Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam sobie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytam sobie. Pokaż wszystkie posty

października 11, 2018

października 11, 2018

Spartakus. Gladiator

Spartakus. Gladiator

Postać Spartakusa raczej znają wszyscy i nie trzeba nikomu szczegółowo przedstawiać jego sylwetki. Ten bohater, który rzucił praktycznie cały Rzym na kolana, pozostawił po sobie sławę, pamięć oraz posłuch dla wielu późniejszych pokoleń. Jego charyzma i odwaga pomogły mu osiągnąć wielkie cele i poniekąd zawojować świat.

W bestsellerze autorstwa Bena Kane'a, poznajemy Spartakusa w drodze do rodzinnej Tracji. Bohater chce osiąść w wiosce, w której dorastał i co najważniejsze - poczuć stabilizację i ustatkować się po dziesięciu latach służby jako najemnik w rzymskiej armii. Spartakus nie ma łatwo, zostaje pojmany i sprzedany mężczyźnie, który handluje niewolnikami i szuka jednocześnie odpowiednich kandydatów do walki na arenach gladiatorów.

Właśnie w ten sposób zaczyna się odyseja, która pokazuje, jak legendarnym człowiekiem był Spartakus. Choć historia była wielokrotnie ekranizowana, przedstawiana współczesnym odbiorcom, wielki wódz odradza się na nowo w książce pt. "Spartakus. Gladiator".

Muszę przyznać, że nigdy wcześniej nie spotkałam się z pozycjami tego autora, który cieszy się sławą irlandzkiego pisarza powieści historycznych. Daleka byłam bowiem od takiej tematyki, jednakże tym razem postanowiłam zrobić wyjątek. Gdy czytałam o tym mężczyźnie i zapoznawałam się z jego notką biograficzną, przeżyłam niemałe zaskoczenie, gdy okazało się, że Ben Kane jest z wykształcenia weterynarzem. Zawód ten jest przecież tak odległy od wydarzeń czasów starożytnych! Postanowiłam przyjrzeć się bliżej jego twórczości, a wydanie "Spartakusa..." było ku temu idealną okazją.

Sylwetka gladiatora, którego historię opisuje autor, od wielu lat kojarzy się z odwagą i determinacją. To właśnie on namówił do walki niewolników, by walczyli o siebie samych. Jego życiorys, a także cała historia, nie jest znana w stu procentach, wiele kwestii pozostaje niejasnych. Jaką interpretację czasów odległych wymyślił autor? Ile z tego, co opisuje, jest prawdziwe, a co należy do fikcji literackiej? Dowiecie się, gdy sięgnięcie po tę książkę.

Po lekturze "Spartakusa..." wiadomo praktycznie od razu, że autor szanuje i zna czasy, o których pisze. Opisy świata, ludzi, ich kultury i rzeczywistości są stworzone tak, że czytelnik nie ma wątpliwości co do sympatii Bena do tamtej epoki. Klimat zostaje zachowany, a odbiorca przenosi się do ulic pełnych ludzi, smutnych i niekiedy tragicznych sytuacji niewolników. W tej fabule rządzi autentyczność. Historia sławnego gladiatora została w bardzo dobry sposób wkomponowana w pozostałe elementy książki, o których wspomina autor. Ciężko domyślić się, które wiadomości pochodzą ze źródła, a które są tworem wyobraźni Bena. Główny bohater jest wykreowany tak, że nie pozostawia niczego do życzenia, ponieważ posiada wszystkie cechy charakteru, którymi powinien odznaczać się autentyczny gladiator czasów starożytnych. Spartakus bezlitośnie walczy, pokonuje swoje wewnętrzne słabości, ale potrafi być także szlachetny i empatyczny, ponieważ pragnie dla swoich przyjaciół bezpieczeństwa, spokoju i chwili wytchnienia.

Książka Bena Kane'a, choć obszerna, nie nudzi oraz nie męczy. Autor w idealny sposób opisuje życie Spartakusa i wydarzenia, które mogły mu towarzyszyć w jego heroicznej walce. Czytelnik nie czuje się przytłoczony, wręcz przeciwnie, przenosi się razem z autorem w odległy współczesności świat, razem z bohaterami przeżywa wszystko, co ich spotyka i nie ma dość. Bardzo się cieszę, że to pierwszy tom tej serii, ponieważ już teraz nie mogę doczekać się kolejnych. A takie wnioski to chyba najlepsza laurka, jaką recenzent może wystawić autorowi i jego twórczości. Gorąco polecam!

Książkę można zakupić w Księgarni Tania Książka.

września 20, 2018

września 20, 2018

Playboy

Playboy






On, Micah – najbardziej pożądany kawaler w całym Hollywood. Nie musisz otwierać gazety, by zobaczyć jego sylwetkę. Zawsze widnieje na pierwszych stronach, jego imię pojawia się na językach kobiet bez względu na porę dnia. Młody aktor wciąż jest widywany z wieloma kobietami, uchodzi za łamacza serc i wielkiego playboya, który nie potrafi się związać
na poważnie.

Ona, Maddie – ambitna, młoda kobieta, nieprzenikniona romantyczka, która nie lubi zbyt hucznego imprezowania, wykorzystywania drugiego człowieka i zbyt dużej dawki alkoholu na studenckich prywatkach. Większość życia poświęca studiowaniu swojej największej pasji, jaką jest produkcja filmowa i scenopisarstwo.

Pierwszy raz mają ze sobą kontakt, gdy Micah nie jest jeszcze sławny. Okazał się po prostu seksownym chłopakiem na imprezie, z którym połączyły Maddie upojne chwile. I choć dała mu numer telefonu, on już nigdy do niej nie zadzwonił…

Los chciał, że spotykają się ponownie po siedmiu latach. Maddie zostaje asystentką kamerzysty na planie najnowszego filmu, w którym Micah odgrywa jedną z głównych ról. Czy chłopak po takim czasie ją pamięta? A może jednak lepiej, żeby zapomniał o niej na zawsze? Czy fascynacja jego osobą zniknęła razem z upływem czasu i Maddie nie ma ochoty utrzymywać z nim innego kontaktu niż zawodowy? Tego dowiecie się po lekturze "Playboya".

Muszę przyznać, że choć historia jest dosyć banalna i przewidywalna, to bardzo się w nią wciągnęłam. Poznawałam głównych bohaterów krok po kroku, autorka bardzo skrupulatnie odsłaniała ich myśli i najgłębsze sekrety, by pozwolić czytelnikowi zrozumieć ich poszczególne zachowania. W pewnej chwili dochodzi do sytuacji, że odbiorca staje się elementem świata przedstawionego, czuje, jakby był obecny na planie zdjęciowym filmu, gdzie rozgrywa się cała fabuła. Osobiście obdarzyłam sympatią zarówno Maddie, jak i Micah. Ich sylwetki miały w sobie coś takiego, że nie mogłam przestać ich lubić. No nie dało się, naprawdę!

Pióro Laurelin Paige jest przyjemne, nie męczy i nie wprowadza irytacji w czytelniku. Autorka potrafi idealnie dostosować styl do treści, opisywać odczucia i emocje bohaterów, nie popada ze skrajności w skrajność, rozkłada wszystko tak, by kompozycyjnie całość przedstawiała się kompletnie i jednocześnie przystępnie dla odbiorcy.

Okładka nie kłamie – na planie tego filmu naprawdę było gorąco. Wiele się wydarzyło, dużo rzeczy zostało opowiedzianych, doszło do paru miłych spotkań oraz mocnych słownych potyczek. Nie była to historia prowadzona od początku do końca przez jedną ścieżkę usłaną różami, pojawiały się komplikacje, które dla czytelnika były propozycją do wgłębienia się w tę historię jeszcze mocniej.

Całość oceniam na mocną piątkę. Bestseller przeczytałam w dwa wieczory, wciągnęła mnie do tego stopnia, że zapomniałam o całym świecie i przeżywałam razem z bohaterami ich przygodę, która została idealnie przedstawiona przez autorkę. Jeśli szukasz lekkiej pozycji, którą możesz poczytać jesiennymi wieczorami pod kocem i z kubkiem ciepłej herbaty, „Playboy” jest dla Ciebie. Ja ze swojej strony naprawdę polecam i zachęcam do poznania zarówno Maddie, jak i Micah. Dajcie znać, co sądzicie na temat tej książki. Jestem ogromnie ciekawa!





Książkę można zakupić w  Księgarni Tania Książka.

.

kwietnia 29, 2018

kwietnia 29, 2018

Dance, sing, love. Miłosny układ

Dance, sing, love. Miłosny układ


„Technicznie rzecz biorąc, nie przyczynił się do złamania mi serca. Niczego mi nigdy nie obiecywał. Sama sobie to uroiłam. Nas. Jednak nie ma żadnych nas.”

ONA
Livia Innocenti ­– tancerka, pasjonatka od urodzenia, kobieta młoda, ale ambitna, która nie pozwala na to, by coś zepsuło jej karierę. Nie boi się nowych wyzwań, wyjazdów, poznawania nowych ludzi, kocha to, co robi, nie widzi siebie w innym zawodzie. Życie uczuciowe? Serce po przejściach, przeżyło dwie zdrady i nadal bije. Szuka miłości? Niezupełnie, jej aktualnym zajęciem jest występowanie na koncertach sławnych gwiazd i tańczenie w ich teledyskach. Wydawać by się mogło, że ma wszystko, czego pragnie, i nic jej nie jest więcej potrzebne do szczęścia.

ON
James Sheridan – urodzona gwiazda muzyki, bożyszcze nastolatek, którego kariera nabrała tempa, gdy był jeszcze dosyć małym chłopcem. Lekki furiat, niecierpliwiec i fan dobrych imprez. Ciągle podróżuje, koncertuje, wydaje nowe single. Uwielbia być w centrum uwagi. W wolnych chwilach lubi „zabawić się” z nowo poznanymi dziewczynami. Życie uczuciowe? Teoretycznie w związku z piosenkarką, ale kryzysy pojawiają się systematycznie, relacja z przeszłością. Bogaty, przystojny, utalentowany, czego chcieć więcej?


ONA i ON?
Spotykają się w pracy. James ma brać udział w koncercie dla fanów, a Livia razem z zespołem została wybrana do współpracy, jeśli chodzi o wrażenia artystyczne. Na pierwszy rzut oka skaczą sobie do gardeł, nie potrafią znieść swojej obecności. Dziewczyna ma ochotę wydrapać piosenkarzowi oczy i nie umie traktować go tak, jak on sobie tego życzy. Jednak… mężczyzna jest nią zaciekawiony i z nieznanych sobie powodów próbuje spędzić z nią jak najwięcej czasu. W konsekwencji dochodzi do tego, że zaczynają się poznawać, a co więcej – nie są już osobnymi jednostkami – stają się parą kochanków. Nie mówią o swoich uczuciach, nie chcą się do nich przyznać, traktują to wszystko jako relację bez zobowiązań. Jednak z biegiem czasu Livia przestaje się oszukiwać, podejmuje konkretną decyzję, która może zaważyć na dalszym życiu i karierze zarówno jej, jak i Jamesa.

Co na to gwiazdor? Czy będzie potrafił docenić tancerkę i jej postanowienia? Czy może jednak za wszelką cenę spróbuje postawić na swoim?

SZOK I NIEDOWIERZANIE
Czytając tę pozycję, odniosłam wrażenie, że mam do czynienia z doświadczoną autorką, której pióro jest nienaganne, a wieloletni kunszt, jaki posiada, nie pozostawia pola do krytyki. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy przeczytałam (dopiero będąc w połowie powieści, przyznaję się bez bicia), że trzymam w swoich dłoniach DEBIUT. Niesamowite uczucie, moi Drodzy! Byłam i w sumie nadal troszkę jestem w ogromnym szoku, gdyż już dawno żadna z książek, które miałam przyjemność czytać, nie pochłonęła mnie i mojego czasu tak bardzo, jak Dance, sing, love. Miłosny układ.

ROZMAITOŚCI
Historia Jamesa i Livii sama w sobie wydaje się czymś banalnym, na co niekoniecznie warto poświęcać uwagę i czas. Ileż razy można czytać w kółko o relacji, która powstaje między mężczyzną a kobietą i pojawia się tam, gdzie nie powinna. Jednak… muszę przyznać, że ta pozycja ma w sobie coś niesamowitego. Nie skupia się tylko na jednym wątku – co od razu oceniam na wielki plus – czytelnik się nie nudzi, nie ma dość mdłych dialogów, które do niczego nie prowadzą. Pojawiają się bowiem bohaterowie, których jest mnóstwo, a każdy z nich ma kompletnie odmienne cechy charakteru, wyglądu, podejścia do życiowych spraw. Całościowo przedstawia się to niesamowicie spójnie, a książkę „połyka się” dosłownie w parę dni.

NIE MOGŁAM SIĘ ODERWAĆ
W pewnym momencie nie miało dla mnie znaczenia to, czy siedzę na wykładzie, mam okienko, leżę pod kołdrą w pokoju i jest druga w nocy. Ważniejsze było życie bohaterów Dance, sing, love. Miłosny układ. Siedziałam z wypiekami na twarzy i przeżywałam razem z nimi każdą potyczkę, radość, smutek, miłość i kryzys. Mówię Wam, Kochani, coś wspaniałego!

CIERPLIWOŚĆ POPŁACA
Gdy tylko zauważyłam, że mam w rękach coś tak świetnego, zaczęłam szukać jakichś wieści na temat dalszej twórczości autorki. Wiecie co? Będą kolejne tomy! Nie macie nawet pojęcia jak bardzo ucieszyła mnie ta wiadomość. Zazwyczaj jestem niecierpliwcem. W tym wypadku jest tak samo, bowiem nie mogę się doczekać co też Layla Wheldon wymyśli następnym razem. Już teraz wiem, że muszę to mieć!

REASUMUJĄC
Nie muszę chyba pisać wprost, czy polecam tę powieść. Wydaje mi się, że wniosek nasuwa się Wam sam. Cieszę się przeogromnie, że nareszcie trafiłam na coś, co mnie w jakiś sposób porwało, zaciekawiło, pobudziło szare komórki do myślenia, a co najważniejsze – książka zabrała mnie do innego świata, a przecież chyba o to też czasem chodzi, prawda? Pozycja pozwoliła mi się oderwać od kłopotów i problemów dnia codziennego. Totalnie wpadłam w życie muzyków i tancerzy, ich wyprawy po świecie i różnego rodzaju perypetie. Zdecydowanie czekam na więcej. A Wy, kochane Kobietki (nie ukrywam, że jest to historia bardziej dla pań), biegnijcie do księgarni po swój egzemplarz. Ogromne emocje i fascynacja gwarantowane.

„Podobno doceniamy coś, dopiero jak to stracimy. Tak samo jest z ludźmi. Rozumiemy, jak bardzo są dla nas ważni, gdy musimy pozwolić im odejść.”

Książka przeczytana dzięki współpracy z booknieci.pl.

lipca 22, 2017

lipca 22, 2017

Detektyw Kris. W półmroku świtu

Detektyw Kris. W półmroku świtu

Jeden detektyw. Jedna sekretarka. Trudna i nietuzinkowa sprawa. Wszystko dzieje się nagle, niespodziewanie, wątki się ze sobą łączą, żeby za chwilę znowu się rozgałęzić w przeciwnych kierunkach. Czasu jest coraz mniej, adrenalina wzrasta, a chęć rozwikłania zagadki przewyższa wszystko. Tak było w fabule książki Detektyw Kris. W półmroku świtu, a jakie emocje towarzyszyły mi podczas lektury? 

Detektywa Krisa poznajemy w momencie kiedy siedzi u siebie w gabinecie, do którego przychodzi kobieta i prosi o pomoc.
Jej stara-nowa miłość życia zniknęła bez śladu zabierając ze sobą samochód już prawie byłego męża klientki. To jednak nie jest w tym wszystkim najlepsze. Z pozoru błaha sprawa z biegiem czasu przybiera takie obroty, jakie nikomu się nie śniły. W grę wchodzi troska o kraj, ochrona prezydenta, machlojki, gangsterskie porachunki i walka dwóch "gryzących" się ze sobą stron. Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa tytułowa postać? Czy udaje mu się wyjść z twarzą i rozwikłać zagadkę? Czy komuś stanie się krzywda, czy może czeka na nas szczęśliwe zakończenie?

Było dużo pytań, nadszedł czas na szczere odpowiedzi. Troszkę zbierałam się do tej pozycji. Co prawda przekonywała mnie do siebie okładką, wydawała się bowiem intrygująca i tajemnicza. Nie miałam nigdy możliwości poznać innych dzieł pana Piotra, więc to tym bardziej działało na korzyść książki. Stwierdziłam, że będzie to ciekawa sensacyjna przygoda, a że mało u mnie na półce takich pozycji, to czemu nie. Jednak... tak bardzo się zawiodłam.

Nie mam w zwyczaju krytykować wszerz i wzdłuż egzemplarzy recenzenckich. Jestem bardziej takim typem, który stara się szukać pozytywnych aspektów, światełka w tunelu. Niestety tym razem chyba się nie uda. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak rozczarowana jakąkolwiek książką. Nie dość, że nie mogłam się skupić na fabule, to jeszcze ciężko było mi połączyć jeden wątek z drugim. Fakt, że prawie wszyscy bohaterowie mieli nazwiska rozpoczynające się na literę "K" wcale mi nie pomagał, ponieważ myliło mi się kto jest kim. Moim skromnym zdaniem sama zagadka, historia i jej przebieg pozostawia wiele do życzenia. 

I choć pozycja ta jest krótka, strasznie się namęczyłam zanim udało mi się przez nią przebrnąć. Nie takiego mojego początku z sensacyjnymi historiami oczekiwałam. Denerwowało mnie przeskakiwanie co rozdział z wątku na wątek i okrojone dialogi. Tytułowy bohater jest mdły i próbuje być wykreowany na superbohatera, ale moim zdaniem niekoniecznie to wyszło. Nie ma w nim dominujących, rzucających się w oczy cech, które porwą czytelnika na długie chwile. 

Tej książce mówię zdecydowanie NIE. Z całym szacunkiem dla pana Piotra, ale jestem rozczarowana i trochę zażenowana, ponieważ już wiem, że oczekiwałam od Detektywa Krisa... zbyt wiele. Może nie potrafiłam zinterpretować zamierzeń autora, ale podsumowując nie jest to pozycja, którą polecam i mówię, że warto. Jeśli ktoś jest fanem autora/wydawnictwa, może spróbować. Ja jednak pozostaje wierna swojemu pierwszemu odczuciu, które mówi mi, że nie warto. Zdecydowanie wolę poświęcić czas na inne książki z Novae Res. 

maja 25, 2015

maja 25, 2015

Czytam sobie - Marta i Basia

Czytam sobie  - Marta i Basia


Bajeczki z serii Czytam sobie są ciekawie wydanymi propozycjami dla rodziców, których pociechy rozpoczynają przygodę z samodzielnym czytaniem. Autorzy zadbali by słowa, które mają być przyswajane zostały odpowiednio wyróżnione, w dodatku krótkie formy wypowiedzi mają dodatkowo ułatwić czytanie na najwcześniejszym jego etapie. Pełna gama barw przykuwa oraz zwraca uwagę, nie tylko najmłodszych. 





Bajeczki zostały podzielone na trzy poziomy: składam słowa, składam zdania, połykam strony.   Pierwszy, oznaczony kolorem żółtym ma za zadanie pomóc składać wyrazy w krótkie zdania. Literować w celu utrwalenia oraz ćwiczeniu głoskowanie poszczególnych wyrazów. Każda strona zawiera nawiązujący do czytanego zdania obrazek. Całość ma na celu nauczenie dziecka różnych przydatnych czynności, które nauczą obowiązku w codziennych sprawach.  Takie jak na przykład sprzątanie zabawek.




Dodatkowo książeczki zawierają zestaw naklejek, które należy umieścić w odpowiednich miejscach na wybranych stronach.  Ilustracje jak zawsze są barwne oraz zrozumiałe w swoim przekazie.
Basia oraz Marta wspaniale pełnią rolę w życiu każdego dziecka, uczą, bawią oraz poruszają wiele "trudnych" tematów, z którymi muszą się zmierzyć nasi milusińscy.
Uważam, że każda z historyjek będzie ciekawą podróżą dla Waszych pociech.  Sama z chęcią sięgam po serie z Basią, a teraz również Martą, ponieważ są przemyślane i naprawdę z mądrą prostotą trafiają do początkujących czytelników.
Odpowiadają na wiele pytań, na które rodzicie wielokrotnie muszą się zastanawiać. Często powtarzałam, że jestem fanką Basi,ale chyba każdy kto miał możliwość poznania się z tą wesołą rezolutną dziewczynką przyzna mi rację. Szczerze polecam każdemu rodzicowi.



Za możliwość przeczytania książeczek chciałam podziękować wydawnictwu Egmont. 

maja 15, 2015

maja 15, 2015

Losing Hope

Losing Hope

Agnieszka mnie ubiegła, a niech to! No trudno, w każdym razie bardzo chciałabym przekazać Wam moją opinię na temat Losing Hope. Zapraszam do przeczytania recenzji :)


Nie wiem, co będzie gorsze: trzymanie się od niej z dala, czy powiedzenie jej prawdy. Jeśli wybiorę to pierwsze wyjście, nigdy się o niczym nie dowie. Jeśli wybiorę drugie, zniszczę jej życie.

Ona – cudowna dziewczyna, która nie ma telefonu ani internetu, mieszka tylko z matką.
On – chłopak, który według plotek dopiero wyszedł z więzienia i niekoniecznie jest kimś, na kogo warto zwrócić uwagę. Co się stanie, gdy obydwoje się spotkają? Co się za tym kryje? Jak wyglądała ich przeszłość?

Nie cierpię tego, że samo brzmienie jej głosu doprowadza mnie do szaleństwa. Jednocześnie jednak to uwielbiam i chcę, żeby cały czas coś mówiła, nawet jeśli mnie obraża.

Muszę przyznać, że bardzo długo zbierałam się do tej recenzji. Nie wiem, może emocje musiały opaść, a wszystko to, co czułam podczas czytania, po prostu się uspokoić... Znałam tę historię z perspektywy Sky, która została opisana w Hopeless. Ciągle jednak zastanawiałam się, jak to wszystko przeżywał Holder? Przecież ten chłopak też ma uczucia. Nie dawało mi to spokoju. Teraz wszystko jasne... Dzięki Hoover znam już odpowiedź na to pytanie. Losing hope to ta sama historia, którą mieliśmy okazję poznać w Hopeless, tyle że przedstawiona z perspektywy Deana Holdera. Niektórym z Was może wydawać się to głupotą, w końcu po co pisać dwie powieści o takiej samej fabule. Kochani, tym razem to był strzał w dziesiątkę! 

Nie umiem nawet wyjaśnić, na czym polega doskonałość tej dziewczyny. A mówiąc doskonałość mam na myśli różne niedoskonałości, które po zsumowaniu dają doskonałość. 

Dean Holder po pobycie u ojca wraca do miasta, w którym mieszka jego matka. Chłopak nie zamierza kontynuować nauki, od momentu śmierci swojej siostry bliźniaczki – Leslie – nie ma ochoty na nic, najchętniej zaszyłby się w kącie i żył przeszłością. Les popełniła samobójstwo we własnym pokoju. Holder po prostu nie zdążył jej uratować, wszystko potoczyło się tak szybko...
Któregoś dnia młody mężczyzna, robiąc zakupy w pobliskim sklepie, spotyka dziewczynę, która kogoś mu przypomina. Postanawia się jej przyjrzeć i chwilę z nią porozmawiać. Zachowuje się dosyć idiotycznie, bowiem, gdy towarzyszka odpowiada, że ma na imię Sky, Dean nie jest w stanie w to uwierzyć. Wziął ją niestety za kogoś innego. Tego samego dnia bohaterowie spotykają się jeszcze raz – podczas biegania. Od tego momentu nic nie jest takie jak wcześniej, znajomość się pogłębia, a Holder odkrywa pewną tajemnicę, która bezpośrednio łączy go z przeszłością. Jak to wszystko się potoczy? Czy chłopak będzie w stanie nadal utrzymać znajomość ze Sky, czy może po prostu od niej odejdzie i znowu wyjedzie? Co takiego stoi na przeszkodzie, by mogli żyć długo i szczęśliwie? Zapraszam do lektury!

Ciekawe, czy człowiek zakochuje się w jednej charakterystycznej cesze drugiej osoby, czy od razu w niej całej. Bo ja chyba właśnie się zakochałem w jej poczuciu humoru. A także w jej szczerości.

Jak już wspomniałam wcześniej, książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Czytałam wcześniej Hopeless, więc w sumie nie powinnam być zdziwiona tym, co zostało napisane w kontynuacji powieści. Nic bardziej mylnego! Ta sama historia opisywana przez Deana rozwaliła mnie na łopatki, powaliła na kolana i sprawiła, że zabrakło mi łez w oczach. Tak naprawdę dopiero po przeczytaniu Losing hope zrozumiałam historię tych trojga ludzi od początku do końca. Holder pokazał mi, że mężczyźni też potrafią być słabi, czasem płaczą albo po prostu nie wiedzą, co zrobić. Nie jest tak, że są wiecznymi łowcami kobiecych serc, jak mogłoby się wydawać wielu przedstawicielkom płci pięknej. Moje Drogie Panie! Oni też czują, nie zapominajmy o tym! 

Do tamtej pory nigdy nie patrzyłem w przyszłość. Wolałem przeszłość. Zbyt często rozpamiętywałem, co zrobiłem źle, i zastanawiałem się, co powinienem był zrobić, żeby moje życie potoczyło się inaczej. Przyszłość dla mnie nie istniała. Dopiero będąc ze Sky, zacząłem myśleć o tym, co stanie się jutro, pojutrze, za rok czy w odległej przyszłości. Potrzebuję tego teraz. Boję się, że jeśli nie wezmę jej w ramiona, znów zacznę patrzeć za siebie i przeszłość całkowicie mnie pochłonie.  

Przeczytawszy tylko Hopeless, nie znamy tak naprawdę całej prawdy – jest to tylko namiastka niesamowitej opowieści. Colleen Hoover opisała losy Holdera i Sky w taki sposób, że przeżywa się je razem z nimi. Nie ma takiego momentu podczas czytania tej powieści, by po prostu zamknąć ją z powodu nudnej treści i pójść robić coś innego, NIE MA! Fabułę pochłania się od początku do końca, z wypiekami na twarzy, bez względu na godzinę i miejsce. 

Odsuwam się i patrzę jej w oczy. Odwzajemnia moje spojrzenie i po raz pierwszy w życiu mogę szczerze powiedzieć, że znalazłem jedyną osobę na świecie, która w pełni rozumie moje poczucie winy. Która w pełni rozumie mój ból. I w pełni akceptuje mnie takiego, jaki jestem.

Tak naprawdę od momentu przeczytania tych dwóch pozycji, Colleen Hoover znalazła się w moim rankingu na wysokiej pozycji. Nie boję się tego powiedzieć, że jest to autorka, która jak mało kto potrafi rozbudzić emocje w czytelniku i sprawić, by czytanie stało się jeszcze większą przyjemnością. Losing hope porusza tak naprawdę prawie wszystkie życiowe tematy, które tak bardzo liczą się w życiu każdego z nas. Pokazuje, jak wielki wpływ na teraźniejszość może mieć przeszłość. Ma charakter dydaktyczny. Odpowiada na wiele pytań, które gdzieś tam krążą w naszych umysłach. Jest kwintesencją tego, co jest najistotniejsze. 

Sunie palcami po mojej dłoni, po czym ją ściska. Ten jeden niewinny gest znaczy dla mnie w tej chwili więcej, niż byłbym w stanie dać w zamian. Nie zasługuję na to, by mi dodawała otuchy.

Myślę, że jeszcze długo pozycja ta będzie wielkim hitem. I zasłużenie, nie mydli bowiem  oczu czytelnikowi, nie pokazuje samych radości i walorów, które niesie, ale informuje nas, że w każdej chwili czekają na nas niebezpieczeństwa, problemy, przeciwności. Pamiętajmy jednak, by nie dać się zwariować, bo los lubi płatać figle i stwarzać rzeczy i momenty, o których się nawet filozofom nie śniło. 

Cała moja uwaga jest nieustannie skupiona na niej, zupełnie jakbym był kompasem, a ona moją północą.

Książkę polecam głównie paniom, bo raczej nie wydaje mi się, by mężczyźni potrafili być aż tak empatyczni (to z reguły kobietki tak mają, nie oszukujmy się). No chyba że któryś z panów ma ochotę to nic prostszego! Kto wie, może to ja się mylę i dla was będzie to równie niesamowita pozycja? W każdym razie czytajcie, czytajcie i jeszcze raz czytajcie! Gorąco polecam! 

Długo jeszcze mógłbym wyliczać rzeczy, których mi brakuje. Ale przez ostatni rok nauczyłem się, co to znaczy naprawdę pogodzić się z czyimś odejściem.

książka została przeczytana dzięki współpracy z Redakcją Essentia

KLIK - Essentia
Kliknij na gołąbka :)



Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger