Moja Ananke



O twórczości Ewy Nowak pisałam wielokrotnie, za każdym razem podziwiając i zachwycając się talentem ukazywania zwykłych przykładów z życia w tak trafny i obrazowy sposób. Trafiający chyba do każdego odbiorcy, młodszego czy też starszego i chociaż problemy jakie porusza w zasadzie dotyczą nastolatków to według mnie po książki można sięgnąć w każdym wieku i co najważniejsze sprawy nie będą wydawały się odległe, czy nieodpowiednie do tego co teraz z nami się dzieje. Pani Ewa porusza się po ukazywanych tematach w taki sposób, przemycając tak wiele mądrych uwag, że bez względu na metrykę czytelnik będzie usatysfakcjonowany z przeczytanej lektury. Osobiście sięgam po każdy nowy tytuł pióra autorki i wiem, że na pewno mnie nie zawiedzie. Jak więc było w przypadku Mojej Ananke i co kryje się pod tym niewiele mówiącym tytułem?

Jagoda jest zwykłą nastolatką, ma dwoje kochających i co najważniejsze interesujących się jej sprawami rodziców oraz brata - Ignacego. Niczego jej nie brakuje, może poza pewnością siebie w decydowaniu o sprawach na których jej zależy. Jak na przykład roli Behemota w przedstawieniu. Niestety z własnej przekory i czegoś jeszcze, w brew samej sobie nie zgłasza chęci spróbowania sił. Czego później oczywiście żałuje. 
Na szczęście ma brata studenta, który niemalże każdemu chwali się bystrą i inteligentną siostrą, a ona dzięki temu wiele zyskuje.
Różne imprezy, nowo poznani ludzie, jedni ciekawsi inni mający w sobie coś, dzięki czemu zostali w życiu Jagody na dłużej. Jak na przykład Rafał. Niebywale interesujący. Przyciągał dziewczynę niemalże wszystkim.  Ich znajomość rozwijała się w kierunku jaki każda nastolatka mogłaby sobie wymarzyć... do pewnego czasu. 
Do kiedy tytułowa Ananke postanowiła interweniować i namieszać w życiu głównej bohaterki, a przy okazji najbliższym jej osobom. 

Dosyć długo zabierałam się do najnowszej książki autorki, nie dlatego, że coś mi w niej pasowało. Wręcz przeciwnie, ale czasem miewam dosyć dziwne przeczucia o odczekaniu na odpowiednią chwilę. I tak właśnie było w przypadku Ananke, czekała do momentu kiedy ja będę odpowiednio gotowa do zrozumienia ukazanej historii. I chociaż może się wydawać, że kolejne losy nastolatki nie wnoszą niczego nowego do literatury młodzieżowej, to ja powiem. Nic bardziej mylnego. Ponieważ Ewa Nowak, zawsze ale to zawsze ma do przemycenia o wiele więcej niż może się wydawać. Nie tylko dla samych nastolatek, ale każdemu kto sięgnie po jej książki. Mimo, że dla mnie samej problemy z jakimi zmierzała się Jagoda od dawna stały się odległe, to jednak sposób i forma w jakiej zostały ukazane problemy, błędy w myśleniu czy odbiorze były już jak najbardziej na czasie. 

I za każdym razem kiedy kończę kolejną książkę tej właśnie autorki czuję się wzbogacona o nowe wartości, które na pewno przydadzą się w moim życiu. Teraz albo w przyszłości. Ewa Nowak pozwala czytelnikowi spojrzeć na omawiany problem z wielu perspektyw, dzięki czemu zanim wystawimy swoją własną opinię możemy się wczuć w odczucia przysłowiowego "kata" i "ofiary", dzięki czemu sprawa nie wygląda jednoznacznie, potrzebuje głębszej analizy. Przemyślenia i rozłożenia na czynniki.  Łatwo jest osądzać mając tylko jedną wersję wydarzeń, jednak kiedy zapozna się z drugą, a nawet trzecią coś co z góry było przesądzone nagle zmienia nasz punkt widzenia. I właśnie za tą cudowną zdolność uwielbiam Ewę Nowak. Ponieważ w swych historiach nie osądza, nie ma dobrych i złych bohaterów. Niekiedy za postawą tego najgorszego, może kryć się coś, co próbuje zamaskować i tylko uważny słuchać może dostrzec to, czego inni nie chcieli. W mojej Ananke spotykamy się z różnorodnymi osobowościami, Jagoda, Rafał, Ignacy, rodzice i przyjaciółka dziewczyny.  Każde z nich inne. Mniej lub bardziej skomplikowane charaktery. Jakie ma znaczenie wychowanie w rodzinie, która rozmawia i analizuje najmniejsze kłopoty? Czy mimo zrozumienia można ustrzec się młodzieńczych błędów? Co zrobić kiedy Ananke już zrobiła swoje i kim ona w ogóle jest? 

Ze swojej strony szczerze i od serca polecam. Zwykła niezwykła książka, którą po prostu należy przeczytać.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa
Czytaj dalej...

Heaven. Miasto Elfów



Elfy, od zawsze budziły moje zainteresowanie. I chociaż miałam i mam świadomość, że istnienie jest czystą fantazją, to jakoś lubię kiedy w książkach czy też filmach występują te właśnie istoty.  Dlatego też kiedy ukazała się zapowiedź niniejszej książki niezmiernie się ucieszyłam. Bo wiadomo sam tytuł przyciągnął fana tematyki, okładka nie powiem. Również. Pozostało tylko czekać aż do mnie przybędzie, a później gdy nadejdzie odpowiednia chwila zagłębić się w lekturze. Jak zawsze zadam pytanie, na które za chwilę udzielę odpowiedzi, czy ukazana przez autora historia trafiła w mój czytelniczy gust? Czy będę polecała?  

Ciemne Londyńskie uliczki, między domami pojawiają się cienie postaci, które chyba jako już nieliczne o później porze czegoś, albo kogoś szukają.
Jest i Ona, z plecakiem, zmierzająca w określonym kierunku. Noc wydaje się idealna do obserwacji, teraz tylko znaleźć odpowiednie miejsce, na dachu domu do którego bez problemu będzie mogła się dostać. Niestety tej nocy nie zobaczy błysku gwizdy, w jej oczach odbije się blask czegoś innego, znacznie niebezpieczniejszego...

Kolejne zlecenie, kolejna przesyłka do dostarczenia. Ulice są nudne, znacznie ciekawiej ogląda się świat z innej perspektywy, z dachów budynków. W prawdzie nie do końca jest to bezpieczne, ale tam na dole o wiele częściej można narazić się na zagrożenie. Dlatego David ogląda miasto z góry. Tym razem miał być sam, w końcu noc nie sprzyjała do spacerów. Chłód ogarniał z każdą chwilą, tym bardziej nie spodziewał się napotkać towarzystwa, w dodatku samotnie siedzącej na jednym z dachów przerażonej dziewczyny. Coś sprawiło, że zainteresował się sprawą, ona zaś poprosiła o pomoc. Dlaczego akurat jego? W końcu mógł okazać się kimś nieodpowiednim, lecz nie to już za chwilę zajmie jego umysł, a wyznanie. Heaven - bo tak się nazywała, opowiedziała, że wycięto jej serce. Tylko jakimś dziwnym sposobem nadal żyje. David nie do końca wierzy słowom, które usłyszał, jednak postanawia pomóc, spróbować odnaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania. Dlaczego ona nadal żyje oraz kto i dlaczego pozbawił Heaven serca? Czy nadal grozi jej niebezpieczeństwo? 


Zaintrygował mnie opis do książki, jakoś miałam wrażenie, że wraz z rozpoczęciem lektury nagle przeniosę się do alternatywnej wizji Londynu, gdzie między normalnymi ludźmi, gdzieś tam ukryte są tytułowe elfy. Historia od pierwszych stron nabiera rozmachu, poznajemy dziewczynę, na jej drodze nagle ukazuje się dwóch już na pierwszy rzut oka niebezpiecznych mężczyzn, po czym bez zapytania czy się zgadza, wycinają serce - nie żeby jej zakaz miał jakieś znaczenie, ale z grzeczności mogli chociaż zapytać czy chce zostać bez tegoż organu i ewentualnie poinformować co z nim uczynią. W każdym razie serce Heaven zostaje ładnie, szybko wycięte, ona sama pada bezwładnie, zalana krwią, aby po chwili powstać i dać nogi za pas. Tak. Dziewczynka ucieka, porzucając serduszko. Biedne serce, zostało brutalnie wyrwane i w dodatku główna zainteresowana nawet o nie, nie zawalczyła, a dziwić się facetom, że mają czelność złamać.

Wracając do fabuły, od ucieczki Heaven, rozpoczyna się jedna wielka ucieczka. Tak, od tej chwili wraz z bohaterką i jej kompanem Dawidem, będziemy uciekać i ukrywać się.  No i dzieje się to mniej więcej przez większość  książki. Między czasie David coś tam robi, poznajemy starszą panią u której pomieszkuje i pracuje. Jeszcze gdzieś przewinie się cmentarz i duch jakiejś kobiecinki skrzywdzonej przez życie. Nasza śliczna para sobie z nimi będzie rozprawiała w jakże przemiłej atmosferze, później znowu będą uciekać.

I tak uciekali i uciekali, a ja czekałam i czekałam. Na elfy. I się ich nie doczekałam. To znaczy tak, jeżeli nastawicie się na postaci niczym moja wielka miłość Król Thranduil z hobbita - to się przeliczycie. Jak było w moim przypadku. Miałam nadzieje chociaż na Legolasa, ale nie. Nie, nic z tych rzeczy. Nie będzie nawet malusich, takich tyci tyci, A'la minimka. Niestety. Życie bywa brutalne. Autor postanowił stworzyć własną historię pochodzenia tychże istot. Mnie ona niekoniecznie przypadła do gustu. No będę szczera. Wcale. Szykowałam się na ciekawą, może troszkę bardziej młodzieżową bajeczkę, a miałam jakiś dziwny pościg za sercem, a raczej złodziejami serca. Kiedy już się dowiedziałam kto i po co - chociaż dalej było to dla mnie co najmniej dziwne - mam tutaj inne określenie, ale i tak uchodzę za najgorszą, więc ograniczę się do określenia "dziwne". 
Później jest już tylko dziwniej, no autorowi wyobraźnia odleciała w kosmos. Dosłownie i w przenośni. Co kto lubi. Do mnie nie przemówiło. Zerknęłam na opinie, o dziwo! Nie jestem sama, chociaż i zwolenników nie brakuje. Co za tym idzie, chyba zależy od nastawienia oraz tego co kto oczekuje. Ja chciałam Thranduila, dostałam... Sami musicie się przekonać co dostałam. W życiu bym się czegoś podobnego nie spodziewała, w sumie po czasie dochodzę do wniosku, że taki element zaskoczenie może być plusem. Niemniej jednak do mnie nie trafił. Całość mnie nudziła, mało kiedy porywała bym czytała z wypiekami na twarzy. Cóż. Żegnaj piękna wizjo Elfów. 

Pozostaje pytanie czy polecam, otóż tak. Pod warunkiem, że nie nastawicie się na Bóg wie co, ponieważ Miasto elfów nie należy do publikacji najwyższych lotów. Ot takie czytadło, elfy w innym wydaniu, a czy ciekawym? Kwestia indywidualna. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza.


Czytaj dalej...

Harry Potter i Kamień Filozoficzny


Tego Pana nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Od wielu lat jest o nim głośno na całym świecie, a autorka zrobiła niesamowitą furorę na rynku wydawniczym. Na dobrą sprawę, odkąd pamiętam w mojej bibliotece szkolnej każdy bił się o egzemplarz, który wprowadzi go w cudowne i tajemnicze życie Hogwartu. Film też stał się sukcesem – nawet teraz bardzo często zostaje emitowany w telewizji i nie brakuje mu widzów. Wydawnictwo Media Rodzina postanowiła troszkę odnowić wydanie powieści J.K. Rowling. Co się zmieniło? Troszkę jest różnic m.in. szata graficzna i czcionka. Jak ja odbieram historię Harry'ego Pottera i co tak naprawdę o niej myślę?
Muszę szczerze przyznać, że bardzo długo przekonywałam się do tej serii. Wszędzie, gdy w internecie pojawiały się niesamowite emocje związane z przygodami tytułowego bohatera, ja szukałam powodów takiego podniecenia u innych ludzi. Nie miałam swojego egzemplarza w domu, a na filmie usypiałam zawsze mniej-więcej w połowie. Wiedziałam, że istnieje seria o Harrym Potterze, ale nie potrafiłam się w nią nigdy zagłębić od początku do końca całą sobą. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy młodszy brat wyciągnął mnie do kina na ostatnią część sagi. No cóż, moi Drodzy – stało się – zainteresowałam się tą historią i potem nie mogłam przestać. W ciągu tygodnia obejrzałam wszystkie części ekranizacji powieści, ale ciągle czułam niedosyt. Zdawałam sobie sprawę, że może go zapełnić jedynie mój własny Harry Potter, który będzie stał na półce i do którego będę mogła sięgać zawsze, kiedy będę miała na to ochotę. 
Jakże wielka była moja radość, gdy zauważyłam, co wspaniałego wymyśliło wydawnictwo Media Rodzina! Pomyślałam sobie wtedy, że to strzał w dziesiątkę! Nie potrafię w tym momencie opisać mojej radości, która mi towarzyszyła, gdy kurier przyniósł mi mój Kamień filozoficzny! Bardzo chętnie zagłębiłam się po raz kolejny w historię Hogwartu, podróże Harrego i jego przyjaciół, spiski oraz co najważniejsze – walkę z Voldemortem. Mam wrażenie, że im częściej wracam do tej książki, tym więcej wyłapuję rzeczy i kwestii, na które wcześniej nie zwróciłam uwagi. 
Co polubiłam w tym wydaniu? Na pewno okładkę! Jest świetna i zupełnie inna niż w poprzednich wydaniach. Sam jej wygląd sprawia, że pałam jeszcze większą sympatią i do autorki i do treści książki. Rowling szanuję za to, że potrafiła stworzyć coś tak niesamowitego. Dzięki jej pomysłowi i zaangażowaniu moje letnie wieczory i wolne wakacyjne dni mijają przyjemnie. Wydawnictwo Media Rodzina odwaliło kawał dobrej roboty i bardzo im dziękuję za to, że zdecydowali się odświeżyć Harrego Pottera. Tę wersję Kamienia filozoficznego lubię zdecydowanie bardziej, niż te strasze. A co najważniejsze – wreszcie mam swój egzemplarz w domu i mogę się tym cieszyć, ile tylko chcę! 
Oczywiście polecam wszystkim – dużym i małym, by sięgali po te niesamowite przygody w Szkole Magii i Czarodziejstwa. Teraz macie możliwość skompletowania swojej sagi w pięknym wydaniu. Nie traćcie czasu! Miłej lektury!

Czytaj dalej...

W ogień


Ewa Seno powraca! Jakże wielkie było moje szczęście, gdy przejrzałam nowości wydawnictwa Feeria Young. Poprzednia seria autorki bardzo mi się podobała i w sumie nawet teraz często do niej wracam. Byłam bardzo szczęśliwa, że nadszedł czas na poznanie kolejnej, niesamowitej (znając Panią Ewę) historii. 
Emma i Em są nierozłączne już od przedszkola. Nic nie jest w stanie ich rozdzielić, dopóki jedna z nich nie musi po śmierci ojca wyjechać z matką za ocean. W tym samym czasie drugą dosięga najmocniejszy cios – nieszczęśliwa miłość. Dziewczyna nie potrafi sobie z tym poradzić, aż w końcu... No właśnie, co dalej? Przekonajcie się sami! 
Na co byście się zdecydowali, gdyby dosięgnęła was rozpacz czarniejsza niż piekło? Czy współpraca z diabłem to coś, co tylko brzmi tak strasznie? Em się zdecydowała. A co potem? Potem wszystko się zmieniło...
Zdecydowanie mamy tu do czynienia z historią zupełnie inną niż można byłoby się spodziewać. Na samym początku moją uwagę przykuła okładka – intensywna czerwień i pomarańcz pobudzają wyobraźnię. Muszę przyznać, że treść też mnie do siebie przekonała. Jeśli chodzi o pierwsze rozdziały, czytanie szło mi dosyć opornie, ale później, gdy akcja nabierała tempa, moje zainteresowanie całą historią rosło. Bardzo spodobała mi się postać Michaela – według mnie został dobrze wykreowany i był bardzo barwną osobistością. Natomiast dało się wyczuć w pewnych chwilach niestabilność fabuły – w pewnym momencie zaczęłam się gubić, jak będzie wyglądał tajny plan zemsty głównej bohaterki. Przeszkadzało mi to, że nie wszystko było od razu wyjaśnione. Domyślam się, że autorka próbowała zainteresować czytelnika, ale jeśli chodzi o moją osobę, wywołała tym efekt odwrotny. 
Zdecydowanym plusem jest koniec – nie można się jednoznacznie domyślić, co będzie dalej. Akcja się urywa i pozostawia odbiorcę z głową pełną pytań. 
Pozycja ma dla mnie plusy i minusy, ale mimo wszystko czekam na kontynuację. Moim zdaniem, seria ma potencjał, tylko trzeba jej dać szansę i poczekać na rozwój akcji. Widzę w niej dużo dobrego i podobają mi się wykreowani bohaterowie. Ewa Seno zaskakuje, ale mam nadzieję, że w kolejnych tomach zaskoczy jeszcze bardziej i sprawi, że opadnie mi szczęka. Już nie mogę się doczekać i przyznam szczerze, że jestem ciekawa, co będzie dalej.
A Wam, Kochani, polecam zapoznać się z książką W ogień. Może odkryjecie w niej coś, czego ja nie potrafię lub podzielicie moją opinię. 

Czytaj dalej...

Niepokorne. Judyta




Chyba już od pierwszego tomu tej jakże przepięknej trylogii rozpływam się nad zachwytami dotyczącymi stylu autorki. Bo pisać niby każdy może i potrafi, jednak tworzyć dzieła, nie każdy.  Pani Agnieszka Wojdowicz już w Elizie przeniosła czytelnika do czasów jakże odległych i trudnych, gdzie kraj nasz został podzielony pod władze zaborców i chociaż Polska nie istniała na mapach, to w sercu każdego mieszkańca dalej nią była. I właśnie na tym tle historycznym poznaliśmy główne bohaterki, Elizę, Klarę oraz Judytę. Myślę, że każda z tych kobiet podbiła serce czytelników, ale też wiem, że była jedna plasująca się w czołówce, nad której losem nie tylko ja się przejmowałam. Dlatego z takim zniecierpliwieniem ale i smutkiem oczekiwałam finalnej części.  Kiedy już otrzymałam nie chciałam czytać, nie chciałam się jeszcze rozstać. Niestety wszystko w życiu ma swój początek i koniec, trzeba nauczyć się temu sprostać. Dlatego też lektura Judyty już za mną, a jakie są wrażenia, jakie emocje towarzyszyły podczas czytania? 

Nadeszła pora by trzy przyjaciółki, których życie potoczyło się różnymi ścieżkami w końcu się spotkały, omówiły na jakim etapie się znalazły i czy mogą uznać podjęte decyzje za słuszne. Bo jakby nie było każda z nich miała swój charakter, każda chciała decydować o sobie tak, by nie stać się bezwolną i podporządkowaną konwenansom matkom i żonom. Owszem, szukały szczęścia u boku mężczyzny, ale miały też ambicję, chciały czegoś więcej, aniżeli dzieci i prowadzenie domu. Samozaparcie oraz charyzma jaką się odznaczały na samym początku jakby gdzieś straciła na swojej mocy, okazało się, że dorosłość to nie zabawa, a podejmowanie ryzykownych decyzji gdzie z każdej strony zagraża zaborca nie są już przelewkami. 

Eliza, szczęśliwa żona i matka. Chyba jako jedyna może powiedzieć, że czuje się spełniona. Anton okazał się wyrozumiałym i oddanym mężem. Mogła ukończyć szkołę, zająć dziećmi przy pomocy siostry oraz próbować siły we farmacji, na tyle ile pozwalały jej możliwości. Mimo wszystko czuła, że jest we właściwym miejscu z odpowiednim człowiekiem u boku. 
Klara, od zawsze zbuntowana, jej silna osobowość  i niechęć do otaczającej sytuacji politycznej cały czas popychają do niebezpiecznych i ryzykownych poczynań. Czy możliwe jest by ukryty bunt wniósł zmiany do i tak nieciekawego położenia Warszawy? Kobieta żyje w przeświadczeniu, że podejmując ryzyko może coś zdziałać, tylko czy nie karmi się iluzją?  
Judyta, moja ulubienica - po wszystkich traumatycznych przeżyciach wydawać by się mogło, że w końcu odnalazła spokój i stabilizację, ale czy na pewno? Żyjąc z Maxem niczego jej nie brakuje, ich córeczka jest zdrowa. Mają dom, ona może zająć się pracą przy batikach. Wiedeń jest bardziej przychylny. Tylko sama Judyta czuje niedosyt. Jak gdyby czegoś jeszcze brakowało, a cała otoczka szczęścia była tylko na pokaz dla publiczności, zaś ona sama czeka na coś albo na kogoś.   Jej niespokojna dusza wyrywa się do osoby, która niegdyś była bardzo ważna, dla której mocniej biło serce.  Przypadkowe spotkanie z Maurycym będzie katalizatorem, popcha kobietę do podjęcia wielu decyzji, a ich konsekwencje, jak to w życiu. Będą różne. 

Trzy przyjaciółki, minęły czasy nastoletnich mrzonek, bujania w obłokach. Znalazły się na etapie gdzie stabilizacja wpycha się drzwiami i oknami duszy. I nie pora przestać szukać tego co już dawno nieosiągalne, bo można przeoczyć coś ważnego tutaj obok. 
Jakie będzie zakończenie, co zgotowała swoim bohaterkom pani Agnieszka Wojdowicz? Możecie być pewni, że takiego finału się nie spodziewacie.... 

 Na początku muszę napisać o wydaniu. Cała trylogia prezentuje wprost przepięknie. Zrobiłam zdjęcie całości ponieważ musiałam ukazać tym, którzy jeszcze nie czują się zdecydowani, że okładki jak i wnętrze są na jak najwyższym poziomie. Uczta dla oczu i duszy. O samej fabule za chwilkę napiszę, bo i należy pogratulować wydawcy postarania się o przepiękną szatę dla książek. Jestem po prostu zachwycona. 
 
Wracając do tej ostatniej, tej oczekiwanej, której losy tak bardzo mną zawładnęły. Przyznam się, że zachowanie Judyty drażniło mnie, nie do końca rozumiałam motywów jej postępowania. Ponieważ jako jedyna dostąpiła od mężczyzn tak wiele przykrości, doświadczyła dramatów w sferze uczuciowej. I kiedy okazało się, że znalazł się Max, kochający kobietę ponad wszystko, troskliwy i oddany, ta zaczęła kombinować. Inaczej nie potrafię tego nazwać. Dla mnie Judyta kombinowała. Miała dom, córeczkę i mężczyznę o którym nie jedna mogła sobie pomarzyć, zwłaszcza w tamtych czasach. I nagle jeden wyjazd do Zakopanego, jedno spotkanie z Maurycym zaważa na wszystkim co z takim trudem budowała wraz z Maxem. Nie potrafiłam tego pojąć. Tłumaczenia, że dziesięć lat temu go kochała i to uczucie odżyło było tak mdłe jak nie powiem co. W dodatku kogo ona kochała, chyba nie tego człowieka, którym był teraz, ponieważ w ciągu tych kilku lat oboje się zmienili. I tak naprawdę się nie znali, więc tym bardziej decyzje jakie podejmowała jak dla mnie, były zbyt pochopne i bezmyślne. Zwłaszcza, że nie chodziło o nią samą, ale i również córeczkę. 

W tej części Judyta, moja ulubienica, z każdą kolejną stroną zniechęcała mnie do siebie coraz mocniej, aż w pewnym momencie miałam ochotę złapać ją za ramiona, potrząsnąć i powiedzieć "kobieto ocknij się!". Brawo dla autorki za wykreowanie tak żywych, realnych postaci. Przez cały czas czytania nie odczuwałam tej myśli, że przecież to tylko fikcja, nie. Ja miałam przed oczami prawdziwych ludzi, których los był dla mnie tak bardzo ważny i dlatego nie mogłam pojąć co wyczyniała moja ulubienica, ale kiedy nadeszło co miało nadejść....

Polubiłam trójkę kobiet, kibicowałam każdej z nich. W prawdzie o Elizę byłam spokojna, to losy Klary oraz Judyty nie dawały spokoju, nimi się martwiłam. Bo niby ta druga miała Andrzeja, żyli razem i byli szczęśliwi, ale sprawy jakimi potajemnie zajmowała się panna Stojnowska niepokoiły. Za każdym razem kiedy wybierała się do Warszawy byłam w strachu, że tym razem w końcu zostanie złapana. Kiedy wracała czułam ogromną ulgę. 
Martwiłam się o Judytę i jej przyszłości, mając nadzieje, że w końcu  oprzytomnieje i zacznie racjonalnie myśleć.  Jednak to wszystko było moimi zachciankami, nie ja stworzyłam historię, ja mogłam ją tylko przeżywać i akceptować albo i nie, tego co spotykało bohaterów.

Muszę coś napisać, książka w momencie czytania przestaje być już tylko książką, to historia opowiadana jakże barwnym i niesamowitym językiem. Jest to niesamowita podróż w czasie. Gdzie spotykamy naszych bohaterów na ulicach miast tak dokładnie ukazanych, że oczami wyobraźni widzimy Kraków z roku 1905 na stacjach kolejowych panuje tłok i niepokój. Zwykła podróż może skończyć się rewizją, może przydarzyć coś strasznego, w każdej chwili może wybuchnąć rewolucja. Ponieważ ukazane czasy nie należały do spokojnych. A my od pierwszej do ostatniej strony żyjemy tam, na kartach powieści. Nie czytamy tylko chłoniemy. Nie mogąc się oderwać. Ja odrywałam się, bo nie chciałam zbyt szybko kończyć, ale kiedy już nasza wspólna droga zmierzała ku nieuchronnemu wydarzyło się coś, z czym do tej pory pogodzić się nie mogę i nie chcę. 
Nie rozumiem dlaczego musiało się to stać, dlaczego właśnie takie zakończenie. Poczułam pustkę, naprawdę. Minęło kilka dni, a ja dalej mam przed oczami scenę, która według mnie nie miała się rozegrać, a jednak była prawdziwa. Nie dość, że rozstałam się z najlepszą trylogią jaką do tej pory miałam przyjemność czytać, to jeszcze musiałam doświadczyć.... Ehhh. Dlaczego? 

Jeszcze jedno, na sam koniec. Niepokorne są tak przepięknie napisane, wręcz namalowane językiem na jego najwyższym poziomie, coś niesamowitego. Niby czytałam a byłam tam, wewnątrz, jakbym przyglądała się na uboczu, po kryjomu uczestnicząc w życiu trzech niezwykłych kobiet. Pożegnania nadszedł czas, a ja chciałam ze swojej strony podziękować pani Agnieszce Wojdowicz za przepiękne Niepokorne w moim sercu pozostaną na zawsze.  Trylogia, którą należy przeczytać.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowy Pies


Czytaj dalej...

Dożywocie


 
Moim ubiegłorocznym odkryciem, a dokładniej mówiąc już u schyłku roku, była twórczość Marty Kisiel i jej genialnego Nomen Omen, przy którym zaśmiewałam się do łez. Gdzieś tam obiło mi się o uszy, że jest i inna również przez niektórych wyżej oceniana książka autorki, cechująca się podobnym poczuciem humoru. Ostrzyłam sobie na nią ząbki, chodziłam, planowałam. No bo jakże każdy już czytał, a ja jeszcze nie. Smutno mi było niesamowicie. Cóż jednak poradzić. Życie jest brutalne, terminy jeszcze bardziej. Musiałam czekać. I czytać inne zalegające i dopraszające uwagi. Jednak nie zapomniałam. Dożywocie mnie wzywało i kusiło. Aż w końcu dostałam. W prezencie. Alleluja! Radość niesłychana. Nic tylko usiąść i czytać. A nie! Źli ludzie nie pozwolili rozkoszować się nowym nabytkiem, bo przecież co? Terminy. Nic to. Chcąc nie chcąc, bardziej nie chcąc, poczyniłam co musiałam i w końcu pięknego dnia zasiadłam wygodnie zatapiając w lekturze.... 


Spadki to taka fajna sprawa, żyje sobie człowiek i nagle dostaje powiadomienie, że oto jest spadkobiercą i musi wstawić się na rozprawie by dokonały się wszelkie formalności związane z zapisem nieważne czyim, tylko tym co się dostało. Konrad nie widział zbyt wiele o swoim darczyńcy, otrzymał zapis no i trzeba było się zająć dobytkiem, niekoniecznie wyczekiwanym. Jako człowiek miasta narkotycznie wąchającym dymek spalin, czuł się w owym smrodku niczym ryba w wodzie. Bo i zgiełk, i beton były czymś wręcz cudownym. Czegóż więcej do szczęścia mogło być potrzeba? No jak to czego? Spadku! 
Teraz telepał się bezdrożami rzeczypospolitej, bardziej pospolitej i mniej do rzeczy, własnym wysłużonym już autkiem. Pojazd jednak nie bardzo radował się z narzuconej podróży więc i postanowił wyrazić swoje potępienie nagle i bez uprzedzenia. Jak zgasł to na amen. Biedny mieszczuch w środku łona nie tego kobiecego, a natury musiał się w nie zagłębić jeszcze bardziej. Wstrząs i trauma to za mało. Bo tam las i tu las, niebiosom dziękować za asfalty! Jakiekolwiek ślady cywilizacji, skąpe bo skąpe ale zawsze. Przemierzając bezkres odludzia dociera własnymi nogami i staje przed swym spadkiem, porażającym jestestwem. I chyba gdyby nie fakt, że auto zdechło już by wracał drogą powrotną do zadymionego ukochanego miasta. Niestety. Siła wyższa właśnie postawiła kropkę, a raczej wielokropek nad losem tegoż oto pisarza zwanego Konradem Romańczukiem. Właścicielem Lichotki  oraz ku jego własnej (jeszcze) niewiedzy dożywotników... 


O domu z wieżyczką w klimacie nieco starszawym Konrad nigdy nie marzył, o wystroju gotyckim tym bardziej, jednak w najczarniejszych snach nie spodziewał się, że przyjdzie mu mieszkać z aniołem zwanym Lichem, widmem nieszczęsnym Szczęsnym oraz ośmiornicą Krakersem, aaaa i jeszcze pląsające utopce! Tak, lokatorzy wyborowi. Śmiać się czy płakać, może jedno i drugie. W każdym razie o nudzie mowy być nie może. 
Nieprzystosowany mieszczuszek i gromadka przedziwnych osobników. Dobijająca się agentka i goniące terminy... ach te terminy, zawisły nawet nad głównym bohaterem...

Kiedy w końcu, wreszcie i nareszcie zasiadłam do czytania nie bardzo wiedziałam czym tym razem zaskoczy mnie autorka, opis na okładce to jedno, zaś zapoznanie z treścią to drugie. Kto już przeczytał wie o czym myślę. No w każdym razie zaczęłam czytać i... I nie zaskoczyłam, na początku nie wiedziałam czy opisywane stworki to urojenia Konrada czy może co innego. Sama nie wiem co ze mną było nie tak. Do tego stopnia, że musiałam skonsultować się z Bujaczkiem, czy aby ja dobrze widzę co czytam  i rozumiem przekaz. Gdy moje wątpliwości zostały rozwiane i mogłam spokojnie przyjąć do wiadomości, że Licho a i owszem robi za anioła, zaś Krakers naprawdę jest ośmiornicą, że o utopcach nie wspominając wyłączyłam przeprowadzanie analizy logicznej i po prostu czytałam.  

Powiem moi drodzy, że no przepadłam. Po niezbyt ogarniętym wstępie wpadłam w wir wydarzeń niczym śliweczka w pachnący kompocik. Każda z postaci rozbawiała mnie do łez, ale już wszyscy razem to było coś totalnie odlotowego. Natomiast miłością mojego życia jest... Nie, nie Licho, całym sercem i łapkami pokochałam Krakersika. Boże, ja chcę Krakersa, niechaj ktoś mi wywoła z podziemi takiego stworka, który będzie szalał ze swymi mackami w kuchni. No przecież kiedy dochodziło do przeróżnych wydarzeń typu - widmo zachciało pogrzebać w szafie Konrada i nagle coś go przytrzymało, mianowicie jedna z macek Krakersa sugerując, że potrzebne jest sprzątanie po prostu umarłam ze śmiechu, o dokarmianiu Yorka nie wspomnę.  
Nie mogę znowu powiedzieć, że nie polubiłam Licha, bo aniołka nie można było nie darzyć ciepłym uczuciem, zwłaszcza kiedy tak usilnie próbowało pomagać. I nie oszukujmy się, każdy chciałby mieć sprzątającego skrzydlatego przyjaciela, dla którego nowy mop i odkurzacz jawiły się gwiazdką z nieba.  
I słów kilka o nieszczęsnym Szczęsnym. Boże! On był tak koszmarny, że aż uroczy. Genialna postać. Wyjątkowa i jedyna w swoim rodzaju. Nie jeden raz doprowadzał do szału, ale jakoś bez niego nie byłoby tak zabawnie.  
Konrad również zyskał moją sympatię, zwłaszcza jego utarczki słowne z wymienionym wyżej widmem. Duet jak się patrzy.  
Wydaje mi się, że polubiłam wszystkich. Nie będę pisała co dzieje w samej książce bo to po prostu trzeba przeczytać i przeżyć. Mnie było niesamowicie trudno się rozstać. I kiedy dotarłam do ostatniej kropki jakoś pusto się zrobiło i żal chwycił, że to ta chwila, gdy trzeba powiedzieć żegnajcie.  Słyszałam, że ma być druga część, bardzo bym chciała, ponieważ brakuje mi Krakersa.
Jedynym elementem i ogólnie postacią, która według mnie nie musiała się pojawiać była akcja z drzewem i  drewnianą panną. Mnie już to akurat nie wbiło się w gust, no ale ja muszę się czepić. Tak chyba z natury i własnej przekory. 
Niemniej jednak książka jest genialna, poprawiacz humoru murowany, można się śmiać na każdej stronie. Myślę, że jeszcze kiedyś sobie do niej wrócę. Szczerze polecam.  




Czytaj dalej...

Przekroczyć granice



Nikt nie jest do końca pewny, co zdarzyło się tamtego wieczoru, kiedy Echo Emerson z popularnej dziewczyny stała się cichą myszką z bliznami na rękach. Co tu dużo mówić – nawet ona sama nic nie pamięta. Kiedy w jej życiu pojawia się Noah Hutchins – zabójczo przystojny buntownik, świat dziewczyny zmienia się w niewyobrażalny sposób. Niby pozornie nic ich nie łączy, ale z ich tajemnicami, które razem odkrywają, bycie razem wydaje się być niemożliwe. Jednak, zabójcze przyciąganie między nimi nie chce zniknąć. W tej kłopotliwej sytuacji, Echo musi zdać sobie sprawę, ile jest gotowa zaryzykować dla kogoś, kto może nauczyć ją znowu kochać.

Muszę szczerze przyznać, że jestem bardzo zaskoczona tą książką. Wiele sytuacji sprawiło, że bardzo dobrze mi się ją czytało. Sama historia zresztą nie jest nie wiadomo jak banalna, nie ma w niej niedociągnięć i niedoskonałości – wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Bardzo dobrze czyta się pióro pani McGarry, dialogi są lekkie i przyjemne. Polubiłam bardzo postać Noah'a – chłopak, choć zgrywa twardziela i buntownika, w środku jest niesamowicie empatycznym i kochającym chłopakiem. Potrafi okazywać współczucie, pomagać, doradzać i co więcej – dzielić się tym, co ma z osobami, które kocha. Myślę, że został doskonale wykreowany, nie było w nim cechy, która w dużym stopniu mnie irytowała. Gorzej było z ojcem Echo. Dla mnie mężczyzna gdzieś się zagubił, nie potrafił opiekować się córką tak, jak na to zasługiwała. W pewnym momencie jego priorytety zmieniły się do tego stopnia, że nie potrafił dostrzec cierpienia własnego dziecka. Denerwowało mnie jego arogancja względem Echo i brak okazanej miłości. Na szczęście pod koniec powieści troszkę się zrehabilitował, ale nie zmieniło to faktu, że nie darzę większą sympatią tego bohatera. 

Okładka jest piękna – urzekła mnie już od samego początku. W sumie to ona do końca przekonała mnie, żeby zamówić tę powieść i dzierżyć ją w swoich łapkach. Wierzch książki budzi pewną tajemniczość i jednocześnie pozwala popracować wyobraźni. Idealnie komponuje się z całością książki, a co najważniejsze – postacie z okładki pasują do tych, którzy są stworzeni przez autorkę. 

Książkę oceniam naprawdę wysoko. Nie mam jej nic do zarzucenia, poza wkurzającym tatą Echo i jego kochanką. Cieszę się ogromnie, że miałam okazję zapoznać się z twórczością Pani McGarry i mam nadzieję, że będzie mi dane znów sięgnąć po jej powieści. Autorka mnie zachwyciła i sprawiła, że na chwilę znalazłam się w zupełnie innym świecie niż moja mała Rawa Mazowiecka. I za to serdecznie dziękuję. A wam, moi Kochani, pozycję polecam bardzo gorąco. Jest idealna głównie dla płci pięknej, choć mam nadzieję, że i mężczyźni odnajdą w niej prawdziwe piękno. 
Miłej lektury!
Czytaj dalej...

Ed Sheeran graficzna podróż



Na samym początku muszę się przyznać, nie czytuje biografii. Jakoś nie specjalnie interesuje mnie cudze życie, a już tym bardziej celebrytów. Mam swoje i jest ono dla mnie najważniejsze. Nie czuję potrzeby posiadania wiedzy na tematy ludzi, którzy niewiele uczestniczą w mojej codzienności. Jednak czasem nawet ja potrafię się przełamać i sięgnąć po nie swoją tematykę, by nie być zupełną ignorantką, zobaczyć o co tyle hałasu w tych całych biografiach. No i padło na Eda Sheerana - bo go znam, a raczej jego piosenki. No i lubię, chociaż nie wszystkie utwory, 

Nie bardzo wiedziałam co też może znaleźć się w tego typu lekturze, ponieważ odnoszę wrażenie, że wszelakie książki biograficzne są jakby "wchodzeniem z butami" do czyjegoś życia. Sama nie lubię upubliczniać wszystkich informacji na ważniejsze tematy, no i szczerze mówiąc troszkę się obawiałam czy poruszone wątki nie będą zbyt intymne. Różnie bywa. 

Myślę, że ograniczę się do opisania samego wstępu, czyli chyba pierwszego rozdziału. Jak to z tym Edem było. Od czego zaczęła się jego przygoda z muzyką i czy od zawsze był utalentowany? Otóż nie, jak mówi sam piosenkarz, nie każdy rodzi się wspaniałym śpiewakiem czy też muzykiem. Niekiedy pewnych rzeczy trzeba się po prostu nauczyć. I właśnie od tego zaczyna się snuta opowieść Eda, który opowiada o sobie z lat najmłodszych, gdzie jego cała rodzina w pewien sposób związana była ze sztuką, nie były mu obce podróże między galeriami na wystawy przeróżnych dzieł sztuki.  Natomiast miłość do muzyki zaszczepił w chłopcu ojciec, który słuchał Erica Claptona czy też Eltona Johna, ale jako katalizator, czymś co poruszyło w piosenkarzu jakąś nieznaną strunę i wrażliwość, i było czymś zupełnie innym. To właśnie za sprawą Eminema i utworu Stan zaskoczyło. Pierwsza prawdziwa fascynacja tekstami i  jego przesłaniem. Jednak droga od Eminema do tego kim teraz jest Ed Sheeran była dosyć długa i wiele wykonawców się na niej pojawiło. 




Nie chcę zbyt wiele zdradzać z całości ponieważ sposób w jaki opowiada piosenkarz jest niebywale wciągający. I po prawdzie książka sama się czyta. Zasiadłam aby tylko przejrzeć ilustracje, które jak widać są genialne, no i jakoś samo poszło. Przeczytałam sam wstęp, zaciekawiło mnie co dalej no i... 
Poszło nawet nie widziałam kiedy, Ed fantastycznie opowiada, serwując przeróżnymi historyjkami z dzieciństwa, sprawami, które zdawać by się mogło nie mają znaczenia. A jednak odniosły, mniejszy bądź większy wkład na drodze kariery.  Początkowe obawy, że może nie spodoba mi się styl albo sama treść szybko minęły, zaś ich miejsce zajęła ciekawość i chęć dowiedzenia jak najwięcej. Nie spodziewałbym się, że będę aż tak zachwycona tą książką. 



Należy jeszcze zwrócić uwagę na przepiękne wydanie książki. Solidna twarda oprawa, w soczystym zielonym kolorze, ale to nie ona jest tutaj ważna, a wnętrze. Ilustracje autorstwa przyjaciela Eda, no coś fantastycznego. Można oglądać i oglądać, i dalej nie będzie za dużo. Wraz z opowieścią piosenkarza całość tworzy wręcz coś niesamowitego. Jestem pod ogromnym wrażeniem, książka na bardzo wysokim poziomie. Wszystko jest doskonałe. Nawet gdybym się uparła, to nie mam do czego przyczepić. Każdy fan Eda Sheerana czy samych biografii powinien wzbogacić swoją biblioteczkę właśnie w ten egzemplarz. Naprawdę Warto! 



Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka