Nie wiem jak to się stało, ale jakoś przespałam marzec. Znaczy ciągle się zbierałam do napisania i za każdym razem coś mi przeszkadzało. Tłumaczyłam sobie - spokojnie, miesiąc długi, nadrobisz. No i co? No i już musztarda po obiedzie. Rzutem na taśmę wrzucę post o swoim spacerach. A miały być kolory zła i jeszcze jedna szalenie pokręcona książka, która to ojejuśku zmasakrowała mi głowę;). Pytanie tylko - czy pozytywnie? ;)
W każdym razie marzec, to nie do końca przespany miesiąc dosłownie. W sensie fizycznym śpię jakoś mniej, ale bywa, że nawet czuję się wyspana. Na pewno było bardzo pracowicie, ale też starałam się pomalutku rozruszać mięśnie. Zimą więcej kocykowałam, no i efekty są troszkę słabe. Na szczęście przebudziłam swoje lenistwo i mam zamiar wziąć za siebie.
No więc, gdy tylko widziałam słońce, musiałam niczym ta ćma, wylecieć na spacer. Wprawdzie skrzydeł brakuje, w sumie to lepiej, bo musiałyby być ogromne żeby mnie unieść;). Dlatego w moim przypadku chodzenie, chodzenie i jeszcze raz chodzenie. Tuptałam sobie radośnie pewnej słonecznej niedzieli. Podziwiałam widoki, które znudzić się nie mogą, aż w pewnym momencie udziabał mnie pies. A raczej suczka, która chwilę wcześniej miała być tylko szczekająca, a właścicielka niespecjalnie przejmowała się agresywnym zachowaniem pieskowej i stała nawołując, bo przecież w jakim celu ruszyć cztery litery i zabrać zwierzę?
Na szczęście udziabanie było z tych niegroźnych, niemniej jakoś zniechęciło mnie do dalszego spacerowania. Czasem mam wrażenie, że ludzie powinni mieć testy na odpowiedzialność posiadania futrzaka...
Widoki miałam naprawdę zacne, temperatura również sprzyjała przebywaniu na zewnątrz. W pewnym momencie - zanim doszło do udziabania. Straciłam wręcz rachubę czasu. Tak sobie szłam i szłam. I doszłam do wniosku, że samotne wyjścia są naprawdę spoko - pod warunkiem, że nic nas nie atakuje;).
W moim ulubionym Cieplickim parku zaczyna się robić zielono, więc i spacery będą przyjemniejsze. Już nie mogę się doczekać na wybuch soczystej zieleni. Jest to mój ulubiony czas w roku. Kiedy mogę siedzieć non stop na łące i gapić się w tę zieleń. Jak jakaś uzależniona.
A tutaj dla odmiany kontrast. Jejku jaki ten widok mógłby być piękny... a jest szary, bury i ponury. Wręcz depresyjny. Co zrobić. Ostania wyprawa była jakaś nieudana. Nawet widok nadgryzionego słońca mnie nie ucieszył. Miały być piękne widoki i w ogóle.
Jak widać, skrzydła mi nie urosły, polatać nie mogę. Entuzjazmu też specjalnego nie było. Ale jak tak sobie dreptałam po bezdrożach, to zastanawiałam ile jeszcze będę musiała czekać aż zrobi się zielono. Bo niby nie jest za zimno, nawet całkiem ciepło, a ta szarość coś nie chce zmienić koloru, a ja nie lubię zbyt długo czekać. I jak tak dalej pójdzie. Zacznę malować wszystko na zielono! Mówię Wam! Tak zrobię;)
Muszę w końcu zabrać się za opisanie Bieli i Żółci, no i nawet zdążyłam przeczytać najnowszy Błękit. Tyle do nadrobienia...ale opiszę. Obiecuję! Idę do Was:).
Błękit kupiłam, ale jeszcze nie czytałam, do kompletu kupiłam tez dwie inne książki tej autorki, teraz czytam Małeckiego, fajnie pisze, polecam.
OdpowiedzUsuńAga, witaj w klubie! Już zaczęłam się o siebie martwić, bo do tej pory byłam chyba jedyną osobą w blogowym świecie tak utyskującą na brak zieleni wokół ;-)) Poza koniecznymi sprawunkami na mieście, czy rowerowymi przejażdżkami do pracy i z powrotem, nigdzie dalej nie wychylam nosa, bo ten szaro-bury świat jest zbyt dołujący. Na szczęście w pionie trzyma mnie ogród. Tam przyroda powoli budzi się do życia, a różne zielone roślinki nieśmiało wygrzebują się z ziemi!
OdpowiedzUsuńSerdeczności posyłam i zieloności wokół życzę - oby jak najszybciej ;-))
Anita
Lenistwo to taka ludzka cecha. I mnie często dopada i zupełnie nic mi się nie chce.
OdpowiedzUsuńAle w końcu człowiek się mobilizuje i .... rusza w "świat". I wtedy dostrzega najmniejsze nawet cuda i cudeńka...
A Ty bardzo ładnie wyglądasz Wędrowniczko :-)
Czekam na recenzje i dalsze piękne kadry :)
OdpowiedzUsuńWylądowałam w spamie?
OdpowiedzUsuńCzasem tak bywa, że miesiąc mija jak mgnienie oka i zanim się obejrzymy, już jest kolejny. Oby wiosna przyszła szybciej, bo też nie mogę się doczekać tej eksplozji zieleni i przyjemnego ciepła. Udanego kwietnia :)
OdpowiedzUsuńMi każdy miesiąc jakoś ucieka. Czasem nie wiem jaki dzień mamy 😅
OdpowiedzUsuńOj, mi też tak marzec przeleciał... nie wiadomo kiedy.
OdpowiedzUsuńNajbardziej to w oczekiwaniu na to moje badanie. Trochę mi szkoda tego zmarnowanego czasu, ale trudno, tamte sprawy były wtedy ważniejsze.
Mamy już kwiecień, kochana, teraz zieleń pokaże się szybko, tylko deszczu by się trochę przydało.
Mocno Cię przytulam!
Marzec.byl dla mnie niezwykle pozytywnym i pracowitym miesiącem. Jednak też przeleciał mi bardzo szybko. Kwiecień już przynosi nowe wyzwania 💚
OdpowiedzUsuńMiłego dnia 💚