września 26, 2022

września 26, 2022

Biały pył. Piekło na K2

Biały pył. Piekło na K2

 


Zanim zaczęłam czytanie tej książki, zastanawiałam się, co kieruje ludźmi, którzy potrafią ryzykować życie dla zdobycia góry. Co mają w głowie himalaiści? Dlaczego jest to dla nich tak ważne, ponad wszystko. Często stawiają zdobycie szczytu ponad miłość bliskich. Bo przecież mają rodziny, wiedzą, że tam na dole, czekają ze strachem, często i przerażeniem. A mimo to - idą jak zahipnotyzowani. Jakby te wielkie szczyty miały w sobie niewidoczna moc przyciągania. Może tak rzeczywiście jest?
Byłam bardzo ciekawa, jak autor - którego książki bardzo lubię i polecam. Przygotował się do napisania tej historii, czy jego wiedza i przekazanie jej, dały mi satysfakcję i chociaż w małym stopniu zrozumiałam - o co chodzi?

Polska ekipa doświadczonych himalaistów zjawia się pod szczytem najsłynniejszej góry, która budzi respekt wśród każdego, kto chociaż trochę słyszał o górach. Nieokiełznana K2, zimowe zdobycie, marzenie wielu, ale czy realne? To szczyt, który jest bezwzględny dla doświadczonych, nie wybacza najmniejszego błędu. Cena jest zazwyczaj wysoka - śmierć. Jednak nawet świadomość ryzyka, nie jest w stanie powstrzymać wielu ludzi.
W bazie obozowiczów panuje osobliwa atmosfera. Tutaj wybierani są ludzie nie pod względem sympatii, a wiedzy i umiejętności radzenia sobie w warunkach, których normalny człowiek nie przeżyje. Tym bardziej sytuacja jest trudna, bo szczyt nie każdy zdobędzie, chętnych jest wielu. Rywalizacja i współpraca. Wydaje się niemożliwe do zrealizowania. Wśród załogi jest dziennikarz i amator wspinaczek - Krzysiek Garda, ma relacjonować podbicie góry z tak zwanej pierwszej ręki. Są również tak zwani, starzy wyjadacze, himalaiści z czasów, gdy kontakt ze światem był niemalże niemożliwy, a wyjście pod szczyt równało się z brakiem kontaktu z kimkolwiek. Denerwuje ich zachowanie i nastawienie teraźniejszej załogi. Szukający łączności z internetem, na bieżąco relacjonujący co się dzieje wysoko pod szczytem. To zupełnie nie ich klimat. Sensacja dla publiczności zabiła to wszystko, czego oni doświadczyli przez lata wspinaczek.

Tymczasem u szczytu warunki bywają różne, jak to zimą bywa, pogoda nie zbyt łaskawa i utrudniająca przygotowania do dalszego szturmu. W większości załogi, nastroje są jakby oklapnięte, lenistwo zaczęło brać górę nad celem wyprawy. I tylko dwoje ludzi poważnie podchodzi do sprawy, bardzo możliwe, że właśnie oni, będą mieli największe szanse zmierzenia się z K2.

Napisałam we wstępie, jakie było moje nastawienie przed przeczytaniem książki, później nie zmieniłam zdania, ale w pewnym sensie poczułam, co oni czują. I chociaż mój instynkt samozachowawczy jest zbyt mocno rozwinięty, często bardziej przeszkadza, niż szkodzi, to przez czas czytania, była tam z tymi ludźmi. Nie wiem, jak potrafią wytrzymywać tak straszne warunki atmosferyczne, bo dla mnie samo wyjście z namiotu byłoby wyzwaniem, a oni, jeśli chcieli osiągnąć cel, musieli brać się do roboty. Etap po etapie, przygotowywać do zdobycia góry, a każda wyprawa niosła niebezpieczeństwo. Zwodniczy lód, przepaści, które nie zawsze były od razu widoczne. Więcej pułapek niż można się spodziewać.

I jeszcze świadomość, że jeśli coś pójdzie nie tak, mało kto wyjdzie z pomocą, bo już moment szturmu wzbudza w człowieku dzikie instynkty. Rywalizacja odbiera zdolność myślenia, liczy się tylko jedno. Zdobycie celu i w pełni chwały wrócić do obozu, nie obracając się na innych. Tutaj nie ma miejsca na błąd. Tam na szczycie, pomyłka oznacza jedno - śmierć.

„Biały pył” w moim odczuciu jest fenomenalną książką, mnie wciągnęła od pierwszej strony i do samego końca, czytałam z zapartym tchem. Myślę, że jest to zasługa pióra autora. Bardzo lubię styl Pana Krzysztofa Koziołka, wcześniej czytałam w nieco innym klimacie książki. Byłam ciekawa tej odsłony. I się nie zawiodłam. Widać jak wiele pracy włożył autor w zebranie fachowych informacji, które dotyczą wspinaczek himalaistów. Jest to kawał dobrej roboty, która wyziera z każdej strony. Myślę, że w tym przypadku nazwisko zobowiązało, a poziom został utrzymany.

Jeśli jest ktoś, kto nie zna autora, to radzę jak najszybciej nadrobić zaległości. A „Biały pył. Piekło na K2” polecam z czystym sumieniem. Nie ma możliwości rozczarowania. Pasjonująca lektura, pełna emocji i wrażeń.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum

września 20, 2022

września 20, 2022

Starościńskie skały

Starościńskie skały

 


Często wspominam tutaj, że nie trzeba jechać daleko od domu, by znaleźć ciekawe miejsce do zwiedzania. Oczywiście nie każdy rejon dysponuje wieloma możliwościami, no ale jak się mieszka tu gdzie ja i kocha góry, opcji wyjazdowych jest naprawdę wiele. Zwłaszcza gdy jest ochota do spokojnych wędrówek bez tłumu ludzi. 

Tym razem chciałam zaproponować do zwiedzenia, bardzo klimatyczne skały znajdujące się w paśmie Rudaw Janowickich - moich ulubionych zresztą. Zazwyczaj większość kojarzy okolice Jeleniej Góry z Karkonoszami i oczywiście Śnieżką, która w moim odczuciu szału nie robi. A niedaleko, są Rudawki, niesamowicie klimatyczne, z przepięknymi widokami, które są trochę niedoceniane. Z drugiej strony, może lepiej? Nie ma dzikich tłumów klapkowych turystów ;)).

  No to - zaczynamy! ;)



Trasa wygląda bardzo ciekawie, ponieważ idzie się lasem, ale otaczają skały, które wyłaniają się spomiędzy drzew, co robi niemałe wrażenie. Specjalnie stanęłam w pobliżu jednej z nich, by ukazać jakie są ogromne. 




Całe podejście trwa około godziny, jest to dystans około 6 km, ale my w drodze powrotnej poszliśmy Okrężnie więc wyszło nieco więcej. Poniżej zostawiam zdjęcia z samej góry, no niestety nie oddają widoku na żywo - było naprawdę pięknie. Posiedzieliśmy dosyć długo, bo żal było schodzić, trochę nawet poskakałam po skałach ;).











Jesień, a raczej aura typowo jesienna, przyszła wyjątkowo prędko. Trzeba będzie się przestawić na wyprawy w trudniejszych warunkach. Czyli cieplejsze buty, kurtki i właściwie więcej warstw. Szkoda, fajnie było maszerować bez wielu ubrań. Mam pewien niedosyt letnich wypraw. Zobaczymy jaki będzie sezon jesienno-zimowy, bo w śniegu też super, chociaż trzeba być bardziej ostrożnym :). 

września 14, 2022

września 14, 2022

To jej wina

To jej wina

 

                                                                   źródło


Miałam trochę przerwy od pisania, ale nie potrafiłam się zmobilizować do sklecenia choćby krótkiego wpisu, a nie lubię byle jak, żeby było. Dlatego postawiłam na przerwę i przeczekanie. A dziś przychodzę z opinią do książki, którą przeczytałam jakiś czas temu, wyszło jak zwykle, dopiero teraz o niej coś wspomnę. Czy była godna uwagi i poświęconego czasu? 


Rozpoczynamy w chwili gdy Marissa zjawia się pod wskazany w wiadomości sms-owej adres, po odbiór synka. Miał spędzić popołudnie w domu kolegi z przedszkola. Na miejscu się okazuje, że jej dziecka wcale tam nie ma i co gorsza, nigdy nie było. Gdy kobieta myśli, że gorzej być nie może, a pomyłka wisi w powietrzu, właścicielka domu dobija matkę jeszcze bardziej. Bo kolega, u którego miał się bawić Milo, mieszka pod zupełnie innym adresem. Ktoś celowo podał fałszywe informacje. Odebrał jej dziecko z przedszkola, a ona nie ma pojęcia co się dzieje. 

Jenny jest matką Jacoba, to rzekomo  z jej synem miał spotkać się po zajęciach w placówce Milo. Tylko, że tego dnia, kobieta przebywała w delegacji za granicą, a jej synek miał co innego zaplanowane. Nigdy nie wysłała wiadomości do Marissy, nie wie, że chociaż nie bezpośrednio, ale będzie powiązana ze sprawą zaistniałej sytuacji. 

Poszukiwania zataczają kręgi, chociaż na początku utykają w martwym punkcie - tak czuje Marissa. Niby policja zbiera informacje, wykonuje swoje czynności, ale czas mija, a jej dziecko przebywa gdzieś daleko od niej, z kimś, kto z pewnością nie chce dla niego nic dobrego. 

Kto i dlaczego postanowił uprowadzić właśnie jej dziecko? Czy będzie żądał okupu? Policja twierdzi, że wiadomość, czy porywacze chcą zapłaty w zamian za oddanie chłopca, powinna wypłynąć w odpowiednim czasie od porwania. Co jeśli, nie chodzi o okup? Co się stanie z chłopcem? 


Zastanawiam się co napisać o tej książce. Bo z jednej strony motyw porwania dzieci pojawia się dosyć często i chyba trudno jest zaskoczyć zwrotem akcji. Mnie akurat zastanawiał cały etap śledztwa, motyw oraz jaki będzie finał rozwiązanej sprawy. 

Na początku musimy poznać chyba większość postaci, ich powiązań między sobą, jak i relacji, które łączą. I tak, jest Marissa, szczęśliwa matka i żona. Można powiedzieć, że jej życie jest idealne, przepiękna willa, której wszyscy zazdroszczą, kobieta ma w sobie pewność siebie, ale nie jest wyniosła czy zarozumiała. Jej małżeństwo rzeczywiście jest udane. I oto, pojawia się próba dla niej samej i rodziny. 

Później jest Jenny, zupełnie przeciwieństwo tej pierwszej. W jej małżeństwie od dłuższego czasu nie jest dobrze. Odkąd dostała awans i jej stanowisko wymaga częstej nieobecności w domu, lotów biznesowych, ciągle jest oskarżana o nieodpowiednie poświęcanie uwagi synowi, ale również mężowi. Teściowa, która przy każdej okazji wytyka, jaką jest egoistką spełniając się zawodowo. Jednak to ona, bardzo przejmuje się tragedią, która spotyka Marissę, chce w jakikolwiek sposób pomóc, choćby samą obecnością i wsparciem. 

Jest jeszcze jedna kobieta, która wie kim jest porywacz. Zna bardzo dobrze tę osobę, jednak nie zamierza pomagać policji w śledztwie, jej zdaniem nie ma sensu wtrącać do pracy ludzi, którym się nie ufa. 

Fabuła książki jest dosyć dziwna, były chwile kiedy czytało się bardzo szybko, a później coś zatrzymywało i miałam wrażenie, że utknęłam w miejscu nieistotnych informacji. Co najdziwniejsze, nie umiem jednoznacznie określić czy jestem zadowolona z tego tytułu. Niby się działo, niby był ten motyw porwania, widzimy historię z różnych perspektyw, ale czegoś brakuje. Zakończenia właściwie dokładnie nie pamiętam - co chyba jest wystarczającym podsumowaniem. Było jak dla mnie, niepasujące do całości. 


września 04, 2022

września 04, 2022

Zamek Świny

Zamek Świny

 


Zamek Świny odwiedziliśmy wracając z Jawora, ale postanowiłam zrobić osobny wpis, ponieważ wyszło mi sporo fotografii zamkowego obejścia, dlatego stwierdziłam, że należy się osobny post.  Zamek jak i miejscowość Świny od którego wzięła się nazwa, położone są na Pogórzu kaczawskim. Tak naprawdę Świny łączą się z Bolkowem, w którym również można odwiedzić Zamek oraz wziąć udział w słynnej w regionie imprezie Castel party. Zjeżdżają na nią fani z całego kraju, ale dziś jednak wpis będzie o tym pierwszym. 
Zastanawiałam się dlaczego to Bolków się bardziej rozsławił swoim zamkiem, który w mojej ocenie, jest o wiele mniej okazały, nie robi takiego wrażenia wizualnego. Ten w Świnach postanowiony został na potężnej skarpie/ urwisku, ze skały, przejeżdżając droga w dole, robi naprawdę ogromne wrażenie. Nie miałam możliwości na ujęcie właśnie ze zbocza, czego bardzo żałuję. Jednak te zdjęcia, które zrobiłam, mam nadzieję, że ukażą jaka to ładna musiała być budowla - teraz w częściowych ruinach, ale już postępują prace remontowe, widać efekty, tak więc, mam nadzieję, że niebawem będzie świetnie. 

Tak prezentuje się wejście do środka 








Najfajniejsze jest to, że mimo trwających prac nad przywróceniem zamku do świetności, jest możliwość zwiedzania, nawet przypatrywania, nad czym w danej chwili trwają remonty. 

Tutaj jakieś lochy, przy klamce jest wmurowana jakaś dziwna figura, ciekawe czy miała symbol osłaniający lochy, czy jakieś inne? Zrobiłam zdjęcie, może ktoś będzie wiedział? 

Może to jakiś Święty stróż więźniów, albo nie wiem kto, ale siedzi, więc chyba ma pilnować;). 

A tutaj przepiękne widoki jakie rozpościerają się z dziedzińca jak i okien zamku, w oddali widać wcześniej wspomniany Bolków. Gdzieś tam, majaczy też kolejny zamek. niżej jest droga, gdzie każdy przejeżdżający może podziwiać piękno budowli. 

Polecam obejrzenie tego miejsca, mnie się bardzo podobało, lubię takie ruiny w dobrej kondycji, kryją w sobie pewną tajemnicę przeszłości. Z jednej strony dobrze, że będzie odbudowane, ale z drugiej, straci swój urok... ;). 



Przed wejściem do zamku postawiono taka ławkę zakochanych, celowo jest krzywa, aby zakochani przytulali się do siebie ;).


Właśnie rozpoczęłam urlop, mam nadzieję, że będę wycieczkowała w ciekawe miejsca. Troszkę średnio się zaczęło, bo z katarem, ale mam nadzieję, że przejdzie :). 





sierpnia 28, 2022

sierpnia 28, 2022

Święto chleba i piernika w Jaworze

Święto chleba i piernika w Jaworze

 

W dniach 26 - 28 sierpnia odbywało się święto chleba i piernika w Jaworze.  Już od kilku lat planowałam się wybrać, ale niestety pandemiczny cyrk uniemożliwił organizacje i dopiero w tym roku była możliwość.  Ostatni raz, byłam jakieś 13 lat temu, zupełnie przypadkiem trafiłam do miasteczka o którym wiedziałam, że istnieje. O corocznej imprezie nie słyszałam nigdy. Pamiętam, że widok przeróżnych chlebów zrobił na mnie wrażenie. Uwielbiam pieczywo i nic na tym świecie nie jest wstanie mnie przekonać do niejedzenia. Trudno, nawet jeśli kiedyś od niego przytyje;). 

Wyczekiwałam więc informacji, czy w tym roku będzie i kiedy. Gdy w końcu pojawił się plan imprezy, wiedziałam, że pojadę. Przede wszystkim, muszę napisać o Jaworze, jest to naprawdę bardzo klimatyczne miasteczko. Nie wiem, ale ma w sobie coś przyciągającego, co sprawia, że lubię tam być. Mimo, że nie jest jakieś spektakularnie wielkie, nie ma Bóg wie czego do zaoferowania, a jednak, można wynaleźć ciekawe miejsca do spaceru i podziwiania.  I właśnie, chciałam pokazać kilka ujęć ze smakowitych stoisk, ale również obrzeży, które są bardzo urokliwe. 


                    Chlebki, ten z przodu jest z oliwkami, kupiliśmy, jest bardzo smaczny. 



Te piękne wypieki pochodzą z Piekarnii pod Strzechą obiecałam dziewczynom, że podam nazwę. Dlatego łapcie namiary, a poniżej kolejne zdjęcia. Będzie też ŻABA, ona była do zjedzenia;).





Oczywiście jak w tytule można zobaczyć, były również pierniki, ale niestety nie dostałam pozwolenia na zrobienie zdjęć :(. Z jednej strony szanuje, bo każdy ma prawo odmówić robienia zdjęć, mimo, że miejsce publiczne, zawsze pytam czy wystawca wyraża zgodę, nie lubię takiego latania i fotografowania bezmyślnie, nie patrząc na zdanie innych ludzi. A wracając do pierników, te których nie mogę wam pokazać, były tak piękne, jakich nigdy nie widziałam, pierniki kocham miłością szczerą więc troszkę ich widziałam. Cóż, mam tylko na dowód, że były, ten oto domek.. z innego stoiska ;). 


Poza chlebem można było zaopatrzyć się w herbaty, miody, alkohole - ponoć wyrobu własnego, ale po zakupieniu butelek wina, poddaje wątpliwości ten wyrób własny ;))). Był okoliczny browar oraz chałwy. No i ten chałwy, ja akurat nie bardzo lubię, czasem coś skubne, ale mój R i mamusia są ogromnymi fanami. Dlatego kupiliśmy, ja kawałek na spróbowanie różanej z płatkami, a mój łakomczuch Orzechowo - czekoladowa. Droga była jak nie wiem, a smak... cóż. Może są w niej drobinki złota?;) 






Bardzo przyjemny klimat panował w rynku miasteczka, wystawcy sympatyczni z chęcią opowiadali o swoich produktach, Oczywiście można było degustować przed zakupem. Były przewidziane występy na scenie jakiś "gwiazd", ale niekoniecznie byliśmy zainteresowani. Po zakupie interesujących nas produktów, postanowiliśmy udać się w dalszą część podróży. Jednak gdzie pojechaliśmy, napiszę w osobnym poście. A poniżej zdjęcia Jawora. 

Budynek Ratuszu - uważam za jednej z piękniejszych jakie widziałam, na żywo robi wrażenie. 


W Jaworze jest bardzo dużo murów, nie mam pojęcia czy są to pozostałości tych otaczających miasto, prawdopodobnie tak, bo jest również Zamek. Mam zdjęcia z tamtego roku, jak się dokopie to pokaże. Niestety Zamek..., no przedstawia obraz nędzy i rozpaczy..  W środku miasta. Za to Kościół Pokoju prezentuje się wyśmienicie. Wiadomo, które władze mają łeb do interesu ;). 

Bardzo przypadł mi do gustu gmach budynku sądu. Lubię ten typ architektury, zawsze podziwiam. Tylko szkoda, że to sąd...;). 

                                 Mostek prowadzący do urokliwego parku.



 


Lubię parki i gdzie bym nie była, obojętnie jakie miasto czy miasteczko, szukam parków. Zawsze mam ogromną radość gdy trafiam na jakieś ukryte, nie te w centrum, tylko na uboczu. Ten właśnie jest dosyć daleko od rynku, ale warto się przejść, cicho, spokojnie. Naprawdę można się zrelaksować.
Jeśli kiedyś znajdziecie się w okolicach Jawora, warto odwiedzić, a zwłaszcza gdy będzie święto chleba;) ale nawet bez tego, okolica jest warta obejrzenia. 
Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger