piątek, 31 maja 2019

Samobójca


Będę szczera już na wstępie. Nie lubię debiutów. Różnie z nimi bywa, jedne są od razu strzałem w dziesiątkę, inne potrafią załamać. Z drugiej strony, lubię czasem dać szansę, nowemu, młodemu autorowi, który chce się sprawdzić. Wyobrażam sobie, jaki musi towarzyszyć przy tym stres oczekiwania — jaka będzie ocena? Dlatego, tym bardziej uważam, że należy być szczerym. Nawet jeśli uwagi będą niezbyt przyjemne.

Ta książka długo czekała na przeczytanie, za co przepraszam autorkę jeszcze raz. Kiedy w końcu przeczytałam, musiała odczekać na swoją opinię, no ale oto już jest. I mam nadzieje, że będzie szczera i sprawiedliwa.

Flora, dziewczyna inna od wszystkich. Nie z zewnątrz, ale w środku. Odbierała świat nieco inaczej od reszty, emocje przeżywała intensywniej. A kiedy doszło do jej największej tragedii w życiu, odcięła się od tego świata zupełnie. I chociaż uczęszczała do szkoły, nie potrafiła z nikim zawrzeć znajomości, nawet nie czuła takiej potrzeby.

Rodzice żyli osobno, matka była, ale jakby jej nie było przy Florze. Ojciec tylko wymagał, ale czy wspierał? Nie, a przecież z zawodu miał wspierać tych w potrzebie.

W końcu poznają się, Flora i Felis, a nie powinni. On miał być dla niej niewidzialny, coś jak anioł stróż, tylko w nieco innym wydaniu i założeniu. No ale, plany mają to do siehbie, że lubią ulegać zmianą.

Losy obojga nastolatków, w momencie, gdy ich ścieżki się przecinają — a jak się później okazuje, było to zamierzone, o czym jedna ze stron wiedziała. Zmieniają się, o czym oboje już nie wiedzieli. Miało wyjść zupełnie inaczej. On musiał wypełnić powierzone zadanie, Ona miała dojść do punktu, który został jej z góry wyznaczony. I nagle, role jakby się odwróciły.

Nie chcę za wiele pisać o fabule, bo każdy, kto zdecyduje się na przeczytanie, powinien odkrywać sam to, co zostało zawarte w książce.

Chciałabym Wam tutaj napisać, już teraz biegnijcie po książkę, bo jest fenomenalna.

Nie jest, ale nie jest też zła. Jeśli chodzi o sam pomysł. Ten jest w pewien sposób intrygujący, chwilami skłania do przemyśleń — czy rzeczywiście, ktoś, gdzieś poukładał naszą przyszłość, a my, nie mamy na to wpływu? Ciekawe.

Niestety muszę napisać, o minusach, a troszkę się ich nazbierało. Tutaj chyba przede wszystkim zawaliła korekta i redakcja. Nie wiem, dlaczego do tego doszło, ale wyszło na niekorzyść autorki. Bo błędów jest sporo. Można oczywiście udawać, że się ich nie widzi i czytać, ale nie o to chodzi. Ktoś ma swoje zadanie, powinien wykonać solidnie. Cóż, ucierpiała książka.

Kolejna sprawa, niektóre wątki są nieco szalone, zbyt szybko się dzieje w krótkim czasie. Rozwój pewnych wydarzeń jest zawrotny, jak na kolejce górskiej, rozpędzamy się i nagle zwalniamy. Podobnie jest z bohaterami, troszkę pewne uczucia zbyt szybko wybuchły, zbyt silne i poważne deklaracje, ja czegoś takiego nie kupuje, ale ja mam czarne serce, więc nie muszę być wiarygodna. Jest tu naiwnie, jest tak typowo młodzieżowo.

Fajny jest pomysł z tymi Niezmiennymi, bo mimo tych zarzutów, które padły, czytałam z zainteresowaniem. Chciałam wiedzieć, co się dalej wydarzy. Jak potoczą się losy Flory i Felisa. I jeśli mam być szczera, to o ile korekta ulegnie poprawie, autorka pozbiera swój warsztat, jak należy, a myślę, że jest to do zrobienia, będę wyczekiwała kolejnych części.




Za możliwość przeczytania dziękuję autorce. 




wtorek, 28 maja 2019

Cynamon, chłopaki i ja





Po literaturę młodzieżową, zawsze chętnie sięgałam, nie miałam z tym jakoś nigdy problemu. Chociaż od pewnego czasu, nieco rozjechało się moje zainteresowanie tym gatunkiem. Cynamon jednak już miałam, nie wypadało więc nie przeczytać. Jestem sroką okładkową, a ta jest naprawdę w moim klimacie, pozostawało pytanie, czy opisana historia, również wpasuje się w mój gust?


Vicky jest typową nastolatką, ma swoje kompleksy, ma też prawdziwą przyjaciółkę i pewną dosyć ciekawą, ale i kłopotliwą przypadłość. Czasami, gdy poczuje zapach cynamonu, przenosi się w inne miejsce. Tak, dokładnie tak. Jest w alternatywnej rzeczywistości. W swoim ciele, ale o nieco zmienionym wyglądzie, jak i otoczeniu. Dlaczego tak się dzieje? Tego nie wiadomo. Jej przyjaciółka ma swoje pewne teorie, ale na razie, żadna nie ma potwierdzenia.

Tymczasem dotychczasowe życie Vicky, toczy się wokół szkoły, nadchodzącego balu u jednej z najbogatszych rodzin i mamy. Może to dziwnie zabrzmiało, ale odkąd mama rozstała się z jej ojcem, jest sama. I każdy tym się interesuje, chce znaleźć odpowiedniego kandydata na męża.

Nastolatka ma problem z chłopcami, wiadomo w tym wieku to normalka. Jest po uszy zakochana w jednym, najbardziej jej zdaniem przystojnym młodzieńcem. Niestety ten, nie wykazuje żadnego zainteresowania. Co gorsza, podczas przeskoków w czasie, okazuje się, że jej alter ego, w przeciwieństwie do niej samej, bardzo dobrze sobie radzi w tych sprawach. I podczas tych podróży, zaczynają się dziać zabawne i chwilami kłopotliwe sytuacje.

Jest ich dwie, zupełnie różne, a jednak te same. Nie mają pojęcia, dlaczego co jakiś czas zamieniają się swoimi ciałami i lądują w zupełnie innej rzeczywistości. Co z tego może wyniknąć?


Na początku byłam niesamowicie ciekawa tej książki. Od zawsze lubiłam tematykę podróży w czasie. Po mojej ukochanej trylogii czasu jestem otwarta na każdą podobną. Dlatego, gdy przeczytałam opis cynamonu, bardzo chciałam przeczytać. No i, okazało się, że niezupełnie jest tak, jak oczekiwałam.

Owszem były przeskoki, ale całość jakaś taka rozwleczona, przegadana nie tam, gdzie trzeba i odnosiłam wrażenie, jakby autorka miała pomysł, ale nie umiała go przełożyć na fabułę. Przez co improwizowała. Niestety, takie uczucia towarzyszyły mi przez pierwsze chyba 170 stron. Tak, sprawdziłam, kiedy zaczęło się dziać na tyle ciekawie, bym chciała kontynuować Cynamon.

Później faktycznie robi się ciekawej. Przerzuty w czasie zaczynają mieć jakiś sens. Przede wszystkim są dłuższe, przez co wydarzenia nabierają innego znaczenia. Chwilami było naprawdę zabawnie, mogłam wczuć się w emocje bohaterki.

Lubię od czasu do czasu poczytać młodzieżówki, nie uważam, by były kierowane tylko i wyłącznie do grupy docelowej. W tym przypadku troszkę się rozczarowałam, nie potrafiłam wczuć w pewne sytuacje i dosyć długo fabuła po prostu mnie nudziła. Aż zaczęłam się zastanawiać, czy to czasem nie jest pora, by zakończyć przygodę z tą kategorią.

Mimo wszystko, obiektywnie oceniając książkę, muszę napisać, że nie jest ona zła. Po prostu u mnie nie zaskoczyło tak, jakbym tego sobie życzyła. Przynajmniej nie od razu. I chyba dlatego czuje się rozczarowana. Niemniej, książkę polecam fanom młodzieżówek.




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina.


niedziela, 26 maja 2019

Rektorski Czek



Ta książka od razu mnie do siebie przekonała, zanim jeszcze trafiła w moje ręce. Nie wiem, ale miała w sobie zapowiedź naprawdę ciekawej i zajmującej lektury. I kiedy w końcu usiadłam do czytania, okazało się, że miałam racje. Zacznę jednak od początku. Bo chociaż na okładce napisane jest — romans kryminalny, to tego romansu, ku mojej radości było nie za wiele. Dlatego też nie do końca rozumiem, dlaczego taka kategoria widnieje na okładce. W każdym razie książka przeczytana, teraz napiszę o moich wrażeniach.

Akcja toczy się dwutorowo, zaczynamy od zapisków z przeszłości pewnego człowieka, który przed śmiercią, chce opowiedzieć historię kilku bardzo ważnych osób. Sto lat później, te notatki będą miały bardzo wielką wartość. Na razie, ów człowiek, prowadzi w pewnym sensie spowiedź z całego swojego życia.

Następnie przenosimy się do czasów współczesnych, poznajemy Karolinę, pracownicę archiwum. Wraz ze swoim mężem mieszkają w bardzo starej kamienicy, przez przypadek, kobieta znajduje nieprzytomną sąsiadkę, starszą panią. Może nie do końca jest to przypadek, po prostu Karolinę zaciekawiły niedomknięte drzwi mieszkania, weszła i jej oczom ukazał się dosyć nieprzyjemny widok. Gdy wezwała odpowiednie służby, postanowiła odwiedzić chorą w szpitalu, by oddać klucze. Na jednej wizycie się nie skończyło, bo dosyć osobliwa staruszka, okrutnie drażniąca, miała coś, co fascynowało archiwistkę. Mianowicie, stare i bardzo cenne zapiski. Przetrzymywane w sposób, który przyprawiał o dreszcze, osobę zajmującą się cennymi dokumentami.

Od chwili kiedy Karolina poznaje leciwą sąsiadkę, w jej życiu zachodzi wiele zmian. Zaczyna odkrywać tajemnice sprzed wieku, a ta wciąga i zajmuje każdą myśl. I chyba przez to całe zamieszanie, umyka kobiecie coś bardzo istotnego.

Nagle zaczynają pojawiać się dziwni ludzie, ona sama pada ofiarą napaści, później jest świadkiem tragicznej śmierci. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Wszystko ma powiązanie ze starym mieszkaniem i jego właścicielką. Jaką tajemnice kryje stuletnie mieszkanie i jego właścicielka?

Jak napisałam na początku, nie do końca rozumiem tego romansu. Cóż, będę się tego czepiała. Romansu tam tyle, co kot napłakał, owszem są jakieś wyskoki na polu damsko-męskim, ale żeby od razu podpiąć pod kategorie romansu? Nie bardzo mi pasuje. W każdym razie uważam, że jest to atut. Bo zagadka dokumentów i treści zapisków, wciągały z każdą kolejną stroną.

Przede wszystkim, człowiek, który postanowił spisać swoje wspomnienia, był bliskim sługą słynnego lekarza, Rektora Uniwersytetu w Poznaniu. Człowieka niezwykle cenionego i poważanego. Te zapiski były niezwykle ciekawe. A wydarzenia, które miały miejsce przeszło sto lat temu, robiły wrażenie. Także chyba ta część książki, była dla mnie najbardziej interesująca.

Oczywiście, ciekawe były zadania, jakie otrzymywała Karolina od swojej upierdliwej sąsiadki. Obie kobiety miały w sobie coś drażniącego, chociaż staruszka, później, kilka razy wprowadziła mnie w rozbawienie.

Pani Joanna Jodełka, bardzo ciekawie połączyła przeszłość z teraźniejszością, wplatając w wydarzenia postaci, które, kiedy wniosły wkład w założenie Uniwersytetu. Ja cały czas będę się upierała, że to notatki historyczne zrobiły najwięcej dobrego dla książki, ale wątek kryminalny był świetnie i naprawdę ciekawie skonstruowany. W życiu nie domyślałam się, kim jest brodaty mężczyzna z samochodu, ale chyba właśnie o to chodziło. By do końca nie wiedzieć.

Czytałam książkę zainteresowaniem od początku do końca, nie było nawet chwili, bym poczuła znużenie, czy niechęć. Jak już zaczęłam, tak musiałam skończyć. Tylko nie dajcie się zwieść temu romansowi, bo tego akurat jest mało, za to kryminał w sam raz. Na całe moje szczęście. Polecam.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal.


sobota, 4 maja 2019

Licencja na dorosłość


Długo, oj bardzo długo przyszło nam, fanom Klasy Pani Czajki, czekać na kontynuację tej serii. Pamiętam, jakie wywarła na mnie wrażenie ta pierwsza, kierowana do młodszych, ale i tak czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Później była LO - teria. I problemy tych starszych, jednak jeszcze nie całkiem dorosłych ludzi. Ich losy były różne, niektóre decyzje przyniosły poważne konsekwencje. Po zakończeniu byłam niezmiernie ciekawa, co dalej? W końcu my, czytelnicy, otrzymaliśmy odpowiedzi, czy takie, jakie oczekiwałam?
 


Kto przeczytał Lo - terię, pamięta, co stało się z Małgosią, a raczej to, że nagle zniknęła. Minął już jakiś czas, odkąd po prostu zapadła się pod ziemię. Maciek cały czas jej szuka. I chociaż wie, że to, co było między nimi, już nigdy nie wróci, chce wiedzieć jedno — dlaczego? Dlaczego wyjechała i zostawiła go bez jakiejkolwiek wiedzy, dlaczego nie zasługiwał na słowa pożegnania? Często niewiedza, jest gorsza od najstraszniejszej prawdy. I właśnie tej prawdy Maciek szuka, chce stanąć przed Małgorzatą i usłyszeć, a później zakończyć ten etap życia.

Kamila, która związała się z Olkiem, czuje, że coś w tym związku jest nie tak. Niby wszystko było dobrze, ale gdzieś czuje, że powoli zaczyna się odsuwać od chłopaka. Przychodzi myśl, czy z nią jest coś nie tak? Po zmarłym Wojtku nie rozpaczała tak, jak powinna, teraz czuje, że znowu nie jest szczęśliwa.

Gdy poznaje Marcina, odpowiedzialnego i pochłoniętego wychowywaniem rodzeństwa chłopaka, zaczyna odczuwać inne emocje. Ta relacja jest dziwna i trudna. Bo Marcin, nie jest na każde jej zawołanie, mało tego, On nie boi się powiedzieć prosto w oczy Kamili, co myśli o jej zachowaniu.

Bardzo wiele, dzieje się w tej części. Niektóre sprawy potoczyły się w zupełnie nieoczekiwany dla mnie sposób, najważniejsze jednak zostało napisane.
 


Muszę przyznać, że nie bardzo trafiło do mnie, zachowanie Małgorzaty, jej decyzja, zachowanie i tłumaczenia. Pamiętam, co działo się z jej matką, to jak bardzo była przytłoczona atmosferą w domu. Tylko czy rzeczywiście, jej wręcz brutalne zniknięcie i odcięcie się od ludzi, którzy byli bliscy, było w porządku? Sama nie wiem, trudno jest osądzać. Wcześniej bardzo lubiłam tę postać, ale później po prostu było mi dziwnie, nie taką Małgo pamiętałam i nie umiałam się odnaleźć w jej postępowaniu. Oczywiście wszystko jest wytłumaczone, ale czy to wystarcza? Dla mnie nie, no ale takie niestety jest życie. Ludzie się zmieniają i często nic nie możemy z tym zrobić.

Kolejni bohaterowie, których już wcześniej poznaliśmy, Kinga i Michał, ta para jest dosyć specyficzna, ona totalna kujonka, niesamowicie ambitna — będę szczera, z takimi ludźmi zawsze było mi nie po drodze. Nie lubiłam kujonów. Dlatego też nie polubiłam Kingi. Jej celem była nauka, wszystko kręciło się wokół jak najlepszych osiągnięć. No, a reszta była wtedy, gdy znalazła się przerwa między jednym zakuwaniem a drugim. Podziwiałam Michała, ja bym na jego miejscu dawno uciekła.

No i Kamila, tej dziewczyny nie można określić, lubię czy nie lubię. Z jednej strony niesamowicie drażniła, z drugiej, potrafiła pozytywnie zaskoczyć. I ta mieszanka, sprawiała, że jej osobowość nie była jednoznaczna. Co można określić sporym plusem. No i kiedy dziewczyna poznaje Marcina, mamy możliwość przyglądania się tej znajomości, z rosnącym zainteresowaniem dlaczego? A to już należy samemu sprawdzić.

Książkę chciałam czytać długo, nawet sobie robiłam przerwy, ale tylko na chwilę, bo już po kilku minutach znowu sięgałam i czytałam. Bardzo trudno było mi się znowu z nimi rozstać. Nie wiem czemu, ale ta seria ma w sobie to coś, co sprawia, że oni wszyscy, stają się bardzo autentyczni, i przeżywa się wydarzenia, jakby były prawdziwe. Szkoda, że już za mną lektura. Może kiedyś, będę miała czas, żeby przeczytać wszystkie, jedna po drugiej. Bardzo polecam tę serię, jest świetnie i życiowo napisana. 
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

środa, 10 kwietnia 2019

Obcy powiew wiatru

źródło



Sagi rodzinne mogłabym czytać i czytać. Jeśli są dobrze napisane oczywiście. Jednak prawdą jest, że nie potrafię przejść obojętnie, gdy wpadnie mi w oczy opis. Tak też było tym razem, dostałam polecenie i jak doczytałam, o czym dokładnie będzie, że saga i tak dalej, nie musiałam długo się zastanawiać.

Na temat twórczości Magdaleny Majcher troszkę słyszałam, ale do tej pory jakoś nie było mi po drodze. I w końcu oto pojawił się Obcy powiew wiatru, postanowiłam sprawdzić, jak też przypadnie mi do gustu opisana historia.
 


Poznajemy rodzinę Zielczyńskich, mieszkającą w Lubomlu, kiedyś ziemie te należały do Polski, tam właśnie swoje dzieciństwo i młodość doświadczyła Marcjanna. Nasza główna bohaterka. Dziewczyna ukończyła szkołę, teraz pozostaje tylko podjąć decyzję, co dalej? Jaką powinna wybrać drogę życia? Już niebawem przekona się, że jej zdanie nie będzie miało znaczenia, bo kto inny zadecyduje jaki los czeka wielu ludzi.

Zanim jednak do tego dojdzie, dziewczyna wyjeżdża na wakacje na wieś, do rodziny swojej matki. Miejsce, które od zawsze kojarzyło się z beztroską i szczęściem.

Teraz okazuje się, że większość koleżanek z dzieciństwa szykuje się do wyjścia za mąż, dla Marcjanny jest to trudny okres, ma wrażenie, że gdzieś ta dawna nić porozumienia znikła, ona została po inne stronie. Jeszcze dla niej niedostępnej.

Tymczasem po powrocie do miasta, okazuje się, że w kraju zaczyna dziać się coś złego. I chociaż wiszące widmo wojny wprowadzało napięcie, to wszyscy mieli nadzieje, że najgorsze rozegra się na zachodzie. W jakim byli błędzie! Rzeczywistość szybko postawi do pionu i sprawi, że każdy kolejny dzień będzie gorszy od poprzedniego. A najgorsze dopiero miało nadejść.

Ukochane rodzinne miasto, najbliższe okolice, nagle z dnia na dzień przestają być Polskie, mieszkańcy zmuszeni są do przyjęcia sowieckiego paszportu, w innym wypadku opuszczają miasto. Jak pogodzić się z taką zmianą? Żyć niby u siebie, a jednak już u obcych? Zostać czy wyjechać? Rodzinę Marcjanny czekały trudne chwile, jeszcze trudniejsze wybory przyszłości.



Jak wspomniałam na początku, było to moje pierwsze spotkanie z autorką. Myślę, że śmiało mogę określić za udane. Bardzo szybko wczułam się w fabułę książki, która już po pierwszych stronach zainteresowała i tak już się utrzymywało do samego końca.

Jako że akcja rozpoczyna się ostatniego przedwojennego lata, a później wydarzenia nabierają taki, a nie inny obrót, trudno napisać, by czytało się przyjemnie. Owszem styl autorki jest bardzo przystępny, opisywane wydarzenia nie przerażają brutalnością.

Jest to dobrze i ciekawie napisana saga rodzinna, której korzenie zostały zamieszczone w takim tle historycznym. Dlatego, jeśli ktoś liczy na bardzo dokładne opisy wydarzeń po wybuchu Drugiej Wojny Światowej, może poczuć się nieco zawiedziony.

Tutaj przyglądamy się rodzinie Zielczyńskich. Matce i ojcu Marcjanny, jej bratu, ale i również babce ze wsi, wujostwu i kuzynce Rozalii. O tej ostatniej trudno jest mi napisać coś pozytywnego. Ponieważ za każdym razem, jej zachowanie wprawiało mnie w coraz większe zdumienie. Według mnie jest to postać samolubna i po prostu bezmyślna. Ciekawa jestem, jak dalej potoczą się jej losy.

Sama Marcjanna nie wywiera wielkiego wrażenia, zwykła dziewczyna, ani pusta, ani zarozumiała. Może tylko pod sam koniec, nie do końca zrozumiałam, dlaczego została tak ukazana, ale co poradzić, tak zadecydowała autorka.

Mam problem z opisem i w sumie, gdy czytałam podziękowania, zdumiona byłam, że tyle się działo na temat Ustronia, skoro o tym miejscu mamy wzmiankę dopiero na samiutkim końcu, gdzie praktycznie dowiadujemy się niewiele. A tutaj cała uwaga skupiona właśnie tylko i wyłącznie na tej miejscowości, co z resztą? Jest to oczywiście takie moje czepianie, ale bardzo mnie zadziwiło, że pierwszy tom, którego akcja głównie rozgrywała się na Kresach, od razu rzuca nam cały splendor na Ustronie.

Jestem ciekawa, co będzie dalej, obawiam się tylko, czy autorka czasem nie planuje pójść w kierunku, który jest oklepany i na mnie raczej wywrze negatywne wrażenie, oby tak się nie stało. I akcja mnie porządnie zaskoczyła.

Tymczasem polecam, jest to przyjemna książka. Dobrze rokująca saga. Warto przeczytać.



sobota, 6 kwietnia 2019

Nad Śnieżnymi Kotłami



Chyba znowu wracam do czytania kryminałów, po dosyć długiej przerwie, gdzieś powolutku zaczynam odczuwać chęć do zagadek z motywem morderstw. Na pewnym etapie czytania poczułam przesyt, czego wynikiem była kilkuletnia przerwa.

Tak się złożyło, że ostatnio trafiały w moje ręce dosyć ciekawe tytuły. Może nie są z kategorii ciężkich i chwilami grozy, ale na moje aktualne potrzeby, wpisały się w sam raz. Dziś przychodzę z opinią do książki Krzysztofa Koziołka — Nad Śnieżnymi Kotłami. Tytuł ten zainteresował mnie głównie dlatego, że akcja została umiejscowiona w ówczesnej Szklarskiej Porębie, jak i okolicach, tj. Jelenia Góra, Karpacz — miejscowości aktualnie bardzo mi bliskie. Sama akcja rozgrywa się na chwilę przed rozpoczęciem Drugiej Wojny Światowej, to też dzisiejsze ziemie Polskie, wtedy należały jeszcze do naszych zachodnich sąsiadów. Byłam niesamowicie ciekawa klimatu minionych czasów. Czy autor sprostał moim oczekiwaniom, a sama historia okazała się godna uwagi i poświęconego czasu?
 


Poznajemy asystenta kryminalnego Antona Habichta, od kilku miesięcy zamieszkującego Schreiberhau, miejsce, które pierwotnie jawiło się niczym wybawienie, lepsza pensja oraz lokum, w którym zamieszkali. Można by powiedzieć, że trafili do raju, niestety nie do końca tak było. Problem stanowiła praca, a dokładniej — przełożony. Szczerze nienawidził nowego pracownika, co za każdym razem dobitnie okazywał. Habicht czuł, że na posterunku inni współpracownicy drwią za jego plecami, co niektórzy nawet nie próbowali się kryć ze swoim nastawieniem. On sam niewiele mógł. Musiał zaciskać zęby i znosić upokorzenia, na przykład w postaci przydzielonych zadań.

I tym sposobem, a raczej kolejnym przytykiem, miało być wysłanie do jednego z hoteli górskich, w którym doszło do kradzieży biżuterii. Sprawa z pozoru dla zwykłego funkcjonariusza, a dostał On, asystent kryminalny, takie upokorzenie.

Na miejscu okazuje się, że główny problem szybko zostaje rozwiązany, ale traf chce, że Habicht, staje się świadkiem śmierci jednej z kobiet, nikt nie wie, czy był to nieszczęśliwy wypadek, a może ktoś przyczynił się do wypchnięcia z okna.

Razem z asystentem rozpoczynamy dochodzenie, które tak naprawdę będzie wierzchołkiem góry lodowej, a jej zakończenie zaskoczy nie tylko samego głównego zainteresowanego.


Książką bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, przede wszystkim wiedzą autora na temat opisywanych miejsc, przeróżnych ciekawostek, całej topografii. Byłam naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Widać włożony wkład i dopieszczenie każdego szczegółu. Każda ścieżka, którą poruszamy się wraz z Antonem Habichtem została odwzorowana w taki sposób, że nie dało się jej nie zobaczyć oczami wyobraźni.

Nie zapominajmy, że mieszkańcami są Niemcy, również ich nastawienie do nadchodzącej wojny, oczekiwania zostały bardzo realnie odwzorowane. Można by powiedzieć, otrzymaliśmy możliwość wejść w ich buty i poczuć-chociaż nie rozumieć, zachowania w pewnym sprawach.

I chociaż postać Antona Habichta nie wzbudziła mojej sympatii, oddać trzeba, że mimo niechęci, czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Jego dociekliwość i upór były godne pochwały. Niestety tylko te dwie cechy. Bo zbyt rozdmuchane ego, bardzo często sprawiało, że miałam ochotę go kopnąć w głowę.

Pan Krzysztof Koziołek napisał bardzo ciekawy kryminał retro, ale co najważniejsze, zostały przemycone dosyć kontrowersyjne tematy, które jak podejrzewam, miały swoje miejsce w rzeczywistości. I jeśli my, Polacy jesteśmy oburzeni tym, co wyrządzili nam Oni w czasie wojny, to wystarczy przeczytać o tym jednym przykładzie, by zrozumieć, że dla Rzeczy, byli w stanie zrobić wszystko. Dosłownie wszystko. I ta świadomość budzi przerażenie.

Nie wiem, czy w obliczu odkrywanych tajemnic, stosowne będzie napisać, że książkę czytało się przyjemnie. Chwilami czułam szok niedowierzania, co żądza władzy potrafi zrobić z ludźmi. Jednak mimo tego, Nad Śnieżnymi Kotłami czyta się z zainteresowaniem, jest mnóstwo ciekawostek, które nie każdego na równi mogą zainteresować, ale na pewno nie przeszkadzają.

Szczerze polecam ten tytuł, sama mam w planach nadrobienie innych książek autora, mam nadzieje, że mnie nie zawiodą.
 
 

niedziela, 24 marca 2019

Kiedyś książki się czytało, teraz robi się tylko zdjęcia

źródło


Ten tekst miał powstać już dawno, ale jakoś ciągle nie miałam możliwości, by usiąść i poukładać wszystko jak należy. No i nareszcie jest niedziela, mogę sobie wylać pewne gorzkie żale — w końcu w kościele katolickim pora Wielkiego Postu, atmosfera odpowiednia.

No ale, ja nie na temat zapatrywań religijnych miałam pisać, a czegoś zupełnie innego. Pamiętacie te czasy, kiedy książki o zgrozo się czytało i po zakończeniu pisało opinię, pod którą była często zażarta dyskusja? Pewnie większość nie będzie miała pojęcia, o czym piszę. Jaka dyskusja, jakie czytanie. I nie, nikogo tutaj nie oskarżam, tylko ostatnio zderzyłam się z brutalną rzeczywistością, schowaną pod płaszczem instagrama.

To jak? Wiecie coś na temat dyskusji o przeczytanej książce? Pewnie, że NIE! Teraz się już tego nie praktykuje. Teraz nadeszła era Instagrama, a co za tym idzie, robienia pięknych schematycznych zdjęć. Nie ważne co wpadnie pod obiektyw. Jeśli masz profil książkowy, zapodajesz zdjęcie książki. I koniec. Na co czytać? Ma być fotka. Ma przyciągnąć uwagę tłem, kompozycją. I... KONIEC. TADAM! Takie szaleństwo. Za starych czasów, gdy wchodziłam na salony blogowania, recenzowania, człowiek się spinał, żeby opinia miała sens, żeby zainteresowała czytelnika, pobudziła do rozmowy.

Aktualnie książek większość ludzi prowadzących profile nie czyta, bo po co? Ma być ładne zdjęcie, licznik polubień ma się zgadzać. A nie, jakieś głupie rozmowy, o czym była książka, kogo to obchodzi? Chyba tylko takie dinozaury jak ja...

Słuchajcie, no i mam lekki ból, bo cholera co się porobiło? Te wstrętne zdjęcia z gołymi nogami i książką, serio??? Chyba gorzej upaść nie można było. Słuchajcie, mnie jako czytelnika interesuje, co WY tam napiszecie o przedstawionym tytule, a nie tępe pytania — Jak mija Wam słodziaki dzień? I mnie, jako kobietę ani nie grzeją, ani nie ziębią te Wasze roznegliżowane kopytka, które psują do książki jak pięść do oka, w sumie ta pięść lepiej z okiem się podpasuje...

Rozumiem, nie chce się już nikomu tworzyć elaboratów o książce, ale chyba sklecenie kilku zdań o tym, co przeczytaliście, podbicie do dyskusji nie sprawia trudności? Czy może jednak boli? I w sumie jak pomyślę o tych nogach, to moda nastała nie tylko na kontach książkowych, innych również.  I tutaj w samo sedno tej całej szopki trafiła moja kochana Pudi , której fanką stałam się jakiś czas temu. Nasze tematyki blogowe i instagramowe różnią się konkretnie, a jednak podobne rzeczy nas denerwują. 
Miałam zrobić karykaturę tych nóg, ale Wiola jakiś czas temu mnie ubiegła, trafiła celnie i stwierdziłam, że królowej nie można naśladować;) Także poniżej, pokażę Wam, jak to wygląda, trendy, klonowane i radośnie praktykowane przez większość Instagrl. 



źródło


A wiecie, dlaczego tak mnie to wkurza? Bo nie ma w tym nic z naturalności. Wszystko sztuczne, wyreżyserowane, ktoś mi ostatnio pisał o spójności, jaka spójność? Ludzie, nie udawajmy, czytanie? Podrzućcie fotkę, kawy i książki na stole, będzie super. A te całe sesje, gdzie tylko podkładacie produkt pod tło, wzbudzają we mnie i z tego, co już wiem, u wielu innych, mdłości. Nie, to nie jest fajne.

Ja też lubię ładne zdjęcia, ale nie sztuczność, jest diametralna różnica między zrobionym ładnie zdjęciem, a paskudnie sztuczną pozą, w dodatku klonem z wielu innych profili.

Wiecie, jak wchodzę na konta, a na lubię sobie czasem pobiegać wirtualnie, mam wrażenia, jakby ciągle była u jednej osoby, jeden schemat — kawa, książka, jakieś rozsypane płatki kwiatków, co większe burżujki kładą całe wiechcie, kocyk i kopyta. YEAH! To jest to!

I nie przyczepiam sie tej kawy, moja kochana Kasiek,  bardzo często wrzuca fotki z kawą i książką, ale one są swojskie, często piżamowe, naturalne, bez tej całej szopki. Co najważniejsze, z Kasią można porozmawiać o wybranym tytule, a nie tylko wejść by pochwalić "jajć jakie słitaśnie zdjątko! Aaaa!"
I powiem szczerze, ja takie profile uwielbiam. Gdzie jest misz masz, są piękne zachody słońca, jest książka pod pachą, znajdzie się też nadgryziona kanapka. 



źródło

Widzicie różnice? Nie trzeba śmiesznie wywalonych gołych nóg, nie potrzeba wiechcia kwiatów — dajcie tym roślinom spokojnie rosnąć, by zdjęcie było ciepłe, klimatyczne i aż przyciągało uwagę. Nie trzeba urządzać sesji zdjęciowych, które po prostu są sztuczne, pod publikę. Nie pokazują rzeczywistości, tylko kreują i promują sztuczność. I jeśli ktoś mi zarzuci, że jestem zazdrosna, bo moje konto ma tylko 390 obserwujących, to powiem jedno, tak sobie to tłumaczcie. Mogę mieć o wiele mniej, byle tylko Ci ludzie, czytali moje wpisy, a nie odhaczali polubienie. Lajk za lajk.... Tak się teraz zbija popularność.

Ja się chyba zgubiłam w tym świecie. Te siedem lat temu, gdy zaczynałam pisać pierwsze opinie, byłam w stresie, czy dobrze wyjdzie, kto przyjdzie do mnie z komentarzem, jak potoczy się dyskusja. Nie miałam pojęcia o żadnych współpracach. Blog założyłam po to, by mieć z kim porozmawiać o przeczytanych książkach. Teraz... teraz nikt nie rozmawia. Teraz robi się tylko zdjęcia. Na instagramie jest walka o obserwatorów, o to, by czym prędzej nawiązać współpracę. Fajnie, tylko gdzieś w tym wszystkim zgubiło się coś ważniejszego. A najgorsze jest, że do tego wyścigu szczurów dołączyła się grupa osób, po których nigdy bym się tego nie spodziewała. I taki żal mnie dopadł. Bo po co? Naprawdę w dzisiejszym świecie, nie można być po prostu sobą? Skończyły się rozmowy, teraz liczy się prześciganie, kto zrobi fajniejsze zdjęcie.



czwartek, 21 marca 2019

A ja żem jej powiedziała

źródło

Na temat Kasi Nosowskiej wiedziałam tyle, że śpiewa. I to dobrze. Bardzo lubiłam i cały czas lubię, piosenki, a w szczególności teksty Kaśki. Są takie prawdziwe, nie ma niczego podkolorowanego. I chyba dzięki tej realności, już od niepamiętnych czasów, miałam sympatię do tej niepozornej piosenkarki. Bo o Kasi mało wiedziałam, nie brała udziału w skandalach, nie szalała w przekombinowanych strojach papugi, by zaistnieć. Po prostu śpiewała. Tylko tyle, czy aż tyle?

W końcu gdzieś mignęła mi zapowiedź książki. Pomyślałam, no nie, Kaśka, co Ty? Chcesz się bawić w te upadającej celebrytki, których nikt nie chce oglądać, to zaczynają pisać książkę? Nie chciałam tego czytać, bo po co?

I przyszedł dzień, taki z tych, które nie lubimy, bo jest kolejnym z rzędu, szarym i po prostu do czterech liter wsadzić. Odpaliłam czytnik, popatrzyłam na okładkę i myślę — raz kozie śmierć. Najwyżej przerwę i czytanie.
 


Zaczęłam czytać, książka nie jest jakimś cudem fabuły, tam się nie dzieje nic, co można powiedzieć, akcja mnie pochłonęła. Jednak jeśli ktoś powie, że te wypociny są byle jakie, skłamie. Mówię Wam, nie wierzcie w negatywne opinie.

Przede wszystkim Nosowska pisze o swoim życiu. O tym, jak to wszystko się zaczęło. A zaczęło jak w wielu rodzinach. I czasem było lepiej, czasem gorzej, z przewagą tego gorzej. Jednak ona gdzieś tam, szukała samej siebie. Różna i kręta to była droga. Z każdego zakrętu zostawały wnioski. Wyciągnięte z bólem, a później i śmiechem.

Chociaż jak to w życiu bywa, zanim nauczymy się śmiać z własnych potknięć, wiele łez się połknie.


W książce każdy rozdział porusza inny temat. I myślę, że każdy z nich, trafi do innej grupy, te co mnie ujęły, u innego mogą wzbudzić niechęć. Chyba właśnie o to chodziło. Pokazać różnorodność w jednym człowieku. W tym, że na co dziś patrzymy i myślimy, za jakiś czas możemy zmienić kompletnie zdanie.

Co najbardziej spodobało mi się w tej książce? To chyba podejście Kasi do tego, co zrzucał jej los, bywało naprawdę różnie. Gorzej i bardzo gorzej. Od akceptacji samej siebie, po przemoc ze strony mężczyzny, braku zrozumienia w rodzinie. Chociaż nigdy, nie padło zdanie, że rodzina jest zła. Co to, to nie, po prostu wpływ, jaki miała na późniejsze życie, nie do końca był tym, jaki chce się, otrzymywać w spadku idąc w dorosłość.

A ja żem jej powiedziała
, to podróż do przeszłości, wyciąganie  wartościowych lekcji z teraźniejszości i branie się za bary z przyszłością. Bałam się, że to będzie próbowanie zbicia popularności, ale byłam w błędzie. Te opowieści są zbyt szczere, czasem naprawdę osobiste. A sama Kaśka, nie wydaje się człowiekiem, który idzie do sławy, nie patrząc jakim sposobem. Myślę, że jest jedną z niewielu piosenkarek, które słuchamy, nie myśląc o jej sztuczności, w dzisiejszych czasach coś niespotykanego.

Książkę przeczytałam w odpowiednim dla mnie momencie, o dziwo, nie myślałam, że te pierwsze rozdziałowe słowa wstępu, tak mocno będą obrazowały moją obecną sytuację. I tego, jak się zakończy...


niedziela, 17 marca 2019

Co w trawie piszczy



Bajki od zawsze lubiłam oglądać, nie ma znaczenia czy są bardziej lub mniej "dziecinne", po prostu oglądam niemalże każdą produkcje animacyjną. Tym razem mój typ padł na "Co w trawie piszczy". Z opisu dowiedziałam się, że poznamy pasikonika, który przemierza świat, nie goszcząc zbyt długo w wybranym miejscu. I nagle trafia na pewną łąkę, tak piękną, że decyduje się zostać, w dodatku jego serce reaguje szybszym uderzeniem, na widok pięknej pszczoły. Planuje zdobycie względów swej ukochanej i sympatii mieszkańców łąki, ale czy Tonikowi uda się osiągnąć swój życiowy cel?

Poznajemy Tonika (głosu użyczył Janusz Wituch), pasikonik dociera do pewnej łąki, od razu zachwyca się sielskością tego miejsca, spokojem i jedynym w swoim rodzaju urokiem. W dodatku poznaje pewną piękną pszczołę, jak się później okazuje Margerytka (głosu użyczyła Paulina Łaba) jest królową. Jak wiadome, jej rola w ulach jest bardzo ważna i nie może ot tak sobie wylatywać na łąkę, a właśnie tego najbardziej jej brakuje. Bycia zwykłą pszczołą, która może sobie polatać i nacieszyć urokiem wolności. Chociaż przez chwilę.

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.



źródło

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.

Byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej bajki, miałam nadzieje, że ta produkcja będzie wesoła i jak wiadomo z morałem. No niestety, może i jakiś tam morał był, ale wymuszony, a całość chyba niekoniecznie wydawała się przeznaczona do najmłodszych odbiorców.
 

źródło


Przede wszystkim dialogi, ale i również wizerunek postaci. O ile pszczółki wyglądały jak latające beczułki, albo kulki, co jeszcze mona było znieść, tak osa Vespula, została wykreowana dosyć osobliwie, na taką osią famme fatale. Nie wiem, ale myślę, że takie za bieg był zupełnie niepotrzebny o ile grupą docelową faktycznie miały być dzieci.

Kolejna rzecz, to dialogi. Tutaj w ogóle nie umiałam stwierdzić, co miał na myśli twórca. Ponieważ całość trąciła intrygami na poziomie dorosłych ludzi. Słownictwo było dalekie do zrozumienia dla małych dzieci. I jak wspomniałam, zachowanie osy, po prostu zwaliło mnie z nóg. Ja wiem, że już mieliśmy złe królowe, które chciały odebrać życie pięknym królewną, a wszystko z zazdrości. Mimo wszystko w tamtych bajkach czuć było klimat dziecięcy, tutaj nie.

Żeby nie było, moje spostrzeżenia zostały poparte u głównych zainteresowanych - czyli dzieci. Obejrzały bez wielkiego zainteresowania, a gdy już bajka dobiegła końca, nie umiały powiedzieć czy była fajna. Po prostu kolorowa. Żarty, które miały rozbawić ani razu nie wywołały śmiechu, myślę że nie pozostaje nic więcej do dodania. Bajka "Co w trawie piszczy", nie sprawdziła się w swojej roli. Mnie samą znudziła, oglądałam byle jak najszybciej skończyć.

Nie umiem polecić tej bajki. Sama nie spędziłam zbyt przyjemnie czasu podczas oglądania, myślę, że jest sporo o wiele ciekawszych produkcji.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

środa, 13 marca 2019

Matka sułtanów




Moja fascynacja historią władców Tureckich rozpoczęła się od słynnego serialu. Jak wiadomo, filmy, a zwłaszcza seriale, rządzą się własnymi prawami. I prawdziwej historii zazwyczaj jest niewiele. Dlatego wiedziona ogromną ciekawością, zaczęłam wyszukiwać lektury, które ukazywały jak najwięcej prawdziwych wydarzeń. O sułtance Kösem, mniej słyszałam. Może nie czułam już aż takiego zainteresowania? Nie wiem, jednak gdy otrzymałam możliwość zapoznania się z drogą do tak potężnej pozycji, nie potrafiłam odmówić. I tak oto, w moje ręce trafiła Matka sułtanów.
 

Poznajemy młodziutką Afro, zamieszkującą jedną z Greckich wysp, dziewczyna jest zakochana w pewnym młodzieńcu, ale niestety jej los, został już dawno przesądzony. Opiekun, który wychowywał piękną dziewczynę, dobił targu, z bardzo zamożnym człowiekiem. I oto niespełna czternastoletnia Afro, ma poślubić, niedorozwiniętego młodziana.

Na szczęście ukochany janczar, nie ma zamiaru oddać swej wybranki, planuje ucieczkę. I pewnej nocy, wsiadają na łódkę, która ma ich doprowadzić do innej krainy. Gdzie już nikt nie stanie na przeszkodzie ich wspólnemu szczęściu.

Oboje nie mają pojęcia, że podróż zakończy się zupełnie inaczej, a noc, która miała rozpocząć ich wspólne życie, będzie ostatnią, a później zostaną rozdzieleni.

Afro trafi do rodziny, która zaopiekuje się nią jak własną córką, później, splotem wielu ciekawych wydarzeń, znajdzie się w pałacu Topkapi, nie mając pojęcia, że to niesamowite miejsce, już niebawem, stanie się nie tylko jej domem, ale później miejscem władzy.



Książką dosyć długo czekała na swoją kolejkę, nie wiem dlaczego. Ponieważ naprawdę byłam jej ciekawa. Nawet nie kierowałam się żadnymi opiniami, może przeraziła mnie objętość, bo naprawdę tomiszcze konkretne. W końcu przyszła pora, gdy zasiadłam do czytania.

I tak mogę powiedzieć, że początek był naprawdę bardzo, ale to bardzo wciągający. Historia dzieciństwa i dorastania Afro/Kösem ukazała nam dziewczynę zupełnie inaczej, niż to, co można obejrzeć w telewizji, a która prawda jest tą jedyną? Gdzieś czytałam, w źródle, że Kösem rzeczywiście pojawiła się w pałacu ze swoją opiekunką, która była medyczką wezwaną do postawienia diagnozy. Młodziutka przyszła sułtanka, czekała na swoją piastunkę w jednej z pałacowych komnat, do której wszedł książę i ujrzał przepiękną dziewczynę. Jak się owo spotkanie zakończyło, a raczej jego skutki, znamy wszyscy.

W książce też jest to podobnie ukazane, no i sama Afro, była dziewczyną niebywale sympatyczną i serdeczną. Aż trudno uwierzyć, że z tak delikatnej i wręcz słodkiej istoty, powstała tak silna i władcza sułtanka. Jakie było jej życie w pałacu, zanim stanęła u szczytu hierarchii?

Myślę, że książkę można ocenić różnie. Bo z jednej strony, a raczej do pewnego momentu, historia niesamowicie wciągała, dzięki czemu czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Później, gdy już Kösem dochodzi do władzy, zaczynają się dziać rzeczy, które męczą. Knucie, spiski, morderstwa i ciągłe oczekiwanie na kolejne podważenie panującego władcy.

Można odnieść wrażenie, że lata panowania tej potężnej sułtanki, to jedno wielkie spiskowanie i morderstwa. Ciągłe dbanie o to, by ten, kto ośmielił się sprzeciwić, poniósł wysoką karę.

Nie wiem, czy każdemu przypadnie do gustu objętość i zawartość książki. Bo jak wspomniałam, początek jest naprawdę ciekawy, ale później emocje opadają.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


poniedziałek, 11 marca 2019

Zawierucha




Długo zbierałam się za przeczytanie Zawieruchy. A to wszystko było spowodowane serialem, który obejrzałam i w pewnym sensie, pożałowałam, że śledziłam, zanim poznałam kontynuacje w wersji, od której zaczęłam swoją przygodę z serią. Dlatego potrzebowałam czasu, aby nabrać dystansu do ekranizacji.

I oto trzecia część doczekała się, nareszcie zapoznałam się z losami bohaterek, które wcześniej poznałam. Miałam swoje pewne sympatie i antypatie, a po przeczytaniu utwierdziłam się w swoich początkowych odczuciach. Zanim jednak przejdę do oceny, skreślę kilka słów dotyczących fabuły.
 


Odzyskana niepodległość, z jednej strony radość i euforia, z drugiej rzeczywistość. Bo zanim naród odzyska to, co utracił, musi swoje wyszarpać. Trwają walki o odebrane ziemię, o decydujące słowa w sprawie losów narodu. I w centrum wszystkich wydarzeń, są one — siostry Biernackie. Właścicielki gazety. Początkowo pomysł wydawał się szalony, ale teraz, gdy kobiety uzyskały prawo głosu, ich pozycja zmieniła się i nabrała powagi. Chociaż i tak, dawne uprzedzenia zwłaszcza ze strony mężczyzn nie miały zamiaru odejść bez echa.

Każda z nich, niejeden raz, musiała zmierzyć się z pogardą i niechęcią, w końcu kobiety powinny mieć swoje miejsce w domu przy dzieciach. Bez prawa do wypowiadania się, zwłaszcza na tematy państwowe, a co dopiero o nich pisać i wypytywać.

Równolegle śledzimy prywatne losy Aliny, Maryni i Lali. Młode kobiety, miały swoje pierwsze przeżycia na polu miłosnych i zawodowym. I chociaż wydawało się, że są ze sobą bardzo blisko, to jednak skrywały przed sobą tajemnice.

Alina stara się, by jej praca była profesjonalna, napisane artykuły dorównywały tym, które wychodzą spod pióra mężczyzn. I tutaj wiele zyskała, dzięki znajomości z Rudolfem Katznerem, co nie oznacza, że sama w sobie nie była zdolna. Przeciwnie, jednak wybić się kobiecie w tamtych czasach, graniczyło z cudem, albo wymagało pomocy. I właśnie pomocną dłoń, wyjął w stronę najstarszej z sióstr poważany w środowisku wydawniczym Katzner. Między tym dwojgiem nawiązała się nic porozumienia, nie tylko na polu zawodowym, ale również prywatnym.

Marynia, zaręczona z Szymonem, oczekująca wieści na temat powrotu, ale z każdym dniem, jakby coraz mniej. Tutaj zaczęła żyć swoimi sprawami, rachunkami redakcji, wyliczaniem i pilnowaniem by wszystko miało swój porządek — w liczbach.

W jej uporządkowanym świecie zamiesza pewien mężczyzna. Do tego stopnia, że zwątpi w prawdziwość i moc uczuć do narzeczonego.

W końcu Lala, po dramacie z Wiednia, nie potrafiła się otrząsnąć z własnego nieszczęścia. Nagle z bajki została wrzucona w horror. Kolory zmieniły się w czerń, a ona sama, nie umiała się podnieść z załamania. Brutalna prawda wdarła się okrutnie, odbierając wszystko. A przed nią jeszcze wiele wydarzeń.

Znowu wchodzimy w buty trzech sióstr, a nawet ich bliskich z rodziny. Możemy poczuć żale, rozterki. A wszystko w otoczeniu wzniosłego odradzania Polski. I to pytanie, czy panie Biernackie zaznają szczęścia?
 


Wspomniałam we wstępie, że dosyć sporo czasu upłynęło, zanim sięgnęłam po Zawieruchę. Wszystkiemu winien był serial. Z początku odebrałam ekranizacje pozytywnie. Byłam bardzo ciekawa, jak też losy bohaterek, będą wyglądały na szklanym ekranie. Cóż, muszę ze smutkiem, a wręcz rozczarowaniem napisać, nie tego się spodziewałam. I tak bardzo mnie całość zawiodła, że nie miałam serca do czytania. Musiałam po prostu odczekać, zapomnieć te sceny, które wywołały we mnie zbyt wiele negatywnych odczuć.

Wrócę do książki, Zawierucha podobnie do Jesiennego poniedziałku, dokładniej wgryza się w historię. Co jak wcześniej pisałam, było dla mnie ogromnym atutem. Cieszyłam się, że autor poruszył wiele ciekawych wątków. Przeplatające życiowymi perypetiami jednej z krakowskich rodzin.

W tej części nasze siostry są już doświadczone przez wojnę, mają pierwsze przeżycia miłosne, które w pewien sposób odcisnęły swoje znamiona.

Mnie chyba najbardziej, drażniła Lala, ja naprawdę rozumiałam jej rozpacz. Niestety ta histeryczna natura, doprowadzała mnie do szału. Biegająca egoistka. Wszystko musiało się kręcić wokół niej, co podobnie wyglądało również i w filmie. Nie polubiłam tej postaci, w żadnym stopniu nie potrafiłam wczuć się w jej nastroje i reakcje.

Z kolei Marynia, była niebywale mdła i wręcz nijaka. Nie miała w sobie nic, co przytrzymałoby na niej uwagę. Może urodę, chociaż któż to wie? Jestem kobietą, dla mnie to za mało. Be wyrazu, z jednej strony chciała pokazać, że ma coś do powiedzenia, ale szybko się wycofywała. Widać liczby zdominowały. O ile Lala wywoływała jakieś emocje, tak Marynia żadne. Po prostu była.

Na koniec postanowiłam sobie zostawić Alinę, najstarszą i chyba najbardziej lubianą przeze mnie siostrą. Z jednej strony cechowała się powagą, ale miała w sobie coś z szaleństwa. Nie była nudna. Jej relacja z Katznerem wzbudzała zainteresowanie i aż chciało się czytać wątki z tym dwojgiem. Bardzo im kibicowałam.

Oczywiście nie można pozostawić bez słowa najstarszych z rodu, Babka, ciotka i matka. Tak, w tej kolejności. Nie potrafiłam nie lubić babki, twarda, bystra i mająca w sobie taką wrodzoną dostojność. Budziła szacunek, samą obecnością. Ciotka, tutaj zostaje pokazana jej druga natura, ta bardziej po kobiecemu wrażliwa. I matka, chwilami szalona, a jednak widząca więcej, niż się każdemu wydawało.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu książki, mam niebywale mieszane uczucia. Bo ogólnie, nie można się niczego przyczepić. Napisana bardzo dobrze. Tylko te wszystkie związki międzyludzkie, jakieś takie toksyczne, niezdrowe wręcz. Gdyby zrobić analizę każdej z nich, można powiedzieć, że tam nie uświadczy się zdrowego, takie dobrego związku. Wszędzie kłamstwa, na bakier z moralnością. I chociaż moralność to kwestia dyskusyjna, ja miałam w wielu przypadkach dziwne odczucia.

Rozumiem zawiłości życiowe, zbierania doświadczeń, które w przyszłości będą miały znaczenie, ale tutaj, zbyt wiele się działo niezdrowego. Nie wiem, w filmie byłam wręcz przerażona związkami Lali, tego wypaczonego obrazu uczuć. W książce może aż tak nie razi, ale jest.

I na koniec sceny wiadome. Zawsze piszę kiedy, coś mi nie podejdzie. Oj, Oj, nie podeszło mi bardzo. Nie jestem pruderyjna, ale chyba nie takich opisów się spodziewałam. I znowu porównam, w filmie bardzo mnie raziły owe sceny, w książce było podobnie, zamiast pobudzić wyobraźnię, dostawałam kwaśną cytrynę, chyba na otrzeźwienie — nie mylić z orzeźwieniem.

Podsumowując, wątki historyczne były bez zarzutu, świetnie i ciekawie napisane, losy naszych bohaterek również. Nie zabrakło moich ulubionych listów Szrajbera, które zawsze wywoływały wzruszenie. Również może i poboczna postać Zygmusia i Cesarza, niesamowitej i osobliwej pary.  Dzięki temu wszystkiemu, książkę czytało się naprawdę dobrze, bo mimo moich pewnych narzekań, oceniam  całość oczywiście pozytywnie.
 
 
 
 

czwartek, 7 marca 2019

Mia i biały lew



Od zawsze lubiłam książki, które dotyczyły przyjaźni między człowiekiem a zwierzęciem. Nie wiem, ale takie historie zawsze mnie rozczulały i wywoływały wiele przeróżnych emocji, zależnych od tego, jak potoczyły się losy.

Tym razem miałam możliwość poznać Mię i jej białego lwa. Duet dosyć osobliwy i można by powiedzieć, nieco niebezpieczny, jeśli chodzi o postać zwierzęcia. Jak wyglądały początki relacji tych dwojga, czy przyjaźń między człowiekiem a groźnym drapieżnikiem jest możliwa?


Mia wraz z rodzicami i starszym bratem zamieszkała w Afryce, na farmie dziadka, który przepisał ją swojemu synowi. Teraz ojciec dziewczynki, stara się, by to miejsce znowu odzyskało dawną świetność. Niestety ona, czuje się tam nieszczęśliwa. Przeprowadzka z Londynu była wbrew jej woli, zostawiła swoich przyjaciół, miejsca, które lubiła. W tym nowym i dzikim miejscu czuje się odosobniona.

Zupełnie inaczej nową sytuację odbiera jej brat, który jest bardzo wrażliwy, zwłaszcza na krzywdę zwierząt. W jego pokoju jest mnóstwo poranionych przedstawicieli różnych gatunków. Chłopiec bardzo mało się odzywa. Często ma w nocy koszmary, po których budzi się z krzykiem. Wierzy w pewną historię, którą opowiada mu matka, ale czy jest to tylko wymyślona legenda? Czy tkwi w niej ziarenko prawdy?

Dziewczynka bardzo długo buntuje się, nie potrafi pogodzić ze zmianą, jaka nastąpiła w jej życiu. I nawet gdy w ich domu pojawia się wyjątkowe zwierzę — biały lew, nie chce się z nim zapoznać. Ignoruje go i unika. Jednak mimo jej niechęci, kocię zaczyna dreptać właśnie za nią. Powoli zdobywa sympatię małej buntowniczki. A więź, jaka się stworzy między tym dwojgiem, zadziwi wielu ludzi.


Książkę czyta się niemal ekspresowo, tylko otworzyłam paczkę z przesyłką, siadłam i przeczytałam. A sama historia bardzo mnie wciągnęła. Poznajemy główną bohaterkę oraz jej rodzinę, wydaje się, że tworzą oni niemalże idealny obraz, który zakłóca krnąbrność dziewczynki. Jej niechęć do miejsca, w którym zamieszkała, otoczenia i szkoły, bije z każdej strony. W dodatku Mia nie lubi słuchać o tym, co dzieje się na farmie. Zwierzęta zamieszkujące ich dom, są dla niej przeszkodą.

Można by powiedzieć, że pierwsze strony ukazują, narzekającą na wszystko i wszystkich Mię, z jednej strony jest to troszkę irytujące, z drugiej jednak należy mieć na uwadze, że ona po prostu tęskni za swoim dawnym światem, a tutaj czuje się wyobcowana.

Moment, w którym zaczyna darzyć sympatią białe lwiątko, jest punktem zwrotnym, ale nie tylko w jej życiu. Dzięki tej relacji Mia zaczyna inaczej postrzegać zachowanie swojego brata. Interesować jego problemem, aż w pewnym momencie, między tym dwojgiem zaczyna się rodzić porozumienie.

Cała przemiana zachodząca w dziewczynce jest ukazana w ciągu kilku lat, nic nie wydarzyło się ot tak, jak za dotknięciem różdżki.

I można by pomyśleć, że od tej chwili będzie już cukierkowo i różowo. Nic bardziej mylnego. Rodzice mimo radości spowodowaną zmianą córki, cały czas uświadamiają, że lew, gdy dorośnie, będzie musiał opuścić pokój i ogólnie ich dom. Jest on drapieżnikiem, który w każdej chwili może zaatakować. Mia nie przyjmuje tego do wiadomości, jej uczucia są silne i jest przekonana, że Charlie — bo tak nazywa się lew, odwzajemnia podobnie.

Niestety, oboje będą musieli się przekonać, że nawet wyjątkowy lew, nie może żyć spokojnie, a ojciec, który przez cały czas opowiadał, jak działa na rzecz dobra dzikich zwierząt, potrafi zawieść zaufanie.

Bardzo ładna jest to historia, która ukazuje piękną przyjaźń, wychodzącą poza ramy zdrowego rozsądku. Każdy dorosły wie, że dzikie zwierzę, nawet oswojone, może być nieprzewidywalne, a instynkt potrafi z przyjaznego kotka, wydobyć okrutnego oprawcę. Z jednej strony można zrozumieć obawy rodziców dziewczynki, z drugiej więź tych dwojga, jest tak nieprawdopodobnie piękna, że chce się wierzyć w jej nieskończoność.

Było wiele chwil wzruszających, ale i mometami przerażających. Sytuacja, jakiej świadkiem była Mia, wywarła i na mnie ogromne wrażenie, żalu, a nawet gniewu. Niezrozumienia, jak ludzie mogą chcieć zabijać zwierzęta dla rozrywki, dla mnie jest to chore i powinno być zakazane, niestety jest wręcz odwrotnie.

Mimo że książeczka z pozoru wydaje się króciutka, to ma w sobie bardzo bogate i mądre wnętrze, szczerze polecam. Jestem niesamowicie ciekawa filmu.



Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Media Rodzina.


poniedziałek, 4 marca 2019

Żółta tabletka plus




Dzisiaj przychodzę z książką, która mnie osobiście niesamowicie zaskoczyła. Przede wszystkim zacznę od tego, że ja nigdy nie lubiłam opowiadań, krótkie formy nie do końca do mnie trafiały. Byłam troszkę na dystans, bo rozczarować się można szybko, ale też nie chciałam całe życie trwać przy jednym, bo kiedyś miałam niechęć. Nadszedł czas, by sprawdzić, jak się sprawy miewają. Na tapetę wzięłam opowiadania i humoreski Anny Sakowicz, a czy Żółta tabletka zadziałała pozytywnie, dowiedziecie się w dalszej części tekstu.
 

Książka oferuje czytelnikowi osiemnaście opowiadań, które mają rozbawiać. No i teraz tak, z jednej strony, część z nich, rzeczywiście mogła wywołać u odbiorcy uśmiech rozbawienia, czasem nawet takiej groteski. Jak na przykład opowiadanie o Mieciu, które z tego, co widzę, zrobiło największą furorę, bo w większości zostało przytoczone. Może dlatego, że jest jako jedne z pierwszych śmiesznych.

Chociaż mnie rozbawiła historia pewnej kobiety, planującej karierę w filharmonii. Szczerze mówiąc, czytałam z pewną dozą szoku i coraz większego zainteresowania, jaki będzie finał. Oczywiście nie zdradzę, jak kończyły się wybrane opowiadania, jedno jest pewne, każde potrafiło solidnie zaskoczyć, a to było najlepsze podczas czytania.
 

Muszę przyznać, że chociaż nie jestem zwolenniczką krótkiej formy, to w żółtej tabletce, jakoś one wszystkie do siebie pasowały. Jedne były prześmiewcze, drugie boleśnie ukazywały rzeczywistość, jak na przykład jedno o różowym pokoju. 

Co bardzo zwróciło moją uwagę, to sposób, w jaki autorka wplatała w historyjki, naszą codzienność, ludzką mentalność. Bo może i rzeczywiście niektóre zdawały się przerysowane i oderwane od rzeczywistości, jednak miały w sobie bardzo dużo prawdy, tej najmocniejszej.

Trudno jest opowiadać o książce, w której tyle się wydarzyło, a nic ze sobą nie miało wspólnego, oprócz spostrzeżeń życiowych. Były momenty, kiedy naprawdę się uśmiechnęłam i rozbawiłam, ale były też takie, kiedy ukazane wydarzenia, problemy wywoływały smutek. Jak na przykład historia o mężczyźnie nie w swoim domu, nierozpoznającym otaczających go ludzi, dlaczego tak się działo? Gdzie było i co było powodem przebywania wśród obcych? No i wspomniany Mieciu, który poszedł na dupy, jego żony i przede wszystkim jej działań.

Kobiety, która chciała zmienić swoje życie, przez rozpoczęcie kariery w filharmonii. Każda z nich miała swój koniec, różny. Jednak dający sporo do myślenia.

Nie spodziewałam się, że książka wywoła we mnie tyle pozytywnych odczuć, mało tego, bardzo bym chciała bliżej poznać twórczość autorki, ponieważ skoro opowiadania tak bardzo przypadły mi do gustu, to mam wrażenie, że z resztą tytułów może być tylko lepiej.

Pozostaje pytanie, komu mogę polecić Żółtą tabletkę plus? Myślę, że każdemu, komu wszystko, co ludzkie, nie jest obce. Trzeba czytać i widzieć to, co jest przemycone między zdania. Szczerze polecam. Warto!




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


poniedziałek, 25 lutego 2019

Oczy Uroczne

źródło


Często w moich recenzjach pisałam, że z twórczością Marty Kisiel bywa różnie. Jedna grupa bierze w ciemno i czyta, co autorka napisze, druga nie potrafi się wgryźć w charakterystyczny styl. Ja miałam to szczęście, że już pierwsza książka wpasowała się w mój gust, później było lepiej, aż do pewnego spadku zachwytu przy Sile Niższej. No i w końcu nadeszły wyczekiwane Oczy Uroczne, na które naprawdę czekałam i cieszyłam się jak dziecko, gdy do mnie dotarły. Radość niestety była zbyt szybka. Dlaczego? Postaram się wszystko dokładnie wyjaśnić, już za chwilę.


Oda zamieszkuje dom, niby nic nadzwyczajnego, ale ów dom, został wzniesiony na ruinach dawnej Lichotki, a każdy, kto pamięta, była ona wyjątkowa pod każdym możliwym względem. To też, nowa właścicielka, wraz z nowymi czterema ścianami, odkrywa, co kryje się w piwnicy. I jest to dosyć przerażające zjawisko. Dwa rogate czorty, w tym jeden postanawia wyjść spod ziemi i ulokować się w koszu z praniem. Drugi, no z drugim było nieco więcej problemów, ale nie o nim teraz.

Nasza bohaterka mieszka więc sobie, razem z czortem Bazylem i kuleczką. Jest praktycznie szczęśliwa, bo dom na odludziu i pracę ma. Wszystko niby jest tak, jak należy. Roch jak zawsze stoi z pomocą. Oboje wiedzą, że nie są zwykłymi ludźmi. Wiedza ta tworzy między nimi, pewną nić porozumienia, która w pewnym momencie, zostanie mocno nadwątlona.

Tymczasem w okolicy zaczynają dziać się dziwne zjawiska. Pacjenci Ody są atakowani, nie wiadomo przez kogo albo przez co. Ich obrażenia są dosyć specyficzne. W końcu sama pani doktor, odczuwa po sobie samej, że nadchodzi coś niedobrego. O czym przepowiadają pewne znaki. W dodatku Roch jakby się oddala i nie wie, co jest tego powodem. Jakby tego było mało, Bazyl postanawia zapoznać się z okolicznym lasem, pomysł ten, nie do końca jest dobry.
 

Chciałam, naprawdę tak bardzo chciałam, w tym miejscu zachwycić się nad fabułą. Bo zaczęło się naprawdę świetnie. I było tak długo, czytałam jednym tchem, bez opamiętania, nie odrywając od stron. I uwierzcie mi, że to, co wydarzyło się później, doprowadziło mnie do takich emocji, których dawno nie miałam podczas czytania. Niestety, owe uczucia były i w sumie w dalszym ciągu, są negatywne.

Zacznę od postaci, bo Oda i jej współlokator Bazyl, są naprawdę wyjątkowi. Zwłaszcza ten drugi. Wprawdzie do mnie, nie bardzo trafił sposób pisowni jego wypowiedzi, po prostu łamałam sobie język, no ale tak musiało być, żeby oddać sytuację. I w porządku, tego się czepiała za bardzo nie będę. Bazyl jest super i nie można go nie polubić. Chociaż do krakersika mu daleko.

Idziemy dalej, atmosfera w książce jest bardzo intrygująca. Chwilami straszna, by w momencie rozbawić. I ta przeplatanka naprawdę robi wrażenie. Demony, postaci, które nie umiałam określić, budzące strach i niepokój. Wszystko to budowało odpowiednie napięcie.

No i nagle stało się BUM. Tyle że nie w tę stronę poszło, jakiej oczekiwałam. Bo nie wiem po jaką choinkę, autorka wymyśliła sobie, by pomiędzy te odrealnione postaci, wmontować wątek sławnej afery szczepionkowej. I ja rozumiem, że ma rozgłos, chciała się wykazać. No pięknie szczytny cel, w mniemaniu zwolenników. Tylko ja chciałabym wiedzieć dlaczego? Dlaczego postać anty, była przedstawiona jako wytatuowana debilka?

Czy Pani uważa, że każdy przeciwnik jest kretynem? Nie szczepi, bo nie? Bo w książce zostało to ukazane płytko i bezsensu. Ulotki z tępymi hasłami. Takie typowe bicie piany. A gdyby się pochylić nad tematem, to się okaże, że osoby przeciwne, często mają konkretne i niekiedy bolesne powody, więc pytam, jaki był tego zamiar? Wzbudzić kontrowersje? Brawo! Efekt zamierzony się udał. Tylko ja, już nie sięgnę po Pani książki. Bo mnie po prostu zniesmaczyło. Wątek nie był ani śmieszny, ani nie sprawił by otoczenie mogło dzięki niemu zmienić nastawienie.

Można wykorzystać ważny temat, tylko ukazać go mądrze, ukazać oba stanowiska i poprzeć argumentami. A nie, napomykać, o kobiecie z tatuażami, która rzuca hasłami, bez ładu i składu. Ja wiem, że sporo ludzi robi zadymy, tylko po to, aby było głośno. Nie patrzy na konsekwencje, jednak spora część, ma w swojej decyzji lęki, których nie pozbędziemy się wyśmiewaniem i robieniem przedstawienia.

W tej książce nie powinno się to było znaleźć. Nie i koniec, a na pewno nie w taki sposób. Nie dokończyłam Oczu Urocznych. Miałam dosyć. Ja nie opowiadam się po żadnej ze stron. Nie znoszę jedynie, gdy zwolennicy jednego, drwią ze swoich przeciwników. Jedna autorka zaczęła wycieczki do partii politycznych, do stacji radiowych. Ocenianiu, kto jest w danej grupie. Kochane autorki. Odkręćcie sobie kurki, niech bąbelki ulecą. Bo chyba się za wiele nazbierało. Dzisiaj z czytania rezygnuje ja, może i będzie nas więcej. Może inni będą bić brawo. Mnie jest w tej chwili przykro. Nie tędy droga. Nie tak powinno się poruszać ważne tematy. Nie wiem co się dzieje z naszymi autorami. Ze smutkiem odkrywam, że idzie ku gorszemu. 



Książka będzie miała swoją premierę 13.03.2019




piątek, 22 lutego 2019

Royal. Korona ze stali

źródło


Już wcześniej wspominałam, jak seria Royal podbiła moje serducho. Mimo że nie obyło się bez pewnych zawirowań. Idealnie rzecz jasna nigdy być nie może. No ale, jesteśmy już za półmetkiem. Walka o koronę w królestwie to jedno, drugie to tajemnice, przypadkiem odkrywane przez Tanie. I odpowiedzi na pytania, a tych jest cała lista. Czy w tej części otrzymamy wyjaśnienia i w końcu dowiemy się, czy nasze typy na księcia były trafne? Sprawdziłam, a to, co zastałam wywołało we mnie, różne emocje, ale od początku.
 


Kandydatki powoli szykują się do wyjazdu. Mają odwiedzać wioseczki, aby mieszkańcy mogli jak najlepiej poznać swoje faworytki.
Tymczasem w wieży Tatiany i jej przyjaciółki panuje atmosfera oczekiwania. Chociaż nie przed podróżą, a tego, jak, zachowa się Philip. Z jednej strony młodzieniec deklaruje swoje uczucia do Tani, z drugiej, non stop adoruje Charlotte, co wprawia tę pierwszą w czarną rozpacz.

Jest jeszcze Henry, zawsze w pobliżu, służący swoją obecnością, zwłaszcza gdy należy wzbudzić zazdrość w niezdecydowanym przyjacielu. Sprawy przez jego zachowanie często się komplikują i obierają dziwny obrót, ku uciesze głównego prowodyra. Sama Tania ma nieco mieszane odczucia. Z jednej strony ma dosyć zagrywek Philippa, z drugiej czuje coraz większą sympatię do Henriego. A dzień odkrycia prawdy zbliża się wielkimi krokami.

Zanim jednak dochodzi do finału, światem kandydatek wstrząśnie kilka wydarzeń. Oczywiście w centrum jednego z nich będzie Tatiana, ale najważniejszym i tak będzie odpowiedź, kto jest Księciem?


Nie wiem, od czego mam zacząć. Bo z jednej strony książkę mogłabym podzielić na połowę. Pierwsza część była tragiczna. I nie boję się tego napisać. Fani, możecie mnie znienawidzić i znielubić, ale nad czym się zachwycać? Ciągłe rozterki Tani i zagrywki obu chłopców na początku mogły być urocze, dodawać smaczku, ale nieustanne powtarzanie oklepanych scenek, zaczęło być nużące. I będę teraz brutalnie szczera — miałam ochotę szurnąć książką. Ja mogę zrozumieć przedłużanie, budowanie napięcia i tym podobne. Jednak napięcie, a raczej nie napiszę co, wzbudziły we mnie nudne jak flaki z olejem potyczki między tym trójkątem, a w porywach kwartetem.

Później można odnieść wrażenie, że autorka budzi się z letargu, albo uświadamia sobie, że jednak jednym i tym samym, nie przytrzyma czytelnika. No i serwuje pewne akcje. Oczywiście nie są na ogromną skalę. Jednak coś się rusza.

Gdzieś wyczytałam, że postać Tatiany jest niemalże idealna. Trudno jest mi się na tym etapie zgodzić. O ile na początku polubiłam jej postać, tak teraz poczułam lekką niechęć. Nie wiem, jak zostanie ukazana w kolejnych częściach. Tutaj ewidentnie wyszło na minus.

W pewnym sensie poczułam się rozczarowana. Początek został paskudnie i bezsensu przegadany, by na końcówce namieszać, zabieg znany i każdemu znany. Czytelnik musi zostać czymś przykuty. A ja tego bardzo nie lubię, o czym już wcześniej pisałam. No cóż, na tym etapie nie mogę przerwać, bo jestem za bardzo ciekawa. Niemniej, jest mi szkoda, pogrywanie w taki sposób jest słabe. Młodsza część odbiorców daje się jeszcze temu złapać. Niestety dinozaury jak ja, bardzo zniechęca. I żal, bo naprawdę czasem lubię poczuć takie klimaty.

Nie mam zamiaru nikogo zniechęcać. Myślę, że jeśli ktoś dojechał do czwartego tomu, będzie czytał dalej. I moje odczucia nie będą miały znaczenia. Sama jestem najnormalniej w świecie ciekawa kontynuacji.




Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Media Rodzina.




wtorek, 19 lutego 2019

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie



Pisałam już jakiś czas temu, że w czołówce moich ulubionych polskich autorek jest Natasza Socha, od czego zaczęła się ta sympatia i trwa niezmiennie? Myślę, że nie ma w tym wielkiego sekretu. Pisarka tak po prostu pisze prawdziwie. Nie koloruje swoich postaci, nie tworzy wydumanych historii, które albo są przesłodkie, albo zginają ludzi w pół z rozpaczy, zrzucając na nich, tragedię jedną za drugą. Socha pisze o życiu, takim, jakie jest. I ta na pozór zwykła codzienność, tak bardzo trafia do wielu czytelników. Bo czytamy o ludziach, którzy mają często podobne przywary, problemy.

Tym razem przyszła pora na (Nie)miłość, czym ona właściwie jest? Czy istnieje w ogóle takie określenie uczuć? Jak ją zdefiniować? Odpowiedzi szukałam w treści, a to, co znalazłam, opiszę troszkę później.


Poznajemy Cecylię i Wiktoria. Małżeństwo z lekkim przeterminowaniem. Oboje są razem, chociaż tak naprawdę od dawna każde zaczęło żyć swoim życiem. On potajemnie spotyka się ze swoją byłą studentką, pod pretekstem pomocy przy pracy — taka jest wersja oficjalna. Tak naprawdę, oboje planują wspólną przyszłość. 
Ona pewnego poranka stwierdza, że w końcu dojrzała, żeby zakomunikować mężowi o swoim rozpadzie uczuć, o chęci poczucia wolności. Bo już się wypaliła. Tak po prostu. I siedząc w samochodzie, rozważa przebieg popołudniowej rozmowy. Do której nie dojdzie ani tego dnia, ani następnego.

Bo już za kilka minut, Cecylia stanie się ofiarą groźnego wypadku, w wyniku którego, będzie zmuszona poruszać się na wózku inwalidzkim. Oczywiście niepełnosprawność ma być tylko czasowa, ale rzeczywistość okazuje się brutalniejsza.

W zaistniałej sytuacji oboje muszą odłożyć swoje plany rozwodowe na później. Ona potrzebuje pomocy męża w codziennych czynnościach. On nie wyobraża sobie, by teraz miał zostawić małżonkę w potrzebie. Zaczynają więc wspólnie nową, nieco dziwną i bardzo męczącą drogę, do zdrowia Cecylii, do chwili uwolnienia się od siebie.

A gdzieś między jedną ukrytą randką Wiktora a wspólnym szukaniem pomocy w dojściu do pełnej sprawności Cecylii. Tych dwoje, zaczyna zastanawiać, w którym momencie, przestali się zauważać, być dla siebie mężem i żoną, kobietą i mężczyzną. I najważniejsze, kiedy ich miłość, przerodziła się w (nie)miłość?


Nie mogę napisać, by fabuła była porywająca. Jest wręcz przeciwnie. Tutaj wszystko dzieje się takim wręcz powolnym rytmem.

Rozmyślania Cecylii nad swoim życiem, wyborami, jakie dokonała. Nad macierzyństwem i wreszcie małżeństwem, które gdzieś zgasło i nie pamięta, w którym momencie zaniedbali ten płomień. Czyja była wina, kto pierwszy sobie odpuścił?

Jest wreszcie jej niepełnosprawność i związana z nią frustracja, rozgoryczenie i żal, do osoby, która była sprawczynią wypadku. Gdyby nie ona, teraz Cecylia byłaby wolna i szczęśliwa. A przede wszystkim, mogłaby chodzić. A nie, być zdana na pomoc męża. Oczekiwanie na powrót, na wspólne kąpiele. Była przecież niezdolna do zwykłych czynności.

I Wiktor, czujący odpowiedzialność za żonę i matkę swojej córki. Niesamowicie pragnie związać się na stałe z ukochaną. Ich potajemne spotkania, zostały ograniczone, musi być w gotowości do pomocy. Co jak się okazuje, bywa bardzo wyczerpujące, ale i daje też pewną satysfakcję. Oto teraz, po wielu latach bycia obok siebie, zaczynają wspólnie wykonywać czynności, a nawet rozmawiać. Tak po prostu. Dziwne prawda? A jednak, w pewnej chwili, oboje uświadomili sobie, że przestali rozmawiać.

Myślę, że ta książka wspaniale ukazuje, jak w życiu, a zwłaszcza w uczuciach, szybko sobie odpuszczamy. Jak wpadamy w rutynę, która zaczyna nam ciążyć, aż pewnego dnia, zerkamy w stronę tej drugiej, kiedyś bliskiej osoby i mamy wrażenie, że jest nam zupełnie obojętna. Próbujemy we wspomnieniach odszukać chwil, kiedy były te uniesienia, euforia i zachwyt. I ze smutkiem odkrywamy, że już od bardzo dawna, panuje chłód. Razem, a osobno. Czy można odzyskać stracone lata? Czy można ponownie rozpalić płomień, który ogrzeje uczucia?

Jak zatem zdefiniować (nie)miłość? Etapem w którym, jeszcze się szanujemy, ale już przestaliśmy się zauważać? Gdy wspólne wypicie kawy wydaje się czymś nierealnym? Spojrzenie na siebie, ale zobaczenie się? Przytrzymanie wzroku na drugiej osobie, a nawet zachwycenie? Czy w (nie)miłości jest to możliwe? Przekonajcie się sami. Ja szczerze polecam.
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...