Grzesiuk król życia

źródło

Odkąd pamiętam, biografie stanowiły dla mnie wyzwanie. Bo czytanie o życiu kogokolwiek wydaje się wkraczaniem w sferę, która nie zawsze powinna być ujawniona. Takie jest moje zdanie. Z drugiej strony, ciekawość ludzi, którzy w taki czy inny sposób zasłynęli bądź wpłynęli na życie społeczeństwa, budzi pewne zainteresowanie.

Dosyć nieśmiało i niepewnie poruszam się po tej właśnie tematyce. Podczytuje biografię, wspomnienia ich samych i ludzi, którzy znali daną osobę. Tym razem padło na Stanisława Grzesiuka. 

 
 
Słyszał o nim niemalże każdy, a ten, kto nie słyszał, powinien swoją niewiedzę choćby troszkę uzupełnić. Żeby być świadomym istnienia tego człowieka. I chociaż jak każdy z nas, nie był idealny, to jednak nie można powiedzieć, że był zwykłym artystą, który sobie po prostu trafił na dobry moment i wypromował.

Grzesiuk to osobowość, obok której nie można przejść obojętnie. Wychowywał się w Czerniakowie i część wspomnień pochodzi właśnie stamtąd. Jednak jego domem i miejscem, które kochał całym sobą, którego był i jest wizytówką to Warszawa.

Śpiewał o niej, tworzył dla niej, po prostu żył tym miastem, które zachował w pamięci, jeszcze przed wybuchem wojny.

Niektórzy twierdzą, że jest to nazbyt przerysowany obraz, że takiej Warszawy nie znajdzie się w rzeczywistości, ani też w kronikach. Może prawdą więc jest, że Warszawiakiem trzeba się czuć tam w środku, a nie tylko mieszkać. To coś, co ponoć zrozumieją tylko oni. Ci, którzy wiedzą, że tłum w tramwaju nie jest czymś strasznym, a normalnym. Zwykłe sprawy, a jednak bardzo istotne.

Bardzo ciekawiła mnie postać "Króla życia", skąd ta nazwa, dlaczego właśnie taki przydomek otrzymał Grzesiuk?

Najlepiej zacząć od początku książki, która wprowadza nas do historii tego człowieka w chwili jego śmierci. Brzmi może absurdalnie, ale tak nie jest. Chociaż na mnie ten rozdział tak smutny, a zarazem piękny wywarł ogromne wrażenie.

Gdzieś jest napisane, że Grzesiuk nie miał czasu, żeby umrzeć. On mimo świadomości swojego stanu, był ponad niego, jakby miał mnóstwo spraw do załatwienia. I śmierć po prostu musiała poczekać na odpowiednią chwilę albo zabrać go w tak zwanym biegu.

Jednak zanim śmierć, trzeba cofnąć się do życia. Życia, które często nie oszczędzało. A, które On tak bardzo kochał i jak twierdził, trzeba akceptować takie, jakie się otrzymało. Bez zbędnego narzekania.

Nie lubił nudy, która doprowadzała go do szału. Nawet choroba, nie potrafiła przytrzymać w bezruchu zbyt długo.

"W dzień muszę leżeć, bo pilnuje mnie cały personel oddziałowy.  Wieczorem co pewien czas zagląda lekarz dyżurny. A ja nie mogę uleżeć. Więc wychodzę i robię kolegom różne kawały."*

Na co dzień, nie pokazywał swoich uczuć, które kojarzyły się z trudnymi czasami, wspomnieniami pełnymi strachu, bólu i smutku. Twierdził, że ta sfera nie nadaje się do pokazu. Dlatego większość zachowała go w pamięci jako dowcipnisia, człowieka cieszącego się jazdą "zapchanym tramwajem" albo na niewygodnej desce.

"Sława Przybylska: Wiedziałam o jego obozie, wiedziałam, że był ciężko chory, ale ten człowiek miał w sobie  więcej radości z życia niż ludzie, którzy nie doświadczyli ułamka takiej tragedii jak on.  Pomyślałam, że ludzie, którzy przeżyli taką traumę, potrafią mieć dystans do życia. (...)"*

 
 
 
 
 
Przeczytałam tylko kilka biografii, więc nie mogę poszczycić się wielką znajomości, tego gatunku. Jednak uważam, że właśnie ta, będzie bardzo długą moją faworytką. I chociaż nie lubię oceniać cudzego życia, bo każde wyjątkowe, nosi znamiona cierpień i radości. Wzlotów i upadków, to w jakiś sposób historia Tego człowieka bardzo wryła się w moją głowę.

Może dlatego, że ogromnym podziwem darzę wszystkich tych, którzy byli więzieni w obozie koncentracyjnym. Podziwiam ich za wolę życia, za to, jak potrafią żyć pomimo traumatycznych wspomnień. I co najważniejsze, to zazwyczaj oni, potrafią się najpiękniej uśmiechać do życia. Coś niesamowitego i godnego naśladowania. Bo to właśnie my, będący szczęściarzami urodzonymi i wychowanymi w spokoju, nie umiemy cieszyć się zwykłym dniem. Bo deszcz pada, bo kolejka do kasy, bo kawa za gorzka. Jakie to jest płytkie. I mam na myśli przede wszystkim samą siebie. Często siedzę i najnormalniej w świecie gderam. Zamiast po prostu się cieszyć. Tym, co mam, bo moje mało dla kogoś będzie wszystkim. Więc dlaczego nie jest dla mnie?

Myślę, że powyższy cytat, mówi sam za siebie. Przykre jest jednak to, że dopiero przeżyta tragedia czy trauma, zmusza nas, do uzmysłowienia, czym jest życie.

Książkę oczywiście polecam z całego serca, będę do niej często wracała. Wydaje mi się, że jej nie trzeba streszczać, opisywać by zachęcić. Ten tytuł po prostu trzeba samemu przeczytać, żeby zrozumieć. 
Świetnie napisana, można w niej znaleźć niepublikowane do tej pory opowiadania, opatrzona fotografiami. Jednym słowem - idealna.




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.
Czytaj dalej...

Bardzo biała wrona

źródło

Mając naście lat, marzy się piękna, wręcz bajkowa miłość. Czasem te wyobrażenia są przerysowane, pod wpływem czytanych książek, oglądanych filmów. Czekając na to prawdziwe uczucie, snuje się plany, jakie będzie? Czy wybranek serca okaże się ideałem?

No i przede wszystkim, skąd wiadome jest, że to, co poczuliśmy, jest prawdziwą miłością i na czym ona w ogóle polega?

 
 
Natalia jest zwykłą nastolatką. Zanim nią została, dorastała w bardzo dobrym domu, pełnym miłości i uwagi. Ma kochających rodziców, świetnego wujka, którego uważała za ideała mężczyzny. Dopóki ten, nie przyprowadził pewnego dnia do ich domu, swojej przyszłej żony. Wtedy właśnie dziewczyna poczuła, że z uczuciami trzeba uważać. I chyba pierwszy raz poczuła, czym jest kogoś utracić.

Teraz kiedy jest już nieco starsza, rozpoczyna naukę w szkole średniej. Nowe wyzwania, ale i znajomi. Może pozna kogoś ciekawego. Nie spotykała się jeszcze z chłopcami. Dlatego też nie zwraca uwagi, gdy starszy Norbert zaczyna się koło niej kręcić. Niby przypadkowe spotkania, rzucone w biegu cześć, no ale co z tego? Przecież on jest z klasy maturalnej, ma swoje towarzystwo, nie taka zwykła Natalia.

A jednak. Chłopak nie bez powodu przecina ścieżki dziewczyny. Okazuje się, że od jakiegoś czasu nie potrafi przestać o niej myśleć. I to myślenie coraz częściej zaczyna przypominać obsesje. O czym niestety nie ma pojęcia główna zainteresowana.


Mija czas, para zaczyna się spotykać. Norbert jest kochanym i uczuciowym partnerem, jednak jego zachowanie dosyć często bywa dziwne. Czego nie zauważa Natalia. O wszystkie złe sytuacje obwinia siebie. Nawet troskę koleżanek zaczyna odbierać jako atak.
Dotąd poukładane życie rodzinne i koleżeńskie zaczyna się rozsypywać. Wszystko kręci się wokół Norberta i jego nakazów lub zakazów. Miłość wymaga poświęceń, ale czy na pewno takich? I tylko z jednej strony?



,,Owszem, gdzieś na samym dnie duszy przyczaiła się mroczna myśl, że w końcu chłopcy mają tysiące rozmaitych dróg, żeby zdobyć dziewczynę, i jedną z nich jest z pewnością czarowanie jej wizją cudownej, wspólnej przyszłości, takiej "na zawsze razem".




Trudna jest to książka. Bo jakże oceniać miłość? Nawet tę źle interpretowaną? Toksyczną? Jakże łatwo powiedzieć stojąc z drugiej strony — zostaw go. Często oceniałam, często mówiłam, co ja bym zrobiła, będąc w cudzej sytuacji. Tak. Jak bardzo prosto jest nam rozwiązywać nie swoje problemy.

Denerwowałam się podczas czytania. Drażniła mnie ślepota Natalii, że nie widziała, jak bardzo jest sterowana przez ukochanego. Tylko że ja nie byłam zaangażowana emocjonalnie. Byłam widzem, który ma ogląd na dwie strony. Łatwo było powiedzieć — zakończ ten związek.

Później przyszło zastanowienie, czy abym sama nigdy nie była niewidząca we własnym życiu? Bo toksyczne relacje zdarzają się, nie tylko w zestawieniu ona i on. Równie dobrze może być przyjaźń, a raczej jej złudzenie. I wiele innych relacji międzyludzkich.

Autorka ukazała nam miłość nastolatków. Naiwnej Natalii i wyrachowanego Norberta, który miał trudne dzieciństwo. W książce padło pytanie — czy trudnym dzieciństwem można wytłumaczyć każdą podłość? Często bywa ona wytłumaczeniem, bo tak jest łatwo. Powiedzieć, miałem w życiu źle, mam prawo teraz się mścić.

Myślę, że jest to jedna z najlepszych, ale i trudniejszych książek Ewy Nowak. Nie potrafię jednoznacznie jej ocenić. Nie umiem napisać, że czyta się dobrze. Bo tak nie jest. Nie potrafię powiedzieć, że jest lekka. Bo nie jest. Jednak jestem pewna, warto przeczytać. Polecam.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.


Czytaj dalej...

Śpiąca królewna


Tym razem przybywam z bajką, która swego czasu wywołała wiele emocji. Tych pozytywnych, jak i negatywnych. A wszystko przez sposób, w jaki została wydana. Przejdę może do rzeczy.

Nowe i jakby odświeżone wydanie bajek z tak zwanej klasyki zostało ukazane w tak jakby pierwotnej wersji. Czyli bez załagodzenia historyjek, bez koloryzowania i tej całej pięknej otoczki, którą pamiętamy ze swojego dzieciństwa. Społeczność podzieliła się na dwie grupy. Zachwyconych i oburzonych. Jakie było i jest moje stanowisko względem Śpiącej królewny?

 
O czym bajka opowiada, większość z nas wie. Ten, kto nie wie, powinien nadrobić. Być może zainteresuje się właśnie tym wydaniem książki?

Pamiętam, gdy przyszły do mnie dwa tytuły. Pierwszym był nieszczęsny Czerwony Kapturek, który po prostu wprawił mnie w osłupienie. Brutalne opisy, ilustracje rodem z horroru dla dzieci. Cóż, tamta wersja absolutnie nie trafiła ani do mnie, ani do dzieci, którym pokazałam.

Teraz nadeszła pora na Śpiącą królewnę, no i tutaj sprawa wygląda nieco inaczej, niż w straszącej poprzedniczce. Owszem, ilustracje pozostawiają wiele do życzenia, o czym za chwilę będziecie mogli, sami się przekonać. No ale na szczęście treść nie wieje strachem, który przeraził mnie w tej pierwszej.





Nie wiem sama, czy ja się nie znam? Czy te ilustracje są tylko dla mnie dziwne? Nie wiem, być może wielcy znawcy sztuki widzą coś, czego ja nie dostrzegam. Mimo wszystko uważam, że taka forma obrazków raczej odstraszy dziecko. Te twarze jakby demoniczne, wyglądaj jak bohomazy. Tyle pocieszenia, że historyjka królewny jest wierszowana i nie ma brutalnych opisów.





Sama nie wiem, patrzę i patrzę no i nie. Nie potrafię polecić. Tutaj decyzję pozostawiam indywidualnie. Mnie nie przekonuje ani twarda okładka, która swoją drogą przytłacza szarością, ale widać chodziło o minimalizm. Nie trafia do mnie również cena. Bo jednak za tę sumę można zakupić coś ładniejszego i bardziej przykuwającego uwagę. Oczywiście, jest to moja subiektywna ocena, jeśli znajdą się zwolennicy, bardzo proszę o komentarz. Wiadomo, ilu ludzi, tyle gustów. 


Tekst stanowi oficjalną  recenzje dla portalu DużeKA


Czytaj dalej...

Zaczarowna Zagroda




Mikołajki i Święta już niemalże u progu, a co za tym idzie, ostatnia chwila, by rozejrzeć się za prezentami. Oczywiście jako książko maniak nie mogłabym nie polecić książek. A, że czytanie należy zaszczepiać jak najszybciej, przychodzę do Was kochani z bajeczkami. Napisze, co mi przypadło do gustu, co nie. Co polecam, a czego raczej bym nie zakupiła dla swojego dziecka. To co? Zaczynamy!

Na pierwszy, tak zwany rzut, zaprezentuje Zaczarowaną Zagrodę. Bajeczka opowiada historię polskich polarników, badających pingwiny, a dokładniej mówiąc ich zachowania. Profesor wraz ze swoją grupą badaczy planuje pewną grupę tych zwierząt, zaobrączkować w celu „śledzenia”, do jak odległych miejsc potrafią się zagłębić. Dzięki nadajnikowi będą otrzymywali sygnał, w jakim rejonie się znajdują.

Zadanie może i nie trudne, bo należy jedynie zagonić wybraną część pingwinów do zagrody i nałożyć obrączki. Co też robią. Jednak gdy następnego dnia przychodzą, okazuje się, że został tylko jeden pingwin. W jaki sposób reszta się wydostała? Czy zabezpieczenia ogrodzenia były niewystarczające? A może te pocieszne istotki rzeczywiście potrafią latać?





Książeczka jest bardzo ciekawa, ale tekst należy już do nieco dłuższych, dlatego lepiej zakupić dla dziecka, które już dobrze radzi sobie z samodzielnym czytaniem. Chyba że rodzic ma zamiar sam czytać, wtedy nie widzę problemu. I jak najbardziej polecam. 

Co do wykonania, jakości. Cóż, muszę przyznać, że troszkę zawiodła mnie okładka. Jest z bardzo cienkiego i giętkiego papieru. Jakby została wykonana z karki bloku technicznego. Niestety taka jakość nie wróży dobrze, ponieważ przy częstym zaglądaniu go książeczki ulegnie zniszczeniu. Najnormalniej w świecie się pozaginają rogi. Czego osobiście nie znoszę. 
Wnętrze jawi się znacznie lepiej, uwielbiam szare kartki, takie sprawiające wrażenie starszych.  Nie wiem, może jestem lekko zacofana, ale białe rażące zupełnie do mnie nie przemawiają. Tutaj jestem jak najbardziej na tak. Ilustracje również są czytelne, ciekawe i przykuwają uwagę. 

Podsumowując, mogę szczerze polecić Zaczarowaną Zagrodę, cena jest bardzo przystępna, dzięki czemu nie nadwyręży budżetu, zwłaszcza teraz przed świętami. W dodatku historia jest ciekawa i może wnieść pewne ciekawostki do życia dziecka, o których mogło jeszcze nie wiedzieć. Jestem na tak. 


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowy Pies.

Czytaj dalej...

Czas na ulubienicę dzieci, czyli - Basia i ... :)



Polecanek ciąg dalszy. Nie może się obyć bez Basi, którą uwielbia chyba większość dzieci, jeszcze więcej rodziców. Basine przygody podbiły serca czytelników dużych i małych. No i nic dziwnego. Wszystko co związane z tymi bajeczkami, wywołuje mega pozytywne reakcje. Od przepięknych solidnych okładek, po tematykę i ilustracje zawarte, które nawiązują do omawianych przez autorki spraw.



BASIA i BASEN



Mama Basi jest chora i musi leżeć w łóżku. Dla dzieci jest to nowa i zupełnie niespodziewana sytuacja. Zawsze chodzi i ma pełno energii, a teraz nie można jej budzić. Jak długo będzie spała? I jak spędzić czas, gdy trzeba zachowywać się cicho?

Tato zdecydował, że najlepszy będzie basen. Zabrał pełne energii dzieci do parku wodnej rozrywki. Tam Basia stwierdziła, że zjeżdżalnie i inne atrakcje muszą być dla olbrzymich ludzi. Wszystko było takie ogromne. Niestety przebywanie w miejscu, gdzie dookoła jest mokro, nie należy do zbyt łatwych. O czym boleśnie przekonała się nasza mała bohaterka. Na basenie panuje zasada, nie należy biegać, tylko poruszać się ostrożnie.

Kolejna lekcja w życiu Basi, która na pewno przyda się na przyszłość.

BASIA i TITI



Tym razem Basia wraz ze swoimi koleżankami zmierzy się z czymś bardzo poważnym. Spotka na swojej drodze chłopca zupełnie innego, niż ci, których widywała do tej pory. Titi — bo tak się nazywa, ma czarny kolor skóry. Przez co czuje się odmieńcem. Często słyszy smutne i obraźliwe słowa. Czy kolor skóry ma znaczenie w ocenie drugiego człowieka? I dlaczego ludzie, bardzo często obrażają innych, tylko dlatego, że różnią się od nas samych?

Temat bardzo trudny i chyba aktualnie na czasie. Bo trudno jest dziecku wytłumaczyć, dlaczego społeczeństwo reaguje agresją, niechęcią na widok obcokrajowca. I chociaż wiemy wszyscy, że nie można być agresywnym, zwracać się z pogardą o innych, to niestety tak się zdarza. Czy ze strachy, czy dlatego, że tak robi większość?

Jedno jest pewne, nie każdy wyglądający inaczej od nas, musi być złym człowiekiem. Często właśnie to „nasi”, wyrządzają krzywdę swoim". Dlatego należy pamiętać. Szacunek jest podstawą. I trzeba go uczyć od najwcześniejszego dzieciństwa.



BASIA I BIBLIOTEKA



W kolejnej części, Basia wraz z dziećmi w swojej grupie, wybierają się do biblioteki. Pani wyjaśnia, co to jest za miejsce, co można w nim robić. Dlaczego w bibliotece książki są za darmo i jak należy z nimi postępować? Dodatkową atrakcją ma być spotkanie z autorką ulubionej bajeczki dzieci. Jest to ogromna radość zwłaszcza dla Basi, która uwielbia książeczkę pisarki, którą spotkają.

Wyprawa wywołuje wiele emocji, każde z dzieci jest ciekawe spotkania, jak i miejsca, o którym do tej pory nie słyszały albo bardzo mało.

Jakie zadanie otrzymają dzieci i co ciekawego opowie pani pisarka? Tego i wielu innych ciekawostek dowiecie się, czytając książeczkę.



Zestawiłam dla Was trzy części, według mnie każda z nich jest godna polecenia. Uważam, że warto nabyć wszystkie. Bardzo lubię Basię i jej przygody. Ilustracje jak i oprawa są po prostu śliczne. No i najważniejsze, dzieci kochają tę małą dziewczynkę, a jeśli jeszcze jej nie znają, to pokochają!:)







Czytaj dalej...

Nie jesteś matką? Jesteś kobietą gorszego sortu

źródło


Dzisiaj przychodzę troszkę z innym tematem. Zupełnie nieksiążkowym. Jakiś czas temu miałam napisać, nawet zaczęłam tekst i w końcu sobie odpuściłam. No i jednak temat wrócił sam. Widać miałam go dokończyć.

Nie wiem, jak to się dzieje, w ostatnich latach zauważyłam dziwną tendencję. Nazwałam go sobie „najazd matek”, o co dokładnie chodzi? Nasze społeczeństwo podzieliło kobiety. Na matki i nie matki. Oczywiście mamy są kobietami spełnionymi, najlepszymi, ze wszystkimi przywilejami. Natomiast te drugie uznawane za gorszy sort. Skąd to wręcz brutalne określenie? Śpieszę z wyjaśnieniami. Chyba ze dwa tygodnie temu, prześwietlając odmęty internetu, wpadła mi, przed oczy notka, dosyć bulwersująca. Ponieważ nawiązywała do reklamy bodajże Ikei, która stworzyła film o kobietach, które z racji nieposiadania potomka, są wyrzucane z domu, a cudowne mamusie chwalą się przepięknym wystrojem chałupy. Jak można się domyślić, odzew był natychmiastowy. Reklamę zdjęto, przeprosiny wystosowano i na tym koniec.

I ja właśnie sobie pomyślałam, że nie. Nie koniec. Niby dlaczego kobiety, które świadomie rezygnują z rodzicielstwa są uważane za gorsze? Nie wiedziałam, że istnieje przymus rodzenia dzieci.

Nie wiedziałam, że wybierając inną drogę życiową, niż tą z góry narzuconą przez innych, będę uznawana za kobietę gorszego sortu.

Tak, nie mam dzieci. Nie chcę mieć. Czy moje zdanie się zmieni? Być może. Obecnie nawet nie chcę myśleć, by wchodzić w rolę matki. I o zgrozo, ja nie wiem, czy chcę brać ślub! Teraz to już w ogóle powinnam zostać spalona na stosie, ogólnie dno i pomiot szatana.

Nie chodzi o samą reklamę, już spotkałam się z dziwnymi przytykami w książkach. Gdzie autorka chyba chciała zabłysnąć wrażliwością cycem karmiących. Ponieważ jej błyskotliwe uwagi dotyczące bezdzietnej bohaterki, były wręcz żenujące. Ja się pytam, co oznacza stwierdzenie, że NIE MATKI są upośledzone emocjonalnie?!!
Sorry, idąc tym tropem, mogłabym powiedzieć, że patrząc na zachowanie niektórych mamuś, to one są upośledzone. Nie tylko emocjonalnie. Często dużo gorsze od dzieci, które piastują.

Rozumiem kobiety, które czują wewnętrzną potrzebę wydania na świat dziecka. Spoko. Cieszę się ich szczęściem. I naprawdę nie przeszkadza mi, kiedy znajome wspominają o ciąży, czy później, gdy już pojawi się dziecko na świecie. Lubię popatrzeć na ich zdjęcia i szczerze się pozachwycać.

Mało tego, przeżywam, gdy komuś coś nie wychodzi. Bo jak się okazuje, w ciążę nie każdemu tak łatwo jest zajść. I tak sobie myślę.

Osoby oceniające kobiety przez pryzmat tego, czy mają dzieci, mogą strzelić "cudowną" gafę. Bo mnie akurat bardziej irytują przytyki. Na co zresztą bardzo szybko odpowiadam, niezbyt uprzejmie. Jednak gorsza sprawa, gdy strzała pogardy trafi w kobietę od lat daremnie starającą się o dziecko. Przecież te kobiety, nie chodzą z nalepkami na czole - CHCE DZIECKO, ALE NIE MOGĘ ZAJŚĆ, NIE POTĘPIAJCIE MNIE.  I czytając stwierdzenie, że jest upośledzona, bo NIE MA, może naprawdę zranić.


Troszkę nie bardzo rozumiem też tego nacisku społeczeństwa. „Jesteś w TYM wieku, to kiedy myślisz o rozmnożeniu?” - A nigdy! I co Ci do tego?

Fakt, że nie mam i nie chcę mieć dziecka, nie powinien decydować o ocenie mojej osoby, moich uczuć i tego, jakim jestem człowiekiem. I nie życzę sobie, by w tak paskudny sposób były oceniane inne kobiety. Bo książki, reklamy czy nawet głupie żarciki w towarzystwie, wcale nie są fajne i zabawne. One są żenujące i nie sprawiają, że wasze „akcje” idą w górę.

Ja nie wstydzę i nie boję się powiedzieć, że od dzieci, bardziej cieszy mnie towarzystwo moich kotów i psa. I to za nimi tęsknie podczas wyjazdów. Nie czuję się z tego powodu wybrakowana. Bo nikt mnie nie zmusi naciskiem do zachodzenia i rodzenia dzieci. Nikt też nie będzie mnie z tego powodu obrażał. Nie piszę tego dlatego, że w głębi duszy czuję żal, bardziej próbuję zrozumieć, skąd tyle zawiści czy też jadu, jest w ludziach. I wiecie co? To właśnie cudowne matki, kierują takie słowa w stronę innych kobiet. To jest chyba największa tragedia. Kobieta przeciwko kobiecie.

Rzekomo szczęśliwe mamy, mają w sobie tyle niechęci i pogardy. Oczywiście nie wszystkie. Chociaż z przykrością muszę stwierdzić, że większość „mam”, lubi serwować uwagi - „jak ty będziesz to zobaczysz”, co zobaczę? Pieluszkę, gówienko czy może rzygi?

Niańczenie dzieci nie jest mi obce. Serio, nie robi to na mnie wrażenia. Tak, szkoda mi cycek do podawania dziecku, nie mam ochoty przytyć i chodzić z brzuchem. Moje ciało i moja sprawa co z nim zrobię, jak wielu innych kobiet.
 
Nie chcę czytać w książkach o tym, że jesteśmy gorsze, nie mam ochoty widzieć podobnych reklam i słuchać pseudo żarcików. 



I proszę zapamiętać -  MY KOBIETY BEZDZIETNE NIE JESTEŚMY GORSZYM SORTEM ! ! !
 


Czytaj dalej...

Cuda i cudeńka



Ostatnio coraz więcej u mnie pozycji nawiązujących do zbliżających się świąt, tak się stało, że postanowiłam zacząć od Cuda i cudeńka. Jako że bardzo polubiłam twórczość Pani Agnieszki Olejnik, nie było wątpliwości, że i ten tytuł będę chciała przeczytać. Byłam niezmiernie ciekawa stworzonej historii, nowych bohaterów i tego, czy porwie mnie fabuła. Jak było? Zacznę od początku.



Poznajemy Helenę, która każe nazywać się Leną — ponieważ jej imię jest staromodne. Kobieta, bo, mimo że uparcie przypomina jak, młodo wygląda, metryka nie kłamie. Jest kobietą i nie ma co czarować, przyjeżdża do babki. Rodzinne więzy w tym wykonaniu nie bardzo są silne, ale staruszka doznała udaru i potrzebuje opieki całodobowej. Praktycznie cały czas leży, porusza się tylko przy asekuracji drugiej osoby. Jako że Helena nie miała aktualnie innego zajęcia, przyjechała do Lubska ze swojej wsi, o czym nad wyraz często będzie przypominała.

Trudne zajęcie sobie wybrała, ale jako życiowa optymistka, wierzy, że wszystko ułoży się jak najlepiej. Babcia wróci do formy i może, kto wie? Znajdą wspólny język, którego do tej pory nie udało się nawiązać.

W ogóle okazuje się, że najstarsza z rodu jest odludkiem, nie żyje w zgodzie z sąsiadami. Nawet można powiedzieć, utrudnia niektórym życie.

Przed nową mieszkanką niełatwe zadanie. Helena jest totalnie różna od swojej babki. Potrzebuje towarzystwa innych ludzi. Samotność jest dopustem Bożym. Dlatego niewiele myśląc postanawia „zbratać” z lokatorami.



Oczywiście pomysł okazuje się sukcesem. Zyskuje znajomą w sąsiadce z naprzeciwka, piętra wyżej i jeszcze wyżej. Ogólnie jedna wielka sielanka. Nawet poznaje rehabilitanta babuni. Przystojnego mężczyznę. Reszty pisać nie muszę. Jednak jest coś jeszcze. Na samej górze, czyli strychu, znajduje się mieszkanie tajemniczego pisarza. Aktualnie przebywającego gdzieś daleko. Helena przypadkiem dowiaduje się, że babcia zajmowała się roślinami tegoż pana.

Rozpoczyna się korespondencja mailowa — w sprawie roślin rzecz jasna. No dobrze, nie tylko roślin. Helena zwierza się nieznajomemu ze wszystkiego. Od razu rzuca mi się skojarzenie z pewną bohaterką trylogii kwiatowej...

Helena, nowo poznani sąsiedzi, chłopak, który niby sprawia radość, ale jest pewne „ale". No i tajemniczy mężczyzna od maili. Aha i dwa anioły. Co z tego wszystkiego wyniknie?


Mam ogromny problem z oceną książki. Bo z jednej strony do pewnego momentu książkę czytało się genialnie. Czytałam, nie mogąc się oderwać. I nagle. Rozpoczyna się znajomość z rehabilitantem, maile z Borysem, pomaganie każdemu dokoła i ogólnie. Jeden wielki miszmasz.

Zacznijmy od postaci Heleny. Nie będę pisała Lena, bo mnie okrutnie denerwują skróty starych imion, które są piękne same w sobie. Unowocześnianie jest po prostu głupie. Taka moja opinia.

Kobieta pochodzi ze wsi. I ja naprawdę chciałabym wiedzieć, gdzie Pani Olejnik znalazła Taką wieś? Z takimi wspaniałymi ludźmi. Bo ja to chyba jednak nie wiem, gdzie mieszkam. No ale ok. Można powiedzieć, że moja wieś i moi sąsiedzi są antypatyczni i jedno wielkie zło. Bo tutaj naprawdę nikt nikim się nie interesuje. Nie biegamy po domach z ciastami, z plotkami „komu się świnia oprosiła". Mało kto jeszcze ma świnki — niestety. Helena cały czas powtarza jak to "u niej na wsi ludzie są otwarci, każdy wręcz przejawia rodzinne skłonności względem sąsiada". Taaaak, a świstak naprawdę siedzi i zawija czekoladę w te sreberka.

W mojej okolicy jest więcej wiosek niż miast. Naprawdę, musicie uwierzyć mi na słowo. Nikogo nie obchodzą sąsiedzi. Ciasto prędzej schowają, kiedy usłyszą, że ktoś się zbliża do drzwi. Ja sama, nie bardzo interesuje się „Kowalskimi".

Obraz wsi wykreowany przez autorkę to taki z lat dzieciństwa mojego ojca albo nawet i jego rodziców. Nie teraz. Ja bardzo proszę autorki nasze polskie. Przestańcie tak koloryzować. Naprawdę, na wsi ludzie nie są mili. Mało tego, są wręcz niemili, zwłaszcza dla nowych. Moja mama wprowadziła się ponad trzydzieści lat temu. Cały czas jest „tą z miasta". Wymawianym z pogardą, bo jak śmiała się poczuć swojsko. I to nie dotyczy tylko mojej wioski. Nie, takie są po prostu realia. A opisy, w których sąsiedzi biegną na pomoc samotnej kobiecinie, czy też przynoszą drwa. Między bajki można włożyć. Owszem, przybiegną popatrzyć. Oczywiście, są wyjątki, nie powiem, że nie. Nie ma jednak ogólnej miłości i atmosfery jednej wielkiej rodziny.

I nie mówię, że jest tu jedna wielka zawiść. Po prostu teraz na wsi ludzie chcą żyć swoim życiem. Nie ma rolników, którzy potrzebują pomocy sąsiada. Jak niegdyś przy sianie, wykopkach czy cieleniu się krowy.

Każdy siedzi w swoim ogródku. I nie ma ochoty by inni, zaglądali przez płot. Taka jest brutalna prawda.

Ja wiem, mogą paść zarzuty, że w moich stronach tak jest. Nie, nie tylko u mnie. Zrobiłam rozeznanie, zanim postanowiłam napisać. Mnie po prostu nużą te farmazony.

 
Kolejna sprawa. Odniosłam wrażenie, że książka na siłę byłą przegadana, by dotrzeć do takiej objętości. Według mnie zbyt wiele wątków bez znaczenia, które przyćmiły te naprawdę ciekawe. Bo nie jest tak, że Cuda i cudeńka uważam za beznadziejne. Nie, tylko ciągłe powtarzanie cudowności wsi, czy na siłę uszczęśliwianie sąsiadów, było zbędne. Swoją drogą, jestem ciekawa. Na jakiej wsi, sąsiadki tak pomagają w rodzinnych problemach. Ach, widzę wyobraźnia, potrafi ponieść.

 Ogólnie książka mogła być bardzo dobra. Jest atmosfera, ciekawe opisy miasteczka. Wyzwanie jakim jest opieka nad babcią, tajemnica z nią związana. W końcu staruszka nie utrzymuje kontaktu z rodziną, nikt nie wie z jakiego powodu. Pojawiają się nieznane osoby, które wnoszą bardzo wiele. I ten wątek razem z postacią właściciela strychu, powinny grać tak zwane pierwsze skrzypce. Jestem ogromnie ciekawa tajemnicy babci. I wiadome, sprawy z Borysem. Troszkę za mało mi było głównego wątku, a za dużo przegadania. Szkoda.

Ciekawi mnie kolejny tom, niestety mam obawy, że głównego wątku będzie niewiele, za to znowu spotkam się z nic niewnoszącymi opisami. Czasem więcej, nie znaczy lepiej. Mimo wszystko będę czekała. Zagadki za bardzo mnie interesują.





Czytaj dalej...

Kobiety ciężkich obyczajów



Długo przyszło mi poczekać, na możliwość przeczytania ostatniej części z serii „Matki, czyli córki” Nataszy Sochy. Wszędzie widziałam i słyszałam, że jest najmocniejsza książka z trylogii. Już nie taka zabawna, chwilami wręcz brutalna w szczerości opisów.

Niecierpliwiłam się ogromnie, ale cóż było poradzić, musiałam czekać i oto w końcu, nadeszła chwila, gdy zasiadła do czytania. I czytałam do tej pory, aż skończyłam, a stało się to w środku nocy, cóż poradzić, są książki, których nie można odłożyć na jutro".




Kwiryna przyjeżdża do Warszawy jako nastolatka. Matka wysyła ją do wielkiego miasta, twierdząc, że tam ma szansę na lepsze życie niż we wsi. Dziewczyna miała udać się pod podany adres, by na początku móc się gdzieś „zaczepić”, ale zbieg okoliczności sprawia, że poznaje Lucynę, doświadczoną życiowo, nieco starszą od niej kobietę. Obie są samotne i potrzebują pomocy. Być może siła wyższa zdecydowała, że miały się poznać i razem stawić czoła trudnej codzienności.

Kira nie lubi mężczyzn. To znaczy, nie lubi być od nich zależna, nie chce się za żadnym uganiać. To oni mają płakać, kiedy ich zostawia, oni mają cierpieć. Nie Kira. I nie czuje potrzeby wiązania się z tym jedynym. Zabawa trwa dopóki nie padają poważne deklaracje. Wtedy dziewczyna zakańcza relację, szybko i w miarę bezboleśnie. Dla siebie oczywiście. Tego, co czują porzuceni, nie bardzo ją obchodzi.

Przestała wierzyć w prawdziwą miłość. Jej serce tylko raz zostało zranione, od tamtej pory postanowiła mieć wszystko pod kontrolą.

Dwie kobiety, które łączy pokrewieństwo, a dzieli wiele lat. Niby odległe, a jednak bliskie. I chociaż Kwiryna została wprowadzona w świat prostytucji niezupełnie w pełni radośnie, to zrozumiała, że takie życie jest lepsze, niż zamartwianie się o kolejny dzień, co włożyć do garnka i przede wszystkim za co?

Kira nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest podobna do prababki, o której nigdy nie słyszała. Nikt też nie wiedział, co takiego uczyniła ta pierwsza, że została znienawidzona przez własną córkę. A gdy sprawa ujrzała światło dzienne, coś jeszcze nie dawało spokoju.






Chciałabym zacząć od słów — Ach! Cóż to była za książka! Ileż emocji, napięcia i tej charakterystycznej atmosfery przedwojennej Warszawy. Jakże ciekawie czytało się te opisy miasta, ludzi i wszystkiego, co działo się właśnie wtedy.

Wątki z Kwiryną i jej losami były naprawdę bardzo wciągające. I nie tylko ze względu na profesję, którą się zajmowała. Bo zanim do tego doszło, należało się odpowiednio przygotować. Właśnie droga do tej, można by powiedzieć lekkiej pracy, były pasjonujące i szczerze mówiąc, robiły na mnie ogromne wrażenie. Bo Kwiryna — Luiza, nie była jakąś tam podrzędną ulicznicą, to była dama do towarzystwa z wyższej półki.

Również bardzo interesujące były podboje Kiry, która z niewiarygodną wprawą i bezwzględnością zdobywała swoje ofiary i przyglądała się, jak wygląda kolejny upadek instytucji małżeństwa, czy też wierności w związku. Co nie powiem, chwilami przerażało, na myśl, że mężczyźni tak łatwo dają się zmanipulować. No cóż, należy mieć nadzieje, że będąc w związku, nasz partner nie spotka tego typu kobiety.

Oczywiście mamy podgląd na życie Kaliny oraz jej nowej rodziny. Utrzymującej się trudnej sytuacji z Konstancją, która uparcie nie potrafi zaakceptować nowego zięcia, tego, że w jej życiu znowu pojawił się wiarołomny mąż. Zbyt wiele spraw wymknęło się spod kontroli starszej kobiety. Latami uporządkowana codzienność legła w gruzach, a wszystko przez... szalejące hormony córki.

Chwaliłam poprzednie książki, bo i Hormonia i Dziecko last minute bardzo wpasowały się mój gust, tak teraz po prostu nie wiem co napisać. Kobiety po prostu są genialnie napisane. Zarwałam nockę, musiałam zakończyć. Nie zasnęłabym w nieświadomości. I gdy już dotarłam do końca, poczułam smutek. Bo koniec i co teraz?



Podsumowując, Kobiety ciężkich obyczajów po prostu trzeba przeczytać. Trzeba i koniec.






Czytaj dalej...

Tam gdzie czekał anioł

źródło


Moje kolejne spotkanie z twórczością Pani Doroty Schrammek. Byłam niezmiernie ciekawa najnowszej książki autorki. Dlatego też, gdy tylko dotarła, zabrałam się za czytanie. Wiele sobie obiecywałam po tym tytule. Liczyłam na wciągającą i ciekawą lekturę, a jak było w rzeczywistości?

 
 
Poznajemy Beatę, żonę i matkę. Kobietę, na tak zwanym zakręcie życiowym. Właśnie straciła pracę, poszukuje nowego zajęcia. Sprawę nie ułatwia upierdliwa teściowa oraz zgnuśniały mąż. Te i jeszcze inne powody, sprawiły, że postanowiła podjąć pracę w Niemczech, jako opiekunka. Poinformowała rodzinę, później rozpoczęła przygotowania do nowego etapu w swoim życiu. Tłumaczyła sobie, że wyjazd będzie w swego rodzaju, sprawdzianem jej małżeństwa, które w ostatnich latach jakby ostygło.

Podróż z Warszawy do Szczecina, upływa Beacie na rozważaniach i analizie własnego życia, czy dobrze postąpiła?

No ale nadchodzi pora, by wysiąść i stawić czoła nieznanemu. Na dworcu ma czekać pracodawca — Jakże miło z jego strony. Znam wiele kobiet pracujących w Niemczech jako opiekunki. Po ŻADNĄ nigdy nie wyjechał pracodawca.

Wraz z kobietą towarzyszymy podczas zajmowania się starszym małżeństwem. Problemami w domu-mąż ma ciągłe fochy o wyjazd małżonki. Teściowa jeszcze podjudza porzuconego syneczka. I tak cały czas.

Jest jeszcze pamiętnik, byłej więźniarki obozu, który znajdował się przy granicy. I to chyba jest najciekawsza część książki.

Napisałam już, że wiele obiecywałam sobie po książce. Niestety, niestety muszę napisać, że bardziej czułam rozdrażnienie niż ciekawość.

 
 
 
Pani Dorota Schrammek ma dziwną tendencje, ciągle i uparcie porównywania Polski i Polaków do Niemców. Oczywiście tych pierwszych, stawiając w złym świetle. Bo przecież u nas jest tak źle, a Niemcy to kraina mlekiem i miodem płynąca.

Sama fabuła była nijaka. Nie wiem, gdzie autorka posiłkowała się wiedzą, skąd zaczerpnęła informacji na temat pracy opiekunek. Bo każda, którą znam, nie miała tak komfortowych warunków. Bardzo przerysowane. Naprawdę, jeśli już tak bardzo chce się pokazać temat z pięknej strony, należy się dowiedzieć w kilku źródłach.

Bo tutaj akurat mam bardzo dobrą znajomość. I wiem, jak wygląda to zajęcie. U nich, jak i u nas są lepsi i gorsi ludzie. Dlatego nie pojmuje, skąd u Pani Doroty tak ogromna niechęć do jakby nie było swoich rodaków. Widać prawdą jest, że Polacy mieszkający w Niemczech, zachowują się dosyć osobliwie, drwiąc z własnego kraju. Smutne i jakoś pozostawia niesmak. Zwłaszcza że autorka, jakby nie było — wydaje w tej złej Polsce, a nie „cudownych Niemczech". Gdzie wszystko można od ręki załatwić. Gdzie każdy stoi z otwartymi ramionami.

I jedyne co mnie ciekawiło, i tylko dlatego dokończyłam książkę, był pamiętnik. Tylko na sam koniec nie bardzo wiedziałam, po co było tyle upchnięte w jednej maleńkiej książeczce?

Brak dynamiki, brak przewodniego wątku. Odnosiłam wrażenie, że książka była napisana, tylko po to, by kolejny raz, pokazać jak to u naszych zachodnich sąsiadów jest wspaniale — Eden wręcz. A tutaj, jedno wielkie dziadostwo i w ogóle wstyd się przyznać do pochodzenia. Nie wiem, chyba powinnam się przeprowadzić. Wszak do granicy mam tak zwane — dwa kroki.

Jest mi smutno, jestem zła. Ponieważ nie interesuje mnie, jakie ma poglądy Pani Dorota, i tego typu przytyki, powinna zostawić dla grona własnych znajomych. A nie „raczyć” nimi czytelników. Nawet pogoda u nas jest gorsza. No ja nie wiem. Powinniśmy wszyscy emigrować.
Czytaj dalej...

Zegarmistrz światła



Nie czytywałam biografii, nie ciągnęło mnie do zagłębiania się w życie znanych ludzi. Nie wiem, mam wrażenie, że są tematy, o których nie powinno się wiedzieć. I pewnych granic po prostu nie przekraczać. Co więcej, jak można ocenić zwierzenia drugiej osoby? Bo uważam, że w pewnym sensie, opowieść, jaką odkrywa dana osoba, jest w pewnym stopniu zwierzeniem dla czytelników. Jak dalece prawdziwe? Tutaj pozostaje mieć zaufanie do autora.

Jakiś czas temu zainteresowała mnie rozmowa Tadeusza Woźniaka z Witoldem Górką i nie dlatego, że jestem jakąś specjalnie wielką fanką muzyka. Po prostu coś sprawiło, że poczułam chęć przeczytania. A jakie są moje wrażenia po zakończonej lekturze?

Tadeusza Woźniaka zna większość, oczywiście dla większości znakiem rozpoznawczym jest słynny "Zegarmistrz światła", myślę, że tutaj nie powinno być wątpliwości. Jednak zanim powstał ten niepowtarzalny utwór, Tadeusz Woźniak przebył długą drogę, by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest.

Swoją opowieść zaczyna od początku. Czyli dzieciństwa w powojennej Polsce, wspomnienia te są bardzo intymne, muzyk opowiada o biedzie, z którą zmagała się rodzina, co nie znaczy, że w ich domu czuli się nieszczęśliwie. Wtedy były ważniejsze sprawy. Warszawa powstawała na nowo z gruzów. Jako dziecko biegał pomiędzy gruzowiskami i widział, że oto na jego oczach dzieje się coś ważnego.

Później nastąpiła zmiana ustroju, wielu kojarzącym ze złem i uciskiem. Jednak dla kogoś, kto wychowywał się w naprawdę trudnych warunkach, trudno jest stanąć przeciwko temu, co sprawiło, że mógł pobierać nauki w dobrych szkołach, odbić się od przysłowiowego zera społecznego. Nie oszukujmy się, po wojnie było trudno się dorobić.

Woźniak w swoim wywiadzie jest niesamowicie szczery, co sprawia, że czyta się go niespodziewanie lekko, nie ukrywa popełnionych błędów, które w taki czy inny sposób zmieniły bieg przyszłości. Opowiada o znajomościach, mniej lub bardziej ważniejszych. Swoim odkrywaniu muzyki. Pierwszych wyjazdach w trasy koncertowe, nagranych płytach. Procesu powstawania.

Czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Z początku obawiałam się, że może popełniłam błąd, sięgając po tę książkę. Na szczęście moje obawy bardzo szybko się rozwiały. Dodatkowo książka została wzbogacona fotografiami z różnych etapów życia artysty, możemy podejrzeć, jak wyglądała okładka pierwszej płyty, poznać z historią powstania, jak wyglądały produkcje muzyczne w czasach PRL-u. Mnóstwo ciekawostek, które sprawiły, że ujrzałam Tadeusza Woźniaka, nie tylko jako znanego muzyka, ale człowieka latami dążącego w określonym kierunku. Ta droga była różna, zdarzały się wyboje, zakręty, ale jednak cel zostawał ten sam.

Jestem mile zaskoczona książką, tego, jak dobrze się ją czytało. I przyjemnie wracało do przerwanych rozdziałów. Myślę, że każdy, kto jest ciekawy tego tytułu, nie powinien zwlekać. Warto nabyć i podczytywać. Po prostu pozwolić sobie, wczuć się w rozmowę dwóch mężczyzn, wyobrazić, o czym opowiada Tadeusz Woźniak. Naprawdę warto.
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.
Czytaj dalej...

Dzisiaj kosmetycznie

Jakiś czas temu pisałam Wam, no dobrze dłuższy czas temu pisałam, że chciałabym wprowadzić na  bloga pewne urozmaicenie. Bo wiadome, nie samymi książkami żyjemy i poza czytaniem, zwłaszcza kobiety - chociaż i mężczyźni też. Dbamy o siebie. Skórę twarzy i reszty ciała. 
Dlatego postanowiłam, od czasu do czasu, podzielić się moimi spostrzeżeniami na temat kosmetyków, które polubiłam albo stanowczo odradzam. Posty nie są sponsorowane, nie mam z tego żadnych profitów. Wszystko zakupiłam z własnych pieniędzy, mogę pisać co chcę. Zresztą, nawet gdyby ktoś zaproponował współpracę, moje podejście nie ulegałoby zmianie. W końcu już mnie troszkę poznaliście. 

Na początek skromnie. Zacznę od tak zwanej "tańszej półki". Nie wiem dlaczego, ale utarło się, że za ceną idzie jakość. Oczywiście sporo w tym racji, ale czy rzeczywiście, należy inwestować w najdroższe produkty, omijając te mniej znane i tańsze? 


Na początek produkty, które poznałam w tym roku.







1. Płyn micelarny 3 w 1 rumianek - GREEN PHARMACY

Zanim napisze o płynie, muszę nadmienić, że moja twarz jest straszna. To znaczy skóra. Jestem alergikiem. I bardzo agresywnie reaguje na środki z nadmiarem chemikalów - to moja potoczna nazwa. W zasadzie odkryłam, że im płyn tańszy, tym jego skład jest mniej rozbudowany i nie uczula mnie.Przypadkiem byłam w HEBE i ten oto płyn miał promocję, lubię rumianek, więc pomyślałam, że fajnie bo duża butla. Kupię i będzie na dłużej. 

No i tak.
Zapach - nie wiem, nie czuje, ale mój węch jest z lekka upośledzony, więc prawdopodobnie coś czuć, ale ja tego nie wyłapuje. 
Skuteczność - Zmywanie jest w porządku, twarz nie jest ściągnięta. Po niektórych płynach miałam takie odczucia. W tym nie, ale.. No jakoś bez szału.  
Oczy - troszkę podrażnia, ale tutaj też. Ja mam bardzo wrażliwe oczy, rzekłabym, że nawet bardziej niż bardzo. Praktycznie muszę uważać co pcham w oko, co tam w leci. Ostatnio miałam paskudny przypadek alergii spojówki, która mi spuchła. Widok haniebny, uczucie jeszcze gorsze. Nie polecam. 

Podsumowując - płyn był bardzo tani, na promocji dałam za niego jakieś 4złz hakiem.  Bez promo chyba 7zł. Cena naprawdę malutka. A butla ma 500ml, czyli albo skład podejrzany, albo firma się jeszcze nie rozbrykała. Mam nadzieje, że to drugie. 
Czy polecam? Tak, jeśli nie nosicie ciężkiego makijażu - nie wiem jak przy takim sobie radzi. To brudki z całego dnia fajnie zmywa.







2. Przeciwzmarszczkowy krem do twarzy RÓŻA - GREEN PHARMACY 


Firmowa siostra kremu, jak już się pewnie domyślacie, również zgarnęłam na promocji. No ale tutaj już nie będzie tak wesoło. Buuu
Zapach - Mój Boże, ten zapach w niczym nie przypomina róży, po otwarciu miałam wrażenie, że uderzyła mi w paszczę cała tablica Mendelejewa. TRAGEDIA. Nawet teraz, gdy chciałam Wam zrobić zdjęcia, i otworzyłam opakowanie, zapach mnie sponiewierał. Musze umyć ręce i gdzieś to wynieść. Róża a raczej paskudna podróbka zapachu róży zabija. Ja z moim słabym węchem mam dosyć, co dopiero normalni ludzie?

Konsystencja - Dziwna, no dziwna, Nie jest kremowa. Taka jakaś dziwna. Nie podoba mi się, jest za białe, za tłuste. Nie kupuje tłustych kremów, tylko nawilżające, a ten zalatuje smalcem chemicznym. Położyłam go na jedną chwilę na swojej facjacie. Uwierzcie i nie próbujcie, okropne wrażenie. Szybko zmywałam. 

Nie podrażnił mi skóry, nie miałam wysypki, ale jakoś ta chemia uderzała zbyt mocno, nie wchłaniał jak powinien, ogólnie odnosiłam wrażenie jakbym posmarowała się olejem wymieszanym ze smalcem... Bez komentarza ;D 

Tutaj cena (około 5zł na promo)  niestety odzwierciedliła jakość. Tani krem, tani skład, marna jakość. Smutne. 







3. Krem do rąk i paznokci ( filtrat ze śluzu ślimaka) - Vis Plantis 


To jest moje odkrycie roku, a nawet życia! Kremów do rąk miałam.. ohoho. Nie zliczę, na równi z tymi do twarzy - chociaż patrząc wyżej można odnieść wrażenie, że raczkuje w tej dziedzinie. Nic bardziej mylnego.
Wracając do ślimaka - tak nazwałam ten krem, kupiłam go przypadkiem. Miałam na maksa suche dłonie, skóra aż pękała, potrzebowałam na już coś, co mi odratuje. Złapałam ten ze ślimakiem i od razu posmarowałam. 

Zapach - jest bardzo delikatny, podobnie jak płyn , dla mnie niewyczuwalny.  

Konsystencja - ten krem jest wspaniały, daje natychmiastowe cudowne uczucie na skórze. Jakby kładł jedwabistą powłokę.  Efekt jest zdumiewający, miałam naprawdę mega przesuszone dłonie, w dodatku mam skłonne do podrażnień, przez co wychodzi mi uczulenie. W tych miejscach jest katastrofa, ponieważ skóra jest napięta i po prostu mi pęka.  Ten krem zdziałał cuda. Odkąd go używam. Nie mam żadnych problemów. Łapki delikatne przyjemne w dotyku. 

No i najważniejsze, cena kremiku jest naprawdę piękna. Poniżej na zdjęciu sami zobaczycie. Jakoś nie pozbyłam się nalepki. 






Tak prezentują się nowości kosmetyczne. I chociaż od lat staram się nie zmieniać kosmetyków, z racji mojej skłonności do alergii, to jednak czasem się skuszę. Niekiedy świeżynki nie okazują się strzałem w dziesiątkę, ale jak w przypadku ślimaka, można się miło zaskoczyć. 

Jeśli spodobał się Wam post, który jest testowy. Nie wiem czy chcecie więcej, przedstawię Wam produkty dla takich uczuleniowców jak ja.  Niestety ceny już nie będą takie piękne. Ponieważ naturalne składniki mają swoją wartość. Czy i co polecam, w następnym poście:)


Czytaj dalej...

Najtwardsza stal



Dante chciał pokazać, że miłość pochodząca od Boga jest czysta, ale gdy trafia w nasze ręce, potrafimy to spieprzyć. My, zwykli śmiertelnicy, często nadużywamy miłości. Miłość zbyt silna może być tylko żądzą, a miłość nadużywająca może doprowadzić do gniewu.

Przeszłość może być trudną lekcją, powodować wyrzuty sumienia, strach, smutek, niekiedy lęk połączony z niechęcią do walki o lepsze jutro. Nie zawsze jest to co prawda zależne tylko i wyłącznie od nas, ale nie wolno wmawiać sobie, że po traumatycznych przeżyciach i zadrach w sercu nie ma się już prawa na bycie szczęśliwym, tym bardziej, że owo uczucie może przyjść do nas nieproszone i możemy być kompletnie zaskoczeni jego nagłą obecnością. Co się wtedy dzieje? Obawa, ucieczka, blokada, panika? Być może. Warto się chyba jednak zastanowić, czy nie lepiej jest przyjąć nowe radości, cieszyć się chwilą i dać im szansę? Może są właśnie po coś, przyszły w charakterze plastra na stare rany, a ich zadaniem jest zrośnięcie blizn? 

Harper Connelly zaczęła nowe życie - teoretycznie. W praktyce jednak wygląda to tak, że kobieta ukrywa się pod nowym nazwiskiem przed byłym partnerem - Nathanem - narkomanem i psychopatą - który, jak łatwo można się domyślić, zrobił jej z życia piekło. Bohaterka każdego dnia wstaje z przerażeniem w oczach, drży o zdrowie swoje i bliskich, nie umie znaleźć nic, co dałoby jej radość i ukojenie. O dawnych wydarzeniach nie może też zapomnieć przez blizny na plecach, które powstały na skutek uprowadzenia. 

Trent Andrews po różnych, trudnych życiowych sytuacjach, po latach trenowania u mistrza w salonie tatuażu, otwiera własne studio, dzięki któremu staje się dość popularnym twórcą. Wydawałoby się, że ma już wszystko, na czym w życiu mu zależało, spełnia się zawodowo i nie brakuje mu pieniędzy, jednak wewnątrz czuje, że nie wszystko jest tak, jak powinno być... Pewnego dnia spotyka na ulicy śliczną dziewczynę, nie potrafi uwierzyć, że szczęście się do niego uśmiechnęło. Jest w jeszcze większym szoku, gdy parę godzin później, w środku nocy, ta sama dziewczyna przychodzi do niego do pracy, żeby poprosić o zrobienie tatuażu na bliznach. 

Jak łatwo się domyślić, pięknością tą jest Harper, która wreszcie postanawia raz na zawsze odkreślić przeszłość grubą kreską i dzięki pomocy Trenta zerwać z traumą. Co dzieje się dalej? Rozpoczyna się nowy okres życia dla tej dwójki. Nie wszystko, co prawda, zaplanowali, ale tak to już jest, że najlepsze przychodzi samo, bez zapowiedzenia. Gdy życie zaczyna płynąć zgodnie z planem, pojawiają się komplikacje, które zaczynają burzyć idealnie stworzony świat. Trent dostaje propozycję udziału w telewizyjnym show, dzięki czemu jego kariera zawodowa dostanie rozpędu, natomiast Harper dostaje niepokojące esemesy i czuje się obserwowana. Domyśla się, że były partner trafił na jej trop i "zabawa" zaczyna się od nowa... 

Czy to wszystko będzie można jakoś pogodzić? Czy Nathan odnajdzie swoją byłą dziewczynę i ponownie zrobi z jej życia piekło? Czy Trent stanie się sławnym tatuażystą, woda sodowa uderzy mu do głowy i zatraci swoje priorytety? Jaką rolę w tym całym zamieszaniu odegra policja i nauczyciel samoobrony? Dowiecie się, jeśli sięgniecie po Najtwardszą stal z cyklu Tatuaże. 

Naprawdę wiele można powiedzieć o tej pozycji. Na pewno nie jest to historia jakich wiele, która irytuje swoją przewidywalnością. Jestem jednocześnie pozytywnie zaskoczona, jak i zażenowana, jeśli chodzi o pewne aspekty, ale po kolei...

Przyjrzyjmy się bliżej kreacjom głównych bohaterów. To, na co warto zwrócić uwagę to przede wszystkim psychika Harper. Choć dziewczyna jest pogubiona i zastraszona, podziwiam fakt, że mimo traumatycznych przeżyć była gotowa się podnieść i zacząć walczyć od nowa. Oczywiście wymagało to odwagi i samozaparcia, ale są to cechy, które nie towarzyszą każdemu człowiekowi. Harper jest doskonałym przykładem na to, że czasem warto przeszłość przekreślić grubą kreską i pójść dalej, bez względu na wszystko, co próbujemy nazwać "przeciwnościami". Nie byłabym jednak sobą, gdybym się do czegoś nie doczepiła. Tak jak bohaterka wywarła na mnie dosyć pozytywne wrażenie, tak momentami jej podejście do osób, na których jej zależało strasznie mnie denerwowało. Niekiedy zachowywała się strasznie egoistyczne, nie myślała o uczuciach innych, skupiała się tylko na swoim JA. Wiadomo, że wszystko było dla niej trudne i nowe, ale nie zmienia to faktu, że nie powaliła mnie tym na kolana.

A teraz niech nasza uwaga zostanie poświęcona Trentowi. Warto docenić jego pasję i to, że doszedł do wszystkiego sam, jest człowiekiem spełnionym pod względem zawodowym i czuje się dobrze w swojej skórze. Pojawia się w życiu Harper nie tylko wtedy, kiedy ona potrzebuje jego. Chłopak zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę on też potrzebował kogoś, z kim będzie mógł porozmawiać o tym, czym się zajmuje na co dzień, kto stanie się dla niego odskocznią i wsparciem. Poczuł to wszystko dopiero wtedy, gdy do jego życia wtargnęła Harper i zaczął z nią rozmawiać. Moim zdaniem bohater został dobrze wykreowany, ale zastanawiam się, czy nie ma w nim zbyt dużo pozytywnych, momentami wręcz idealnych cech. Rzadko w dzisiejszym świecie spotyka się ludzi, którzy nie mają żadnych wad, a ich czyny są od początku do końca altruistyczne. Oczywiście nie neguję takiej postawy, zwracam tylko uwagę na fakt, iż aktualnie jest to rzadko widoczne w społeczeństwie.

Gdy myślę o fabule Najtwardszej stali w głowie pojawia mi się wątek typowy dla New Adult, jednakże sama postać Nathana i historia z jego aresztowaniem, warunkowym zwolnieniem i nękaniami głównej bohaterki powoduje, że do końca nie wiadomo, co wydarzy się dalej. Można przypuszczać, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, ale tajemnicze esemesy i wieczna obawa Harper, że coś jest nie tak, buduje w czytelniku pewnego rodzaju napięcie. W związku z tym siedziałam i czytałam, mijały minuty, godziny, pół nocy, a ja nie mogłam się oderwać. I nie dlatego, że miałam wypieki na twarzy związane z moją osobistą fascynacją nad tą historią, ale dlatego, że zaciekawiło mnie, czy ten psychopata wróci i namiesza w życiu głównych bohaterów. Przyznam szczerze, że reszta wątków interesowała mnie najmniej, chociaż styl pisania Scarlett Cole nie jest banalny - wręcz przeciwnie - przyjazny dla odbiorcy. Wnioski nasuwają się same: nie warto przekreślać życia i przyjemności, które chce nam ofiarować, tylko dlatego, że przeszłość nas zmiażdżyła i zepsuła światopogląd. Co więcej, czasem trzeba otworzyć się na nowe, dać się ponieść i po prostu - zaryzykować.

Podsumowując, książkę generalnie polecam. Uprzedzam jednak, że nie jest to unikatowa historia w kategorii New Adult, ale po lekturze myślę, że warto się z nią zapoznać. Jedno jest pewne - nie zmęczycie się podczas czytania, ponieważ autorka i jej pióro wam na to nie pozwoli. Czy się spodoba? Czy zwrócicie uwagę na wątek kryminalny i będziecie ciekawi jaką krzywdę może jeszcze wyrządzić Nathan? Myślę, że to już indywidualna kwestia, w końcu każdy z nas jest tak bardzo odmienny. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka