stycznia 09, 2018

stycznia 09, 2018

Macocha

Macocha


Pamiętam, kiedy poznałam twórczość Nataszy Sochy, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie jej postrzeganie zwykłych spraw codziennych. Gdy brutalna szczerość wychodzi na pierwszy plan, wypierając lukrowany i nieszczery obraz życia. I chyba właśnie za te cięte uwagi polubiłam autorkę.

Moja przygoda z książkami zaczęła się nieco od środka, dlatego, gdy tylko nadarzyła się możliwość, postanowiłam nadrobić zaległe.

I tak przyszła pora na Macochę, o której swego czasu sporo czytałam na innych blogach. Czy zgadzam się z pochwalnymi opiniami? I warto było, poświęć kilka godzin na lekturę?




 Roma żyje sobie ze swoim mężem. Prowadzi spokojne i jak się wydaje poukładane życie. Prowadzi wraz z koleżanką kafejkę internetową, która bardziej służy jako zabicie nudy niż praca, dzięki której może zarobić. Bo interes prosperuje coraz gorzej, o czym obie dobrze wiedzą, jednak nie chcą się do tego przyznać.

Mąż Bruno jest weterynarzem. I właściwie to on utrzymuje ich rodzinę. Ona po prostu pracuje, by nie czuć się na garnuszku. Dla zaspokojenia swojej dumy. I słusznie. Wszystko ma swój porządek, aż do pewnego dnia. Gdy nagle i bez uprzedzenia, pojawia się córka Bruna z poprzedniego związku.

Sprawa niby normalna, bo przecież Roma wiedziała o dziecku, ale od tylu lat młoda mieszkała z matką i nigdy nie wyrażała potrzeby zmiany, że teraz, gdy zakomunikowała chęć zamieszkania z ojcem i jego nową żoną, wytrąca kobietę z równowagi i burzy dotychczasowy spokój.

Wyrzucić dziewczyny nie może, nawiązać kontakt nie wie jak. Bo nastolatka nie przejawia żadnych chęci. Wręcz przeciwnie, obnosi się ze swoimi grymasami i wszystko krytykuje. Dla Romy zapala się lampka. Czy aby była partnerka, pod pretekstem córki, nie chce zburzyć związek? Gorzej, jeśli, ta bezczelna smarkula sama powzięła sobie taki plan.

W końcu kobieta zaczyna działać. Musi zrobić wszystko, by pozbyć się pasierbicy z domu. Sama nie wyobraża sobie, by mogła polubić pyskatą dziewuchę. Zresztą z wzajemnością.

I gdy wydaje jej się, że już gorzej być nie może, bo nieproszony gość, panoszy się po jej domu z coraz większą śmiałością, to w dodatku zaskarbia sobie poparcie u matki, Romy! Wróg we własnym domu, brak oparcia ze strony tej, która powinna stanąć murem.

Desperacja i frustracja. W dodatku brak światełka w tunelu, a dokładniej spakowanych walizek dziewczyny. Jak odnajdzie się w nowej sytuacji Roma? I czy jest możliwe, by poczuła sympatię do trudnej nastolatki?




Opowiedziana historia może i jest przewidywalna, ale mnie się niebywale dobrze czytało i szczerze powiem, uśmiałam się chwilami porządnie.

Z jednej strony heroiczna walka Romy, by pozbyć się pasierbicy, z drugiej jej poczucie zagrożenia. Bo nagle pojawia się obca dziewczyna, z którą nie ma wspólnych tematów, nie wie jak się zabrać do nawiązania kontaktu. Przez co od razu kapituluje, a jej niechęć, nawet przykryta uprzejmością przebija zbyt mocno.

No prawdą jest, że niespodziewany gość, nie należy do miłych, z którymi chce się spędzać każdy wolny czas. Wręcz przeciwnie. Córka Brunona, na każdym kroku afiszuje się ze swoimi poglądami, Dając do zrozumienia, że nikt jej nie rozumie, a ona gardzi wszystkimi w koło.

Nastolatka, w najgorszym etapie życia, gdzie każdy wydaje się wrogiem i macocha, z poczuciem zagrożenia, tylko nie bardzo wiedząca jakiego. Bo przecież pojawienie się córki w ich domu, nie może sprawić, że Bruno nagle przestanie ją kochać. No ale.. Kobieca wyobraźnia lubi podsuwać najgorsze scenariusze. Co tak też się dzieje, w głowie Romy.

Ciekawa i książka, można pośmiać się z pomysłów Romy, popatrzeć na zachowanie dwóch odległych biegunów. Troszkę mi nie bardzo odpowiadała postać męża. Bo był jakby tłem. Ona walczyła, on niczego nie widział i nie rozumiał.

Tutaj pierwsze skrzypce grają Roma i Kasia. Obie walczą o zwrócenie na siebie uwagi. Z tą różnicą, że pierwsza po prostu czuje irracjonalne zagrożenie, a druga krzyczy za akceptacją, mimo popełnianych błędów.

Co może wyniknąć z takie mieszanki wybuchowej? Ano mnóstwo zabawnych sytuacji.

Mnie się podobało, może nie jest to książka, którą czyta się w napięciu, co będzie dalej, ale potrafi oderwać na pewien czas i wywołać uśmiech na twarzy. Polecam.


 Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl 

stycznia 08, 2018

stycznia 08, 2018

Artemis

Artemis


Wiecie, czego bardzo nie lubię? Reklamowania książki, tytułem innej, wcześniej bardzo dobrze sprzedanej. Bo to tak, jakby ta nowa, jeszcze bez opinii czytelników, była tak słaba, że potrzebuje wsparcia czegoś, co zrobiło furorę. I teraz taka gwiazdka, ma podzielić się swym światłem z meteorytem, który wcale nie świeci, ale jak padnie blask, to może gdzieś się coś odbije i też się spodoba.

Dlatego, gdy tylko widzę podobne chwyty od razu mam podejrzenie, że coś pójdzie nie tak, albo po prostu wydawca kolejny raz chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.

Zatem co sądzę o Artemis? Autora sławnego Marsjanina, którego to z ignorancji swej nie przeczytałam?



Jazz mieszka na księżycu. Wiele lat temu, ktoś tam wpadł na pomysł, by stworzyć księżycowe miasto i oto jest. Całość z opisu wygląda dosyć dziwaczne, niestety moja wyobraźnia niby rozwinięta, tutaj sobie marnie poradziła. W każdym razie Jazz tam mieszka od któregoś roku życia. Teraz już samodzielna, wynajmuje klitkę, zwaną przez siebie „pieszczotliwie” trumną.

Dziewczynie marzy się coś większego, no ale jej zarobki nie pozwalają na podniesienie standardu życia. Planowała, że po zakończonym kursie i zdaniu egzaminu, dzięki któremu będzie mogła dostać lepszą pracę, już niebawem przeniesie się do lepszego miejsca.

Niestety, pech albo coś innego, sprawiło, że egzamin oblała. Musi do niego podejść kolejny raz, a do tej pory, dalej będzie zarabiała marne gity. Tak, bo waluta księżycowa, a może Artemijska? Nie wiem jak to poprawnie odmienić, no waluta tegoż miasta jest nazywana gitami. Coś tam zostało wytłumaczone, ale autor tłumaczy tyle spraw, że no mój system się zawieszał.


Wracając do fabuły, nasza bohaterka, a nadmienić trzeba, że to nie jest jakaś milusia i słodziutka kobietka u progu dorosłości. Jazz ma niejedno na koncie, swoje życie prowadzi dosyć swobodnie, no i nie oszukując, cieszy się dość wątpliwą opinią.

Oczywiście nie wiele sobie z tego robi. Dla niej ważne jest, by kasa się zgadzała. Reszta to sprawy bez znaczenia.

To też, gdy pewnego księżycowego popołudnia, otrzymuje propozycje zarobku, który odmieniłby jej życie już na zawsze, zastanawia się tylko przez chwilę. Fakt, zadanie nie należy do łatwych, musi się do niego porządnie przygotować. No ale, nie jest niewykonalne. I to wystarczy by do podjęcia jednej decyzji.

Planowała szybką akcję, wszystko obmyślane tak, by każda niespodziewana sytuacja, mogła zostać automatycznie rozwiązana. Miało pójść sprawnie. Tylko niestety Jazz nie przewidziała jednego, co tak naprawdę ma oznaczać jej zadanie i jakie będą następstwa.




Zdecydowałam się na przeczytanie tej książki z kilku powodów. Bardzo lubię akcję rozgrywającą się w kosmosie i tym podobne, zmotywował mnie opis no i nie oszukujmy się, pozytywne opinie — chociaż jak teraz widzę, nie każdy pieje z zachwytu.

No ale o mnie, siadłam i z radością zagłębiłam się w lekturze, tej jakże interesującej historii. No i czytałam sobie i czytałam. I nie wiem.

Zacznijmy od Jazz, ona nie miała charakterku, ona była najnormalniej w świecie głupia jak but, ale żeby nie zrobić z niej mdłej superbohaterki, autor pokusił się o dziunie samo zło, która to swoimi występkami mogła naszkodzić, ale ogólnie to jest "wporzo" laska, więc trzeba ją uznawać za bohaterkę narodu.

Wykreowany świat, a dokładnie miasto księżycowe. Boże mój, jakieś bańki, jakieś inne dziwne rzeczy, nijak nie mogłam sobie dopasować bańki jako bańki, a ludzi, którzy tam mieli stworzone coś na wzór chałup. Nie wiem, możliwe, że jestem zbyt głupia. Nawet nie będę się z tym kłóciła. No ale ta woda, która podczas mycia krążyła ze ścieku, gdzieś tam się bardzo szybko oczyszczała i znowu leciała, to takie jakieś głupie i niedorzeczne. W sekundę się oczyściła? To cholera czym oni ją filtrowali? No ale to taki niuansik. Są o wiele lepsze smaczki, które nie jeden raz wprawiały mnie w zdumienie.


I ogólnie mam mieszane uczucia. Bo tak, do pewnego momentu czytało się nawet znośnie. Dziewczyna ganiała po mieście, rozwoziła paczki, poznawałam teren miasta, niektórych mieszkańców i całą resztę. W końcu nadeszła chwila, gdy Jazz rozpoczęła swoją misję, dzięki której miała stać się bogata. I... No i wtedy zaczęły się dziać cuda nie widy. Naprawdę. O Borze Tucholski, jakże autora tutaj poniosła wyobraźnia. Odleciał w kosmos i to konkretnie.

Ja naprawdę rozumiem, że to fantasy, że tutaj można naprawdę sobie pofolgować, ale są chyba jakieś granice. No przecież chwilami akcja trąciła tak haniebnym absurdem, że aż mnie się czytać tego nie chciało. To była naprawdę odlot w przestworza, tylko atrakcje niekoniecznie mnie zachwyciły.

Nie mam pojęcia czy polecam. Bo z jednej strony ot lekka bajeczka. Z drugiej, jeśli ktoś się nastawi na coś zajmującego i godnego uwagi, może się srogo rozczarować. Nie mam pojęcia ile w tym z Marsjanina i dobrze. Bo pewnie, gdybym miała w pamięci poprzednika, mogłoby być o wiele gorzej. A tak, oceniam tylko ten tytuł, który jest taki sobie, ot dla rozrywki podczas jazdy autobusem czy pociągiem.


Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl

stycznia 05, 2018

stycznia 05, 2018

48 tygodni

48 tygodni
źródło


Dziwnie było mi czytać, a teraz pisać o pierwszej książce mojej ulubionej autorki. Tak się jednak złożyło, że twórczość Magdaleny poznałam, gdy ten tytuł nie był dostępny, a nie było chętnych do odsprzedania. Dlatego pozostawało czekać i mieć nadzieje, że kiedyś się taka możliwość pojawi. I pojawiła się. Byłam niezmiernie ciekawa, bo i zobaczyć jak wyglądały pierwsze kroki w pisarskiej karierze to raz, ale i dwa. Teraz mając w pamięci najnowsze pozycje, można powiedzieć czy i jaki postęp zrobiła autorka.

 
 
Poznajemy Nataszę, młodą matkę i mężatkę. Może powinnam napisać w odwrotnej kolejności, ale tak się jakoś składa, że kobieta od jakiegoś czasu, czuje się bardziej matką niż żoną. Widać tak już jest, kiedy na świecie pojawia się dziecko.

Nasza bohaterka od jakiegoś czasu czuje się sfrustrowana. Ciągłe zajmowaniem się domem i dzieckiem, pracujący mąż i zbyt często przebywająca w ich towarzystwie była dziewczyna ukochanego, teraz w roli koleżanki z pracy. I niby Natasza wie, że między nimi od dawna nic nie ma, to jednak ta nutka zazdrości, która towarzyszy, pojawia się zawsze bez pytania. Po prostu. Jako kobieta reaguje w taki, a nie inny sposób na domniemaną rywalkę.

Dlatego Natasza, po długim namyśle postanawia coś zmienić. W dodatku zmiany te będą miały wpływ na resztę rodziny. No ale decyzja zapadła. Wraca na studia i poszuka sobie pracy. Córeczka chodzi do przedszkola, mąż pomoże, poradzą sobie.

 
 
 
Gdybym chciała ocenić  48 tygodni, jako nową książkę Madzi, moja ocena mogła być, być dosyć surowa. Ponieważ, nie było w niej nic, co mogłabym uznać za zaskoczenie, za coś, co zatrzymało moją uwagę i trzymało w napięciu.

Z drugiej strony, jest to debiutancka powieść, wcześniej pisana w odcinkach. I mając na uwadze te aspekty, można powiedzieć, że jest to lekka i zabawna opowiastka o młodej matce, jej genialnej córeczce i mężu, chwilami drażniącym, jak to u facetów bywa.

Moją uwagę zwróciło to, jak Magdalena Kordel cudownie rozwinęła skrzydła. Bo z książki na książkę, poziom jest coraz wyższy, poprzeczki nigdy nie spadały. Każda kolejna postawiona nad poprzednią. Niesamowite i godne pogratulowania. Niektórzy autorzy, po osiągnięciu sukcesu i rozgłosu, jakby siadają sobie na laurach, przestają walczyć o czytelnika. Tutaj jest wręcz odwrotnie.

Wiem, że odbiegłam nieco od tematu książki, która jest omawiana. No, ale cóż mogę powiedzieć. 48 tygodni jest lekka, jest dobra jako odskocznia po ciężkim dniu, na wakacje czy ferie. I śmiało można po nią sięgnąć.

Cieszę się, że ten tytuł zapoczątkował Madzi i naszą przygodę z jej książkami. Gdyby nie ona, nie byłoby reszty. A bez nich wszystkich, nie wyobrażam sobie mojego czytelniczego życia.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Znak.

stycznia 01, 2018

stycznia 01, 2018

Zostać Panią Parrish

Zostać Panią Parrish



Psychiczna przemoc i zastraszanie są równie groźne jak fizyczna napaść i wyrządzają równie wielkie szkody.

W dzisiejszych czasach chęć posiadania władzy, bogactwa i wysokiego stanowiska potrafi zrobić wodę z mózgu i sprowadzić człowieka na manowce. Czasem dążenie do postawionych sobie celów, które - opierają się głównie na poziomie materialnym - jest tak silne, że człowiek może nie zauważyć kiedy z "mistrza" staje się zwykłym pionkiem i nagle nie on rozdaje karty. 

Amber, główna bohaterka debiutu literackiego, który miałam przyjemność (tak, przyjemność!) przeczytać, jest właśnie kimś takim. Jej plan wbrew pozorom jest prosty; wyłapuje bogate rodziny, uwodzi mężów, którzy na kilometr pachną pieniędzmi i powoli, krok po kroczku wpasowuje się w miejsce żon. Jaka jest jeszcze panna Patterson? To na pewno kobieta bez skrupułów, której motorem napędowym są zbyt wybujałe ambicje. W tym wachlarzu pełnych cech i pozostałych "wartości", Amber na pewno nie ma jednego - życia Daphne Parrish, a tego pragnie najbardziej. Właśnie wtedy w jej głowie pojawia się wspaniały i przebiegły plan działania. Gdy już wdraża go krok po kroku, dopasowuje się do otoczenia, zyskuje zaufanie ludzi bliskich swojej ofierze i odhacza swoje cele, dzieją się rzeczy, których nie przewidziała i które komplikują wszystko. Co zrobić w takiej sytuacji, gdy tak bardzo nienawidzisz swojego życia, że jesteś w stanie zepsuć je innym? Jak sobie poradzić z tym, gdy okaże się, że życie Pani Parrish nie jest takie, na jakie wygląda? Czy Amber uda się zająć jej miejsce i żyć w dostatku? Na te i na inne pytania odpowiecie sobie po lekturze tej pozycji.

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej poznajemy życie Amber i jej motywy do popełniania kolejnych intryg, kłamstw i przestępstw, by w drugiej zagłębić się w to, jak wyglądało życie Daphne Parrish jeszcze przed przybyciem "przyjaciółki" i do czego potrafi doprowadzić głupia naiwność.

Przyznam szczerze, że nigdy nie sięgałam po książki o takiej bądź podobnej tematyce. Nie sądziłam, że mogą wciągnąć, zaciekawić i dać dużo przyjemności. Tej lektury bałam się wyjątkowo, ponieważ jest to debiut literacki Liv Constantine, dlatego nie byłam do końca pewna, czy autorka (a właściwie autorki, bo jak się potem dowiedziałam, powieść stworzyły siostry) trafi dokładnie w to, czego szukałam. Pierwsze rozdziały przekonały mnie jednak, że nie powinnam oceniać książki po okładce. Zostać Panią Parrish czytało mi się przyjemnie, pochłonęłam ją w bardzo krótkim czasie i byłam pod wielkim wrażeniem tego, co udało się ostatecznie stworzyć. Dodatkowym plusem jest to, jak lekkie i spójne pióro mają siostry, które stworzyły tę książkę. Gdybym nie przeczytała podziękowań, w życiu nie zorientowałabym się, że nie mam do czynienia z jedną autorką. 

Na uznanie zasługuje też fakt, jak idealnie została wykreowana Amber; czy to pod względem charakteru, czy psychiki. Wszystko się ze sobą łączyło, bohaterka miała mnóstwo pomysłów, które nie były zdradzane czytelnikowi od razu, a do końca historii rzeczywiście dochodziło się jak po przysłowiowej nitce do kłębka. Nic nie było przesadzone, napięcie utrzymywało się cały czas, a to sprawiało we mnie poczucie, że chcę więcej, więcej i więcej... Jeśli natomiast chodzi o zakończenie książki, nie spodziewałam się tego, jak to wszystko się zakończyło. W życiu nie wpadłabym na to, że ta historia może mieć taki obrót spraw. Zostałam wybita z rytmu, ale w sensie pozytywnym, bowiem uwielbiam takie fabuły, które nie są przewidywalne. 

Z  niecierpliwością czekam na następne pozycje Liv Constantine. Nie mogę się doczekać, co dziewczyny stworzą tym razem i jak bardzo zaskoczą odbiorców. Śledzę nowości wydawnicze i jeśli tylko zobaczę to nazwisko, nie waham się ani chwili - sięgam i czytam, bo dla takich pozycji warto być bloggerem i dać sobie szansę by otwierać się na nowe, a co najważniejsze - wcale się przy tym nie nudzić, jak i nie czuć goryczy i rozczarowania. Polecam, polecam, polecam!                                                                                                        

grudnia 28, 2017

grudnia 28, 2017

Grzesiuk król życia

Grzesiuk król życia
źródło

Odkąd pamiętam, biografie stanowiły dla mnie wyzwanie. Bo czytanie o życiu kogokolwiek wydaje się wkraczaniem w sferę, która nie zawsze powinna być ujawniona. Takie jest moje zdanie. Z drugiej strony, ciekawość ludzi, którzy w taki czy inny sposób zasłynęli bądź wpłynęli na życie społeczeństwa, budzi pewne zainteresowanie.

Dosyć nieśmiało i niepewnie poruszam się po tej właśnie tematyce. Podczytuje biografię, wspomnienia ich samych i ludzi, którzy znali daną osobę. Tym razem padło na Stanisława Grzesiuka. 

 
 
Słyszał o nim niemalże każdy, a ten, kto nie słyszał, powinien swoją niewiedzę choćby troszkę uzupełnić. Żeby być świadomym istnienia tego człowieka. I chociaż jak każdy z nas, nie był idealny, to jednak nie można powiedzieć, że był zwykłym artystą, który sobie po prostu trafił na dobry moment i wypromował.

Grzesiuk to osobowość, obok której nie można przejść obojętnie. Wychowywał się w Czerniakowie i część wspomnień pochodzi właśnie stamtąd. Jednak jego domem i miejscem, które kochał całym sobą, którego był i jest wizytówką to Warszawa.

Śpiewał o niej, tworzył dla niej, po prostu żył tym miastem, które zachował w pamięci, jeszcze przed wybuchem wojny.

Niektórzy twierdzą, że jest to nazbyt przerysowany obraz, że takiej Warszawy nie znajdzie się w rzeczywistości, ani też w kronikach. Może prawdą więc jest, że Warszawiakiem trzeba się czuć tam w środku, a nie tylko mieszkać. To coś, co ponoć zrozumieją tylko oni. Ci, którzy wiedzą, że tłum w tramwaju nie jest czymś strasznym, a normalnym. Zwykłe sprawy, a jednak bardzo istotne.

Bardzo ciekawiła mnie postać "Króla życia", skąd ta nazwa, dlaczego właśnie taki przydomek otrzymał Grzesiuk?

Najlepiej zacząć od początku książki, która wprowadza nas do historii tego człowieka w chwili jego śmierci. Brzmi może absurdalnie, ale tak nie jest. Chociaż na mnie ten rozdział tak smutny, a zarazem piękny wywarł ogromne wrażenie.

Gdzieś jest napisane, że Grzesiuk nie miał czasu, żeby umrzeć. On mimo świadomości swojego stanu, był ponad niego, jakby miał mnóstwo spraw do załatwienia. I śmierć po prostu musiała poczekać na odpowiednią chwilę albo zabrać go w tak zwanym biegu.

Jednak zanim śmierć, trzeba cofnąć się do życia. Życia, które często nie oszczędzało. A, które On tak bardzo kochał i jak twierdził, trzeba akceptować takie, jakie się otrzymało. Bez zbędnego narzekania.

Nie lubił nudy, która doprowadzała go do szału. Nawet choroba, nie potrafiła przytrzymać w bezruchu zbyt długo.

"W dzień muszę leżeć, bo pilnuje mnie cały personel oddziałowy.  Wieczorem co pewien czas zagląda lekarz dyżurny. A ja nie mogę uleżeć. Więc wychodzę i robię kolegom różne kawały."*

Na co dzień, nie pokazywał swoich uczuć, które kojarzyły się z trudnymi czasami, wspomnieniami pełnymi strachu, bólu i smutku. Twierdził, że ta sfera nie nadaje się do pokazu. Dlatego większość zachowała go w pamięci jako dowcipnisia, człowieka cieszącego się jazdą "zapchanym tramwajem" albo na niewygodnej desce.

"Sława Przybylska: Wiedziałam o jego obozie, wiedziałam, że był ciężko chory, ale ten człowiek miał w sobie  więcej radości z życia niż ludzie, którzy nie doświadczyli ułamka takiej tragedii jak on.  Pomyślałam, że ludzie, którzy przeżyli taką traumę, potrafią mieć dystans do życia. (...)"*

 
 
 
 
 
Przeczytałam tylko kilka biografii, więc nie mogę poszczycić się wielką znajomości, tego gatunku. Jednak uważam, że właśnie ta, będzie bardzo długą moją faworytką. I chociaż nie lubię oceniać cudzego życia, bo każde wyjątkowe, nosi znamiona cierpień i radości. Wzlotów i upadków, to w jakiś sposób historia Tego człowieka bardzo wryła się w moją głowę.

Może dlatego, że ogromnym podziwem darzę wszystkich tych, którzy byli więzieni w obozie koncentracyjnym. Podziwiam ich za wolę życia, za to, jak potrafią żyć pomimo traumatycznych wspomnień. I co najważniejsze, to zazwyczaj oni, potrafią się najpiękniej uśmiechać do życia. Coś niesamowitego i godnego naśladowania. Bo to właśnie my, będący szczęściarzami urodzonymi i wychowanymi w spokoju, nie umiemy cieszyć się zwykłym dniem. Bo deszcz pada, bo kolejka do kasy, bo kawa za gorzka. Jakie to jest płytkie. I mam na myśli przede wszystkim samą siebie. Często siedzę i najnormalniej w świecie gderam. Zamiast po prostu się cieszyć. Tym, co mam, bo moje mało dla kogoś będzie wszystkim. Więc dlaczego nie jest dla mnie?

Myślę, że powyższy cytat, mówi sam za siebie. Przykre jest jednak to, że dopiero przeżyta tragedia czy trauma, zmusza nas, do uzmysłowienia, czym jest życie.

Książkę oczywiście polecam z całego serca, będę do niej często wracała. Wydaje mi się, że jej nie trzeba streszczać, opisywać by zachęcić. Ten tytuł po prostu trzeba samemu przeczytać, żeby zrozumieć. 
Świetnie napisana, można w niej znaleźć niepublikowane do tej pory opowiadania, opatrzona fotografiami. Jednym słowem - idealna.




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

grudnia 13, 2017

grudnia 13, 2017

Bardzo biała wrona

Bardzo biała wrona
źródło

Mając naście lat, marzy się piękna, wręcz bajkowa miłość. Czasem te wyobrażenia są przerysowane, pod wpływem czytanych książek, oglądanych filmów. Czekając na to prawdziwe uczucie, snuje się plany, jakie będzie? Czy wybranek serca okaże się ideałem?

No i przede wszystkim, skąd wiadome jest, że to, co poczuliśmy, jest prawdziwą miłością i na czym ona w ogóle polega?

 
 
Natalia jest zwykłą nastolatką. Zanim nią została, dorastała w bardzo dobrym domu, pełnym miłości i uwagi. Ma kochających rodziców, świetnego wujka, którego uważała za ideała mężczyzny. Dopóki ten, nie przyprowadził pewnego dnia do ich domu, swojej przyszłej żony. Wtedy właśnie dziewczyna poczuła, że z uczuciami trzeba uważać. I chyba pierwszy raz poczuła, czym jest kogoś utracić.

Teraz kiedy jest już nieco starsza, rozpoczyna naukę w szkole średniej. Nowe wyzwania, ale i znajomi. Może pozna kogoś ciekawego. Nie spotykała się jeszcze z chłopcami. Dlatego też nie zwraca uwagi, gdy starszy Norbert zaczyna się koło niej kręcić. Niby przypadkowe spotkania, rzucone w biegu cześć, no ale co z tego? Przecież on jest z klasy maturalnej, ma swoje towarzystwo, nie taka zwykła Natalia.

A jednak. Chłopak nie bez powodu przecina ścieżki dziewczyny. Okazuje się, że od jakiegoś czasu nie potrafi przestać o niej myśleć. I to myślenie coraz częściej zaczyna przypominać obsesje. O czym niestety nie ma pojęcia główna zainteresowana.


Mija czas, para zaczyna się spotykać. Norbert jest kochanym i uczuciowym partnerem, jednak jego zachowanie dosyć często bywa dziwne. Czego nie zauważa Natalia. O wszystkie złe sytuacje obwinia siebie. Nawet troskę koleżanek zaczyna odbierać jako atak.
Dotąd poukładane życie rodzinne i koleżeńskie zaczyna się rozsypywać. Wszystko kręci się wokół Norberta i jego nakazów lub zakazów. Miłość wymaga poświęceń, ale czy na pewno takich? I tylko z jednej strony?



,,Owszem, gdzieś na samym dnie duszy przyczaiła się mroczna myśl, że w końcu chłopcy mają tysiące rozmaitych dróg, żeby zdobyć dziewczynę, i jedną z nich jest z pewnością czarowanie jej wizją cudownej, wspólnej przyszłości, takiej "na zawsze razem".




Trudna jest to książka. Bo jakże oceniać miłość? Nawet tę źle interpretowaną? Toksyczną? Jakże łatwo powiedzieć stojąc z drugiej strony — zostaw go. Często oceniałam, często mówiłam, co ja bym zrobiła, będąc w cudzej sytuacji. Tak. Jak bardzo prosto jest nam rozwiązywać nie swoje problemy.

Denerwowałam się podczas czytania. Drażniła mnie ślepota Natalii, że nie widziała, jak bardzo jest sterowana przez ukochanego. Tylko że ja nie byłam zaangażowana emocjonalnie. Byłam widzem, który ma ogląd na dwie strony. Łatwo było powiedzieć — zakończ ten związek.

Później przyszło zastanowienie, czy abym sama nigdy nie była niewidząca we własnym życiu? Bo toksyczne relacje zdarzają się, nie tylko w zestawieniu ona i on. Równie dobrze może być przyjaźń, a raczej jej złudzenie. I wiele innych relacji międzyludzkich.

Autorka ukazała nam miłość nastolatków. Naiwnej Natalii i wyrachowanego Norberta, który miał trudne dzieciństwo. W książce padło pytanie — czy trudnym dzieciństwem można wytłumaczyć każdą podłość? Często bywa ona wytłumaczeniem, bo tak jest łatwo. Powiedzieć, miałem w życiu źle, mam prawo teraz się mścić.

Myślę, że jest to jedna z najlepszych, ale i trudniejszych książek Ewy Nowak. Nie potrafię jednoznacznie jej ocenić. Nie umiem napisać, że czyta się dobrze. Bo tak nie jest. Nie potrafię powiedzieć, że jest lekka. Bo nie jest. Jednak jestem pewna, warto przeczytać. Polecam.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.


grudnia 01, 2017

grudnia 01, 2017

Śpiąca królewna

 Śpiąca królewna

Tym razem przybywam z bajką, która swego czasu wywołała wiele emocji. Tych pozytywnych, jak i negatywnych. A wszystko przez sposób, w jaki została wydana. Przejdę może do rzeczy.

Nowe i jakby odświeżone wydanie bajek z tak zwanej klasyki zostało ukazane w tak jakby pierwotnej wersji. Czyli bez załagodzenia historyjek, bez koloryzowania i tej całej pięknej otoczki, którą pamiętamy ze swojego dzieciństwa. Społeczność podzieliła się na dwie grupy. Zachwyconych i oburzonych. Jakie było i jest moje stanowisko względem Śpiącej królewny?

 
O czym bajka opowiada, większość z nas wie. Ten, kto nie wie, powinien nadrobić. Być może zainteresuje się właśnie tym wydaniem książki?

Pamiętam, gdy przyszły do mnie dwa tytuły. Pierwszym był nieszczęsny Czerwony Kapturek, który po prostu wprawił mnie w osłupienie. Brutalne opisy, ilustracje rodem z horroru dla dzieci. Cóż, tamta wersja absolutnie nie trafiła ani do mnie, ani do dzieci, którym pokazałam.

Teraz nadeszła pora na Śpiącą królewnę, no i tutaj sprawa wygląda nieco inaczej, niż w straszącej poprzedniczce. Owszem, ilustracje pozostawiają wiele do życzenia, o czym za chwilę będziecie mogli, sami się przekonać. No ale na szczęście treść nie wieje strachem, który przeraził mnie w tej pierwszej.





Nie wiem sama, czy ja się nie znam? Czy te ilustracje są tylko dla mnie dziwne? Nie wiem, być może wielcy znawcy sztuki widzą coś, czego ja nie dostrzegam. Mimo wszystko uważam, że taka forma obrazków raczej odstraszy dziecko. Te twarze jakby demoniczne, wyglądaj jak bohomazy. Tyle pocieszenia, że historyjka królewny jest wierszowana i nie ma brutalnych opisów.





Sama nie wiem, patrzę i patrzę no i nie. Nie potrafię polecić. Tutaj decyzję pozostawiam indywidualnie. Mnie nie przekonuje ani twarda okładka, która swoją drogą przytłacza szarością, ale widać chodziło o minimalizm. Nie trafia do mnie również cena. Bo jednak za tę sumę można zakupić coś ładniejszego i bardziej przykuwającego uwagę. Oczywiście, jest to moja subiektywna ocena, jeśli znajdą się zwolennicy, bardzo proszę o komentarz. Wiadomo, ilu ludzi, tyle gustów. 


Tekst stanowi oficjalną  recenzje dla portalu DużeKA


Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger