piątek, 28 grudnia 2018

Projektant

źródło

Czy jest osoba, która nie słyszała o Christianie Diorze? No dobrze, może jest. Jednak o marce Dior na pewno. Jednak od kogo się ona wzięła, kim był człowiek, którego nazwisko stało się znane na cały świat? I jak do tego doszedł? Myślę, że większość fanów mody, ale i nie tylko tych, jest ciekawa tego, jak wyglądała droga  do sławy Diora. 
Dlatego gdy ujrzałam ten tytuł, byłam niesamowicie zaintrygowana, Zwłaszcza, że każdy Bestseller wywołuje wiadome uczucia. A jak było tym razem? I Projektant spełnił moje oczekiwania?




Cooper przyjechała z mężem do Paryża, by znaleźć się bliżej wydarzeń związanych z wojną. A raczej już jej schyłkowi, bo jest rok 1944 i Niemcy wycofują swoich ludzi z Francji. Teraz stolica musi podnieść się i przywrócić do stanu sprzed ataku nazistów.

Dla młodej kobiety jest to ogromne doświadczenie. Wraz z mężem chodzą ulicami świeżo wyzwolonego miasta, robią fotografie. Ona odwala kawał roboty za korespondenta, który zamiast zająć się swoją pracą, ciągle upija się do nieprzytomności.

Wiele się dzieje w Paryżu, ale i w życiu naszej bohaterki. Bo po kolejnej odkrytej zdradzie małżeńskiej, kobieta decyduje się na odejście od męża. Może na szczęście liczyć na pomoc, pewnego mężczyzny, u którego wcześniej zamówiła suknię. Miała marzenie, by wrócić do Ameryki z Paryskim ubraniem. I oto, nawet nie śmiała myśleć, że tym, który nie tylko wykona ów strój, ale i okaże się zostać bliskim przyjacielem, będzie nie kto inny jak Christian Dior. Niesamowicie skromny i wrażliwy człowiek.

Nazwisko, obok którego dzisiaj, trudno przejść obojętnie. Wtedy mało znane jakby na uboczu. Powolne podnoszenie się świata mody. I to, co sprawiło, że Dior, stał się tym, za którego strojami oszalały kobiety. A wszystko ukazane z zupełnie innej perspektywy.

Wiele sobie obiecywałam po Projektancie. Nazwisko Dior było mi znane chyba od czasów nastoletnich. Kiedy człowiek na poważnie, zaczął rozprawiać się z modą i swoim wyglądem. Dlatego też, po przeczytaniu opisu, byłam przekonana, że wkroczę w historie o człowieku, który ze zwykłego stał się marką samą w sobie. Jak do tego doszło, jak wyglądała cała ścieżka kariery? Te pytania bardzo we mnie rosły. Zatem co otrzymałam i jakie są moje wrażenia?

Moje odczucia są niesamowicie mieszane. Bo o ile sam początek do pewnego momentu, był ciekawy i wciągał, tak niestety później, zaczęło dziać się coś niedobrego.

Zacznijmy od głównej bohaterki Cooper, z początku rozumiałam jej reakcje, zachowanie i postępowanie. Wiarołomny mąż rozstanie i późniejsza próba stanięcia samodzielnie na nogi i to w dodatku w obcym kraju. To wymagało odwagi i hartu ducha. Także podziw i szacunek.

Niestety później było tylko gorzej. Ja nie oceniam związków i relacji osób tej samej płci. Nie przeszkadza mi to w żaden sposób. Jednak już ta niestałość Cooper w tym, czy woli mężczyzn od pewnej kobiety, zaczęły mnie doprowadzać do szału. Z jednej strony deklarowała swoją orientację tylko w męską stronę. Z drugiej zaś jej irracjonalne zachowanie przy Suzy było wręcz żenujące. I mnie szczerze mówiąc zniesmaczyło.

I chyba ten zbyt spory nacisk na seksualność bohaterki, zaczął mnie męczyć. Ja rozumiem Paryż, miasto miłości. W dosłownym słowa tego znaczeniu, ale mnie interesował Dior, jego życie. A tutaj zostało przyćmione fantazjami dwóch kobiet, Jednej szalejącej z pożądania, drugiej niezdecydowanej.

Nie mam pojęcia jak ocenić tę książkę. Ponieważ nie jest ona zła, absolutnie nie. Niestety moich oczekiwań nie spełniła. Ja nie byłam zainteresowana wiedzą na temat, ekscesów łóżkowych samego Diora, tego, czy wolał mężczyzn. To akurat była zbyt intymna sfera życia. Mnie interesowało jak tworzył, co było jego natchnieniem.





 Książkę można zakupić w Księgarni Tania Książka

https://www.taniaksiazka.pl/Szukaj/q-projektant

poniedziałek, 17 grudnia 2018

Doskonała Pomyłka



Niektóre książki chociaż wiem, że będą ciekawe i na pewno mi się spodobają, muszą swoje odleżeć na półce. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Po prostu muszą czekać do chwili, kiedy nadejdzie ich pora. Tak też było i tym razem.

Kiedy przeczytałam opis do Doskonałej pomyłki, wiedziałam, że na pewno się nie rozczaruje. A jednak tytuł ten dosyć długo czekał na swoją kolej. No i nareszcie się doczekał. Czy było warto? I moje przeczucie mnie nie pomyliło?

Sophia jest kobietą o bardzo barwnej przeszłości. Jej życie kręci się wokół imprez, alkoholu i romansów z wieloma mężczyznami. Tak wygląda jej wizytówka w nagłówkach gazet i innych miejscach plotkarskich. Jaka jest jednak prawda? I ile w tym wszystkim jest prawdziwej Sophii? Odsuniętej od rodziny, porzuconej przez narzeczonego. Niby posiadającej wszystko, ale i nic? Jedyną przychylną osobą z rodziny, jest babcia. Tylko i do niej, kobiecie jest trudno się odezwać. Po tym, co narozrabiała, czuje okropny wstyd.

Tilly Beaumont, wspomina w swych listach dzieciństwo. Miłość papy, który był dla niej ucieleśnieniem idealnego rodzica. Pięknego domu, służby i niani bliższej, niż własna matka. Jako mała dziewczynka, uwielbiała spędzać czas w towarzystwie ukochanego ojca, wspólne wyjazdy, zakupy. To było coś, co zapisało się w jej pamięci na wiele lat. Niestety później nastały trudne czasy, i to one, sprawiły, że mała dziewczynka, nie wyrosła na zarozumiałą i nieznającą życia dziewczynę. Odebrała ciężką lekcję, po której już nie patrzyła na świat przez pryzmat, drogich prezentów i kolacji w przepychu.

Było jednak coś, co miała zachować na zawsze dla siebie. To wspomnienie najpiękniejsze prezentu, który otrzymała od papy. Idealnego naszyjnika z prawdziwych pereł.

Aiko wiedziała, że z duchami przeszłości nie można walczyć. Jej kochana matka, oddała życie, by ona, mogła mieć lepszą przyszłość. I udało się, chociaż droga do miejsca, w którym się znalazła, usiana była śmiercią i nieszczęściem wielu ludzi. Mimo tego nie złamała się, szła dalej do przodu. I wygrała. Dlaczego teraz, po tylu latach, przeszłość dobija się z takim zapałem?

Tilly umiera, jej ostatnim życzeniem, jest zobaczenie ukochanych pereł, które w niewiadomych okolicznościach zaginęły. W tym celu prosi o pomoc wnuczkę. Sprawa może nie trudna, ale Sophia musi udać się do matki, z którą od wielu lat, nie ma dobrego kontaktu. Czas ucieka, ślad po kosztownościach zaginął, po drodze wyjdzie na światło dzienne mnóstwo rodzinnych sekretów.

Kobiety, których życie złączyło się z powodu pereł. Historia i tajemnice, które były naprawdę poruszające.

"Upadnij siedem razy, ale wstań osiem"

Książka jest napisana naprawdę ciekawie. Losy wielu ludzi, przeplatają się ze sobą, ich historie potrafią zainteresować, zatrzymać i sprawić, że poczujemy to coś, co sprawi, że nie będziemy chcieli oderwać się od czytania.

Każda z ukazanych kobiet, została w pewien sposób skrzywdzona, trzymały ten swój ból głęboko, próbując iść dalej do przodu. Tylko niestety, przeszłość lubi upominać się o swoje. I tak Sophia, dziewczyna stracona w kręgu znajomych i nawet rodziny, nie wiedziała, co jest z nią źle. Dlaczego tak często wszystko rozpadało się niczym domek z kart? Czy była w tym jej wina? Może wpływ zimnego ojca, zawsze strofującego i niezadowolonego, wywarł swój negatywny efekt? Nigdy nie mogła liczyć na wsparcie u matki, ta zawsze była bierna i podporządkowana ojcu.

Historia Tilly to słodko gorzka bajka, o małej dziewczynce, wysoko urodzonej. Do pewnego czasu niczego jej nie brakowało. Wspomnienia tych beztroskich czasów, czyta się jako, coś idyllicznego. I chociaż daleko było do ideału, to jednak pewna magia gdzieś tam była. Ukochany ojciec, chłodna matka, nieinteresująca się córeczką, dla której ta najważniejsza kobieta, została zastąpiona przez nianię.

Była jeszcze Aiko, i to chyba jej historia, a dokładniej jej rodziny, zainteresowała mnie najbardziej. Matka i babka były amami. Kobietami nurkującymi w wodzie, w celu wyławiania małż lub uchowców. Czasami zdarzały się inne wyjątkowe znaleziska. Praca ta była przeznaczona tylko dla kobiet, to one potrafiły dzięki większej tkance tłuszczowej przebywać najdłużej pod wodą. Sztuki tej uczono się już od najmłodszych lat, pod okiem najstarszych i doświadczonych am. 
Tego, w jaki sposób odmieniło się życie Aiko, jak do tego doszło, czytałam z największym zainteresowaniem. Jakoś tak mam, że historia Japonii od zawsze, bardzo mnie interesowała, zwłaszcza ta z odległej przeszłości.

W życiu wymienionych kobiet, ale i jeszcze wielu innych, ważną rolę odegra naszyjnik z pereł. Tajemnica ich kryje ze sobą mnóstwo wydarzeń. A odkrywanie ich, skrawek po skrawku, zapewnia czytelnikowi, niesamowite wrażenia. Mnie się naprawdę podobało. Może miałam maleńki niedosyt do zakończenia, ale nie będę się czepiała. Ponieważ całość, jest napisana, naprawdę bardzo dobrze. Warto pochylić się nad tym tytułem. Szczerze polecam!

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

środa, 12 grudnia 2018

Władimir Putin. Wywiad, którego nie było

źródło


Przywódca wielkiej Rosji jest znany każdemu. Wywołuje on wiele emocji, od podziwu po nienawiść. Jego kamienna twarz, uśmiech niewyrażający emocji, które powinno się spodziewać. Taki wizerunek wykreował sobie Władimir Putin. Jaki jest naprawdę? Czy rzeczywiście uważany jest za wspaniałego Ojca Narodu? Świetny strateg, jego wywiady mówią wiele, ale nie wyjaśniają zbyt dużo. Jakby to powiedzieć dużo słów, mniej treści. Ignorancja czy zaplanowana taktyka.

Gdy na Ukrainie trwała walka o Krym, Arleta Bojke udała się w to miejsce, by sprawdzić nastawienie okolicznej społeczności, ale również i samych Rosjan. Jak tam, w centrum wielkiej walki, mówiono o próbie zagrabienia tego kawałka ziemi?

W swoim wywiadzie, którego nie było, dziennikarka opisuje sytuację panującą na terenie występujących zamieszek. Gdzie wojsko Rosyjskie wjechało na ziemię Ukrainy, a dokładnie Krymu. Co najciekawsze, mieszkańcy zapytani, jakie jest ich stanowisko, twierdzili, że cieszą się z obecności żołnierzy rosyjskich. Dlaczego? W końcu świat wrzał, o najeździe, o próbie wydarcia siłą tego jakże ważnego miejsca. O co zatem chodziło?

Jak się okazuje, w regionie niezgody, ludzie są podzieleni, czują się bardziej przynależni do Rosji i władzy Putina, niż tej, pod której władzą aktualnie się znajdują. Twierdzą, że ich zdaniem, powinni zostać rozłączeni od granicy z Ukrainą. Bo nie chcą być po części europejskiej. Tak naprawdę nie wiadomo co nimi kieruje. Mają swoje przekonania, wierzą w lepsze życie pod flagą rosyjską?

Oczywiście są i przeciwnicy, tłumaczący, że rozłam wcale nie wyjdzie na dobre. Bo bieda może ich spotkać wszędzie. Jednak tych jest niewielu albo są przyćmieni przez grupę tych pierwszych.

Dziennikarka ciekawie zwraca uwagę, na formę wypowiedzi Putina. I jeśli faktycznie wsłuchać się w jego wywiady, żadne zdanie nie brzmi potwierdzająco czy zaprzeczającą. On po prostu rzuca w przestrzeń słowa, które można interpretować na wiele sposobów. Nie grozi, nie straszy wojnami, informuje, co może się wydarzyć, jeśli... Tak naprawdę nie wiemy, ile jest prawdy w tym, co mówi.

Arleta Bojke zadaje pytania Władimirowi Putinowi, oczywiście nie otrzymuje na żadne odpowiedzi. Jak wiemy, na konferencje z prezydentem bardzo trudno się dostać. W końcu tak wielki człowiek, sam decyduje komu, poświęci swój cenny czas. Wiadome jest również, że możliwość otrzymują tylko ci, którzy nie zadadzą niewygodnych pytań.

Dociekliwi zwrócą uwagę, na jaką postawę obrał sobie Putin. To taki car XXI wieku jest groźny, trzyma surową ręką ludzi, ale oni i tak go kochają. Dlaczego, w jaki sposób to osiągnął? Metoda jest bardzo prosta i wcale nie wymagająca poświęceń. Władca wsłuchuje się w głos swoich poddanych, od czasu do czasu rozwiązując ich problemy, mniej lub bardziej spektakularnie. Taka manipulacja okazuje się bardzo dobra i praktyczna. Jest kochany i szanowany. Ludzie poszliby za nim w ogień, propaganda działa wyśmienicie.

Podczas czytania książki odnosi się wiele skrajnych uczuć. Z jednej strony Rosja przeraża. Bo jest w niej wielowiekowy ucisk i traktowanie zwykłych ludzi, jako gorszy sort. Jest ogromny rozstrzał między biedotą a zamożnymi mieszkańcami. Z jednej strony złoto, z drugiej domy przypominające baraki. Jak to możliwe, by miłość do władcy była największa, właśnie ze strony tych z najgorszym statusem społecznym?

Jest też druga strona, pięknej i klimatycznej Rosji, która ma swoje ciekawe tradycje oraz ludzi zżytych i tworzących niepowtarzalną atmosferę. Oni mimo wszystko są gościnni i niezwykle przyjaźnie nastawieni.

Książka jest napisana bardzo ciekawie, niezwykle lekko i wciągająca. Myślę, że każdy zainteresowany tematem, może śmiało po nią sięgnąć. Polecam.
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA

poniedziałek, 10 grudnia 2018

Pierwsze słowa. Bajki dla najmłodszych



Kochani, dzisiaj przychodzę z propozycjami ślicznych bajek, dla najmłodszych. Kiedy je tylko zobaczyłam, byłam nimi wręcz oczarowana. Książeczki są skierowane do grupy dzieciaczków, które jeszcze nie czytają, a co za tym idzie, swoją naukę zaczynają od rozpoznawania obrazków. I te trzy konkretne Pojazdy, W domu i Na wsi  będą cudownym rozpoczęciem przygody z książkami. Co najważniejsze, zostały solidnie i pięknie wydane. Sami zobaczcie. 





Książeczki zawierają obrazki, które kojarzone są z tytułem. Na wsi — przedstawia zwierzątka, które możemy poznać, odwiedzając zagródkę rolnika. Chociaż z tymi osiołkami troszkę bym dyskutowała. Atutem bajki, są ruchome strony, którymi dziecko może się pobawić, przy ułożeniu paluszka w otworze, przesunie się ukryta dodatkowa strona. Myślę, że jest to bardzo miła niespodzianka dla malucha.



Kolejna propozycja jest skierowana do chłopców — chociaż jak pamiętam, ja bardzo lubiłam samochodziki i wszystko, co z nimi było związane. Zbierałam nawet obrazki przedstawiające wybrane modele. Dlatego nie będę sugerowała, że ten tytuł, jest li tylko dla młodych kawalerów. Może i znajdzie się chętna dziewczynka. Ja szczerze ze swojej strony polecam. Jednym i drugim.



Ostatnia bajeczka ukazuje nam przedmioty i wnętrze domu. Czyli dziecko może w łatwy sposób, nauczyć się zapamiętywać, poprzez zabawę najczęściej widzianych przedmiotów. Oczywiście nie zabraknie stron z ruchomymi kartami, które na pewno dostarczą sporo radości. Bo nie ukrywam, mnie też one miło zaskoczyły. A z dzieciństwa pamiętam, że miałam chyba trzy bajki z ruchomymi fragmentami, które po prostu mnie oczarowały i nie potrafiłam się rozstawać z tymi bajkami.

Myślę, że każda z trzech bajeczek, będzie z radością przyjęta u dzieci. A czas spędzony podczas zapoznawania się z wnętrzem, na pewno przyniesie uśmiechy na twarzy najmłodszych, ale i rodziców. Szczerze polecam. Również jako prezent.


Książeczki otrzymałam od wydawnictwa Egmont.

czwartek, 6 grudnia 2018

Nowe przygody Kubusia Puchatka




Powiedzcie, że lubicie albo lubiliście Kubusia? Ja może nie byłam wielką fanką niedźwiadka, ale za to kochałam szczerze Prosiaczka i czułam sympatię do zamyślonego i nieco nostalgicznego Kłapouchego.
 
Dlatego, kiedy okazało się, że zostały wydane Nowe przygody Kubusia, nawet nie musiałam się zastanawiać. Z wielką przyjemnością powróciłam do Stumilowego lasu, wesołej ekipy zwierzątek, które potrafią rozbawić i pokazać świat z niego innej perspektywy.
 
 

Tym razem spotykamy naszych starych znajomych w bardzo ważnej chwili. Krzyś szykuje się do występu, będzie miał ważne zadanie zabić smoka. Dlatego potrzebuje czasu, by nauczyć się swojej roli. Prosi Kubusia, by do odwołania nikt mu nie przeszkadzał. Gdy już będzie mógł, sam się odezwie do swoich przyjaciół.

Niestety z całej rozmowy, najważniejsze co zapamiętał Kubuś, to były smoki i to, że niebawem ich zaatakują. Pełen niepokoju wyrusza do swoich kompanów, by przedyskutować sprawę. Jak się bronić, czyli gdzie się schować i co zrobić, jeśli już dojdzie do spotkania z potencjalnym zagrożeniem.

Między czasie Kłapouchy znajduje coś, owo znalezisko wydaje się osiołkowi bardzo ciekawe i godne uwagi. Niestety nie potrafi określić, czym ono jest. Najpierw postanawia siedzieć i tego pilnować, by nikt niepowołany nie zabrał, jego zdobyczy. W końcu był pierwszy. Rozmyśla, kogo mógłby się poradzić w sprawie swojego skarbu. Dodatkowo sprawę utrudnia jeszcze jedna rzecz, potrzebna jest pomoc, by wydostać to coś. Sam nie poradził sobie, najlepszy byłby zając ze swoimi zwinnymi łapkami. Jednak jak wiadomo, lubi on przywłaszczać sobie wszystkie zasługi. I podczas tych jakże trudnych rozmyślaniach, natyka się na Kłapouchego nie kto inny, jak strapiony Kubuś.

Strach spadł na stumilowy las oraz jego mieszkańców. Co się stanie, gdy groźna postać zaatakuje, czy można się jakoś ustrzec? I kiedy w końcu powróci Krzysiu? Jakie jeszcze przygody, czekają na naszych małych bohaterów?
 
 
 

Cisze się, że mogłam ponownie wrócić do czasów, gdzie postacie tej znanej bajki, tak bardzo lubiane, sprawiły mi tyle radości. Dodatkowo książeczka jest pięknie wydana i zilustrowana. Chyba dawno nie widziałam tak ładnie wykonanej wersji Kubusia Puchatka.

Nie potrafiłam się jej oprzeć, a w końcu nie należę już do grupy odbiorców, do której została skierowana. Z drugiej jednak strony, każdy, kto w dzieciństwie polubił niedźwiadka, prosiaczka i resztę zwierzątek, darzy ich, chociaż maleńkim sentymentem. I choćby właśnie dlatego, dobrze mieć na półce egzemplarz tej książki.

Dodatkowym plusem, tutaj mam na myśli młodszych czytelników. Jest czcionka. Taka dosyć spora, nie olbrzymia, ale też nie drobna, by męczyła oczy. Przyjemnie się czyta i nie sprawia wrażenia, że tego druku jest gęsto. 
Kolejna sprawa, wspomniane wcześniej obrazki. Piękne i kolorowe. Ja uwielbiam bogate w barwy ilustracje. Naprawdę. I chociaż moja stara Chatka Puchatka, jest opatrzona czarną kreską obrazków, nie powiem, by nie miała klimatu. To pamiętam, że jako dziecko, brakowało mi kolorów.

Nie wiem, co mogłabym jeszcze napisać, by oddać moją radość z posiadania tej książki i tego, jak bardzo chcę Was do niej namówić. Ona jest po prostu piękna. W sam raz na prezent, ale i bez okazji. Szczerze i od serca polecam.
 
 
Książkę otrzymałam od wydawnictwa Znak emotikon.

środa, 5 grudnia 2018

Najnudniejsza książka świata




W zasadzie staram się nie chwytać, każdej książki, która ma jakieś zadania do wykonania dla czytelnika. Owszem, z początku byłam ciekawa pozycji zmuszających do wykonywania poleceń. Było w nich coś odmiennego i jakby odmładzającego, bo nie kolorowanka, a coś, co zajmie nasze mózgi na dłużej. No i nagle pojawia się ona. I od razu wskakuje na listy Bestsellerów.  W dodatku z tytułem, który powinien odstraszyć. A efekt jest odwrotny. Wszyscy chcą sprawdzić, czy rzeczywiście jest nudna, uśpi nas podczas śledzenia tekstu? W czym tkwi fenomen? Postanowiłam sprawdzić. I za chwilę opowiem Wam o moich wrażeniach. 


Nie będę ukrywała, że byłam niesamowicie ciekawa tej tytułowej nudy. Dlatego, gdy tylko książka zawitała w moje progi, postanowiłam od razu zabrać się za czytanie. Wybrałam porę wieczorną, by jak to miała w zamiarze, sprawdzić, czy rzeczywiście zostanę uśpiona.

I no przyznam szczerzę, że takiej nudy jak żyje, jeszcze nie spotkałam. Co najciekawsze, niektóre wiadomości, sprawiają wrażenie naprawdę interesujących, a jednak zostały tak ukazane, że podczas czytania, chce się powiedzieć samemu sobie — ok, już mi wystarczy, więcej nie muszę wiedzieć. Ja tak miałam.

Zabaw w policzenie owieczek, czy kotków albo odnalezieniu różnicy w chyba pszczołach, nie będę zaliczała do specjalnie odkrywczych w tajnikach usypiaczy. Jednak już ważenie czy mierzenie wielkości kropli wody, sprawiło, że poczułam się zaintrygowana. Tylko na jedną chwilę, czy też kroplę. Podobnie jak z informacjami dotyczącymi gdzie i jak długie są kanalizacje. Wszystko można by uznać za fajne wiadomości. Jednak przeskoki między kategoriami i sposób ich podawania naprawdę sprawiły, że oczy same się zamykały.


W książce możemy też pobawić się w identyfikacje kaczuszek, sprawdzić ile jest gatunków i czym się od siebie różnią. Podobnie jest szyszkami bodajże sosny. Ach i jeszcze, jakie są gatunki dębów i gdzie można spotkać przedstawione odmiany.

Wiecie, co jest najciekawsze? W książce znalazło się mnóstwo informacji, które naprawdę do niczego się nam nie przydadzą. Jeśli zapamiętamy super, jednak nic się nie wydarzy, jeśli zapomnimy, ile jest rodzajów ściegów czy też ile wynoszą najdłuższe kanalizacje.

Teraz pozostaje pytanie, czy książka spełniła moje oczekiwana i jakie wzbudziła we mnie emocje. I szczerze powiedziawszy mam mieszane uczucia. Bo owszem, to jest najnudniejsza książka, jaką czytałam i faktycznie potrafi znużyć, a nawet przyczynić się do wcześniejszego zaśnięcia. Co też ma w zamiarze i spełnia to zadanie bardzo dobrze.
Z drugiej strony, nie wiem, czy jest potrzebna do życia. Nie umiem polecić i namówić do zaopatrzenia się w ten tytuł. Jednak jeśli jesteście ciekawi, czujecie, że czegoś takie wam potrzeba, to Najnudniejsza książka na świecie będzie jak znalazł. Kto wie? Może ktoś odnajdzie różnice u pszczół albo wykorzysta niektóre wiadomości?




Książkę można zamówić w Księgarni Tania Książka


wtorek, 4 grudnia 2018

Boso ale w ostrogach


Do przeczytania książek Stanisława Grzesiuka, nakłoniła mnie książka Grzesiuk. Król życia, którą wcześniej miałam przyjemność czytać. Były w niej fragmenty tego tytułu, jak i dwóch pozostałych. Sama historia tegoż człowieka wydała się na tyle interesująca, że postanowiłam nadrobić zaległości. I poznać historię tego, który nie bał się życia. Tylko stawał z nim w szranki, nieważne były szanse. Honor był na pierwszym miejscu.

Kim zatem był Grzesiuk, gdzie się wychowywał, jak wspominał swoje lata dzieciństwa i wczesnej młodości? Jak wyglądała ukochana Warszawa, zanim zniszczyła wojenna pożoga? W podróż do przeszłości wybrałam się podczas czytania Boso, ale w ostrogach.

Grzesiuk był człowiek o mocnym charakterze, co często dowodzi w swoich opowieściach, jeszcze z czasów, gdy jako podlotek próbował radzić sobie w życiu. Jego rodzina była po prostu uboga. Ojciec pracował w fabryce, matka zajmowała się domem. Mieszkali, delikatnie mówiąc skromnie. Jednak młody Stanisław nie bał się ryzyka. Potrafił sprzeciwić się starszym i silniejszym, jeśli gra była warta świeczki. Wraz z kolegami z dzielnicy kombinowali ile mogli, by zarobić po parę groszy na własne potrzeby, często by po prostu oddać matce. Najważniejsza była przygoda i niesiedzenie w domu. Tego już jako chłopiec nie znosił. Podobne nastawienie zresztą miał do szkoły. Buntował się na każdym kroku.

Później już jako młody chłopak, doszedł do wniosku, że jakieś wykształcenie jest mu jednak potrzebne. Musiał iść do pracy, by go przyjęli do zakładu, potrzebne były dokumenty. Różnie bywało w nauce. Sporo potrafił nawywijać. W końcu był to niespokojny duch. A jak sam wspominał, sam nigdy nie szukał zwady, jednak zaczepiony nie pozostał dłużny. I tak przeszedł przebojem przez etap szkoły. Wiele bójek zostało wywołanych, kłótni i zatargów z nauczycielami. Bo przecież poniżanie było najgorsze, co mogło go spotkać. Na to nigdy i nikomu nie pozwolił.

Jego relacje z ojcem były dosyć specyficzne. O ile darzył go szacunkiem, bo po prostu tak było wpojone, to nie można powiedzieć, by mieli jakieś specjalnie bliskie relacje. W ich domu było trudno. Nie było awantur, jednak coś sprawiało, że przebywanie w izbie, doprowadzało go do głupich pomysłów. Których i tak nigdy nie brakowało. Robienie żartów sąsiadom czy wrogom. Tak wyglądał zwykły dzień. Zawsze, ale to zawsze działy się przeróżne wybryki.

Jednak to, co cechowało i bije z każdego słowa Stanisława Grzesiuka, zaraz po porywczym charakterze, było jego pozytywne nastawienie do świata. Z niemalże każdej sytuacji potrafił wyciągnąć coś dobrego. Czy nawet naukę, jeśli sprawy obrały taki kierunek? I chociaż jego życie było naprawdę trudne, nie można stwierdzić, by było smutne i przepełnione rozgoryczeniem czy żalem do świata, że jest w tym miejscu, a nie innym. Parł do przodu mimo przeciwieństw rzucanych pod nogi. Był człowiekiem, którego jeśli wyrzuci się drzwiami, wróci oknem. I tak w kółko. Nie ustąpił tylko dlatego, że ktoś mu czegoś zakazał.
 
W książce jest mnóstwo wesołych wspomnień, opowieści o trudnym starcie, ale nie bez nadziei na lepsze jutro. O ogromnej chęci osiągnięcia czegoś lepszego mimo wszystko. I naprawdę podczas czytania, czuje się ten jego optymizm.

Stanisław Grzesiuk miał ostry charakterek. Nie znosił kapowania, nie było nic gorszego w jego mniemaniu od kapusia. I takimi ludźmi szczerze gardził, nie obawiał się pokazać, jak kończą ludzie bez honoru. Przez co jesteśmy świadkami wielu naprawdę poważnych bójek, które nie kończyły się tylko na poobijanej twarzy. Chłopaki z Czerniakowa i Wójtówki nie czuli strachu przed niczym. Jak trzeba było iść na zadrę, nie cofnęli przez strach.

Wiele emocji wywołują wspomnienia z wyjazdów na obozy wojskowe. Możemy w nich przeczytać o wesołych, ale również bardzo poruszających wydarzeniach. Gdzie nawet takiemu wesołkowi, ściskało gardło. I można było ujrzeć, jak wielki był kontrast między Warszawą a odległymi zakątkami kraju. Gdzie mimo biedy w stolicy, mieli i tak więcej niż ci, których spotkał podczas urlopu".

Niesamowite było, jak Oni się ze sobą trzymali, jeden drugiemu pomógł tym, co miał. I grupa stała murem za swoim, choćby nie wiadomo co się miało wydarzyć. Myślę, że teraz niewiele jest tak mocnych przyjaźni, dla których nastawi się karku. A nawet własne życie. Bo chłopaki tak właśnie robili. Nie zważali na konsekwencje.

Ostatnie rozdziały książki opowiadają o wczesnych dnia wybuchu wojny, tego, jakie nadeszły zmiany w Warszawie i okolicznych województwach. Na początku nie było aż takiej agresji. Niemcy poruszali się dosyć niepewnie i mniej zdecydowanie niż później. Dlatego mieszkańcy mogli na lewo radzić sobie utrudnieniami po zamknięciu zakładów pracy. Nie każdy chciał pracować pod władzą okupanta.

Następne miesiące miały się okazać mniej łaskawe, chociaż i tak Grzesiuk miał sporo szczęścia, jeśli można to tak nazwać. Radził sobie dobrze, unikał i przechytrzał Niemców. Oczywiście do czasu. Jak skończyła się dla niego ucieczka, większość wie.

Myślę, że tutaj nie ma sensu polecać. Te książki po prostu powinny zostać przeczytanie. Cieszę się, że do mnie trafiły i mogłam na kartach stron uczestniczyć we wspomnieniach życia tego człowieka.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Cień wiatru

źródło



Któż nie czytał choćby jednej książki Carlosa Ruiza Zafóna? Myślę, że niewielu się znajdzie. A już na pewno większość zna nazwisko, jakiś cytat. Tego jestem pewna. Nie powiem, że wszyscy znają tego autora. Co to, to nie. Aż tak dobrze nie może być. Jednak pisarz ten, zyskał sławę. Wiele lat temu, czy słuszną? Co jest w jego piórze, co sprawiło, że pokochały miliony czytelników? Jakie są jego historie ukazane na kartach stron?
 
 

Poznajemy Daniela, którego ojciec, gdy ten jest jeszcze chłopcem, zabiera do miejsca zwanego cmentarzem zapomnianych książek, ma wybrać sobie tylko jedną i się nią zaopiekować. Tytuł, na jaki pada wybór to Cień wiatru niejakiego Juliana Caraxa. Szybko się okazuje, że książka jest bardzo poszukiwana przez pewnego człowieka. Miedzy czasie Daniel poznaje dziewczynę, która wniesie w jego młode życie wiele zmian, a moment, gdy zorientuje się, że jego uczucia zmierzają w wiadomym kierunku, okaże się niezbyt bezpieczny.

Przez lata, chłopak a później młodzieniec, będzie czuł na plecach oddech mężczyzny, poszukującego ostatni egzemplarz Cienia wiatru. Kim on jest i dlaczego aż tak mu na nim zależy? W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania Daniel wybierze się w swoje własne śledztwo, ale by zrozumieć, kto depcze mu za plecami, będzie chciał zrozumieć fenomen mało znanego Juliana, jego życie i tego, co się z nim stało.

Wszystkie te wydarzenia będą przerywane codziennym życiem i pracą w księgarni ojca. Młodzieniec pozna, co znaczy utracić kogoś bardzo ważnego. To jak niektórym, przeszłość będzie zakłócała spokój i wnosiła niepokój każdej przeżytej minuty. A wszystko osadzone w rzekomo pięknej i uroczej Barcelonie.
 


Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym tytułem. Wtedy jeszcze nie miałam wiedzy, na temat stron internetowych poświęconych książkom. Znajoma czytała i powiedziała, że jeśli chcę, może mi pożyczyć. Akurat byłam chora i okazja na spędzenie czasu przy książce, nie mogła zostać zignorowana.

Wtedy nie poczułam tej miłości do autora. Owszem, fabuła była dosyć intrygująca. Skupiłam się na odgadnięciu, kim jest ów człowiek, pragnący zniszczyć wszystkie książki Juliana. I przez chęć odkrycia tej zagadki, zgubiłam wiele innych wątków. Dlatego, zdecydowałam się, po chyba dziesięciu latach, na ponowne spotkanie z bohaterami tej części. I sprawdzenie, co mnie ominęło i czy rzeczywiście ta książka zasługuje na miano aż takiego dzieła?

Tym razem nie skupie się na wątku książki i tego, kto jej poszukiwał. Tutaj ważne są inne szczegóły, które chyba niestety, ale większość kobiet, nie poczuła albo w ferworze pięknych i jakże wzniosłych wypowiedzi nie ogarnęła.

Bo przecież Zafon, ten pięknie piszący, ukochany przez właśnie kobiety, pisał w swojej książce o nich, dosyć przedmiotowo i zazwyczaj w sposób mocno wzgardliwy albo ukazując w roli rozwiązłych bez poczucia żadnych wartości. Zazwyczaj opisywane kobiety, były tymi źle prowadzącymi się, przynoszącymi wstyd rodzinie, bądź łamiącymi serca swym ukochanym poprzez niewierność. Stąd moje zdziwienie, na jakiej podstawie, większość pań, zapałało aż tak mocnym uczuciem?

Bo o ile, cudownie były ukazane porachunki polityczne, stanowisko ojca Daniela do jednego człowieka, tego, co się z nim działo, a później pomoc, jaką został otoczony. Tak niestety, przedstawicielki płci pięknej, zostały ukazane dosyć niekorzystnie.

Kolejna sprawa to Barcelona. Wszędzie można spotkać zachwyty, jak właśnie Zafon oczarował czytelników tym miastem. Jak za jego sprawą, wielu czytelników zapragnęło poznać to miejsce. Szczerze? W Cieniu wiatru Barcelona jawi się jako wiecznie zadymione, brudne miasto. Zasnute chmurami albo mgłą. Niekiedy były opisy oddające coś pozytywnego. Zazwyczaj było przygnębiająco a wręcz odpychająco. I gdybym miała podjąć decyzje w tym miejscu, na podstawie tejże książki. To z wielkim przekonaniem, powiedziałabym absolutnie, nie mam ochoty tam jechać. Skąd więc te wszystkie słowa? Czy czytałam inną książkę, czy może moja wyobraźnia nie poradziła sobie z opisami miast ponurego, niebezpiecznego? Nie wiem.

Minęło dziesięć lat, wcześniej nie poczułam miłości do auta, ale uznałam, że jest w nim coś, co przyciąga czytelników. Teraz również nie oddałam serca Zafonowi. Nie mogę jednak powiedzieć, że pisze źle. Bo byłaby to nieprawda. Pisarz cudownie prowadzi czytelnika po fabule. Jednak czy jestem w stanie powiedzieć, że mnie uwiódł? Tego niestety nie potrafię i nie zrobię.

Cieszę się, że mogłam ponownie zawitać do tego miejsca. Spotkać z Danielem, jego ojcem i resztą bohaterów. Co najciekawsze, ja nie lubiłam Daniela wtedy i teraz też. To jego ojciec był tym, za który według mnie, przyciągał. To jego mądrość życiowa i podejście do wielu sytuacji, w jakich się znajdywali. Często w wyniku nieprzemyślanych działań chłopca.

Trudno jest opisać książkę, nie wdając się w szczegóły, bo właśnie to one, są bardzo ważne. Trudno jest ocenić i napisać lubię, czy nie. Jest to niemożliwie. Trzeba przeczytać i po prostu zrozumieć. W tej książce każdemu może spodobać się co innego. I chyba to jest niesamowite.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA
 
 

czwartek, 29 listopada 2018

Lawenda w chodakach



Pamiętacie swoje pierwsze samodzielne wakacje, takie ze znajomymi, bez nadzoru dorosłych? Emocje towarzyszące i radość z przygody. Chyba każdy ma w swoich wspomnieniach taki wyjazd. Nie ważne czy to był zagraniczny, czy tylko kilka kilometrów od domu. Ważne, że nie było z nami rodziców i innych opiekunów. Pełna beztroska.

Pierwsze próby bycia dorosłym, udowodnienia, że się odnajdzie w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Zwłaszcza kiedy taki wyjazd, był w towarzystwie pierwszej miłości.

Dwie pary, które poznaliśmy w poprzednich tytułach z serii miętowej, wybierają się na wakacje objazdowe. W planach mają, najbardziej znane miejsca w Europie. Do dyspozycji samochód i odłożone oszczędności. I przede wszystkim - wielki optymizm.

Dla Kuby i Magdy szczęśliwych narzeczonych jest to kolejna przygoda we wspólnym związku. Oboje są przekonani, że ten wyjazd będzie niezapomniany. Wiktor i Damroka, mają przeżyć prawdziwy test swojego uczucia. I chociaż oboje deklarują o własnej lojalności, to jednak pobyt w tak odmiennym środowisku, daleko od domu, pokaże, że nie wszystkie obietnice łatwo jest dotrzymać.

Również dla obu dziewczyn, wspólne wakacje wiele nauczą. Bo Magda, jak i Damroka, będą miały różne poglądy i odmienne reakcje na pewne sytuacje. I z pozoru beztroski wyjazd, okaże się testem dla wszystkich razem i każdego z osobna. A wszystko w pięknych sceneriach i tym jedynym i wyjątkowym letnim klimacie.

Przeczytałam już dosyć sporo tytułów z tej serii. Jednak to Lawenda w chodakach, była dla mnie najbardziej przyjemna i wciągająca. Co nie znaczy, że inne są złe. Po prostu tutaj niesamowicie wczułam się w wyjazd tych młodych ludzi. Wspominałam swoje własne wyprawy.

Zazdrościłam im odwagi, tego, jak się zdecydowali na kemping w tych cudnych miejscach. Gdzie dla mnie, szczytem odwagi, była samodzielna podróż nad morze pociągiem. I wydawało mi się wtedy, że po prostu osiągnęłam szczyt dorosłości. W sumie nawet teraz nie grzeszę pewnością siebie. Nie umiem z dnia na dzień, wpakować się w pociąg i pojechać, zdobywać szczyty, czy też gapić na piękne fale, bo mam taką ochotę. U mnie zbyt wiele jest analiz. Sprawdzania wszystkich za i przeciw. I niestety, to nie przyszło z wiekiem, zawsze musiałam przemyśleć podejmowane decyzje. Moja spontaniczność kończyła się na wagarach.

Dlatego tak świetnie czytało mi się, o wszystkich przygodach tej czwórki. Te perypetie związane z kempingami. Jejku, jak ja bym chociaż raz, chciała przeżyć klimat kempingu. A nie zawsze wynajęte pokoje w pensjonacie czy hotelu.

Oczywiście nie zabrakło problemów, kłótni zakochanych, zazdrości, która wystawiała na próbę każdą parę. I główny temat zaufania, tego, jak łatwo jest o nim zapomnieć, kiedy w grę wchodziły silne emocje. Obie pary, doświadczyły odmiany, w sobie samych, we własnych związkach. Niektóre zdarzenia zapamiętali na długo. A czy wrócą wspólnie, tak samo, jak pojechali? Odpowiedzi na te i resztę pytań, należy szukać w książce.

Szczerze polecam, jest to chyba najbardziej przyjemny tytuł. I nie będzie cukierkowo różowo, ale podróże i atmosfera wakacji, będą grały pierwsze skrzypce.



 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

środa, 28 listopada 2018

Jeszcze więcej nieboszczyków, czyli śledztwo z pazurem

źródło


Słynna już seria Babie lato, obfituje w bardzo ciekawe tytuły. I muszę przyznać, że jeszcze żaden mnie nie zawiódł.

Tym razem padło na kolejną część, przygód mojego ulubieńca Belzebuba i jego ludzi, którym cały czas, wydaje się, że to oni mają jego, a nie odwrotnie. Co oczywiście może się tak, na pierwszy rzut oka wydawać. Dopóki nie zapozna się z czarnym i niesamowicie charakternym kocurem.

Poprzednie spotkanie z bohaterami, jak i właśnie czworonożnym bohaterem, wspominam bardzo dobrze. Dlatego też, gdy ukazała się zapowiedź tej książki, bardzo się ucieszyłam i wyczekiwałam z ciekawością. Nie tego czy całość mi przypadnie do gustu - to było wiadome, ale atrakcji, jakie zafunduje Belzebub.

W Kraśniku życie toczy się swoim rytmem. Marylka wraz z mężem prowadzą ukochaną aptekę, powoli urządzają otrzymany w spadku dom. I po prostu cieszą się zmianą, która nastąpiła - mimo przygód. Jest oczywiście Belzebub, który był głównym sprawcą minionych wydarzeń. We wspomnieniach ludzi, zapisał się jako kot zdolny do wszystkiego. On sam, spoglądał na nich pobłażliwie, nie rozumiejąc, jak mogą być aż tak naiwni. Wszystko, co do tej pory uczynił, było zaplanowane.

Pewnego popołudnia, Marylka podczas spaceru ze swoim kotem, odnajduje zwłoki. No dobrze, ładnie by to może i brzmiało, ale z tym znalezieniem przez kobietę, to nie do końca prawda. Ciało znalazł Belzebub, podczas nocnej wyprawy. Zadowolony swym znaleziskiem, postanowił pochwalić się swojemu człowiekowi. Zaprowadził więc dwunożną w miejsce, gdzie dokonał odkrycia. Przy czym, nie rozumiał całej afery, która rozpętała się z chwilą, kiedy do Marylki i jej męża dotarło, co się stało.

Tymczasem w miejscowym komisariacie nastąpiły zmiany. Nowy komendant ma inne wymogi, wytyczne i jakoś inaczej zarządza swoimi podwładnymi. Nie każdemu się podobają nowości, niestety nic poradzić nie można. Akurat spada wieść o morderstwie. Upał niemiłosierny, denatka leżeć zbyt długo nie może. Trzeba sprawę jak najszybciej rozwiązać.

I może, gdyby śmierć owej kobiety, była jedyną, wszystko potoczyłoby się w miarę sprawnie. Jednak los bywa przewrotny, "różowe ofiary" zaczynają się mnożyć. Kto zabija i jaki ma motyw? I co będzie miał z nimi wspólnego Belzebub?

Jak już pisałam, bardzo polubiłam serię Babie lato, dzięki niej również odkryłam wiele świetnych autorek. Między innymi panią Kursę. Już wcześniej przypadł mi do gustu humor, w jakim była napisana książka. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć, o kotach. Uwielbiam, kiedy w fabule biorą udział moi ulubieńcy.

Jest tutaj wątek kryminalny, chociaż nie można go uznać, za Bóg wie jak porywający. Szczerze mówiąc, to dla mnie był on wątkiem pobocznym. Mimo że tak naprawdę o trupy chodziło. Tylko jakby tu powiedzieć. W tej kwestii pierwsze skrzypce grał kocur i to za jego sprawą odgrywa się wiele incydentów.

Całe dochodzenie jest dosyć osobliwe. Bo nic praktycznie nie łączy ofiar, poza jednym. Upodobaniem do różowej garderoby. Każda z denatek, była ubrana we wściekle różowe kolory. Łącznie ze wszystkimi dodatkami. Jednak nic poza tym, nie pomagało w naprowadzeniu na mordercę.

W książce sporo się dzieje, ale najwięcej w życiu Marylki i jej męża. Niby spokojny dom, ukochany kot. A coś nie tak. Otóż pewne rzeczy zaczęły ginąć, może nic wielkiego, tu widelec, tam łyżka, czasem jakaś bluzka. Co się z nimi działo? Gdzie znikały?

Upalne lato mogłoby się wydawać, że ludziom oprócz lenistwa po zakończonej pracy, nie przyjdzie nic innego do głowy. Nic bardziej mylnego. Gdzieś wśród Kraśniczan czai się morderca, czy kobiety w różu powinny się czuć zagrożone? Kto sieje postrach?

Mnie książka bardzo się podobała. Spędziłam miłe godziny podczas czytania. Faworytem a jakże, był mój ulubieniec kocur. Z czystym sumieniem polecam, zwłaszcza na poprawę humoru.
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

poniedziałek, 26 listopada 2018

Serce z ciernii



Wiecie jak to jest, kiedy powtarzacie sobie, że już nie będziecie się wciągali w kolejną serię? Na pewno wiecie. I ja też, miałam nawet mocne postanowienie — nie będę sięgała po nowy tytuł z cyklu. Nie i koniec. Jak uważacie, dotrwałam w swoim postanowieniu? Oczywiście, że nie. 
I chociaż nie lubię być namawiana, to są bestsellery, które po prostu mnie przyciągają. Podobnie było z Sercem z cierni. 
Zapoznałam się z opisem i poczułam znajome uczucie, że muszę koniecznie przeczytać. Bo tak i już. Teraz pozostaje pytanie, czy  okazało się słuszne?



W zimnym i nieco odpychającym królestwie trwają przygotowania do ślubu. Mia i Quinn mają połączyć się z woli ich rodziców. Dziewczyna nie pała żadnym pozytywnym uczuciem do swojego oblubieńca. Książę natomiast czuje strach, przed dniem, w którym otrzyma za żonę właśnie tę dziewczynę. Nie wiemy tylko, dlaczego oboje darzą się tak nieprzychylnymi uczuciami.

Mia miała inne plany, od kilku lat szykowała się do zemsty. Po śmierci matki, żyła tylko tym jednym. By pewnego dnia znaleźć Gwyrach, która pozbawiła ją życia. Istoty te, nazywane również wiedźmami/demonami potrafią rzekomo zabijać samym spojrzeniem. Mają zdolność manipulacji.

Dziewczyna wraz z młodszą siostrą, musiały poradzić sobie po stracie ukochanej matki, w dodatku młodsza cierpiała z powodu zdrowia. Często zapadała na dziwne przypadłości. Wszystko to powodowało, że przyszłej żonie księcia, kiełkowała szalona myśl.

Ważny dzień się zbliżał. Jednak w chwili składania przysięgi, doszło do nieoczekiwanych wydarzeń. I żadne z młodych, nie miało pojęcia, dlaczego i kto dopuścił się takiego występku. Co takiego skrywały mury zamku? Jakie tajemnice?

Jedno jest pewne, oboje musieli uciekać. Mimo nieufności wzajemnej teraz musieli wspólnie stawić czoła wrogowi. Dodatkowo sprawy nie ułatwił fakt, że Mia nagle odkryła w sobie magiczne zdolności. Czy zatem jest demonem? Kim naprawdę są Gwyrach i czy jej własny ojciec, łowca tych kobiet, wiedział, że jego własna córka jest jedną z nich?
 


Moje postanowienie o nieczytaniu legło w gruzach. Teraz pozostaje pytanie, czy po przeczytaniu książki, trzymam się tego dalej i będę chciała kontynuować cykl? Zacznijmy od początku.

Pomysł na fabułę może nie wydaje się czymś nowym, a jednak całość została tak skonstruowana, że naprawdę ciekawiła i wciągała. Chociaż nie obeszło się bez kilku zastrzeżeń, tutaj jednak mam małe zarzuty do nazw, jakie wymyśliła autorka. Nie do końca trafiła do mnie koncepcja, gdzie pałeczka była siarqowa czy inne słowa z Q zamiast K, może to miało wynieść język na odrealniony razem z królestwem. Jednak mnie osobiście, na początku troszkę drażniło. Później już się przyzwyczaiłam. I przestałam zwracać uwagę.

Historia została ciekawie ukazana, bo mamy tutaj łowców czarownic. Mordujących kobiety i dzieci podejrzane o posiadanie magii. Są również tajemnice i przyznam szczerze, bardzo sprytnie zostały wkomponowane w fabułę. Na początku wydaje się, że nasza Mia ma plan, można się spodziewać po opisie, co mniej więcej się wydarzy.

Tylko właśnie, nic nie jest takie, jak z początku zakładamy. Nagle nasze podejrzenia zostają rozdmuchane, jesteśmy wyprowadzeni w pole razem z bohaterami. Ja naprawdę, jak już się pogodziłam z jednym odkryciem, nagle zostawałam zaskakiwana kolejnym. Świetnie i naprawdę wielkie brawo. Myślałam, że już w tej kategorii niewiele mnie zaskoczy, a tutaj miła niespodzianka. Jestem naprawdę bardzo na tak.

Zakończenie wywołało we mnie naprawdę zdziwienie. Nie sądziłam, że całość zostanie pokierowana w tę stronę. I muszę się przyznać, że miałam jeden moment zwątpienia. Na całe szczęście, nie zniechęciłam się i czytałam. Teraz jestem bardzo zadowolona. Będę wyczekiwała drugiej części. Polecam ten tytuł, myślę, że fani gatunku będą zadowoleni.





Książka do kupienia w księgarni Tania Książka 
 

poniedziałek, 19 listopada 2018

Grzywa

źródło



Lubicie konie? Może jest ktoś, kto lubi na nich jeździć, może kogoś fascynuje oglądanie wyścigów konnych czy uczestniczenie w nich?

Ja koni od zawsze się bałam, nie w ten sposób, o jakim większość pomyśli, że zrobią mi krzywdę. Kopnie i zabije. Po prostu czułam do nich bardzo silny respekt. I nie rozumiałam wielu rzeczy, które dotyczyły traktowania tych zwierząt. Jedno jednak było dla mnie od zawsze wiadome. To konie zawsze najbardziej cierpiały przez ludzi i dla ludzi. Pod pięknym płaszczem miłości. Tylko jakiej?


Zonia szykuje się do ważnego wydarzenia, niebawem odbędzie się egzamin, dzięki któremu, o ile dobrze pójdzie, otrzyma stypendium. Zanim jednak się to stanie, musi bardzo intensywnie trenować. Pod okiem byłego mistrza jeździectwa — jej ojca. Dyscyplina i zasady, wpajane przez całe dzieciństwo, wpłynęły na jej postrzeganie pewnych spraw, ale czy te wszystkie regułki, rzekome twarde zasady, były tymi słusznymi?

Rodzice nastolatki mają stadninę, jednak ta nie została utworzona z powodu wielkiej miłości do koni. Tak wyszło, ojciec wspomniana sława, matka weterynarz. Często musiała zająć się porzuconymi, chorymi końmi. No i tak jakoś wyszło. Oczywiście mieli też swoje. Bo kto nie chciałby pobierać lekcji u sławy? Człowieka z tytułem i medalami. Co z tego, że sam „bohater”, nie miał specjalnego podejścia do ludzi, a tym bardziej zwierząt. Po prostu wcześniej miał wygrywać wyścigi. Za wszelką cenę. Kluczowe stwierdzenie.

Zonia również miała zrobić wszystko, by zdobyć medale, a następnie stypendium. Miała wykonać to, co zaplanował ojciec. I dziewczyna tak robiła, do pewnego momentu.


Nie bez przyczyny, wspomniałam we wstępie o wyścigach. I zanim nawiążę do książki, chciałam o czymś napisać. Jakiś czas temu, oglądałam relacje z wyścigów jeździectwa. Nie mogłam spać w nocy, akurat nadawali w telewizji i patrzyłam. Cały czas się zastanawiałam. Kto wygrywa? Człowiek? Jak? Siedzi na tym biednym stworzeniu i wydaje polecenia, wcześniej intensywnie go trenując. Czy koń odczuwa radość? Nie zauważyłam, by którykolwiek zarżał z satysfakcji, po dobrze przebiegniętej rundzie. I moje pytanie? Jaki jest cel tego „sportu” i co ma udowodnić?

Zonia, jak jej ojciec i chyba wielu ludzi, którzy wpadli w sidła tego dziwnego pędu, chciała zdobywać medale, mistrzostwa. Chciała być kimś. Tylko jakim kosztem? Już nie chodzi, o to, że jako córka właścicieli, musiała zajmować się obrządzaniem zwierząt. Wykonywała więcej, niż na przykład jej koleżanka, która przyjechała do nich, na same treningi.

Dziewczyna bardzo chciała tego stypendium. Jednak nie mogła przeżyć, że straciła swojego konia. Po pewnym incydencie jej ukochana Grzywa opuściła ich dom. Dlaczego? I czy musiało się tak wydarzyć. Mimo czasu ona ciągle myślała o swoim koniu. Próbowała go odszukać. W pewnym momencie do tych poszukiwań dołączył jeden z pracowników jej ojca. Młody chłopak. Bojaźliwy w stosunku do koni. I nierozumiejący radości ze zmuszania zwierząt, do wykonywania poleceń. Za wszelką cenę.

Bo musicie wiedzieć, że konie biegające w wyścigach, te piękne nagrody, ten cały splendor, przepłacają życiem. Nie czują radości. Częściej ból i strach. No ale, przecież one muszą to robić, by ludzie byli zadowoleni. Bo koń musi poczuć bat, bo bez wędzidła nie będzie posłuszny. Ja bym tym wszystkim bohaterom, włożyła wędzidełko do paszczaków i ciągała, wydając przy tym rozmaite rozkazy.

Tutaj świetną postacią jest mały Staś, ja to dziecko wręcz pokochałam. Za to, jak  swoją dziecięcą szczerością i ciekawością, pokazywał okrucieństwo dorosłych. Straszne jest, czytanie o tym, co człowiek potrafi zrobić dla sławy, dla medalu. Ja rozumiem sport, w którym stajemy do konkurencji osobiście. A nie, siedząc na grzbiecie, wydając polecenia i jeszcze mając za złe, gdy w chwili udręki zwierzę zareaguje obroną.

Przeczytałam tę książkę, utwierdziłam się w tym, co widziałam od dawna. Tutaj mowa o koniach, na nich więc się skupię. Bo one, zawsze musiały cierpieć przez głupotę i egoizm ludzki. Na wojnie, na pięknych przejażdżkach albo wyścigach. I co najgorsze, ludzie Ci, twierdzą, że kochają swoje zwierzęta.

Książkę oczywiście polecam. Zwłaszcza dla tych, którym się wydaje, że takie przejażdżki na konikach, są super cacy, będziemy mówić, co mają robić, a one się ucieszą.


 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle. 

niedziela, 4 listopada 2018

Basia i lato pod psem




Mówiłam Wam, jak lubię Basię? Na pewno. Często na blogu pojawiają się kolejne tytuły, tej uroczej serii skierowanej do dzieci. Nie potrafię się oprzeć, kiedy widzę kolejne zapowiedzi. Baśkę po prostu trzeba kochać.

Tym razem, do czytelników trafia nieco obszerniejsza forma, dzięki czemu można dłużej spędzić czas, w towarzystwie tej zabawnej dziewczynki, jej rodziny i znajomych. A o czym dokładnie, jest Basia i lato pod psem? Już Wam opisuję.
 


Lato w pełni, a co za tym idzie wakacje. Basia wraz z mamą i braćmi szykuje się powoli do wyjazdu na urlop. Tylko muszą jeszcze poczekać na tatę — to znaczy na dzień, w którym powie, że to już. I chociaż dziewczynka cieszy się z wyjazdu, to jej myśli zaprząta jedno, chciałaby mieć psa. Swojego własnego. Bawić się z nim, tulić i po prostu mieć. Niestety mama uparcie odmawia. Na szczęście tam, gdzie jadą, powinien być pies stróża, może uda się z nim pobawić?

Podczas podróży, dziewczynka jest świadkiem smutnego zdarzenia, pewien mężczyzna bije i źle traktuje swoje pieska. Dla Basi, która marzy o własnym czworonogu, takie postępowanie jest straszne. I nie potrafi zrozumieć, dlaczego ktoś może krzywdzić własnego przyjaciela.

Na miejscu, okazuje się, że jest pies, zachwytu Baśki nie ma końca, w przeciwieństwie do jej kuzynki — która ma ogromnym problem z przesadną czystością, co nieco utrudnia jej, jak i towarzyszom funkcjonowanie. Wszyscy mają nadzieje, że wyjazd na kemping i przebywanie przy samej naturze, pozytywnie wpłynie na małą pedantkę.

Jakie przygody czekają na Basię, jej rodzeństwo i kuzynkę? Co wytropi Azor — pies stróża? I jaką ważną rolę otrzyma nasza bohaterka? Będzie sporo się działo, przygód co niemiara. I najważniejsze pytanie — dla kogo to będą udane wakacje?
 
 


Jestem ogromną fanką Basi i jej rodziny, ale to wszystko za sprawą autorek. Panie w cudowny i ciepły sposób przedstawiają z pozoru proste codzienne problemy, zwykłej rodziny.

Nasza tytułowa bohaterka, marzy o swoim piesku. Niestety możliwości mieszkaniowe sprawiają, że mama nie chce się zgodzić. Troje dzieci i rodzice, w mieszkaniu. Troszkę mało miejsca do zamontowania w nim psiaka, domagającego uwagi i przestrzeni.

Te wakacje jawią się nasze Basi, jako najgorsze pod słońcem, towarzystwo marudzącej kuzynki, no i niepokój, czy zastanie na miejscu jakieś inne pieski? I będzie możliwość pobawienia się z nimi. Nasza dziewczynka tylko o tym marzy. A jak się czegoś bardzo chce, to ogromna szansa by się ono spełniło.

Siadłam do czytania, a ukazana historia do reszty mnie pochłonęła. Niby jest to forma typowo dziecięca, ale tak ciekawie i wciągająca, że ja naprawdę, przeżywałam te wszystkie przygody i perypetie, z jakimi zmierzała się rodzina.

Bo przyjazd późnym wieczorem podczas ulewy, pobudka w podtopionym namiocie, prezentowały się chwilami przerażająco, ale chyba właśnie takie atrakcje, wspomina się z uśmiechem na twarzy.

Autorki jak zawsze, bardzo mądrze i przystępnie ukazywały problem Basi, tłumaczenie dziecku, dlaczego nie można spełnić jej życzenia związanego z psem, czy też w pomocy zrozumieniu, dlaczego są źli ludzie, znęcający się nad innymi zwierzętami. Co uczynić, by takie incydenty nie miały miejsca, tego wszystkiego i wielu inny bardzo mądrych oraz pomocnych zagadnień możemy znaleźć w tej historii. Przede wszystkim jednak to wspaniała rodzinna atmosfera, chwilami z muchami w nosie u niektórych biwakowiczów. Nic nie jest przekoloryzowane, tylko ukazane tak, jak wygląda życie.

Niesamowicie przyjemnie spędziłam te kilka godzin, pojechałam na wakacje i przyglądałam się zmaganiom tej małej dziewczynki w pokonywaniu własnych słabości i udowodnieniu samej sobie, że odpowiedzialność to sztuka, którą można wypracować. Tylko trzeba chcieć. Szczerze polecam tę pozycję, koniecznie powinna zasilić biblioteczkę każdego sympatyka Basi.
 
 
Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Egmont.


czwartek, 1 listopada 2018

Spadek




"TO, CZEGO NIE CHCESZ, MOŻE SIĘ OKAZAĆ TYM, 
CZEGO WŁAŚNIE POTRZEBUJESZ"


Dorota próbuje się pozbierać, po kolejnym rozczarowaniu uczuciowym. Właśnie zakończyła związek, który jak uważała, na pewnym etapie sam się rozjechał. I tak naprawdę, nie wiedziała, czy odczuwa żal, że Kuba odszedł, a może bardziej złość, że znowu, nie poczuła tego, co trzeba. I teraz została sama. Chociaż nie tak całkiem.


Akurat, gdy ponownie została bez pary, do towarzystwa — na tymczasem, otrzymała pieska. Koleżanka musiała wyjechać, no i po wielu prośbach, wprowadziła do domu Doroty czworonoga. Dla kobiety i nowej lokatorki pierwsze dni nie były łatwe. Jednak szybko się okazało, że obie znalazły porozumienie i nawet zaczęły się lubić.


Jeśli Dorota myślała, że towarzystwo psa, jest wszystkim, do czego zdolny jest los, była w dosyć sporym błędzie. Już niebawem, miała się dowiedzieć, że posiada dziadka. Niby nic nadzwyczajnego, ale nasza bohaterka, nie znał swojego rodzonego ojca. Wychowywał ją ojczym, którego bardzo kochała i czuła się z nim związana emocjonalnie. Nagle, po tylu lata, otrzymuje obcego człowieka — dziadka. Co ma zrobić? Jak się zachować, czy powinna stawić czoła teraźniejszości, nie znając wielu fragmentów z przeszłości?

Podróż do miejsca, o którym nigdy nie słyszała. Do człowieka obcego, a jednak bliskiego. Dziadek, nie wiedziałam o nim, nie miała szansy poznać, polubić czy pokochać. Jak ma go traktować? Co zrobić w zaistniałej sytuacji? Staruszek podupadł na zdrowiu, potrzebuje opieki, ale dlaczego właśnie od niej, jest to wymagane?

Co czeka Dorotę daleko od jej Warszawskiego mieszkania? Czy będzie jej dane, poznać rodzonego ojca i dowiedzieć się prawdy, dlaczego odszedł?


Książkę mogę podzielić na kilka etapów czytania. Najpierw początek, który nie do końca mnie zainteresował, bym odpowiednio się wciągnęła w historię. Na szczęście w chwili, gdy poznajemy dziadka Doroty, akcja nabiera rozpędu.

Postać głównej bohaterki jest dosyć prosta. Ot kobieta, która ma problemy sercowe, swoje uczucia lokuje w nieodpowiednich dla siebie mężczyznach. Nagle musi zająć się dziadkiem, który jest dla niej obcym człowiekiem.

Szczerze mówiąc, nie bardzo potrafię ocenić tę postać. Niby wokół niej toczy się akcja, ale nie poczułam ani sympatii, ani niechęci. Ona po prostu była.

Co innego mogę napisać, na temat ciotki Celiny oraz właśnie dziadka. Oboje z silnymi charakterami. Pod warstwą szorstkości i czasem, zbyt brutalnej szczerości, kryły się dobre serca i dusze. Bardzo polubiłam tych dwoje i właśnie oni, byli tymi, którzy napędzali fabułę. W moim odczuciu oczywiście.

W książce poznajemy sporo postaci, chyba tak naprawdę nie znalazłam nikogo, kto byłby negatywny. Tutaj każdy odgrywa swoją rolę, w odpowiednim momencie.

Fabuła nie porywa, nie wgniata w fotel, ale to dobrze. Spokojnie prowadzona, bez zbędnych zrywów i emocji, które ostatnimi czasy, są bardzo często serwowane w książkach. Powolutku, wraz z Dorotą, oswajamy się ze zmianami, jakie zaszły w jej życiu. Przyglądamy się dziadkowi. Uparciuchowi, który za maską oschłości, ukrywał zupełnie inne oblicze.

Bardzo przyjemnie spędziłam czas, przy czytaniu Spadku. Może nie było ochów i achów. Jednak jest to bardzo sympatyczna książka, na jesienne wieczory. Ukazująca siłę więzów rodzinnych, potrzeby miłości — w każdym wieku. I tego, że tajemnice z przeszłości, dobrze jest odkryć.
 
 
 
 
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.
 

środa, 31 października 2018

Dzieci z wyspy Saltkråkan



Pamiętacie Dzieci z Bullerbyn? Mam nadzieje, że znajdą się fani tej opowieści, jak i twórczości Astrid Lindgren. Bo właśnie dzisiaj, przychodzę do Was z książką, która została napisana w bardzo ciekawym klimacie. I chociaż figuruje jako literatura dziecięca, to mogę śmiało napisać, że każdy odnajdzie w tej historii coś, co go zainteresuje.

Chcecie wybrać się z bohaterami na tytułową wyspę Saltkråkan? Jesteście ciekawi kogo można na niej spotkać i co takiego w sobie ma, że każdy, kto raz przyjedzie, chce do niej wrócić?


Rodzina Melkersonów wybiera się promem na wakacje. Ich celem jest tytułowa wyspa. Jako że tylko ojciec wie, jak będzie wyglądał ich dom letniskowy, na najbliższe tygodnie, u członków rodziny, niewiedza wzbudza wielkie emocje. Tylko u każdego są one zupełnie inne. Najstarsza latorośl patrzy na decyzje ojca z pewnym dystansem. Maliin wie, jakim jest On człowiekiem. Wspaniałym i cudownym, ale często też, żyjącym w innym wymiarze, często też roztargnionym. U pozostałej trójki, towarzyszy euforia i radość nieznanego. No i wiadomo - przygody!

Gdy dobijają do brzegu, ich oczom ukazuje się osobliwy widok. Na przybyłych czeka dziewczynka i wielki pies. Jak się później okaże, duet ten, będzie bardzo oryginalny i wszystko wiedzący. To znaczy dziewczynka, bo pies jak to pies. Jemu wystarczy towarzystwo i uwaga.

Dom, który zakupił ojciec, jest troszkę podniszczony. Nie, żeby to była ruina, ale co nieco trzeba w nim naprawić. Akurat pogoda nie rozpieszcza, zaczyna padać deszcz i jest zimno. Może niezbyt optymistyczny i zachęcający początek pobytu, ale na szczęście,  kiedy wydaje się, że jest beznadziejnie, z pomocą przychodzą mieszkańcy wyspy.

Wakacje to cudowny okres, a kiedy dopisać do tego pobyt na wyspie, gdzie każdy mieszkaniec, wie o sobie niemalże wszystko. Można powiedzieć, że będzie ciekawie. Zwłaszcza jeśli chodzi o tych młodszych bohaterów. Chociaż i starsi nie zaznają nudy.


Myślę, że każdy, kto poznał twórczość Astrid Lindgren, nie będzie musiał być za bardzo namawiany. Bo autorka, pisze w sposób, który ma w sobie coś przyciągającego. I, mimo że z pozoru, historia wydaje się kierowana tylko do tych młodszych, to uwierzcie mi na słowo. Dorośli nie poczują się rozczarowani.

Zacznę od atmosfery panującej na wyspie. Nie wiem, jak autorki to robi, ale jakoś w momencie, gdy razem z rodziną docieramy do Saltkråkan, czujemy to miejsce. Tak po prostu. Ono ma w sobie to coś. Ludzi, którzy nauczyli się tam żyć porami roku. Od wiosny do jesieni, kiedy to wszystko się budzi, turyści przypływają i chcą pobyć z dala od życia w biegu. Tam, wszystko się zatrzymuje. Nie ma pędu, nie ma tego wszystkiego, co męczy w pojęciu - cywilizacji.

Melkersonowie, są bardzo ze sobą zżyci, ojciec i jego już dorosła córka, sprawują pieczę nad młodszymi chłopcami. Jednak to Maliin, ma w sobie więcej z rodzica niż ojciec. Dziewczyna jest rozsądna i bardzo odpowiedzialna, często musi nadzorować wszystkich. Bracia traktują siostrę, niemalże jak matkę, której za szybko stracili. I mają świadomość, że może nadejść dzień, w którym Maliin się wyprowadzi. Pozna jakiegoś młodzieńca i postanowi założyć własną rodzinę. Ta myśl sprawia, że czują niepokój. Chcą zrobić wszystko, by zniechęcać potencjalnych adoratorów siostry.

Mnóstwo przygód czeka wczasowiczów. Będzie bardzo rodzinnie i przyjaźnie. Tutaj radość, będzie przeplatała się z chwilami nostalgii i poczucia upływu czasu. Tego, co jest nieuchwytne. Powieść w której, życie jest pokazane z każdej strony. I w tym jedynym i niepowtarzalnym stylu Lindgren. Szczerze polecam. Warto wraz z bohaterami wyruszyć na wyspę Saltkråkan.
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

poniedziałek, 29 października 2018

Dziewczyna z gór



Często możemy przeczytać albo usłyszeć, o ludziach zaginionych. Rodzina, znajomi poszukują, włączają się do tego odpowiednie służby. I nie jeden raz bywa, że te osoby już nigdy się nie odnajdują.
Sprawy wiszą nie rozwiązane, bliscy żyją w oczekiwaniu, na jakąkolwiek wieść na temat człowieka, który był i nagle zapadł się pod ziemię.
Co się z nimi dzieje? Z ludźmi, którzy nagle przestali się odzywać, po których ślad zaginął? Ktoś ich zabił? Wywiózł w nieznane? Mnóstwo pytań, a wszystkiemu towarzyszy uczucie strachu i niepokoju.

Pani Małgorzata Warda napisała książkę, w której ukazuje obie strony. Tych poszukujących i samej zaginionej - Nadii. Dziewczynki, której rodzice rano nie znaleźli w jej pokoju.


Tej nocy, Nadię coś obudziło, nie wiedziała dokładnie co, ale była pewna, że w jej pokoju ktoś jest. I to nie jest żadne z rodziców. Później sprawy potoczyły się szybko, za szybko. Mężczyzna, który jakiś czas wcześniej ją zaczepił, zakazał się odzywać, bo inaczej może stać się krzywda rodzicom.
Szli w stronę obwodnicy, dziewczynka nie miała pojęcia, czego chce porywacz, czy ją zabije? Bała się bardzo, chciała uciec, zawołać kogoś o pomoc, ale się bała. W końcu nastąpiło nieuchronne, samochód ruszył i odjechali.

Podróż trwała bardzo długo, jechali całą noc, aż wreszcie dotarli do miejsca, gdzie stał tylko jeden dom, w środku lasu. Dookoła, nie było widać żywej duszy.
W tym małym, opuszczonym domku, musiała sprostać strachowi, samotności i pytaniom, które piętrzyły się z minuty na minutę. Była sama, daleko od rodziców. Nie wiedziała, czy ich jeszcze zobaczy. Kiedy zaczną szukać? I jak zareagują, gdy zauważą zniknięcie córki.

Nieobecność Nadii została zauważona nazajutrz. I szybko poinformowano policję o zaginięciu. Gdzie mogła pójść, jak to się stało, że niczego nie zauważyli, ani nie usłyszeli? Poszła dobrowolnie, a może ktoś jej zagroził? Brak jakichkolwiek śladów. A czas płynął, dni mijały, śledztwo nabierało rozmachu - bezskutecznie. Nadii nigdzie nie było.

Tymczasem dziewczynka, musiała stawić czoła nowej rzeczywistości. W lesie, gdzie tuż obok, żyły wilki. Nie mogła uciec w poszukiwaniu pomocy.


Książki Pani Wardy, mają to do siebie, że poruszają trudne i często skomplikowane warstwy psychiki człowieka. Gdy sięgałam po Dziewczynę z gór, wiedziałam, że na pewno będzie interesująco, sam fakt, że dotyczyła porwania dziecka, które zostało zmuszone do zamieszkania na odludziu, budziło wiele emocji. No, ale kiedy już rozpoczęłam czytanie, zrozumiałam, że sprawa będzie bardziej złożona, niż przypuszczałam.
Przede wszystkim porywacz - Jakub. Bardzo długo, nie wiemy, co nim motywuje. Dlaczego porwał Nadię, co zamierza. Ona sama, często zadaje mu pytanie, co z nią będzie? Jednak nie otrzymuje odpowiedzi. Praktycznie niewiele dowiaduje się od tego człowieka, który w większości milczy. A jeśli się odzywa, to tylko wtedy, by udzielić wskazówek, albo coś zaproponować.

Co najważniejsze, narratorem jest sama Nadia, opowiada nam o swoim życiu, ale ukazuje również to, co działo się w jej domu, w czasie gdy została porwana. Okres poszukiwań i emocji, które towarzyszył rodzicom. Tajemnice, jakie ujrzały na światło dzienne, za sprawą tego wydarzenia.
Jednak najważniejszym, jak dla mnie, były opisy jej przeżyć. Gdy jako dziecko, musi zmierzyć się z lękiem, pogodzeniem z nagle i brutalnie zmienioną rzeczywistością. Gdy w człowieku, który wyrządził jej największą krzywdę, zaczęła szukać tego, co utraciła. Poczucia bezpieczeństwa i wspólnoty. I chociaż wydaje się to niemożliwe, Nadia była dzieckiem. Nie mogła pozostać sama sobie, nie radziła z własnymi przeżyciami. A Jakub, jakkolwiek by to brzmiało, nie zrobił jej krzywdy - oprócz porwania.

Emocje, towarzyszące podczas czytania są ogromne, to my musimy w pewnym momencie, wraz z dziewczynką, zacząć szukać motywu, w działaniach Jakuba. Dlaczego tak postąpił? Nie chciał okupu, nie chciał jej skrzywdzić.
Z każdą kolejną stroną, ocena tego człowieka, nabiera innego wymiaru. Zostają odkrywane, bardzo istotne części układanki. A zakończenie tej historii, nie będzie zapowiadało się tak, jakbyśmy oczekiwali tego na początku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem Dziewczyny z gór, wciągnęła mnie od pierwszej strony. Pochłonęłam tę historię w jedno popołudnie. I niesamowicie wczułam się w wydarzenia, jakie zostały opisane. Z jednej strony, byłam ciekawa motywu porywacza, z drugiej, tego, jak wyglądały poszukiwania, czy znajdą swój pozytywny finał. By wreszcie, zadać najważniejsze pytanie - jakie zakończenie będzie najlepsze?
Przyznam się, że ten tytuł, plasuje się bardzo wysoko w czołówce. Powinien zyskać na rozgłosie. Bardzo ważna, świetnie napisana książka. Ukazuje wiele perspektyw. A to było, niesamowite.

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...