Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

listopada 06, 2016

listopada 06, 2016

Córka pszczelarza

Córka pszczelarza

źródło



Często trafiam na książki, które przyciągają mnie od tak zwanego pierwszego wejrzenia. I nie chodzi tu o okładkę, a opis. Przeczytam fragment notatki od wydawcy i wiem, że to będzie coś godnego uwagi.  Powieść Montefiore zapowiadała się zagadkowo, wydarzenia rozgrywające się na dwóch płaszczyznach czasowych, tajemnica rodzinna. Bardzo lubię w ten sposób nakreśloną fabułę. Rozwiązywanie tajemnic z przeszłości, tego w jaki sposób mają wpływ na teraźniejszość. Właśnie z tą nadzieją sięgnęłam po Córkę pszczelarza, licząc na interesujące podróże w czasie, analizowanie przeżyć bohaterów. Porównywania życia ukazanego dawniej i później, po upływie kilkudziesięciu lat. 

Autorka zabiera czytelnika na wyspę.  Tekanasset w stanie Massachusetts, to właśnie tam poznajemy okolicznych mieszkańców. Jest ich niewielu, jak i sama wyspa, dlatego każdy zna swojego sąsiada, jego najbardziej skrywane sekrety. Nic się nie ukryje przed wszystko widzącymi oczami, mieszkanek Tekanasset. Toteż kiedy do miasteczka przybywa rockowy zespół z Anglii, wywołuje w matkach dreszcze przerażenia, a córkach ekscytację. Jedną z  dziewcząt jest Trixie, zakochuje się w wokaliście o imieniu Jasper, młodzieniec jest uroczy, pięknie śpiewa i urzeka dziewczynę swoją osobowością, ale jak to bywa w małej społeczności, wieści prędko się rozchodzą, potajemne spotkania, wywołują falę plotek i spekulacji.

Grace martwi się o córkę, pierwszej miłości nie można uniknąć, tylko kim jest przejezdny chłopak, jakie ma zamiary? Czy nie zrani jedynej ukochanej córki? W dodatku ukochany Trixie niespodziewanie musi wyjechać, obiecując, że wróci. Bo tylko na jakiś czas muszą się rozstać, ale niebawem będą już zawsze razem. Jak złudne bywają obietnice, jak często słowa nie mają pokrycia w czynach...

Wspierając jedynaczkę w oczekiwaniu na ukochanego, który jak się okazuje, nie jest zwykłym turystą z Anglii, szukającym szczęścia w Ameryce, Grace wspomina własne lata młodości spędzonej w małym angielskim miasteczku. W tym miejscu zaznała wiele szczęścia, odziedziczyła po ojcu fascynację pszczelarstwem, jak i samymi pszczołami, za sprawą których potrafiła odnaleźć wewnętrzny spokój. Tam też, poznała dwóch mężczyzn. Obecnego męża Freddiego, oraz tego z którym nigdy być nie mogła. I chociaż ich serca zwróciły się ku sobie, oboje wiedzieli jakie są realia. Niebawem też wybuchła wojna, życie każdego mieszkańca uległo zmianie. Ona wraz z mężem niespodziewanie opuściła rodzinne strony. Tak postanowił Freddie. Nie protestowała, miała nadzieje, że z biegiem lat ich małżeństwo będzie takie jak powinno, ale widać wojna wyryła trwałe blizny w sercu niegdyś radosnego młodzieńca. Nauczyła się nowego życia, oboje przywykli do porządku dziennego jaki wspólnie ustalili. Aż do czasu pojawienia się na wyspie Jaspera...

Matka i córka. Nie mają pojęcia jak ich historie miłosne mogą być podobne do siebie. Jak los czasem lubi zatoczyć koło. 

Długo zbierałam się do przeczytania Córki pszczelarza, miałam świadomość, że książka na pewno przypadnie mi do gustu, a jednak, swój czas musiała odleżeć na półce. W końcu kiedy przyszła pora, zasiadłam do czytania i wsiąkłam. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, jak dotąd nie przeczytałam żadnej jej książki. Na szczęście już od pierwszych stron poczułam, że pióro Montefiore wpasowuje się w moje gusta. Historia jaką ukazuje nie należy do odkrywczych, a mimo tego wciąga czytelnika już od pierwszych stron. Bardzo interesowały mnie opisy dotyczące zajmowania pasieką, zachowań pszczół. Niesamowite  ile dowiedziałam się za sprawą tej książki. 

Wczułam się w historię Grace całą sobą, w dodatku czułam się rozdarta między dwoma mężczyznami. Rozumiałam jej rozterki, zastanawiałam się co by było gdyby, jednocześnie mając świadomość zakończenia. Czasy w jakich przyszło dorastać i podejmować decyzje nie należały do łatwych. Dawniej rządziły konwenanse, małżeństwa nie z miłości, a wybrankiem z tej samej klasy społecznej. I chociaż te reguły wydawały się brutalne, to mam wrażenie, że były słuszne. Trudno jest sobie wyobrazić by osoba żyjąca według własnych zasad, nagle musiała zrezygnować z tak zwanej wolności i stać się niewolnikiem etykiety. Dla kogoś, kto wychowywał się z dala od podobnych norm, wydawało się czymś niepojętym.  Jakby zamknięcie w klatce z której można było wychodzić w odpowiednim czasie i za aprobatą większości. Koszmar. 

Grace miała świadomość swojego pochodzenia, Rufus również. Lecz serce nie sługa, trudno jest przejąć ster kiedy zabije szybciej. Wyrwane chwile, spojrzenia, zakazane słowa. Tylko tyle i aż tyle. 

Później podobny los czekał Trixie. Pomimo, że czasy już się zmieniły i rzekomo nikt nie zwracał uwagi na odgórnie narzucone idee, trudno było sprzeciwiać woli starszych. Tylko odważni stawiali na swoim, walczyli o własne marzenia, czy do takich ludzi należał Jasper? Czy historia Trixie mogła zakończyć się szczęśliwie? I jakie sekrety zostawili za sobą w rodzinnym miasteczku rodzice? Zgorzkniały ojciec i posłuszna matka?  

Świetnie napisana książka, można powiedzieć, że jej się nie czyta, historia sama się opowiada, my musimy tylko przewraca kolejne strony. Szczerze polecam!

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa


kwietnia 02, 2016

kwietnia 02, 2016

Północ i Południe - Książka

Północ i Południe - Książka

Jakiś czas temu opisywałam wrażenia, po obejrzeniu serialu "Północ i Południe" w oparciu o książkę Elisabeth Gaskell.  Przyszła w końcu pora abym mogła już jak należy, przedstawić opinię dotyczącą oryginału, tej jakże pięknej historii. I chociaż film od książki niewiele się różni (Dzięki Bogu!) To jednak należy wspomnieć o tym czego nie zobaczymy na ekranie, czego możemy doświadczyć tylko podczas czytania. 
Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, po oczarowaniu Piórem Charlotte Bronte, zapragnęłam poznać inną, jak się okazuje równie wspaniałą pisarkę, ale czy lepszą od tej pierwszej?  Pozwolę sobie na maleńkie porównania...

Snuta przez Elisabeth Gaskell opowieść zaprowadza czytelników do świata, który jawi się niesamowicie odlegle, niektóre opisywane miejsca są niemalże już jak nierealne krainy. Jedne pełne przepięknych krajobrazów, drugie natomiast przerażające w swej dramaturgi biedy, życia na skraju ubóstwa.  
Margaret, córka pastora oraz niegdyś zamożnej damy z Londynu, lata dzieciństwa spędziła u siostry matki. Rodzice wspólnie zdecydowali, że dom ciotki oraz towarzystwo kuzynki, będą odpowiednie dla dorastającej panienki. I tak jako niewiele rozumiejąca dziewczynka rozstała się z ukochanymi rodzicami. Z biegiem lat Margaret przywiązała się do miejsca, uroczej i zarazem troszkę zapatrzonej w siebie kuzynki. Do ciotki, która żyje chwilą, od spotkania z przyjaciółkami, do urządzonych wystawnych przyjęć. 
Życie w wielkim mieście miało wiele wspaniałych zalet, wyjścia na koncerty, spotkania miłych ludzi. I chociaż panienka czasem była po prostu zmęczona, tym zmanierowanym trybem życia, to nigdy się nie skarżyła. Stała u boku Edith, która wierzyła,że świat się kręci wokół niej, wspierała ją i nigdy nie poskąpiła swoją radą. Do czasu wyjazdu. Gdy przyszła pora pożegnać się z ukochanym pokojem, zaciszem będącym ostoją.  
Po zaślubinach kuzynki, Margaret wraz z ojcem wróciła do domu na plebani w Helstone, była to bardzo urokliwa i malownicza osada. Chociaż nie każdy potrafiłby się w niej odnaleźć. Tam życie płynęło swoim rytmem, mieszkańcy pracowali w polu, oporządzali zwierzęta. Spotkania towarzyskie nie miały miejsca, tak jako odbywało się to w Londynie, a jednak dla Margaret, było jedyne w swoim rodzaju, na swój sposób je pokochała. 

Powrót do domu oraz ciągłe przebywanie z matką bywały trudne, żona pastora bardzo często uskarżała się na swój los, na miejsce w jakim przyszło jej mieszkać. Nad utratą ukochanego syna, który popadł w niesłuszny konflikt z prawem. I tak naprawdę dla córki w sercu matki jakby zabrakło miejsca. Poświęcała jej niewiele uwagi,  więcej czasu spędzała z osobistą oddaną pokojówką, która wiedziała o każdym sekrecie pani Hale. 
Dziewczyna zaś często udawała się na przechadzki po okolicy, zapoznawała się z okolicznymi mieszkańcami. Zachwycała urokiem miejsc, które latem były wręcz bajeczne.  I kiedy już poczuła,że jest jej dobrze, los znowu postawił na zmiany dla całej rodziny...

Południe kojarzyło się ze słońcem, ciepłem i w pewnym sensie większą beztroską. Północ odstraszała fabrykami, ogromnymi szarymi budowlami, które przytłaczały i zasłaniały to co piękne. I właśnie do tego okrutnie odpychającego miejsca zaprowadziły ścieżki rodziny Hale.  Domek, w koło którego cudownie kwitły róże, musieli zastąpić ciasnym, mniej wygodnym i co gorsza  z szarym otoczeniem miejscem, gdzie nawet powietrze nie było przychylne ludziom...Każdy oddech wydawał się trudny. 
Margaret nigdy nie wątpiła w słuszność decyzji ukochanego ojca, ale w tym jednym przypadku czuła ogromny smutek i niepewność. W dodatku matka bardzo źle znosiła klimat nowego miejsca, powietrza przesyconego oparami miejscowych fabryk. I tylko silna osobowość młodej kobiety trzymała ją w spokoju ducha, by nie poddać się załamaniu. 

John Thornton, typowy ekonomista, myślący praktycznie i pragmatycznie. Jego celem było utrzymanie firmy w jak najlepszej kondycji. Zapewnienie odpowiedniego bytu matce, oraz zabezpieczenie przyszłości siostry. To on stał się odpowiedzialny za rodzinę, za przemysł, którym przewodził. Nie mógł pozwolić na słabości, nie mógł jej też okazać. Sprawiający wrażenie nieprzystępnego, nie mającego cieplejszych uczuć względem nieszczęścia drugiej osoby. Taka postawa bywała niezbędna w świecie gdzie każdy czyhał na nawet najdrobniejsze potknięcie. 

Ona, wrażliwa kobieta z południa, nie potrafiąca przejść obojętnie obok cudzej krzywdy i On, typowy mieszkanie północy, bezwzględny przedsiębiorca. Ich drogi będą się przecinały, ale ta znajomość nie okaże się łatwa. Dla żadnej ze stron. Duma i własne racje bardzo długo sprawią, że tych dwoje nie spojrzy na siebie nawzajem przychylniejszym okiem...


Rozpisałam się na temat fabuły, ale to jest naprawdę niewiele w porównaniu z tym co chciałabym przekazać, by przekonać wahających się przed przeczytaniem. Starłam się chociaż w maleńkim stopniu oddać klimat zawarty w jakże pięknie opisanej historii. Nie rozwinęłam wątku uczuciowego... ponieważ jest tak niesamowicie ukazany, że chybabym nie potrafiła oddać tego wszystkiego. Trzeba samemu doświadczyć. Inaczej się nie zrozumie piękna ukrytego w myśli, jednym geście, czy uczynku. Po prostu magia. Teraz w książkach wszystko jest podane na tacy. Dawniej pisarki zagłębiały się w  psychikę bohatera, jego przemyśleń i głębi przeżywanych rozważań. To co najważniejsze było ukryte, i tylko uważny obserwator potrafił odczytać między ukrytymi wierszami. Chyba tak naprawdę tego mi brakuje w teraźniejsze literaturze. Tego słownictwa, jego bogactwa.  Nastały czasy upraszczania, zapożyczania i skracania. Jaka wielka strata dla czytelników.  
Wspomniałam o lekkim porównaniu stylu Gaskell i Bronte, pewne jest, że obie panie wyśmienicie kreowały świat swoich bohaterów. Dbały o piękno każdego zdania, wypowiedzi. Opisów otoczenia, tak aby można było poczuć atmosferę opisywanych czasów. Jednakże odnoszę wrażenie, że to Bronte jest mistrzynią w analizie ludzkich emocji, tego jak niesamowicie budowała napięcie, wzbudzała emocje, które były odpowiednio stopniowane. Natomiast Gasekell troszkę mniej poświęcała ukazaniu wnętrza postaci i ich rozważań.  

Dlatego jeżeli chcecie rozpocząć swoją przygodę z klasyką, to we własnym odczuciu zalecałabym aby była to pani Elisabeth Gaskell, ponieważ jest łatwiejsza do przyswojenia, u Bronte na pierwszy raz może przerazić ilość analiz i ten charakterystyczny właśnie opis wewnętrznych rozterek głównych postaci. Dla mnie jest to fascynujące, ale z drugiej strony może przytłoczyć. 

Wracając do omawianej książki. Północ i Południe  czytałam bardzo, bardzo powoli. Dawkowałam sobie każdą stronę, smakowałam poszczególne fragmenty, niekiedy wracałam, zatrzymywałam i zastanowiłam  nad  wyglądem świata ukazanego w książce,na przeszłością. W jaki sposób prowadzone był rozmowy, etykieta. Cała ta może i śmieszna, ale według mnie urokliwa ceremonia na przykład picia herbatki.  I oczywiście wątek miłosny. Ja powtórzę kolejny raz, ale co poradzę, że kiedyś to wyglądało przeuroczo, magnetycznie. Był dreszczyk emocji, niedopowiedzeń, skradzionych spojrzeń, niewinnych gestów, a jednak jakże ważnych... Achy i ochy. Do tej pory jak sobie przypomnę spotkania Margaret z Johnem czuje takie przyjemne ciepło. I chociaż ich miłość nie była tak łatwo poprowadzona, nie padały słowa typu " kocham go, muszę z nim być!" czy " Ona jest taka seksowna" to powiem wam jedno. O wiele bardziej działają na wyobraźnie właśnie takie zdania wypowiedziane okrężną trasą. Ach Ach.... 
Nie ma możliwości chociaż na chwilkę przenieść się do lat gdy po ulicach spacerowali gentelmeni..
I chociaż mam świadomość, że panowie i panie zresztą również, nie byli krystalicznie idealni, to mimo wszystko spoglądam tęsknym wzrokiem do tamtych epok... 

Podsumowują, polecam z całego serca. Przeczytajcie i poznajcie tę jakże uroczą historię, opowiadającą nie tylko o pięknie, ale również trudach, zmagania się z głodem, z brutalnością oraz  ludzką dobrocią. Naprawdę warto!:)

września 26, 2015

września 26, 2015

Ps Kocham Cię...

Ps  Kocham Cię...

Poznać człowieka z którym spędzi się resztę życia, niby prosto, ale jednak nie do końca. Spotkać osobę, która stanie się nie tylko naszą miłością, ale i przyjacielem, to już wyższy poziom. Trafić na mężczyznę, bez którego nie można wyobrazić sobie dalszego życia. Jest prawdziwym szczęściem. Można dzielić ze sobą życie i czuć się samotnie. Można jeść wspólnie śniadania, z obowiązku. Razem, a jednak osobno. Związki nie zawsze jawią się idealnie...
Tak, poznać człowieka, który stanie się przyjacielem, powiernikiem i miłością to jak los na loterii. Nie każdy może tego dostąpić. Gorzej, gdy ten los na loterii nagle, brutalnie zostaje odebrany, bez podania przyczyny. Za szybko. Jak żyć, kiedy zostało  się pozbawionym  tego co było najważniejsze? Gdzie szukać motywacji, pocieszenia, czy jest ono w ogóle możliwe? 

Od śmierci Gerrego minęło zaledwie kilka miesięcy, dla Holly wydaje się jakby czas przestał mieć jakiekolwiek znacznie, że już nic nie będzie takie jak do tej pory. A skoro nie będzie, to jaki jest sens podnieść się z łóżka? Wykonać normalną, codzienną czynność. Nie, teraz nawet umycie włosów wydaje się bezsensowne. Gerry odszedł. Wraz z jego śmiercią odeszło wszystko. Życie przestało mieć sens, pusty i głuchy dom bez przerwy o tym przypominał. Przepłakane, nieprzespane noce. Niekończący się ból i tęsknota. Młoda wdowa popadła w otępienie, aż w końcu świat, a dokładniej jej własna matka przypomniała, że ona nadal żyje. I nawet jeśli zapomniała o życiu, to ono nie zapomniało o niej. Niespodziewana przesyłka, która rozbudza cień nadziei w kobiecie. Gdy otwiera kopertę z  dopiskiem "Lista" wie, że on nie zapomniał. Dawno temu, śmiali się z pomysłu, to były tylko żarty. Teraz stały się rzeczywistością. W kopercie znajdowały się listy, na każdy miesiąc, z zadaniami do wykonania dla Holly.
Gdy wydawało się, że gorzej być nie może, obudziła się maleńka iskierka nadziei. Bo choć ukochany nie wrócił, to pozostawił po sobie cząstkę będącą wyznacznikiem, w którą stronę ma podążyć zrozpaczona Holl. Wydawało się jakby on był, tylko gdzieś z daleka wysyłał listy...

Czytając książkę po raz pierwszy, zastanawiałam się jakie to uczucie poznać swoją drugą połowę, ale nie kogoś kto po prostu będzie. Mam męża, bo mieć muszę. Tylko kogoś ważnego, przyjaciela. Do kogo, mimo kłótni będzie się tęsknić.Tak jak Holly. Byłam wstrząśnięta emocjami towarzyszącymi głównej bohaterce. 
Minęło ładnych parę lat, ponownie zmierzyłam się z tragedią, która tak bardzo mnie poruszyła. Myślałam, że teraz nie poczuje tego co wtedy. W końcu wiedziałam jak potoczą się losy bohaterów, wiedziałam czego mam się spodziewać, ale nie. Autorka w niezrozumiały dla mnie sposób wciąga czytelnika, nakazuje mu wczuć się w rolę tego kto cierpi. Poczuć jego ból, rozpacz i zagubienie. 
I tak, razem z Holly przemierzałam mieszkanie bez celu, dzwoniąc na numer nieżyjącego męża, ponieważ mogła usłyszeć jego głos. Wyobrażałam sobie rozpacz kiedy musiała pożegnać z rzeczami, które były tak ukochane. 
Nawet w otoczeniu przyjaciół, którzy dzielnie wspierali, byli w pobliżu, nie potrafiła pozbyć się tej dotkliwej pustki. Bo jaki jest czas na pogodzenie się z utratą ukochanej osoby? Czy jest limit bólu?  

Polubiłam większość postaci, autorka postarała się o różnorodność charakterów. Od postrzelonej Ciary, po poukładanego, niemalże perfekcyjnego Richarda. Rodzeństwo Holly różniło się od siebie, nawet bardzo. Jednak każde w swoim czasie musiało dojrzeć by pojąć problemy tego drugiego. Im bardziej zagłębiałam się w fabułę, tym moja opinia do poszczególnych osób ulegała zmianie. Na oczach czytelnika rozgrywa się wiele zdarzeń, za sprawą których następuje metamorfoza. Chyba, a raczej na pewno dzięki właśnie tak realnie ukazanej sytuacji, na przestrzeni roku życia Holly wczuwamy się w fabułę. Przyglądając się, analizując, czasami wzruszając i nawet śmiejąc.  Cała paleta emocji, tak bliskich każdemu człowiekowi. Cecelia Ahern wspaniale poradziła sobie z ukazanym problemem, jak odnaleźć się po wielkiej tragedii. Śmierć, w każdym wywołuje dreszcze. Większość milknie, nie wie co powiedzieć, gdy o niej słyszy. A czasami wystarczy zachować się całkiem normalnie.  Bez zbędnego roztrząsania, lamentu.  
Wydaje się, że historia jest banalna, ileż to zostało napisanych książek o podobnym dramacie. Tak, to prawda. Dla mnie jednak ta właśnie, jest najpiękniejsza i najsmutniejsza. Żadnej nie przeżywałam tak intensywnie. Płakałam i śmiałam się razem z Holly, rozumiałam jej złość i rozczarowanie. Wczułam  w jej postać do tego stopnia, że miałam wrażenie jakbym to ja sama utraciła ukochanego...

Wydaje mi się, że powyższą książkę przeczytał już niemal każdy, jeżeli jednak znajdzie się osoba nie mająca pewności co do tego tytułu. Powiem jedno, czytaj!
Nie zaczynajcie od filmu, bo film według mnie jest okropny, wręcz obraźliwy. Nie wiem jak można było zmarnować tak piękną książkę. Reżyser, czy scenarzysta, powinien się wstydzić tego wytworu. 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.  



lipca 06, 2015

lipca 06, 2015

Co, jeśli...

Co, jeśli...

Nawet jeśli się udaje, że nic się nie stało, wciąż jest to tak samo realne.

Kolejne spotkanie z Panią Rebeccą Donovan. Jak mój nastrój? No cóż... jestem trochę w szoku, trochę przerażona, trochę wkurzona i jednocześnie niesamowicie przejęta. Nie sądziłam, że Co, jeśli... może się tak różnić od serii Oddechy, która niekoniecznie mnie do siebie przekonała w stu procentach. Ale po kolei...


Nagle wszystko stało się dziwnie zamazane, nie mogłem odwrócić wzroku. Spoglądałem w najbardziej niesamowite błękitne oczy na świecie. Mógłbym stać na środku ulicy jak skończony idiota i gapić się w nie przez całą noc. Wiedziałem, że jestem do tego zdolny, bo znałem te oczy – już kiedyś się w nie wpatrywałem.

Głównym bohaterem i jednocześnie narratorem jest Cal – student, który rozpoczął naukę w Crenshaw i nie potrafił brać na poważnie żadnej ze swoich byłych dziewczyn. Chłopak różni się od młodszej wersji samego siebie – okulary zamienił na szkła kontaktowe, spędził mnóstwo godzin na siłowni, dzięki czemu stał się po prostu "ciachem". Mężczyzna wiedzie typowe studenckie życie, chodzi na imprezy, spotyka się ze znajomymi, pije hektolitry kawy. Wszystko zmienia się, gdy w kawiarni spotyka osobę, której nigdy nie zapomniał – jego przyjaciółkę z dzieciństwa – Nicole. Wszystko byłoby pięknie, ale problem polega na tym, że dziewczyna zachowuje się inaczej, nie jest już Nicole... Przedstawia się jako Nyelle. Cal jest nią zafascynowany, a jednocześnie bardzo chce się dowiedzieć, co się właściwie stało i... czy ona to ona. Co tak naprawdę wydarzyło się przed laty? Dlaczego Cal ma mętlik w głowie, a kolejne wydarzenia nie pomagają mu rozwiać wątpliwości? Zapraszam do przeczytania Co, jeśli... – najnowszej powieści Rebecca'i Donovan!

Wiązało się z nią zbyt wiele dziwnych zbiegów okoliczności, abym mógł je dalej przyjmować na wiarę.

Muszę się przyznać, że odkładałam tę pozycję na dalsze wakacyjne dni. Po zapoznaniu się ze wcześniejszymi powieściami autorki nie miałam ochoty na kolejną historię, która będzie nafaszerowana po brzegi katastrofami, czy po prostu głupotą. Jednakże, obowiązki – obowiązkami, więc wzięłam się do roboty. To, co na mnie czekało na stronicach powieści jest bardzo trudne do opisania... Nie pamiętam już kiedy płakałam, śmiałam się i wkurzałam jednocześnie. Były momenty, kiedy historia doprowadzała mnie do szału, szczególnie zachowanie Nyelle, ale uczuciowość i wrażliwość Cala powodowała, że po prostu czytałam dalej. Dodatkowo, dobra, przyznaję się, trochę przewidziałam zakończenie. Pech chciał, że niestety nieomylnie, więc nie byłam mocno zaskoczona historią, aczkolwiek wzbudziła we mnie skrajne emocje. 

Wyrzuty sumienia to przebiegłe bestie. Ranią głęboko, a kiedy rana już się zabliźnia posypują solą.

Tym razem, po przeczytaniu książki Pani Donovan wysnułam wnioski. Jeden z nich dotyczy przede wszystkim przeszłości. Powieść doskonale pokazuje, jakie piętno mogą wywołać w naszym życiu wspomnienia, poczucie winy i wyrzuty sumienia. Autorka pokazuje w ten sposób, że nie można zbytnio zastanawiać się nad tym, co było, choć czasem jest to trudne. Podejrzewam, że gdyby mnie spotkało coś takiego, jak Nyelle, zachowywałabym się równie dziwnie i tajemniczo. Z drugiej strony uważam jednak, że nie można wykorzystywać swojego życia na wcześniejsze wydarzenia. Warto czasem patrzeć w przyszłość, ale przede wszystkim cieszyć się z tego, co jest tu i teraz. Wiedzieć, że to, co mamy aktualnie jest pewnością i wchłaniać wszystko to, co dobre.

Podobało mi się w niej wszystko – tyle tylko, że nie miałem pojęcia, dlaczego stała się tym, kim teraz była. I wcale nie miałem pewności, czy zależy mi na tej wiedzy. Wolałem chyba, żeby po prostu została tym, kim chciała być.

Podsumowując, powieść polecam gorąco. Wiadomo, że gusta są różne, ale mnie przekonała. Może niekoniecznie czymś szczególnym w treści, ale na pewno całokształtem. I tak naprawdę o to właśnie chodzi. Życie lubi zaskakiwać i jak widać, Pani Donovan również. Dzięki tej lekturze zmieniłam troszkę stosunek do tej autorki i w sumie troszkę z niecierpliwością czekam na kolejne jej pozycje. Bo nie można jej odmówić jednego – głowę do wymyślania fabuł to ona zdecydowanie ma. Niejeden mógłby jej tego pozazdrościć. 


Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Feeria.

kwietnia 01, 2015

kwietnia 01, 2015

Sekret początkiem wielkiej twórczości

Sekret początkiem wielkiej twórczości



Każdy, kto zapoznał się z twórczością Charlotte Bronte, zgodzi się ze mną, że jest to pisarka wielkiej sławy. Przede wszystkim sposób, w jaki operowała piórem, kunszt wykonania powieści jest naprawdę na wysokim poziomie. Podczas czytania trzeba się rozsmakowywać każdym słowem, przegryzać, analizować, by na końcu odczuć radość, że oto dostąpiło się zaszczytu obcowania z tak pięknym słowem pisanym. Bo Charlotte jak dla mnie jest mistrzynią swojej epoki. I chyba nikt nie zajmie tego zaszczytnego miejsca. Nie można też powiedzieć, że lektura Bronte jest łatwa. Tutaj trzeba mieć czas na analizę, przemyślenia i uzmysłowienia tego, co autorka chce przekazać w każdym zdaniu, gdyż siostry Bronte charakteryzują się głębokim przeżywaniem emocji, ubierając w słowa wewnętrzny stan, tak zwany duchowy. Możemy wczuć się w daną sytuację i być świadkiem tego, przez co przechodzili wybrani bohaterowie. Sekret stanowi zbiór opowiadań z najwcześniejszych lat autorki, tak naprawdę dzieciństwa i dorastania w domu u boku brata Branwella. To wraz z nim zostały spisane  przeróżne historie.
Niniejsza pozycja ukazuje czytelnikowi początki przygody z pisaniem Bronte, które były zabawą podczas długich wieczorów spędzanych w domu. Wraz z bratem tworzyli świat, w którym pobudzali do życia bohaterów osadzając ich w różnych sytuacjach. Z własnych obserwacji wyrzeźbiły się w młodym rodzeństwie poglądy na wiele spraw, również i politycznych. Przez lata spisywali sagi, które nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. Z pewnością oboje nie przewidzieli, że przyjdzie czas, gdy każdy fragment wychodzący spod pióra Charlotte będzie cennym nabytkiem.
I tak biorąc do ręki Sekret  rozpoczynamy przygodę z młodą markizą noszącą w sercu ciężar, którym tak naprawdę nie bardzo może się z nikim podzielić. Pewnego dnia sytuacja zostaje postawiona na granicy ryzyka. Zaś młoda mężatka ryzykując własny honor i szczęście, będzie musiała podjąć ważne decyzje, które zaważą na szczęściu nie tylko jej samej, ale i również innych osób. Mając nadzieję na zrozumienie ze strony małżonka uczyni ruch, który będzie obfitował we wstrząsające skutki. Jakie będzie zakończenie i czy skrywany sekret po wielu latach pozostawi cień na małżeństwie?
Z kolei świeżo poślubiona dama mieszkająca w pięknej wiejskiej rezydencji próbuje zrozumieć, dlaczego jej ukochany mąż ograniczył kontakty ze światem zewnętrznym, zaprzestając podróżować wraz z młodą branką do miasta. Jedynie okoliczni pracownicy służą za towarzystwo. Brakuje odpowiedzi na nurtujące coraz bardziej pytania, jaką tajemnicę kryje przystojny małżonek?

Muszę przyznać, że jestem ogromną wielbicielką prozy sióstr Bronte, zaś sama Charlotte jest moją ulubienicą. I wezmę w ciemno wszystko, co napisały kobiety z tego rodu. Byłam zaciekawiona Sekretem, gdyż o opowiadaniach pisanych wraz z bratem czytałam w pozycji opisującej życie Charlotte. Kiedy okazało się, że wydane zostały właśnie TE teksty bardzo się uradowałam. Ponieważ mieć możliwość zapoznania się z najwcześniejszymi zapowiedziami wielkiej sławy jest czymś niesamowitym. Lektura tej pozycji była naprawdę interesującym doświadczeniem. Można dostrzec talent, jakim cechowała się pisarka. Wprawdzie opowiadania są opisane lżejszym językiem, nie potrzeba zbyt wiele czasu na przemyślenia, jednak już można wyczuć potencjał, dzięki któremu zasłynęła Charlotte Bronte, Osobiście nie jestem wielką fanką opowiadań, krótka forma nie do końca do mnie przemawia, jednak w tym przypadku nie mogę się do niczego przyczepić. Jedynie do faktu, że jest ich tak mało i nie mogłam nacieszyć się światem, który został stworzony w tak młodych latach wspólnie z bratem. Na uwagę zasługują bohaterowie, niezwykle wyraziści oraz mający konkretnie zarysowane cechy osobowości. Klimat każdego opowiadania owiany był tajemnicą oraz czymś jeszcze, co jest charakterystyczne dla rodzeństwa Bronte.
Uważam, że Sekret powinien znaleźć się w biblioteczce każdego fana autorki, ponieważ książka ta jest wstępem do tych, które uznawane są za najważniejsze w dorobku.


Chciałabym móc powiedzieć, że każdy, kto sięgnie po Sekret, nie będzie się czuł rozczarowany. Ten typ literatury trzeba po prostu kochać i być fanem prozy w najpiękniejszym wydaniu. Sięgając po wybrane pozycje, należy być pewnym, że po przeczytaniu wryją się w naszą pamięć na długo. Nie zostaną zapomniane ani nie będzie można powiedzieć, że było tak sobie. Styl Bronte ma w sobie coś niesamowitego. I jeżeli poddacie się temu urokowi, zostanie z wami już na zawsze.

Tekst stanowi oficjalną recenzje na stronie redakcji Essentia

Książka bierze udział w wyzwaniu - 52 książki. 

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger