Obca w świecie singli



O tym, jak bardzo polubiłam Twórczość Krystyny Mirek, wie każdy, kto śledzi mojego bloga. Dlatego też, gdy tylko pojawiła się zapowiedź kolejnej książki, nie miałam wątpliwości czy chce przeczytać. Wprawdzie okładka wyszła koszmarnie i gdyby nie nazwisko, z pewnością nie zwróciłabym uwagi. Nie mam pojęcia, kto się tym zajmował, ale naprawdę, nie wyszło to ładnie. Sam widok na Wawel piękny, jednak został zbyt przyćmiony, a szkoda.

Teraz pozostaje pytanie, jak też odebrałam tytuł, po którym wiele oczekiwałam?
 


Poznajemy dwie kobiety, Agnieszkę i Karolinę. Obie czują się samotne w swoich związkach. Niby mają kochanych partnerów, ale obaj nie mają czasu dla swoich kobiet. O ile Jakub zarabia na to, by w końcu móc zapewnić wszystko, co najlepsze swoim kobietom (ukochanej i córeczce), tak partner Karoliny, jawi się jako nieporadny bubek, w dodatku, jak się później okaże, mający za uszami więcej, niż można było się spodziewać.

Dwie kobiety, witały poranek w inny sposób. Jedna z mocnym postanowieniem zmiany, która zaważy na życiu całej jej rodziny. Druga z wiarą, że w końcu może uda się spełnić marzenia. Na razie, oczekiwała swojego mężczyzny, zaplanowała pyszną ucztę. Wcześniej jednak musiała zrobić zakupy. Nie miała wtedy pojęcia, że wyjście do centrum handlowego, będzie wydarzeniem mocno wstrząsającym.

Jakub pracował całym sobą. Chciał udowodnić przyszłemu teściowi, że jest godzien jego córki, miano  zięcia i tego, co mu zostało obiecane. Prowadzenia jednej z najlepszych restauracji. Był taki ufny, pełen wiary, że w końcu będzie miał wszystko, o czym marzy. To prawda, zaniedbywał swoje kobiety, ale nie potrafił sprzeciwić się teściowi. Gdy zrozumiał swój błąd, konsekwencje poraził siłą i bezwzględnością.

Dwoje tak zwanych rozbitków. Zostali z dnia na dzień bez równowagi, trzeba było zaczynać wszystko od nowa. Dosłownie i w przenośni.

Karolina zrozumiała, że partner, któremu ufała — oszukiwał. Nie tylko na polu uczuciowym, ale i biznesowym. Restauracja, którą prowadził nieudolnie, czekała na swój koniec. Zadłużona, pogrążona w zapomnieniu.

Jakub poczuł, co oznacza, stracić wszystko w jednej chwili. I nie warto dawać z siebie więcej, niż jest to możliwe. I przede wszystkim. Bez ustalenia konkretnych warunków.

Nie znali się, ale w jednym czasie, los wyrzucił ich za burtę. Teraz musieli walczyć o przetrwanie. Sami albo połączyć siły.
 
 
 


Książka zaczęła się... nudno. Jak przeczytałam pierwsze rozdziały, pomyślałam sobie, że chyba nie podołam całości. Przerwałam i postanowiłam wrócić, za jakiś czas.

W końcu zrobiłam kolejne podejście, czasem coś, co, źle się zacznie, może mieć ciekawe rozwinięcie. No i rzeczywiście tak było. Nie wiem kiedy, fabuła nagle nabrała pędu i w końcu poleciało. No i potem było zakończenie. O nim, napiszę za chwilę. Najpierw słów kilka na temat postaci.

Bardzo polubiłam Jakuba, był takim fajnym facetem, który nie owijał w bawełnę. Potrafił być troskliwy, ale i odpuścić, kiedy sprawa tego wymagała.

Co innego mogę napisać, na temat kobiety, która go zostawiła. Bo Agnieszka, faktycznie miała powody, by poczuć żal do swojego narzeczonego, nawet do ojca. Jednak wyrachowanie i egoizm, którym się wykazała, odebrały mi, jakiekolwiek tłumaczenia jej postępowania.

Była jeszcze Karolina i jej partner. Tutaj mamy takie pokrzyżowane podobieństwa. Karolina czuła i bardzo opiekuńcza, jej facet niedojrzały bawidamek. Niedorosły do życia w rodzinie, a tym bardziej posiadaniu dziecka. Nie ważne, że świadomie podejmowali decyzje. Jemu nagle się odmieniło. Jego też nie dało się polubić ani tłumaczyć, tego, co zrobił.

Jak nie trudno się domyślić. Dwoje rozbitków, gdzieś się odnajdzie i zaczną wspólnymi siłami, stawać na nogi. Jakub pomoże Karolinie, a ona jemu. Chociaż tak bardziej, mężczyzna będzie wybawieniem, dla kobiety, która miała oparcie w niewielu ludziach.

Jedno co mnie bardzo zastanawia. To notatka, na temat planety singli. Przepraszam bardzo. Niechaj mnie ktoś oświeci. Gdzie był ów świat singli, gdzie ich było tak wielu? Bo z tego, co wyczytałam. To tylko przyjaciółka Karoliny, z wyboru. A dwójka, która dołączyła do tego grona, nie czuła zbyt wielkiej radości. No i na tym koniec. Jakaś wyludniona ta planeta singli. Naprawdę, można się było zgubić. Ja bym chyba tego nie ogarnęła.

Teraz przychodzi pora napisać, na temat zakończenia. Nie mam pojęcia, co tutaj się wydarzyło. Początek był słaby. Nawet bardzo. Na szczęście później się rozkręciło. Niestety, zakończenie mnie zamurowało. Nagle, po tylu wydarzeniach, wszystko zostało streszczone w jednej chyba stronie. Po prostu jakby okazało się, że trzeba uciąć temat. I bez większych wyjaśnień, na prędko dopisana strona. Poczułam ogromne rozczarowanie. Nie, to było beznadziejne. Naprawdę. Nie tego się spodziewałam. Zakończenie zepsuło wszystko.

Miałam pozytywne wrażenia do pewnego momentu, jednak no teraz, sama nie wiem. Coś poszło nie tak.

Oczywiście książki nie odradzę, nie umiem napisać, bym poczuła się zachwycona. Po prostu tak nie było.
 
 
Za możliwość przeczytania książki, chciałam podziękować wydawnictwu Edipresse Książki.
 
Czytaj dalej...

Pamiętasz tamto lato




Gdy decydowałam się na przeczytanie tej książki, szykowałam się na pewien romans, który ma swój finał w czasie wojny. Wydarzenia rozdzielają bohaterów, by później ponownie spleść ich wspólne drogi. Opis do tego skłaniał, polecanka, no i okładka. Jakież było moje zdumienie, gdy już po pierwszych stronach, okazało się, że to będzie, zupełnie inny klimat.
 


Książka rozpoczyna się bardzo mocno. Przynajmniej dla mnie. Jedna z bohaterek, jest przesłuchiwana przez służby, które w czasach powojennych budził y strach, zamiast poczucie bezpieczeństwa. Kobieta trafiła tam z wielu powodów, jednak nie umiała się złamać, mimo wieku. Miała swoje lata, ale potrafiła wytrzymać, warunki, w jakich się musiała odnaleźć. Razem z nią było wiele innych osadzonych. Każda przesłuchiwana w innej "formie", aby przetrwać te trudne dni, zabawiała swoje towarzyszki opowieściami, z zupełnie innych czasów. A najbardziej w jej pamięci, utkwiło lato, po którym życie odmieniło się diametralnie.


Hrabina Olga była kobietą twardo stąpającą po ziemi, jej syn Teofil przyszły lekarz, ukochana synowa Bisia, no i jeszcze Lorcia. Wprawdzie nie spokrewniona, ale odgrywała ważną rolę w rodzinie.

Tamtego lata, pojechali wspólnie do Juraty, dla każdego z nich, wyjazd był innym doświadczeniem. I chociaż Olga czuła się dziwnie, gdy poznała nową znajomą syna, to jednak miała nadzieje, że złudzenie było przelotne, a resztę dopisała wyobraźnia.

Bisia, uznawana za delikatną istotę, uwielbiającą swojego męża. Podziwiała wiedzę Lorci, prostej dziewczynki, wziętej pod opiekę. Za jej namową, dziecko mogło się uczyć, a później ukończyć wymarzoną szkołę. W końcu takiej wiedzy żal było zmarnować. Im obu nie potrafił niczego odmówić Teofil. Otaczając, ojcowskim ramieniem Lorcię, i czułością Bisię, lecz tego lata, jego oczy patrzyły z podziwem, na inną kobietę. Charakterną i pełną życia. Zwracająca uwagę każdego mężczyzny. Klementyna, kobieta, która znała swoją wartość i potrafiła wykorzystać wszystkie atuty.


Wojna poplątała wszystkim drogi. Rozrzuciła po nieznanych miejscach. Brutalnie ukazała swoją moc i bezwzględność. Odcisnęła swoje piętno. I nawet po zakończeniu, nie oddała spokoju, który został utracony, dawno temu.
 
 


Jak wspomniałam, oczekiwałam romansu. I owszem, można powiedzieć, że on tam był. Jednak nie jako temat, który przewodził książce. Czasem tylko, wyrywał podczas czytania i przeżywania, tego wszystkiego, z czym musieli zmierzyć się bohaterowie, a raczej bohaterki. Bo to, o kobietach czytamy. Ten najważniejszy, którego kochały wszystkie kobiety, jest jedynie tłem. Mocno zarysowanym, przypominającym o sobie, ale jednak tłem.

My, poznajemy każdą kobietę, śledzimy jej uczucia, decyzje, jakie podejmuje i konsekwencje. Czytałam o Oldze, Bisi, Lorci i Klementynie. Tej ostatniej, nie mogłam znieść. Nie umiałam pojąć jej wyrachowania. Tego, jak potrafiła udawać przyjaciółkę, a jednocześnie okłamywać. Przerażała mnie ta kobieta. Co najgorsze, nie umiałam ani przez chwilę jej współczuć.

Mieszanymi uczuciami darzyłam Lorcię, z jednej strony była biedna, ale gdzieś tam, kryło się w niej coś niepokojącego. Czy oceniam ją negatywnie? Trudno powiedzieć, jeszcze trudniej ocenić ludzi, którzy po przeżyciach wojny, obierali takie, a nie inne ścieżki. Na każdym z nich, wojna pozostawiła swój ślad. Mniej lub bardziej bolesny.

Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Opisy te wspomnienia były często bardzo brutalne. Przeżycia obozu, to co tam się wydarzyło. Pobyt w więzieniu, mnie to bardzo przerażało. Dobrze, że autorka napisała bez ubierania w piękne słowa, tylko szczerze. Chociaż nie byłam przygotowana, to czytałam jednym tchem. Bardzo przeżywałam i wczuwałam się w sytuacje Olgi i Bisi.

Oczywiście polecam ten tytuł, chociaż uprzedzam, chociaż to nie jest zwykły romans. Naprawdę warto przeczytać.



Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Znak.



Czytaj dalej...

Moja twoja wina



Byłam bardzo ciekawa tego tytułu. Po pierwsze, dotychczas, książki autorki, które przeczytałam, dotyczyły młodzieży. No i tam, niespecjalnie się odnalazłam. Mimo że czasem, lubię sięgnąć po ten gatunek. Tym razem, padło na tematykę poważniejszą, sprawy małżeńskie i tak dalej. Stwierdziłam, do trzech razy sztuka.

Moja twoja wina, zapowiadała się interesująco, no i tak w pewnym sensie zwyczajnie. A proszę mi wierzyć, dobrze jest poczytać dobrą obyczajówkę.

Gdy książka dotarła, zasiadłam do czytania. Troszkę czasu upłynęło od zakończenia, nadeszła pora, by napisać, jakie wrażenia na mnie wywarła.
 


Urszula jest żoną, która swojemu mężowi bardziej nadskakuje, niż partneruje. Mieszkają razem z jego rodzicami, układa się między nimi poprawnie. Mamusia męża kocha synową, syna również. Gotuje im obiadki. No można powiedzieć sielanka i miłość. Aż może zemdlić. No i w końcu komuś zrobiło się za słodko.
Tego dnia, Ula pojechała do centrum handlowego po prezent. Zmęczona chodzeniem, postanowiła napić się kawy i może zjeść jakieś ciastko. Weszła do knajpki i stanęła jak wryta. Przy jednym ze stolików, siedział jej własny mąż z młodą dziewczyną. I sytuacja wcale nie pozostawiała złudzeń.

Później sprawy potoczyły się jakoś same. On powiedział o zdradzie, o tym, że w sumie kocha tylko żonę, ale potrzebuje czegoś więcej. Ona zdecydowała się na rozwód. Mimo próśb teściowej i matki.

Mieszkać w domu wiarołomnego męża, zamiaru nie miała. Do rodziców wrócić nie było mowy. No ale, jak to w książkach bywa, nasza bohaterka miała co? Ano spadek, w postaci domku na wsi.
Do którego postanowiła się przeprowadzić. I tutaj zaczynają się dziać bardzo zabawne rzeczy. Znaczy, mnie bawiły.

Bo Ula, jak dla mnie, to postać kobiety wybitnie głupiej. Mąż ją zdradza, wykorzystuje jej naiwność jak może, ale ona mu wierzy. Bo on tak ładnie mówi. I dalej nabiera się na jego czar. Ula przecież mentalnie ma chyba 15 lat, więc nie myśli jak dorosły człowiek. Nawet świadomość, że ten sam słodko mówiący mężczyzna, mieszka z kochanką, nie działa trzeźwiąco. Cóż, dla mnie po prostu głupota i nic innego.

Należy wspomnieć, że rodzina naszej bohaterki, jest dosyć osobliwa. Z siostrą prowadzą dziwną rywalizację, matka i ojciec też jacyś tacy niezbyt przyjaźnie nastawieni. W sumie mamusia robiła robotę. Własnej córce.

Dlatego nasza Ula, ze swym dramatem jest sama. No nie, ma jedną przyjaciółkę, a później jeszcze zapozna się z sąsiadką. Zacofaną, wiadomo. Ludzie na wsi są ociemniali.

Kobieta po zdradzie, złamane serce. Dom otrzymany w spadku. Tajemniczy mężczyzna, na którego reaguje awersją no i coś jeszcze. Chyba każdy się domyśla finału. Tylko czy aby na pewno, wszystko jest wiadome?


 
 
Gdy decydowałam się na ten tytuł, chciałam sprawdzić, jak mi podpasuje nieco inna fabuła. Dotycząca dojrzałych bohaterów. Szczerze mówiąc, bardzo lubię książki obyczajowe, takie o niby zwykłym życiu, a jednak umiejące wciągnąć. Czy tutaj akcja mnie pochłonęła? Mam troszkę mieszane uczucia.

Zacznijmy od tego, że temat spadków, jest już tak mocno wykorzystany i znudzony, no mnie już zaczyna bawić. Musi być spadek — koniecznie dom. Oczywiście na wsi. Jakże by inaczej, byłabym w szoku, gdyby się okazało, że bohaterka musi sobie radzić w inny sposób. Wynająć mieszkanie i zaczynać jak większość. No ale w porządku. Spadek ładnie brzmi i w ogóle.

O wizerunku wsi, napisałam już na instagramie, powtarzać się nie będę. Mam nadzieje, że kiedyś przeczytam książkę, w której mieszkańcy przestaną być ukazywani, jako ciemnota, którą przybyli miastowi muszą oświecać. Nie wiem, jak ja żyłam przez te 30 lat, nie mając za sąsiada nikogo z miasta, światłego i obytego w świecie. Ano tak, już wiem. Wyrosłam na hejterkę.

No dobrze, troszkę się wyzłośliwiłam, ale nic nie poradzę, że fragmenty o młodych kobietach, lekko cofniętych intelektualnie, jawi się karykaturą. Nie lubię tego i już.

Teraz nieco o postaciach. Urszuli nie dało się polubić, to znaczy, ja bardzo nie lubię tego typu kobiet. Dlatego nie wczuwałam się w jej sytuację ani jej nie współczułam. Nie pomogła żadna solidarność jajników. Ulka dla mnie była głupia jak but.

Polubiłam pana Żuka, taki typ, który niby denerwuje, ale jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że mimo niemiłego wrażenie, zmusza do zapoznania głębiej.
I chyba to dla niego, czyta się książkę, on nadaje charakteru i tajemniczości. Wywołuje odpowiednie emocje.

Książkę czytało się dobrze, mimo wspomnianych wyżej mankamentów, które mnie rozdrażniły, fabuła na tyle ciekawiła, że z zainteresowaniem śledziłam dalsze losy bohaterów. Jedyne czego nie potrafię zrozumieć, to akcja z Żukiem i pewną dziewczyną, kto czytał, na pewno wie, kto nie, dojdzie do tego sam. Dla mnie ten wątek był zupełnie niepotrzebny. Całość byłaby jeszcze lepsza. Nie wiem, zrodziła się dziwna moda, na dramaty i tragedie, byle tylko „dowalić”, bohaterom, bo inaczej co? Książka się nie sprzeda, czy nie zainteresuje? Nie wiem, mnie i tak by się podobało, miała klimat obyczajówki, snuła się dobrym tempem. No i nagle bach, wyskakuje mi dziwna akcja, która zepsuła całość. A później to już tragedia, goniła tragedię.

Podsumowując, książkę czytało się lekko, do pewnego momentu było naprawdę bardzo dobrze. Tylko końcowe wydarzenia, zupełnie nie w moim guście. Jednak uważam, że wielu czytelnikom się one spodobają. Dlatego proszę się nie kierować moim narzekaniem. Ja po prostu, nie spotykam w codziennym życiu aż tylu dramatów i po takiej książce, nie oczekuje tragedii rodem z Antygony. Niemniej, książkę polecam, jest lekko i przyjemnie napisana.
 
 
Czytaj dalej...

Zula i magiczne obrazy





Poznaliście Zulę i jej szalone ciotki mieszkające na Poziomkowej Polanie? Jeśli nie, musicie koniecznie nadrobić to niedopatrzenie. Nie ważne ile macie lat. Zula jest świetną towarzyszką przygód dla starszych i młodszych. I jednego czego możecie być pewni, w tym szalonym świecie, że będzie magicznie!

Nad magiczną polaną, pewnej nocy ukazało się dziwne światło. Z początku Zula myślała, że to nic takiego. Jednak gdy podeszła do okna, jej ciekawość wezbrała. Niebieski blask emanował z polany, którą jeszcze niedawno tak bronili jej przyjaciele. Co się tam takiego działo, skąd światło w miejscu, gdzie nikt nie mieszka? I nawet nie odważy się przebywać? Sprawa bardzo interesująca należy sprawdzić, czy następnej nocy, znowu pojawi się światło, jeśli tak, trzeba będzie się tam wybrać i dowiedzieć co jest jego przyczyną.

Oczywiście Zula nie miała zamiaru iść sama. Dwóch przyjaciół oraz kocur, nie mogli jej opuścić. Wprawdzie jednemu z kolegów, nie bardzo pasowała zabawa w nocnych detektywów, jednak przyznać się do strachu, nie było mowy.

Jakież było zdziwienie trójki dzieci, gdy na opustoszałej polanie, ujrzały dom! I to w dodatku wyrósł im przed oczami z ziemi. O co chodziło? Czyj był i czy należało do niego wejść, a jeśli już, jakie mogły być konsekwencje ciekawości?

Muszę się przyznać, że ta część przygód Zuli, była chyba najbardziej tajemnicza i chwilami wprawiała w delikatny dreszczyk. Bardzo byłam ciekawa domu, jaki się pojawił, kto był jego właścicielem i jaki też miał powód, by pojawić się właśnie w tamtym miejscu.

I gdy tak odkrywałam, wraz z naszymi młodymi ciekawskimi te zagadki, zastanawiałam się, czy ja kiedykolwiek, jako dziecko, poszłabym w nocy, gdzieś coś sprawdzić. Wiadomo, tutaj mamy bajkę, jednak wiem, że są dzieci odważne, moja odwaga kończyła się z chwilą zachodzącego słońca. To też, nie będę ukrywała, kiedy tak przyglądałam się poczynaniom dzieci, czułam po prostu ich strach, ale i ciekawość. Tam, gdzie magia, musiało dziać coś nieprzewidzianego. Tylko pytanie, co?

Dom wewnątrz okazał się bardzo zaskakujący, a jego właściciel jeszcze bardziej. Bardzo dziwny i jak się później okazało podstępny.

Dzieci z fascynacją oglądały przedziwne obrazy, które wisiały na ścianach, ale jeszcze dziwniejsze zdarzenia miały dopiero nadejść.

Jak się zatem zakończyła nocna wyprawa i czy była tylko jedna? Co miały ze wszystkim wspólnego magiczne obrazy i w jaki w ogóle sposób były magiczne? Odpowiedzi na te oraz inne pytania, należy szukać w trzeciej części. Jedno jest pewne, zakończenie wcale nie wydaje się takie wiadome. 

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Zbyt piękne — to, to nie było




Pamiętam, kiedy pierwszy raz trafiłam na książkę Olgi Rudnickiej, było to wiele lat temu. Zaraz po jej debiucie. Tak, jestem czytelniczką, która zaczęła swoją przygodę od pierwszego tytułu i wyczekiwałam każdego kolejnego, wręcz z utęsknieniem. Pamiętam również, jak bardzo byłam zachwycona style, humorem i prowadzeniem fabuły. I tego, jak z każdym kolejnym rokiem, autorka podwyższała sobie poprzeczkę, i byłam dumna z własnego odkrycia. Bo wiem, że wielu czytelników trafiło na rudnicką, gdy była już rozpoznawalna. Ja pamiętam czasy, gdy trzeba było się naszukać informacji, na temat premiery.

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem wierną czytelniczką. To znaczy - byłam. Do tytułu, o którym dzisiaj będę pisała.

Zuzanna i Tymoteusz kupują dom. Oboje są zachwyceni perspektywą przeprowadzki, do własnych czterech ścian. I to nie jakiegoś mieszkania. Tylko prawdziwy, najprawdziwszy dom z ogrodem. Każde na swój sposób, planuje najbliższą przyszłość.
Zuzanna zaciągnęła kredyt na poczet nieruchomości, podjęła już pracę w nowym miejscu zamieszkania. Nic, tylko rozpoczynać zupełnie nowe życie. Daleko od rodziny, a konkretnie od matki i siostry.

Tymoteusz ma nieco inne plany, po błędach, których doświadczył na własnej skórze i portfelu, postanawia nieco inaczej poprowadzić własny biznes. Zakupiony za gotówkę dom, osobiście wyremontuje, a następnie sprzeda. Dzięki temu zaoszczędzi na nerwach i często niezbyt rzetelnych ekipach wykończeniowych. No i podobnie jak Zuzanna, chce na trochę pobyć z dala od rodziny, zwłaszcza brata.

Żadne z nich, nie ma pojęcia, że padło ofiarą oszustwa. Zakupili ten sam dom, teraz pozostaje pytanie. Co zrobić z problemem, jak rozwiązać sytuacje, kto ma odpuścić i przede wszystkim, gdzie podział się człowiek, który nabił ich w tak zwaną butelkę?


Zapowiedź wydawała się bardzo ciekawie. Wiadomo, kto poznał Rudnicką, ten mógł się spodziewać, że będzie mnóstwo śmiechu, pomyłek i przezabawnych sytuacji. Prawda? Bo z tym kojarzymy autorkę. Z jej czarnym poczuciem humoru, ciekawym wątkiem kryminalnym, który może nie jest, na nie wiadomo jakim poziomie, ale dodaje smaczku i czyta się naprawdę dobrze.
Takie było założenie. Było, bo już po pierwszych stronach, poczułam niepokój. Jakbym czytała książkę, nie swojej autorki. Mimo wszystko dzielnie brnęłam dalej, tak właśnie. Brnęłam przez dialogi, które z każdym kolejnym, doprowadzały mnie do niesmaku, zażenowania, a chwilami szoku. Ponieważ nigdy w życiu, nie spodziewałabym się, by Olga Rudnicka, napisała coś takie beznadziejnego.

Przede wszystkim postać Zuzanny, cały czas się zastanawiam. Jako kto, miała być ona ukazana? Feministka? W takim razie wyszło to, bardzo obraźliwie. Na płytką i nierozgarniętą pannicę? Bo widząc opisy zachowania, odnosiła wrażenie, że postać tej kobiety, została sprowadzona do chamstwa i prostactwa.

Z jednej strony gardziła każdym mężczyzną, z drugiej jednak oczekiwałaby każdy na jej nieme zawołanie, pobiegł i pomógł, oczywiście nie licząc na słowo „dziękuję”, bo przecież JEJ się należało.
Kolejna sprawa. Poziom dialogów jest tak żenujący, że po prostu oczy mi wylewały się z wrażenia. „Chcę, żebyś mi pomógł, ale nie, jesteś facetem - więc spadaj. No, dlaczego mi nie pomagasz? Przecież jestem kobietą! Nie, nie rób tego, dam sobie radę, w końcu kobiety nie są słabe!”

Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci! Tak było CAŁY CZAS! Nie wiem, jaki był ten wątek kryminalny, bo on umarł w butach, w momencie, gdy do głosu została dopuszczona Zuzanna. I te jej numerowane uśmiechy. Naprawdę? To było tak żenujące i płytkie, że aż mi było wstyd, za panią Rudnicką. Stworzyć postać kobiecą, w tak brzydkiej formie. I proszę mi nie wmawiać, że to groteska. Ja już widziałam pseudo groteskę u innego „wieszcza". 
Widać to, co budowała Olga Rudnicka, przez tyle lat, poszło do lasu. A teraz, weszła tandeta, brak klasy i jakiegokolwiek poziomu. Smutne.

Tymoteusz, niewiele mogę na jego temat napisać. Był niczym statysta. Ponieważ musiał być. I nic więcej. Wszystko kręciło się wkoło Zuzanny, jej absurdalnych zachowań. On albo jej unikał, albo się bał, bądź też biadolił w myślach.

Seksistowskie przytyki, żarty. Proszę mi wierzyć. One mogą być śmieszne sporadycznie, ale nie przez calutką książkę. Ani razu, nie poczułam się rozbawiona. Byłam zła, rozczarowana i zniesmaczona. Już przy "Były sobie świnki trzy", stało się coś złego. Miałam nadzieje, że to chwilowy spadek formy. Niestety, po tej książce już nie mam złudzeń. Dodać muszę, że nie zdołałam jej dokończyć. Starałam się, ale już przy końcu, po prostu odłożyłam. W planach miałam spalenie, ale zrezygnowałam. W zimie pójdzie do pieca.

Pozostaje mi odpuścić. Szkoda mojego czasu i nerwów. Będę wspominała wcześniejsze tytuły, mając nadzieje, że może kiedyś, autorka zauważy, że ta droga, na którą weszła, nie poprowadzi daleko.
Myślałam, że jestem odosobniona w swoim odbiorze, ale nie. Sporo osób, nie tylko oceniających na blogach czy portalach książkowych, podzieliło się swoją opinią. Niestety negatywną.

Cóż, mogę napisać tylko tyle. Ja tej książki nie polecam. A każdy zdecyduje sam.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.
Czytaj dalej...

Piołun na zapomnienie



O Piołunie miałam napisać już dawno temu. Nie wiem, jakim cudem, tyle czasu książka czekała na swoją opinię. Z drugiej strony, może czasem lepiej przeczekać, z natłokiem tekstów, do jednego tytułu. Z własnego doświadczenia wiem, jak nudzą "ataki", tekstów jednej pozycji. Mam nadzieje, że z tą książką tak nie było, a nawet jeśli, to emocje już opadły.

Moje wrażenia po zakończonej lekturze, nie zmieniły się, wiem, co chcę Wam napisać, a czy będę chwaliła? O tym już za chwilę.
 
 

Jak zapewne wiadomo wszystkim, dawniej małżeństwa były kojarzone. Nie było możliwości na czas zapoznania, czy poddania emocjom, jaką jest zakochanie się. Młoda panna musiała jak najprędzej wyjść za mąż, jeśli tak się nie stało groziła samotność i pośmiewisko dla niej i całej rodziny.

Jest rok 1895, na jednej z małych wiosek, wraz z ciotką i wujem mieszka Lea, po stracie najbliższych, oni stanowili opiekunów. Przygarnęli dziewczynkę. Ciotka twardą ręką trzymała dom. Nie roztkliwiała się nazbyt. Nie było czasu, gdy w obejściu mnóstwo roboty do wykonania. Teraz gdy dziewczyna, a raczej już kobieta, dawno temu osiągnęła odpowiedni wiek, trzeba poszukać kandydata na męża.

Lea w prawdzie jest zakochana, potajemnie - jak się jej wydaje. Niestety obiekt westchnień, nie zauważa jej słabości. Gdy nadarza się okazja, ręka Lei zostaje oddana pewnemu aptekarzowi. Józef jest wdowcem, o bardzo dobrej pozycji, po uzgodnieniu wszelkich formalności, para pobiera się i wyjeżdża do miasta. Warszawa dla młodej żony wydaje się przerażająca, ale jednocześnie coś ją fascynuje. Zupełnie inny świat, inne życie. No i obcy dom. W którym jest zupełnie cicho, brakuje śmiechów z kuchni, zwierząt i ogrodu.

Młoda aptekarzowa z początku, nieśmiało odnajduje się w swojej nowej roli. Bardziej przygląda się, próbuje dowiedzieć jak najwięcej. I tak to już jest, jak się zapyta, to odpowiedź przyjdzie, ale czy zadowoli? Niekoniecznie.

Nad mieszkaniem, unosi się duch zmarłej żony Józefa. Na temat poprzedniczki, nie można niczego się dowiedzieć. Każdy milczy jak zaklęty. Kim była? Dlaczego umarła tak młodo? Czy do jej śmierci przyczynił się z pozoru spokojny i stateczny Józef?
 
 

Piołun na zapomnienie jest bardzo ciekawą, ale i nieśpiesznie prowadzoną książką. Autorka snuje swoją opowieść bez żadnych porywów, nie ma nieoczekiwanych zwrotów akcji. Co nie znaczy, że czytelnik może się znudzić. Przeciwnie, całość jawi się bardzo tajemniczo, może nie z każdą kolejną stroną, ale idąc w głąb, jesteśmy świadkami coraz to nowszych zagadek, które rzucają cień, nie tylko na Józefa, ale i na jego znajomych. Dziwnym trafem, nikt nie chce powiedzieć zbyt wiele o zmarłej żonie. A i ta sprawa, nie jest najważniejsza.

Lea, która z początku nieśmiało stawia kroki w nowej rzeczywistości, dochodzi do innych odkryć, które nie bardzo się jej spodobają. Mąż znany i ceniony aptekarz, czy aby z pewnością uczciwy? Jakie zajmie stanowisko w sprawie coraz głośniejszych fałszerstw?

A pomiędzy tym wszystkim, autorka ukazuje nam Warszawę, jak i jej okolicę, w tej charakterystycznej epokowej odsłonie. Chyba nic nie zostało pominięte, każdy opis, sprawiał, że można było ujrzeć miasto w czasach, gdy chyba miało swój niepowtarzalny urok.

Jesteśmy również świadkami przemiany Lei, kobiety nieśmiałej, ale i mającej twardy charakter. Czasem zbyt porywisty i dumny. Rola, w jakiej się musiała odnaleźć, pomału weszła na swoje miejsce. I na naszych oczach, stawała się coraz bardziej charakterna. Dążąca do celu, który sobie obrała, z jakim skutkiem? Tego należy się dowiedzieć, sięgając po książkę.

Nie zabraknie ciekawych opisów funkcjonowania dawnej apteki, tego, jak były wytwarzane niektóre leki, prowadzenia młodych uczniów do tak ważnego fachu. Bardzo ciekawie się o tym czytało.

Książkę czytało się bardzo przyjemnie. Jak wspomniałam, może nie było nieprzewidzianych zwrotów akcji, które mogłyby wbić w fotel, ale też i nie brakowało wydarzeń, za których sprawą, fabuła by nie wciągała. Tajemnice, szemrane interesy, było chwilami niebezpiecznie. Lea poznała się, że pytania nie zawsze prowadzą tam, gdzie byśmy chcieli się znaleźć. A prawda, może okazać przerażająca i bolesna.

Myślę, że fani tego gatunku będą usatysfakcjonowani, jest to książka godna polecenia i poświęcenia jej czasu.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

Czytaj dalej...

Dziewczyny z Wołynia





Na temat przeszłości, nie zawsze chcemy rozmawiać. Zwłaszcza kiedy dotyka przykrych wydarzeń. Jeszcze bardziej, gdy były one skutkiem olbrzymiej tragedii. Jednak są wspomnienia, o których po prostu trzeba pamiętać i przypominać. By nigdy, ale to przenigdy nie doszło, do czegoś podobnego.

W zasadzie unikam tematyki wojennej, zwłaszcza opowieści, które wydarzyły się naprawdę. Przeraża mnie ogrom bestialstwa, jaki spadł na niewinnych ludzi. I dlaczego? Za co? Co było powodem, do tak okrutnych postępowań?

Anna Herbich, tym razem prowadzi czytelników, na spotkanie, z kobietami ocalałymi z rzezi Wołyńskiej, chyba więcej nie trzeba mówić. Kto kiedykolwiek o tym słyszał, zdaje sobie sprawę, że obrazy, które mają w pamięci te bohaterki książki, są przerażające. Wręcz niewyobrażalne. I niestety prawdziwe.


Wyrok był jeden. Wymordować Polaków, zajmujących ziemie Wołyńskie. Nie mógł się ostać żaden żywy Lach. Nie było różnicy, starszy, dziecko czy kobieta. UPA była bezwzględna i brutalna. Mało tego, nawet sąsiedzi, którzy niegdyś żyli w dobrych relacjach z sąsiadami, zdradzali i wysyłali na okrutną śmierć.

Poznajemy kobiety, które wyrwały się tej śmierci i przeżyły, jedną z najbardziej brutalnych i uciszanych rzezi. Uciszanych przez tych, dla których prawda była niewygodna. Latami milczały, w obawie, że ich słowa mogą przynieść kolejne nieszczęście.

Bo kto dawniej słyszał, co wydarzyło się na Wołyniu? Jeśli o tym mówiono, to za zamkniętymi drzwiami, tak by nikt nie usłyszał, ale i to, był strach. Bo przecież tam NIC się nie wydarzyło.

A prawda, mrozi krew w żyłach i słuchając, czy też czytając relacje ocalałych, ma się wrażenie, że takie masakry są wręcz nieprawdopodobne. Bo jak można, przyjść do wioski, wyrąbać siekierami jej mieszkańców? Robiąc to z mściwą satysfakcją? Jak można rozczłonkowywać żywych ludzi, tak by śmierć była wybawieniem?

Nie potrafię i nie chcę sobie wyobrazić, jakie piętno noszą w sobie Te kobiety, które widziały ciała, a raczej to, co zostało z ciał ich rodziny, znajomych.

Uciekały nocą, bezradne i przerażone. Szukały pomocy, czując na plecach oddech śmierci. Zostawiły za sobą wspaniałe dzieciństwo. Pozostały same, brutalnie wyrwane z domu, pozbawione rodziny. Nie miały pojęcia, co przyniesie przyszłość. Jedno było pewne. Obrazy egzekucji, na zawsze miały pozostać w ich głowie. Ból i pytanie — Dlaczego?

Pamiętam, kiedy czytałam o dziewczynach z Syberii, książka była wstrząsająca i bardzo poruszająca. Również bardzo ważna. Jednak tej bałam się najbardziej. Gdzieś z dzieciństwa, pamiętam jak starsze okoliczne „babcie”, opowiadały o Banderowcach, jak musiały się ukrywać w lepiankach, siedząc cicho, byle tylko nikt ich nie usłyszał. Tego, co dokładnie się wydarzyło, nie chciały powiedzieć. Jedno określenie, jakie im przychodziło to — piekło.

Poznawałam historie Tych kobiet, czytałam i zastanawiałam się, jak one to zniosły? Przecież taki koszmar nie można wymazać z dnia na dzień.
Zostały bez rodziców, często rodzeństwa. Niektórym udało się odnaleźć zaginionych, ocalałych z rodziny. Często jednak musiały odbyć samotną podróż do samodzielności. Z tak okrutnie ciężkim i dotkliwym bagażem doświadczeń. A nie zapominajmy, że wtedy były jeszcze dziećmi.


Mam nadzieje, że nigdy więcej, nic podobnego się nie wydarzy, jednocześnie chciałabym, aby o tych, którzy ponieśli swoje niewinne ofiary, nigdy nikt nie zapomniał. Te wioski, te miejsca, zostały zapomniane. A przynajmniej, niektórzy mają taką nadzieję. I tylko ci, którzy mają swoje korzenie w tamtych miejscach, wspominają, jak pięknie i dobrze żyło się na Wołyniu. Teraz, kojarzącym się z czymś tak okrutnym. Czy musiało do tego dojść? Czy można wybaczyć i zapomnieć? Nie wiem, czy ja bym potrafiła. Podziwiam te kobiety, jak i wszystkich ludzi, którym jakimś cudem, udało się przeżyć. Pamiętajmy o nich i ich zmarłych, z którymi nie zdążyli się pożegnać.


 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Znak Horyzont.
Czytaj dalej...

The Kissing Booth - książka i film




Wiele razy pisałam, że lubię czasem poczytać książki, kierowane typowo do nastolatek. I chociaż wiem, że w każdym momencie, mogę się rozczarować, to jednak i tak czytam. Mam chyba słabość, do czasów, które mimo wszystko, wspominam z pewnym sentymentem. Chociaż moje nastoletnie lata, diametralnie się różnią od tych, jakie możemy zobaczyć u Amerykańskiej młodzieży. Inna mentalność chyba i w ogóle. No w każdym razie, pierwsze zakochania się mają ten fajny urok i właśnie do niego lubię wracać, czytając takie książki.


Tym razem padło na The kissing Booth, książkę oraz film. Najpierw przybliżę fabułę książki, a później lekko nakreślę film, porównując podobieństwa i ewentualne rozbieżności. 

Poznajemy Rochelle i Lee, dwójkę przyjaciół. Są ze sobą od zawsze. I to pisząc, mam na myśli chwilę, w której pojawili się na świecie i zaczęli wspólną przygodę. Urodzili się tego samego dnia, a ich matki, były najlepszymi przyjaciółkami. No i siłą rzeczy, po prostu byli razem, niemalże jak bliźnięta.


Stanowili komplet, rozumieli się bez słów. Chyba nawet razem chorowali. Tak bardzo, byli ze sobą zgodni. I nie, oni nie byli po kryjomu w sobie zakochani, to takie rodzeństwo z innymi rodzicami.

Lee miał starszego brata — Noah, oczywiście Elly go znała, w końcu razem się wychowywali, jednak o ile ze swoim rówieśnikiem dogadywała się bez słów, tak starszy brat Flynn, doprowadzał ją do szału. Nie dość, że był obłędnie przystojny, to w dodatku arogancki i czepliwy. Dlatego ich rozmowy, przypominały kłótnie, niż zwykłą wymianę zdań.

A wszystko przez budkę z pocałunkami. W szkole miała się odbyć impreza — zabijcie mnie, nie pamiętam jaka okazja. W każdym razie, Elly i Lee należeli do jakiejś tam grupy w samorządzie szkoły, musieli więc wymyślić atrakcję dobroczynną na imprezę. W końcu wymyślili. Budkę z pocałunkami. Ironia losu, jeśli chodziło o dziewczynę, która nigdy wcześniej nie całowała się z żadnym chłopakiem.


Jak się można domyślić, impreza na czele z budką, wywołała lawinę zdarzeń, które wniosły wiele zmian do życia Elly, Lee i Noah. 

No i teraz zgrabnie mam nadzieje, przejdziemy do słów kilku na temat filmu. 

Jak wszystkim wiadomo, film zawsze różni się od książki — dlatego nie bardzo lubię, oglądać adaptacje, które często, są zbyt rozbieżne od tego, co przeczytałam. Czasem jednak zdarza się, że mimo zmian, produkcja wychodzi zadziwiająco dobrze, a jak było w tym przypadku?

Przede wszystkim aktorzy, nie mogłam się wczuć, postać Elly (Joey King)  - do mnie ta aktorka w ogóle nie przemówiła. Grała strasznie, no i co gorsza. Gryzła się z wizerunkiem książkowej Elly, no po prostu nie trafiła do mnie. I najgorsze. W książce dziewczyna była normalną nastolatką, miała swoje koleżanki, kolegów. Nie jakaś sierota, jak to ukazane zostało w filmie. Niech mi ktoś wyjaśni. W jakim celu została sprowadzona do szkolnej idiotki?



Lee (tutaj w tej roli Joel Courtney) grał całkiem dobrze, w sumie jego postać, została spłaszczona, zbyta ciapowato ukazana. Bo książkowy Lee, absolutnie nie był ciamajdą, którą wyśmiewały szkolne piękności. I nigdy nie było ukazane, by chłopak, czuł się gorszy od swojego brata. Hallo, kto na to wpadł?

No i wreszcie Noah (Jacob Elordi) jest to, jedyna postać, dzięki której, wytrzymałam ten film. Naprawdę, wiem, jestem stara i w ogóle. Jednak ten aktor, był miodem na moje oczy i uszy. Przyjemnością było samo patrzenie na niego, a już jak zaczął mówić. No, chociaż z tym jednym w filmie się udało.  Myślę, że Elordi, ma predyspozycje do porządnej kariery w show biznesie filmowym.


Książka, jak i film, nie należą do wymagających. Literatura należy do tych niższych lotów, no a film został już w ogóle tandetnie wykonany. Jednak jeśli mam porównać. Książkę czytało się z przyjemnością, był fajny klimat młodzieżowy, chwilami słodko i nawinie, jednak nie rzutowało jakoś negatywnie na odbiór. Wiadomo, romans młodzieżowy rządzi się swoimi prawami. Było motylkowo, było chwilami dramatycznie. Cała plejada emocji, tak charakterystycznych do wieku, który reprezentowali bohaterowie. I mnie się one bardzo podobały, chociaż chwilami Elly, była zbyt ckliwa i rozdmuchiwała problem, do rangi katastrofy narodowej. No ale, nastolatki przeważnie tak mają, przeżywają całą sobą.


Niestety, nie mogę napisać zbyt wiele dobrego o filmie. Sceny, które zmieniono, były w moim odczuciu, gwoździami do trumny zniszczenia. Nie wiem, dlaczego tak została spłycona fabuła, która i tak nie miała wysokiego poziomu. A sprowadzenie Elly, do postaci pustej i nieogarniętej panienki, było wręcz niesmaczne i głupie. No ale, może bym jeszcze przeżyła, gdyby całość mimo wszystko się broniła. Sam Noah (Elordi) ocalić filmu nie zdołał. Był wprawdzie bardzo dobrej jakości, ale tylko, chusteczką na otarcie łez rozczarowania.

I teraz moja porada, ja bym oczywiście kierowała się, by przeczytać książkę, ponieważ jest bardzo lekko i niesamowicie przyjemnie napisana. A jeśli ktoś wybierze film, niechaj nie czyta. Chyba że nie będzie siedział i jak ja, denerwował się zmianami, jakie nastąpiły.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

Czytaj dalej...

Iskra. Drogi do wolności



Chyba każdy, kto mnie już tutaj na blogu poznał, wie jak bardzo, lubię książki z tłem historycznym. Tym bardziej się raduje, kiedy zapowiadają się cykle. Dlatego, gdy tylko przeczytałam zapowiedź Iskry, nie musiałam długo się zastanawiać. Od razu wiedziałam, że książkę muszę przeczytać i nawet przez chwilę, nie odczułam wątpliwości, czy też lęku przed rozczarowaniem.

Nie przeszkadzał mi też fakt, że jest to debiut autora, gdzieś w środku, czułam, że będzie dobrze, ale czy tak było, napiszę za chwilę.


Jest lato 1914 roku. Polski nie ma na mapach, została podzielona przez zaborców. I niby żyje się spokojnie, niby wszystko jest dobrze. Jednak nie do końca. Żyć niby u siebie, a jednak nie do końca. I wielu czeka, czeka by, w końcu Polska była Polską.

Rodzinę Biernackich stanowią kobiety, ale to jedna z nich wierzy całym sercem, że doczeka wolności. Nadejdzie dzień, gdy niewola się zakończy. I chociaż kajdany są niewidoczne, uwierają bardzo mocno.

Tymczasem z wakacji w Lanckoronie, wracają najmłodsze siostry Biernackie wraz z matką. Dla każdej powrót oznacza co innego. Dziewczęta oczekują kolejnych rozrywek, dla Anny, żony i synowej, dom nie jawi się zbyt wesoło. Teściowa wraz ze szwagierką, jawnie okazują niechęć, tej, która weszła wiele lat temu do ich rodziny. I mimo starań, nie potrafiła wyłuskać od tych dwóch kobiet, odrobiny sympatii. Nieliczne wyjazdy na letnisko, były wytchnieniem i momentami, kiedy mogła poczuć się swobodnie.

Każda z tych trzech kobiet, skrywa własne tajemnice i niespełnione pragnienia. I, mimo że wydaje się, jak bardzo mają podobne problemy, nie potrafiły znaleźć drzwi, które by otworzyły się na siebie nawzajem.


Najmłodsze, bliźniaczki, pewnego słonecznego dnia, spotykają na spacerze Austriackiego awiatora, Lala, najbardziej szalona i ekspresyjna z rodzeństwa, nie może zapomnieć mężczyzny, z którym przez chwilę przecięła swoją drogę. Nie ma nawet pojęcia, że nie tylko ona będzie wspominała ten piękny słoneczny dzień.

Ludwig zupełnym przypadkiem musiał wylądować w Krakowie, jego celem było zupełne inne miasto. Z niebem jednak się nie dyskutuje, sam fakt, że odważył się igrać z naturą, był sporym ryzykiem. A on, jeszcze nie chciał spotkać z ukochaną matką, jeszcze coś go trzymało między ziemią a niebem. Coś albo ktoś, chociaż ta historia wcale nie wygląda tak, jakby się mogło z góry spodziewać.


Widmo wojny jest coraz bardziej realne. Ludzie na początku słuchają tych informacji, jako dodatku do życia. W końcu jednak następuje dzień, gdy wojsko zaczyna powoływać mężczyzn. I bańka unosząca nad wieloma rodzinami, pęka. Chociaż walki toczą się gdzieś w oddali, nie w samym Krakowie, to skutki bitwy mają wpływ na wszystko.

Wraz z wybuchem wojny, zostaje zburzony spokój rodziny Biernackich, ale jedno z drugim niewiele ma wspólnego. Ot po prostu życie wybrało sobie właśnie ten moment, na pokazanie, że w jednej chwili może spaść wiele nieszczęść.

Walka o niepodległość przeplata się z rodzinnymi zawirowaniami. Wojna zmienia wszystko i wszystkich. Beztroska nagle znika. I tylko pozostaje pytanie, jaki wpływ mogą nieść za sobą przypadkowe spotkania i zaległe tajemnice, które miały nie ujrzeć światła dziennego?


Znacie to uczucie, kiedy rozpoczynacie książkę i fabuła nagle porywa do środka, jesteście w centrum opisywanych wydarzeń. I macie wrażenie, że po prostu uczestniczycie w życiu tych ludzi, z którymi w danej chwili przyszło Wam poznać? Ja właśnie tak miałam, kiedy czytałam Iskrę. I nie boję się stwierdzić, że kocham ten stan. Gdy fabuła jest tak cudownie prowadzona, łapie mnie całą i porywa do innego wymiaru. A ja przez te kilka godzin, po prostu tam jestem. I nic innego nie ma znaczenia.

Chodziłam ulicami starego Krakowa, mieszkałam u Biernackich, przyglądałam każdej kobiecie, ale i mężczyznom, którzy pojawili się w ich życiu
. I tak szczerze, nie umiem powiedzieć, która z pań skradła moją sympatię, ponieważ te kobiety, były na swój sposób wyjątkowe. Trudno było ocenić, bo gdy poznało się ich historie, pierwsze wrażenie, czasem negatywne, przestawało mieć znaczenie.

Podobnie z mężczyznami. Chociaż, no ja mam tutaj swojego faworyta. I nie wiem, jak teraz wytrzymać ten czas, do kolejnej części. By ponownie spotkać z nimi wszystkimi. Nie oszukujmy się, z nim przede wszystkim.

Uprzedzę lojalnie, nie ma tutaj, jakiś ckliwych i płomiennych romansów. Chyba właśnie tym, tak szczególnie ujęła mnie ta opowieść. Nie będę również ukrywała, że styl Pana Krzemińskiego mnie uwiódł. Jestem wręcz oczarowana. Wspaniale się czytało. I nie bardzo rozumiem, wypowiedź jednego z czytelników, że przeszkadzały przeskoki. Przepraszam bardzo, jak się chce czytać jednym ciągiem, to proszę sięgnąć po bajkę dla dzieci.

Iskra naprawdę rozpala iskrę, która przemienia się w płomień i nie gasi go aż do samego końca. A nawet kiedy już do niego docieramy, nasuwa się myśl, że ta iskra w nas pozostaje. I każe czekać do następnej części. Ja przepadłam. Nie mam pojęcia, jak wytrzymam do premiery kolejnej książki. To będą bardzo długie wakacje.

Mam wrażenie, że co bym nie napisała. I tak będzie niewystarczające, by oddać mój zachwyt nad tą książką. Ja po prostu się zakochałam. Z tego wszystkiego przeczytam chyba jeszcze raz.

A Wam, jeśli nie jesteście zdecydowani, powiem jedno — czytajcie! Koniecznie, bo Iskra według mnie, jest pretendentką do najlepszej książki roku. Tylko jest mi smutno, że tak mało się o niej mówi, pokazuje. Dlaczego piękne książki, muszą być w cieniu tych szmirowatych padlin. Serce mnie boli.

Mam ogromną nadzieję, że mimo braku rozdmuchanych reklam (brak gadżetów swoje niestety zrobił) Iskra wysunie się do czołówki. I jeszcze o niej publiczność usłyszy, a ja wtedy powiem — A nie mówiłam.

Czytajcie, naprawdę warto. Jest to piękna książka i w dodatku bardzo pięknie napisana. Nigdy nie czytałam, aż tak dobrego debiutu.
Panie Stanisławie, jestem Pana ogromną fanką, podbić moje czarne serduszko, nie jest łatwo.
Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka