Wczoraj, dzisiaj, jutro



Większość rodziców wie albo niebawem się dowie. Jakie trudności mogą przysporzyć dzieciom niektóre nazwy. Zwłaszcza te dotyczące czasu. Bo dlaczego wczoraj to przeszłość, a jutro przyszłość? I co te stwierdzenia w ogóle oznaczają? Jakie mają odniesienie w życiu? Niby proste pytania, odpowiedzi powinny być jeszcze łatwiejsze. Nic bardziej mylnego. Dzieci mają troszkę inne postrzeganie świata.

Należy umiejętnie wprowadzić w tajniki, które pomogą w rozróżnianiu „jutra” od „dzisiaj”, i naprzeciw dzieciom oraz rodzicom, wyszedł Pan Grzegorz Kasdepke ze swoją książeczką Wczoraj, Dzisiaj, Jutro.

Bohaterką jest dziewczynka, która musi, wykonać polecenie mamy. Sprawy jednak nieco się komplikują, bo gdy kończy się dzisiaj, a zaczyna jutro, trudno jest pogodzić swoje obowiązki. Bo w końcu Wczoraj już minęło, odeszło i nie wróci. Dzisiaj trzeba posprzątać po Wczoraj, mama prosi, by nie odkładać na Jutro...



Jak pomóc maluchowi w zrozumieniu, tak skomplikowanych spraw? Myślę, że ta książeczka będzie bardzo przydatna. I nawet jeśli od razu nie będzie efektów, to przynajmniej maluch zrozumie, że nie jest sam w odgadywaniu zagadek świata, w którym się znajduje.

Mam nieco mieszane uczucia co do ilustracji. Podczas czytania i przeglądania, odnosiłam wrażenie chaosu. Według mnie zbyt wiele się dzieje, nie wiem, może to tylko moje odczucia. Inni rodzice wraz z dziećmi będą zadowoleni. Niestety mnie przytłacza klimat, w jakim całość została osadzona.

Pan Kasdepke postarał się o ciekawe objaśnianie, a agresywne ilustracje jakby biorą górę nad treścią.

I o ile bardzo spodobał mi się tekst, tak obrazki są po prostu ciężkie i niepasujące. Widać ilustratorka chciała bardzo zwrócić uwagę małego czytelnika, jednak nie na darmo jest powiedzenie — Od nadmiaru...






Patrząc na strony, tekst gubi się na tle rysunków. Co nie bardzo mnie przekonuje, ponieważ uważam, że ilustrację mają pomagać podczas czytania, a nie zagłuszać. No, ale to tylko takie uwagi. Bardzo możliwe, że będę w nich odosobniona.

Niemniej, uważam, że warto zwrócić uwagę na tę pozycję. Ciekawie tłumaczy i na pewno może pomóc dorosłym, jak i dzieciom.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Magiczna Dżungla



Pamiętacie jak nastała moda na kolorowanki? Nagle dosłownie wszędzie, można było natknąć się na cudowne książki, w których za sprawą kolorowych kredek mogliśmy stworzyć przepiękne dzieła. I tak naprawdę, nie mam zielonego pojęcia, kto i dlaczego stwierdził, że to zajęcie ma odstresować. No ale, nastała moda i spora część ludzi poddała się temu. Nawet Ja. W sumie nie do końca dlatego, że moda. Otóż zdradzę pewną tajemnicę. Nie umiem malować. Oprócz serduszek. Jednak ileż można dziabać tych serc? Dlatego, gdy moda wyszła naprzeciw mojemu antytalentowi, poczułam, że oto już mogę całkiem legalnie, zaprzestać podbierać malowanki moim bratankom i nabyć coś dla dużych dzieci.

W taki oto sposób trafiła do mnie Magiczna Dżungla, wydawnictwa jedne przez drugie, wypuszczały coraz to lepsze egzemplarze. Ja tylko mogłam zacierać łapki, zaopatrzyć w kredki i kiedy odebrałam swoją kolorowankę....

.... Własna, rodzona MATKA mi ją odebrała.... 





Tak, taka jest brutalna prawda. Malowanka tylko przez chwilę cieszyła moje oczęta. Już, już widziałam, jak zasiadam, jak wypełniam kolorami białe pola. Jak w czarnych konturach tworzę przepiękne dzieła sztuki. Kredki przygotowane. Ja też!

Niestety, nie przewidziałam jednego. Pazerności własnej, w dodatku rodzonej matki. Nie wiem, nie mam pojęcia, gdzie popełniłam błąd, ale jednak. Zostałam brutalnie pozbawiona malowanki. Dlaczego?

„ Bo Ty i tak nie umiesz kolorować, JA zrobię to lepiej".

Nie wiem, czy zrobiła lepiej. Czasem, gdy nie widziała. Sięgałam po nią, kartkowałam i wyobrażałam, jakich ja użyłabym kolorów....





Sami popatrzcie, czego zostałam pozbawiona. A tak bardzo chciałam poddać się kolorowaniu. Nie, nie mogłam. Bo przecież jeszcze bym wybrała nie ten kolor, co trzeba, I małpa byłaby czerwona zamiast brązowa.

Niestety przyznać muszę, efekt jest całkiem całkiem. Magiczna Dżungla ożyła. Dzięki kilku kolorom przestała być tylko białym papierem z czarnymi konturami.

Czy spełniła swoje zadanie odstresowania? Chyba tak. Sama tego nie doświadczyłam, ale mama siedziała przy niej godzinami.





Jedyne czego obie nie przewidziałyśmy, to tego, jak marne teraz produkują kredki. Dokładniej, jakie mają beznadziejne barwniki. Nie wiem, jakiej firmy kupować, by efekt był bardziej soczysty. Może macie swoich ulubieńców? My zakupiłyśmy już najróżniejsze i naprawdę nie z tej niższej półki. Niestety, to nie jest to, czym malowałam w czasach dzieciństwa. Jeśli macie sprawdzone i możecie mi coś polecić, bardzo proszę.

A Magiczną Dżunglę polecam każdemu, jak widać, wiek nie ma znaczenia. Miała być dla mnie, a obeszłam się tylko widokiem z daleka.



Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowy Pies.
Czytaj dalej...

Cztery pory roku



Dzisiaj, w ten jakże ponury i niezbyt nastrojowy dzień, przychodzę z opinią bajeczki. Zjawiła się u mnie jakiś czas temu, troszkę o niej zapomniałam, zupełnie nie wiem dlaczego. W każdym razie kilka dni temu wpadła mi w ręce i okazało się, że zachwyciłam się wydaniem. Zajrzałam do środka i było tylko lepiej.

Nie muszę chyba pisać, o czym jest, bo już tytuł mówi sam za siebie. Dodam od siebie, że całość jawi się naprawdę genialnie. Każda pora roku jest zachowana w odpowiedniej tonacji kolorystycznej, charakteryzującej dane zjawiska pogodowe i tego jak zmienia się przyroda. Co sprawia, że jeszcze bardziej przykuwa naszą uwagę. Dodatkowe rymowanki, wierszyki są uzupełnieniem całości.





Ilustracje są naprawdę śliczne, takie typowe dla bajek z mojego dzieciństwa, po prostu nie mogłam oderwać się od tej książeczki. Krótkie teksty, w sam raz skierowane do dzieci na początkowym etapie czytania.  Czcionka, kolor kartek jest  bardzo w moim guście. Ponieważ lubię te żółte karty, pachnące tuszem.   Jestem naprawdę zachwycona tym wydaniem.  Każdy rozdział  to inna pora roku. Razem z nim informacje, które warto wiedzieć. Co dzieje się z liśćmi, jakie ptaki, kiedy i gdzie odlatują na zimę. I wiele innych przydatnych wiadomości. 





Książeczka jest naprawdę bardzo ciekawa i śliczna. Pobiła moje serducho. Myślę, że każda mama powinna zakupić swojemu dziecku. I nawet jeśli jeszcze nie potrafi czytać, zachwyci się przepięknymi ilustracjami. W końcu wspólne spędzanie czasu na czytaniu może być podzielone na role. Dziecko ogląda, a rodzic czyta. Tutaj nie ma szans, by maluch znudziło oglądanie.

Muszę się przyznać, że często otwieram i przeglądam sobie Cztery pory roku, niby taka mała, zwykła książeczka, ale jednak przykuwa uwagę, nawet dorosłego. Mnie kojarzy się z odległymi latami, do których z chęcią bym wróciła. I w sumie dzięki niej, mam okazję, chociaż na chwilkę cofnąć w czasie.

Naprawdę szczerze polecam, warto zasilić domową biblioteczkę malucha w Cztery Pory Roku.



 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Czytaj dalej...

Przebudzona




Misja Miriam się dopełniła. Praca, którą się zajmowała była tylko przykrywką, tak naprawdę chodziło o jeden cel, reszta wynikła jakoś z siebie. I gdy przyszła odpowiednia chwila, kobieta wiedziała, co musi nastąpić, ale czy przewidziała właśnie taki obrót sprawy?

 

 " - Pewnie to pytanie już Cię męczy, ale i tak nie potrafię się powstrzymać. Jakim cudem żyjesz?

Również się nachyliłam i zbliżyłam usta do jego ucha, jakbym chciała zdradzić mu tajemnicę.

- Masz rację - wyszeptałam. -  Męczy mnie to pytanie. "*


 

Trzy miesiące, tyle minęło od tragicznych wydarzeń. Od tamtej pory Iwan nie przespał ani jednej nocy. Wyrzuty sumienia, rozpacz i sam nie wiedział co jeszcze, gnębiły go nieustannie. Nawet alkohol nie potrafił stłumić targających nim uczuć. Co dalej? Gdzie jest ciało Miriam? Dlaczego nie zdołał jej pomóc?

Nieoczekiwany telefon, szybka decyzja i już po kilku godzinach widzi ją, żywą, chociaż powiedzieć całkiem w dobrej formie byłoby na wyrost. Jednak żyje. Dlaczego? Jak? Odpowiedzi na te i wiele innych pytań, nie zna nawet główna zainteresowana. Wróciła. Szczęście mężczyzny jest ogromne, trochę mniejszym optymizmem pała przywrócona do żywych.

Jest coś, co niepokoi Miriam, ale odsuwa od siebie te myśli. Dla niej wszystko zostało zakończone w noc, gdy umarła.

W dodatku miastu zagraża bestia. Nikt nie wie, czym jest, gdzie jej szukać i dlaczego atakuje. Wszystkie gatunki czują się zagrożone. W noc pełni spada zasłona strachu i przerażenia.

David musi interweniować, jego obowiązkiem jest ochrona swojego gatunku. Niestety  sprawa przedstawia się gorzej, niż mógł spodziewać. Zmuszony prosi o pomoc tę, która już raz umierała mu na rękach.

Miriam nie chce nikomu pomagać, nie chce już w nic interweniować. Nie wie jednak, że decyzja nie należy do niej samej. Zostaje zmuszona do wytropienia strasznej bestii, ale tak naprawdę, to nie ona jest celem jej poszukiwań. Kto zleca zadania, kto decyduje o jej życiu i śmierci?

 " Dostrzegłem rozbawienie w jej szarych oczach. 

- Wybierasz się na piknik? - niezupełnie. -

Wskazałem ręką do tyłu, gdzie leżał worek ze zwłokami. - Jadę zwrócić ciało.

- Odwiedziny u wielkiego złego wilkołaka! Nie mogę tego przegapić!"*


 


Byłam bardzo ciekawa, co przyszykowała Iga Wiśniewska, w kolejnej części. Bo niby sprawa została zakończona, a jednak Miriam wróciła. Dlaczego? Kim tak naprawdę jest ta dziwna kobieta?

Muszę zacząć od poziomu książki, wydaje mi się, że tutaj o wiele bardziej zawiewało grozą, było brutalniej i jakoś mroczniej. Szczerze mówiąc, niektóre opisy zmasakrowanych ciał, były dla mnie zbyt dokładne. Co oczywiście większość uzna za plus, ja jestem po prostu za bardzo wyczulona.

Można niepokoić się, że druga część będzie słabsza, bo jakoś się utarło, że po genialnym początku przychodzi spadek. Tutaj nie musicie się tego obawiać. Każda z postaci była jeszcze bardziej wyrazista, narracja prowadzona z perspektywy bohaterów jest ogromnym plusem. Mamy wgląd na ich myśli, spostrzeżenia danego wydarzenia.

I jeśli myślałam, że teraz sprawy szybko odnajdą swoje rozwiązanie, byłam w błędzie. Ponieważ każda strona nasuwała jeszcze więcej zagadek, nic nie zapowiadało odpowiedzi, która gdzieś tam się czaiła, ale co chwile zgrabnie umykała.

Nie chcę za bardzo opisywać fabułę, myślę, że po prostu trzeba sięgnąć po Przebudzoną, bo zakończenie szykuje coś naprawdę mocnego. I chyba nikt z czytających, akurat tego się nie spodziewa czy nie spodziewał.

Możecie jednak być pewni, nie będzie nudno. Wydarzenia nabierają rozpędu już od pierwszej strony i trzymają równy poziom do samego końca.

Oczywiście szczerze polecam, na pewno się nie zawiedziecie. Warto było tak długo czekać na Przebudzoną.
 
 
 
* Przebudzona
 
Czytaj dalej...

Król Kier



Od dawna powtarzam sobie, że nie będę zaczynała kolejnych serii. I do póki nie pojawiają się zapowiedzi nowości, moje postanowienie jest twarde. Niestety, do czasu. Bo gdy tylko rzucę okiem na nowinki wydawnicze, wiem co będzie dalej. 
Przegrywam z postanowieniem, znowu dałam się wciągnąć rozpoczęcie przygody z nowymi bohaterami. Czy jednak spotkanie z nimi, było na tyle fascynujące bym chciała kontynuować wspólną podróż ku nieznanemu?




Alicja uczy się w ostatniej klasie liceum. Ostatnio jej głowę zaprzątają przygotowania do studniówki. Uważa, że będzie to najważniejszy wieczór w jej życiu. Jeszcze tylko troszkę czasu.

I wydaje się, że nic nie powinno zakłócić zimowych dni, kręcących się wokół szkoły i domu. Związek dziewczyny też był idealny, znaczy się w jej mniemaniu. Maks, zawsze był, kiedy go potrzebowała, wspólnie spędzali wolny czas no i mieli iść razem na studniówkę.

Studniówka miała być najpiękniejszym wieczorem, a stała się przełomowym. I chyba od tamtej pory, świat Alicji jakby przybrał innego obrotu.

Po namowie przyjaciółki poszła na pokaz cyrkowych eksponatów. Wyjście pociągnęło za sobą wydarzenia, które odmieniły jej przyszłość.

W miejscu kojarzonym ze sztuczkami poznaje Hadriana, członka cyrkowców. Oczywiście chłopak jest nieziemsko przystojny i w ogóle. Jednak to, co przykuwa uwagę nastolatki, to maska. Niby zwykła, ale kiedy Alicja dłużej się jej przygląda, zauważa coś dziwnego...

Dziwne zjawiska, zdarzenie z maską będzie dopiero początkiem tego, co nagle zacznie się dziać w otoczeniu Hadriana. Chłopaka zajmującego nie do końca tym, o czym większość jest przekonana.



 


Ach Królu Kier, co ja mam o Tobie napisać? Byłam ciekawa nowości, wiadomo. No i w końcu zaszczycił mnie, Ten, o którym zaczyna robić się głośno, a myślę, że dopiero początek.

Zacznijmy od początku. Alicja jest zwykłą nastolatką, nie drażni, nie jest jakaś specjalnie ciapowata. Nie robi z siebie ofiary. Jest normalną uczennicą. Ma chłopaka i przyjaciółkę. Wiedzie sobie zwykłe życie, dopóki nie dochodzi do feralnej studniówki.

I tutaj ze zwykłej i nawet sympatycznej opowieści nastolatki, przechodzimy do kolejnej części książki. W momencie, gdy na pierwszy plan, wjeżdża Hadrian — mnie ciągle mylący się z Hardinem, nie pytajcie dlaczego. Sama chcę wymazać z pamięci to imię.

Wróćmy do Hadriana, magika albo dokładniej iluzjonistę, chyba. Mam nadzieje, że nie pomyliłam ich zdolności. Chłopak nie mieszka z rodziną, tylko grupą znajomych. Ma opiekuna, który grupie rozbitków stworzył dom. Raczej coś „domo podobne”, brzmi chyba znajomo? Jeszcze nie? To nic, nie martwcie się, w jednej z książek mieliśmy doktora o szczerym serduszku, tutaj mamy wspaniałego cyrkowca.

Idziemy dalej, zaczynają się dziać pewne rzeczy i nagle, okazuje się, że Hadrian nie jest jakimś tam magikiem, jego rodzinka również. Gdy Alicja znajduje sztylety w pokoju chłopaka, zaczyna się zastanawiać. Czy wspomniałam, że Hadrian jest przystojnym blondynem ze sztyletami? I walczy z demonami? A dokładniej — cieniami.

Z tytułem w ogóle jest ciekawostka, do tej pory się zastanawiam czy początkowy zamysł nie był inny. Ponieważ do pewnego momentu odnosiłam wrażenie, że fabuła zmierza w innym kierunku. Nagle puff i chyba autorka zmieniła zdanie. Być może jestem w błędzie. Tylko końcowe rozdziały są zupełnie różne pod każdym względem do pierwszej połowy, a nawet dalej.

Ni stąd, ni zowąd spotykamy Edwarda i Jace'a w jednym. Znaczy tak. Zachowanie Edzia, pod postacią blondasa z Darów Anioła. Mało tego, żeby nie było. Nie czepiam się samego wyglądu, pewne zdarzenia, nawet dialogi były łudząco podobne do tych, które spotkałam w innych książkach. Niestety zabrakło mi Julka (poza imieniem) z Caravalu. Smutno jakoś, ale może w drugiej części jest nadzieja?

No i mam problem. Bo z jednej strony, coś według mnie poszło nie tak. Z drugiej, trzeba dać szansę. Książka nie jest zła. Mamy taki miks innych znanych postaci, no ale ok. Możliwe, że to ja się czepiam — jak zwykle. Niemniej, można poczytać, całość jest przyjemna, jestem pełna nadziei, że następna część będzie lepsza i nie będę musiała się czepiać.

Król Kier ma poważny atut, czyta się naprawdę szybko, autorka lekko prowadzi czytelnika,
wiadomo, jeszcze nie ma ideału, ale nic od razu. Będę czekała na drugą część, zakończenie może nie zaskakuje, ale zostawia nas z pytaniami.


PREMIERA KSIĄŻKI - 25 października 2017

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle
Czytaj dalej...

Szczęście w miłości



Chyba większość moich czytelników wie, jak bardzo polubiłam książki Kasie West, to też, gdy tylko w zapowiedziach pojawia się nowy tytuł, wyczekują go ze zniecierpliwieniem. Jakiś czas temu premierę miało Szczęście w miłości, jakaż była moja radość, że oto kolejny raz mogę poznać nową i z pewnością ciekawą historię — bo musicie wiedzieć, West zawsze pisze ciekawie i wciągające. Czy i tym razem tak było? I pochłonęłam książkę jak jej poprzedniczki?



Poznajemy Maddie, ot zwykłą nastolatkę, stojącą u progu końca szkoły średniej. Przygotowania do studiów idą pełną parą, nastolatka ma rozplanowaną każdą minutę życia. Nie ma mowy o głupstwach. Jeśli chce dostać stypendium na opłaty szkoły, potrzebna dobra organizacja i systematyczność.

Nie ma mowy by rodzice pomogli, sami nie bardzo sobie radzą z utrzymaniem rodziny i tak naprawdę to Maddie pomaga im, dorabiając w Zoo. Ojciec bezrobotny próbuje szukać pracy, matka jako jedyna ma etat, brat od jakiegoś czasu ma problemy w szkole. I jakoś nie bardzo próbuje rozwiązać swoje problemy.

No ale od czego jest ukochana córka i siostra. Wprawdzie ma swoje życie, ale co szkodzi do swojej listy idealności, dodać zbawienie wszystkich? No właśnie.

Zbliżają się osiemnaste urodziny, nastolatka umawia się wraz z dwiema przyjaciółkami, na wypasioną imprezę. To był żart z mojej strony, owszem dziewczyny umówiły się, na siedzenie i o dziwo, nie zakuwanie, tylko plotki. No ale, sorry, kujonki nie chodzą na imprezy, planują swoje życie. A jeśli trafia się okazja, spędzają czas na jedzeniu przekąsek.

Aha. Maddie ma dziwne skłonności do zapamiętywania statystyk, ot takie skrzywienie, a może i nie? No w każdym razie, gdy kasjerka proponuje, by dziewczyna wysłała kupon, ta zarzuca jakimiś liczbami, które mają dowodzić, że nie ma szansy na wygraną. I w myśl tej idei, po kilku godzinach, wraca, by wysłać los. Nie dlatego, że chce sprzeciwić się statystykom, ot takie szaleństwo w urodzinowy wieczór.
Jak zapewne domyślacie się, wygrywa. I to całkiem ładną sumkę. Na rączkę wychodzi trzydzieści kilka milionów. Nie pamiętam ile, bo w przeciwieństwie do Maddie, jestem straszną ignorantką liczbową.  
Ważne, że pada wygrana i od tej pory życie naszej poukładanej panny zmienia się ogromnie. No w sumie każdemu wygranemu zmienia się życie. Wielkie mi halo.  Jak zachowa się nasza milionerka? 




Bardzo lubię Kasie West, to znaczy, w jaki sposób pisze o młodych, dla młodych. I naprawdę wiele sobie obiecywałam po tej książce. Rzuciłam się na nią niczym sępy na padlinę. Jakież więc było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że jest nijak. Dosłownie. Zaczęło się bezpłciowo. Czekałam na rozwój wypadków, bo może marny wstęp miał być tylko taką ciszą przed Bum.

I tak sobie, czekałam, czekałam i czekałam..., aż dobrnęłam do końca i gdy dotarłam do ostatniej strony, prawie popłakałam się z radości, że to już KONIEC!

Zanim jednak dobrnęłam do mety, musiałam zmierzyć z fabułą tak nudną i rozwleczoną, nie mogłam uwierzyć, że to moja ulubiona autorka poczyniła tak straszną tragedię.

Niby pomysł był fajny, bo biedna nastolatka, która ciągle bije się z myślami, jak poradzi na studiach bez wsparcia finansowego. No i ok, to jest problem. Sama musiałam zarabiać na swoje studia, nie jest niemożliwe. Dałam radę. A jaka satysfakcja. Wydać tyle kasy i nie mieć pracy. No, ale ja nie o tym.


Maddie wygrywa. Nagle jej świat się odmienia. I ok, chce obdarować rodzinę. Super. Ja bym nie dała kasy swojemu rodzeństwu. Jestem podła. Mnie nie dają. Ja też nie muszę - ot taka dygresja. Rodzicom mogłabym pałac wybudować. Oni mi pomagali (nie chodzi o pieniądze, ogólne wsparcie), teraz pora na mnie i Maddie tak robi. Pomaga rodzicom, pięknie z jej strony.  

Zastanawia się komu powiedzieć i jak. No ale haalloo. Wygrała miliony, nie jakiś biedny milionik. Tylko kilkadziesiąt. Wiadome było, że ludzie zaczną się nią interesować. Niekoniecznie z czystej sympatii. Tylko chcąc, by podzieliła się tym, co dostała. I wiecie, co mnie zaczęło denerwować?

Nie, nie chęć kupowania mega drogich szmat, pewnie od razu po wpłynięciu kasy na konto pobiegłabym do wypasionych sklepów. I poważnie, rozumiałam to zachowanie. Rozumiałam również, kiedy kupiła sobie auto zupełnie nie w jej guście. Kto bogatemu zabroni?

Nie zrozumiałam jednego. Czy ona była aż tak głupia, czy nagle rozum jej odebrało, ale jakim trzeba być ograniczonym, żeby uwierzyć w sympatię ludzi, którzy do tej pory nawet nie wiedzieli o jej istnieniu, mijali obojętnie. Teraz witających i zapraszających na kawę? Oczywiście postawioną przez Maddie — bo ją stać bardziej.

Ona tak robi, cieszy się jak głupia gąseczka, gdy podlatują nieznajomi, robią foteczki, biega na zakupy z nieznajomi, bo nagle powiedzieli, że jest fajna. Serio? Słabe strasznie.

I gwoździk programu. Sytuacja z Sethem znaczy takim jej kolegą z Zoo, naprawdę bardziej głupio nie dało się tego rozegrać.




Ogólnie, całość jest strasznie płytko i bez wyrazu napisana. Postacie są papierowe, nie można się wczuć, bo panuje jakiś nudny chaos, bardziej nużący niż budzący emocje. Tego uczucia miłości, które rzekomo było, ja nie odczułam. Tylko durnowate zachowanie Maddie, jej pseudo koleżanek i super braciszka. Z nim kolejna dziwna sprawa. Miał problem, dwa słowa, problemu już nie będzie, Bo, uwaga — OBIECAŁ... ha ha ha. Nie mam siły tego nawet komentować.

No i jeszcze absurd z pismem ze szkoły, Mój Boże, a cóż to miało być? Gwoździ do trumny było wiele, ale ten był po prostu zardzewiały i zgrzytał tak okrutnie, że aż mnie zabolało.

Nie mam pojęcia, co się stało. Nie mam pojęcia, dlaczego tak źle się stało. Ta książka jest słaba. Pisana jakby na siłę. Pomysł nie był zły, ale tak strasznie niedopracowany, że aż boli. Wmawiam sobie, że na okładce nie widnieje nazwisko West. I tego będę się trzymała.

Nie będę odradzała, nie będę też polecała. Nie moja decyzja, nie moja sprawa. Mnie książka brutalnie rozczarowała i chcę o niej zapomnieć.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Feeria.


Czytaj dalej...

Przygody kota Filemona




Pamiętacie kota Filemona? A Bonifacego? Chyba nie ma osoby, która chociaż raz nie widziała tej bajki. W telewizji albo w formie książeczki. Duet czarnego i białego kota jest znany do dziś. I chociaż stare kreskówki, wydawać by się mogło odeszły do lamusa, zaczynają powracać. Ku mojej ogromnej radości. Bo chyba nic nie przebije klimatu i ciepła, w jakim były tworzone.

Dlatego też dzisiaj przychodzę do Was z pięknym wydaniem tej właśnie bajki, która podbiła moje serce wiele lat temu i jest w nim do dziś.




Bajka rozpoczyna się od początku, to znaczy od momentu kiedy do domu, w którym mieszka dumny kocur Bonifacy wprowadza się malutki, lekko pokraczny kociak - Filemon. Jak przystało na osobnika płci samczej, starszy kocur nie czuje radości z przybycia towarzysza. W dodatku wścibskiego i ciągle gadającego. Ciekawość malucha męczy i irytuje. Najgorszy jest fakt, że w tych odczuciach pozostaje sam. Babcia z dziadkiem pałają radością wobec malucha, którego wszędzie jest pełno.  Dla dorosłego osobnika liczy się spokój i stały rozkład dnia,  najlepiej by miska była pełna, myszy same przychodziły pod nos, a zapiecek nie stygł. 




Co innego Filemon, przeciwieństwo starszego kolegi. Ten jest ciekawy świata, chciałby wszędzie wejść, otrzymać odpowiedzi na pytania, które nurtują, wejść tam, gdzie nie wolno i najlepiej by Bonifacy w końcu podzielił się swoją wiedzą na temat wielkiego, tajemniczego i nieznanego świata.
Niestety, daremne prośby, kocie dziecko jest niezrozumiane przez dumnego kocura.





I wiecie, co jest najciekawsze? Pamiętam, że jako dziecko, o wiele bardziej rozumiałam i lubiłam Bonifacego, postać Filemona wydawała się dla mnie zbyt nachalna, on wszędzie ganiał, zadawał sto pytań do.. Dziwne, bo przecież sama byłam dzieckiem, więc również miałam swoje ciekawości życia i tego, co dzieje dookoła, a jednak to ten zarozumiały wielki kocur podbił moje serce. Czyżby właśnie wtedy miała zadatki na kociarę, lubiącą spokój i ciszę? Nie mam pojęcia. Jedno jest pewne, sprawa wygląda podejrzanie, bo o ile przygody lubię i potrafię zaszaleć, to jednak wspominając siebie, z lat dziecięcych pamiętam, że byłam zbyt ostrożna. Moimi jedynymi „wyskokami” były wspinaczki po meblach, surowo zakazane. Nie lubiłam chodzić w miejsca, których nie znałam, nie byłam ciekawa samodzielnych ucieczek, moja przesadna ostrożność objawiła się bardzo szybko. Chyba urodziłam się z syndromem Bonifacego — po co się wysilać, skoro ciepły zapiecek i pełna miska wystarczą do szczęścia. Teraz chyba czuje lekko tym przerażona. I mam ochotę pobawić się w psotnika Filemona, U mnie jak widać, ze wszystkim na odwrót. Cóż poradzić.

Wracając do Przygód kota Filemona, przede wszystkim jest przepięknie wydana, aksamitna twarda oprawa, przepiękne ilustracje, z tamtych czasów, nic nie zostało unowocześnione. Za co jestem ogromnie wdzięczna. Żółtawe kartki, odpowiednia czcionka. Nie mam się czego przyczepić. Ten egzemplarz po prostu trzeba posiadać.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies.


Czytaj dalej...

Kącik zagubionych serc



Miłość. Pragnie jej każdy, ale niestety nie wszyscy trafiają na nią ot tak, albo w ogóle. Często brakuje odwagi, czegoś, co sprawi, że dwoje szukających ludzi, odnajdzie właśnie siebie. W dobie internetów są odpowiednie strony, ale kiedyś usługi pełniły biura matrymonialne. Bardzo poważnie traktując swoich klientów, czy w dzisiejszych czasach podobna działalność może mieć swoich zwolenników?

Książka przyciągnęła mnie tytułem, okładką, ale czymś jeszcze, nie wiedziałam do końca czym, chciałam więc sprawdzić, czy TO COŚ miało również wnętrze? Odpowiedzi udzielę już za chwilę.



Wanda chyba wolałaby zastać w Tej sytuacji, swojego syna, niż własnego męża, który to jak jej się wydawało. Obiecywał wierność, że o miłości nie wspominając. I żeby chociaż napotkana w ich wspólnym łóżku panna była kimś wyjątkowym, a nie rówieśnicą syna. Niestety, los chwilami bywa okrutny. Zdradzona małżonka opuszcza niewiernego, zabiera dziecko, a dokładniej mówiąc nastolatka i wyprowadza się z domu.

Łatwo nie jest, nauczona do wygód, od lat niemająca pojęcia o pracy, próbuje pozbierać nagle roztrzaskane życie w całość. W końcu jest nie tylko zdradzoną kobietą, ale i matką. Syna, który na swoje i ich nieszczęście był świadkiem tegoż postępku. Co niestety nie postawiło tatusia w dobrym świetle. Teraz Wanda musi zadbać o siebie i Jakuba, który rozpoczyna szkołę średnią, ona zaś rozgląda się za pracą. Pomocy, ze strony bliskich trudno oczekiwać. Matka nie rozumie, dlaczego córka uniosła się honorem, siostra bardziej drażni, niż pociesza. A pracy jak nie było, tak nie ma.

I w końcu po tygodniach poszukiwań, okazuje się, że jest potrzebny ktoś do pomocy, problem w tym, że potrzebującym jest znajoma, znajomej matki. Znaczy matki Wandy. Co wprawia dumną podwójną rozwódkę w niechęć. Kolejny raz, los zdaje się brać sprawy w swoje ręce, każąc schować uprzedzenia do kieszonki.

Wanda, kobieta z dwoma rozwodami na koncie, staje przed drzwiami biura matrymonialnego o jakże urokliwej nazwie „Kupidyn w spódnicy”, w zaistniałej sytuacji zalatuje troszkę ironią, a może jednak przewrotność losu bywa celowa?



Kupidyn, bo tak w skrócie nazywam książkę, musiał swoje odleżeć na półeczce. Mimo że bardzo mnie zaciekawiła, nie zasiadłam od razu do czytania. Musiał nadejść odpowiedni czas, nie wiem, czy akurat tera taki się okazał. Po prostu gdzieś w stosie leżała, nagle przypomniałam sobie o niej, usiadłam i pochłonęła mnie całość.

Miałam ochotę na wieczorną wesołą lekturę, byłam przekonana, że właśnie ten tytuł taki będzie. I nie myliłam się, chociaż nie pomyślałabym, że razem z humorem wywoła we mnie aż tyle emocji.

I chyba będę powtarzała słowa z ostatniej recenzji, ale i tutaj muszę Was uprzedzić, że Kupidyn, nie jest li tylko czytadełkiem, na które z pewnością większość się szykuje, czy też klasyfikuje. Może i nie należy to literatury trudnej, jednak przepełniona jest mądrością życiową. Taką, która wnika w nas i otacza charakterystyczną aurą.

Jak wspomniałam, przygotowałam się na banalne historyjki, które umilą mi popołudnie, a tak naprawdę czytałam i przeżywałam każdą z nich, jakby były mi najbardziej bliskie. Cieszyłam, złościłam i wzruszałam. I kiedy nadszedł koniec, było mi jakoś smutno. Nie chciałam rozstawać się z nimi wszystkimi, bardzo polubiłam każdą z postaci — no, może oprócz niewiernego mężusia.

Mam nadzieje, że przekonałam Was, chociaż w maleńkim stopniu. Ta książka zasługuje na uwagę, zwłaszcza teraz. W te coraz częstsze ponure dni, gdy potrzebujemy oderwać od codzienności. Szczerze i z całego mojego czarnego serduszka polecam.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Czwarta Strona.


Czytaj dalej...

Zadzwoń, Kocham Cię

źródło



Z piórem Pani Anny Łaciny, spotkałam się już jakiś czas temu. Wiedziona nagłym, pozytywnym odkryciem postanowiłam zapoznać się z kolejnymi tytułami. Mimo że kierowane są w stronę nastolatków. Nie jestem aż tak, stara by, czasem nie chcieć cofnąć się w czasie, choćby w książkach. Dlatego też sięgnęłam po Zadzwoń, Kocham Cię, czy to spotkanie było udane?




 Jeden z letnich, deszczowych dni. Akurat rozpoczął się mecz piłki nożnej, brat i ojciec Weroniki zawzięcie kibicowali. Jednak uwagę dziewczyny nie przykuła murawa, a siedzący w ulewie staruszek. Pod wpływem chwili postanowiła pójść i sprawdzić co się dzieje, może potrzebna pomoc.

Na tę samą myśl wpadł Wawrzyniec, gdy dotarł do ławki, w ulewie deszczu spostrzegł podbiegającą dziewczynę. Razem zaprowadzili staruszka w miejsce, gdzie był bezpieczny. Jak się okazało, co dla jednego mogło być przystanią, drugich skrępowało. Gościnność sąsiadki, sprawującej doraźną opiekę przeraziła dwoje młodzieży. Uciekli czym prędzej, a przypadkowa znajomość nie miała zakończyć się tak szybko. Troska, którą oboje się kierowali była tym, czego potrzebowali sami otrzymać, od tych, którzy zawsze powinni nią obdarzać.

Będąc u progu dorosłego życia, miłość wydaje się łatwa, która potrafi przenosić góry. Często, jednak gdy opadną pierwsze zachwyty, okazuje się, że napotkane problemy, nie wytrzymują próby czasu. I dwoje z początku bliskich ludzi postanawia się rozstać. Inaczej sprawa wygląda, gdy spotykają się rozbitkowie, pozornie mający wszystko, a naprawdę szukający kogoś, kto dotrze tam dalej, w głąb duszy.



Z pozoru wydaje się, że Zadzwoń, kocham Cię, to taka zwykła opowiastka. I ja sama tak myślałam, kiedy siadałam do czytania. Akurat byłam chora, potrzebowałam czegoś, co nie wymaga zbyt wielkiego skupienia. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy okazało się, że autorka poruszyła dosyć trudną tematykę, sprytnie wplatając zdarzenia, faktycznie mające miejsce w rzeczywistości. Dzięki czemu historia Weroniki i Wawrzyńca nabrały większej realności. I sprawiły, że jeszcze bardziej wczuwałam się w sytuacje tych dwoje.

Wawrzyniec, taki dosyć skomplikowany egzemplarz, z jednej strony troskliwy, zabiegający, normalnie ideał, ale gdzieś tam w zakamarkach czaiło się coś złego, co sprawiało, że relacja z dziewczyną nie miała stabilności. Przyciągali się i odpychali.

Weronika, z jednej strony była samodzielna i potrafiła sama o siebie zatroszczyć. Z drugiej jednak nie miała zrozumienia ze strony najważniejsze osoby w życiu. Dlaczego? Może przyczyna tkwiła gdzieś o wiele dalej. Spotykając Wawrzyńca, otrzymuje od niego wsparcie, ale i niepewność. Z jednej strony wie, że może na niego liczyć, z drugiej dziwne zachowania mylą i wprowadzają w rozbicie.

Wspomniałam, że książka wydaje się lekką i niewymagającą. Nic bardziej mylnego. Historia opowiedziana przez Annę Łacinę jest słodko gorzka, to taka konfitura, która wygląda smakowicie w słoiczku, a po otwarciu okazuje się, że zamiast słodyczy jest gorycz. Jak to w życiu. Nigdy idealnie.

Myślę, że tę książkę warto polecić nie tylko młodszym. Wydaje mi się, że dorośli znajdą jeszcze więcej dla siebie. O ile będą uważnie czytali między wierszami.



Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Czytaj dalej...

Życie jest piękne




Doświadczyłam cudu. Może nie zawsze życie układało się po mojej myśli, ale podoba mi się miejsce, w którym jestem, i wszystko, co mam. Bo właśnie to sprawia, że życie jest piękne.

Los bywa przewrotny. Wiele razy bywa tak, że człowiek sobie coś zaplanuje od początku do końca, logistycznie wydaje się być wszystko idealnie poukładane, a spokój i harmonia dodają życiu uroku. Ten, kto ciągle wiedzie takie dni, musi zapewne być szczęściarzem. Chociaż wydawać by się mogło, że nigdy nie jest i nie będzie idealnie, a niektóre wydarzenia mogą obrócić światopogląd o 180 stopni, zmiażdżyć psychicznie i zostawić po sobie trwały ślad. Czy łatwo się wtedy podnieść? Zapewne zależy od charakteru, ale i od tego, jakimi ludźmi się otaczamy. Trafiłam ostatnio na książkę, która bardzo poruszyła moje myślenie właśnie w tej kwestii, ale jednocześnie pokazała, że warto wierzyć do samego końca i mieć nadzieję, bo dopóki żyjesz - wszystko jest możliwe. 

Ja nauczyłam się jednego - idealny plan na życie nie zawsze taki jest. Czasem ten nowy, nie do końca przewidziany może być tysiące razy lepszy.

Głównymi bohaterkami powieści Życie jest piękne są dwie dziewczyny w wieku siedemnastu lat - Natalie i Cornelia. Każda z nich przeżywa swoją wewnętrzną historię, problemy, które nie powinny zdarzać się osobom tak młodym. I choć Natalie sprawia wrażenie przebojowej flirciary z pierwiastkiem lekkoducha w osobowości, wcale tak nie jest, bowiem to tylko maska, którą dziewczyna na siebie "założyła", żeby mogła lepiej funkcjonować w społeczeństwie. Cornelia natomiast boryka się z nie lada kłopotem, jakim jest nowotwór. I choć poznajemy ją jako beztroską nastolatkę, która faktycznie cieszy się życiem, wszystko później zmienia się o 180 stopni. 

Z doświadczenia wiem, że kiedy na człowieka zwala się informacja o jakimkolwiek urazie, komplikacjach, chorobie, pozostałe sprawy schodzą na dalszy plan lub przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Świat zatrzymuje się w miejscu, myśli uciekają nieproszone w kierunku, w którym nie powinny, a uśmiech, który kiedyś gościł na twarzy znika, zastępuje go smutek i przerażenie w oczach. Bardzo często wtedy człowiek się poddaje, zamiast stawić temu czoła i walczyć. Co jest najlepszym ratunkiem dla kogoś, kto przestaje widzieć szczęście i sens świata?
Odpowiedź jest prosta - OBECNOŚĆ i TROSKA drugiego człowieka. Choroby, jak i trudne sytuacje, mają to do siebie, że przychodzą nieproszone i budzą postrach, sieją spustoszenie. My jednak nie powinniśmy dać umrzeć nadziei, która jest w każdym z nas i tylko czeka, żeby ją pobudzić do działania. 

Mam wrażenie, że właśnie znalazłyśmy nadzieję tam, gdzie jej do tej pory nie było. I chociaż jeszcze wiele przed nami, to wygląda na to, że obie mamy w sobie pokłady siły i razem podniesiemy się z kolan.

Jeśli jednak chodzi o samą powieść... Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to fakt, że jest przygotowana przez autorkę dokładnie pod każdym względem, fabuła jest przemyślana, wątki ciekawe, a cytaty zawarte w poszczególnych rozdziałach dają do myślenia. Zwróciłam uwagę na niesamowitą relację, która łączy główne bohaterki - ich wsparcie i wiara w siebie są wzorem dla niejednej przyjaźni dwudziestego pierwszego wieku. To więź, która nie tylko podnosi, gdy upadasz, ale dodatkowo uskrzydla i daje motywacyjnego kopa, by pójść do przodu wbrew temu, jakie przeszkody do pokonania na ciebie czekają. Wątki miłosne, które się pojawiają, moim zdaniem są formą urozmaicenia całości - pokazują plusy, ale również minusy decydowania się na budowanie czegoś poważniejszego z drugą osobą. Wnioski nasuwają się same - wsparcie, opieka, troska, akceptacja, rozmowa i umiejętność słuchania są bardzo ważnymi cechami w kontaktach damsko-męskich. 

Patrząc na Życie jest piękne jako na całość, nie umiem dostrzec negatywnych cech, które w jakiś sposób obrzydziły mi lekturę. Książka wzbudza emocje od początku do końca, a moim zdaniem jest to ważna cecha, dzięki której można ocenić jej wyjątkowość. Pióro autorki jest przyjemne, lekkie, miłe i proste w odbiorze; Natalia Murawska nie jest pisarką, która męczy czytelnika swoim stylem, za co serdecznie jej dziękuję. Jeśli chodzi o zakończenie, na pewno jest inne, niż spodziewałam się od samego początku, ale to też dla mnie plus, ponieważ lubię być zaskakiwana. Dobrze się bawiłam w trakcie czytania, ale znalazłam też czas na nostalgię, wnioskowanie i prześwietlenie tego, jakie powinny być najważniejsze wartości, którymi mogliby kierować się ludzie. 

Tym razem po prostu się śmieję. Śmiechem, za którym tęskniłam. To chyba jest ta normalność, którą gdzieś zgubiłam. Brakowało mi jej.

Życie jest piękne to świetna, mądra i przyjemna książka, która jednocześnie wzrusza i pokazuje to, co najważniejsze. Wnioski jakie płyną z lektury są jednoznaczne - nie warto marnować czasu na coś, co było i należy skupić się na pozytywach, które aktualnie serwuje życie. A nawet jeśli czasem boimy się zaryzykować, może warto? Nie mamy pewności, że szczęście nie czeka na nas właśnie tam, gdzie teoretycznie na pierwszy rzut oka spodziewamy się go najmniej. Nie lękajmy się marzyć, kochać i szukać pozytywów. Pamiętajmy, że wszystko zależy od naszego nastawienia - nie tylko do świata, ale również do ludzi. A książkę polecam bardzo gorąco!




Czytaj dalej...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka