Bieg do gwiazd

źródło


Choroby, pojawiają się w naszym życiu. Nie ważne ile mamy lat, zawsze budzą dyskomfort, nawet jeśli cierpi się na tak zwany — katarek. Dokucza i sprawia, że świat staje się zniekształcony. Na szczęście z lżejszymi przypadłościami można szybko się uporać. Gorzej jest, gdy nasz organizm dosyć poważnie zaczyna szwankować. Choroby, które nie przejdą leczone za tydzień, a nieleczone siedem dni.

Nie, tutaj rzeczywistość jest o wiele brutalniejsza. I nawet gdy jest bardzo źle, ważne by, mieć przy sobie kogoś, kto pomoże nam się podnieść, gdy wątpiąc, upadniemy. Poda chusteczkę, kiedy łzy same popłyną, powie, że — będzie dobrze. Bo czasem, po prostu wystarczy pomóc uwierzyć w słońce, którego dawno się nie widziało.


 
Bohaterką książki jest Ada, chorująca na cukrzycę. Chorobę, która utrudnia normalne funkcjonowanie. Zwłaszcza gdy spada w wieku, kiedy interesują nas zabawki, czy huśtawka jest wolna. I moment zamiany, tego wszystkiego na igły, pompy i cały sprzęt wspomagający, nie wydaje się optymistycznym. Wtedy właśnie, mając tych kilka lat, gdy ze swojego dziecięcego świata, zostaje się wyrwanym, potrzebna jest pomoc, oparcie w tych najbliższych, by wytłumaczyli, że to nic, jakoś sobie wspólnie poradzą. Nauczą z tym żyć.

Niestety, Ada nie usłyszała takich słów. Ani wtedy gdy była siedmioletnią dziewczynką, ani później. Nawet wtedy, kiedy postanowiła opuścić świat, który nagle się zmienił. W którym kochający rodzice, z dnia na dzień, przestali zauważać w swoim życiu. Jak gdyby choroba, sprawiła, że stała się niewidzialna.

Pozostawiona sama z sobą i cukrzycą, Ada czuje się odepchnięta i zbędna. Dla matki od dawna nie istnieje, ojciec przyłączył się do żony. I nawet siostra, pozostała odległa, jakby była kimś zupełnie obcym.

Pobyty w szpitalach psychiatrycznych zaczęły być czymś normalnym. Jednak nawet tam, nie można przebywać w nieskończoność. Nastolatka musi spróbować funkcjonować poza murami miejsca, w którym obcy ludzie, starali się naprawić coś, na co nie ma żadnej tabletki.

Dziewczyna wróciła do domu. Oczywiście nikt jej tam nie oczekiwał. Po prostu weszła do niego, jakby ostatnie miesiące, nie spędziła poza nim. Teraz zacznie się udawanie, do kolejnej próby. Tylko tym razem, nie przewidziała, że otrzyma list, od jedynej osoby, która o nią walczyła. List, za sprawą, którego, będzie chciała spełnić, ostatnią wolę, ukochanej babci. Tym samym, nieświadomie spróbuje czegoś innego, niż dotychczas.

 
 
 
Bieg do gwiazd jest trudną książką. Przede wszystkim, wielu odbiorcom otworzy oczy, na jaką chorobę jest cukrzyca. Chociaż, tu nie chodzi o samą cukrzycę. Również depresja, czy inne przewlekłe choroby, z którymi często trzeba stawić czoła.

Gdy diagnoza nagle ścina z nóg, gdy spada na nas, uczucie odrętwienia i zagubienia. Z mnóstwem pytań, co będzie dalej? Bardzo trudna sytuacja, jeszcze gorzej, pozostanie z tym wszystkim samemu. Bez wsparcia najbliższych.

Ada została zupełnie sama. I czytając, o rodzicach, którzy po prostu przestali zwracać uwagę, na swoje własne dziecko, sprawia, że czuje się niedowierzanie i gniew. Bo jak, tak można? Jak można odwrócić się od własnego dziecka, cząstki siebie, kiedy najbardziej tego potrzebuje?

Nie mogłam tego pojąć i ogarnąć. Szczerze mówiąc, byłam tym zdruzgotana. Diagnozy poważnych chorób, dla dorosłego są ciosem. A co dopiero dla dziecka, które nie może odnaleźć się w sytuacji, która odmieni się już na całe życie?

Przyglądamy się, jak ta nieszczęśliwa dziewczyna, próbuje spełnić ostatnią wolę babci. I pomalutku odkrywa, że nie jest całkiem sama. Niestety, ból noszony przez wiele lat, nie przeminie ot, tak. Rany na duszy, goją się najdłużej. Ada próbuje patrzeć na świat z innej perspektywy. Ma w tym pewien cel.

Czy po wielu latach, bycia obok życia, można zacząć w nim uczestniczyć, nauczyć się być normalnym? Odciąć od tego, co było złe. I po prostu pójść dalej?

Sama nie wiem, czego oczekiwałam po zakończeniu. Może spodziewałam się takiego, może miałam nadzieje, na coś innego? Jedno jest pewne, to nie ostatnia strona jest najważniejsza. Tylko cała historia. Ważna książka, bardzo dobrze napisana. Szczerze i od serca. Widać, że została dopracowana pod każdym możliwym względem. Brawo i gratulacje dla autorki. Oczywiście polecam Bieg do gwiazd.



Za możliwość przeczytania książki, dziękuję autorce oraz wydawnictwu Szara Godzina.

Czytaj dalej...

Fake it

źródło

Tej książki nie chciałam przeczytać. Nawet nie myślałam, by się w nią zaopatrzyć. Jednak do mnie przybyła. Skoro znalazła się pod mym dachem, to co mi szkodziło? Odleżała, odczekała i pomyślałam, a co mi szkodzi? Zabrałam się za czytanie. Bo szanse trzeba dawać, zwłaszcza młodym autorom. Niechaj się nie zrażą. Może nie należę do najmilszych oceniających, ale wierzcie mi na słowo, Ja naprawdę nie lubię czytać złych książek, krytykuje, gdy nie mam wyjścia.

No dobrze, tyle słowem wstępu, jak odebrałam książkę, której tytuł niewiele mi mówił, czy warto było dać szansę? O tym już za chwilę.
 


Sparks — nie, to nie ten od ckliwych powieści miłosnych. To dziewczyna, która ma imię, jednak go nie używa, większość zwraca się do niej po nazwisku. Poznajemy ją, gdy stoi przed drzwiami wróżki. Postanowiła, że przed własną śmiercią, że pójdzie popatrzeć w przyszłość. Ot, takim czarnym humorkiem się wykazała. No i stoi sobie nasza panienka, analizuje, co w ogóle tam robi. Gdy po pewnym czasie, przychodzi kolejna chętna, zajrzenia w przyszłość.

Dziewczyny zaczynają ze sobą rozmawiać, no dobra, jeśli można te dziwne wymiany zdań nazwać rozmową. W końcu jedna i później druga, idą po swoje wróżby.

Ogólnie to od momentu wyjścia, od wróżki, zaczynają się dziać rzeczy, które może na samym początku miały w miarę dobre rokowania. Później niestety, nastąpiła równia pochyła na samiutkie dno.

Dziewczyna, która zjawia się po Sparks, chyba miała na imię Indie, no bo wiecie, autorka, żeby było fajnie, osadziła akcję gdzieś nie w Polsce, żeby było bardziej światowo, bo taka Danka czy Kasia, nie brzmiałoby na tyle fajnie co Indie... Jednak nie o tym. Miejsce akcji to akurat kropla w morzu, które niestety pogrążyło historyjkę.

Indie chce pomóc Sparks, nie wiemy dlaczego, ale prosi ją, by ta dała, jej szansę i spędziła z nią 24 godziny, przez które może jednak zmieni zdanie.
 
 Dwie nieznajome dziewczyny, idą w miasto, by spróbować. Jedna przekonać, przyszłą samobójczynie, by żyła. Druga, udowodnić, że nic nie jest wstanie odwieść, od dawno temu podjętej decyzji.  
 
Wygląda bardzo obiecująco i ciekawie prawda? To samo pomyślałam.


I szczerze, no może tego nie kupiłam, ale byłam ciekawa tejże być może ostatniej doby, może była szansa, i właśnie tej szansy byłam ciekawa. N
 
o i kurczę, chciałam autorki zapytać. Naprawdę? Co to było?

 Bo nie otrzymacie odpowiedzi, na wiele pytań, które z początkiem historii, na pewno pojawią się w waszych głowach.
 
 
Depresja, czy stany lękowe. To poważne problemy. O ile ze stanami lękowymi, dobrze jest próbować samemu poradzić, o tyle depresja, czy myśli samobójcze to już wyższa szkoła jazdy. Tutaj mydlenie oczu, że spotkamy bratnią duszę, ona mnie pocałuje, nie sprawi, że taka osoba nagle poczuje, że chce żyć. Nie, to tak nie działa.

W 24 godziny nie ma możliwości zapanować nad stanami lękowymi. Z tym bardzo często, walczy się latami. Proszę mi wierzyć, wiem z własnego doświadczenia. Żadna bratnia dusza, w tym nie pomoże. I jestem zła. Bo nie lubię, kiedy tak poważne problemy, są bezmyślne wykorzystane.

Relacja między dziewczynami jest dziwna. Rzekłabym — totalnie pokręcona. I przez większość książki, odnosiłam wrażenie, że dzielą mnie lata świetlne, między tym, co próbowała przekazać Sandra Nowaczyk. Bo to może miało dobre założenie, niestety było tak powierzchowne, tak płytkie. By na końcu próbować zrobić BUM, no ale. Niestety, nie tędy droga.

Chęci były, jakaś wiedza mniej więcej, z naciskiem na mniej. Bo nie wystarczy interesować się Psychologią, by móc pisać, w sposób, w którym się wydaje, że nagle zbawi się świat. Ta historia była niedopracowana. Może trzeba było poświęcić więcej czasu? Nie mam pojęcia. Do mnie nie przemówiła. Zmęczyłam się, denerwowałam przez większość książki. I na końcu, zamiast poczuć jakieś emocje, byłam po prostu zła na siebie, że poświęciłam mój czas, na coś, co naprawdę nie było godne uwagi.
 
 Bo wiecie, one oczywiście miały swoje tajemnice, dramaty, traumy. I gdyby porządnie zostało napisane. Ta historia, naprawdę byłaby konkretnie smutna i przytłaczająca, może nawet pouczająca. Niestety, między jednym zwierzeniem, a drugim, działy się sytuacje, które po prostu psuły odbiór. I na sam koniec, zepsuły wszystko.
 
 Chciałabym napisać coś pozytywnego. Niestety, nie umiem pisać nieprawdy. Mogło być coś ciekawego, a wyszło zbyt chaotyczne, przekombinowane. Czy polecam? Ja żałuję, że poznałam te historię, ale wybór każdy podejmuje sam. 


Książka otrzymana od wydawnictwa Feeria.
 
Czytaj dalej...

Niedyskretnik



Gdy pojawiła się zapowiedź tejże książki, z początku nie myślałam, czy będę chciała przeczytać. W końcu zdecydowałam się, że jednak chcę. I gdy dotarła do mnie, chciałam sobie przejrzeć, o czym traktuje dokładnie, w jakiej formie jest napisana. Ogólnie czy przypadnie mi do gustu. Jeszcze wtedy nie spodziewałam się, że z chwilą otwarcia, przepadnę. Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu.

Autorka postawiła na bardzo fajną narrację, mianowicie zwraca się do czytelniczki. W pewnym sensie prowadzi taką rozmowę, z nami czytającymi. Już słowa wstępu po prostu mnie kupiły. Później już było tylko lepiej. Zacznijmy jednak od najważniejszego. Czy lubicie klimaty Jane Austin, czy Charlotte Bronte? Może być również Elisabeth Gaskell. Dlaczego o nie pytam? Ponieważ każda z nas, która pokochała Rozważną i Romantyczną, czy Północ i Południe, czytając bądź oglądając filmy, nie widziała i chyba też, nie wiedziała jednego. Jak ówczesne kobiety, radziły sobie na przykład w toalecie. I przede wszystkim, czy takowa istniała, a jeśli tak, to jaka i gdzie?

Właśnie od tego zaczynamy naszą podróż do przeszłości. Od załatwiania swoich potrzeb, o których nie mówimy na głos. A przynajmniej nie wszyscy, że wszyscy udajemy się do „świątyni dumania”, jest wiadome. No, ale, jak było wtedy?

Ja oczywiście miałam świadomość, że w tamtych czasach łazienki nieco różniły się od naszych, bo kto uważnie oglądał filmy, widział, a raczej, nie widział klozetu w miejscu odbywania kąpieli. I to nie był przypadek, ich tam po prostu nie było. Przez bardzo długi czas, nie było mowy, by wucet znajdował się w domu.

No i teraz przejdźmy do konkretów, gdzie panie, noszące sztywne i fantazyjne suknie, chodziły załatwiać swoje potrzeby? Jak się to odbywało? Cóż, warunki nieco dramatyczne, zważywszy na fakt, że po prostu wtedy, higiena pozostawiała wiele do życzenia. I kiedy już, już sobie pomyślałam, że no gorzej być nie może. Autorka sprowadza na ziemię. Owszem może.



Bo kto, jak nie kobiety musiały mieć ciężko. Codzienne czynności, swoją drogą, a comiesięczne przypadłości, były i wtedy. Z tą różnicą, że nie było szans, na choćby watę, podkład czy inne udogodnienia. Jak więc kobiety sobie radziły?  Tutaj wspomogę  się, ślicznym obrazkiem. 




Szczerze mówiąc, gdyby nie świadomość, że to naprawdę tak mniej więcej wyglądało, mogłabym się pośmiać. A tak, muszę oddać szacunek paniom, które wtedy musiały sobie radzić. Bo ja, teraz mam kompletny dramat, dni wyjęte z życiorysu, a gdybym musiała chodzić z czymś takim między nogami. Boże litościwy, chyba kazałabym się dobić.

Zabawne były teorie medyczne. Oczywiście prowadzone przez mężczyzn. W tamtych czasach wszystko prowadziło do suchot. Nawet miesiączka źle odpływająca, czy o nie takim zabarwieniu co trzeba, mogła być przyczyną suchot. W sumie to suchoty były przez wszystko.

Oczywiście przypadłości kobiet, były odbierane jako coś złego. W sumie kobiety był wcieleniem zła. Dlatego krwawiły. Wiadomo. Mężczyzna nie krwawił, chyba że był na wojnie i został ranny. Kobieta krwawi sama z siebie. Demon. To też, bidule musiały być bardzo dyskretne w oczyszczaniu tego, co pomagało im zatrzymać krwawienie. Cóż, łatwo nie było. Kolejny powód do podziwu



Trzeba oddać autorce, spisała się świetnie w swoim oprowadzaniu po czasach, odzierając z niewiedzy. Zaglądamy do najbardziej dyskretnych i zachowywanych pod zasłoną milczenia tematów. Chwilami brutalnie szczera, bo naga prawda, czasem aż przerażała. Ja się dziwię, że wtedy i tak tylu ludzi przeżyło. Wszechobecny brud, smród i po prostu tragedia. Gdzie woda do picia, mieszała się ze ściekami. Później zarazy i epidemie. Cóż, takie były to czasy, ukryte za fasadą strojnych sukien, pięknych fryzur i uśmiechów. Prawda jednak jest mniej dostojna.

Jestem bardzo zadowolona, z posiadania Niedyskretnika, myślę, że nie jeden raz do niego zajrzę. Z chęcią przypomnę sobie, to i owo. Była to pouczająca lektura. Szczerze i od serca polecam.



Tekst stanowi oficjalną recenzją dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Troje na huśtwace



Bywają książki, które czyta się jednym tchem. Mają w sobie coś takiego, co sprawia, że tekst a wraz z nim strony, przepływająca niepostrzeżenie. Są również takie, przy których trzeba się zatrzymać, przetworzyć informacje i dopiero po tym czasie iść dalej, zagłębiać w tekst. No i jeszcze jedne, takie pół na pół, z jednej strony czyta się dobrze i nawet szybko, a po chwili coś nas zatrzymuje i nakazuje pomyśleć przez chwilę, zanim ruszymy dalej. Tak właśnie miałam z książką Troje na huśtawce, a jak oceniam całość?


 
Koralia jest w wieku, który zasadniczo trudno zakwalifikować, by nie urazić. Bo z jednej strony przekroczenie czterdziestki nie jest niczym strasznym, z drugiej, daje świadomość z tylu głowy, że oto młodość gdzieś została za pewnymi granicami, a teraz to już coraz bliżej starości. Oczywiście mówimy o wieku liczbowym. Bo tak naprawdę. Starość czy młodość jest stanem ducha. Od tego, jak bardzo my sami odnajdujemy się w danej rzeczywistości. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynają się ograniczenia wiekowe. Bo po czterdziestce to czy tamto już nie wypada. Bo już są boczki, bo zmarszczki itd.

Taka właśnie jest nasza bohaterka, zatrzymana w wieku, którego nie bardzo lubi, ale tak naprawdę, gdy była młoda, nie bardzo korzystała z cyfr, które same siebie usprawiedliwiały, wraz z postępkami, które się uczyniło.

I właśnie w tym dziwnym wieku „pomiędzy”, Koralia się zakochała. I chyba nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że obiekt jej zainteresowania — z wzajemnością zresztą. Był synem najlepszej przyjaciółki, w dodatku osiemnaście lat młodszym. Tak. Teraz z pewnością reakcje są pełnie oburzenia, zniesmaczenia i całej reszty, która myśli jedno. Potępić i ukarać. Prawda?

Jednak Koralia i jej ukochany, pomimo przeszkód, jakie z pewnością w końcu się pojawią, postanawiają dać sobie szansę. Ona ma większe opory, On tłumaczy jej, że jest dorosły i w końcu kocha. I naprawdę tak jest.

Tylko jest jeden, maleńki problem. Matka i przyjaciółka. Czy będzie umiała pogodzić się z tym, co dwie najbliższe osoby zafundowały, czy przyjaźń będzie postawiona na granicy wyboru? I najważniejsze, czy taka miłość ma szansę?



Ciekawiła mnie książka, która miała ukazać związek, czy romans, jak kto woli. Starszej kobiety i dużo młodszego mężczyzny. Mnie akurat specjalnie to nie gorszyło. Ponieważ uważam, że skoro mężczyźnie wolno stanąć na ślubnym kobiercu z 25 lat młodszą oblubienicą, to tal samo działa w odwrotną stronę.

Sprawa o tyle była trudna, że chodziło o syna przyjaciółki. I chyba ten aspekt wzbudzał największe emocje. Z jednej strony chłopak był już dorosły, świadomy tego, czego chciał. Z drugiej Koralia i jej rozterki. Tutaj nie można powiedzieć, że zachowywała się niezdecydowanie i być na nią o to złym. Ja rozumiałam te wahania, to miotanie w różne strony. Trudno powiedzieć sercu przestań, bo rozum krzyczy, że tak nie wolno. I tak naprawdę dlaczego?

Była Aurelia, matka i przyjaciółka. Jak powiadomić nieświadomą przyjaciółkę, matkę — główną zainteresowaną, że mimo tego, że zdaje się niemożliwe, właśnie na nich coś takiego padło?

Trudne wybory, trudne decyzje. Jeszcze trudniejsze skutki, a wszystko przez miłość, która postanowiła pobawić się cyframi. Czy jest w tym coś złego?

Książkę czytałam dosyć długo. Sama nie wiem dlaczego. Bo jest naprawdę ciekawa. I chociaż Natasza Socha, postanowiła nieco nam utrudnić, i formę pamiętnika Koralii, czytamy z nieco pomieszaną kolejnością zdarzeń, mimo wszystko czytało dobrze. Mnie może przytrzymywały te rozmyślania kobiety, jej analizy, wspomnienia i ich wpływ na aktualne wydarzenia.

Kibicowałam bohaterce, uważam, że miłość powinna otrzymać szansę. Wiek to tylko cyfry, ograniczenia stawiamy my sami. Jeśli chodzi o szczęście, nie powinno się o nich myśleć.

Zakończenie sprawiło, że nie mogłam spać w nocy i rozmyślałam. Nad tym, co dalej, jaki powinien być finał. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuacje, chyba bardzo bym tego chciała. Jeszcze bardziej bym życzyła sobie, by ludzie przestali oceniać innych, tylko dlatego, że ośmielili się wyjść poza ramy, które narzucili jeszcze inni ludzie. Szczęście, ono się liczy, jeśli nie krzywdzi innych, powinno być akceptowane. Nawet jeśli my sami, nie podjęlibyśmy się podobnych decyzji. Chociaż jak mówi powiedzenie — nigdy, nie mów nigdy.

Myślę, że jest to jedna z najbardziej poważnych książek. Oczywiście jest szczerość i prawdziwość. Wiadome, ale chyba dotyka tego, od czego ludzie lubią uciekać. Trzymam kciuki za takie Koralie, które nie boją się cyfr. A książkę polecam.
 

Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Edipresse książki.


Czytaj dalej...

Koń, który mnie wybrał. Jak znękana klacz uleczyła sponiewierane serce

  źródło
Próbuję sobie przypomnieć, kiedy książka trafiła w moje ręce, ale coś nie bardzo mi wychodzi. W każdym razie dosyć sporo wody upłynęło, nim postanowiłam, że oto nadeszła pora właśnie na nią. Z opisu okładkowego, "polecanek" i całej reszty, historia miała być bardzo poruszająca i łzawa. Lubię czasem tego typu opowieści, to też nastawiłam się na wzruszenia. Jak było?

Przede wszystkim należy się małe sprostowanie. Klacz wcale nie wybrała swej pani, po prostu stado, które potrzebowało pomocy, było w tak ogromnym ścisku, że nie szło w sposób humanitarny dostać się do konia, którego wcześniej ktoś przydzielił Susan.
Kobieta widząca co się dzieje, zaproponowała, żeby wziąć pierwszego lepszego konia, który będzie najbliżej wyjścia. By nie ucierpiały inne, zlęknione i schorowane.

Troszkę ktoś chciał ugrać na chwytliwym tytule. Nie bardzo lubię takie sztuczki. Bo rzeczywiście oczekiwałam jakiegoś porozumienia dusz. Klacz spojrzała w oczy kobiecie, no i nagle do niej podeszła. Nic z tego. Już na wstępie muszę Wam odebrać nadzieje.




Historię opowiada Susan, kobieta w średnim wieku, mieszkająca wraz z końmi, po rozstaniu z mężem nie potrafiła nawiązać znajomości z nowym mężczyzną. Jej czas zajmowały konie oraz zajęcia terapeutyczne w ośrodku pomocy społecznej.

Nie planowała zakupu kolejnego konia. Trójka jej wystarczała. Jednak gdy otrzymała telefon ze stowarzyszenia, nie potrafiła odmówić. Cierpienie niewinnych zwierząt sprawiało, że po prostu musiała pojechać i pomóc chociaż jednemu. Tak trafiła do niej Lay Me Down wraz ze swoim źrebakiem.

Klacz była w fatalnym stanie zdrowotnym. Tak naprawdę, nie było wiadomo czy podane leki pomogą, czy jej organizm stoczy walkę z chorobą. Osłabienie, warunku, w jakich wcześniej się znajdował. Wszystko działało na niekorzyść Lay Me Down, ale Susan nie poddawała się, wraz ze swoją przyjaciółką postanowiły, zrobić co mogą, by nowa podopieczna stanęła na nogi.

Pomiędzy historią chorej klaczy, poznajemy również tych, którzy już byli obecni wcześniej. Jedna, ale bardzo zadziorna klacz i dwóch ogierów.

Jest jeszcze opowieść o samej Susan, której historia często cofa się do wczesnego dzieciństwa, by przybliżyć czytelnikowi, dlaczego kobieta znalazła się właśnie w tym miejscu sama. Co sprawiło, że jej życie potoczyło w taki, a nie inny sposób.



Trudno jest mi oceniać książkę, ponieważ opowiada o czyimś życiu. Jako że tego typu publikacje są zbyt prywatne, nie jest łatwo postawić ocenę. Dlatego postaram się by moje odczucia, były tylko na temat samej formy, w jakiej książka została napisana i skupie się na drugiej głównej bohaterce - Lay Me Down.

Czegoś mi zabrakło w historii, jaką ukazała Susan Richards, pewnych emocji, czegoś, co by sprawiło, że to wszystko było prawdziwe, a nie suchymi faktami. Zlepkiem wydarzeń, których była wstanie nam ukazać, ale zbyt mocno ocenzurowanych i przez to, nie poczułam samej Susan w Susan.

Co się natomiast tyczu klaczy, no tutaj to byłam bardzo zaangażowana w jej losy. Zawsze przeżywam, gdy w książkach pojawiają się skrzywdzone zwierzęta, a Lay Me Down, była wyjątkowa. Chyba pod każdym możliwym względem. I to właśnie jej historia, jej opowieść sprawiła, że płakałam. Przeżywałam wszystko intensywnie i nie mogłam pogodzić z tym, co ją spotkało.
Czy historia była rozdzierająca? Aż tak bym jej nie określiła. Bo patrząc na samo życie Susan, no jak u większości, różnie bywało. Raz lepiej, raz gorzej. Piękna była jej postawa względem koni. I to właśnie ta część książki robi największe wrażenie, znaczy sama postać Lay Me Down.

Nie mogę jednak powiedzieć, bym odczuła, jak klacz uleczyła zranione serce Susan, jak wspomniałam na początku, to jakby odrębna historia, która miała za zadanie tylko wypełnić wydarzenia, pomiędzy tym, co miało być o koniach.

Czyta się szybko, ale nie ma też wartkiej akcji. To z jednej strony zwykła opowieść, o kobiecie i klaczy. Jednak to klacz jest tą, dla której chce się skończyć książkę.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

Czytaj dalej...

Hotel nad zatoką

źródła


Bardzo lubię sagi i inne publikacje dotyczące tajemnic rodzinnych. To też, gdy tylko zobaczyłam zapowiedź Hotelu, pomyślałam, że mogę wraz z bohaterami, spędzić bardzo przyjemnie czas. Opis napawał optymizmem, no i klimatyczna okładka. Czegoż chcieć więcej? Tylko czytać i rozwiązywać, skrawek po skrawku sekrety, latami skrywane.

Książka już od jakiegoś czasu przeczytania, historia poznana. Teraz pozostaje napisać, o czym jest dokładnie i czy warto poświęcić jej uwagę?


Rodzeństwo — w większości kojarzy się pozytywnie. Ludzie, którzy są dla siebie od zawsze najbliżsi. Inaczej sytuacja wygląda, gdy czas rozdziela, niegdyś nierozłączne dzieci. I pokazuje, że świat, o którym do tej pory słyszało się z daleka, rządzi innymi prawami. Gdzie więzy krwi, niekoniecznie mają jakieś znaczenie.

Jedni szczycą się własną przeszłością, skąd pochodzą. Inni zaś, woleliby nie wracać pamięcią do czasów, które nie kojarzą się zbyt radośnie. Jedno jest pewne. Wymazać nie można tych, za sprawą, których pojawiliśmy się na tym padole.

Siostry Bradford mieszkały i wychowywały się w hotelu. Wydaje się czymś świetnym, prawda? Nie do końca, bo dziewczynki, już od najmłodszych lat, musiały pomagać w pracach, które tak naprawdę, powinny należeć do zakresu obowiązków obsługi. Jednak tak krawiec kraje, ile mu... No i dlatego, matka i zarazem właścicielka hotelu, robiła co mogła, by dobytek życia rodziny, jej męża, a teraz także jej, nie popadł w ruinę i w końcu prosperował tak, jak należy. Praca żmudna i wymagająca poświęceń. Jak się mówi albo kariera, albo rodzina, coś za coś. Dla seniorki praca i renoma była całym życiem. Nie liczyło się nic innego. Na swoją markę trzeba nieustannie pracować. Bez względu na wszystko.

Trzy siostry, odkąd pamiętały, ich życiem był hotel. Matka, która była niedostępna i ojciec, którego szybko zabrakło. Nie, nie umarł. Odszedł. Do innego życia.

Gdy wszystkie kobiety spotykają się po latach, okazuje się, że każda ma swoje tajemnice, coś, co, próbowała zataić przed resztą. Teraz czas, przyszedł po to, co swoje. I trzeba będzie zmierzyć z prawdą. Czasami dosyć bolesną.

Hotel nad zatoką zapowiadał się naprawdę bardzo tajemniczo. Wyobrażałam sobie sekrety, rodem z dreszczowca. No dobrze, żartuje. Prawdą jednak jest, że oczekiwałam, naprawdę mocnych wątków, które poprzestawiają życie bohaterów. Czy coś takiego zastałam w książce Holly Robinson? Niestety nie. Owszem, były jakieś tam niedomówienia. Bo i tajemnicami tych spraw, nazwać trudno mi było. To bardziej nieporozumienia, które pod wpływem emocji, wywarły zbyt intensywne wrażenie. Co z czasem, urosło do większej rangi, niż powinno.

Nie powiem, by książkę źle się czytało. Przeciwnie. Autorka snuje swoją opowieść równym tempem. Dzięki czemu możemy poznać rodzinę, nikt nie zostaje pominięty, zlekceważony, by w ogólnym rozrachunku powiedzieć — czegoś mi zabrakło w opisie tej, czy tej postaci.

Niemniej, całość nie jawi się czymś zaskakującym. Ot surowa matka, która miejsce, w jakim się znalazła, zawdzięcza swojemu samozaparciu, a że postąpiła w dosyć dziwny sposób? Takie bywa życie.

Co do bohaterów, denerwowała mnie jedna z sióstr, i to tak konkretnie, że miałam chwilami ochotę przywalić jej po łbie. Uważana, za najbardziej poszkodowaną i ogólnie biedną, a mnie najbardziej drażniła i nie rozumiałam jej postawy. Fakt, później co nieco się wyjaśnia, ale niesmak pozostaje do końca.

Podsumowując, książka nie jest najwyższych lotów, nie wymaga zbyt wiele od czytelnika. Nie wzbudza, Bóg wie jakich emocji. Jednak czyta się przyjemnie. Polecam dla rozrywki, do oderwania od codzienności.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Małpa w kąpieli

źródło


Może i duża jestem, dzieci swoim nie mam, ale lubię bajki. Czasem nabywam z czystego sentymentu, niekiedy kieruję się chęcią obdarowania cudze dziecko. Dlatego co jakiś czas w mojej biblioteczce pojawiają się tytuły, kierowane do najmłodszych. 
 
Tym razem padło na urocze rymowanki, które miały swoje wznowienie jakiś czas temu. Myślę, że jest to świetny pomysł, by wracać do lubianych i czasem zapomnianych bajek czy wierszyków. Tutaj mamy Małpę w kąpieli, Aleksandra Fredro.  Ciekawa jestem, kto pamięta tę zabawną i pełną emocji historyjkę, napisaną w formie rymowanki. Co sprawia, że bardzo szybko tekst się zapamiętuje i zwraca uwagę. Szczerze mówiąc, sama przez wiele lat pamiętałam całość. Później jakoś się zatarło w pamięci, ale jakże moja wyobraźnia działa, gdy wyobrażałam sobie tę małpę szalejącą w wannie. 
 
Rada małpa, że się śmieli,
Kiedy mogła udać człeka,
Widząc panią raz w kąpieli,
Wlazła pod stół - cicho czeka.
Pani wyszła, drzwi zamknęła;
Małpa figlarz - nuż do dzieła!
 
Co było dalej? Część z Was, na pewno pamięta. Ci, którzy nie spotkali się z niesforną małpą, powinni nadrobić braki. Zwłaszcza jeśli w swoim otoczeniu, mają pociechy. Bo, chyba każde dziecko z zainteresowaniem będzie słuchało, co takiego zrobi bohaterka, jak się zakończy jej naśladowanie człowieka.

Słów kilka należy się o samym wykonaniu. Książeczka posiada twardą oprawę, strony również są twarde. Dzięki temu solidniejsze. Oczywiście, dla dzieciaczków, jeszcze kierujących nowe zdobycze w stronę buzi, radziłabym poczekać. Ewentualnie pod nadzorem opiekuna. Szkoda by było, by małpa z kąpieli, trafiła pod zęby.

Kolejna sprawa to kolory, bardzo chwytliwe, zwracające uwagę. I nie powiem, mnie ten róż zdobył. Nie, żebym miała jakieś szczególne preferencje z tą barwą. Jednak żywe i wesołe kolory bardzo pasuj dla dzieci. Bardzo nie lubię, kiedy książeczki dla dzieci, mają ponure, wręcz przytłaczające barwy.

Uważam, że maluchy, jak najdłużej powinny cieszyć się barwami i korzystać, z tych beztroskich czasów. Dlatego - nie żałujmy im pięknych kolorów.

Cóż mogę jeszcze napisać. Myślę, że warto zaopatrzyć się te bajeczki. Na pewno będą wesoło prezentowały się na regale w dziecięcym pokoju - co nie znaczy, że u dorosłych gorzej. I najważniejsze, wesoło jest, przypomnieć sobie dawne wierszyki.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Kroniki Jaaru. Czarny amulet




Ponowne spotkanie z magicznym światem Jaaru, bohaterami, których poznałam w pierwszej części. Książka swoje odczekała na półce, aż w końcu zdecydowałam się, by powrócić i zapoznać z tym, co przygotował dla czytelników Pan Adam Faber.

Byłam niezmiernie ciekawa, jaki postęp zrobiła nasza główna bohaterka, jak odnajdzie się w nowej roli i czy zacznie się dziać, coś naprawdę wiedźmowego? Cóż więc zastałam?

 
 
Zaczynają się wakacje, Kate ma w planach wyjazd pod namiot ze swoją niby przyjaciółką Mel, nie żeby miała na to wielką ochotę, ogólnie młoda czarownica chyba niczym się nie interesuje i nikogo nie lubi. Bo co chwila na coś narzeka. No ale do rzeczy. Pod namiot nie jedzie, ponieważ cioteczka zaplanowała już „atrakcje”, dla swoje podopiecznej.

Jako że dziewczyna ma spore braki w wiedzy, powinna zaznajomić się z innymi czarownicami w jej wieku. Rozeznać w otoczeniu. Oczywiście główna zainteresowana jest wściekła. Bo przecież miała inne plany — tak jechać pod namiot, z przyjaciółką, której nie bardzo lubi i w gruncie rzeczy nie chciała. Jednak plan miała, a tutaj ciotka ośmiela się wprowadzać zmiany.

W końcu jadą, do miasteczka, której nazwy nawet przy torturach nie umiałabym powtórzyć, a co dopiero napisać. Książka gdzieś sobie leży więc nie pomoże. W każdym razie miasteczko nie jest zwykłe. Bo właśnie w nim, jest więcej czarownic, które się co jakiś czas spotykają, znajduje się tam również las, magiczny. O ślicznej nazwie „Jęczący las”, mówiłam, że urocza nazwa? W sam raz, żeby wejść i sprawdzić kto lub co sobie pojękuje.

Miasteczko przywodzi jeszcze dwie osoby, Jonathana wraz z matką. Nastolatek ma moc, którą kochana mateńka, pomagała mu ujarzmić. Jako że siły były rzecz jasna nadprzyrodzone, musiał się z nimi ukrywać. Broń Boże, nie wolno mu było wdać się w konszachty z wiedźmami. On ze swym ogniem był cacy, one z czarowaniem były fe. Tak to już jest. 
Pewnego dnia, chłopak dowiaduje się, że to, czym przez całe życie był „karmiony”, to kłamstwo. No i wtedy zaczyna się zabawa.

Jest jeszcze Wielki Pan, kim jest? Jaką odegra rolę w całym przedstawieniu? I do czego są zdolni inni, by zyskać wielką moc, o tym przekona się smagający ogniem Jonathan i nieogarnięta czarownica Kate.

 
 
Napiszę tak, Adam Faber odwalił kawał dobrej roboty, tutaj nie ma dziecinnej opowiastki zabarwionej magicznymi stworzonkami, które mogą wyrządzić nam krzywdę, jeśli będziemy niegrzeczni. Już od początku jest bardziej mrocznie, sporo niewiadomych, tajemnic, które mają swoje korzenie gdzieś w innym wymiarze, gdzieś w odległej przeszłości. Pojawiają się postaci tajemnicze, lekko przerażające i przede wszystkim — nieznane.

I ta warstwa jest naprawdę świetnie zrobiona, pobudza wyobraźnie i troszkę przyprawia o dreszczyk emocji. Aura tajemniczości dominuje i sprawia, że gdzieś tam z tyłu głowy zaczynają pojawiać się coraz to nowe pytania. Za co ogromne brawo. Świetnie się czyta.

No i teraz przejdźmy do postaci. Otóż Kate, o ile w pierwszej części rozumiałam jej nierozgarnięcie, jej opór przed tym, co postawił los, ale.. No ileż można znosić kaprysy i ignorancje. Ta dziewucha jest totalnie nie do wytrzymania. I szczerze mówiąc, chwilami miałam ochotę, żeby jakiś wredny stwór w końcu ją utłukł. Bo naprawdę, głupszej i tępej bohaterki dawno nie było. Nikogo nie lubi, z nikim nie potrafi się dogadać. Każdy jest zły i się z niej śmieje albo chce z niej zadrwić.

Przez zachowanie Kate, ciężko czytało się fragmenty, które dotyczyły bezpośrednio jej osoby. Po prostu te głupie rozmyślania, zachowania niczym kompletna idiotka. No proszę mi wybaczyć, może i brutalną szczerość, ale drażniła mnie strasznie. Typ dziewuchy — sama nie wiem, czego chce. Starajcie się, ale i tak wiadomo, że mi się nie spodoba, bo...

Mam ogromną nadzieję, że ta postać, nagle jakimś cudem się ogarnie, bo normalnie nie zniosę tej nieudolnej pod każdym względem dziewoi.

Ogólnie, książka jest świetna, dobrze się czyta, jest dużo magi, ciekawych zwrotów akcji, gdzie nagle dzieje się coś, o czym w życiu bym nie pomyślała. Teraz to już pozostaje czytać ostatnią.
 
 
 
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Czwarta Strona.
 
 
Czytaj dalej...

Trzy kolory




Czy zastanawialiście się kiedyś, ile kolorów wystarczy do malowania i stworzenia czegoś ciekawego? Jak to wygląda z tytułowymi trzema kolorami? Faktycznie, te wybrane wystarczą za całą paletę, jaką teraz oferują nam producenci? 
Postanowiłam sprawdzić, jak to wygląda w praktyce i czy dzieła stworzone czernią, czerwienią i niebieskim, będą na tyle ładne żeby polecić.


Przede wszystkim, zacząć należy od tego, że książka do rysowania, służy do tego, by nauczyć się podstawowych kresek. Tutaj nie samo kolorowanie jest ważne, a tworzenie. No i czy ktoś taki jak ja, czyli totalny antytalent artystyczny, potrafi sobie poradzić? 





Jak widzicie, mamy ładnie i przejrzyście wyjaśnione, w jaki sposób prowadzić długopis, by nasze rysunki osiągnęły zamierzony efekt. Niby tylko trzy kolory, ale jednak niektóre robią wrażenie, prawda? Ważne jest cieniowanie, kąt nachylenia i nacisku. Niestety, do tego droga daleka i dosyć trudna - przynajmniej dla mnie. Bo poczytać, popatrzeć to jedno, a wykonanie pokazuje brutalną rzeczywistość. No ale, nie ma co się zniechęcać, bowiem trening czyni mistrza. Chyba. Przynajmniej w niektórych przypadkach. Tak myślę. 
 Zatem jak było w moim przypadku? Czy niby prosta i ciekawa forma przypadła mi do gustu i przede wszystkim, jak opanowałam sztukę cieniowania, kreślenia i całej reszty? 





Powiem tak, wyglądało łatwo, a jak zaczęłam, to przestałam mieć takie zdanie. Niestety nie wszystko wychodziło tak, jakbym tego oczekiwała. Na szczęście zabawa była fajna, można sobie coś pokombinować, nauczyć prostych trików by stworzyć zwierzątka czy inne kształty, bez wielkich ceregieli. Nawet taki antytalent jak ja, załapał co i jak. 

Jest jedno ale, zabawa zbyt długo nie cieszy, niby stopień trudności rośnie, ale jednak nie absorbuje do tego stopnia, by chcieć wypełnić wszystkie strony i mieć z tego olbrzymią frajdę. Toteż, gdy tylko poczułam znużenie, odłożyłam książeczkę i po prostu o niej zapomniałam. 

Niemniej polecam, być może znajdą się fani tej formy, bo w końcu chcieć to móc. Widać moje wrodzone lenistwo do bycia artystą się uaktywniło.  


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Royal. Królestwo ze szkła

źródło

W  ostatnim czasie sięgam po lżejsze lektury, może dlatego, że moja ukochana pora roku srogo mnie zawiodła i zamiast się nią cieszyć, mam takie nerwy, że szkoda słów. No i przez to wszystko, chodzę jakaś taka „tąpnięta” nie w tę stronę co trzeba. Nawet czytanie idzie mi opornie, a jeśli już, to coś, co nie wymaga skupienia, przenosi w inny, jakiś może ładniejszy świat. To też, gdy zobaczyłam zapowiedź Royal, pomyślałam sobie, że chyba powinnam przeczytać. I podejrzewam, że większość ludzie będzie w szoku, bo sama Irenka była przekonana o moim hejcie na tej książce, to zadziwię dziś wszystkich, ale o tym za chwilę.


 
Poznajemy Viterrę, królestwo stworzone po wielkiej wojnie, chyba trzeciej — przepraszam, jeśli coś namieszam, ale czytałam jakiś czas temu. W każdym razie Viterra znajduje się pod jakąś szklaną kopułą, chyba dla bezpieczeństwa, bo z tego, co rozbija się w mej pamięci, na zewnątrz jest skażone powietrze, ale jakim cudem u nich jest w porządku, zabijcie mnie — nie pamiętam. W każdym razie ludzie sobie tam żyją i są szczęśliwi. O ile przestrzegają głównych przepisów.

No i jeśli chodzi o przepisy to tutaj pora na naszą główną postać — Tatianę. Nastolatkę, która stoi już u progu dojrzałości, co za tym idzie, będzie mogła poślubić mężczyznę i założyć rodzinę. Dziewczyna nie bardzo ma na to ochotę, ale tak już jest w tym świecie. Jej marzeniem jest, zamieszkać z siostrą, bo po śmierci rodziców, wychowywały się u wujostwa. Ciotka koszmarna, wujaszek niby dobry. Gdy starsza z dziewcząt założyła sobie rodzinę, całe skupienie spadło na młodszą. No i teraz zaczyna się zabawa.

Cudowna cioteczka zgłosiła swą podopieczną do reality show. Stawką jest konkretna wygrana, bo finalistka, która dobrze wytypuje, poślubi samego księcia Viterry. A sprawa nie jawi się prosto. Ponieważ nikt nie wie, jak wygląda następca tronu.

Tatiana jest wściekła, nie planowała wziąć udziału w czymś tak beznadziejnym. Gdzie chodzi o przyszłość i walkę o zaślubienie kogoś, do kogo nic się nie czuje, trzeba być nazbyt wyrachowanym. Tatiana nie jest z tych. Nie, żeby była ofiarą losu. Ot po prostu marzy jej się romantyczna miłość. Jak to nastolatce.

Niestety, zostaje postawiona pod ścianą, musi wziąć udział. Od tego zależy jej przyszłość. I nie mam na myśli wygranej.
 
 


Przejrzałam na szybko opinie książki. No i troszkę jestem zdziwiona tak słabymi ocenami. A może to ja po prostu dałam się uwieść? Bo wiecie, Royal faktycznie nie należy do wybitnych. Jednak jest tak bajecznie napisana, że ja totalnie dałam się jej uwieść. Wpadłam w klimat. Wczułam się w rolę głównej bohaterki i wraz z nią przeżywałam wszystkie wydarzenia.

Co najważniejsze, Tatiana nie denerwuje. Jest naprawdę fajną nastolatką, naiwną tam gdzie powinna. To znaczy, potrafi źle interpretować intencje młodzieńców, potrafi marzyć, jak to bywa właśnie w tym wieku. Jednak nie przyćmiewa jej myślenia. Ona rozgląda się dookoła. I chociaż jej udział w grze jest wymuszony, to później opuszcza sobie niechęć i zaczyna kombinować, który z młodzieńców może być prawdziwym księciem.

A to jest, powiem wam najlepsze. Sama zaczęłam stawiać swoje typy, jednak sprawa nie wygląda prosto, bo każdy zręcznie manipuluje. Niby mam swojego, ale sama nie wiem, czy ten, to właśnie ten. Coś czuję, że w drugiej części dostanę pstryczka w nos, bo okaże się zupełnie co innego.

I wiecie co? Ja pokochałam tę zabawę. Normalnie chciałabym wziąć udział, dla samego klimatu dworskiego. Żeby poczuć się przez chwilę inaczej. Z chęcią obejrzałabym ekranizację. Nie obchodzi mnie krytyka innych. Ja się dałam temu uwieść. I odliczam do kolejnych tomów. I oby było ich jak najwięcej. Zakochałam się, to jest mój numer jeden w kategorii bajkowych.

Gdzieś słyszałam, że niektórym kojarzy się z serią Rywalki, ja na szczęście tego nie czytałam, nie mam porównania. Jeśli skończę to i będę cierpiała rozstanie, wtedy porozglądam się za rywalkami. A co będę sobie żałowała.

Mówię wam, teraz zimą, warto przenieść się do czegoś bajkowego, co nas, chociaż na chwilę zajmie czymś innym, niż mrozy i zimno. Polecam z całego serduszka. Czarnego, rzecz jasna.

 

Czytaj dalej...

5 sekund do IO. Rebeliantka

źródło


Długo, oj bardzo długo przyszło czekać, na kolejną część książki. I szczerze mówiąc, gdy już Rebeliantka trafiła w moje ręce, miałam lekki problem z przypomnieniem sobie, na czym została przerwana poprzednia. Chyba tego w seriach nie lubię najbardziej, czasu oczekiwania, bo z jednej strony wiadomo, autor nie robot, z kolei pamięć jednak nie zapisuje wszystkiego. No i niestety, miałam troszkę braki. I z początku nie bardzo wiedziałam co i dlaczego się wydarzyło. Później jakoś już poszło.

Teraz pozostaje pytanie, czy i tym razem, było tak bardzo wciągająca i czy Pani Małgorzata Warda zaskoczyła mnie, czytelnika?




Mika podpisała umowę z firmą, która zajmuje się testowaniem nowej gry, bardzo realnej i bardzo niebezpiecznej, tutaj nie chodzi o zgubienie poczucia czasu, ale i narażenie własnego życia. O czym na własnej skórze przekonała się sama dziewczyna. 5 sekund do IO doprowadziło do wyniszczenia jej organizmu, gdyby w ostatniej chwili się nie odłączyła, gdyby. Śmierć podczas gry jest bardzo autentyczna, może wyrządzić szkody w naturalnym świecie.

Minął rok od pamiętnej tragedii, policja dalej prowadzi śledztwo, udział Miki niewiele posunął sprawę do przodu, przyjaciel jej ojca, czuje, że sytuacja wymknęła się spod kontroli. I nie może narażać życia córki zmarłego kumpla. Nie wiadomo co robić, producent właśnie wypuścił nową grę, która ma być jeszcze gorsza od swojej poprzedniczki. Tylko nastolatka ma możliwość zagłębienia się do tego świata, musi być ostrożna. Jednak ryzyko zbyt duże, czy można zaufać tak młodej osobie?

Sama główna zainteresowana ma problem. Z jednej strony lojalność do policji, z drugiej w grę wchodzą uczucia do Janka, chłopaka poznanego na IO, odkryte przez nią tajemnice rzucają nowe światło, co nie znaczy, że ujawniając je, pomoże w sprawie, a może tylko zaszkodzić swojemu ukochanemu.

W dodatku zobowiązania, jakie wiążą się z dniem wejścia umowy w życie, zaczynają dawać o sobie znać. Jak ma teraz brać udział w zdradzie ludzi, których tak bardzo polubiła. A rzeczywistość wcale nie okazuje się łaskawa.

Czy ponowne przekroczenie progu świata gry, okaże się gorsze niż poprzednim razem? Co niesie za sobą rozwiązanie zagadki? I czy czasem, rzeczywiście lepiej żyć w niewiedzy?
 


Mam bardzo mieszane uczucia, bo jak wspomniałam we wstępie, bardzo, ale to bardzo oczekiwałam tej części. Byłam zachwycona IO, to też zaliczyłam lekkie rozczarowanie, kiedy pierwsze rozdziały, wcale nie pochłonęły mnie tak bardzo, bym nie potrafiła się oderwać od książki. Mało tego, czułam się chwilami znużona, miałam wrażenie, że jakoś za dużo jest tego samego co poprzednio. Powtarzane rozterki, te analizy wewnętrzne Miki, nie przemawiały do mnie.

Mimo wszystko nie poddawałam się, byłam zbyt ciekawa tego, co będzie dalej. Nie czytało się z zapartym tchem, ale coś trzymało mnie przy książce. I chyba to coś było, zapowiedzą tego, że naprawdę czasem warto, jest przetrzymać.

Akcja nagle nabrała innego wymiaru, nagle zaczęła pędzić i znowu nie mogłam wpaść w odpowiednie tempo, ale tym razem nie narzekałam. Byłam jedynie w szoku, ponieważ takiego obrotu chyba się nie spodziewałam. I jeśli w początkowych rozdziałach marudziłam, że jednak trzeciego tomu nie będę chciała czytać, tak po dobiciu do końca powiem jedno. Ja muszę koniecznie przeczytać!
No nie, co autorka zrobiła, to normalnie jakiś totalny odlot. Jestem pod wrażeniem i mam nadzieje, że nie będę musiała aż tak dłuuugo czekać?

Każdy, kto przeczytał pierwszą część, powinien sięgnąć po Rebeliantkę, a jeśli poczujecie jakieś dziwne opory w pierwszych rozdziałach powiem — Nic to. Czytajcie dalej. Naprawdę warto. Polecam! I dalej muszę czekać. Trudne życie oczekującego.



Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu Media Rodzina.

Czytaj dalej...

Suka śmieje się ostatnia



Gdy decydowałam się na przeczytanie niniejszej publikacji, nie byłam świadoma, czym tak naprawdę jest. I kiedy już wpadła w moje ręce i zaczęłam przeglądać, tak właśnie. Przeglądać, bo czytać to i nie było co, byłam w szoku. Bo niby pisać każdy może, jedni lepiej inni gorzej, to nawet przy wielce fatalnych książkach, nie myślałam, iż przyjdzie mi zmierzyć się z czymś takim.

Ponieważ Suka śmieje się ostatnia — nie jest książką. To zbiór postów. O różnym, zabarwieniu. Ot jakby każda/y z nas, postanowił wydać na papierze posty pisane na facebooku, no dajmy na to, w ciągu trzech lat, to taka moja luźna sugestia. I sobie dla ułatwienia posegregował według kategorii. To jest, koty, jedzenie, zainteresowania i tym podobne.

Tak właśnie wygląda owo dzieło. Kolejna perełka na rynku wydawniczym. Cóż, najwyraźniej ten rok, postanowił zaskakiwać mnie pod wieloma względami.




Jak widać, książeczka jest bardzo przyjemnie i po kobiecemu wydana, chociaż nie mówię, że kolor nie podpasuje mężczyznom, jednak treść, to raczej nie wiem. Bo niby kobietą jestem — chociaż bardziej zalatująca męskim spojrzeniem na pewne sprawy, no ale jednak. To te wpisy, szczerze mówiąc, nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Żadna to księga aforyzmów, które można wlepić, czy przepisać na kartkę, czy wpis do czegoś, co komuś podarujemy. Rozrywka wątpliwa, co mnie obchodzi podejście do pewnych tematów, jakiejś tam kobiety. Nie wiem, o co w ogóle chodzi. Zaczyna się tymi cytatami i tak sobie leci do samego końca.

No przyznam się szczerze, doznałam szoku. Nie mam pojęcia co z tym zrobić, przez długi czas udawałam, że wcale tego nie mam i nie będę musiała oceniać. Z drugiej strony chce mieć to już za sobą.





Okładka jest koszmarna, wpisy głupie. Po prostu głupie. Fajnie się może czyta coś takiego, gdy autor jest nam bliżej znany, dla mnie ta kobieta jest tylko imieniem i nazwiskiem. Papierowa postać. W dodatku cena, no chyba ktoś odleciał. Bo wydanie paskudne, treści brak, dlatego grzecznie pytam, za co te 27.90 ?? Ja bym nawet 5 zł nie zapłaciła za kartki okraszone wpisami z Facebooka. Liczyłam na luźną lekturę, może jakąś ciekawą babską historyjkę, ze szczerymi komentarzami, a tutaj wielkie rozczarowanie.

Nie mam pojęcia czy to odradzić, co Wam napisać. Trwam w szoku. Chyba po prostu udam, że to nie zostało wydane. Jeśli jednak taka forma publikacji komuś przypadła do gustu, proszę, dajcie znać.


Czytaj dalej...

Swiatło w Cichą Noc

źródło


Moje opóźnienie świątecznymi tytułami zaczyna już mnie samą, doprowadzać do rozbawienia. Co jednak poradzę, że zawsze muszę wszystko robić na odwyrtkę. Będę szczera, w czasie świąt nie mam kiedy czytać, a jeśli już znajdzie się wolna chwila, to albo po prostu odpoczywam, albo spędzam  w czyimś towarzystwie. No i takie właśnie książki, mogę czytać po tym całym szaleństwie. Ważne, że pora roku się zgadza.

Dzisiaj przychodzę z książką, która ma chyba najbardziej klimatyczną okładkę, taką pod wpływem, której ma się wrażenie, że ten magiczny czas już jest. Teraz pytanie, czy i wnętrze kryje podobne uczucia?

 
 
Jest grudzień, co za tym idzie, niemalże każdy wpada w ten typowy, dla miesiąca świątecznego nastrój. I nieważne czy jest śnieg, czy może chlapa. Coś zaczyna się dziać i po prostu siłą rzeczy się temu poddajemy. Chociaż nie każdy, wiadomo, bywają wyjątki.

Takim wyjątkiem jest pewne rodzeństwo. Dawniej lubili święta, cały ten zgiełk związany z przygotowaniami. I z pewnością cieszyło ich to całe zamieszanie. To jednak odległa przeszłość. Niegdyś wspaniały wieczór, zamienił się w najgorszy w ich życiu. I od feralnego zdarzenia, kojarzyło z utratą rodziców, smutkiem i świadomością, że już nigdy nie poczują tego, co było przedtem.

I gdy dla innych, tradycją jest przygotowywanie barszczu, uszek, czyli całego wigilijnego menu, Oni szykują się do wyjazdu na wakacje. By nie być i nie widzieć. Uciec od czegoś, co nie kojarzy się z ciepłem w grudniową i mroźną noc.

Magda, po latach omijania świąt, postanawia odczarować ten czas. Nie dlatego, że nagle coś w niej pękło, a po prostu chce zaimponować ukochanemu. Jego rodzina jest tradycjonalna. Mama opiekunka domowego ogniska, ojciec trzymający wszystko surową i stanowczą ręką. Zapewnia byt i dobry status domownikom. I właśnie dzięki temu szablonowi, przez lata oglądanymi, kieruje się mężczyzna, gdy postanawia związać się z Magdą.

Antkowi życie legło w gruzach, pełen goryczy i jeszcze niedowierzania, zmierza w stronę domu, który od dawna kojarzy się z bólem. I mimo upływu lat, niechęć jest dalej odczuwalna. Niestety teraz, znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Bez przekonania staje u progu przeszłości, w którym została babcia. Kiedyś cudowna i kochająca, a jak jest teraz? Czy sprawy, które zaważyły na losach całej rodziny, zmieniły również i babcię Kalinę?

A babcia Kalina czekała, przez cały czas, wypełniając swoje tęsknoty troską o dzieci, które zostały bez rodziców. I nawet, teraz gdy dorosły, nie potrafiła odmówić sobie i im, zainteresowania. W końcu byli jej bardzo bliscy. To też, gdy nagle Madzia, wyjawiła, że chce zorganizować wigilię dla przyszłego męża i jego rodziców, poczuła się zmartwiona.

 
 
 
Dosyć późno sięgnęłam po Światło w Cichą Noc, a jednak miałam wrażenie, że brak choinki i tej całej świątecznej otoczki, nie będzie mi przeszkadzał. I w sumie nie wiem, co się stało. No ale nie za bardzo poczułam właśnie tę historię. No ale od początku.

Przede wszystkim postać Magdy, bardzo, ale to bardzo nie polubiłam tej dziewczyny. Po prostu nie lubię podobnych postaci, zbyt naiwnych, zbyt ślepych. No rozumiem zakochanie się, tyle tylko, że jej związek z ukochanym był dosyć dziwny. Tych spotkań było niewiele, raczej przypadkowe. Bardziej przypominało to wszystko czasy, gdy wybrankowie widywali się na ustawionych schadzkach, w towarzystwie przyzwoitki, w ściśle określonym czasie. Bo zachowanie tych młodych było sztuczne, takie jakieś, bezbarwne.

Nie umiałam poczuć nastroju, nie umiałam wgryźć się w tych bohaterów. Jedyną postacią, która mnie podbiła, to był Antek. Taki konkretny, miał swoje przeżycia, jakoś najbardziej patrzył się trzeźwo na wiele spraw.

I w sumie, gdy już myślałam, że książka całkowicie mi nie podpasuje, wydarzenia jakby zmienił bieg, który miałam wrażenie, będzie przewidywalny do samego końca. Coś się pokomplikowało, coś namieszało. I nic, co wydawało się jasne, nie zostało takie samo na końcu. Dlatego, no muszę być szczera, zaciekawiłam się, jak dalej potoczą losy bohaterów. Nie wiem, co myśleć o niektórych. Wprawdzie moim faworytem cały czas jest Antek, no ale. Przewrotność losu bywa nieoczekiwana.

Może nie poczułam się w nastroju iście Bożonarodzeniowym, ale w ogólnym rozrachunku, książka wypada dobrze. Nie mogę powiedzieć, że jest to najlepsza powieść autorki. Nie, bo wiem, jak Pani Mirek, potrafi cudownie pisać, i teraz nie było źle, ale to nie to, za co pokochałam autorkę. Dlatego oczekuje kolejnej, nie boję się rozczarowania, to raczej nie nastąpi. Mam nadzieje jednak, że będę zaskoczona tym, co zastanę po powrocie do bohaterów.
 
 
 
Czytaj dalej...

Wszystko, tylko nie mięta





Swoją przygodę z książkami Ewy Nowak, rozpoczęłam jakoś pośrodku, kiedy część Miętowej już podbiła serca czytelników, a kolejne miały to zrobić.

Planowałam sięgnąć po te pierwsze wydania, bo jak wiadomo, ciekawość czy faktycznie pierwsze był dużo lepsze od później pisanych książek, no i w ogóle. Po prostu lubię pióro autorki, nawet jeśli bywały tytuły, mniej wciągające, to nie umiem sobie odmówić, sięgnięcia po kolejny.

Tym razem padło na Wszystko, tylko nie mięta, w odświeżonym wydaniu. Czy ładniejszym? Kwestia dyskusyjna, poprzednie również miały swój urok. Najważniejsze jest wnętrze i jego przesłanie, czy trafiło do mnie? O tym już za chwilę.

 
 
Poznajemy pięcioosobową rodzinę Gwidoszów. Rodziców i trójkę dzieci. Najstarszy syn jest już w klasie maturalnej, przystojniak jak się patrzy, który zdaje sobie sprawę z uroku, jaki wywiera na płci piękniej. Kolejna jest Malwina, dorastająca panienka, na etapie pierwszych zauroczeń, porywów serca i fascynacji. No i Marynia, najmłodsza latorośl, przysparzająca starszemu rodzeństwo nieco kłopotów, ale i radości. Wiadomo jak to w rodzinie.

Przyglądamy się każdej postaci, poznając ich marzenia, radości oraz troski. Jedno należy przyznać. Gwidoszowie mimo zróżnicowania charakterów, tworzą zgraną całość, która może na siebie liczyć w każdym momencie, ale czy w praktyce, gdy nagle coś się przeoczy, bo przecież zawsze było dobrze, w porę zostanie zauważony problem jednego z członka rodziny?

Kuba, pewny siebie, kochający rodzeństwo, ale jak to nastolatek, nieokazujący uczuć. Mówiący szczerze i głośno na temat poglądów w pewnych spraw. Przez przypadek nawiązuje znajomość z pewną starszą kobietą, która otworzy mu oczy, że bardzo często, najciemniej bywa właśnie pod latarnią.

Malwina, jeszcze nieumiejąca zobaczyć w sobie piękno, dojrzewanie to taki okres, że jeden mały pryszcz wydaje się katastrofą, a co dopiero nieodpowiednia waga. I co z tego, że każdy chwali jej zgrabną sylwetkę, ona chce być piękna. Zwłaszcza teraz, gdy jej obiekt westchnień, nie jest byle kim.

Marynia, najmłodsza obserwatorka wszystkiego, co dzieje się w domu. Zadająca trafne pytania, nie pozwala zbyć się, odpowiedzią na odczepnego. Bardzo bystra i dociekliwa. Taka mała domowa iskierka.

No i rodzice, tato kochający mamę, nawet, wtedy gdy jej pomysły nigdy nie znajdują zakończenia. I mama, co chwilą ruszająca z nowym projektem na siebie, próbuje swoje siły w psychologii. Zupełnie nie podobna do swojej matki, przyglądającej się córce, z pobłażaniem a czasem i troską. Właśnie babcia, bardzo często będzie mówiła bez ogródek, co trzeba, filar rodziny.

 
Lubię czasem zaglądać do innych rodzin, do ich życia, które prowadzą. Tacy zwykli „Kowalscy”, którzy nie wyróżniają się z tłumu, a jednak potrafią przytrzymać uwagę, na dłużej. I tacy właśnie są Gwidoszowie, normalni, bez sztuczności. Kochają, spierają, ale i czasem pokłócą. Jak to bywa w większości domach.

Niby można by na tym skończyć, bo przecież opisywanie codziennego życia, przypadkowych ludzi, nie musi być interesujące, ale często to właśnie, patrząc na innych, możemy zrozumieć swoją sytuację, czy aby też nie znajdujemy, czy znaleźliśmy w podobnej sytuacji?

Bardzo interesującym wątkiem, jest ukazana relacja między Kuną a pewną panią, która będzie otwierała oczy nastolatkowi na pewne rzeczy. Na to, by nie czuł się pewny we wszystkim i wszystkich. Bo czasem, nawet w najbliższym otoczeniu, można nie zauważyć, że dzieje się jakaś tragedia. Ludzie cierpiący, nie zawsze chodzą z męczeńskim wyrazem twarzy, nie. Wręcz przeciwnie, bardzo dobrze się maskują.

I wreszcie rodzice, no w końcu można powiedzieć idealni, tacy o jakich, nie jedno dziecko mogłoby marzyć. Rozmawiali ze swoimi latoroślami, uczestniczyli w ich sprawach. I nagle, coś w pewnym momencie uśpiło ich czujność. Czy popełnili błąd? Czy byli winni, temu, co się wydarzyło?

Może i ta historia jest zwyczajna, może nie wywiera ogromnego wrażenia na czytelniku. Jednak uważam, że właśnie przez swoją zwyczajność, tak dobrze trafia do odbiorcy, ukazując normalne życie, codzienność, w której znajdujemy się wszyscy i zdarzenie, na jakie często nikt nie jest przygotowany. Jak radzić sobie w sytuacji, gdy nie zauważymy, że członek rodziny cierpi, że coś dzieje się złego, w chwili, gdy sprawa nabiera poważne rozmiary. Co zrobić, jak zareagować?

Myślę, że jest to świetna książka, dla rodziców i nastolatków. Żeby jedni i drudzy potrafili zrozumieć, że czasem warto zadać pytanie, nawet gdy boimy się, usłyszeć odpowiedzi. Bo najważniejsza jest szczera komunikacja. Bez tej, nawet z pozoru idealna rodzina, zacznie mieć swoje rysy i pęknięcia.

Książkę oczywiście polecam, bardzo dobrze się czytać, jest lekka, ale jak to u Ewy Nowak, z odpowiednim przesłaniem.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

Czytaj dalej...

Dwanaście niedokończonych snów


Tak wiem. Święta już dawno za nami. Klimat jakby też przeminął, a ja nagle się obudziłam z książką iście gwiazdkową, no ale mam swoje wytłumaczenie. Po pierwsze czekałam aż będzie dostępna w formie e-book, po drugie, gdy miałam dosyć czekania i już gnałam zakupić, okazało się, że w księgarni brakło egzemplarzy. A, że jestem wierna tylko tej jednej, której reklamować nie będę, bo nie. To czekałam dalej na e-booka. No i ostatnio postanowiłam sprawdzić, czy jest i był! Od razu zabrałam się za czytanie, gdyby postanowił nagle zniknąć albo coś. I przeczytałam.

 
 
Główną bohaterką jest Momo, nazwa ta jest skrótem od nazwiska i imienia, ale dla ciekawych nie będę pisała. Niech sami się dowiedzą. Momo ma 28 lat, mieszkanie i własną galerię, tworzyła w niej dzieła z przedmiotów codziennego użytku. Praktycznie wszystko może stać się surowcem wtórnym, mającym drugie życie i nawet przeznaczenie.

Kobieta ma 28 lat, matkę i ciotkę, a nawet byłego męża. Żyje w swoim poukładanym życiu. Otacza się dwoma bezpiecznymi kolorami. Czarnym i białym. Czerń do ubierania, biel mieszkania. Ot taka równowaga. Zdaniem Momo, która nie znosi feerii barw, ogólnie ma dosyć osobliwe podejście do wielu spraw codziennych. Na przykład pożywianie. Zjada coś tam, bo musi. Gdyby zapytać co lubi, jaką potrawę, byłby z tym problem.

Świat kobiety jest prosty i przewidywalny. Czyli bezpieczny. Bez nieoczekiwanych wydarzeń, które mogłyby wytrącić z równowagi. Zburzyć ścianki w jej prostym pudełeczku.

Wszystko do pewnego dnia, a raczej nocy. Gdy we śnie zaczynają atakować kolory. Mnóstwo kolorów, których Momo nie może znieść. Gdzie podziała się bezpieczna czerń? Co z bielą? Dlaczego kolory, jeśli ona ich nie lubi, nie myśli nawet o nich. I przede wszystkim. Dlaczego ciągle śni ten sam sen, kończący się w podobnych momentach?

 
 
 
Kiedy tak czekałam sobie na książkę, wyobrażałam sobie ten typowo świąteczny klimacik. Taki wiecie, piernika z lukrem, albo herbaty z pomarańczą i czymś korzennym. I gdy tak zaczęłam czytać, moją pierwszą myślą było — Jak u licha świąteczna historia?? Bo o świętach tam nie praktycznie zbyt wiele. Atmosfera żadna, tylko pudełko bohaterki, jej dziwactwa i jakieś nudne życie. Potem poznałam matkę, zajmującą może dziwnym, acz potrzebnym fachem. I szczerze ja bardzo podziwiam ludzi pracujących w takich miejscach, tym bardziej fascynowały mnie opisy związane właśnie z matką.

No i gdy tak próbowałam zrozumieć, o co chodzi, że okładka świąteczna, a książka jednak nie, i zaczęłam się bać, że chyba jednak moje pierwsze rozczarowanie. Na plan wjechała ciotka Rebeka. I powiem szczerze, rozłożyła mnie na łopatki. Pomijając fakt, jej sposobu bycia i wypowiedzi, to po prostu uwagi rzucane, były naprawdę w punkt. I serio, dają sporo do zastanowienia.

Oczywiście kręcimy się wokół snów, zielonego swetra, a raczej właściciela tegoż fragmentu garderoby, sensu tego, co widzi bohaterka, a my razem z nią. I tak podczas czytania, przynajmniej ja, doszłam do wniosku, że jednak nie będzie tego piernika i w ogóle maku. Bo tutaj chodziło o coś zupełnie innego. No i podobało mi się to, naprawdę. Może niezbyt choinkowe, niezbyt gwiazdkowe. Bo bardziej analizujące istotę tego i owego. A jednak bardzo przydatne.

Nie ma tutaj pięknych opisów o ubieraniu choineczek, bieganiu za prezentami. Poznajemy Momo, która gdzieś na pewnym etapie, zamknęła się w sobie i, mimo że żyła to stanęła obok tego swojego życia. Razem z nią wyruszamy w podróż. Gdzieś tam przewijają się różni towarzysze, bo i matka próbuje zrobić coś, co pomoże zrozumieć wydarzenie sprzed wielu lat, które przyczyniło się do osobowości córki.

Kolejny raz było naprawdę magicznie, może nawet bardziej niż się spodziewałam. Było troszkę smutno, troszkę refleksyjnie. Bo postać Momo, to tak naprawdę wielu z nas, w mniejszym lubi większym stopniu.

No ale ja, pokochałam Rebekę, i normalnie doszłam do wniosku, że co tam e-book, książkę, tak czy siak, muszę kupić. A miałam oszczędzać. Nie ma lekko.

Cóż mogę jeszcze napisać, to nie jest typowa bombkowa historyjka, ale ma w sobie naprawdę świetne coś, bardzo przypadła mi do gustu. Nie wiem, czy są ochotnicy czytania po świętach, ale ręczę całym swym hejterskim, czarnym serduszkiem. Można śmiało i po świętach. Polecam!



Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl


Czytaj dalej...

Do trzech razy śmierć - czyli jak nie pisać książek





Długo, oj bardzo długo zbierałam się do opisania tego czegoś. Nazwać książką nie mogę, ponieważ jest to obraza dla tych wszystkich pozycji, nad którymi ich twórcy pochylili się, zrobili odpowiednie przygotowanie, pomyśleli z szacunkiem o sobie i czytelnikach. 
Tutaj nie znalazłam nic, co mogłoby działać na korzyść w ocenie wytworu jak i na temat samego autora, którego jak większość już wie, cechuje nie tyle poczucie humoru, co żałosna próba bycia fajnym.  Czego konsekwencjami niestety są takie oto "cudeńka".  No to, zaczynamy opowieść o czymś, co może i chciało być książką, ale niestety tak jak i śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej, tak w pisaniu, lepiej nie pisać, jak się nie potrafi. Ament. 


Zastanawiałam się czy mam opisać wyrób fabułopodobny, czy jednak sobie odpuścić, bo jakby nie było, autor naklepał stron, a o jakości już nie pomyślał. Byle znaki się zgadzały. Można i tak. Jakość? No cóż, chyba tutaj będę posiłkowała cytatami, których nie mogłam sobie odpuścić. Tyle smaczków znalazłam, że będzie co wybierać.  Uwierzcie. Nie ma sensu zagłębiać się w opis czegoś, co naprawdę nie istnieje. Bo ja naprawdę byłam ciekawa co też, sławny, że ochy i achy, promowany przez inne pisarki - Pan Alek Rogoziński potrafi stworzyć. No jakby nie było, wydawnictwo promkę zrobiło jak się patrzy. 

Dzięki tej promocji straciłam szacunek do owego wydawnictwa, jak i osób, które wypuściły do druku coś takiego i jeszcze czuło się dumne. Brawo Wy! 

Bo wiecie, wcześniej czułam się zniesmaczona, jakieś uprzedzenia, przez pryzmat aferek i takich innych. No ale co by nie było. Najlepiej samemu się zapoznać. A nożyczki i widelczyki, mnie się jednak spodoba i zapałam miłością do tfurczości. Zasiadłam, przeczytałam. Ach te emocje, ach ten cięty żarcik! 

My tu gadu, gadu, a raczej ja się rozpisuje, ale gdzież dowody, bo hejtować sobie mogę, ale żeby tak bez dowodu. Nie bójcie się nic, już Wam zapodaję, najpierw myślałam o całych scrinszotkach, ale mam jednak sumienie, pokażę tylko fragmenciki, opatrzone stronami. A co! 


 Książeczka opisuje, zlot pisarek w jakimś dworku na zadupiu, gdzie jedna z nich, najbogatsza, najbardziej nielubiana coś chce obwieścić. Nikt nie wie o co chodzi, nikt nie lubi pisarki, ale że ciekawość i w ogóle, to jadą. No i mają psikusa. Bo ktoś zabija jedną z nich. No i jest dramat, dochodzenie. Co robi towarzystwo po zajściu? Zamiast zwinąć żagle siedzą, bo przecież ciekawie i w ogóle. Aha, żeby było śmieszniej, razem z pisarkami, zaproszenie dostały wybrane blogerki. Ach to tak tylko na marginesie. Żeby nie było jakiś aluzji, nie nie. 

Policja robi swoje, pisarki swoje, blogerki też. Nawet się pojawiają pomocnicy w postaci kelnerów, czy też chłopców na posyłki. Atmosferka z dreszczykiem, ależ czego się nie robi dla sławy. Prawda Panie Autorze? Pan coś o tym wie, no ale przecież to tylko taka fikcja literacka, co ja się czepiam. Podła jakaś jestem. I nie znam się.


W ogóle tak mnie zaciekawiło, przy okazji czytania fragmencików do cytata. Jak to Pan Autor, pięknie sobie poużywał z kolegów jakby nie było po fachu, którego sam nie za bardzo się jeszcze nauczył, ale chcieć to móc, niekiedy nie ważne ile ofiar. Takie heheszki,  no ale wielki podśmiehujki z dramatów autorek, które nie zgadzały się z opiniami negatywnymi, bo żałosne i w ogóle. Ja niestety już nie mam, ale bardzo, bardzo mocno żałuję, żem nie uczyniłam zrzutki z ekranu, gdy wielce zdystansowany pan autor, szarpnął się z fragmentem niezbyt przychylnej opinii do swego dzieła i wylał wiadro pomyj na jedną z recenzentek. Recenzentkę, którą osobiście znam i wiem, że nie krytykuje dla krytyki. Ot napisała, że książki nie poczuła. Coś między nimi nie zaiskrzyło. No ale, pan autor się oburzył, prawo miał. Żale wylał w poście i... Post znikł. Kiedy tylko zobaczył, że jednak rzesza fanów swoje zrobiła i dołożyła pomyje na recenzentkę. Brawo Panie Autorze, Brawo! 

A teraz fragemncik, bardzo zabawny, rzecz jasna, pan autor ma już dystans do siebie i teraz tylko śmieje się ze sfrustrowanych autorek ;))))))


" W ciągu kilku dni zrobiło się prawdziwe piekło, podsycane przez blogerki, których jest chyba z milion. Czasem mam wrażenie, że blogów o literaturze jest więcej niż wydawanych książek." *

W ogóle panie autorze, ja tylko tak powiem, że dzięki tym blogerom pan ma swoją wątpliwą sławę. Bo jakoś nie rzuciły mnie się w oczy super opinie od nie-blogerów :)))  Także możemy troszkę się powyzłośliwiać. Jako hejterka, którą jestem i się już z tym nie kryję, powiem Panu, że tak troszkę strzał w kolanko, ale co tam. Nadrobimy uśmiechem, a przecież głupie blogerki i tak się nie skapną, co nie? :))) 




Wiecie co jest najgorsze? Że Pan Alek Rogoziński, w tejże ksionszce, tak perfidnie nabija się z innych pisarek, blogerów, ogólnie każdego jak popadnie, a inne moje koleżanki "po fachu" piały z zachwytu, że jakże to żarty się Pana trzymają, że jakie to fajne, bo przecież dystans i takie tam. Bo śmiał się z tych gupich, tępych i w ogóle. Bo my jesteśmy fajne, bo do nas się uśmiecha! Tak kochane, tak właśnie jest. I tego się trzymajcie. 


Smutne, smutne były żarty seksistowskie, gdzie ciągle było śmieszkowo podsuwane seksy z nieletnim, gdzie gwałciki nie są niczym złym, a tępy żart na temat murzyna, po prostu pozbawił mnie resztek jakichkolwiek nadziei, że to co czytam, faktycznie da się uratować.  

Tragiczne jest, że wydawca to wydał. Bo przecież liczą się sztuki, a co za tym idzie kasa. Że blogerzy czytali i nie widzieli nic,  co może się nie spodobać. Cholera, kobiety, jak nisko trzeba upaść, za te badziewne gifty chwalicie wszystko? Czy boicie się napisać prawdę, bo wydawca zerwie współpracę?? Czy jedno i drugie. Nie stać was na kubek? Koszulkę? Napiszcie, kupie wam te kubki i koszulki. Miejcie godność. 


Bo żarty z seksów z nieletnimi nie są śmieszne, są tragiczne i żałosne. Bo chwyty rzekomo celowego "chumoru", są na tak niskim poziomie, że aż mnie bolało samo czytanie tego. I wy tak serio? 


" Wszyscy mówili jej, że nie ma racji i że pewnie kradną sprzątające w naszym domu Ukrainki"**


Tak, bo każda Ukrainka to złodziejka i prostytutka, a każdy Muzułmanin to terrorysta. No po prostu jak widzę takie żarty, to mnie krew zalewa. Nie Panie Rogoziński, to nie jest śmieszne, to smutne, że nie potrafi Pan stworzyć żartu na poziomie! 



"Stoję koło Murzyna i nie umiem go przejechać. Co mam zrobić? (..) Znajdź Białego i go przejedź, może dostaniesz mniejszy wyrok."***


Bo wiecie,  żeby można było się na legalu ponabijać, owym Murzynem był... STAW! HA HA HA, no jakże to zabawne, ha ha ha, no po prostu pękłam ze śmiechu.  

Boże, zagrzmij, ale zapomniałam, pioruny w plastik i kartony nie trafiają. Jaka szkoda. Bo po prostu już nie mam siły żyć, ze świadomością, że takie DZIEŁA są tworzone i nawet drukowane. Tego, że ludziom się to podoba nie chce wiedzieć. 

To jak u Kasi M, ktoś powiedział - ja czytam i nie myślę o czym to jest, bo wtedy zwróciłabym uwagę na bzdury. Helloł! Gratulacje takiej postawy. Bo rozumiem książka lekka, taka do oderwania, ale dla Boga! Nie głupia!!


Ja próbuję zrozumieć ludzi, czytelników. Nie jestem za narzucaniem, chociaż jak widzę niektóre perełki, to mnie po prostu zadziwia jakim cudem. No ale ok. Gust. Jednak są pewne granice. No naprawdę są, tutaj każda możliwa została przekroczona. Poziom zerowy, a może i nawet minusowy.  Fabuły to tam nie ma, chumor mnie zabił.  Celowo piszę "ch", bo te tępe żarciki nie można nazwać humorem. 


 Powiem tak, przerażające jest, jak nisko upadł poziom pisanych książek. Jak nisko upadli czytelnicy, którym podoba się plucie w twarz, udający, że to nie z nich, a może nie zdający sobie sprawy? Chyba tej wersji będę się trzymała. 
Mnie ten wytwór poraził. Nigdy nie oceniałam autorów, tylko to co piszą, bo czasem pragnienie spełnienia marzenia bywa zbyt silne, brak talentu gdzieś się nie zauważy. Tutaj po prostu  zastałam coś o wiele gorszego. Drogie wydawnictwa, wstydźcie się, czytacie i nie widzicie? Czy tak jest łatwiej. Wstyd. 
Panie autorze, nie wiem jakim pan jest człowiekiem, ale to co zostało tu napisane, niestety zmusza mnie do przykrych wniosków. Sława nie musi oznaczać upodlania siebie i innych. 





 Książkę (z nieprzyjemnością) przeczytałam dzięki Legimi.pl



* str. 133
** str. 151
*** - str. 158

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka