kwietnia 01, 2026

kwietnia 01, 2026

Lolita

 

Pewien etap się zakończył. Lolita, moja kochana Lol odeszła. Była w domu moich rodziców 11 lat. O wiele dłużej niż początkowo dostawała szanse. Historia tej pięknej buraski jest jakich wiele. Dokarmiana strzykawką i walka, żeby przeżyła. Była mała i rozkrzyczana, jej przednie łapki były krótkie, co dawało zabawny widok, ale z mamą miałyśmy świadomość, że to nie tylko taki "urok", że to efekt jej niedożywienia, jeszcze gdy karmiła się mlekiem matki, przez chwilę. Bo potem została zdana na los. 



 Była maleńkim urwisem, ileż przegryzła mi kabli od słuchawek - nie zliczę. Jak cudownie aportowała! Biegała za kulkami z papieru i przynosiła w ząbkach, czekała aż rzucę i startowała jak torpeda. Potrafiła godzinami mnie tym męczyć, ale tak naprawdę uwielbiałam te naszą zabawę. 

Nie lubiła głasków, nie pozwalała nosić się na rękach. Ona decydowała kiedy i do kogo przyjdzie i się otrze o nogi, albo położy na łóżku obok - bez przytulania. 

Ustawiła wszystkie koty, nikt jej nie wchodził w drogę. Kroczyła niczym lwica przed swoimi poddanymi. Jednocześnie miała w sobie mnóstwo uczucia, kiedy pewnego dnia pojawił się Dzidziuś, maleńki kotek, którego porzuciła matka, Lola go przygarnęła i opiekowała. Była przy nim aż dorósł. 

Miała silny charakter, ale nikt nigdy nie słyszał żeby miauczała. Była cicha, a jednak wszyscy wiedzieli kiedy jest zła. Nawet, a może zwłaszcza my. 



Cichy towarzysz, przychodziła, układała się obok i po prostu była. Zawsze gotowa żeby pokazać - jestem. Jej ulubionym miejscem  była lodówka. Wyczekiwała dodatkowego karmienia, nigdy nie przepuściła okazji. Z biegiem czasu zmieniła się w kuleczkę na czterech łapeczkach. 



Była tylko jedna osoba, której pozwala się głaskać i brać na ręce - tato. Kiedy zachorował trwała przy nim niczym strażnik. Nie odstępowała na krok. Gdy pojechał do szpitala, wyczekiwała na jego łóżku aż wróci. By później dalej pilnować. Kiedy umarł, szukała go po całym domu. Aż w końcu znalazła sweter i się w nim zakopała. Nie wstawała przez kilka dni, nie pozwalała sobie go zabrać. Jej rozpacz była wręcz namacalna. Nie chciała jeść, patrzyła tymi wielkimi oczami, jakby chciała powiedzieć - nie dopilnowałam. 

Mam nadzieję, że się znaleźli, gdziekolwiek poszli. Wierzę, że już są razem. 

1 komentarz:

  1. Aga, niezmiernie mi przykro. I tak pięknie napisałaś o jej losie i życiu z Wami.
    Przynajmniej miała swój wspaniały dom, kochających ludzi wokół i z pewnością była szczęśliwa. Teraz pewnie przytula się do Twojego Taty... gdzieś tam daleko.
    Przytulam Cię.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger