to w dosyć ordynarny sposób. 

W pewnym momencie relacje  dwójki bohaterów skupiają się tylko na tym, jak to On puszcza wodze fantazji (a my niestety musimy o tym czytać), jak to chce - uwaga cytat - "wsadzić swojego fiuta  do cipki Blue". Naprawdę, ale naprawdę można sobie darować tego typu określenia. Zawsze powtarzam sceny seksu są ok, wszystko jest dla ludzi, ale jak Boga kocham, czy to muszą być wulgarne teksty? Żargon uliczny rodem z niezbyt dobrze cieszącej się ulicy, o której wszyscy słyszeli. 

Gdyby jeszcze podobne kwiatki pojawiły się raz, czy dwa, mogłabym przymknąć oko i udawać, że autorka bardzo mocno wczuła się w osobowość siedemnastolatka - chociaż będę się upierała, że młodość nie oznacza rynsztokowy sposób wypowiedzi. No ale, niech już się przytrafi. Można wybaczyć, jednak dalej jest gorzej i gorzej. On myśli tylko o jednym, gdzieś pomiędzy wychodzą na wierzch ciekawe sytuacje. Jestem bardzo zła, bo przez napalone kwestie chłopaka, został spłycony bardzo, ale to bardzo poważny problem. Autorka zepsuła tak dobrze rokującą książkę. 

Niestety mam świadomość, że grupa docelowa przeczyta i przyklaśnie tej książce. Tylko jest mi smutno, że najważniejsze zostanie niezauważone, ponieważ wątek wiodący to seks, seks i jeszcze raz seks.  Sami zdecydujcie czy chcecie poznać tę historię, mnie mocno rozczarowała i nie wybaczę autorce. 

lipca 24, 2023

lipca 24, 2023

Taniec w ogniu

Taniec w  ogniu

 


Miałam długą, nawet mogę stwierdzić bardzo długą przerwę od fantastyki. Przyszedł moment, kiedy jak dotąd połykane tytuły stanęły mi ością, nie mogłam więcej i każdą kolejną książkę, odkładałam z niechęcią. Jednak co się zaczęło, dobrze jest skończyć. Serie o czarownicach z Salem, rozpoczęłam już naprawdę dawno, pierwszy tom był fenomenalny i czułam ogromną radość, że na półce czekają pozostałe dwa. Gdy tylko skończyłam, zabrałam się za czytanie „Tańca w ogniu”. I mogę już teraz napisać, że poszło nie do końca tak, jak oczekiwałam. Książkę przerwałam i odłożyłam na jakieś 70 stron przed zakończeniem. Dlaczego? Za chwilę wyjaśnię.



Lily po walce, którą stoczyła w równoległym świecie, teraz potrzebuje mnóstwo czasu, by odpocząć, nabrać dystansu do wszystkiego, z czym przyszło się jej zmierzyć w miejscu, o którym nie miała pojęcia, że istnieje. Razem z przyjaciółmi z „jej” świata, wracają do prawdziwego domu, a dołącza do nich Rowan – mechanik, pochodzący z linii czasowej, do której trafiła dziewczyna w pierwszym tomie. Teraz ich życie chwilowo się uspokoiło, można powiedzieć, że niewiele się dzieje.
Młoda czarownica dowiaduje się, co wydarzyło w jej życiu, gdy była nieobecna – zajęta w walce z paskudnymi Splotami i starciem ze swoją „drugą wersją” Lilian.
Do pewnego momentu można uznać, że akcja nie ukazuje niczego nadzwyczajnego, bo Rowan, który zostaje wprowadzony w nasz świat, wszystkie nowinki technologiczne i całą resztę, budzi pewne zainteresowanie, ale nie za długo, później jest po prostu już nudno. Aż w końcu na horyzoncie pojawia się czarna postać – brat naszego mechanika, którego celem jak można się domyślić, jest namieszanie w życiu całej grupy, ale co się dokładnie wydarzy?
Powrót do dawnego życia, próba złapania równowagi po wszystkim, czego się nie spodziewała, chwilowa równowaga, by kolejny raz stanąć w miejscu, w którym na każdym kroku czai się niebezpieczeństwo. Czego tak naprawdę chce Lily i kto mówi prawdę w świecie tak różnym, od tego, w jakim do tej pory żyła?



Nie mam zamiaru przed nikim ukrywać, że „Taniec w ogniu”, jest tym słabszym ogniwem trylogii. Sam fakt, że książka mnie wymęczyła do tego stopnia, by porzucić na „ostatniej prostej”, do zakończenia, mówi samo za siebie. Jak później sama się przekonałam, te ostatnie strony były wciągające i ukazały tę historię w zupełnie innym świetle, rzuciły cień, na ludzi początkowo działających w dobrej wierze. A jakby łaskawszym okiem ukazały negatywną postać.

Tym razem nasza Lily jest trochę miałka i mnie wymęczyła większa część opisów, miałam wrażenie, że autorka nie wiedziała jak ugryźć kolejne przejście między wydarzeniami, bo zastój zadziałał na szkodę, jeśli ktoś zapozna się z pierwszą częścią i ta, przypadnie do gustu, niech ma świadomość, że do pewnego momentu nie będzie lekko – ale warto się przemęczyć. Już teraz zdradzę, że w trzeciej części jest szalenie ciekawie i chyba nie tego się czytający spodziewają.

Jednak zanim trójka, jest „Taniec w ogniu”, który przypomina bardziej nudnego „przytulańca”, niby każdy lubi, ale co za dużo, wręcz nie zdrowo. Dlatego, można powiedzieć wtargnięcie złego braciszka, jest wręcz witane z radością. Co można nazwać kuriozalnym, zważywszy na fakt, że jego pobudki nie bywają dobre, a już na pewno nie przynoszą szczęścia. Niemniej, po mocnym rozpoczęciu serii, czytelnik ma w głowie mnóstwo pytań, na które potrzebuje odpowiedzi. Nie czas na mdłe sceny niewnoszące zbyt wiele do fabuły.

Dlaczego Lilian postąpiła w taki, a nie inny sposób? Czy rzeczywiście alternatywna postać jest tym złym odbiciem? A może Lily wcale nie jest tak dobra, a jedynie chce być w ten sposób postrzegana? W rzeczywistości ma więcej wspólnego z Lilian? Czym tak naprawdę są znienawidzone i przerażające Sploty, czy można zapobiec ich atakom?

Dla sympatyków książek o czarownicach, magii i przedziwnych światach, ta seria jest jak najbardziej odpowiednia, nie zrażajcie się zatem moim narzekaniem na tempo akcji, być może ktoś inny odbierze spowolnienie bardziej pozytywnie, mimo wszystko, jestem zadowolona, że nie zrezygnowałam, ponieważ jest to bardzo dobrze skonstruowany świat magii – a ten bardzo lubię.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe motyle

lipca 22, 2023

lipca 22, 2023

Castle Party - Bolków

Castle Party - Bolków


 Castle Party jest to impreza na którą co roku zjeżdżają się ludzie nie tylko z Polski, ale również różnych krajów. Klimat może wydawać się lekko upiorny, bo jeśli ktoś nie mając pojęcia o charakterze imprezy, przyjdzie w tych trzech dniach do Bolkowa, może poczuć lekką dezorientację. 

Jest to zabawa w stylu gotyckim, co za tym idzie, stroje oraz Muzyka nawiązuje właśnie do tego klimatu. Zamek na trzy dni zostaje wyłączony dla zwiedzających, można wejść tylko za uprzednim wykupieniem biletu na koncerty, bo właśnie między murami odbywają się popisy różnych wykonawców.


Pierwsze edycje (od 1994 roku)  Castle Party odbywały się na Zamku Grodziec, jednak gdy wydarzenie nabrało rozgłosu, zaczęło napływać tyle ludzi, że skromne podwoje Grodźca nie były wstanie pomieścić chętnych do zabawy. Dlatego festiwal został przeniesiony do Bolkowa. Gdzie pierwsze wrażenia mieszkańców, były niezbyt pozytywne, a nawet niektórzy czyli lekki niepokój, gdy ulicami miasta płynął tłum ludzi ubranych dosyć przerażająco. 


W tym roku udało nam się wybrać do Bolkowa, bardzo chciałam poczuć ten energię ludzi i nie ukrywam pooglądać te przebrania. I zdaje sobie sprawę, że gdy za chwilę zobaczycie zdjęcia, reakcje wywołają różne. Jednak to jest czas tych ludzi, oni przyjeżdżają naprawdę z daleka i tworzą tak cudowna atmosferę, że tego nie można opisać. Spędziliśmy niesamowity czas, przyglądając się każdemu, rozmawiając i po prostu podziwiając. Muzyka była wszędzie, możecie sobie wyobrazić, że na 3 dni, to miasto staje się jakby innym światem. Polecam każdemu chociaż raz pojechać, dla samej atmosfery.

A teraz... zdjęcia :)))


Strój i charakteryzacja tej pani wzbudzało najwięcej zainteresowania :)


Dziewczyny według mnie wyglądały czadowo, nie mogłam się napatrzeć na ich makijaż :)


Patrząc na ich stroje, miejcie na uwadze, że w cieniu było ponad 30 stopni...


Taki tam spacerek chodnikiem ;)


Moja faworytka. Spotkaliśmy podczas spaceru w parku, wyłoniła się między drzewami :))


Ten pan budził jedno z większych zainteresowań i właściwie nie mam pojęcia dlaczego. No ok, skrzydła imponujące, ale właściwie nic poza tym. Jak dla mnie, nie było szału, ale może się nie znam? 


Te stroje były naprawdę imponujące, ale ja patrząc na ilość materiału myślałam o jednym - jak musi być w tym gorąco! Serio, to był mega upalny dzień i minimalny ubiór dawał się we znaki, a co dopiero te niezbyt przepuszczalne  powietrze tkaniny..




Jak widać Bolków to urokliwe miasteczko. Ciekawie wyglądają Ci ludzie przechadzający się ulicami. Tutaj akurat jest ich mało, bo słońce swoje robiło, więc wszyscy zbierali się w parku :) 



Na koniec dodam zdjęcie z ekipą z Niemiec, ludzie młodzi duchem, bo przecież nie metryka się liczy. Było fantastyczni, naładowani pozytywną energią. musiałam sobie z nimi zrobić fotkę. 




Dajcie znać czy słyszeliście o Castle Party i czy chcielibyście wziąć udział w tej imprezie, albo chociaż pojechać i zobaczyć jak to wygląda ;). Nie ukrywam, że w przyszłym roku miałabym ochotę się,w już poprzebierać :)). 

lipca 16, 2023

lipca 16, 2023

Zawsze chodziło o ciebie

Zawsze chodziło o ciebie

 

W poprzednim tygodniu zrobiłam swój życiowy rekord w czytaniu książek, a dokładnie w ciągu jednej doby  (nie mam pojęcia jak do tego doszło) pochłonęłam 2,5 książki, co dało 1000 przeczytanych stron. Chyba jeszcze nigdy w mojej karierze czytelnika, a miałam miesięczne naprawdę imponujące wyniki, nie zdołałam tak dużo przeczytać jednego dnia i w sumie nocy. Była ku temu przyczyna, ale teraz nie o tym, a o książce, którą rozpoczęłam mój Maraton. 

Zawsze chodziło o ciebie - Agaty Polte, poznałam twórczość tej pisarki już kilka lat temu, chyba nawet recenzowałam debiutancką książkę. Później jakoś mi umknęły dalsze losy  pisarskie, aż w końcu przeglądając bibliotekę, wpadł mi w oczy ten tytuł. Był upał, więc coś lżejszego było mile widziane i zaczęłam czytać.


Maeve jest siedemnastolatką, która mieszka wraz z mamą, jej ojciec wyprowadził się do kochanki, dlatego od tamtej pory nie utrzymuje z nim kontaktu. Dziewczyna ma pewne kompleksy, które w dosyć nieprzyjemny sposób podkręcają niektóre dziewczyny ze szkoły. Co nie znaczy, że Mae jest typową ofiarą losu, absolutnie. Zwłaszcza mając u boku niezawodną i zawsze stojącą u straży przyjaciółkę. Spokojne jak dotąd życie, zaczyna się komplikować, gdy zupełnym przypadkiem - bo nie od własnej matki. Dowiaduje się,  że w domu zamieszka koleżanka mamy wraz z synem. Ich dom się spalił i na czas remontu postanowiła przyjąć pod dach potrzebujących. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że Mae nie znosi chłopa, który zamieszka na wprost jej pokoju. 

Shane, bo o nim mowa, odkąd dziewczyna pamięta, robił wszystko by skompromitować w oczach innych. Dlatego świadomość, że będzie musiała z nim widywać we własnym domu, doprowadza do rozpaczy. Zwłaszcza, że Mae ma chłopaka, dosyć zazdrosnego o kolegę ze szkoły, a teraz współlokatora.  

Nastolatka próbuje poradzić z problemem akceptacji własnego ciała, niby ma świadomość, że nie wygląda źle, ale częste przytyki w szkole, a teraz w domu o Shane'a wcale nie pomagają. W dodatku jej własny chłopak coraz częściej naciska w pewnej sprawie, a ona nie jest pewna swoich uczuć. Sytuację utrudni, zachowanie jednej z koleżanek, która z dnia na dzień, będzie coraz gorzej zachowywała wobec Mae.. 



Na samym początku muszę napisać - żeby nie było. Jest to książka, typowo młodzieżowa, a więc dialogi, poziom jest tak totalnie nastolatkowy, dlatego decydując się na czytanie - o ile jest się już po tym przedziale wiekowym. Należy przestawić myślenie, na właśnie ten wiek. Ja na początku miałam pewien zgrzyt, bo problemy i rozmowy wydawały się okrutnie naiwne. Dopiero po jakiś stu stornach, puknęłam się w czoło, że w końcu oni mają te siedemnaście lat, a nie ponad trzydzieści, więc nie mogę mieć pretensji do niektórych przemyśleń. 

Skoro już mam wstęp za sobą, uprzedziłam i wyjaśniłam, przechodzimy do reszty. Książka porusza wiele ciekawych tematów, które są naprawdę w tym nastoletnim życiu istotne, dopiero później człowiek uczy się bycia ponad te sprawy, ale okres młodzieńczy rządzi się swoimi prawami. 

Mae bardzo trudno przychodzi zaakceptowanie niedoskonałości ciała, zbyt masywne uda, szerokie biodra. Gdyby jeszcze rówieśnicy nie zwracali uwagi, może byłoby łatwiej, ale niestety w każdej grupie znajdzie się ktoś, kto znajdzie czuły punkt i będzie go wykorzystywał. Dlatego dziewczyna nie potrafi przejść obojętnie, do przytyków i zrozumieć, że nie każda musi mieć długi chude nogi.  Mnie akurat bardzo łatwo było zrozumieć ten kompleks, bo sama przez wiele lat, miałam podobny dramat, tak więc, tutaj uwierzcie, sprawa nie jest przesądzona, wygląd nóg potrafi wpędzić w solidne kompleksy. 

Shane, to chłopak, którego człowiek od razu musiał polubić, tak docinał swojej koleżance, ale ich relacja była naprawdę urocza i zabawna. Bardzo przyjemnie czytało się fragmenty kiedy oboje rozpoczynali przepychanki słowne. Co innego, gdy dziewczyna spotykała ze swoim ukochanym, ten wywoływał równie silne emocje, ale z gatunku tych negatywnych. 

Wcześniej pisałam o wątku, w którym Mae będzie musiała zmierzyć z pewnym dręczeniem ze strony koleżanki ze szkoły, bardzo ciekawie została poprowadzona fabuła w tym kierunku, ale za dużo nie będę pisała. Jednak choćby dlatego, warto się zapoznać z tematem.

Agata Polte wspaniałe wykreowała każdą postać, niesamowicie naturalnie i bez zbędnego przerysowania. I tak, jak polubicie przyjaciółkę głównej bohaterki, tak możecie być pewni, że do jednej z dziewczyn poczujecie ogromną niechęć, by później mieć pewność, że nie było pomyłki. Nawet te najmniej wysuwane postaci, mają swój ważny udział w fabule, dlatego całość jest tak spójna. Lekkie pióro autorki - ale nie ubogie, proszę się nie pomylić! Sprawia, że książka po prostu sama się czyta.

Zawsze chodziło o ciebie - uwierzcie mi na słowo! Jeśli już przestawicie się, że macie te siedemnaście lat, albo chociaż przestaniecie oceniać z perspektywy swojego wieku, to ta książka po prostu was poniesie ze sobą, a wy odpłyniecie. Jest cudownie lekka, taka motylkowa, aż człowiek ma wrażenie, że sam przeżywa wszystkie wydarzenia. 

Przede wszystkim - na co zawsze zwracam uwagę i cenie u autorów - nie jest wulgarna, nie ocieka okropnym słownictwem. I nie ma seksu. Znaczy jest oczywiście poruszony temat, ale nie w sposób ordynarny. Za co z mojej strony potężny plus. Niewiele jest już takich książek. Spędziłam bardzo miły czas czytając ten tytuł i gdy skończyłam, było mi autentycznie smutno, że już mam za sobą. Szczerze polecam, nawet jeśli wiek docelowy dawno przeminął, nie trzeba się przejmować, fabuła pociągnie za sobą, nie wiadomo kiedy. Jest to chyba mój numer jeden tego lata z gatunku dla młodzieży. A będą jeszcze kolejne opinie.

lipca 13, 2023

lipca 13, 2023

Uroczysko piekiełko

Uroczysko piekiełko



Zdarzyło się to pewnego razu, gdy w jeden z dosyć gorących dni, mój R postanowił po pracy zabrać mnie na wycieczkę. Nie mówił gdzie, ale że warto i będzie super. Mnie do wycieczek zachęcać nie trzeba, wskoczyłam w wygodne buty i byłam gotowa. Pojechaliśmy w okolice Lwówka Śląskiego, ale  bliżej było do Bolesławca. I gdzieś na tej trasie zjechaliśmy w boczne drogi, by po chwili jechać już dosyć uroczą wioseczką. Jednak nie owa wioska była celem, minęliśmy zabudowania, no i  na zajeździe polnej drogi, usłyszałam, że tutaj podróż autem się kończy i idziemy. Myślę sobie - spoko, no to chodźmy, jak okiem sięgnąć same pola, ale może gdzieś trafimy...


Widoki jak widać były zacne, dawno to było bo jeszcze rzepaki kwitły... ale nie o rośliny tutaj się rozchodzi, a nasz cel. Nie miałam pojęcia gdzie, co i jak, bo wszędzie były ogromne hektary pól uprawnych i nic więcej! gdzieś daleko, naprawdę daleko majaczył las. 

A my szliśmy i szliśmy i uwierzcie, ja lubię chodzić, ale jakoś w pewnym momencie zwątpiłam, bo same polne drogi, jakieś przydrożne drzewa i serio nic więcej nie było. W końcu ten mój chłop mi obwieszcza, że idziemy do tego lasu, który był hen daleko. Nie powiem, trochę się dziwnie zrobiło. 

Uwielbiam takie drogi, są według mnie najbardziej klimatyczne i wręcz chce się tak iść i iść. Tylko żebym to ja jeszcze wiedziała gdzie i co mam zobaczyć. No ale, nic to, widoki były zacne,pogoda piękna mogłam sobie iść. Do tego lasu, na końcu pola. Prowadził mnie  5 km przez rzepaki i jakieś inne wyrastające zboża, żeby w środku lasu pokazać to..




Myślę sobie, nie no fajnie, tyle zachodu, żeby zobaczyć sadzawkę w środku lasu. Nie wiem, ale zastanawiałam się czy mam śmiać, czy raczej zdenerwować. Jednak lekkie rozczarowanie na twarzy mojego R, mnie zaciekawiło, a potem się dowiedziałam, że to inaczej powinno wyglądać. Na tej wysepce był kiedyś domek, a obok Wielki grill/ piec z paleniskiem, były ławki i ogólnie super miejsce. Było.. Aż się nie powstrzymałam i zrobiłam pamiątkowe zdjęcie, w miejscu gdzie miało być super, ale rzeczywistość okazała się jak zwykle ;)).



 Podrzucę Wam poniżej zdjęcie, jak to wyglądało pierwotnie. Nie wiem, dlaczego teraz jest nędza i raczej smutny widok, może komuś się nie spodobało? 


                                                                    źródło


                                                                     źródło

Sami przyznajcie, musiało być naprawdę klimatycznie i wręcz uroczo. Niestety, pomost został zdemontowany, po domku nie pozostało śladu. Wyspa stoi opuszczona i samotna. Szkoda..

lipca 08, 2023

lipca 08, 2023

Chcę Twojego życia

Chcę Twojego życia

 

Większość odwiedzających mnie tutaj wie, że po thrillery sięgam najchętniej. Wiadomo gdy fabuła mocniej poplątana i namieszania tym jest lepiej. W końcu tego oczekujemy, sięgając po ten konkretny gatunek. Dlatego, kiedy przeczytałam na jednym z blogów recenzje tej książki, stwierdziłam, że zapowiada się naprawdę interesująco i od razu pobrałam na swoją półkę.  Mówię wam, jak dobrze mieć Legimi - i nie jest to żadna reklama, za abonament co miesiąc płacę z własnych pieniążków, czytnik również zakupiłam za własne fundusze. Naprawdę warto, ale książka. Gdy tylko pobrałam, zabrałam za czytanie.  Teraz pozostaje nakreślić fabułę i opowiedzieć czy było warto? 


Kelly Medina mieszka sama, to znaczy od poniedziałku do piątku, bo na weekendy wraca jej mąż do domu. Pracuje dosyć daleko od miejsca zamieszkania, dlatego wygodniej jest, by nie dojeżdżał codziennie. Tak więc, Kelly po wyjeździe syna na studia spędza czas sama w domu, spotykając się co jakiś czas ze swoją przyjaciółką na zajęcia jogi. Pewnego poranka, odbiera telefon od pediatry z przypomnieniem o badaniu dziecka. Niby nic dziwnego, ale syn Kelly od dawna nie korzysta z usług pediatry, a ona nie ma małego dziecka w domu, dlatego jest zdziwiona, ale to uczucie nasili w chwili gdy dowie się, że pomyłka nastąpiła w wyniku pomylenia z kobietą o tym samym imieniu i nazwisku. 

Niby nic nadzwyczajnego, w końcu może trafić się osoba tak samo nazywająca. Tak próbuje sobie wytłumaczyć "starsza" Kelly, ale ma jakieś dziwne podejrzenia, że telefon nie był przypadkowy, tylko miał sprawić, żeby obie natknęły na siebie. Od tego momentu pierwsza Kelly Medina poświęca sporo myśli kobiecie, która nagle wtargnęła do jej głowy. Aż wreszcie postanawia sprawdzić kim jest i czym się zajmuje. Pozorna ciekawość prowadzi do obsesji, która zaczyna być niepokojąca. Bo okazuje się, że młodsza Kelly jest mamą kilkumiesięcznego chłopczyka - Sullivana. Ta wiedza sprawia, że starsza pani Medina, nie potrafi pozostawić w spokoju. 

Dwie kobiety o tym samym imieniu i nazwisku w małym nazwisku. Niby nie dziwne, ale coś jednak jest na rzeczy. Na pewno obie mają swoje sekrety, którymi nie chcą się przed sobą podzielić. Między nimi rozpoczyna znajomość, która daleka jest od koleżeńskiej. Bo pierwsza Kelly, za wszelką cenę chce mieć wpływ na bezpieczeństwo dziecka, które nie jest jej. Z kolei ta druga, nie potrafi odciąć od zaborczości nowej "znajomej". Żeby było ciekawe, jej pojawienie się w miasteczku ma bardzo poważny, powód i niekoniecznie jest ze szczerych pobudek.  

Kim jest młodsza wersja Kelly Medina i dlaczego pojawiła się w miasteczku, z którym nie jest w żadnej sposób związana. I dlaczego ta pierwsza Kelly Medina, nie potrafi zrezygnować z kontroli nad dziewczyną i jej synkiem? Jakie tajemnice ukrywają obie kobiety? I przede wszystkim - co planują? 


Przeczytałam naprawdę wiele książek z tego gatunku, spotkałam się z szalenie pokręconymi fabułami i zwrotami akcji, które wyrywały z butów. Jednak w przypadku "Chcę twojego życia", towarzyszyła mi taka mieszanka emocji, aż trudno określić, czy pozytywnych względem całości, czy raczej nie. 

Zacznę od początku. Przede wszystkim główna bohaterka - Ta pierwsze Kelly Medina. Jak zawsze na początku,czytelnik otrzymuje strzępki informacji, które nasuwają więcej pytań, wywołują mieszane uczucia w sytuacjach, do jakich doprowadza zachowanie kobiety. Bo gdy okazuje się, że w miasteczku pojawiła się jeszcze jedna Kelly Medina, ta pierwsza popada w dziwny stan obsesji, ciągle myśli kim jest, czy mają ze sobą coś wspólnego? Zaczyna wyszukiwać informacji na jej temat, nawet pojawiać w miejscu, gdzie mogłyby się "przypadkiem" spotkać.  

Kiedy dochodzi do konfrontacji obu kobiet, zaczynają się dziać takie trochę dziwacznie sytuację, ale one nie wywołują wielkiego zdziwienia czy szoku. Jedynie to, drażni zachowanie pierwszej Kelly, bo natarczywie próbuje wejść w życie młodej dziewczyny i jej malutkiego synka. Zaczyna swoje naloty do wynajmowanego mieszkania, chce wpływać na wszystko co jest związane z dzieckiem. Dodatkowo narracja jest prowadzona w pierwszej osobie, przy czym wygląda mniej więcej tak - Kelly prowadzi jakby wewnętrzną rozmowę z tą drugą kobietą, więc jest to dosyć dziwne. Bo czasem można się pogubić, kiedy już jest normalnie prowadzona rozmowa, a kiedy monolog. 

Druga Kelly,  wydaje się trochę podejrzana, ale przez naprawdę większą część fabuły, nie można rozgryźć, co kieruje tą kobietą. Gdzieś się pojawiają sygnały, że na pewno nie jest przypadkiem akurat w tym mieście, ale żadnych konkretów. Dopiero pod sam koniec, gdy akcja już nabiera rozpędu, wychodzi cała prawda. 

I teraz pozostaje najważniejsze - czy ta książka jest godna polecenia? Nie wiem, ponieważ obie postaci nie wzbudzają pozytywnych emocji, na dobrą sprawę, nie można powiedzieć by jakaś w ogóle była dobra. Kolejna sprawa, bardzo długo krążymy ze strzępkami informacji dotyczącymi pierwszej Kelly, co jak można przypuszczać, jest celowe, ale po pewnym czasie, zaczyna po prostu męczyć, gdy zaczyna się konkretna akcja, dobijamy do końcówki. A zakończenie.. No zakończenie jest najlepsze, zostawia czytelnika z takim efekt - "Ooo".  Przemyślenia i konkluzje, które się rozwinęły w końcowych stronach, rozpadają niczym domek z kart. 

Dlatego całość oceniam średnio, do połowy trzeba przebrnąć przez drażniące zachowanie pierwszej Kelly, a dopiero w połowie, drugiej połowy rozpędzamy i otrzymujemy odpowiedzi na większość pytań, chociaż nie mam pewności czy na wszystko, bo coś mi się świta, jakby pewien aspekt został pominięty. W każdym razie - oceniam ten tytuł tak pół na pół. Można przeczytać, ale nie mam serca wmawiać, że trzeba koniecznie. 


lipca 05, 2023

lipca 05, 2023

O wszystkim i o niczym :) (:

O wszystkim i o niczym  :) (:

 


Witajcie w lipcu! Czy pisałam, że jest to drugi (zaraz po maju) ulubiony miesiąc w roku? Czerwiec się zakończył, miałam zrobić podsumowanie, ale jakoś tak.. nie wiele mogę o nim napisać. Bo tak szczerze, dziwny był to miesiąc, chociaż na samym końcu zaczęło dziać i to tak dosyć sporo. Jednak jeszcze nie chce o tym pisać. W każdym razie, mam trochę na głowie. Mam nadzieję, że teraz troszkę się naprostuje i wtedy będę mogła zdradzić coś więcej. Z rzeczy smutniejszych - uszkodziłam auto :( Dziś odstawiłam do warsztatu, cóż nie ma lekko, za głupotę trzeba zapłacić i to dosłownie. Jedyne co mi dobrze poszło, to czytanie książek, akurat trafiłam na same dobre pozycje. Dlatego na blogu, będą pojawiały się teksty z polecankami. Mam nadzieję, że dla każdego coś przypadnie do gustu. 

W poście podrzucę odpowiedź na pytanie, które wcześniej był zadane pod niektórymi wpisami. Pamiętam, że pewna czytelniczka zapytała ,skąd mam dres w którym byłam na jednej z wycieczek. 



Konkretnie chodziło o ten dres na zdjęciu wyżej. Kupiłam na Vinted, a firma to PLNY LALA, szczerze polecam bo jest to, na prawdę świetna jakość. Od razu napiszę, to nie jest komplet, ja sobie po prostu dobrałam tę bluzę i spodnie. Nie mam pojęcia czy były komplety z wzorem jaki ma bluza. Jednak warto pobuszować, ja kupiłam nowe z metkami, a taniej niż na stronie sklepu ;). 

Swoją drogą, muszę się w końcu zdyscyplinować z odpowiedziami na wasze komentarze, ciągle sobie obiecuje, że będę regularnie odpowiadała i nawet czasem do pewnego momentu się udaje, a później nagle, gdzieś się zapominam. Wybaczcie! Czytam każdy, w głowie odpowiadam, tylko zapominam to zrobić fizycznie... No gapa. 


W czerwcu sporo kombinowałam w kuchni, a dokładnie piekłam ;)). Najpierw wzięło mnie na serniki, bo uwielbiam to ciasto i zawsze Zrobiłam trzy razy i naprawdę wyszły dobre. Później zezłościłam, gdy zobaczyłam, że spełniał chleb, który nie był jakiś bardzo "Stary", stwierdziłam, że nie mam zamiaru jechać kupować i upiekłam bułki śniadaniowe. Tak mi się to spodobało, że teraz nie kupuje, tylko piekę sama. Nawet nie wiedziałam, jakie smaczne są swoje bułki! Polecam, jeśli jeszcze nie próbowaliście. 



Tak wyglądały moje pierwsze - lubię mocno wypieczone dlatego są takie rumiane. Bladziochami gardzę ;). Gdzieś widziałam, że pognieciony papier lepiej się układa, więc pogniotłam, czy lepiej się układa nie wiem,ale na pewno wygląda mało estetycznie..;)



Nie wiem, czy pisałam tutaj, jak próbowałam ratować znalezionego Szopa Pracza, przypadkiem usłyszałam jak po drugiej stronie ulicy, przy której mieszkam, coś się porusza. Myślałam, że to kotek, który często nas odwiedza, ale gdy podeszłam bliżej pobocza, zobaczyłam Szopa. Niestety u nas komunikacja między odpowiednimi organami wygląda tak, że przez 30 min, wykonałam jakieś 40 połączeń, nikt nie wiedział gdzie zgłosić ranne dzikie zwierzę. A gdy się wreszcie udało. Musiałam czekać 2 godziny na przyjazd weterynarza. Po upływie tego czasu, biedne zwierzę było wstanie agonalnym... cóż. Właściwie nie powinnam się dziwić, skoro często ludzie nie mogą się doczekać pomocy. Tylko smutno mi było, nie ukrywam popłakałam sobie, bo gdyby od razu ktoś powiedział, żeby dzwonić po weterynarza z którym ma podpisaną umowę gmina, do której należę, może byłaby jakąś szansa, a tak... biedactwo zostało uśpione. 

standardowo moje nogi żyją swoim życiem..;)))

Tymczasem jutro  tj. (06.07) mam urodziny ( ile kończę lat? Obstawiajcie - Instagramowicze nie liczy się wasz głos!) , więc jak zawsze mam trafiony prezent dla samej siebie - nie no żartuje, bo tak się u mnie składa, że w urodziny coś mi się przytrafia, a to dentysta, a to jakaś kolka nerkowa, to w tym roku autko w warsztacie. No ale, żeby nie było, w poniedziałek idę doprowadzać moje włosy do porządku. Może w końcu wyjdzie ten blond, który aktualnie jest na etapie dekoloryzacji, schodzi mi cała paleta odcieni, oprócz tego pożądanego ;). 

Lipcu!  trwaj, bądź łaskawszy od czerwca i przynieś same dobre wiadomości. Może w końcu będą wycieczki - z powodu alergii  byliśmy nieaktywni, co doprowadza nas do szaleństwa. Niestety, trzeba czasem się schować przed światem..

Mam nadzieję, że u Was pierwsza połowa roku plasuje się pozytywnie, zaczynamy te druga, oby była lepsza, a przynajmniej nie gorsza! Grunt to mieć dobre nastawienia ;))). 


lipca 02, 2023

lipca 02, 2023

Ostatnia Róża Szanghaju

Ostatnia Róża Szanghaju

 


Kiedyś pisałam, że są książki, które z daleka nas wołają, jeszcze zanim poznamy opis i tematykę, coś nas do nich przyciąga. Miałam tak właśnie w przypadku Ostatniej róży Szanghaju, gdy tylko zobaczyłam zapowiedź. Wiedziałam i czułam jedno - muszę tę książkę przeczytać. Dlatego zaraz po otrzymaniu przesyłki, usiadłam by sprawdzić czy przeczucie mnie nie myliło, miałam przeczytać tylko kilka stron... 


Szanghaj rok 1940, gdzieś daleko w Europie szaleje wojna. Wydawać się może, że Niemcy nie mają tu dostępu i można czuć się bezpiecznie. Nic bardziej mylnego. O ile Chiny nie odczuwały konsekwencji szaleństwa nazistów, to nie można powiedzieć by mieli spokój. Zagrożenie czaiło się od strony Japonii. Okupacja trwała i jak się z dnia na dzień okazywało, było coraz gorzej. We własnym kraju mieszkańcy nie mogli czuć bezpiecznie, tracili pracę, władzę i spokój. 

Młodziutka Aiyi Shao, bardzo wcześnie musiała dowiedzieć się jak prowadzić interesy by przetrwać w świecie pełnym niebezpieczeństwa. Po śmierci rodziców postanowiła zadbać o swój byt. Wykupiła nocny klub, w którym spędzali wieczory wysoko postawieni goście. Niestety niepokój ze strony okupanta narastał z dnia na dzień, blokowanie dostaw alkoholu oraz poruszanie ulicami, sprawiało coraz więcej trudności. 

W tym samym czasie do miasta, które miało stać się ostoją i spokojem, przybywa Ernest Reismann, Żyd niemieckiego pochodzenia. Uciekł z Berlina wraz z siostrą, zanim stało się to niemożliwe. Rodzice obiecali, że dołączą do nich później. Tymczasem młody mężczyzna, został odpowiedzialny za siostrę, która miała dopiero dwanaście lat. Szanghaj był jedynym miejscem w którym Żydzi mogli znaleźć schronienie i pomoc. Bardzo szybko rzeczywistość zweryfikuje nadzieję na lepszą przyszłość, nie tylko Ernesta, ale wielu ludzi, którzy uciekając z piekła, nieświadomie trafili jeszcze gorzej. 

Przypadkowo drogi Ernesta i Aiyi zostaną przecięte. Dziewczyna ze zdziwieniem przyjmie pomoc od obcokrajowca, do których jej stosunek był raczej niechętny. Z kolei mężczyzna, niewiele wiedząc o kraju w którym się znalazł, będzie potrzebował pomocy w znalezieniu pracy i bezpiecznego dachu nad głową dla siostry. Dwoje młodych ludzi, środek wojny i dwa różne światy. Czy taka znajomość ma szansę rozwinąć się i przynieść coś dobrego? 


We wstępie napisałam, że miałam przeczytać kilka stron, by sprawdzić jak się zapowiada książka. Nawet nie wiedziałam kiedy, byłam na setnej stronie. Po prostu pochłonęła mnie fabuła. I żeby nie było, akcja nie wyrywa z kopyta, nie dzieją się sytuacje, która wciskają w fotel, niemniej autorka wyśmienicie operuje słowem, pociągając czytelnika dalej i dalej. By dowiedzieć się co wydarzy się następnie, jak losy Aiyi i Ernesta potoczą, czy ich znajomość przyniesie więcej dobrego czy złego. 

Należy pamiętać, że dziewczyna jest Chinką, której kultura jest bardzo hermetyczna, co za tym idzie, rodzina niechętnie wyraża zgodę na ślub z wyznawcą innej religii i ogólnie pochodzenia. Aiyia zdaje sobie sprawę z komplikacji, była wychowywana w określony sposób. Małżeństwo nie miało nic wspólnego z miłością, to kontrakt między rodzinami, który ma przynieść same korzyści dla obojga stron. 

Ernest jako żyd, również powinien przestrzegać zasad religii, ale od początku wykazuje niechęć do wszystkiego, co utrudnia życie. Z jego strony nie ma problemu by pojąć za żonę, kobietę innego wyznania. Spotkanie z piękną Chinką wywiera na młodym mężczyźnie ogromne wrażenie. Może gdyby sytuacja polityczna była inna, ich relacja miałaby lepsze rokowania? 

Tymczasem oboje walczą o przetrwanie, Ona próbuje za wszelką cenę utrzymać swoją biznes, wbrew zakazom ze strony rodziny i narzeczonego, zatrudnia Ernesta w swoim klubie, jako pianistę. Przez pewien czas, wszystko wydaje się w miarę ustabilizowane. Niestety tylko do czasu. 

Japończycy rosną w siłę, aż w końcu przychodzi dzień, gdy walka o utrzymanie biznesu i pracy, przeradza się w walkę o zachowanie życia i przetrwanie. 

 Często podczas czytania zatrzymywałam się i zastanawiałam, do czego są zdolni "ludzie", specjalnie dałam to słowo w cudzysłowie, bo opisywane zdarzenia, trudno przypisać do ludzi. I nie chcę wiedzieć co działo się w ich głowach. Pozostaje mieć nadzieję, że nigdy, nie będziemy musieli być świadkami podobnych wydarzeń.

Ostatnia Róża Szanghaju jest piękną historią, nie tylko o miłości mężczyzny i kobiety, ale relacji międzyludzkich. Ukazuje siłę przyjaźni, pomocy nawet wtedy, gdy samemu posiadało niewiele, a przede wszystkim szukaniu człowieczeństwa, gdy nadzieja umierała. 

Podsumowując, szczerze i od serca polecam, jest to wspaniale napisana historia, która jest warta poznania. 




Książkę przeczytałam dzięki współpracy z wydawnictwem Znak.

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger