Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

października 03, 2026

października 03, 2026

Dobrze to już było?

Dobrze to już było?

 


Przeżyłam wrzesień! Chciałabym napisać, że teraz to już będzie tylko lepiej, ale to niestety nieprawda. Teraz zacznie się jazda bez trzymanki i będzie trwała przy dobrych wiatrach do lipca przyszłego roku. I jeśli to przeżyje i wyjdę w jednym kawałku fizycznym, bo nie koniecznie psychicznym. Zastanowię się mocno nad moim życiem. 

Tymczasem siedzę w czyśćcu. Tak sobie ładnie nazwałam etap, w którym aktualnie się znajduje i muszę go przetrwać. Jeśli będę trochę bardziej marudna, proszę wybaczcie. Muszę mieć gdzieś wentyl bezpieczeństwa, bo inaczej nie wiem, jak mam wszystko dźwignąć. Trzymamy się wersji, że to etap przejściowy, że ta weselsza JA, wróci, tylko teraz musi spiąć wszystko co ma i wytrzymać. 

 




Mam wrażenie, nie, ja wiem, jestem świadoma, że w ostatnim czasie często narzekam. Niekoniecznie tutaj, ale w mojej codzienności. W pracy i w ogóle. Tak sobie myślę, że w ten sposób, jakoś próbuje przetrwać, ale to nie jest dobre. Dlatego staram się ile mogę szukać pozytywów. Żeby nie skupiać na tym co mnie stresuje, ale nie zawsze się udaje. Cóż, nikt nie mówił, że zawsze będzie kolorowo i wesoło co nie? 

Czasem mam wrażenie, że dobrze to już było. A potem się zatrzymuje z myślą, że to ja decyduje jak będzie. I muszę wstać i działać. Tylko na efekty muszę jeszcze poczekać. Powiedzcie, że dam radę, kiedy będę w tej czarnej "D" z myślami, że nie dam rady. Powiecie? 





Zdjęcia robiłam jeszcze końcem września, kiedy już mogłam złapać lekko oddech, a jeszcze byłam przed tym kolejnym startem. Teraz siedzę i wiem, że już nie ma odwrotu. Zaczyna się moje trudne wydanie. Być może u końcu, będę wyglądała jak ten oskubany kurczak - trudno. Bylebym to przetrwała:)

Czytam wasze posty, dają mi trochę odskoczni od tego co się dzieje, ale wracam tak późno do domu, że nie mam siły odpisać. Jedyne co robię to kąpiel i spanie, a potem od nowa.  Postaram się troszkę pozaglądać i napisać kilka słów. 


września 12, 2026

września 12, 2026

Wrzesień, ale jeszcze w sierpniu

Wrzesień, ale jeszcze w sierpniu

 


Wiem, że już wrzesień i nieszczęśliwie większość z nas wróciła do pracy i musi się teraz zmierzyć z kolejnymi miesiącami nieszczęścia.., zabrzmiało okrutnie, ale nie ma co czarować. Wrzesień jest straszny, a potem już wjeżdża - byle to przetrwać ;))) 

Ale! Ja jeszcze żyję wspomnieniami ostatniego sierpniowego wyjazdu, kiedy to było tak pięknie, że można tylko sobie wyobrażać. Beztroska, spokój, klimat jak za dawnych czasów. Woda, kajak i nic więcej do szczęścia. Było to cudownie kilka dni, ale co odpoczęłam to moje, co popływałam kajakiem też moje. 






Przepiękny było to czas, nie chciałam wracać. Mimo, że w domu czekały kotki, ale wiedziałam, że powrót do domu, był jednoznaczny z powrotem do pracy. A tego w tamtym momencie w ogóle nie chciałam. Niestety... trzeba zarabiać żeby koty miały co żreć. Nie ma lekko w tym dorosłym życiu. 

A tymczasem już jest zaraz prawie połowa września, a ja siedzę w papierach i dosłownie mam dosyć papierów, komputera, bolą mnie oczy, plecy i głowa. Co będzie później strach pomyśleć. 



    Wrześniowa, nieszczęśliwa wersja biednego Bruchalka. Potrzebuję mnóstwo wsparcia i ojojania, bo ten początek roku był dla mnie naprawdę mocno stresujący, niby jest lepiej, ale jednak czuje wyczerpanie. Roboty po kokardy i w ogóle...



czerwca 08, 2026

czerwca 08, 2026

Jesteśmy w czerwcu

Jesteśmy w czerwcu

 


No więc przyszedł czerwiec, miesiąc jakoś średnio przeze mnie lubiany, ani to już ładna zieleń, ani tego pięknego wiosennego klimatu, letniego tym bardziej. Wiem, jak to zabrzmi, ale kiedyś te czerwce były cieplejsze, albo moje wspomnienia wyparły zimne epizody, jednak naprawdę teraz odczuwam wszechobecne zimno, a ciepło to tak na lekarstwo.  No ale, nie o pogodzie ten post. A o czerwcu i mnie w nim i raczej tego, jak mi nie jest w nim dobrze, a dopiero się zaczął. 

No więc "przygoda" samochodowa nie skończyła się tak szybko jakbym sobie tego życzyła. Co zrobić, byłam przekonana, że skoro chodzę o własnych całych kończynach dolnych, to przecież jest dobrze, ano nie jest. 

Zatem zastanawiam nad sensem istnienia i nad tym, czy moje kończyny górne oraz część trzymająca łeb zwaną szyją, zacznie się ogarniać, czy będą mi "radośnie" drętwieć przy dłuższym siedzeniu.



W każdym razie, nie będę się już zagłębiała w te moje uszkodzenia, których nie widać, a są. Tylko przejdę dalej do wynurzeń czerwcowych. Pamiętacie jak pisałam zimą, że zajmuje się bezdomniakami. Znaczy kotami, które się pojawiły u mnie i zostały. No więc, moja roboczo nazwana Kreska, przyszła pewnego dnia na karmienie i jak zobaczyłam jej stan, to zrobiło mi się lekko źle. Mimo wszystko liczyłam, że - może co zeżarła. 

Podawałam probiotyk, jakieś dostępne wspomagające kapsułki, ale jak mi za dwa dni to dziecię stanęło pod drzwiami wrzeszcząc w niebogłosy, telepiąc się jak nie trudno domyśliłam z bólu, wiedziałam jedno - sytuacja jest bardzo zła. Co było robić. Z histerią do R, że Kreska nam zejdzie i koniecznie trzeba na ten tychmiast do weta. 

No i pojechaliśmy. Powiem wam, że ja to byłam już przekonana, że to już nie rokuje. Że nic nie zdziałamy. Z  niej się lało, smród był okropny, wrzask jeszcze bardziej. Pani wet, którą szukałam na gwałt, żeby ktokolwiek już mi przyjął. Okazała się cudownym człowiekiem. O ile do mnie była z oschłym dystansem, tak do kreski ćwierkała przesłodko - bardzo dobrze, ona była najważniejsza. 

Kreska została zbadana, otrzymała antybiotyk silny i celowany we wszystko co możliwe. I porządny probiotyk. Mnie przypadło pilnowanie by zażywała leki i jadła, miała bardzo dużo jeść bo wyglądała.. cóż.  Nie chcecie wiedzieć. 


Wróciliśmy z Kreseczką, na czas leczenia zamontowaliśmy ją przy domu. Żeby mieć na oku. Mamy takie miejsce, gdzie była bezpieczna. Jejku, patrzenie na jej cierpienie to jakiś dramat. Byłam przekonana, że ona jednak tego nie dźwignie, poważnie, jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego, co działo się z tą małą kruszyną. Jednak ona cały czas walczyła, podchodziła zjadała wszystko co dałam i kładła się spać i spała. A my tylko dorzucaliśmy jak najlepsze jedzenie. 

Aż po lekkiej poprawie... przyszedł kryzys. I wtedy już mnie rozwaliło. Stałam i płakałam. Z niej się znowu lało, znowu płacz. Podałam leki. Umyłam co trzeba, bo widziałam jaki jest ogień, żeby jej ulżyło, pozwoliła. Poszła spać. 

Nie napiszę, że jest już w pełni zdrowia. Bo wiem, że jeszcze długa droga przed nami, na szczęście kryzys był przełomem. Kreseczka odżyła, inaczej się zachowuje, przestała patrzeć z tą bezradnością w oczętach. Przybiega, łasi się, nie odchodzi. Wtedy, tylko patrzyła i popłakiwała. Szła pomalutku jakby każdy krok był ogromnym bólem - obawiam się że tak było. Na szczęście leczenie przyniosło rezultaty, więc myślę, że moje bezdomne kocie dziecko "wyliże się" z lekką pomocą. 


Tak to u mnie ostatnio wygląda. Mam wiele pewnych przemyśleń, ale póki co, nie mogę się nimi podzielić. Niestety  rozczarowanie, jakie ostatnio doświadczam jest potężne. Cóż... 


Idę Was odwiedzać ;) 


maja 17, 2026

maja 17, 2026

Majowe o wszystkim i o niczym

Majowe o wszystkim i o niczym

 


No dobrze, możemy odhaczyć majówkę. Czyli wszystko co dobre i piękne zawsze się kończy. A co za tym idzie moja radość i beztroska. I nie, wcale nie mówię o smutnym powrocie do pracy. Mimo, że z pracą będzie związane, ale tylko po części. 

Bo właśnie jadąc sobie do pracy tego deszczowego dnia, gdy już piękna pogoda była wspomnieniem, myślałam sobie by zwolnić i jednak uważać, bo wiadomo. Ludzie jeszcze nie umieją się przestawić z ładnej na brzydko - bo przecież widzieć nie jest jednoznaczne z byciem świadomym, że pada. I tak sobie stałam rozmyślając, przy remontowanym kawałku ulicy, puszczając autobus gdy usłyszałam huk, a później szarpnięcie. A może jedno i drugie było razem. W każdym razie na pewno poczułam ból. 

Tak się niefortunnie złożyło, że człowiek jadący za mną, zagapił się i nie zauważył, że moje auto się nie porusza, tylko stoi, więc no wjechał mi w dupę. Mocno. Niemniej wyskoczyłam z tego mojego pojazdu, bo jednak uderzenie w głowę o zagłówek mimo, że nieprzyjemne zadziałało mocno pobudzająco.            I myślę idę sprawdzić co się stało. Bo rejestrowanie  było lekko zaburzone. No  i patrzę, auto za mną jakoś dziwnie daleko od mojego - w filmach to one są wbite w te samochody, a tamto było dalej. Ale moja dupcia troszkę zmieniła kształt, co nie bardzo mi się spodobało. Człowiek od samochodu uderzającego był w szoku, ja chyba też. Więc zapobiegawczo zadzwoniłam do brata zapytać co mam robić :)))). 

Nie będę opisywała wszystkiego bo niespecjalnie mam ochotę. W każdym razie skończyło się na szpitalu, siedzę na zwolnieniu i myślę, że jakoś ostatnio dziwnie to wszystko u mnie wygląda. Teraz czekają mnie pielgrzymki po ortopedach, neurologach, ubezpieczalniach i całej reszcie... Dlatego jestem tutaj więcej, bo jakoś muszę się uspokajać i mieć oderwanie od rzeczywistości. 

Ale, ale nie przyszłam tylko narzekać. Skoro o wszystkim i o niczym. To wam pokażę parę moich umilaczy. Ostatnio moja mama złapała fazę na anioły! znaczy figurki, ale nie takie boziowate, ale naprawdę spoko wyglądają. No i zerkałam sobie na te anioły. I słuchajcie. Dopadłam! Dla siebie. CZARNEGO ANIOŁA  no coś pięknego. Czarny anioł jak moje czarne serce - co do duszy jeszcze nie stwierdziłam czy posiadam, ale jeśli tak, to na bank też jest czarna. 


Mogłaby mieć twarz troszkę bardziej upiorną, ale trudno. Ważne, że odzienie jest czarne. Jest piękna. Nie zwracam uwagi na krytykę, także no. 

Kolejna ozdoba - tutaj rzekłam mamusi - o zobacz, jakie piękne te kotki! :D :D co zrobiła mamusia? 



Po prostu uwielbiam te ozdobę i ciągle się nią zachwycam. Jest idealna w każdym calu. Więc wdzięcznam mamusi, że mi kupiła. W ogóle muszę bardzo mocno uważać co mówię przy mamie, bo jak tylko usłyszy, że coś mi się podoba od razu mi kupuje. Bez mówienia też mi ciągle coś kupuje...;))
Czuję się trochę jak małe dziecko, ale nie narzekam. 

A i teraz totalnie inna tematyka, ale może komuś się przyda czy coś. - must have do paszczy. Mam paskudną skórę, nie wybacza błędów. Żadnych. I kiedy właśnie popełnię błąd, tylko kremy z tej serii ratują mi wygląd. 


Jeszcze mam z tej linii  Bielenda Hydro Lipidium SPF50 jest spoko. Ta trójca jest po prostu mega. Naprawdę ratuje skórę odwodnioną i nie ma żadnego zapachu - nie lubię zapachowych kremów. Kupiłam znanej dobrej marki i umieram po aplikacji, bo śmierdzi zgniłym sianem. Tutaj jest wszystko na tak. Konsystencja, wchłanianie i przede wszystkim efekt. Mój dziób w końcu zaczyna wyglądać przyzwoicie bo ostatnio przykro mi było patrzeć w lustro. 
W ogóle cena tych kremów to bajka - kupuję zazwyczaj za mniej niż 20 zł bo one ciągle są na promocji. Cena śmieszna. Mam o wiele droższe produkty - ze słynnym estee lauder, który miał robić efekt wow, a jest nijak. Także mnie już wielkie marki nie złapią. Serio jeśli macie skrajnie wysuszoną skórę i w dodatku kapryśną jak moja, to te kremy nie zrobią krzywdy, a na pewno ładnie nawilżą. Tylko oczywiście nie od razu. Znaczy od razu poczujecie ulgę, ale żeby zobaczyć to czas..


To teraz kolejny przeskok - nie wiem, czy będzie to polecanka, czy co, ale pokaże Wam i sami sobie zdecydujecie:) 



  Jest to Młyn Wielisław w Sędziszowej.  Restauracja i chyba można nocować. Z tego co czytałam. Ale właśnie. Moje nastawienie do tego miejsca jest mocno mieszane ponieważ, jedno jest zamieszczone w internecie, a drugie w rzeczywistości. Mój R napalił się, żeby pojechać bo tam mają jedzenie z gęsiny. Ja tam gęsiny nigdy nie jadłam, ale myślę spoko, sprawdzę co mają jeszcze. No i w internecie patrzę, poza ptakiem, jest też zupa rybna. A mnie się chciało ryby w zupie. Szczęśliwa myślę to zjem te zupkę, potem może jeszcze zamówię coś, co miało być, ale jednak się okazało, że nie było. I słuchajcie, moje rozczarowanie po otwarciu karty było tak potężne, że nie byłam wstanie podnieść głowy i patrzeć na tę niezbyt miłą panią zbierającą zamówienia. Pani lekko nieudolnie próbowała mnie na coś namówić. Jednak wiecie jak to jest? Jedziecie,  macie na coś ochotę i tego nie ma. W końcu wzięłam pierogi. Z gęsiną. 

Wyglądały tak


Powiem tak. Te pierogi są naprawdę smaczne! Tak delikatnego ciasta na pierogi to ja w życiu nie jadłam. Farszu po samiutkie brzegi, smaczny. To był mój pierwszy raz z gęsiną, nie powiem bym poczuła miłość, ale nie czułam smutku z jedzenia;) 
To coś w środku było całkiem spoko - taki niby dżem/ konfitura.  Cena 54 zł. Dużo mało? Nie wiem. pewnie ptak nie tani, to i pierogi muszą kosztować. .

Pierogi nie mogły otrzeć mojego smutku, więc musiałam pocieszyć się czymś słodkim. Padło na sernik. 


Sernik był również smaczny, ten kawałek wygląda na niepozorny, ale dosyć wysoki jak dla mnie wystarczający. No tutaj nie mam się do czego przyczepić. Jedzonko było naprawdę smaczne. 

Tylko właśnie - karta dań, co innego jest w internecie, co innego okazuje się na miejscu. Mam wrażenie, że połowa została wyrzucona. Ta połowa, która mnie interesowała. Kolejna sprawa - panie pracujące. Jejku, ja zdaje sobie sprawę, że no nie jest to łatwa praca, ale jak się przyglądałam nastawieniu do klientów i sposobu wypowiadania komunikatów... no pani słusznie zrobiła, że nie próbowała być taka do mnie... 

Tak więc, nie wiem, czy moje stanowisko jest polecające. Bo jedzenie dobre, ale  było to na zasadzie - zjedliśmy i idziemy bo czujemy się jak intruzi. A czasem miło sobie chwilę posiedzieć. Tak po prostu. 


lutego 21, 2026

lutego 21, 2026

Lutowe o wszystkim i o niczym :)

Lutowe o wszystkim i o niczym :)


 SESJA ZA MNĄ! No więc moi drodzy, jestem szczęśliwą studentką po zakończonej sesji. Egzaminy zdanie. Wszystkie na pięć. Aktualnie mam przerwę od zajęć, troszkę sobie zluzowałam z nauką. Jednak nie do końca, bo zaczęłam kolejne praktyki. Te będą mnie już bardziej stresować, ale o nich innym razem :).  Ważne, że mogę sobie odetchnąć od nauki.

Nie żebym miała spokój. Bo jak już człowiek myśli, że jest dobrze, to wyskakuje coś innego. Otóż mojej mamie zrobiła się dziura w nosie. No niby w nosie mamy dwie, więc żeby tym dwóm nie było "przykro", zrobiła się trzecia, gdzieś w okolicy przegrody i wywołuje krwotoki. Konieczny jest zabieg. Były badania, konsultacje jedne i drugie... I tak to się kręci, mama odpoczywa. A ja pilnuje żeby nic się tam nie działo niepokojącego. 


A jak już siedzę u mamy, to robię różne porządki i patrzcie co znalazłam ;) 



Miałam w liceum nauczyciela od Przysposobienia Obronnego, który po odejściu na zasłużoną emeryturę, każdemu uczniowi, którego uczył. Wysyłał takie pocztówki. Było ich więcej, pewnie gdzieś jeszcze są, ale akurat ta mi wpadła w ręce podczas przeglądania szpargałów. Miła to pamiątka, lubiłam tego nauczyciela. Nie mam pojęcia czy jeszcze żyje.. 


Z kolei w ubiegłym tygodniu spotkało szczęście jednego z moich bezdomniaczków. Otóż nasz malutki Jareczek o którego najbardziej się martwiłam tej zimy, znalazł kochający domek. Bardzo się cieszymy wszyscy, ponieważ mama go porzuciła, a on był za malutki żeby sobie samodzielnie poradzić "na wolności",  nie ukrywam już planowałam tymczasowo go przejąć do siebie. Na szczęście dzięki przypadkowi, dom trafił się sam :) 



Jareczek dzielnie jechał do nowego domku, nie płakał. Jakby wiedział, że teraz już będzie tylko dobrze:) Uwierzcie, że znalezienie dobrych ludzi dla zwierzątka, to największe szczęście. Jeszcze została Kreska. Cudowna kicia, która ma w sobie ogrom miłości. Wierzę, że i ona trafi do swoich ludzi. Oczywiście cały czas dokarmiamy, leczymy jeśli trzeba. Teraz planuję sterylizacje. Trzymajcie kciuki za Kreskę! 


Mój R zrobił mi Walentynkową niespodziankę, podarował piękny szal - oczywiście z kotami :) Chwalę się, bo my sobie zazwyczaj nie robimy prezentów, a tutaj coś tego mojego naszło. Doceniam! :)No i te kotki są cudne, sami przyznajcie :))) Wiecie, że jak dostaję prezenty, to wszystko z kotami, skarpetki, kubki, notesy,  breloczki, kolczyki ... 



Ale, ale! U nas już koniec zimy! Jejku jakże się cieszę! Miniony tydzień musiałam jeździć sama do pracy, bo mój R cwaniaczek, wziął sobie pracę zdalną i radośnie siedział w domu, kiedy ja walczyłam o przetrwanie na tych paskudnych śliskich drogach... 


Tak więc, mam nadzieję, że to już moje ostatnie kadry zimowe... .he he naiwna jestem co nie? :)




Jeszcze chwilka i mam nadzieję, że będzie coraz cieplej i ładniej i w ogóle zaraz marzec. A jak marzec to wiosna, nawet jeśli nie jest tak ciepło jak się chce, ale wiosna! Takie jest moje nastawienie i koniec:) Zima była piękna, wszystko cudnie. Nacieszyliśmy się nią bardzo. Wystarczy. 





lutego 11, 2026

lutego 11, 2026

Ferie zimowe

Ferie zimowe

 


Jak wspomniałam w poprzednim poście, moje ferie zimowe nie do końca spełniają oczekiwania, jakie bym sobie życzyła. Bo pierwsze dni nauka, pisanie prac zaliczeniowych i cała reszta. Czyli nie do końca odpoczynek, poza tą różnicą, że nie trzeba się zrywać przed 5.00 rano. 

No więc czekał mnie wyjazd do Warszawy na egzaminy zerowe - spokojnie, sesja właściwa dopiero przede mną ;)) jak już skończę to moje "odpoczywanie".  Tak więc, pojechałam do Warszawy, o dziwo pociąg wystartował o czasie i można powiedzieć bez żadnych przygód dotarłam do ponurej, zamglonej  i zimnej stolicy.  Nie ukrywam, że ten wyjazd był obciążony moim mocnym spadkiem sił fizycznych, byłam więc świadoma, że na pewno  odczuję w konkretny sposób, ale cóż. Nie chciałam rezygnować. 




Tak się teraz dokumentuje, że w tej Warszawie to my się jednak uczymy, a nie tylko sobie biegamy tu i tam. Chociaż powiem Wam, że tym razem naszym jedynym szaleństwem było wyjście do arkadii, bo pogoda była tak obrzydliwa, niezachęcająca do chodzenia gdziekolwiek. Pobuszowałyśmy po sklepach, zjadłyśmy i hop na kwaterę odpoczywać. Ale! Cieszę się, że mimo paskudnego samopoczucia byłam, ponieważ pani od statystyki dużo mi objaśniła i dzięki temu, nie jestem już tak mocno przerażona. 

Jak widać - taka była atrakcja po zajęciach, kupiłam mojemu R słodyczki, co by osłodzić moje wyjazdy, podczas których samotnie zajmuje się całą czeredą wygłodniałych kotów ;))

Później przyszedł czas na powrót i moi kochani. Na tym moje Eldorado i fart się zakończył. Niewielkie bo niewielkie opóźnienie pociągu, było tylko wstępem do jakże "przyjemnej podróży. Kawałek za Warszawą okazało się, że nie działa ogrzewanie. I wiecie. Moja podróż trwa ponad 6 godzin. W zimnie, jest to wręcz dramat. A było zimno,  co najgorsze, z tego co powinno wiać ciepło, wiało zimno. Siedzenie w zimnym wagonie z przeciągiem. Cudnie. Poubieraliśmy się w kurtki i trzeba było jakoś trwać. Dobrze, że był Wars, więc najpierw poszłam na obiad. Później w akcie desperacji pobiegłam po kawę - której zazwyczaj nie piję, no i ciastko.  Zaraz pokażę serwowane posiłki, były całkiem przyzwoite, a ciastko bardzo mi smakowało. Może to przez zimno? ;)) 





W ogóle kiedyś, to pamiętam tę kawę i ciasteczko dawali na normalnej zastawie, a teraz tektura i plastik... jak mnie denerwuje ta cała ekologia, która mi niszczy doznania jedzeniowe. Nie znoszę jeść plastikiem z tektury. Dramat i koniec kropka. Podróż mimo wszystko była przyjemna za sprawą współtowarzyszy niedoli :) Bardzo wesoły mieliśmy przedział, żartowaliśmy, wspominaliśmy różne historyjki i jakoś zleciało. 


Tymczasem, ostatnie dni ferii spędzam sobie u mamusi, zabrałam ze sobą dzieci i radośnie  spacerujemy, korzystamy z odpoczynku..:) 



Tak wiem, to dziecko wygląda troszkę dorośle... ;)))) a to dopiero siódma klasa.  Ale, ale! Skoro jestem u mamusi,  oznacza jedno - normalny internet! Będę Was odwiedzała :) 

stycznia 31, 2026

stycznia 31, 2026

Oczami dzieci

Oczami dzieci

Zaczęłam ferie! No mogłabym napisać, że to będzie piękny czas, ale za dobrze w życiu być nie może. Mam sesje ;))). Przedmioty mnie w tym semestrze przygniatają do ziemi i nie wiem jak zdam, ale taki pozytyw, że dzięki feriom będę mogła się pouczyć. Tyle w kwestii odpoczynku. 

No ale, żeby nie było. Praca w szkole jaka jest, większość wie. Zdania są różne i na ten temat się nie będę wypowiadała. Jednak powiem Wam, że to, co mnie najbardziej trzyma w tej pracy, to moje dzieciaki. Naprawdę, nie jeden raz miałam parszywy dzień, nastrój tragiczny i oni potrafili rozgonić  chmury.  A przynamniej na chwilę sprawić, że człowiek nie myślał o innych problemach. 

Dziś  trochę inny wpis, chciałam Wam zaprezentować - mnie oczami dzieci. Ile z tego nie raz miałam śmiechu, bo często wymuszały bezruch, a to proszę niech Pani wstanie i się cała pokaże :) a to inne dziwne polecenia.. 

Zapraszam do oglądania ;))))


Muszę Wam zdradzić, że tutaj jest idealnie odwzorowane w co byłam ubrana. A dziewczynka była w czwartej klasie, więc myślę świetnie sobie poradziła. To był mój pierwszy portret;). 


Za każdym razem podziwiam, jak te dzieciaki widzą najmniejsze szczegóły, naprawdę - niesamowite to jest. 


Żeby nie było - tego gestu palcami nie zrobiłam, tu już była wizja autorki obrazu ;))) 


Tutaj również mój wygląd, dodatki, kolory i wszystko było idealnie odwzorowane - dwa różne kolczyki też! :) 


Jednak w swoich zasobach mam nie tylko swoje portrety, a podrzucane liściki, lub kartki. Dzieci zawsze pytają - czy pani ma te nasze obrazki? No mam, zawieszone w gabinecie. I wiecie co? Jak oni się cieszą, kiedy wchodzą i widzą te swoje rysunki :)

   
   Tak, takie malutkie liściki, czasem sobie człowiek znajduje tu i tam na biurku ;)



   
           Albo takie kartki, które naprawdę robią dzień 


 
              Lub nazbierane w parku kwiatuszki i przyniesione bez okazji :)



       Czy namalowany na płótnie piękny obraz, którym się zachwycałam gdy był na wystawie 



 Tak więc mam ferie, mam nadzieję, że trochę odpocznę. Zdam egzaminy, nie będzie żadnej poprawki. Chociaż statystyka i psychometria mnie lekko przerażają, mózg zawiesza się na skośności, kurtozie i analizie konfirmacyjnej. Nic to, może dam rade.... trzeba mieć nadzieję. 



Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger