niedziela, 24 marca 2019

Kiedyś książki się czytało, teraz robi się tylko zdjęcia

źródło


Ten tekst miał powstać już dawno, ale jakoś ciągle nie miałam możliwości, by usiąść i poukładać wszystko jak należy. No i nareszcie jest niedziela, mogę sobie wylać pewne gorzkie żale — w końcu w kościele katolickim pora Wielkiego Postu, atmosfera odpowiednia.

No ale, ja nie na temat zapatrywań religijnych miałam pisać, a czegoś zupełnie innego. Pamiętacie te czasy, kiedy książki o zgrozo się czytało i po zakończeniu pisało opinię, pod którą była często zażarta dyskusja? Pewnie większość nie będzie miała pojęcia, o czym piszę. Jaka dyskusja, jakie czytanie. I nie, nikogo tutaj nie oskarżam, tylko ostatnio zderzyłam się z brutalną rzeczywistością, schowaną pod płaszczem instagrama.

To jak? Wiecie coś na temat dyskusji o przeczytanej książce? Pewnie, że NIE! Teraz się już tego nie praktykuje. Teraz nadeszła era Instagrama, a co za tym idzie, robienia pięknych schematycznych zdjęć. Nie ważne co wpadnie pod obiektyw. Jeśli masz profil książkowy, zapodajesz zdjęcie książki. I koniec. Na co czytać? Ma być fotka. Ma przyciągnąć uwagę tłem, kompozycją. I... KONIEC. TADAM! Takie szaleństwo. Za starych czasów, gdy wchodziłam na salony blogowania, recenzowania, człowiek się spinał, żeby opinia miała sens, żeby zainteresowała czytelnika, pobudziła do rozmowy.

Aktualnie książek większość ludzi prowadzących profile nie czyta, bo po co? Ma być ładne zdjęcie, licznik polubień ma się zgadzać. A nie, jakieś głupie rozmowy, o czym była książka, kogo to obchodzi? Chyba tylko takie dinozaury jak ja...

Słuchajcie, no i mam lekki ból, bo cholera co się porobiło? Te wstrętne zdjęcia z gołymi nogami i książką, serio??? Chyba gorzej upaść nie można było. Słuchajcie, mnie jako czytelnika interesuje, co WY tam napiszecie o przedstawionym tytule, a nie tępe pytania — Jak mija Wam słodziaki dzień? I mnie, jako kobietę ani nie grzeją, ani nie ziębią te Wasze roznegliżowane kopytka, które psują do książki jak pięść do oka, w sumie ta pięść lepiej z okiem się podpasuje...

Rozumiem, nie chce się już nikomu tworzyć elaboratów o książce, ale chyba sklecenie kilku zdań o tym, co przeczytaliście, podbicie do dyskusji nie sprawia trudności? Czy może jednak boli? I w sumie jak pomyślę o tych nogach, to moda nastała nie tylko na kontach książkowych, innych również.  I tutaj w samo sedno tej całej szopki trafiła moja kochana Pudi , której fanką stałam się jakiś czas temu. Nasze tematyki blogowe i instagramowe różnią się konkretnie, a jednak podobne rzeczy nas denerwują. 
Miałam zrobić karykaturę tych nóg, ale Wiola jakiś czas temu mnie ubiegła, trafiła celnie i stwierdziłam, że królowej nie można naśladować;) Także poniżej, pokażę Wam, jak to wygląda, trendy, klonowane i radośnie praktykowane przez większość Instagrl. 



źródło


A wiecie, dlaczego tak mnie to wkurza? Bo nie ma w tym nic z naturalności. Wszystko sztuczne, wyreżyserowane, ktoś mi ostatnio pisał o spójności, jaka spójność? Ludzie, nie udawajmy, czytanie? Podrzućcie fotkę, kawy i książki na stole, będzie super. A te całe sesje, gdzie tylko podkładacie produkt pod tło, wzbudzają we mnie i z tego, co już wiem, u wielu innych, mdłości. Nie, to nie jest fajne.

Ja też lubię ładne zdjęcia, ale nie sztuczność, jest diametralna różnica między zrobionym ładnie zdjęciem, a paskudnie sztuczną pozą, w dodatku klonem z wielu innych profili.

Wiecie, jak wchodzę na konta, a na lubię sobie czasem pobiegać wirtualnie, mam wrażenia, jakby ciągle była u jednej osoby, jeden schemat — kawa, książka, jakieś rozsypane płatki kwiatków, co większe burżujki kładą całe wiechcie, kocyk i kopyta. YEAH! To jest to!

I nie przyczepiam sie tej kawy, moja kochana Kasiek,  bardzo często wrzuca fotki z kawą i książką, ale one są swojskie, często piżamowe, naturalne, bez tej całej szopki. Co najważniejsze, z Kasią można porozmawiać o wybranym tytule, a nie tylko wejść by pochwalić "jajć jakie słitaśnie zdjątko! Aaaa!"
I powiem szczerze, ja takie profile uwielbiam. Gdzie jest misz masz, są piękne zachody słońca, jest książka pod pachą, znajdzie się też nadgryziona kanapka. 



źródło

Widzicie różnice? Nie trzeba śmiesznie wywalonych gołych nóg, nie potrzeba wiechcia kwiatów — dajcie tym roślinom spokojnie rosnąć, by zdjęcie było ciepłe, klimatyczne i aż przyciągało uwagę. Nie trzeba urządzać sesji zdjęciowych, które po prostu są sztuczne, pod publikę. Nie pokazują rzeczywistości, tylko kreują i promują sztuczność. I jeśli ktoś mi zarzuci, że jestem zazdrosna, bo moje konto ma tylko 390 obserwujących, to powiem jedno, tak sobie to tłumaczcie. Mogę mieć o wiele mniej, byle tylko Ci ludzie, czytali moje wpisy, a nie odhaczali polubienie. Lajk za lajk.... Tak się teraz zbija popularność.

Ja się chyba zgubiłam w tym świecie. Te siedem lat temu, gdy zaczynałam pisać pierwsze opinie, byłam w stresie, czy dobrze wyjdzie, kto przyjdzie do mnie z komentarzem, jak potoczy się dyskusja. Nie miałam pojęcia o żadnych współpracach. Blog założyłam po to, by mieć z kim porozmawiać o przeczytanych książkach. Teraz... teraz nikt nie rozmawia. Teraz robi się tylko zdjęcia. Na instagramie jest walka o obserwatorów, o to, by czym prędzej nawiązać współpracę. Fajnie, tylko gdzieś w tym wszystkim zgubiło się coś ważniejszego. A najgorsze jest, że do tego wyścigu szczurów dołączyła się grupa osób, po których nigdy bym się tego nie spodziewała. I taki żal mnie dopadł. Bo po co? Naprawdę w dzisiejszym świecie, nie można być po prostu sobą? Skończyły się rozmowy, teraz liczy się prześciganie, kto zrobi fajniejsze zdjęcie.



czwartek, 21 marca 2019

A ja żem jej powiedziała

źródło

Na temat Kasi Nosowskiej wiedziałam tyle, że śpiewa. I to dobrze. Bardzo lubiłam i cały czas lubię, piosenki, a w szczególności teksty Kaśki. Są takie prawdziwe, nie ma niczego podkolorowanego. I chyba dzięki tej realności, już od niepamiętnych czasów, miałam sympatię do tej niepozornej piosenkarki. Bo o Kasi mało wiedziałam, nie brała udziału w skandalach, nie szalała w przekombinowanych strojach papugi, by zaistnieć. Po prostu śpiewała. Tylko tyle, czy aż tyle?

W końcu gdzieś mignęła mi zapowiedź książki. Pomyślałam, no nie, Kaśka, co Ty? Chcesz się bawić w te upadającej celebrytki, których nikt nie chce oglądać, to zaczynają pisać książkę? Nie chciałam tego czytać, bo po co?

I przyszedł dzień, taki z tych, które nie lubimy, bo jest kolejnym z rzędu, szarym i po prostu do czterech liter wsadzić. Odpaliłam czytnik, popatrzyłam na okładkę i myślę — raz kozie śmierć. Najwyżej przerwę i czytanie.
 


Zaczęłam czytać, książka nie jest jakimś cudem fabuły, tam się nie dzieje nic, co można powiedzieć, akcja mnie pochłonęła. Jednak jeśli ktoś powie, że te wypociny są byle jakie, skłamie. Mówię Wam, nie wierzcie w negatywne opinie.

Przede wszystkim Nosowska pisze o swoim życiu. O tym, jak to wszystko się zaczęło. A zaczęło jak w wielu rodzinach. I czasem było lepiej, czasem gorzej, z przewagą tego gorzej. Jednak ona gdzieś tam, szukała samej siebie. Różna i kręta to była droga. Z każdego zakrętu zostawały wnioski. Wyciągnięte z bólem, a później i śmiechem.

Chociaż jak to w życiu bywa, zanim nauczymy się śmiać z własnych potknięć, wiele łez się połknie.


W książce każdy rozdział porusza inny temat. I myślę, że każdy z nich, trafi do innej grupy, te co mnie ujęły, u innego mogą wzbudzić niechęć. Chyba właśnie o to chodziło. Pokazać różnorodność w jednym człowieku. W tym, że na co dziś patrzymy i myślimy, za jakiś czas możemy zmienić kompletnie zdanie.

Co najbardziej spodobało mi się w tej książce? To chyba podejście Kasi do tego, co zrzucał jej los, bywało naprawdę różnie. Gorzej i bardzo gorzej. Od akceptacji samej siebie, po przemoc ze strony mężczyzny, braku zrozumienia w rodzinie. Chociaż nigdy, nie padło zdanie, że rodzina jest zła. Co to, to nie, po prostu wpływ, jaki miała na późniejsze życie, nie do końca był tym, jaki chce się, otrzymywać w spadku idąc w dorosłość.

A ja żem jej powiedziała
, to podróż do przeszłości, wyciąganie  wartościowych lekcji z teraźniejszości i branie się za bary z przyszłością. Bałam się, że to będzie próbowanie zbicia popularności, ale byłam w błędzie. Te opowieści są zbyt szczere, czasem naprawdę osobiste. A sama Kaśka, nie wydaje się człowiekiem, który idzie do sławy, nie patrząc jakim sposobem. Myślę, że jest jedną z niewielu piosenkarek, które słuchamy, nie myśląc o jej sztuczności, w dzisiejszych czasach coś niespotykanego.

Książkę przeczytałam w odpowiednim dla mnie momencie, o dziwo, nie myślałam, że te pierwsze rozdziałowe słowa wstępu, tak mocno będą obrazowały moją obecną sytuację. I tego, jak się zakończy...


niedziela, 17 marca 2019

Co w trawie piszczy



Bajki od zawsze lubiłam oglądać, nie ma znaczenia czy są bardziej lub mniej "dziecinne", po prostu oglądam niemalże każdą produkcje animacyjną. Tym razem mój typ padł na "Co w trawie piszczy". Z opisu dowiedziałam się, że poznamy pasikonika, który przemierza świat, nie goszcząc zbyt długo w wybranym miejscu. I nagle trafia na pewną łąkę, tak piękną, że decyduje się zostać, w dodatku jego serce reaguje szybszym uderzeniem, na widok pięknej pszczoły. Planuje zdobycie względów swej ukochanej i sympatii mieszkańców łąki, ale czy Tonikowi uda się osiągnąć swój życiowy cel?

Poznajemy Tonika (głosu użyczył Janusz Wituch), pasikonik dociera do pewnej łąki, od razu zachwyca się sielskością tego miejsca, spokojem i jedynym w swoim rodzaju urokiem. W dodatku poznaje pewną piękną pszczołę, jak się później okazuje Margerytka (głosu użyczyła Paulina Łaba) jest królową. Jak wiadome, jej rola w ulach jest bardzo ważna i nie może ot tak sobie wylatywać na łąkę, a właśnie tego najbardziej jej brakuje. Bycia zwykłą pszczołą, która może sobie polatać i nacieszyć urokiem wolności. Chociaż przez chwilę.

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.



źródło

Gdy poznaje Tonika, zaczyna rozważać pewną decyzje, ale sprawa nie wygląda zbyt łatwo. W dodatku mieszkańcy łąki, nie bardzo potrafią zaufać nowemu przybyszowi. Pasikonik, za wszelką cenę chce udowodnić swoje zasługi. I trafić do serce innych pszczół, nieświadomie, albo bezmyślnie decyduje się na układ z osą Vespulą (głosu użyczyła Olga Bończyk). Jest to ogromny błąd z jego strony. A konsekwencje przysporzą wielu nieprzyjemnych wydarzeń.

Byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej bajki, miałam nadzieje, że ta produkcja będzie wesoła i jak wiadomo z morałem. No niestety, może i jakiś tam morał był, ale wymuszony, a całość chyba niekoniecznie wydawała się przeznaczona do najmłodszych odbiorców.
 

źródło


Przede wszystkim dialogi, ale i również wizerunek postaci. O ile pszczółki wyglądały jak latające beczułki, albo kulki, co jeszcze mona było znieść, tak osa Vespula, została wykreowana dosyć osobliwie, na taką osią famme fatale. Nie wiem, ale myślę, że takie za bieg był zupełnie niepotrzebny o ile grupą docelową faktycznie miały być dzieci.

Kolejna rzecz, to dialogi. Tutaj w ogóle nie umiałam stwierdzić, co miał na myśli twórca. Ponieważ całość trąciła intrygami na poziomie dorosłych ludzi. Słownictwo było dalekie do zrozumienia dla małych dzieci. I jak wspomniałam, zachowanie osy, po prostu zwaliło mnie z nóg. Ja wiem, że już mieliśmy złe królowe, które chciały odebrać życie pięknym królewną, a wszystko z zazdrości. Mimo wszystko w tamtych bajkach czuć było klimat dziecięcy, tutaj nie.

Żeby nie było, moje spostrzeżenia zostały poparte u głównych zainteresowanych - czyli dzieci. Obejrzały bez wielkiego zainteresowania, a gdy już bajka dobiegła końca, nie umiały powiedzieć czy była fajna. Po prostu kolorowa. Żarty, które miały rozbawić ani razu nie wywołały śmiechu, myślę że nie pozostaje nic więcej do dodania. Bajka "Co w trawie piszczy", nie sprawdziła się w swojej roli. Mnie samą znudziła, oglądałam byle jak najszybciej skończyć.

Nie umiem polecić tej bajki. Sama nie spędziłam zbyt przyjemnie czasu podczas oglądania, myślę, że jest sporo o wiele ciekawszych produkcji.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

środa, 13 marca 2019

Matka sułtanów




Moja fascynacja historią władców Tureckich rozpoczęła się od słynnego serialu. Jak wiadomo, filmy, a zwłaszcza seriale, rządzą się własnymi prawami. I prawdziwej historii zazwyczaj jest niewiele. Dlatego wiedziona ogromną ciekawością, zaczęłam wyszukiwać lektury, które ukazywały jak najwięcej prawdziwych wydarzeń. O sułtance Kösem, mniej słyszałam. Może nie czułam już aż takiego zainteresowania? Nie wiem, jednak gdy otrzymałam możliwość zapoznania się z drogą do tak potężnej pozycji, nie potrafiłam odmówić. I tak oto, w moje ręce trafiła Matka sułtanów.
 

Poznajemy młodziutką Afro, zamieszkującą jedną z Greckich wysp, dziewczyna jest zakochana w pewnym młodzieńcu, ale niestety jej los, został już dawno przesądzony. Opiekun, który wychowywał piękną dziewczynę, dobił targu, z bardzo zamożnym człowiekiem. I oto niespełna czternastoletnia Afro, ma poślubić, niedorozwiniętego młodziana.

Na szczęście ukochany janczar, nie ma zamiaru oddać swej wybranki, planuje ucieczkę. I pewnej nocy, wsiadają na łódkę, która ma ich doprowadzić do innej krainy. Gdzie już nikt nie stanie na przeszkodzie ich wspólnemu szczęściu.

Oboje nie mają pojęcia, że podróż zakończy się zupełnie inaczej, a noc, która miała rozpocząć ich wspólne życie, będzie ostatnią, a później zostaną rozdzieleni.

Afro trafi do rodziny, która zaopiekuje się nią jak własną córką, później, splotem wielu ciekawych wydarzeń, znajdzie się w pałacu Topkapi, nie mając pojęcia, że to niesamowite miejsce, już niebawem, stanie się nie tylko jej domem, ale później miejscem władzy.



Książką dosyć długo czekała na swoją kolejkę, nie wiem dlaczego. Ponieważ naprawdę byłam jej ciekawa. Nawet nie kierowałam się żadnymi opiniami, może przeraziła mnie objętość, bo naprawdę tomiszcze konkretne. W końcu przyszła pora, gdy zasiadłam do czytania.

I tak mogę powiedzieć, że początek był naprawdę bardzo, ale to bardzo wciągający. Historia dzieciństwa i dorastania Afro/Kösem ukazała nam dziewczynę zupełnie inaczej, niż to, co można obejrzeć w telewizji, a która prawda jest tą jedyną? Gdzieś czytałam, w źródle, że Kösem rzeczywiście pojawiła się w pałacu ze swoją opiekunką, która była medyczką wezwaną do postawienia diagnozy. Młodziutka przyszła sułtanka, czekała na swoją piastunkę w jednej z pałacowych komnat, do której wszedł książę i ujrzał przepiękną dziewczynę. Jak się owo spotkanie zakończyło, a raczej jego skutki, znamy wszyscy.

W książce też jest to podobnie ukazane, no i sama Afro, była dziewczyną niebywale sympatyczną i serdeczną. Aż trudno uwierzyć, że z tak delikatnej i wręcz słodkiej istoty, powstała tak silna i władcza sułtanka. Jakie było jej życie w pałacu, zanim stanęła u szczytu hierarchii?

Myślę, że książkę można ocenić różnie. Bo z jednej strony, a raczej do pewnego momentu, historia niesamowicie wciągała, dzięki czemu czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Później, gdy już Kösem dochodzi do władzy, zaczynają się dziać rzeczy, które męczą. Knucie, spiski, morderstwa i ciągłe oczekiwanie na kolejne podważenie panującego władcy.

Można odnieść wrażenie, że lata panowania tej potężnej sułtanki, to jedno wielkie spiskowanie i morderstwa. Ciągłe dbanie o to, by ten, kto ośmielił się sprzeciwić, poniósł wysoką karę.

Nie wiem, czy każdemu przypadnie do gustu objętość i zawartość książki. Bo jak wspomniałam, początek jest naprawdę ciekawy, ale później emocje opadają.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


poniedziałek, 11 marca 2019

Zawierucha




Długo zbierałam się za przeczytanie Zawieruchy. A to wszystko było spowodowane serialem, który obejrzałam i w pewnym sensie, pożałowałam, że śledziłam, zanim poznałam kontynuacje w wersji, od której zaczęłam swoją przygodę z serią. Dlatego potrzebowałam czasu, aby nabrać dystansu do ekranizacji.

I oto trzecia część doczekała się, nareszcie zapoznałam się z losami bohaterek, które wcześniej poznałam. Miałam swoje pewne sympatie i antypatie, a po przeczytaniu utwierdziłam się w swoich początkowych odczuciach. Zanim jednak przejdę do oceny, skreślę kilka słów dotyczących fabuły.
 


Odzyskana niepodległość, z jednej strony radość i euforia, z drugiej rzeczywistość. Bo zanim naród odzyska to, co utracił, musi swoje wyszarpać. Trwają walki o odebrane ziemię, o decydujące słowa w sprawie losów narodu. I w centrum wszystkich wydarzeń, są one — siostry Biernackie. Właścicielki gazety. Początkowo pomysł wydawał się szalony, ale teraz, gdy kobiety uzyskały prawo głosu, ich pozycja zmieniła się i nabrała powagi. Chociaż i tak, dawne uprzedzenia zwłaszcza ze strony mężczyzn nie miały zamiaru odejść bez echa.

Każda z nich, niejeden raz, musiała zmierzyć się z pogardą i niechęcią, w końcu kobiety powinny mieć swoje miejsce w domu przy dzieciach. Bez prawa do wypowiadania się, zwłaszcza na tematy państwowe, a co dopiero o nich pisać i wypytywać.

Równolegle śledzimy prywatne losy Aliny, Maryni i Lali. Młode kobiety, miały swoje pierwsze przeżycia na polu miłosnych i zawodowym. I chociaż wydawało się, że są ze sobą bardzo blisko, to jednak skrywały przed sobą tajemnice.

Alina stara się, by jej praca była profesjonalna, napisane artykuły dorównywały tym, które wychodzą spod pióra mężczyzn. I tutaj wiele zyskała, dzięki znajomości z Rudolfem Katznerem, co nie oznacza, że sama w sobie nie była zdolna. Przeciwnie, jednak wybić się kobiecie w tamtych czasach, graniczyło z cudem, albo wymagało pomocy. I właśnie pomocną dłoń, wyjął w stronę najstarszej z sióstr poważany w środowisku wydawniczym Katzner. Między tym dwojgiem nawiązała się nic porozumienia, nie tylko na polu zawodowym, ale również prywatnym.

Marynia, zaręczona z Szymonem, oczekująca wieści na temat powrotu, ale z każdym dniem, jakby coraz mniej. Tutaj zaczęła żyć swoimi sprawami, rachunkami redakcji, wyliczaniem i pilnowaniem by wszystko miało swój porządek — w liczbach.

W jej uporządkowanym świecie zamiesza pewien mężczyzna. Do tego stopnia, że zwątpi w prawdziwość i moc uczuć do narzeczonego.

W końcu Lala, po dramacie z Wiednia, nie potrafiła się otrząsnąć z własnego nieszczęścia. Nagle z bajki została wrzucona w horror. Kolory zmieniły się w czerń, a ona sama, nie umiała się podnieść z załamania. Brutalna prawda wdarła się okrutnie, odbierając wszystko. A przed nią jeszcze wiele wydarzeń.

Znowu wchodzimy w buty trzech sióstr, a nawet ich bliskich z rodziny. Możemy poczuć żale, rozterki. A wszystko w otoczeniu wzniosłego odradzania Polski. I to pytanie, czy panie Biernackie zaznają szczęścia?
 


Wspomniałam we wstępie, że dosyć sporo czasu upłynęło, zanim sięgnęłam po Zawieruchę. Wszystkiemu winien był serial. Z początku odebrałam ekranizacje pozytywnie. Byłam bardzo ciekawa, jak też losy bohaterek, będą wyglądały na szklanym ekranie. Cóż, muszę ze smutkiem, a wręcz rozczarowaniem napisać, nie tego się spodziewałam. I tak bardzo mnie całość zawiodła, że nie miałam serca do czytania. Musiałam po prostu odczekać, zapomnieć te sceny, które wywołały we mnie zbyt wiele negatywnych odczuć.

Wrócę do książki, Zawierucha podobnie do Jesiennego poniedziałku, dokładniej wgryza się w historię. Co jak wcześniej pisałam, było dla mnie ogromnym atutem. Cieszyłam się, że autor poruszył wiele ciekawych wątków. Przeplatające życiowymi perypetiami jednej z krakowskich rodzin.

W tej części nasze siostry są już doświadczone przez wojnę, mają pierwsze przeżycia miłosne, które w pewien sposób odcisnęły swoje znamiona.

Mnie chyba najbardziej, drażniła Lala, ja naprawdę rozumiałam jej rozpacz. Niestety ta histeryczna natura, doprowadzała mnie do szału. Biegająca egoistka. Wszystko musiało się kręcić wokół niej, co podobnie wyglądało również i w filmie. Nie polubiłam tej postaci, w żadnym stopniu nie potrafiłam wczuć się w jej nastroje i reakcje.

Z kolei Marynia, była niebywale mdła i wręcz nijaka. Nie miała w sobie nic, co przytrzymałoby na niej uwagę. Może urodę, chociaż któż to wie? Jestem kobietą, dla mnie to za mało. Be wyrazu, z jednej strony chciała pokazać, że ma coś do powiedzenia, ale szybko się wycofywała. Widać liczby zdominowały. O ile Lala wywoływała jakieś emocje, tak Marynia żadne. Po prostu była.

Na koniec postanowiłam sobie zostawić Alinę, najstarszą i chyba najbardziej lubianą przeze mnie siostrą. Z jednej strony cechowała się powagą, ale miała w sobie coś z szaleństwa. Nie była nudna. Jej relacja z Katznerem wzbudzała zainteresowanie i aż chciało się czytać wątki z tym dwojgiem. Bardzo im kibicowałam.

Oczywiście nie można pozostawić bez słowa najstarszych z rodu, Babka, ciotka i matka. Tak, w tej kolejności. Nie potrafiłam nie lubić babki, twarda, bystra i mająca w sobie taką wrodzoną dostojność. Budziła szacunek, samą obecnością. Ciotka, tutaj zostaje pokazana jej druga natura, ta bardziej po kobiecemu wrażliwa. I matka, chwilami szalona, a jednak widząca więcej, niż się każdemu wydawało.

Muszę przyznać, że po przeczytaniu książki, mam niebywale mieszane uczucia. Bo ogólnie, nie można się niczego przyczepić. Napisana bardzo dobrze. Tylko te wszystkie związki międzyludzkie, jakieś takie toksyczne, niezdrowe wręcz. Gdyby zrobić analizę każdej z nich, można powiedzieć, że tam nie uświadczy się zdrowego, takie dobrego związku. Wszędzie kłamstwa, na bakier z moralnością. I chociaż moralność to kwestia dyskusyjna, ja miałam w wielu przypadkach dziwne odczucia.

Rozumiem zawiłości życiowe, zbierania doświadczeń, które w przyszłości będą miały znaczenie, ale tutaj, zbyt wiele się działo niezdrowego. Nie wiem, w filmie byłam wręcz przerażona związkami Lali, tego wypaczonego obrazu uczuć. W książce może aż tak nie razi, ale jest.

I na koniec sceny wiadome. Zawsze piszę kiedy, coś mi nie podejdzie. Oj, Oj, nie podeszło mi bardzo. Nie jestem pruderyjna, ale chyba nie takich opisów się spodziewałam. I znowu porównam, w filmie bardzo mnie raziły owe sceny, w książce było podobnie, zamiast pobudzić wyobraźnię, dostawałam kwaśną cytrynę, chyba na otrzeźwienie — nie mylić z orzeźwieniem.

Podsumowując, wątki historyczne były bez zarzutu, świetnie i ciekawie napisane, losy naszych bohaterek również. Nie zabrakło moich ulubionych listów Szrajbera, które zawsze wywoływały wzruszenie. Również może i poboczna postać Zygmusia i Cesarza, niesamowitej i osobliwej pary.  Dzięki temu wszystkiemu, książkę czytało się naprawdę dobrze, bo mimo moich pewnych narzekań, oceniam  całość oczywiście pozytywnie.
 
 
 
 

czwartek, 7 marca 2019

Mia i biały lew



Od zawsze lubiłam książki, które dotyczyły przyjaźni między człowiekiem a zwierzęciem. Nie wiem, ale takie historie zawsze mnie rozczulały i wywoływały wiele przeróżnych emocji, zależnych od tego, jak potoczyły się losy.

Tym razem miałam możliwość poznać Mię i jej białego lwa. Duet dosyć osobliwy i można by powiedzieć, nieco niebezpieczny, jeśli chodzi o postać zwierzęcia. Jak wyglądały początki relacji tych dwojga, czy przyjaźń między człowiekiem a groźnym drapieżnikiem jest możliwa?


Mia wraz z rodzicami i starszym bratem zamieszkała w Afryce, na farmie dziadka, który przepisał ją swojemu synowi. Teraz ojciec dziewczynki, stara się, by to miejsce znowu odzyskało dawną świetność. Niestety ona, czuje się tam nieszczęśliwa. Przeprowadzka z Londynu była wbrew jej woli, zostawiła swoich przyjaciół, miejsca, które lubiła. W tym nowym i dzikim miejscu czuje się odosobniona.

Zupełnie inaczej nową sytuację odbiera jej brat, który jest bardzo wrażliwy, zwłaszcza na krzywdę zwierząt. W jego pokoju jest mnóstwo poranionych przedstawicieli różnych gatunków. Chłopiec bardzo mało się odzywa. Często ma w nocy koszmary, po których budzi się z krzykiem. Wierzy w pewną historię, którą opowiada mu matka, ale czy jest to tylko wymyślona legenda? Czy tkwi w niej ziarenko prawdy?

Dziewczynka bardzo długo buntuje się, nie potrafi pogodzić ze zmianą, jaka nastąpiła w jej życiu. I nawet gdy w ich domu pojawia się wyjątkowe zwierzę — biały lew, nie chce się z nim zapoznać. Ignoruje go i unika. Jednak mimo jej niechęci, kocię zaczyna dreptać właśnie za nią. Powoli zdobywa sympatię małej buntowniczki. A więź, jaka się stworzy między tym dwojgiem, zadziwi wielu ludzi.


Książkę czyta się niemal ekspresowo, tylko otworzyłam paczkę z przesyłką, siadłam i przeczytałam. A sama historia bardzo mnie wciągnęła. Poznajemy główną bohaterkę oraz jej rodzinę, wydaje się, że tworzą oni niemalże idealny obraz, który zakłóca krnąbrność dziewczynki. Jej niechęć do miejsca, w którym zamieszkała, otoczenia i szkoły, bije z każdej strony. W dodatku Mia nie lubi słuchać o tym, co dzieje się na farmie. Zwierzęta zamieszkujące ich dom, są dla niej przeszkodą.

Można by powiedzieć, że pierwsze strony ukazują, narzekającą na wszystko i wszystkich Mię, z jednej strony jest to troszkę irytujące, z drugiej jednak należy mieć na uwadze, że ona po prostu tęskni za swoim dawnym światem, a tutaj czuje się wyobcowana.

Moment, w którym zaczyna darzyć sympatią białe lwiątko, jest punktem zwrotnym, ale nie tylko w jej życiu. Dzięki tej relacji Mia zaczyna inaczej postrzegać zachowanie swojego brata. Interesować jego problemem, aż w pewnym momencie, między tym dwojgiem zaczyna się rodzić porozumienie.

Cała przemiana zachodząca w dziewczynce jest ukazana w ciągu kilku lat, nic nie wydarzyło się ot tak, jak za dotknięciem różdżki.

I można by pomyśleć, że od tej chwili będzie już cukierkowo i różowo. Nic bardziej mylnego. Rodzice mimo radości spowodowaną zmianą córki, cały czas uświadamiają, że lew, gdy dorośnie, będzie musiał opuścić pokój i ogólnie ich dom. Jest on drapieżnikiem, który w każdej chwili może zaatakować. Mia nie przyjmuje tego do wiadomości, jej uczucia są silne i jest przekonana, że Charlie — bo tak nazywa się lew, odwzajemnia podobnie.

Niestety, oboje będą musieli się przekonać, że nawet wyjątkowy lew, nie może żyć spokojnie, a ojciec, który przez cały czas opowiadał, jak działa na rzecz dobra dzikich zwierząt, potrafi zawieść zaufanie.

Bardzo ładna jest to historia, która ukazuje piękną przyjaźń, wychodzącą poza ramy zdrowego rozsądku. Każdy dorosły wie, że dzikie zwierzę, nawet oswojone, może być nieprzewidywalne, a instynkt potrafi z przyjaznego kotka, wydobyć okrutnego oprawcę. Z jednej strony można zrozumieć obawy rodziców dziewczynki, z drugiej więź tych dwojga, jest tak nieprawdopodobnie piękna, że chce się wierzyć w jej nieskończoność.

Było wiele chwil wzruszających, ale i mometami przerażających. Sytuacja, jakiej świadkiem była Mia, wywarła i na mnie ogromne wrażenie, żalu, a nawet gniewu. Niezrozumienia, jak ludzie mogą chcieć zabijać zwierzęta dla rozrywki, dla mnie jest to chore i powinno być zakazane, niestety jest wręcz odwrotnie.

Mimo że książeczka z pozoru wydaje się króciutka, to ma w sobie bardzo bogate i mądre wnętrze, szczerze polecam. Jestem niesamowicie ciekawa filmu.



Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Media Rodzina.


poniedziałek, 4 marca 2019

Żółta tabletka plus




Dzisiaj przychodzę z książką, która mnie osobiście niesamowicie zaskoczyła. Przede wszystkim zacznę od tego, że ja nigdy nie lubiłam opowiadań, krótkie formy nie do końca do mnie trafiały. Byłam troszkę na dystans, bo rozczarować się można szybko, ale też nie chciałam całe życie trwać przy jednym, bo kiedyś miałam niechęć. Nadszedł czas, by sprawdzić, jak się sprawy miewają. Na tapetę wzięłam opowiadania i humoreski Anny Sakowicz, a czy Żółta tabletka zadziałała pozytywnie, dowiedziecie się w dalszej części tekstu.
 

Książka oferuje czytelnikowi osiemnaście opowiadań, które mają rozbawiać. No i teraz tak, z jednej strony, część z nich, rzeczywiście mogła wywołać u odbiorcy uśmiech rozbawienia, czasem nawet takiej groteski. Jak na przykład opowiadanie o Mieciu, które z tego, co widzę, zrobiło największą furorę, bo w większości zostało przytoczone. Może dlatego, że jest jako jedne z pierwszych śmiesznych.

Chociaż mnie rozbawiła historia pewnej kobiety, planującej karierę w filharmonii. Szczerze mówiąc, czytałam z pewną dozą szoku i coraz większego zainteresowania, jaki będzie finał. Oczywiście nie zdradzę, jak kończyły się wybrane opowiadania, jedno jest pewne, każde potrafiło solidnie zaskoczyć, a to było najlepsze podczas czytania.
 

Muszę przyznać, że chociaż nie jestem zwolenniczką krótkiej formy, to w żółtej tabletce, jakoś one wszystkie do siebie pasowały. Jedne były prześmiewcze, drugie boleśnie ukazywały rzeczywistość, jak na przykład jedno o różowym pokoju. 

Co bardzo zwróciło moją uwagę, to sposób, w jaki autorka wplatała w historyjki, naszą codzienność, ludzką mentalność. Bo może i rzeczywiście niektóre zdawały się przerysowane i oderwane od rzeczywistości, jednak miały w sobie bardzo dużo prawdy, tej najmocniejszej.

Trudno jest opowiadać o książce, w której tyle się wydarzyło, a nic ze sobą nie miało wspólnego, oprócz spostrzeżeń życiowych. Były momenty, kiedy naprawdę się uśmiechnęłam i rozbawiłam, ale były też takie, kiedy ukazane wydarzenia, problemy wywoływały smutek. Jak na przykład historia o mężczyźnie nie w swoim domu, nierozpoznającym otaczających go ludzi, dlaczego tak się działo? Gdzie było i co było powodem przebywania wśród obcych? No i wspomniany Mieciu, który poszedł na dupy, jego żony i przede wszystkim jej działań.

Kobiety, która chciała zmienić swoje życie, przez rozpoczęcie kariery w filharmonii. Każda z nich miała swój koniec, różny. Jednak dający sporo do myślenia.

Nie spodziewałam się, że książka wywoła we mnie tyle pozytywnych odczuć, mało tego, bardzo bym chciała bliżej poznać twórczość autorki, ponieważ skoro opowiadania tak bardzo przypadły mi do gustu, to mam wrażenie, że z resztą tytułów może być tylko lepiej.

Pozostaje pytanie, komu mogę polecić Żółtą tabletkę plus? Myślę, że każdemu, komu wszystko, co ludzkie, nie jest obce. Trzeba czytać i widzieć to, co jest przemycone między zdania. Szczerze polecam. Warto!




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...