Ksiądz Rafał - Niespokojne czasy



Po moim ogromnym zachwycie pierwszym tomem, przyszła pora na opisanie drugiego. Musiałam oczywiście odczekać swoją kolejkę — mama dopadła się pierwsza. Co poradzić. Ja podsunęłam, a później zostałam odstawiona na bok. Takie życie czytacza.

Wiedziałam, że się nie rozczaruje, tego byłam pewna, ale i tak zasiadłam do czytania z ciekawością, tego, co zastanę. Będę szczera, w pewien sposób zżyłam się z książkowymi postaciami. I po prostu mi ich brakowało. Również i samego księdza Rafała.

Jak zatem było? Czym zaskoczył autor, co wydarzyło się ważnego w Gródku po dwóch ważnych wiadomościach, kończących pierwszą część?
 


Śmierć biskupa Jakuba była smutną informacją. Oczywiście nie dla wszystkich. Znaleźli się tacy, którzy jeszcze za jego ostatnich oddechów szykowali miejsce. Bo gdzie władza, nieważne świecka czy kościelna, tam ludzie potrafią zgubić człowieczeństwo.

Gdy został odczytany testament i ostatnia wola, najbliżsi rozpoczęli przygotowania do pogrzebu. I może nie byłoby w tym nic wielkiego. Niestety, nawet spokojny Gródek, stanął pod ostrzałem, a dokładniej, nikomu niewadzący, spokojny ksiądz Rafał. Miał świadomość, że zmiana zwierzchnika przyniesie zmiany.
Nie miał jednak pojęcia, jak jego własna wiara, zostanie wystawiona na ogromną próbę. Jak bardzo mocno odczuje na sobie, uderzenie chciwości i zawiści tych, którzy zostali zaślepieni stanowiskiem.

Co do mieszkańców, powoli i tutaj zaczyna się coś dziać. Dotąd spokojne miasteczko. Teraz zaczyna się w niektórych budzić chęć zmiany. Panujący ustrój doskwiera, działacze coraz prężniej wygłaszają swoje poglądy i stanowiska w sprawie. Tylko czy to odpowiedni czas? Jak mogą zakończyć się, potajemne spotkania, przeciwko rządzącym?

Dzieje się wiele. Niby pory roku wyznaczają rytm życia, ale jak to powiedział ksiądz Rafał, Strach pomyśleć, jeśli zmiany dojdą i do tego miejsca. A jeśli już, to co będzie?
 


Będę szczera, nie mogłam zbyt wiele napisać na temat fabuły. Mimo że mnie bardzo korciło. Zachowam jednak tę wiedzę dla siebie. Wiem, są jeszcze osoby, które zadeklarowały chęć przeczytania. Czytajcie! Będę apelowała, o poznanie tej cudownej serii. Nawet jeśli miałabym to robić cyklicznie raz na tydzień.

Wróćmy jednak do moich odczuć, podczas czytania, no i już, gdy zakończyłam. Tym razem działo się o wiele więcej. Już sam początek, sprawił, że wylewałam morze łez. Nie mogłam się opanować nad emocjami. Znienawidziłam następcę biskupa Jakuba.

Już nie pamiętam, bym podczas czytania, aż tak żywo reagowała na wydarzenia. Nie mogłam znieść tego (nie)człowieka. Podły i wyrachowany. Było mi tak strasznie źle. I kolejny raz, uderzyło we mnie, jak niewiele my, zwykli ludzie, wiemy na temat działań w kurii. Całym tym szczeblu kościelnej hierarchii. Z jednej strony czułam niechęć i rozgoryczenie, z drugiej zastanawiałam się, ilu jest takich księży Rafałów, a ilu okrutnych i bezwzględnych biskupów.

Zresztą, nie tylko o biskupach mowa. Chęć kariery i bycia kimś rodzi się w niektórych bardzo szybko. A droga do tego, często jest usiana ofiarami. I to dosłownie. Niby sutanna, posługa innym ludziom. Szkoda tylko, że całość jawi się hipokryzją. Mam świadomość, że są dobrzy i źli. Niestety kalkulacja wypada marnie.

Tym razem autor, o wiele mocniej uderzył w słabość człowieka. Mowa o każdym. Przeciętnym Kowalskim, księdzu i przedstawicielu organu władzy. Rzeczywistość w tych trudnych czasach dała popalić. I tylko ksiądz Rafał wierzył. W dobro ludzi. Nawet tych złych.

Nie mam pojęcia, co jest w tych książkach, ale nie można o nich przestać myśleć. Człowiek się scala i po prostu odczuwa tak, jakby te wydarzenia były prawdziwe. Ja naprawdę przez pewien czas, żyłam tylko tą serią. Bo muszę od razy przyznać, trzecia część przeczytana. O niej niebawem. I już mogę powiedzieć. Kolejny tekst, obkupię łzami, bo na samo wspomnienie, czuje okropny smutek.

Teraz powtórzę, to samo co wcześniej. Przeczytajcie. Tak cudnie napisanych książek, dawno nie miałam przyjemności czytać.
 
 
 
Czytaj dalej...

Dziewczyna z Dzielnicy Cudów


Sporo słyszałam, na temat twórczości Anety Jadowskiej, od dłuższego czasu zbierałam się do zapoznania z autorką. Jakoś miałam wrażenie, że jej książki na pewno wpiszą się w mój czytelniczy gust. Akurat nadarzyła się okazja, więc nie byłabym sobą, gdybym nie dała sobie szansę, na przygodę z nową serią. Mimo że od dawna obiecuje, niewchodzenie w kolejne cykle. Cóż mogę powiedzieć. Życie wszystko weryfikuje. Książka pojawiła się w domu, no i zasiadłam do czytania.
 


Wars i Sawa, dwa alternatywne miasta, które pod wpływem problemów z magią, nieco się przeobraziły.
Legendy głoszą, że dawniej było zupełnie inaczej, ale wydarzenia historyczne, które zatrzęsły światem, odcisnęły swoje znamię, również i tutaj.

Nikita, już ma rozeznanie w tych magicznych zawirowaniach. Poza tym nie ufa nikomu, nawet samej sobie. A dokładniej, drugiej naturze. Jako córka Ireny — matki zakonu, wie, że nie ma litości, nawet ze strony najbliższych. Może i nawet zwłaszcza z ich strony. Jakby nie patrzeć, niewola i cudem ocalone życie, które próbował jej odebrać ojciec, swoje nauczyło.

Opinię dziewczyna ma niezbyt przyjazną. To też, jeśli chodzi o przyjaciół, nie ma co liczyć, na poklepywanie po pleckach. Nikita pracuje sama. Dokładniej mówiąc — pracowała. Bo nagle, okazało się, że otrzymała partnera. Kto ją zna, wie, że jego dni będą policzone. I chociaż Robin wzbudza nieco inne emocje, niż pozostali partnerzy, to jednak nie do końca czuje, czy może mu zaufać.

Na dodatek w zaprzyjaźnionym miejscu, zostaje porwana jedna z pracownic. Nikita otrzymuje ważne zlecenie, na odnalezienie i dowiedzenie, kto i dlaczego posunął się do takiego kroku. Tropy zaczynaj niepokoić dziewczynę, zwłaszcza że otrzymuje dziwną przesyłkę i wieści od swoich szpiegów. Kółko się zawężą, a finał zadania, okaże się bardzo zaskakujący.
 


Chciałabym zacząć od tego, jak bardzo pochłonęła mnie książka i przepadłam podczas czytania. Niestety nie mogę tego uczynić. Pierwsze rozdziały czytało się strasznie. Styl autorki i to, w jaki sposób prowadziła fabułę, wydawał się twardy i jakby na siłę ordynarny, by nie można było powiedzieć — och, jakże przyjemna lektura. Ja rozumiem, że miało być strasznie, tajemniczo i cała reszta. Jednak nie do końca przemówiło do mnie to wszystko.

Na początku Nikita zostaje ukazana, jako chodzą zabójczyni, nie można jej dotknąć, a nawet popatrzeć, bo zostaje odstrzelony łeb, potencjalnemu delikwentowi. Całość jawi się jednym wielkim niebezpieczeństwem. Ogólnie, to nie wiem, nie da się tam żyć, ale jednak jest fajnie.

Wszędzie magia, demony i jakieś inne stworki. I ja naprawdę to lubię. Niestety klimat, który kreuje Jadowska, nie przemówił do mnie tak, jakbym tego oczekiwała. Myślę, że autorka bardzo chciała, by jej książki trafiły w gust mężczyzn. Ponieważ teksty, jakie odlatują, na to wskazywały.

W pewnym momencie coś się dzieje, Nikita jakby schodzi z tonu. I chyba autorka razem z nią, bo tekst przyswaja się przyjemniej
. I nie, ja nie oczekiwałam lekkiej bajeczki. Nie o to chodzi. Tylko, te ciągłe powtórzenia, jakie to dziewczyna przeżyła akcje, jak to wszędzie czyha śmierć, zaczynają nużyć, zamiast wzbudzać emocje. Umówmy się, na początku budujemy atmosferę, nawiązujemy do jakichś wydarzeń i już. Nie, Jadowska co chwila musi powtarzać się, co naprawdę jest męczące.

Najbardziej co w mnie w książce zachwyciło, to były ilustracje. No naprawdę, genialna robota. I to nazwisko autorki, tych rysunków, powinno widnieć, zaraz pod Jadowską. Bo dzięki niej, tak książka łapie czytelnika. Naprawdę.

Nie mogę powiedzieć, by fabuła totalnie mnie rozczarowała. W pewnym momencie, jak już się wgryzłam, poczułam się zainteresowana. Z zaciekawieniem śledziłam poszczególne wątki, chociaż no bywało różnie. To był ten stan, kiedy z jednej strony było coś nie tak, a z drugiej, ciągle myślałam, co będzie dalej.

Nie wiem, coś u mnie, nie tak zaskoczyło. Szkoda, bo naprawdę byłam napalona. Mam jeszcze przed sobą, dwa kolejne tomy, oby poszło lżej. Już wiem, na co nastawić.

Czy polecam? Oczywiście, jestem przekonana, że to u mnie był problem z zaskokiem. I mam ogromną nadzieję, że następne części, będą się o wiele lepiej czytały.


Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu SQN.
Czytaj dalej...

Ksiądz Rafał - Dobra Nowina

Zazwyczaj ze sporą rezerwą, podchodzę do książek polecanych przez innych czytelników. I często te, najbardziej zachwalane, mnie się po prostu nie podobają. Cóż, taka jestem. Z pewnym wyjątkiem.

Kiedy dostaje polecenie od moje kochanej Kasiek, bo  Ona, jak już powie, to nie ma wyjścia.
Trzeba spod ziemi wykopać tytuł, siadać i czytać. 
Pamiętam, jak opowiadała o księdzu Rafale, jak mocno wczułam się w jej filmik. I postanowiłam, że ten cykl przeczytam. Na początek, skromnie, tylko pierwsza część. Bo różnie bywa. No i Rafał przyjechał do mnie, a ja siadłam do czytania.



W Gródku czas toczy się pewnym schematem, który określają pory roku i obowiązku z nimi związane.
Wiosną przygotowywanie ziemi do upraw, sianie i cała reszta. Później sianokosy, żniwa i tak dalej. Kto, chociaż troszkę interesował się życiem na wsi, tym dawnym, będzie wiedział, o czym mowa. Kto nie ma problem. Ja tłumaczyła nie będę.

W tym sennym miasteczku, gdzie twardą ręką do tej pory trząsł ksiądz Stanisław, nagle przyszła pora na zmiany. Bo proboszcz, po latach posługi i doglądania swych owieczek, umiera. I, mimo że różnie ludzie reagowali na jego metody nauczania, jedno było wiadome. Wszyscy go szanowali.

Zmiany jak to zmiany, przynoszą coś nowego, czasem lepszego, ale częściej gorszego. Nowy proboszcz jest witany z ciekawością, ale i strachem. Nie zapominajmy, jest przełom lat 70/80 a co za tym idzie, towarzysze partyjni czyhają wszędzie i szukają wszystkiego, co może przydać się do donosu.

I w to osobliwe miasteczko, trafia ksiądz Rafał Nowina. Młody i bardzo charyzmatyczny człowiek. Jego dotychczasowe doświadczenie, było zbierane na wikariatach. Kto nie wie, kim jest wikariusz, jego problem. Tłumaczyć nie będę.

W każdym razie Rafał trafia na pierwszą parafię. Jest tym nieco onieśmielony, bo odpowiedzialność, jaka spada, jest ogromna. A i poprzednik, który dokończył żywot, był bardzo ceniony i poważany. Mimo, że jego metody, były skrajnie surowe i często wzbudzały kontrowersje.


Nowy proboszcz wzbudza sensację samym przybyciem, a to dopiero początek, . Ponieważ jak się okaże, jego metody i podejście nie tylko do ludzi. Będą budziły różne reakcje, od szacunku po zgorszenie.
Otrzyma przydomek, rozmawiający ze zwierzętami. I nie na darmo.

Trudne zadanie przed księdzem Rafałem, jeszcze trudniejsze będą przed nim wyzwania, które los zaserwuje. Jego decyzje będą niosły różne konsekwencje, a wszystko w tym charakterystycznym klimacie komuny.


Zastanawiam się, pojąć nie mogę. Dlaczego tak cudowna książka, tak mądrze napisana. Przeszła bez echa w jakichkolwiek zapowiedziach? Czyżby sam tytuł zdegradował? Bo właśnie takie odnoszę wrażenie. Ja wiem, teraz jest nagonka na kler, nie będę się opowiadała po żadnej ze stron. Jednak, skoro erotyki dostają tak cudowne reklamy — a ja nimi gardzę i muszę to znosić. To dlaczego, książka, która mogłaby naprawdę trafić do szerokiego grona, została puszczona "po cichu"??

Gdyby nie Kasiek, gdyby nie jej film, nie miałabym pojęcia, że taki cykl w ogóle został napisany. Jednak chłam i dziadostwo ma sprzedaż imponującą.  Przykre, naprawdę przykre.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że większość, kiedy zobaczy tytuł, powie — to nie dla mnie. A proszę mi wierzyć, ja bardzo nie lubię księży. Mam swoje prywatne powody. Jednak mam świadomość, że nie każdy jest złym człowiekiem.

Autor w swojej książce, pięknie ukazuje tę stronę, z którą my, mamy niewiele wspólnego. Absolutnie nie gloryfikuje kościoła. Bynajmniej, jest tutaj ukazana ta dobra i ciemna strona mocy. Polityka, która również panoszy się za murami plebani czy kurii. I w tym wszystkim, ta niewielka część prawdziwych i wierzących w to, co robią księży.

Książka jest napisana pięknym językiem, przede wszystkim, z każdej strony bije mądrość życiowa. Ukazuje kościół, władze komunistyczne z każdej strony. I podobnie jak w kościele, mogą być i ci źli i dobrzy, podobnie było w partii. Nie każdy „komuch”, był podłym człowiekiem.

I właśnie o tym, jest ta książka, o ludziach, popełniających błędy, o wierze we własne idee, wartości i walce, by chęć władzy, nie zasłoniła tego, co najbardziej wartościowe.

Ubolewam nad zapomnieniem książki. Nad tym, jak mało o niej było i jest słychać. Nasze promocje książek, siedzą w czarnej dupie. Reklamując byle co, byle tylko się sprzedało. Nie chcę oceniać tego, co i kto czyta. Jednak kiedy widzę, że dobre książki nie mają siły przebicia. Odczuwam autentyczny ból. Wiem, że muszą być młodzieżówki, nawet te podłe erotyczki, ale dla Boga! Dlaczego to one mają pierwszeństwo?!

Wydawcy, pracownicy księgarni, co z Wami jest?? Czy naprawdę nie potraficie sprawiedliwie reklamować?
Polecam Wam księdza Rafała, nawet jeśli Wasza wiara jest inna. Tu nikt nie zmusza Was do biegania do kościoła. Ta książka ma bardzo wiele do zaoferowania. 
Kasiek, Ty powinnaś robić promocje, Ty masz cudowny talent do wyszukiwania perełek. Wielkie dzięki, że jesteś.


Czytaj dalej...

Wiedźmy na gigancie



Niedawno poczyniłam wpis, który nawiązywał do głośnej afery. Zamieszanie i ogólne oburzenie wywołała ta książka. Aby mieć pełny wgląd na to, co tak naprawdę doprowadziło do publicznego żalu.

Wiedźmy zamówiłam, kiedy do mnie dotarły, od razu zasiadłam do czytania. Oczywiście nadmienić muszę, że nie żyję w wielkiej przyjaźni z autorką - żeby mi nikt tutaj nie zarzucał, że jestem po ciemnej stronie mocy, czy coś. W sumie jestem, ale nie w tym sensie.
Moja ocena jest mocno subiektywna. I oceniać będę stronę Pani Kursy, jak tę, która kilka miesięcy wcześniej, pokusiła się o coś podobnego.

Książkę nabyłam za własne pieniążki, Mogę powiedzieć — odmówiłam siedmiu kotom przysmaku, aby Wam kochani, napisać prawdę. Bez widma ręki autora/wydawcy nad głową. Jakbym kiedykolwiek się tego bała, he he he. No dobrze, jednak czego się nie robi dla publiczności. Nieprawdaż? Doceńcie, koty przez tydzień będą żarły psią karmę.
Jako że nie muszę pisać typowej recenzji — wolność Tomku w swoim domku. Kto jest wyczulony, na moje analizowanie tekstu, bez podawania konkretnej fabuły. W tym momencie może sobie iść. I nie, nie wypraszam. Absolutnie. Po prostu forma, jaką za chwilę przyjmę, nie każdemu może przypaść do gustu. Ja natomiast, nie mam zamiaru przejmować się Waszymi marudzeniami.
Mam nadzieje, że wszystko zostało wyjaśnione, mogę spokojnie zaczynać. 


Agencja literacka TERCET składa się z trzech kobiet, zajmującymi się wyszukiwaniem, najlepszych tytułów, autorów i promowaniem ich na swojej stronie. W skład załogi wchodzą kobiety, które mnie osobiście strasznie drażniły. I prędzej poszłabym do lasu na grzyby, niż złożyła podanie o pracę — nawet gdybym miała nóż na gardle.

Jest jeszcze sekretarek. Tak, dokładnie tak. SEKRETAREK — o imieniu Piotr. Facet dosyć uroczy i chyba zdrowo kopnięty, bo z nimi wytrzymuje. Ja bym dawno te baby zastrzeliła. I na wszelki wypadek podpaliła.

I nie, one nie były jakieś złe. Niestety ja, nie znoszę jazgotliwych kobiet. Po prostu nie znoszę takiego towarzystwa. Ogólnie lubię moje własne, ewentualnie jedną postać, z tendencją do przesadnego milczenia.

Wróćmy do załogi. Jedna coś tam pisze, druga szuka, a trzecia ogólnie zajmuje się wszystkim. Jedno jest pewne. Ich stanowisko w świecie literackim jest ważne. Mają dużo do powiedzenia, autorzy ich nienawidzą, ale i potrzebują. Dobra reklama jak widać, warta jest nawet znoszenia wariatek. Życie.

Wiedźmy nie lubią pewnego autora, który to, wydał jedno dzieło i aspiruje na poważnego pretendenta top roku. Marzenia jedno, możliwości drugie. Adaś nie ma niestety zaplecza. Za to serwuje cudowne histerie i taktyki. Uwielbiam autorów histeryków. Adaś bardzo z kimś się kojarzył. I mordujcie mnie, ile chcecie. Nic na to nie poradzę. Jest jeden autor, który nasuwa się, po przeczytaniu opisu tego ludzika.

Żeby było weselej, niespełniony artysta, zaczyna szukać pomocy. Znajduje sobie pisarkę, literatury miałkiej i bez polotu. Jednak znanej i dobrze prosperującej na rynku. Jakim cudem? Adaś ma jedno wytłumaczenie. Marietta — bo tak jej na imię. Wyśmienicie wciela się w odpowiednie role, przed swoimi czytelniczkami. A te, naiwne i niestety głupie, łykają niczym młode, głodne pelikany rybki.

Tutaj się w trącę. Ten opis, również skojarzył się z pewną panią, która prześlicznie wykreowała sobie wizerunek przed czytelniczkami. Ojejku, no przecież one tego chcą, Ona im to daje, wszyscy są zadowoleni, prawda? Nieważne, że ma ich głęboko w dupie. Oj tam, oj tam.



Adaś próbuje przebić się przez tłum, wyjść na podium. Marietta go drażni, ale musi ją jakoś znosić. Wiedźmy rzucają kłody pod nogi. A w tym wszystkim, niczym lampion oświetli mu drogę — złotokap pospolity.


Słuchajcie, od razu zapowiem. Ta książka nie jest typowym kryminałem. Większa część ukazuje świat autorów. I nie powiem, by to były karykatury. To byłoby zbyt piękne. A ja musiałabym nie siedzieć od ponad sześciu lat, tu gdzie jestem. I nie zderzyć się ze wszystkimi aferami.

Bo wszystko, co zostało napisane, jest po prostu prawdą. Czy można rozpoznać autorów, którzy aż tak się oburzyli, czy rzeczywiście wyciekły jakieś ważne rozmowy? Nie mam pojęcia. Podejrzewam, że nawet bystry bloger, tego nie wychwyci.


Oczywiście, można zauważyć podobieństwo do konkretnych nazwisk. Nie będę kłamała, że nie, no co Wy. Oczywiście, że można. Jeśli potraficie patrzeć oczami, a nie tym, czym mamią was autorzy. Zobaczycie.

Nie umiem napisać, że ta książka jest zabawna. Dla mnie jest przerażająca. Bo dotychczas, myślałam, że tylko ja widzę w ten sposób świat pisarzy/ autorów, wybaczcie, nie umiem wszystkich nazwać pisarzem, tylko dlatego, że wydrukowali mu książkę.
Sama siebie, nie nazywam recenzentką, ja piszę opinie. Do recenzji, bardzo mi daleko. Potrafię to dostrzec, nie będę robiła z siebie gwiazdy.

Szkoda, że większość autorów, nie potrafi zobaczyć, czego im brakuje. W co wpadli, w tym całym pędzie do zaistnienia. A jeszcze bardziej jest smutne, to jak blogerzy się sprzedali. Pięknie zostało napisane, jak działa prezentowanie blogerom. Szkoda, że większość, za te głupie gadżety, zachowuje się, jakby nie potrafili samodzielnie myśleć. I wiecie co, jest najgorsze? Pisze teraz do blogerów. Jak dajecie się napuszczać. Wasz autor zostanie skrytykowany, pisze żale, a wy co? Biegniecie jak dzicz, stratować tego, kto ośmielił się napisać odmiennie. Powtórzę kolejny raz. Wstyd.

Podziwiam Panią Kursę, zrobić coś takiego we własnym gnieździe. Trzeba mieć hart ducha, pozostać sobą. Brawo. Ja wiem, że był powód, by ta książka powstała. I bardzo się cieszę, że nie każdy pisarz zachowuje się jak Ci, ukazani w książce. Nie muszę wiedzieć, co Pani zjada na obiad, czy jaką ma piżamkę. Ja chcę czytać Pani książki. I tego się trzymajmy.

Reszta literackich celebrytów. No cóż. Kółka wzajemnej adoracji będą. Muszą się napędzać. Ja ich nie zlikwiduje ani ta książka. Jednak nie muszę w tym uczestniczyć. I nie będę.
Bardzo mnie rozbawiło, że książka wywołała aż taką aferę. Kochani. No co Wy? Przecież już podobna była napisana. W żenującym stylu, ale co poradzić, pisać nie każdy może, ale jak się uprze, to jest jak jest.  Dlatego darujcie sobie, bo sami sobie strzelacie w kolanka.


Czy i komu polecam książkę? Jeśli jesteście blogerami, jeśli znacie ten świat. Czytajcie. Może się obrazicie, może coś zrozumiecie. Kto jest poza, cóż. Zobaczy, jak ta machina działa od kuchni. Jednak wyroby, nie zawsze są smakowite. Decydujecie sami. Ja poczekam, na kolejną książkę autorki.
Jeszcze jedno. Moich "FANÓW", bardzo proszę, by linkowali do całości tekstu, kiedy już sobie powycinają fragmenty. Macie odwagę sobie wycinać. Miejcie odwagę mnie powiadomić.  


Książkę sponsorowałam sobie SAMA.


Czytaj dalej...

Mgły Toskanii



Książki Nataszy Sochy, wzbudzają różne emocje. Część odbiorców jest zachwycona, sięga po kolejne tytuły niemalże w ciemno. Z kolei inni, twierdzą, że nie potrafią się odnaleźć. Jedno jest pewne, co łączy obie grupy. Styl autorki, który nie jest nijaki. I chociaż podczas czytania, można na pierwsze wrażenie, pomyśleć, że czasem fabuła spowalnia, to jednak, każde zatrzymanie, ma swój konkretny cel. I naprawdę sztuką jest, by umieć go wyczytać. 

Gdy wyszła zapowiedź Mgieł Toskanii, wiedziałam, że książkę chcę przeczytać. Troszkę sobie odleżała, ale w końcu przyszła na nią pora. Wrażenia mam różne, ale o nich, za chwilę. 



Lena jest konserwatorem zabytków. Pracę swoją bardzo lubi i oddaje się jej całą sobą. Zadania, które ma zlecane, są fascynujące i sprawiają, że nawet największy ignorant sztuki, z wrażeniem pochyli się, nad ukończoną pracą. Bo odkrywanie ukrytych obrazów, czy sprawdzanie autentyczności, musi być naprawdę wspaniałe. To też, zajęcie, któremu się poświęca, jest tym, co kobieta po prostu kocha.

Nasza bohaterka mieszka z Igorem, razem też pracują, bo chociaż mężczyzna konserwatorem nie jest, to jego zadania, również są bardzo istotne. I właśnie praca, połączyła tych dwoje. Można powiedzieć, trafił swój na swego. Porozumiewali się w domu i poza nim.

W końcu Lena otrzymuje propozycje pracy przy fresku, musi polecieć do Toskanii, tam w małym kościółku, czeka na nią coś bardzo interesujące.

Na miejscu nieoczekiwane sytuacje, sprawią, że kobieta poprosi o pomoc mężczyznę, którego w razie wypadku, polecił jej Igor. I tak się jakoś poukłada, że drogi tych trojga, będą się ciągle krzyżowały.


 
Pierwszy raz chyba, po przeczytaniu książki autorki, nie umiem się określić. Z jednej strony, nie zainteresowała mnie sytuacja Leny, tego jej romansu z Ianem. Nie potrafiłam się wczuć, zrozumieć jej postępowania. Najnormalniej w świecie, ta kobieta była mi zupełnie obca. I w żadnej części, nie odnalazłam w niej, coś z siebie.

Co innego jednak mogę napisać o sztuce, samego klimatu Toskanii. Bo ta warstwa, szalenie m nie pochłonęła. Byłam tam, przechadzałam się uliczkami, a nawet smakowałam potraw. I jeszcze sam fresk w kościele. To wszystko sprawiało, że naprawdę z przyjemnością czytałam.

Nie polubiłam Leny, to typ kobiety, z którym ja się rozmijam. Tak kompletnie, nie było mi z nią po drodze. Co do Iana, jako mężczyzna, nie pociągałby mnie. Opis wizualny, czy sposób bycia. Jedno co mnie u tego człowieka się spodobało — Było przeżywanie, tego, jak uczył Lenę odczuwać. Powoli, bez przesytu.

Z jednej strony byłam zachwycona samym klimatem, z drugiej drażniło mnie postępowanie Leny. Jej w pewnym sensie egoizm. No nie lubię takiego zachowania. Lubiłam Igora, fajny facet, no ale cóż zrobić, trafił na kobietę o głębokim sercu. Niespecjalnie potrafię uwierzyć na podział dwóch osobowości. Po prostu nie przemówiło to do mnie.

No i jeszcze Ian, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co ona w nim zobaczyła. Ja wiem, mówi się, że wiek to liczby. Mimo wszystko nie. Po prostu nie poczułam tego rzekomego uczucia.

Podsumowując, Mgły Toskanii, nie jest książką dla każdego. Nie wiem, komu może przypaść do gustu.
Myślę, że każdy powinien zdecydować sam. Mnie się szybko czytało. Jednak wątek uczuciowy, niczym mnie nie ujął. Atmosfera miejsc — bardzo.

Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.
Czytaj dalej...

Słuchaj swojego serca




Z twórczością Kasie West, jest tak, że może nie tworzy literatury z wysokiej półki. Jednak ma w swoim piórze, to coś, co sprawia, że bardzo przyjemnie się czyta. I chociaż przestałam z utęsknieniem wyczekiwać kolejnych premier, to jednak skłamałabym pisząc, że nie sięgam z zaciekawieniem, po nowości. 
Gdy lato jest upalne, no i nie oszukujmy się, trudne teksty gorzej się przyswaja, częściej sięga się, po coś lżejszego, przyjemnego. Co umili czas. I akurat, w te gorące dni, otrzymałam Słuchaj swojego serca, czy wpasowało się w atmosferę? 



Wakacje się już zakończyły, Kate musi pożegnać się z całodniowym przebywaniem nad swoim ukochanym jeziorem.  Jej rodzina prowadzi marine, dziewczyna pomaga w biznesie, a w wolnym czasie, szaleje skuterem po wodzie. 
Teraz niestety, będzie musiała jezioro zamienić na szkolną salę, a skuter na krzesło. W dodatku, w nowym roku szkolnym, należy wybrać przedmiot dodatkowy, który ukierunkuje jej przyszłość. Padło na podcasty, oczywiście, nie zrobiła tego dobrowolnie, a za namową, swojej najlepszej przyjaciółki. 

O ironio, Kate nie znosi być w centrum uwagi, ma z tym ogromny problem, a co w dodatku, prowadzić rozmowy z innymi uczniami. 


Jak nie trudno się domyślić, początkowa niechęć i obawy, z czasem przechodzą w zapomnienie. Co nie znaczy, że dziewczyna, czuje się pewnie w studiu nagrań, po prostu, pomalutku oswaja się z nową sytuacją. W dodatku, poza zajęciami, dzieje się dosyć sporo. 
Pomaga swojej przyjaciółce, w poderwaniu jednego ze szkolnych przystojniaków, tym samym poznając chłopaka, bardziej, niż powinna. 


Sytuacja zaczyna nabierać troszkę niespodziewane obroty, co najśmieszniejsze, Kate wraz ze swoją współprowadzącą podcast, udzielają porad innym uczniom. I problem w tym, że kiedy z innymi, jakoś sobie radzi, tak z własnymi sprawami, wychodzi o wiele gorzej. 




Wiele razy pisałam, że książki Kasie West, wiekowo, już dawno powinny być poza moim zasięgiem. Szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Ja najnormalniej w świecie, lubię poczytać o młodzieńczych miłościach, problemach. Szkolnej atmosferze. A West pisze tak lekko, przyjemnie. Bez przerysowania. Tworzy realne postacie, które nie wydają się sztuczne i naciągane. Mało tego, ja chyba najbardziej polubiłam autorkę, za to, jak ładnie ukazuje uczucia młodych. W dobie wszechobecnych erotyków, seksu wylewającego z każdej strony, autorka pozostała niezmienna.

Młodzi nie organizują orgii, o których to niestety w innych, młodzieżówkach czytałam. Tutaj jest tak normalne, pomalutku, z motylkami i całą tą otoczką, która sprawia, że chciałoby się cofnąć w czasie i poczuć pierwsze emocje zakochania.

Fabuła w książce może i nie zaskakuje, nie sprawia, że czytamy wbici w fotel. Jednak potrafi przykuć uwagę, pociągnąć ze sobą i trzymać do samego końca. Mnie się bardzo przyjemnie czytało. W sam raz na letnie dni, kiedy po prostu chcemy się oderwać, odstresować.

Postaci są bardzo różne, dzięki temu nie ma nudy. Polubiłam chyba każdego. I nawet jeśli, trafiły się tak zwane, czarniejsze charakterki, to były one w odpowiednim momencie. Co więcej, jak to już jest u West, ukazuje jakieś problemy, czy to nastolatków, czy ogólne. Może tym razem, nie było aż takiego nacisku, ale na pewno można było odczuć, o co chodziło.

Myślę, że po ten tytuł, śmiało, można sięgnąć w każdym wieku. Nie patrząc na to, że już dawno, nie jest się nastolatkiem. W końcu wiek to tylko cyfry. A już całkiem poważnie. Warto czasem, powrócić do wspomnień. Ja w każdym razie, bardzo lubię. A za sprawą West, podróż w czasie, jest naprawdę przyjemna.



Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Feeria Young.
Czytaj dalej...

Wakacje, tropiki i afery książkowe :) (:

źródło

Tegoroczne, upalne lato daje się we znaki. Znaczy, mnie męczy, okrutnie, do tego stopnia, że czytam minimalne liczby stron, mim wolnego czasu. Jak to bywa, gdy jestem totalnie odłączona, nie zwracam uwagi na wiele wydarzeń. I błąd. Okazuje się, że tropiki może i szaleją, ale nie powstrzymują do aferek :D A gdzie aferki, tam nie może zabraknąć naczelnej Hejterki. Wstyd mi bardzo, że dopiero teraz. Sami rozumiecie. Temperatura 34 + swoje zrobiła. Jak widzę, nie tylko mnie:)

Do czego zmierzam? Może zacznę od początku. Tak będzie najlepiej. Pamiętacie mój tekst, który wywołał olbrzymią burzę, do tego stopnia, że zostałam „bohaterką”, postu obrończego :D jestę celebrytę — kto chce ałtograf? (Tak, czekam na komentarze typu — celowe błędy są...)

Pisałam o książce autora, który w sposób prześmiewczy ukazał swoje środowisko, jak i to blogerskie. I w sumie w porządku, tylko całość wątpliwej fabuły, była na tak niskim poziomie, że chyba nie temat, a ogół przyprawiał o ból głowy. Niestety chyba tylko mnie. No dobrze, było nas kilka. Reszta rzuciła się jak hieny na padlinę, oblizywała radośnie, okrzykując dziełem. Można i tak. Ja nie lubuje się w padlinie. Możliwe, że się nie znam. Ciekawych, którzy nie czytali, odsyłam Tutaj. By wszystko było wiadome, o czym będzie w dalszej części, można się zapoznać. Nie nalegam. I bez tego można czytać dalej ;).



 

Jak się okazuje. Dziwnym sposobem, źle napisana książka, może być. Nawet jeśli w widoczny sposób, naśmiewa się w niej, ze swoich kolegów po fachu. I tutaj dochodzę do celu mojego odzewu. Jakiś czas temu, na rynek wyszła książka, a przecudnym tytule, który już na dzień dobry zrobił mi radość. A dokładnie, chodzi mi o „Wiedźmy na gigancie, Pani Małgorzaty Kursy. Z twórczością autorki poznałam się dawno temu. I bardzo polubiłam. Czarny humor, przyjemnie się czyta. W zasadzie nie ma do czego przyczepić.

Słuchajcie, teraz wisienka na torcie. Oburzyli się.... AUTORZY. Ponieważ jak się dowiedziałam. Przeczesując odmęty internetów, fabuła nawiązuje do środowiska pisarskiego. Pani Kursa pozwoliła sobie, w przerysowany sposób przedstawić, światek, w którym od lat przebywa. Jak nie trudno się domyślić. Wielu autorów, doszukało się swoich cech w bohaterach. Jazgot i ogólne szaleństwo. Tropiki, to nic, co się tam dzieje.

Na dobrą sprawę, mogłabym mieć to gdzieś. Tylko pozostaje jedno, ale. A gdzie wyście byli, kiedy ukazał się największy chłam, jaki kiedykolwiek drzewa widziały? Dlaczego nikt nie zgłaszał sprzeciwu? Bo w tamtej książce, naśmiewanie się było z kogoś innego, czy może jest inna przyczyna? Jeden może, drugi nie? W dodatku ja wiem, jak pisze Pani Kursa, a jak piszę Pan z ww. książki. I przepaść jest nie do pokonania.



 
 

Wygląda to mniej więcej tak. Kogo lubimy, temu pozwalamy na wszystko. Tego nie lubimy, będziemy się sprzeciwiać i robić aferę.

Ja też wielu blogerów nie lubię, muszę jakoś z tym żyć, bo oni są. Nic nie robią, poza ładnymi zdjęciami. Jak wiadomo, teraz instagram robi robotę. Nie trzeba znać książki. Wystarczy zajebiste zdjęcie i jest fejm. Tak teraz niestety jest. A ja, naprawdę jestem dinozaurem. Ponieważ promuję, co przeczytałam, co wiem, że innego odbiorcę może zainteresować. Dzisiaj, chodzi tylko o ukazanie okładki. By przykuła uwagę, a czy książka ciekawa? Kogo to interesuje?

I powstają takie książki, bez ładu i składu. Bez porządnej korekty. Bez solidnego fundamentu. Zlepek zdań, przypadkowo wystukanych na klawiaturze. Płaskie, a często żenujące żarty. Bo przecież i tak się sprzeda. Prawda?

No ale, pisać każdy może — trochę lepiej i trochę gorzej. Z naciskiem na — Gorzej.

źródło

Podsumowując, jestem w szoku. I chwilami, mam ochotę wyjść z facebooka, ze wszystkich grup. I czytać, tylko to, co polecą mi rzetelni czytelnicy. A Wam kochani autorzy, powiem jedno. Przestańcie "gwiazdorzyć". Tylko piszcie. Dobra książka zawsze się sprzeda. Nie potrzebne są afery, fochy. Uważacie, że dobrze piszecie? Tego się trzymajcie. A jeśli potrzebni są „przyklaskiwacze”, nie dziwcie się, kiedy powstają takie książki, jak Wiedźmy na gigancie :)


Czytaj dalej...

Jesienny poniedziałek - przedpremierowo

źródło


Byłam niezmiernie ciekawa, ale i również bardzo bałam się „Jesiennego poniedziałku”. Zawsze towarzyszy mi takie uczucie, gdy pierwszy tom zachwyci, złapie za jakąś strunę, która mną zawładnie. I przeżywam całą sobą wydarzenia. To też, kiedy otrzymałam możliwość przeczytania kontynuacji „Dróg do wolności”, jeszcze na długo przed premierą, poczułam i radość, i lęk. Czy i tym razem opowieść mnie pochłonie, pociągnie w przeszłość?
Książkę przeczytałam, a o towarzyszących emocjach, o tym, co zaserwował autor, jak odebrałam dalsze losy rodziny Biernackich, już za chwilę.

Jest rok 1918. Wojna od kilku lat zmienia oblicze świata. Te zmiany będą nieodwracalne. Niemal każdy mieszkaniec naszego podzielonego kraju zastanawia się, czy i w jakim kształcie Polska znów powróci na mapę Europy. Jedno jest pewne, sytuacja z dnia na dzień, jest coraz bardziej napięta. Coraz silniej dają o sobie znać rozłamy i podziały polityczne. Akcja tego tomu dzieje się w czasie kiedy ponad stuletnie marzenia o niepodległości, w końcu mają szansę być spełnione. Czekało na to pięć pokoleń Polaków, a tak wielu poległo w powstaniach (Kościuszkowskim, Listopadowym, Styczniowym) i na polach Wielkiej Wojny.

W tej atmosferze pełnej oczekiwania, siostry Biernackie próbują zaistnieć w zdominowanym przez mężczyzn dziennikarskim świecie. Sam pomysł na założenie „Iskry” to jedno, a wprowadzenie go w życie - to drugie. Kraków ciągle jeszcze jest w zaborze austriackim. Trzeba otrzymać zgodę na wprowadzenie nowego pisma na rynek. I w tym właśnie celu, najstarsza z sióstr, odbywa samotną podróż do Wiednia. Wyjazd ten wzbudza mnóstwo emocji, a poznane na miejscu osoby, będą miały ogromny wpływ, nie tylko na samą gazetę.

Przez ostatni rok wojny, od pamiętnego spotkania w domu Biernackich, najbardziej szalona i porywcza Lala, kontynuuje w tajemnicy, swój romantyczny związek z Ludwigiem. Między Wiedniem a Krakowem krążą dziesiątki miłosnych listów. Korespondencja jest ściśle strzeżona, wszystko dzieje się tak, by nikt z rodziny, nie domyślił się, jak bardzo dziewczyna jest zaangażowana w tę płomienną miłość.

Wszystkie kobiety z rodziny Biernackich, po swojemu przeżywają panującą ostatnie miesiące kończącej się wojny. Anna, nagle poczuła się, jakby złapała oddech, i po wielu latach bycia w ukryciu, w cieniu dwóch nieprzychylnych kobiet, otrzymała namiastkę radości. Zachowanie jej, na tyle się odmieniło, że nie mogło zostać, niezauważone przez domowników. Jednak jak to w życiu, wszystko, co słodkie i zakazane, musi mieć swój koniec.

Siostry zmagają się z pierwszymi problemami, związanymi z wprowadzeniem gazety, do druku. Wokół ich redakcji robił się coraz bardziej gorąco mimo, że jesień jest chłodna. Wszystko kręci się wokół przyspieszających coraz bardziej wydarzeń politycznych. Najbardziej porywają one Alinę, a towarzyszył jej, pewien mężczyzna. Doświadczony redaktor i reporter pomaga jej odnaleźć się w dziennikarskim światku.

Gdy przeczytałam „Iskrę”, byłam zachwycona. Czekałam na kolejny tom ale nie byłam pewna czy wciągnie mnie tak samo jak pierwszy. Ale ciekawość zwyciężyła. Kiedy zaczęłam czytać, od razu zrozumiałam, jak wysoką poprzeczkę postawił sobie i nam, autor. Coś niesamowitego. Byłam i chyba cały czas, jestem pod ogromnym wrażeniem.

Tutaj nie miejsca na ckliwe sentymenty. I choć w „Iskrze”, wcale nie było słodko, to jednak w „Jesiennym poniedziałku” czas przyspiesza, a akcja się zagęszcza. Nie można złapać oddechu. Każda wprowadzana postać, zasługuje na uwagę. Należy je zapamiętać, bo z pewnością odegra jakąś rolę. Nikt nie pojawia się przypadkowo. Można tylko pochylić czoło nad precyzją narracji.

Największe wrażenie wywarło na mnie historyczne tło. W wielu momentach wysuwa się na pierwsze miejsce ale zawsze splata się emocjonalnie z losami bohaterów powieści. Szalenie mi się podobały wszystkie sceny, które powolutku odkrywają kolejne rodzinne tajemnice. Czułam ogromne napięcie. Zwłaszcza, że pojawiają się nowe postaci, które w miarę przebiegu akcji nabierają coraz większego znaczenia. 

I oczywiście, mamy cały czas przed oczami losy rodziny Biernackich, przeplatające w wydarzeniach politycznych. Jednak w tej książce, to na Alinę padło światło. Ona będzie, tą bohaterką, która przykuje uwagę czytelnika, wzbudzi wielką sympatię i szacunek.

Co innego, niestety muszę powiedzieć o Lali. W :Jesiennym poniedziałku” daje o sobie znać jej porywczy temperament, nawet pewien egoizm, a na pewno nieprzewidywalność. Można oczywiście zrozumieć postępowanie tej dziewczyny. Z jednej strony irytujące, ale później, wywołujące żal i współczucie.
Darzę ogromną sympatią Dawida Szrajbera za jego cudowne listy do żony. Często wywoływały we mnie uśmiech, ale i wzruszenie. Cudowny i niesamowicie mądry życiowo człowiek. Widzący więcej, niż niektórym się wydaje.

Tak wiele się w tej książce dzieje, że trudno napisać więcej, tak żeby nie zdradzić byt wiele. Długo zbierałam się, żeby o tej książce napisać bo nie ułatwia tego natłok emocji. One cały czas są we mnie. Przeżywam każdy rozdział, w którym los poplątał drogę życia bliskich mi już kobiet. Nie mam pojęcia co będzie dalej. Nie mogę się doczekać.

Jeśli jesteście po pierwszym tomie, nie miejcie żadnych wątpliwości, czy czytać drugi. Trzeba i to koniecznie. A jeśli, jest ktoś, kto dopiero ma przed sobą lekturę Iskrę, to powiem jedno. Bierzcie obie hurtem. Nie ma nic lepszego, jak przeczytać bez oczekiwania.

 Książkę przedpremierowo, otrzymałam od autora.

Recenzja przedpremierowa

Czytaj dalej...

Obca w świecie singli



O tym, jak bardzo polubiłam Twórczość Krystyny Mirek, wie każdy, kto śledzi mojego bloga. Dlatego też, gdy tylko pojawiła się zapowiedź kolejnej książki, nie miałam wątpliwości czy chce przeczytać. Wprawdzie okładka wyszła koszmarnie i gdyby nie nazwisko, z pewnością nie zwróciłabym uwagi. Nie mam pojęcia, kto się tym zajmował, ale naprawdę, nie wyszło to ładnie. Sam widok na Wawel piękny, jednak został zbyt przyćmiony, a szkoda.

Teraz pozostaje pytanie, jak też odebrałam tytuł, po którym wiele oczekiwałam?
 


Poznajemy dwie kobiety, Agnieszkę i Karolinę. Obie czują się samotne w swoich związkach. Niby mają kochanych partnerów, ale obaj nie mają czasu dla swoich kobiet. O ile Jakub zarabia na to, by w końcu móc zapewnić wszystko, co najlepsze swoim kobietom (ukochanej i córeczce), tak partner Karoliny, jawi się jako nieporadny bubek, w dodatku, jak się później okaże, mający za uszami więcej, niż można było się spodziewać.

Dwie kobiety, witały poranek w inny sposób. Jedna z mocnym postanowieniem zmiany, która zaważy na życiu całej jej rodziny. Druga z wiarą, że w końcu może uda się spełnić marzenia. Na razie, oczekiwała swojego mężczyzny, zaplanowała pyszną ucztę. Wcześniej jednak musiała zrobić zakupy. Nie miała wtedy pojęcia, że wyjście do centrum handlowego, będzie wydarzeniem mocno wstrząsającym.

Jakub pracował całym sobą. Chciał udowodnić przyszłemu teściowi, że jest godzien jego córki, miano  zięcia i tego, co mu zostało obiecane. Prowadzenia jednej z najlepszych restauracji. Był taki ufny, pełen wiary, że w końcu będzie miał wszystko, o czym marzy. To prawda, zaniedbywał swoje kobiety, ale nie potrafił sprzeciwić się teściowi. Gdy zrozumiał swój błąd, konsekwencje poraził siłą i bezwzględnością.

Dwoje tak zwanych rozbitków. Zostali z dnia na dzień bez równowagi, trzeba było zaczynać wszystko od nowa. Dosłownie i w przenośni.

Karolina zrozumiała, że partner, któremu ufała — oszukiwał. Nie tylko na polu uczuciowym, ale i biznesowym. Restauracja, którą prowadził nieudolnie, czekała na swój koniec. Zadłużona, pogrążona w zapomnieniu.

Jakub poczuł, co oznacza, stracić wszystko w jednej chwili. I nie warto dawać z siebie więcej, niż jest to możliwe. I przede wszystkim. Bez ustalenia konkretnych warunków.

Nie znali się, ale w jednym czasie, los wyrzucił ich za burtę. Teraz musieli walczyć o przetrwanie. Sami albo połączyć siły.
 
 
 


Książka zaczęła się... nudno. Jak przeczytałam pierwsze rozdziały, pomyślałam sobie, że chyba nie podołam całości. Przerwałam i postanowiłam wrócić, za jakiś czas.

W końcu zrobiłam kolejne podejście, czasem coś, co, źle się zacznie, może mieć ciekawe rozwinięcie. No i rzeczywiście tak było. Nie wiem kiedy, fabuła nagle nabrała pędu i w końcu poleciało. No i potem było zakończenie. O nim, napiszę za chwilę. Najpierw słów kilka na temat postaci.

Bardzo polubiłam Jakuba, był takim fajnym facetem, który nie owijał w bawełnę. Potrafił być troskliwy, ale i odpuścić, kiedy sprawa tego wymagała.

Co innego mogę napisać, na temat kobiety, która go zostawiła. Bo Agnieszka, faktycznie miała powody, by poczuć żal do swojego narzeczonego, nawet do ojca. Jednak wyrachowanie i egoizm, którym się wykazała, odebrały mi, jakiekolwiek tłumaczenia jej postępowania.

Była jeszcze Karolina i jej partner. Tutaj mamy takie pokrzyżowane podobieństwa. Karolina czuła i bardzo opiekuńcza, jej facet niedojrzały bawidamek. Niedorosły do życia w rodzinie, a tym bardziej posiadaniu dziecka. Nie ważne, że świadomie podejmowali decyzje. Jemu nagle się odmieniło. Jego też nie dało się polubić ani tłumaczyć, tego, co zrobił.

Jak nie trudno się domyślić. Dwoje rozbitków, gdzieś się odnajdzie i zaczną wspólnymi siłami, stawać na nogi. Jakub pomoże Karolinie, a ona jemu. Chociaż tak bardziej, mężczyzna będzie wybawieniem, dla kobiety, która miała oparcie w niewielu ludziach.

Jedno co mnie bardzo zastanawia. To notatka, na temat planety singli. Przepraszam bardzo. Niechaj mnie ktoś oświeci. Gdzie był ów świat singli, gdzie ich było tak wielu? Bo z tego, co wyczytałam. To tylko przyjaciółka Karoliny, z wyboru. A dwójka, która dołączyła do tego grona, nie czuła zbyt wielkiej radości. No i na tym koniec. Jakaś wyludniona ta planeta singli. Naprawdę, można się było zgubić. Ja bym chyba tego nie ogarnęła.

Teraz przychodzi pora napisać, na temat zakończenia. Nie mam pojęcia, co tutaj się wydarzyło. Początek był słaby. Nawet bardzo. Na szczęście później się rozkręciło. Niestety, zakończenie mnie zamurowało. Nagle, po tylu wydarzeniach, wszystko zostało streszczone w jednej chyba stronie. Po prostu jakby okazało się, że trzeba uciąć temat. I bez większych wyjaśnień, na prędko dopisana strona. Poczułam ogromne rozczarowanie. Nie, to było beznadziejne. Naprawdę. Nie tego się spodziewałam. Zakończenie zepsuło wszystko.

Miałam pozytywne wrażenia do pewnego momentu, jednak no teraz, sama nie wiem. Coś poszło nie tak.

Oczywiście książki nie odradzę, nie umiem napisać, bym poczuła się zachwycona. Po prostu tak nie było.
 
 
Za możliwość przeczytania książki, chciałam podziękować wydawnictwu Edipresse Książki.
 
Czytaj dalej...

Pamiętasz tamto lato




Gdy decydowałam się na przeczytanie tej książki, szykowałam się na pewien romans, który ma swój finał w czasie wojny. Wydarzenia rozdzielają bohaterów, by później ponownie spleść ich wspólne drogi. Opis do tego skłaniał, polecanka, no i okładka. Jakież było moje zdumienie, gdy już po pierwszych stronach, okazało się, że to będzie, zupełnie inny klimat.
 


Książka rozpoczyna się bardzo mocno. Przynajmniej dla mnie. Jedna z bohaterek, jest przesłuchiwana przez służby, które w czasach powojennych budził y strach, zamiast poczucie bezpieczeństwa. Kobieta trafiła tam z wielu powodów, jednak nie umiała się złamać, mimo wieku. Miała swoje lata, ale potrafiła wytrzymać, warunki, w jakich się musiała odnaleźć. Razem z nią było wiele innych osadzonych. Każda przesłuchiwana w innej "formie", aby przetrwać te trudne dni, zabawiała swoje towarzyszki opowieściami, z zupełnie innych czasów. A najbardziej w jej pamięci, utkwiło lato, po którym życie odmieniło się diametralnie.


Hrabina Olga była kobietą twardo stąpającą po ziemi, jej syn Teofil przyszły lekarz, ukochana synowa Bisia, no i jeszcze Lorcia. Wprawdzie nie spokrewniona, ale odgrywała ważną rolę w rodzinie.

Tamtego lata, pojechali wspólnie do Juraty, dla każdego z nich, wyjazd był innym doświadczeniem. I chociaż Olga czuła się dziwnie, gdy poznała nową znajomą syna, to jednak miała nadzieje, że złudzenie było przelotne, a resztę dopisała wyobraźnia.

Bisia, uznawana za delikatną istotę, uwielbiającą swojego męża. Podziwiała wiedzę Lorci, prostej dziewczynki, wziętej pod opiekę. Za jej namową, dziecko mogło się uczyć, a później ukończyć wymarzoną szkołę. W końcu takiej wiedzy żal było zmarnować. Im obu nie potrafił niczego odmówić Teofil. Otaczając, ojcowskim ramieniem Lorcię, i czułością Bisię, lecz tego lata, jego oczy patrzyły z podziwem, na inną kobietę. Charakterną i pełną życia. Zwracająca uwagę każdego mężczyzny. Klementyna, kobieta, która znała swoją wartość i potrafiła wykorzystać wszystkie atuty.


Wojna poplątała wszystkim drogi. Rozrzuciła po nieznanych miejscach. Brutalnie ukazała swoją moc i bezwzględność. Odcisnęła swoje piętno. I nawet po zakończeniu, nie oddała spokoju, który został utracony, dawno temu.
 
 


Jak wspomniałam, oczekiwałam romansu. I owszem, można powiedzieć, że on tam był. Jednak nie jako temat, który przewodził książce. Czasem tylko, wyrywał podczas czytania i przeżywania, tego wszystkiego, z czym musieli zmierzyć się bohaterowie, a raczej bohaterki. Bo to, o kobietach czytamy. Ten najważniejszy, którego kochały wszystkie kobiety, jest jedynie tłem. Mocno zarysowanym, przypominającym o sobie, ale jednak tłem.

My, poznajemy każdą kobietę, śledzimy jej uczucia, decyzje, jakie podejmuje i konsekwencje. Czytałam o Oldze, Bisi, Lorci i Klementynie. Tej ostatniej, nie mogłam znieść. Nie umiałam pojąć jej wyrachowania. Tego, jak potrafiła udawać przyjaciółkę, a jednocześnie okłamywać. Przerażała mnie ta kobieta. Co najgorsze, nie umiałam ani przez chwilę jej współczuć.

Mieszanymi uczuciami darzyłam Lorcię, z jednej strony była biedna, ale gdzieś tam, kryło się w niej coś niepokojącego. Czy oceniam ją negatywnie? Trudno powiedzieć, jeszcze trudniej ocenić ludzi, którzy po przeżyciach wojny, obierali takie, a nie inne ścieżki. Na każdym z nich, wojna pozostawiła swój ślad. Mniej lub bardziej bolesny.

Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Opisy te wspomnienia były często bardzo brutalne. Przeżycia obozu, to co tam się wydarzyło. Pobyt w więzieniu, mnie to bardzo przerażało. Dobrze, że autorka napisała bez ubierania w piękne słowa, tylko szczerze. Chociaż nie byłam przygotowana, to czytałam jednym tchem. Bardzo przeżywałam i wczuwałam się w sytuacje Olgi i Bisi.

Oczywiście polecam ten tytuł, chociaż uprzedzam, chociaż to nie jest zwykły romans. Naprawdę warto przeczytać.



Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Znak.



Czytaj dalej...

Moja twoja wina



Byłam bardzo ciekawa tego tytułu. Po pierwsze, dotychczas, książki autorki, które przeczytałam, dotyczyły młodzieży. No i tam, niespecjalnie się odnalazłam. Mimo że czasem, lubię sięgnąć po ten gatunek. Tym razem, padło na tematykę poważniejszą, sprawy małżeńskie i tak dalej. Stwierdziłam, do trzech razy sztuka.

Moja twoja wina, zapowiadała się interesująco, no i tak w pewnym sensie zwyczajnie. A proszę mi wierzyć, dobrze jest poczytać dobrą obyczajówkę.

Gdy książka dotarła, zasiadłam do czytania. Troszkę czasu upłynęło od zakończenia, nadeszła pora, by napisać, jakie wrażenia na mnie wywarła.
 


Urszula jest żoną, która swojemu mężowi bardziej nadskakuje, niż partneruje. Mieszkają razem z jego rodzicami, układa się między nimi poprawnie. Mamusia męża kocha synową, syna również. Gotuje im obiadki. No można powiedzieć sielanka i miłość. Aż może zemdlić. No i w końcu komuś zrobiło się za słodko.
Tego dnia, Ula pojechała do centrum handlowego po prezent. Zmęczona chodzeniem, postanowiła napić się kawy i może zjeść jakieś ciastko. Weszła do knajpki i stanęła jak wryta. Przy jednym ze stolików, siedział jej własny mąż z młodą dziewczyną. I sytuacja wcale nie pozostawiała złudzeń.

Później sprawy potoczyły się jakoś same. On powiedział o zdradzie, o tym, że w sumie kocha tylko żonę, ale potrzebuje czegoś więcej. Ona zdecydowała się na rozwód. Mimo próśb teściowej i matki.

Mieszkać w domu wiarołomnego męża, zamiaru nie miała. Do rodziców wrócić nie było mowy. No ale, jak to w książkach bywa, nasza bohaterka miała co? Ano spadek, w postaci domku na wsi.
Do którego postanowiła się przeprowadzić. I tutaj zaczynają się dziać bardzo zabawne rzeczy. Znaczy, mnie bawiły.

Bo Ula, jak dla mnie, to postać kobiety wybitnie głupiej. Mąż ją zdradza, wykorzystuje jej naiwność jak może, ale ona mu wierzy. Bo on tak ładnie mówi. I dalej nabiera się na jego czar. Ula przecież mentalnie ma chyba 15 lat, więc nie myśli jak dorosły człowiek. Nawet świadomość, że ten sam słodko mówiący mężczyzna, mieszka z kochanką, nie działa trzeźwiąco. Cóż, dla mnie po prostu głupota i nic innego.

Należy wspomnieć, że rodzina naszej bohaterki, jest dosyć osobliwa. Z siostrą prowadzą dziwną rywalizację, matka i ojciec też jacyś tacy niezbyt przyjaźnie nastawieni. W sumie mamusia robiła robotę. Własnej córce.

Dlatego nasza Ula, ze swym dramatem jest sama. No nie, ma jedną przyjaciółkę, a później jeszcze zapozna się z sąsiadką. Zacofaną, wiadomo. Ludzie na wsi są ociemniali.

Kobieta po zdradzie, złamane serce. Dom otrzymany w spadku. Tajemniczy mężczyzna, na którego reaguje awersją no i coś jeszcze. Chyba każdy się domyśla finału. Tylko czy aby na pewno, wszystko jest wiadome?


 
 
Gdy decydowałam się na ten tytuł, chciałam sprawdzić, jak mi podpasuje nieco inna fabuła. Dotycząca dojrzałych bohaterów. Szczerze mówiąc, bardzo lubię książki obyczajowe, takie o niby zwykłym życiu, a jednak umiejące wciągnąć. Czy tutaj akcja mnie pochłonęła? Mam troszkę mieszane uczucia.

Zacznijmy od tego, że temat spadków, jest już tak mocno wykorzystany i znudzony, no mnie już zaczyna bawić. Musi być spadek — koniecznie dom. Oczywiście na wsi. Jakże by inaczej, byłabym w szoku, gdyby się okazało, że bohaterka musi sobie radzić w inny sposób. Wynająć mieszkanie i zaczynać jak większość. No ale w porządku. Spadek ładnie brzmi i w ogóle.

O wizerunku wsi, napisałam już na instagramie, powtarzać się nie będę. Mam nadzieje, że kiedyś przeczytam książkę, w której mieszkańcy przestaną być ukazywani, jako ciemnota, którą przybyli miastowi muszą oświecać. Nie wiem, jak ja żyłam przez te 30 lat, nie mając za sąsiada nikogo z miasta, światłego i obytego w świecie. Ano tak, już wiem. Wyrosłam na hejterkę.

No dobrze, troszkę się wyzłośliwiłam, ale nic nie poradzę, że fragmenty o młodych kobietach, lekko cofniętych intelektualnie, jawi się karykaturą. Nie lubię tego i już.

Teraz nieco o postaciach. Urszuli nie dało się polubić, to znaczy, ja bardzo nie lubię tego typu kobiet. Dlatego nie wczuwałam się w jej sytuację ani jej nie współczułam. Nie pomogła żadna solidarność jajników. Ulka dla mnie była głupia jak but.

Polubiłam pana Żuka, taki typ, który niby denerwuje, ale jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że mimo niemiłego wrażenie, zmusza do zapoznania głębiej.
I chyba to dla niego, czyta się książkę, on nadaje charakteru i tajemniczości. Wywołuje odpowiednie emocje.

Książkę czytało się dobrze, mimo wspomnianych wyżej mankamentów, które mnie rozdrażniły, fabuła na tyle ciekawiła, że z zainteresowaniem śledziłam dalsze losy bohaterów. Jedyne czego nie potrafię zrozumieć, to akcja z Żukiem i pewną dziewczyną, kto czytał, na pewno wie, kto nie, dojdzie do tego sam. Dla mnie ten wątek był zupełnie niepotrzebny. Całość byłaby jeszcze lepsza. Nie wiem, zrodziła się dziwna moda, na dramaty i tragedie, byle tylko „dowalić”, bohaterom, bo inaczej co? Książka się nie sprzeda, czy nie zainteresuje? Nie wiem, mnie i tak by się podobało, miała klimat obyczajówki, snuła się dobrym tempem. No i nagle bach, wyskakuje mi dziwna akcja, która zepsuła całość. A później to już tragedia, goniła tragedię.

Podsumowując, książkę czytało się lekko, do pewnego momentu było naprawdę bardzo dobrze. Tylko końcowe wydarzenia, zupełnie nie w moim guście. Jednak uważam, że wielu czytelnikom się one spodobają. Dlatego proszę się nie kierować moim narzekaniem. Ja po prostu, nie spotykam w codziennym życiu aż tylu dramatów i po takiej książce, nie oczekuje tragedii rodem z Antygony. Niemniej, książkę polecam, jest lekko i przyjemnie napisana.
 
 
Czytaj dalej...

Zula i magiczne obrazy





Poznaliście Zulę i jej szalone ciotki mieszkające na Poziomkowej Polanie? Jeśli nie, musicie koniecznie nadrobić to niedopatrzenie. Nie ważne ile macie lat. Zula jest świetną towarzyszką przygód dla starszych i młodszych. I jednego czego możecie być pewni, w tym szalonym świecie, że będzie magicznie!

Nad magiczną polaną, pewnej nocy ukazało się dziwne światło. Z początku Zula myślała, że to nic takiego. Jednak gdy podeszła do okna, jej ciekawość wezbrała. Niebieski blask emanował z polany, którą jeszcze niedawno tak bronili jej przyjaciele. Co się tam takiego działo, skąd światło w miejscu, gdzie nikt nie mieszka? I nawet nie odważy się przebywać? Sprawa bardzo interesująca należy sprawdzić, czy następnej nocy, znowu pojawi się światło, jeśli tak, trzeba będzie się tam wybrać i dowiedzieć co jest jego przyczyną.

Oczywiście Zula nie miała zamiaru iść sama. Dwóch przyjaciół oraz kocur, nie mogli jej opuścić. Wprawdzie jednemu z kolegów, nie bardzo pasowała zabawa w nocnych detektywów, jednak przyznać się do strachu, nie było mowy.

Jakież było zdziwienie trójki dzieci, gdy na opustoszałej polanie, ujrzały dom! I to w dodatku wyrósł im przed oczami z ziemi. O co chodziło? Czyj był i czy należało do niego wejść, a jeśli już, jakie mogły być konsekwencje ciekawości?

Muszę się przyznać, że ta część przygód Zuli, była chyba najbardziej tajemnicza i chwilami wprawiała w delikatny dreszczyk. Bardzo byłam ciekawa domu, jaki się pojawił, kto był jego właścicielem i jaki też miał powód, by pojawić się właśnie w tamtym miejscu.

I gdy tak odkrywałam, wraz z naszymi młodymi ciekawskimi te zagadki, zastanawiałam się, czy ja kiedykolwiek, jako dziecko, poszłabym w nocy, gdzieś coś sprawdzić. Wiadomo, tutaj mamy bajkę, jednak wiem, że są dzieci odważne, moja odwaga kończyła się z chwilą zachodzącego słońca. To też, nie będę ukrywała, kiedy tak przyglądałam się poczynaniom dzieci, czułam po prostu ich strach, ale i ciekawość. Tam, gdzie magia, musiało dziać coś nieprzewidzianego. Tylko pytanie, co?

Dom wewnątrz okazał się bardzo zaskakujący, a jego właściciel jeszcze bardziej. Bardzo dziwny i jak się później okazało podstępny.

Dzieci z fascynacją oglądały przedziwne obrazy, które wisiały na ścianach, ale jeszcze dziwniejsze zdarzenia miały dopiero nadejść.

Jak się zatem zakończyła nocna wyprawa i czy była tylko jedna? Co miały ze wszystkim wspólnego magiczne obrazy i w jaki w ogóle sposób były magiczne? Odpowiedzi na te oraz inne pytania, należy szukać w trzeciej części. Jedno jest pewne, zakończenie wcale nie wydaje się takie wiadome. 

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Zbyt piękne — to, to nie było




Pamiętam, kiedy pierwszy raz trafiłam na książkę Olgi Rudnickiej, było to wiele lat temu. Zaraz po jej debiucie. Tak, jestem czytelniczką, która zaczęła swoją przygodę od pierwszego tytułu i wyczekiwałam każdego kolejnego, wręcz z utęsknieniem. Pamiętam również, jak bardzo byłam zachwycona style, humorem i prowadzeniem fabuły. I tego, jak z każdym kolejnym rokiem, autorka podwyższała sobie poprzeczkę, i byłam dumna z własnego odkrycia. Bo wiem, że wielu czytelników trafiło na rudnicką, gdy była już rozpoznawalna. Ja pamiętam czasy, gdy trzeba było się naszukać informacji, na temat premiery.

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem wierną czytelniczką. To znaczy - byłam. Do tytułu, o którym dzisiaj będę pisała.

Zuzanna i Tymoteusz kupują dom. Oboje są zachwyceni perspektywą przeprowadzki, do własnych czterech ścian. I to nie jakiegoś mieszkania. Tylko prawdziwy, najprawdziwszy dom z ogrodem. Każde na swój sposób, planuje najbliższą przyszłość.
Zuzanna zaciągnęła kredyt na poczet nieruchomości, podjęła już pracę w nowym miejscu zamieszkania. Nic, tylko rozpoczynać zupełnie nowe życie. Daleko od rodziny, a konkretnie od matki i siostry.

Tymoteusz ma nieco inne plany, po błędach, których doświadczył na własnej skórze i portfelu, postanawia nieco inaczej poprowadzić własny biznes. Zakupiony za gotówkę dom, osobiście wyremontuje, a następnie sprzeda. Dzięki temu zaoszczędzi na nerwach i często niezbyt rzetelnych ekipach wykończeniowych. No i podobnie jak Zuzanna, chce na trochę pobyć z dala od rodziny, zwłaszcza brata.

Żadne z nich, nie ma pojęcia, że padło ofiarą oszustwa. Zakupili ten sam dom, teraz pozostaje pytanie. Co zrobić z problemem, jak rozwiązać sytuacje, kto ma odpuścić i przede wszystkim, gdzie podział się człowiek, który nabił ich w tak zwaną butelkę?


Zapowiedź wydawała się bardzo ciekawie. Wiadomo, kto poznał Rudnicką, ten mógł się spodziewać, że będzie mnóstwo śmiechu, pomyłek i przezabawnych sytuacji. Prawda? Bo z tym kojarzymy autorkę. Z jej czarnym poczuciem humoru, ciekawym wątkiem kryminalnym, który może nie jest, na nie wiadomo jakim poziomie, ale dodaje smaczku i czyta się naprawdę dobrze.
Takie było założenie. Było, bo już po pierwszych stronach, poczułam niepokój. Jakbym czytała książkę, nie swojej autorki. Mimo wszystko dzielnie brnęłam dalej, tak właśnie. Brnęłam przez dialogi, które z każdym kolejnym, doprowadzały mnie do niesmaku, zażenowania, a chwilami szoku. Ponieważ nigdy w życiu, nie spodziewałabym się, by Olga Rudnicka, napisała coś takie beznadziejnego.

Przede wszystkim postać Zuzanny, cały czas się zastanawiam. Jako kto, miała być ona ukazana? Feministka? W takim razie wyszło to, bardzo obraźliwie. Na płytką i nierozgarniętą pannicę? Bo widząc opisy zachowania, odnosiła wrażenie, że postać tej kobiety, została sprowadzona do chamstwa i prostactwa.

Z jednej strony gardziła każdym mężczyzną, z drugiej jednak oczekiwałaby każdy na jej nieme zawołanie, pobiegł i pomógł, oczywiście nie licząc na słowo „dziękuję”, bo przecież JEJ się należało.
Kolejna sprawa. Poziom dialogów jest tak żenujący, że po prostu oczy mi wylewały się z wrażenia. „Chcę, żebyś mi pomógł, ale nie, jesteś facetem - więc spadaj. No, dlaczego mi nie pomagasz? Przecież jestem kobietą! Nie, nie rób tego, dam sobie radę, w końcu kobiety nie są słabe!”

Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci! Tak było CAŁY CZAS! Nie wiem, jaki był ten wątek kryminalny, bo on umarł w butach, w momencie, gdy do głosu została dopuszczona Zuzanna. I te jej numerowane uśmiechy. Naprawdę? To było tak żenujące i płytkie, że aż mi było wstyd, za panią Rudnicką. Stworzyć postać kobiecą, w tak brzydkiej formie. I proszę mi nie wmawiać, że to groteska. Ja już widziałam pseudo groteskę u innego „wieszcza". 
Widać to, co budowała Olga Rudnicka, przez tyle lat, poszło do lasu. A teraz, weszła tandeta, brak klasy i jakiegokolwiek poziomu. Smutne.

Tymoteusz, niewiele mogę na jego temat napisać. Był niczym statysta. Ponieważ musiał być. I nic więcej. Wszystko kręciło się wkoło Zuzanny, jej absurdalnych zachowań. On albo jej unikał, albo się bał, bądź też biadolił w myślach.

Seksistowskie przytyki, żarty. Proszę mi wierzyć. One mogą być śmieszne sporadycznie, ale nie przez calutką książkę. Ani razu, nie poczułam się rozbawiona. Byłam zła, rozczarowana i zniesmaczona. Już przy "Były sobie świnki trzy", stało się coś złego. Miałam nadzieje, że to chwilowy spadek formy. Niestety, po tej książce już nie mam złudzeń. Dodać muszę, że nie zdołałam jej dokończyć. Starałam się, ale już przy końcu, po prostu odłożyłam. W planach miałam spalenie, ale zrezygnowałam. W zimie pójdzie do pieca.

Pozostaje mi odpuścić. Szkoda mojego czasu i nerwów. Będę wspominała wcześniejsze tytuły, mając nadzieje, że może kiedyś, autorka zauważy, że ta droga, na którą weszła, nie poprowadzi daleko.
Myślałam, że jestem odosobniona w swoim odbiorze, ale nie. Sporo osób, nie tylko oceniających na blogach czy portalach książkowych, podzieliło się swoją opinią. Niestety negatywną.

Cóż, mogę napisać tylko tyle. Ja tej książki nie polecam. A każdy zdecyduje sam.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.
Czytaj dalej...

Piołun na zapomnienie



O Piołunie miałam napisać już dawno temu. Nie wiem, jakim cudem, tyle czasu książka czekała na swoją opinię. Z drugiej strony, może czasem lepiej przeczekać, z natłokiem tekstów, do jednego tytułu. Z własnego doświadczenia wiem, jak nudzą "ataki", tekstów jednej pozycji. Mam nadzieje, że z tą książką tak nie było, a nawet jeśli, to emocje już opadły.

Moje wrażenia po zakończonej lekturze, nie zmieniły się, wiem, co chcę Wam napisać, a czy będę chwaliła? O tym już za chwilę.
 
 

Jak zapewne wiadomo wszystkim, dawniej małżeństwa były kojarzone. Nie było możliwości na czas zapoznania, czy poddania emocjom, jaką jest zakochanie się. Młoda panna musiała jak najprędzej wyjść za mąż, jeśli tak się nie stało groziła samotność i pośmiewisko dla niej i całej rodziny.

Jest rok 1895, na jednej z małych wiosek, wraz z ciotką i wujem mieszka Lea, po stracie najbliższych, oni stanowili opiekunów. Przygarnęli dziewczynkę. Ciotka twardą ręką trzymała dom. Nie roztkliwiała się nazbyt. Nie było czasu, gdy w obejściu mnóstwo roboty do wykonania. Teraz gdy dziewczyna, a raczej już kobieta, dawno temu osiągnęła odpowiedni wiek, trzeba poszukać kandydata na męża.

Lea w prawdzie jest zakochana, potajemnie - jak się jej wydaje. Niestety obiekt westchnień, nie zauważa jej słabości. Gdy nadarza się okazja, ręka Lei zostaje oddana pewnemu aptekarzowi. Józef jest wdowcem, o bardzo dobrej pozycji, po uzgodnieniu wszelkich formalności, para pobiera się i wyjeżdża do miasta. Warszawa dla młodej żony wydaje się przerażająca, ale jednocześnie coś ją fascynuje. Zupełnie inny świat, inne życie. No i obcy dom. W którym jest zupełnie cicho, brakuje śmiechów z kuchni, zwierząt i ogrodu.

Młoda aptekarzowa z początku, nieśmiało odnajduje się w swojej nowej roli. Bardziej przygląda się, próbuje dowiedzieć jak najwięcej. I tak to już jest, jak się zapyta, to odpowiedź przyjdzie, ale czy zadowoli? Niekoniecznie.

Nad mieszkaniem, unosi się duch zmarłej żony Józefa. Na temat poprzedniczki, nie można niczego się dowiedzieć. Każdy milczy jak zaklęty. Kim była? Dlaczego umarła tak młodo? Czy do jej śmierci przyczynił się z pozoru spokojny i stateczny Józef?
 
 

Piołun na zapomnienie jest bardzo ciekawą, ale i nieśpiesznie prowadzoną książką. Autorka snuje swoją opowieść bez żadnych porywów, nie ma nieoczekiwanych zwrotów akcji. Co nie znaczy, że czytelnik może się znudzić. Przeciwnie, całość jawi się bardzo tajemniczo, może nie z każdą kolejną stroną, ale idąc w głąb, jesteśmy świadkami coraz to nowszych zagadek, które rzucają cień, nie tylko na Józefa, ale i na jego znajomych. Dziwnym trafem, nikt nie chce powiedzieć zbyt wiele o zmarłej żonie. A i ta sprawa, nie jest najważniejsza.

Lea, która z początku nieśmiało stawia kroki w nowej rzeczywistości, dochodzi do innych odkryć, które nie bardzo się jej spodobają. Mąż znany i ceniony aptekarz, czy aby z pewnością uczciwy? Jakie zajmie stanowisko w sprawie coraz głośniejszych fałszerstw?

A pomiędzy tym wszystkim, autorka ukazuje nam Warszawę, jak i jej okolicę, w tej charakterystycznej epokowej odsłonie. Chyba nic nie zostało pominięte, każdy opis, sprawiał, że można było ujrzeć miasto w czasach, gdy chyba miało swój niepowtarzalny urok.

Jesteśmy również świadkami przemiany Lei, kobiety nieśmiałej, ale i mającej twardy charakter. Czasem zbyt porywisty i dumny. Rola, w jakiej się musiała odnaleźć, pomału weszła na swoje miejsce. I na naszych oczach, stawała się coraz bardziej charakterna. Dążąca do celu, który sobie obrała, z jakim skutkiem? Tego należy się dowiedzieć, sięgając po książkę.

Nie zabraknie ciekawych opisów funkcjonowania dawnej apteki, tego, jak były wytwarzane niektóre leki, prowadzenia młodych uczniów do tak ważnego fachu. Bardzo ciekawie się o tym czytało.

Książkę czytało się bardzo przyjemnie. Jak wspomniałam, może nie było nieprzewidzianych zwrotów akcji, które mogłyby wbić w fotel, ale też i nie brakowało wydarzeń, za których sprawą, fabuła by nie wciągała. Tajemnice, szemrane interesy, było chwilami niebezpiecznie. Lea poznała się, że pytania nie zawsze prowadzą tam, gdzie byśmy chcieli się znaleźć. A prawda, może okazać przerażająca i bolesna.

Myślę, że fani tego gatunku będą usatysfakcjonowani, jest to książka godna polecenia i poświęcenia jej czasu.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

Czytaj dalej...

Dziewczyny z Wołynia





Na temat przeszłości, nie zawsze chcemy rozmawiać. Zwłaszcza kiedy dotyka przykrych wydarzeń. Jeszcze bardziej, gdy były one skutkiem olbrzymiej tragedii. Jednak są wspomnienia, o których po prostu trzeba pamiętać i przypominać. By nigdy, ale to przenigdy nie doszło, do czegoś podobnego.

W zasadzie unikam tematyki wojennej, zwłaszcza opowieści, które wydarzyły się naprawdę. Przeraża mnie ogrom bestialstwa, jaki spadł na niewinnych ludzi. I dlaczego? Za co? Co było powodem, do tak okrutnych postępowań?

Anna Herbich, tym razem prowadzi czytelników, na spotkanie, z kobietami ocalałymi z rzezi Wołyńskiej, chyba więcej nie trzeba mówić. Kto kiedykolwiek o tym słyszał, zdaje sobie sprawę, że obrazy, które mają w pamięci te bohaterki książki, są przerażające. Wręcz niewyobrażalne. I niestety prawdziwe.


Wyrok był jeden. Wymordować Polaków, zajmujących ziemie Wołyńskie. Nie mógł się ostać żaden żywy Lach. Nie było różnicy, starszy, dziecko czy kobieta. UPA była bezwzględna i brutalna. Mało tego, nawet sąsiedzi, którzy niegdyś żyli w dobrych relacjach z sąsiadami, zdradzali i wysyłali na okrutną śmierć.

Poznajemy kobiety, które wyrwały się tej śmierci i przeżyły, jedną z najbardziej brutalnych i uciszanych rzezi. Uciszanych przez tych, dla których prawda była niewygodna. Latami milczały, w obawie, że ich słowa mogą przynieść kolejne nieszczęście.

Bo kto dawniej słyszał, co wydarzyło się na Wołyniu? Jeśli o tym mówiono, to za zamkniętymi drzwiami, tak by nikt nie usłyszał, ale i to, był strach. Bo przecież tam NIC się nie wydarzyło.

A prawda, mrozi krew w żyłach i słuchając, czy też czytając relacje ocalałych, ma się wrażenie, że takie masakry są wręcz nieprawdopodobne. Bo jak można, przyjść do wioski, wyrąbać siekierami jej mieszkańców? Robiąc to z mściwą satysfakcją? Jak można rozczłonkowywać żywych ludzi, tak by śmierć była wybawieniem?

Nie potrafię i nie chcę sobie wyobrazić, jakie piętno noszą w sobie Te kobiety, które widziały ciała, a raczej to, co zostało z ciał ich rodziny, znajomych.

Uciekały nocą, bezradne i przerażone. Szukały pomocy, czując na plecach oddech śmierci. Zostawiły za sobą wspaniałe dzieciństwo. Pozostały same, brutalnie wyrwane z domu, pozbawione rodziny. Nie miały pojęcia, co przyniesie przyszłość. Jedno było pewne. Obrazy egzekucji, na zawsze miały pozostać w ich głowie. Ból i pytanie — Dlaczego?

Pamiętam, kiedy czytałam o dziewczynach z Syberii, książka była wstrząsająca i bardzo poruszająca. Również bardzo ważna. Jednak tej bałam się najbardziej. Gdzieś z dzieciństwa, pamiętam jak starsze okoliczne „babcie”, opowiadały o Banderowcach, jak musiały się ukrywać w lepiankach, siedząc cicho, byle tylko nikt ich nie usłyszał. Tego, co dokładnie się wydarzyło, nie chciały powiedzieć. Jedno określenie, jakie im przychodziło to — piekło.

Poznawałam historie Tych kobiet, czytałam i zastanawiałam się, jak one to zniosły? Przecież taki koszmar nie można wymazać z dnia na dzień.
Zostały bez rodziców, często rodzeństwa. Niektórym udało się odnaleźć zaginionych, ocalałych z rodziny. Często jednak musiały odbyć samotną podróż do samodzielności. Z tak okrutnie ciężkim i dotkliwym bagażem doświadczeń. A nie zapominajmy, że wtedy były jeszcze dziećmi.


Mam nadzieje, że nigdy więcej, nic podobnego się nie wydarzy, jednocześnie chciałabym, aby o tych, którzy ponieśli swoje niewinne ofiary, nigdy nikt nie zapomniał. Te wioski, te miejsca, zostały zapomniane. A przynajmniej, niektórzy mają taką nadzieję. I tylko ci, którzy mają swoje korzenie w tamtych miejscach, wspominają, jak pięknie i dobrze żyło się na Wołyniu. Teraz, kojarzącym się z czymś tak okrutnym. Czy musiało do tego dojść? Czy można wybaczyć i zapomnieć? Nie wiem, czy ja bym potrafiła. Podziwiam te kobiety, jak i wszystkich ludzi, którym jakimś cudem, udało się przeżyć. Pamiętajmy o nich i ich zmarłych, z którymi nie zdążyli się pożegnać.


 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Znak Horyzont.
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka