Love, Rosie




Twórczość Ceceli Ahern jest niemalże każdemu znana, dlatego też gdy zrobiło się głośno na temat książki, która nagle stała się sławna w przeciągu kilku tygodni z zainteresowaniem śledziłam jak pnie się w górę, jak pojawia się ekranizacja na podstawie książki. Postanowiłam jak zawsze, najpierw sięgnąć po wydanie papierowe, później zobaczyć na ekranie coś, co zdaniem reżysera i całej reszty powinno być odzwierciedleniem historii napisanej przez autorkę. Jako, że książkę jak i film mam już za sobą będę troszkę wplatała fragmenty filmu oraz moich spostrzeżeń. 

Dwójka przyjaciół od dziecka, Rosie i Alex. Zawsze ze sobą, zawsze nierozłączni. Ona była dla niego kumplem, on był dla niej bliższy niż niejedna koleżanka. Wspólne lekcje, wspólnie spędzane popołudnia po lekcjach. Razem dorastali, razem przechodzili problemy dotyczące dojrzewania, pierwszych oznak zainteresowania płcią przeciwną. Kiedy został im ostatni rok nauki przed wyruszeniem w świat okazuje się, że Alex musi wyjechać, muszą się rozdzielić. Dla obojga z nich ta informacja jest nie do zniesienia, a jednak nie mogą niczemu zaradzić. Obiecują sobie, że Rosie za rok dołączy do Alexa, przyleci do Bostonu i wspólnie będą poszerzać wiedzę na wybranych przez siebie kierunkach.  Przez długi czas oczekiwania mieli zostać ze sobą w kontakcie, internet, sms-y. Dzięki komunikatorom praktycznie cały czas korespondowali. Dzielili się swoimi sprawami, wydarzeniami jakie miały miejsce oraz przeżyciami. Tęsknili i wierzyli, że już niebawem się zobaczą. 
W zasadzie przez cały czas mamy wgląd na wiadomości, przez co resztę sytuacji trzeba sobie po prostu wyobrazić, bohaterowie wypowiadaj się poprzez teksty, autorka zrezygnowała z dialogów na rzecz formy elektronicznych wiadomości. Dlatego też to co dzieje się oraz wyobrażenie na temat miejsc w którym przebywali Rosie i Alex jest zależne od ich opowiadań. Często listy stanowią formę pamiętnika, rozmyślań nad życiem. Analizy minionych lat, emocji dotyczących tego co spotkało w danym czasie jednego z bohaterów. 


Przede wszystkim zadziwiła mnie forma jaką obrała autorka, ostatnią książkę jaką czytałam w podobnej wersji, to było "S@motność w sieci", po wielu latach ponownie spotkałam się z mailami, i czatami. Z początku było mi trudno zaakceptować, że będą tylko te wiadomości, ale gdy akcja zaczęła się rozkręcać, po prostu wczułam się w fabułę i z wielkim zaciekawieniem śledziłam losy Rosie oraz Alexa na przełomie wielu lat. Zastanawiało mnie jak też reżyser poradzi sobie z filmem, aktorzy zostali ciekawie dobrani, niestety już wstęp mnie załamał, rozumiem pewne różnice między oryginałem a scenariuszem, ale nie coś takiego! Cóż widać nieudane "P.s kocham Cię" było początkiem źle zekranizowanych filmów na podstawie świetnych książek Ahern. Szkoda i to ogromna.  Ponieważ jedna i druga mają ogromny potencjał, wspaniale prowadzoną fabułę, grę emocji, z którymi zderzamy się już od samego początku. Kilka słów o postaciach wiodących. Polubiłam i Rosie i Alexa, ale bywały momenty kiedy mnie niesamowicie drażniło zachowanie to jednego, to drugiego. Jakby nie potrafili słuchać siebie nawzajem, miałam odruch potrząsnąć to Rosie, to Alexem, nakrzyczeć żeby się opamiętali, ale jedyne co mogłam to czytać dalej i mieć nadzieje, że równowaga w przyrodzie istnieje, że naprawdę słońce wychodzi zza chmur. Tych dwoje trudno opisywać osobno, razem tworzą całość, pojedynczo odnosiłam wrażenie, że brakuje im ważnego elementu. Oczywiście fabuła nie kręci się tylko wokół ich relacji, poznajemy Ruby, kobietę znacznie starszą od Rosie, ale obdarzoną ironicznym poczuciem humoru, nutą szaleństwa. Mimo wspomnianej przeze mnie formy, bez problemu możemy poznać resztę postaci, ocenić i na koniec obdarzyć sympatią albo antypatią. Wrócę jeszcze do filmu, nie rozumiem dlaczego a raczej jakim cudem można było zepsuć coś tak świetnego. Nie pojmuje czy tak trudno było zachować kolejność wydarzeń i co najważniejsze ukazać je takimi jakie były? Szczerze mówiąc nie mogłam oglądać tych zepsutych scen, oglądając ani przez chwilę nie poczułam więzi łączącej Rosie i Alex, ich wzajemnego porozumienia. Jak wspaniale potrafili się komunikować, bawić i wspierać. Cecelia Ahern ukazała nam życie przyjaciół w czasach dzieciństwa, dorastania, młodości i dojrzałości, kiedy mieli już bagaż  doświadczeń. Film nam tego nie ukazuje, został brutalnie okrojony, a sceny jakie zachowano beznadziejnie nakręcono. Wielka szkoda, kolejny raz się rozczarowałam. Podziwiam autorkę, że zgadza się na coś takiego. 
Zmierzając w stronę podsumowania chciałam napisać, że warto przeczytać Love, Rosie z wielu względów, nie chodzi tylko o siłę przyjaźni, ale o wiele czynników z którymi bohaterowie musieli się zmierzyć, na które często nie mieli ochoty, nie chcieli się pogodzić, a ucieczka nie była rozwiązaniem.Każde z nich otrzymało trudne lekcje życia, czekało ich sporo egzaminów.
Myślę,że każdy po lekturze wyciągnie inne wnioski, wiele razy miałam łzy w oczach podczas czytania, często się denerwowałam na taki, a nie inny rozwój wydarzeń, na zachowanie bohaterów z którym się nie zgadzałam, później myślałam co ja bym zrobiłam, jak bym się zachowała.  Po raz kolejny autorka mnie nie zawiodła, zaserwowała konkretną dawkę emocji, książkę przeczytałam w zaledwie kilku godzin, a dokładniej mówiąc pochłonęłam. Każdy kto lubi twórczość Ceceli Ahern powinien sięgnąć i po tę pozycję.  Film jest taki sobie, dla mnie posłużył tylko do wizualizacji miejsc oraz postaci. 

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Akurat.
Książka bierze udział w wyzwaniu - 52 książki.



16 komentarzy :

  1. Książkę czytałam, ale niestety mnie nie zachwyciła. Strasznie irytowała mnie forma przekazu, czyli te wszystkie maile, smsy, telefony. Jednak wolałabym zwyczajną narrację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem Cię doskonale, też mi było trudno i na początku czułam się zawiedziona, że to tylko listy, maile czy sms-y ale później się przyzwyczaiłam:)

      Usuń
  2. Podobnie jak przy "Gwiazd naszych wina" - wszyscy się zachwycają, a ja nie umiem się przemóc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do gwiazd robiłam wiele podjeść i się poddałam, nie urzekła mnie ich historia ;)

      Usuń
  3. Mam na swoim stosiku, chcę przeczytać jeszcze zimą :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Podobnie jak Ty - zdecydowanie na początek preferuję książkę, a dopiero potem jej ekranizację.
    Tę powieść mam już w mojej biblioteczce i czeka na swoją kolej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeszcze jej nie czytałam, ale myślę, że to tylko kwestia czasu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Książka już stoi u mnie na półce i za jakiś czas będę ją czytać, więc już teraz zapraszam na przyszłą recenzję :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam Love, Rosie ☺ ale tym zepsutym d filmem naprawdę mnie zmartwiłaś. ..

    OdpowiedzUsuń
  8. Książka świetna, a filmu właśnie poszukuje :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Love, Rosie, to książka, która mnie w żaden sposób nie porwała. Ta historyjka była dla mnie naciągana, a bohaterowie zachowywali się nie jak dorośli, myślący ludzie. Ale to tylko moje, subiektywne zdanie :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Lubię książki, które zawierają ogrom e-maili, listów bądź kartek z pamiętnika, bo wtedy czytam je wręcz błyskawicznie. Cieszę się, że "Love, Rosie" czeka na mojej półce. :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Może i "PS. Kocham cię" było nieudane, ale przyznaj, że Gerard Butler był obłędny :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam w planach, inne książki autorki które czytałam bardzo mi się podobały.

    OdpowiedzUsuń
  13. Przyjaciółka chce mi to dać, ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka