lutego 20, 2016

lutego 20, 2016

Życie i śmierć - Zmierzch opowiedziany na nowo...

Życie i śmierć - Zmierzch opowiedziany na nowo...



Niemalże każdy słyszał o sławnej Sadze Zmierzch, chyba nie ma osoby, która na pewnym etapie nie natrafiła na książkę czy film. Opinie są różne, jedni szczerze nienawidzą, krytykują, za wszystko, krótko mówiąc zniżając do poziomu dna. Jednak są też fani, którzy z łezką w oku wspominają premierę słynnej serii o wampirach.

Sama zaliczam się do grupy fanów. Możecie sobie w tym momencie o mnie pomyśleć co tylko zechcecie. Tak, lubię Sagę i bardzo miło wspominam czasy kiedy nastąpiło wielkie BUM! Przeczytałam dwa razy całość, filmy oglądałam... no nie ważne. Wiele razy. I nawet jeżeli z perspektywy czasu widzę niedociągnięcia, to i tak mam do nich sentyment. Może dlatego,że wcześniej nie czytywałam fantasy, a Zmierzch był pierwszy? Nie wiem. Ważne, że uwielbiam historię o wampirach i niezbyt ogarniętej Belli.

Jako,że mija 10 rocznica od wydania pierwszej części, Stephanie Meyer postanowiła zrobić swoim czytelnikom "niespodziankę" i pobawiła się znaną wszystkim opowieścią. Jaki był tego rezultat i czy autorka słusznie postąpiła zmieniając coś, co zyskało rozgłos? Może lepiej było zaskoczyć czymś zupełnie innym?  Za chwilę wszystkiego się dowiecie.


Zacznę od tego, że "Życie i śmierć" jest odbiciem lustrzanym Zmierzchu, z tą maleńką różnicą, że postaci kobiece zmieniły się w męskie i na odwrót. Na pierwszy rzut możemy powiedzieć ok, ale jak to wygląda w praktyce, podczas czytania? Jakim jest bohaterem Beau i Edythe? 
Nie będę robiła zarysu fabuły ponieważ mija się to z celem, gdyż autorka z kalkowała WSZYSTKIE wydarzenia z pierwowzoru.  Z maleńkimi niuansami. Takimi jak na przykład wypady koleżanek, troszkę trzeba było włożyć zmiany, bo wiadomo "mężczyźni" nie pojadą kupować fatałaszki, albo umówić na wizytę u fryzjera czy kosmetyczki.

Beau przyjeżdża do Forks, robi wszystko co czyniła nasza Bella, nawet zagryza wargę - no jakże słodziutko! Kiedy przeczytałam owe zdanie, aż oniemiałam z wrażenia! Naprawdę. Idąc dalej nasz chłopczyk jest totalnym fajtłapą. Ja rozumiem, On nie miał być super boyem. Liderem drużyny futbolowej z masą pieniędzy. Bardzo dobrze, ale zniewieściały Beau...  był totalną katastrofą. Albo i nawet gorzej. Jego rozmyślenia,  jak się potykał, rumienił, nie potrafił prowadzić rozmowy... Nie. Natomiast Edythe, kolejna kopia z poprzedniczki, tylko tyle,że został kobietą. Mówiła, robiła, zachowywała się jak nasz Edward. No Gender rozszalał się na dobre, nie wiem tylko śmiać się, czy płakać?  Edyt jest przebojowa, pewna siebie. No raczej, wszak jakby nie było została obdarzona cechami męskimi. Zakochuje się w nierozgarniętym młodzieńcu, bo jak wiadomo każda silna kobieta, zwłaszcza z nadprzyrodzonymi mocami pragnie mieć TAKIEGO partnera. Jest nieśmiertelna, a tutaj może roztoczyć twarde ramionka nad kruchutkim Beau.

Miałam ogromne nadzieje, że powyższa książka będzie czymś nieco innym, że autorka wykaże się chociaż w maleńkim stopniu aby zaskoczyć swoich fanów. Niestety. Tak się nie stało. Z przykrością muszę stwierdzić, że Stephanie Meyer poszła po najprostszej linii, przerabiając i to w dość płaski i bez wyrazu sposób oryginał. Tego co zrobiła ze Zmierzchem nie można nawet nazwać "odgrzanym kotletem", prędzej poszatkowanym. Według mnie zniszczyła to, co było dobre i mimo krytyki, z którą nie jeden raz saga musiała się zmierzyć, nie zaszkodziła jej tak, jak ten beznadziejny i kompletnie zmarnowany pomysł niby nowej wersji. Totalna klapa, porażka i nie wiem co jeszcze.

Owszem, zamysł mógłby mieć miejsce gdyby usiąść i na spokojnie, przede wszystkim DOKŁADNIE zająć się bohaterami. Nie zmieniać w starym pliku "byłam" na "byłem", tylko wykreować na nowo postacie, a jedynie co, to wzorując się by zachować zgodność zdarzeń. W tym przypadku okazało się, że autorka sama sobie zadała cios w kolano. I to taki porządny.  
Dla mnie czytanie "Życia i śmierci" stało się męczarnią, zupełnie nie odnalazłam się w tym schemacie. Nie potrafiłam zdzierżyć "genderowej" Belli, inaczej ująć nie potrafię. To nie był Beau, to była Bella po przymusowej zmianie płci, o której nie miała pojęcia.

Zastanawia mnie jeszcze jedno, jak osoby doradzające mogły przyklasnąć czemuś takiemu? Rozumiem, chęć zrobienia hałasu, świetna sprawa. Okrągła rocznica, należy o sobie przypomnieć. Tylko dlaczego nie pomyślano wcześniej, nie zaplanowano dokładniej? Nie potrafię pogodzić się ze świadomością,że autorka sama, na własne życzenie zepsuła coś naprawdę fajnego.  I co najgorsze, czuje się  dumna.
Gdybym miała zacząć wyliczać wady tejże książki, opinia chyba nie miałaby końca. Dlatego poprzestanę na konkretach. 
Chyba najlepszym rozwiązaniem byłoby ukazanie historii z perspektywy Edka, chociaż nie. Meyer już pokazała, że zupełnie nie radzi sobie we wczuwanie się w postaci męskie. Czego przykładem jest Beau. Koszmar w najczystszej postaci.

Jedynym plusem wydania tego tytułu jest opcja "dwie książki w jednym", a dokładniej mówiąc, z przodu mamy "Życie i śmierć" zaś po odwróceniu "Zmierzch", Osobiście skorzystałam z opcji numer dwa i odświeżyłam sobie historię oczami Belli. 
Kreacji Beau mówię stanowcze NIE, nie chcę nawet pomyśleć, że ktoś zechce ekranizować ten nieudany wytwór.
Moje serce jest zranione, czuję żal do autorki. Nie wybaczę tego co uczyniła czytelnikom. Tyle można było zorganizować z okazji tak okrągłej rocznicy. A tutaj? Poszła na łatwiznę w najgorszym wydaniu.. Boję się pomyśleć co się stanie za kolejne 10 lat. Czuję się rozczarowana, nie polecam. Szkoda czasu. Chyba, że ktoś nie ma w posiadaniu Zmierzchu, to wtedy tak, można sobie sprawić, aby przy okazji zerknąć pobieżnie co też kryje "zielone jabłuszko".
   

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

lutego 18, 2016

lutego 18, 2016

Upalne lato Kaliny

Upalne lato Kaliny


Czytając dawno, dawno temu Upalne lato Marianny nie miałam świadomości, że książka ta będzie początkiem trylogii, ba! Nie miałam pojęcia,że będzie miała jakąkolwiek kontynuacje. Jednak pamiętam jak bardzo mnie zachwyciła. Niby nie wyróżnia się wartką akcją, niby niczym nie wydawałoby się, że zaskoczy, a jednak. Książka miała w sobie coś takiego co spowodowało,że czytałam ją z ogromną przyjemnością i ciekawością. Autorka bardzo zgrabnie prowadziła po fabule, dlatego też kiedy okazało się,że historia Marianny ma swój ciąg dalszy, a w dodatku możemy poznać losy reszty bohaterów, nie zastanawiałam się zbyt długo. I oto mam za sobą Kalinkę, czy utrzymała poziom poprzedniczki? 

Jak wielkie rany na psychice mogą zostawić zdarzenia mające miejsce podczas wojny? Co tak okropnego musiało się stać, że radosna i może troszkę naiwna Marianna stała się tak wycofana i może pewnym sensie zgorzkniała? Dlaczego tak bardzo się zmieniła? Gabriela, piastunka ale i wieloletnia przyjaciółka rodziny miała słabość do swojej podopiecznej, ale czy to było dobre? Może lata temu powinna była zmusić młodziutką Mariannę do zwierzeń, może gdyby zachowywała się inaczej, Kalina poznałaby swoją matkę z innej strony? Może nie byłyby sobie obce... A teraz, teraz Kalina sama jest matką i postępuję podobnie do swojej rodzicielki. Malutka córeczka urodzona, ale i porzucona w domu Gabrysi, która to pokochała dziewczynkę od pierwszej chwili.. Żeby tak Kalinka potrafiła obdarzyć miłością kogoś, kto powinien być dla niej najważniejszy. 
Niestety, kobieta nie zaznała uczuć ze strony własnych rodziców. Ojciec zawsze podporządkowany humorom Marianny, która nie odnajdywała się w rzeczywistości, na którą sama w przypływie słabości się zdecydowała.

Kalina, dorosła kobieta. Żona i matka. Ma wszystko, ale jednak jej życie wydaje się jakby puste. Od zawsze myśląca pragmatycznie. Nie skora do uniesień, do zachowań, których nie mogłaby kontrolować. Wszystko do czasu, do chwili gdy przez przypadek pozna pewnego człowieka, który odmieni jej spojrzenie na wiele spraw. Od wielu lat próbująca uciekać od samej siebie, od przeszłości będącej szarą i niezbyt przyjemną. Zdana na samą siebie, szybko nauczyła się skrywać to, co człowiek powinien uzewnętrzniać. Stojąca zawsze na uboczu, przyglądająca się poczynaniom przyjaciółek, nie skąpiących sobie wrażeń i korzyści z tego co niesie ze sobą młodość, ale nawet kiedy Ty zapomnisz o całym świecie i będziesz udawał,że Cię nie interesuje. Świat w końcu upomni się o Ciebie. I pokaże życie od tej drugiej strony. Czasem wbrew głównemu zainteresowanemu...
Jak Kalina upora się z demonami przeszłości, dlaczego Marianna stała się takim człowiekiem, a nie innym? Czy można uratować coś, co zostało wiele lat temu zaniedbane? 

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak,  kolejny raz pokazała,że potrafi pisać na jak najwyższym poziomie. Nie ma mowy by chociaż przez chwile czytelnik poczuł się znużony lekturą książki. Jak wspomniałam na początku pierwsza z trylogii była świetna, ale Marianna to tylko wstęp, takie preludium przed tym co zaserwowała autorka w Kalinie, retrospekcje przenoszące nas do czasów wojny, tego co zdarzyło się z młodą jeszcze Marianną, jak rzutowało na dzieciństwo i dalsze lata jej córki chwilami były naprawdę trudne. Wojna, każdy wie, że nie oszczędziła nikogo kto przeżył. I nawet jeżeli rany na ciele się zagoiły to niestety te w sercu, we wspomnieniach pozostały na zawsze..
Kalina boryka się z problemami ukrytymi głęboko na dnie własnej świadomości. Odcięła się od nich, co nie znaczy,że czasami nie dają o sobie znać. Wie,że jej zachowania są całkiem inne od tych, które cechują młode kobiety, ale mimo wszystko nie potrafi się przełamać. Małżeństwo bardziej z rozsądku niż uczuć. Po prostu tak jakoś wyszło. Nie jest nieszczęśliwa, wspólnie tworzą zgrany duet, partner jest inteligenty, potrafi wysłuchać i przede wszystkim nie wnika. Nie zadaje niewygodnych pytań o przeszłość... Tylko czy takie zachowanie jest właściwe? Może Kalina podświadomie wyczekuje czegoś zupełnie innego? 

Upalne lato Kaliny czyta się z ogromnym zainteresowaniem, z jednej strony byłam niesamowicie ciekawa tego co przydarzyło się Mariannie, z chęcią zagłębiałam się we wspomnieniach tamtych czasów. Z drugiej kibicowałam Kalinie, by zdążyła się opamiętać, by zrozumiała,że jeszcze wszystkiego może się nauczyć, tylko musi sama zdecydować o tym najważniejszym kroku. Przez całą książkę czułam pewnie napięcie, jednak to zakończenie wprawiło mnie najpierw w osłupienie, po prostu nie dotarł do mnie fakt tego co się zdarzyło. Byłam najnormalniej w świecie wstrząśnięta, nie mogłam i nie chciałam uwierzyć w TAKI koniec, autorka genialnie zagrała na emocjach. Wielkie brawo. Gdyby nie świadomość posiadania trzeciej części, chyba bym nie potrafiła pogodzić się z tą niewiadomą.  Jestem zachwycona talentem pani Zyskowskiej-Ignaciak. Kalinka, to lektura obowiązkowa, ja radziłabym zapoznać się z poprzednim tomem, niby można czytać każdą część odrębnie, jednak uważam,że Upalne lato należy zacząć od początku.  Szczerze i od serca polecam.
Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu MG.

lutego 16, 2016

lutego 16, 2016

5 sekund do IO

5 sekund do IO


Chyba większość z nas grała, bądź gra w gry komputerowe. Jedni uwielbiają sadzić roślinki, pływać, czy może też walczyć w przestworzach, lub na ziemi. Gra ma jedno zadanie. Przenieść nas, zainteresowanych do innego świata, gdzie rzeczywistość na chwilę zostanie zagłuszona czymś nierealnym, a jednak jakże fascynującym, im więcej producent włoży w swoje dzieło, tym lepszych efektów mogą spodziewać się konsumenci. Czas, który poświęcamy na tą formę relaksu może być zwodniczy, pochłonięci alternatywnym światem często zatracamy się, nie zdając sprawy ile godzin upłynęło bezproduktywnie. Jednak to "tylko" gra, cóż może się nam stać poza bałaganem w mieszkaniu, czy brakiem obiadu? Nic. Problem zaczyna się gdy cienka granica między światem fikcyjnym a realnym zostaje zatarta..

Koszmar, który mógł wydarzyć się tylko w scenie thrilleru, bądź w jednej z gier w jakiej nie jeden raz brała udział Mika, staje się rzeczywistością. O to siedzi ukryta w bibliotece, mając świadomość,że niebezpieczny psychopata biega z bronią w ręku i zabija każdego napotkanego po drodze ucznia lub nauczyciela.  Strach paraliżuje, przecież takie rzeczy się nie dzieją naprawdę, nie w tak nudnej i nie odznaczającej szkole, jak to Warszawskie liceum. A jednak. Oprawca czegoś szuka, do czegoś zmierza, jeszcze chwila i zostanie zauważona. Kiedy dwa spojrzenia się spotykają, Oczy Mikki robią się co raz większe ze zdziwienia. Przez głowę przelatuje mnóstwo wspomnień, i to jedno najważniejsze. Ona go zna! Wie kim jest morderca, ale dlaczego właśnie On? I dlaczego nie strzelił jej w głowię skoro mógł? 

Mika nie miała łatwego życia, kiedy umarł ojciec zamieszkała wraz z młodszą siostrą w pogotowiu opiekuńczym. Jak żyje się w takim miejscu? Nie zrozumie nikt, kto przez jakiś czas w nim nie pomieszka. Dla nastolatki wydaje się, że nie ma już nikogo z kim mogłaby dzielić ten dziwny stan. Nie potrafi płakać, czuje się zablokowana. Dopiero Bartek, jeden ze współwychowanków ośrodka przykuwa swoją uwagę, ciągłym graniem. To dzięki niemu Mika staje się jedną z najlepszych w tej dziedzinie. I to właśnie za sprawą dawnej pasji zostanie wybrana do trudnego i niebezpiecznego zadania...

Będę szczera, bardzo długo zbierałam się z przeczytaniem powyższej książki. Tak naprawdę sama nie wiem dlaczego po otrzymaniu przesyłki nie potrafiłam się do niej przemóc. Chyba musiała "nabrać mocy" i po prostu odczekać swoje. Kiedy już w końcu zasiadłam do czytania.. automatycznie przepadłam. Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością pani Wardy, owszem słyszałam o autorce, jednak do tej pory nie miałam sposobności zapoznać się z jej książkami. Zawsze z pewną niepewnością zagłębiam się w lekturze autorów, którzy zewsząd są zachwalani, może dlatego, że kilka razy srogo się rozczarowałam? Nie wiem. W tym przypadku było inaczej, pozytywnie. Już na samym wstępie zostajemy wciągnięci w fabułę, która mocnym uderzeniem zbija z tropu. Bo tak na "dzień dobry" morderstwo i niepokojące zachowania bohaterów wprawiają w osłupienie. Jako,że tematem przewodnim są gry o bardzo zaawansowanej technologii, całość jawi się jak wyjęta z filmu s-fi, do momentu gdy najnowsza gra zaczyna mieć uchybienia, a gracze zaczynają dziwnie reagować na jej brak.  Cały czas balansujemy pomiędzy rzeczywistością i światem nierealnym, gdyż akcja toczy się na dwóch płaszczyznach. W normalnej codzienności bohaterów oraz na IO gdzie można odczuwać wszystkie bodźce, przez co gra zdaje się jeszcze bardziej rzeczywista. Pozostaje pytanie w jakim momencie alternatywna przestrzeń zaczyna być niebezpieczna, kiedy zaczyna stanowić zagrożenie?

Jestem pod ogromnym wrażeniem samej konstrukcji książki, autorka wykazała się niesamowitą wiedzą w tematyce gier, całej terminologii oraz szczegółów, które stanowią ważne elementy, czytając odnosi się wrażenie,że napisała ją osoba żyjąca w świecie komputerów, bardzo dobrze odnajdująca się w ukazanej dziedzinie.  Druga, bardzo ważna sprawa. Znakomite wykreowanie bohaterów, zwłaszcza zarys psychologiczny nastolatków znajdujących się w pogotowiach opiekuńczych, ale i również tych z innymi problemami. Gra w pewnym sensie tworzyła świat w jakim zagubieni ludzie potrafili się odnaleźć, jednak czy taka złudna wizja samego siebie może być dobra? Czy w pewnym momencie nie doprowadzi do katastrofy ? Jak poradziła sobie główna bohaterka z tym jakże trudnym i ważnym zadaniem? 
Szczerze polecam przeczytanie tej pozycji, mnie podbiła i sprawiła, że nie potrafiłam się oderwać od stron, a samo zakończenie... Sami się przekonajcie. Naprawdę warto!

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Media rodzina.

lutego 06, 2016

lutego 06, 2016

Sicario - FILM

Sicario - FILM




Sicario - w języku, a raczej slangu hiszpańskim oznacza płatnego zabójcę. Jak większość się orientuje Meksyk czy też Columbia poza pięknymi terenami oraz kulturą, słynie z okrutnych morderstw, porachunków gangsterów i ogólnie złem w najczystszej postaci. Twórcy filmu pokusili się o ukazanie małego fragmentu mrocznej strony świata przestępczego, które ma swoje źródło dużo wyżej, u ludzi będących pozbawionych wszelkich granic.  Jak to wyszło w ogólnym rozrachunku? Czy reżyser (Denis Villeneuve) podołał  i osiągnął zamierzony cel, czy Sicario uniosło swoją poprzeczkę?  

Zacznijmy od pomysłu fabuły, film rozpoczyna się dość mocno, nawet brutalnie. I za to wielkie brawo. Nie ma przydługiego wstępu, niepotrzebnego budowania napięcia.  Grupa agentów FBI podczas jednej z akcji odkrywa ukryte ciała, jak się okazuje był to masowy mord. Zleceniodawcą jest meksykański boss, parający się przemytem narkotykami. Aby móc przechwycić głównego oprawcę grupa musi dostać się do świata przestępczego, gdzie prawo rządzi się innymi kategoriami. Młoda agentka - w tej roli Emily Blunt.  Zostaje wytypowana do wzięcia udziału w całym trudnym i oczywiście niebezpiecznym przedsięwzięciu. Jak wiadomo Meksyk to nie Ameryka. Tam wszystko wygląda inaczej. 

Akcja toczy się miarowo, nie można powiedzieć, że coś zostało rozwleczone, czy może zbyt podkolorowane. Jest brutalnie, jest napięcie. I wszystko byłoby dobrze gdyby momentami nie zaczęły się dziać dziwne rzeczy, mianowicie zbyt wiele przeróżnych zbiegów okoliczności, wydawałoby się,że plan jest niebezpieczny, misja na bardzo wysokim poziomie i nagle PUFF. Chyba wątki poboczne wzbudzały więcej emocji, i tak naprawdę to one ratowały całość.  Nie do końca zrozumiałam dlaczego reżyser po dobrym rozpoczęciu postanowił pokierować fabułę w taką, a nie inną stronę. Zamiar i pomysł był naprawdę bardzo dobry. Świetna muzyka, wprowadzała odpowiednie emocje z czego jestem zadowolona, ale...Coś zaczęło się rozjeżdżać, jakby nagle panu Villeneuve znudziło się to co nagrywa, i postanowił szybciutko uciąć. Szkoda wielka, ponieważ  z tak ciekawą obsadą, scenariuszem można było naprawdę "poszaleć", bez podkoloryzowania. 

Co się tyczy aktorów, mam skrajne uczucia. Byłam bardzo mile zaskoczona doborem i wiele oczekiwałam... Niestety postać, w którą wcieliła się Emily Blunt,  porażała swoją beznadziejnością. Agentka FBI, wysyłana do zadań specjalnych, strzelająca do ludzi, nagle kiedy jej noga staje na Meksykańskiej ziemi, przemienia się w ciapę z wiecznym grymasem przerażenia na twarzy. Do pewnego momentu tłumaczyłam to zachowanie szokiem, jednak im dłużej, tym co raz gorzej, kobieta drażniła do tego stopnia, że zaczęło mi to przeszkadzać w oglądaniu filmu. Cały czas zastanawiałam się o co chodziło z jej rolą, po co na siłę została upchnięta do filmu? Niby agentka, a przypominała "świeżaka" dopiero co po ukończonej szkole policyjnej. Żenada. Moja ulubiona aktorka doprowadzała mnie do szału, wprost nie potrafiłam znieść scen w których się pojawiała.

Na szczęście Sicario broni doskonała gra Benicio Del Toro, który wcielił się w rolę Meksykańskiego agenta, w prawdzie jego misja była bardziej prywatna jak ku dobru całego społeczeństwa, jednak cała charakteryzacja i wczucie w rolę było bardzo dobrze ukazane, widać aktor świetnie sobie poradził, dzięki czemu Alejandro, mimo nie do końca nieskazitelnej przeszłości i zamiarów, wzbudzał sympatię. 

Nie będę zbyt wiele rozwodziła się na temat całej obsady,  wydaje mi się, że Blunt i Del Toro grają pierwsze skrzypce, z tą różnica, że aktorka poległa z kretesem i nawet jeżeli jej rola miała być właśnie taka, to niestety odegrała ją tak słabo  i nienaturalnie, że całość wołała o pomstę do niebios. W moim własnym odczuciu największym atutem  filmu jest rola Benicio Del Toro, aktor dzięki któremu Sicario  się wybroniło. Bo ze względu na właśnie tę postać warto obejrzeć film, z perspektywy czasu dochodzę do wniosku, że to nie jest produkcja najwyższych lotów, jednak nie można powiedzieć, że nie warto zwrócić na niego uwagi. Byłoby to chyba zbyt krzywdzące. Nie ma szaleństwa, nie ma "ochów i achów", ale było przyzwoicie... Gdyby nie Emily Blunt...

Podsumowując, jeżeli nie podejdziecie do filmu zbyt krytycznie, a lubicie strzelaninę, brutalne morderstwa i działalność przemytniczą, możecie śmiało sięgać po ten film. Początek i zakończenie to takie mocne strony Sicario...

Tekst stanowi oficjalną recenzję dla portalu DużeKa. 

lutego 04, 2016

lutego 04, 2016

No to stosik! :)

No to stosik! :)


Przyszła pora na stosik, który został skompletowany w styczniu - no nie całkiem, jedna z pozycji jest jeszcze z grudnia. Dołączyłam ją jednak do tego z nowego roczku:)
Sporo tytułów, bo  z tego co widzę to podzieliło się po połowie, są moimi własnymi nabytkami. Z nowym rokiem nie wytrzymałam, korzystałam z promocji, wymieniłam się, jakoś chciałam poszaleć, a co! :)  nie przedłużając zaczynamy!

1. "Ruda sfora" Kossakowska - Bardzo polecana przez koleżankę, miała dwie sfory, ja dwa imperium ognia. Zrobiłyśmy sobie wymiankę - bardzo korzystną! :) Bo rudej jestem bardzo ciekawa. 

2. "Plaża Babylon" Edwards-Jones i ktoś tam;P - Prezent świąteczny od kochanej Angeliki z lustereczka:) Bardzo, bardzo dziękuję! Właśnie się do niej przymierzam!

3. "Lepiej - jakieś sposoby na lepsze życie" Rubin - Ta okładka żółta jak kurczątko ( kocham żółty) i opis przyciągnęły moją uwagę, obym się nie rozczarowała:)

4. "Trylogia. Strażnicy Nirgali" Wojdowicz -  Nie będe opisywała każdego tomu osobno, ponieważ cały pakiet kupiłam sobie w prezencie z okazji nowego roku, jeszcze nie czytałam, ale polubiłam styl autorki, więc możecie gadać co chcecie ja i tak jestem na TAK ;). 

5. "Zabić" i słynny PR Pleskot - Czasy PRL-u są jakoś moimi ulubionymi z historii nie tak całkiem odległej, więc nie byłabym sobą gdybym nie zdecydował się na ten tytuł. 

6. "Sekret zegarmistrza" Renata Kosin - Zaczęłam czytać, no zaczęłam. Każdy chwali, ja utknęłam. Wierzę, że jednak,że to tylko chwilowa przerwa, a później będę zachwycona jak inni. Oby!

7. "I że ci nie odpuszczę" Szarańska - Książka już dawno przeczytana, czeka na opisanie. Nie wiem dlaczego jeszcze tego nie uczyniłam... 

8.  "Pod wędrownym aniołem" Joanna M. Chmielewska - Jedna z moich ulubionych autorek, wydała bardzo prywatną książkę, musiałam ją mieć. No nie dało się inaczej...


Oczywiście jest mini sesyjka moich nabytków, oglądajcie podziwiajcie, piszcie co macie, co wam się podobało - albo co rozczarowało...:D 


 
                          Nie powiem co mi przypomina ten malunek na okładce, bo wyjdzie,że mam jakieś zboczenia... ;D       

            Jest moje żółciutkie cudo :) bardzo lowe! żółty zawsze i wszędzie.. plaża ma okładkę taniego romansa w stylu harleqin :D 

          No więc obie są w takim stylu, że mnie ani nie podbija, ani nie zniechęca. Chociaż zegarek w oryginale może być całkiem całkiem :)

                 Moja piękna, przewspaniała, prześliczna TRÓJCA - no sami powiedzcie,że są piękniaste, ochy i achy :)

                   Obie pięknie wydane, eleganckie i mające w sobie coś, co przyciąga. Naprawdę super wydania!


I moje ulubione pytania na koniec, co wam się podoba? Co macie? Czego jesteście ciekawi? :) 

 

stycznia 26, 2016

stycznia 26, 2016

Ember in the Ashes. Imperium ognia

Ember in the Ashes. Imperium ognia

Nie mam pojęcia od czego zacząć. Jak powinnam rozpocząć by należycie zaprezentować powyższą książkę. Książkę, która od dłuższego czasu zbiera żniwo samych pozytywnych recenzji oraz opinii słownych. Chyba jeszcze nie znalazłam choćby kawałka krytyki celującej właśnie w ten tytuł...
Czas mijał, czytałam, słuchałam i spoglądałam w stronę tej, która powinna mnie wciągnąć w wir niesamowitej fabuły, by później wypluć zdruzgotaną i odmienioną. Bo każdy kto przeczytał Ember in the Ashes,  się zmienia, twierdzi, że po przeczytaniu nic już nie jest takie jak było. Czy rzeczywiście? W czym tkwi tak wielki fenomen? Musiałam się dowiedzieć. I dowiedziałam...

Laila jest sierotą, pochodzącą z rodu, któremu nie należą się żadne prawa. Każdy dzień jest walką o przetrwanie, o to by jutro znowu można było zmagać się z przeciwnościami losu. Tam nikt nikogo nie oszczędza, nikt nie jest przyjacielem. Nie można ryzykować. Im mniej wiesz od drugiej osobie, tym lepiej dla Ciebie.
Dziewczyna ma brata, który od pewnego czasu zachowuje się dość dziwnie, jednak zanim tak naprawdę zorientuje czym młodzieniec się zajmuje, do drzwi domu pukają maski. Uprowadzają brata,posądzając o zdradę i przyłączenie do buntowników. Zabijają dziadków. Laila pozostaje sama. Wszystkie wydarzenia dzieją się bardzo szybko. Zbyt szybko i bardzo brutalnie. Zdana na samą siebie postanawia odszukać kryjówkę buntowników, by prosić o pomoc w uratowaniu jedynej osoby, która została jej na tym świecie. Nie zdając sobie sprawy ile będzie musiała poświęcić, w obliczu jak wielkiego ryzyka się znajdzie, jak wiele cierpienia i krwi znajdzie się na jej drodze...

Nie każdy żołnierz urodził się stworzony do zabijania, nie każdy potrafi przyglądać się śmierci z mściwą satysfakcją. Nie każdy potrafi nosić maskę... Dla Eliasa, który lada chwila zakończy edukację w Akademii, każdy dzień jest walką z samym sobą. Ze złem, którego musi być świadkiem, nie potrafiąc mu zaradzić. 
Elias został wychowywany w "normalnej" rodzinie, do pewnego czasu. Później zabrany do Akademii kształcił się na żołnierza, którym nigdy nie chciał zostać. Maski, zawsze budziły przestrach i chęć ucieczki u tych, którzy nieopatrznie stanęli z nimi twarzą w twarz. I On. Elias musi ją nosić. Musi zapomnieć o wyglądzie swojej prawdziwej twarzy. Stać się jednym z nich. Bezwzględnym, pozbawionym uczuć żołnierzem. Rodzący się bunt, sprzeciw, każdego dnia będzie wytrącał z równowagi, ale w Akademii nie można pozwolić sobie na słabość. Każde potknięcie jest karane. Bardzo srogo i oczywiście w najbardziej brutalniejszy z możliwych sposobów. Sama śmierć jest już tylko wybawieniem. Są gorsze rzeczy od samej śmierci...
Wie jedno, niesienie śmierci oraz przemocy nie jawi się wspaniałą przyszłością. Nawet jako "wolny żołnierz, ponieważ każdy służący Imperium, tak naprawdę nigdy nie będzie wolnym człowiekiem. Przeznaczenie zdaje się być nieuniknione, mimo noszonej w sercu niepewności i sprzeciwu. Rola egzekutora, dla innych spełnienie wieloletnich marzeń. Dla Eliasa przekleństwo. Czy można zmienić własną ścieżkę życiową, która od dawna została przesądzona?

Niewolnica i przyszły egzekutor. Dwa różne światy. Podobne pragnienia. Każde dąży do własnego celu. Poznają się, ale nie po to by pokochać. W świecie pełnym śmierci i krwi nie ma miejsca na uczucie. Dwoje ludzi, walka o coś co wydaje się być niemożliwe. Kiedy każda godzina, minuta może przynieść śmierć. W jaki sposób tych dwoje może odmienić losy?  I czy w ogóle jest to możliwe....
Gdzie w tym wszystkim jest szansa na przyjaźń? Na uczucia inne od nienawiści? Czy można odkryć swoje prawdziwe wnętrze, postąpić z honorem i ze  zgodnością własnych przekonań? 


Chciałabym w tym miejscu napisać apel, ale recenzje to nie apel. Opinia ma was zniechęcić, albo zachęcić. Chciałabym was zachęcić do TEJ właśnie książki, ale nie dlatego, że być może znajdziecie w niej wątek miłosny. Bo z tego co zauważyłam, już została obniżona do tego poziomu. Czytelnicy przestali widzieć główny problem, porzucili wątek wiodący... Skupiając się na na relacjach Laili i Eliasa. Co tak naprawdę jest krzywdzące dla książki. Bo Ember in the Ashes jest po prostu fenomenalna, ukazuje najmroczniejsze strony ludzkiego umysłu, jego wnętrza. 
Autorka ani przez chwile nie koloryzuje, nie stara się załagodzić obraz, który postanowiła wykreować. Od samego początku do ostatniej strony jest brutalnie. 
Bardzo ważna jest postawa bohaterów. Ani Laila, ani Elias nie są sztuczni czy przerysowani. Ona jest po prostu zwykła. Odczuwa strach, najnormalniej w świecie przeraża ją podróż do miejsca, które odkąd pamięta jawiło się złem i czymś najgorszym. I właśnie do wnętrza samego piekła musi się udać by jak się zdaje, ocalić brata.
Elias, jawi się jako oderwany od rzeczywistości. Niedopasowany element puzzli. Bo jak ktoś, kto nie potrafi patrzeć z radością na cierpienie uciekiniera, zadawane mu "słuszne" ciosy, chce zostać szanowanym i przerażającym egzekutorem?  Lata nauki, przeróżnych szkoleń, sprawdzających sprawność umysłu i kondycji. Teraz, gdy dzielą go dni, a nawet ostatnie godziny czuje,że jest u kresu własnej wytrzymałości. Wrogowie są wszędzie, obserwują by znaleźć choćby jeden nieodpowiedni ruch... 
Świat ukazany przez autorkę jest okrutny. Wydaje mi się, że to jedno słowo powinno wystarczyć. Czytając nie spotkałam się z opisami przepięknej krainy, dominował wszechobecny brud, zdawało się, że czuć odór krwi, rozkładających się ciał. Tak. To jest brutalne. W książce znajdziecie jeszcze więcej i o wiele gorszych opisów. Jak powiedziała jedna z blogerek - pisarka nie oszczędza, wręcz przeciwnie. Z każdą kolejną stroną będzie coraz gorzej. I było. Chwilami miałam dosyć. Emocje tak bardzo przytłaczały,że czułam ból. Jednocześnie nie potrafiłam się oderwać od stron. Musiałam wiedzieć, musiałam się też dowiedzieć dlaczego pewna osoba, była tak bardzo wyrachowana, wyzuta z jakichkolwiek ludzkich odruchów.  Odpowiedź była bardziej przerażająca, a może i porażająca, niż się tego spodziewałam.  Zostałam wciągnięta w wir wydarzeń i tak po prostu wyrzucona. Na końcu nie poczułam ulgi, zostałam z jeszcze większą ilością pytań. Z tym strasznym poczuciem, że tak długo muszę czekać. Kac książkowy - nijak się ma do tego co czułam. Mam ochotę jeszcze raz przeczytać. Bo w tej książce tak wiele zostało przemycone. I smuci mnie świadomość, że i tak większość, po przeczytaniu ostatniego zdania zada pytanie. Elias czy ten drugi? Laila czy Helena?  
I kiedy dochodzi do mnie ta smutna prawda. Mam ochotę poprosić autorkę o wycięcie tego wątku. Bo może wtedy w pełni zostanie doceniony jej kunszt i przesłanie.... 
Napisałam wszystko co mogłam, by przekonać tych, którzy jeszcze nie sięgnęli po Ember in the Ashes, że naprawdę warto. Jest to książka jedyna w swoim rodzaju. Brutalna, ale dzięki temu wspaniała. Gdybym mogła, wykrzyczałabym na cały mój zachrypnięty teraz głos - CZYTAJCIE !!!!

Muszę podziękować, za polecenie przeczytania, a raczej nakazu i rozkazu, wszystkiego razem.
Bo gdyby nie Sylwia z bloga Recenzentka książek, nie byłabym świadoma istnienia tak genialnej książki. I to właśnie dzięki tej niesamowitej kobietce, która tak uparcie wierciła mi dziurę w brzuchu, przeczytałam:) Kochana! Teraz przez Ciebie i razem z Tobą cierpię w oczekiwaniu:) Was natomiast odsyłam do pięknej recenzji, która na pewno przekona tych, którzy będą mają wątpliwości :) Tutaj



stycznia 23, 2016

stycznia 23, 2016

Kalendarz - Rok pozytywnego myślenia

Kalendarz - Rok pozytywnego myślenia


Chyba większość z nas gdy zbliża się koniec starego roku, albo na samym początku nowego, stara się zaopatrzyć w kalendarz. Najlepszy ten książkowy. Starannie wydany, solidny, by przez kolejne dwanaście miesięcy należycie spełniał swoją rolę. Jak wiadomo na rynku ukazuje się wiele form, możliwości mamy do wyboru do koloru. Od najprostszych, tych minimalistycznych po oprawy z weluru, koralików i Bóg wie czego jeszcze. Rzecz gustu i usposobienia zainteresowanego. 

Sama nie wyobrażam sobie funkcjonowania be tego ważnego elementu wyposażenia mojej torebki. W kalendarzu mam wszystko, zapisuję najważniejsze spotkania, wizyty, adresy czy numery telefonów. Po prostu muszę go mieć. Najlepiej poręczny, nie za wielki. Bo wiadome, nie zawsze musimy nosić torebkę typu zmieszczę w niej słonia. Kobieta zmienną jest, więc i lubi od czasu do czasu coś delikatniejszego. Dlatego format jak najbardziej musi być dogodna. Przez wiele lat szukałam tego idealnego, dzięki któremu każdy dzień będzie jakby troszkę inny. Ktoś może powiedzieć "czego chcesz od kalendarza?", no właśnie czegoś chciałam? Dzięki Beacie Pawlikowskiej oraz wydawnictwu Edipresse znalazłam, to czego tyle czasu szukałam.  Rok pozytywnego myślenia jest czymś o czym od zawsze marzyłam. Przede wszystkim niesamowicie wesoły. Przykuwa wzrok, zmusza by zwrócić na niego uwagę. A gdy już sięgniemy i otworzymy to... jest coraz lepiej. Podróżniczka stworzyła niebanalny kalendarz, który niesie złotą myśl na każdy nowy dzień. I nawet kiedy siedzę sobie i myślę "ale wszystko jest beznadziejne" otwieram stronę z aktualną datą, by zobaczyć co "na dzisiaj" zaserwował autorka. I wtedy jakoś robi się lżej. Nawet mimo braku słońca człowiek czuje, że wszystko zależy od nas samych.

Beata Pawlikowska ma sobie coś, co bardzo cenię u ludzi. Kiedy dawno temu po raz pierwszy spotkałam się z jej twórczością, wiedziałam,że to będzie znajomość na zawsze. Dlatego i teraz nie mogłam sobie odmówić, by nie posiadać kalendarza właśnie od TEJ kobiety.  Jestem nim naprawdę zachwycona, zawiera wszystko to co powinien mieć, ale i nawet więcej. Wspaniałe cytaty, złote myśli, ważne obchody i przepisy.  I nawet kiedy rok 2016 się skończy, to zostanie on w mojej pamięci i kalendarz zajmie naprawdę ważne miejsce na mojej półce.  

"Zobacz. Jak świat dba o nas. Codziennie rano wstaje słońce i zaczyna się nowy dzień.
Specjalnie dla nas!"
Wiem, że rok już dawno się zaczął, ale jeżeli są jacyś spóźnialscy, albo niezdecydowani, którzy jeszcze nie nabyli kalendarza... Nie zastanawiajcie się! Biegnijcie do księgarni, zaglądnijcie na strony internetowe i kupujcie właśnie TEN. Naprawdę warto. Wszystko w nim jest idealne. Okładka, nietypowa, nawet jak coś "kapnie" nie pozostawi śladu, poręczny i po prostu pozytywny!


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger