Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura piękna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura piękna. Pokaż wszystkie posty

marca 19, 2022

marca 19, 2022

Bardzo długi marzec

Bardzo długi marzec

 


Przeczytałam tę książkę jeszcze w lutym, planowałam od razu napisać tekst, ale nie potrafiłam zebrać myśli. A później, jakoś wpadłam w zawieszenie, przestałam czytać i pisać. Chyba mnie oderwało od rzeczywistości. W każdym razie, Bardzo długi marzec, zasługuje na chociaż kilka słów o tym, co ma do zaoferowania dla czytelników. 


Jest druga połowa lat sześćdziesiątych, poznajemy Adama Sandera, mieszkającego w Warszawie, który niebawem ma obchodzić swoje szesnaste urodziny. Wyczekuje tego dnia, ponieważ z okazji prezentu, jakimś cudem, rodzice załatwili bilet na koncert Stonesów. Oczywiście otrzymał pewne warunki, jakie musi dotrzymać, aby tego wielkiego dnia, mógł wyjść na upragnione wydarzenie. 

Adam uczęszcza do dobrego liceum, jego rodzice zajmują wysoko postawione stanowiska. W domu mają pomoc, w postaci dziewczyny, zajmujące się czystością i gotowaniem. Można powiedzieć, rodzinie Sanderów wiedzie się bardzo dobrze. Do czasu, kiedy pewne wydarzenia polityczne, skomplikują życie wielu ludziom, a nawet doprowadzą do tragedii. W środku całego zamieszania, z początku nieświadomie, znajdzie się Adam, którego pochodzenie, nigdy nie było stawiane w innym świetle, niż zostało pokazywane później. Okazuje się, że przez wiele lat, rodzice trzymali syna pod kloszem bezpieczeństwa i niewiedzy, czego późniejsze skutki, przyniosły gorzkie zderzenie z prawdą. 


Zastanawiałam się ile mogłabym napisać z fabuły, żeby nie zdradzić zbyt wiele, ale jednak sprawić, że będzie ona interesująca i zachęci do przeczytania. Ja, gdy sięgałam po tę książkę, nie miałam pojęcia o wydarzeniach, które działy się u schyłku lat sześćdziesiątych, a konkretnie, tego pamiętnego marca. Widać nauczana historia, przeszła pokaźną cenzurę, bo wiele informacji po prostu było dla mnie nowością. Cóż, jednak prawdą jest, że jeśli chcemy się czegoś dowiedzieć, lepiej nie szukać tego w szkole. 

Wracając do książki, Adam jest nastolatkiem, który jak każdy jego rówieśnik, a przynajmniej jak większość. Ma swoje marzenia i priorytety. Chce spotykać się z kolegami, wyjść na wspomniany koncert i żyć tym, co dzieje się teraz i poczuć emocje pierwszego zakochania. Nie ma świadomości, że rzeczywistość, którą kreowali mu rodzice, była nieco przekłamana, a z pewnością, nie wiedział wielu istotnych spraw. Dlatego, gdy z rządzeniem losu, poznaje nowych znajomych, przez których jest świadkiem wydarzeń - jak się okazuje tych historycznych. Czuje się, że coś jest nie tak. Później, zrozumie, że była różnica między Polakiem, a polakiem i ten podział zrujnuje, jego poczucie przynależności. 

Bardzo długi marzec, jest książką bardzo dobrą, ciekawą, ale również trudną i ukazującą ówczesną rzeczywistość w całej krasie. Warszawa jest szara i ponura, wszechobecna propaganda panującego ustroju ma się w najlepsze. A gdzieś, w bocznych ulicach,  z dala od oczu, które nie powinny widzieć i uszu, które nie powinny słyszeć, zaczyna się rodzić bunt. Przed zakłamaniem i życiem, które nie daje żadnych perspektyw, przed tym wszystkim, co odbiera radość życia. 

Mnie ta książka niesamowicie wciągnęła, chociaż tematyki i wydarzeń, które częściej były tragiczne niż pozytywne, mimo to, nie potrafiłam się oderwać. Autor po prostu wciąga czytelnika, czuje się atmosferę, jest się po prostu w tamtych czasach i miejscu. Szczerze polecam, chociaż uprzedzam, losy Adama będą po prostu trudne, ale z pewnością warte poznania. Cieszę się, że spotkałam recenzje tej książki i dzięki niej, przeczytałam. Teraz sama polecam, przeczytajcie. 






marca 02, 2022

marca 02, 2022

Anne z zielonych szczytów

Anne z zielonych szczytów


 Anię z Zielonego Wzgórza poznał niemalże każdy - jedni z przymusu, bo szkolna lektura. Inni dobrowolnie sięgali po książkę opowiadającą historię sławnej rudej dziewczynki i jej opiekunów. Ja pierwszy i aż do tej pory - ostatni raz, czytałam jeszcze w szkole podstawowej. Nie umiem powiedzieć, bym zapałała miłością do książki. I gdy skończyłam, po prostu nie kontynuowałam dalszych losów bohaterki. Przyczyna była bardzo prosta, nie polubiłam Ani, jej gadulstwa i skrajnych emocji, które mnie wręcz męczyły.  

Nigdy mnie nie ciągnęło by powrócić do tej książki. Aż do teraz, kiedy to, rozgorzała dyskusja, a wręcz widziałam słowa krytyki i rozczarowania, na temat przekładu słynnej książki, które poczyniła Pani Anna Bańkowska. Pierwszy raz, zapamiętałam imię i nazwisko tłumacza. Jestem, niestety ignorantką i nie sprawdzam kto podjął się tego trudu - wiem, nie powinno się tak robić. 

W każdym razie, już zmiana tytułu wzbudziła ogromne wzburzenie, poryw emocji i reakcje - ależ jak to?! Stwierdziłam, że skoro zmiana wzgórza na szczyty wywołało taki ogrom niechęci, należy sprawdzić i zbadać wręcz sprawę. Dlaczego pani Anna, dopuściła się takiego "niegodziwego" czynu. Osobiście uważam, że spolszczanie imion, jest zbrodnią, dlatego fakt, że Ania jest Anne, a Maryla Marillą, bardzo mnie ucieszyło. Z pewnością, osoby znające książki na pamięć, znalazły wiele różnic. Ja nie, bo to było moje drugie spotkanie z tą sławną serią, więc po prostu czytałam. 

O losach Anne, słyszał chyba już każdy, więc nie będę się zagłębiała w opis fabuły, ponieważ nie widzę najmniejszego sensu. Napiszę natomiast, o moich odczuciach względem tłumaczenia. Bo na początku, jest bardzo ciekawy i rozjaśniający wstęp od pani tłumaczącej. Wyjaśnia, dlaczego tytuł został zmieniony, co on, tak naprawdę oznacza i dlaczego, pokusiła się o dokładne przełożenie słów autorki. 

Według mnie, tak dokładna interpretacja, jest bardzo dobra. Możemy dzięki temu, przybliżyć sobie, postać autorki, zobaczyć jej oczami osadę, w której mieszkała Anne wraz z opiekunami. Nie rozumiem, dlaczego zwolennicy poprzednich wydań, podnieśli aż takie oburzenie - a uwierzcie, w ostatnim czasie, nie miałam głowy na afery książkowe. I skoro ta, do mnie dotarła, to naprawdę musiało być głośno. Z jednej strony, było mi żal pani Anny, bo w końcu zrobiła kawał porządnej roboty, podeszła do tego przedsięwzięcia naprawdę dokładnie, zasięgnęła różnej wiedzy na temat autorki i oryginału, szukała jak najdokładniejszych tłumaczeń, więc dlaczego została skrytykowana? Później jednak, uznałam, że cały szum wokół tego wydania, mógł wyjść na dobre. W końcu, czytelnicy - w tym ja, zainteresowali się tłumaczem. Nie ma tego złego. 

Ja się zdecydowałam po wielu latach, by odświeżyć książkę - przyznam szczerze, spędziłam bardzo przyjemnie czas. Anne wprawdzie dalej mnie męczyła, ale później było już lżej. Etap zanim, podrosła, nie jest moim ulubionym. Na szczęście, w dorosłości jest dosyć znośna. Przyznam również, mnie najbardziej, podoba się postać Marilii, to właśnie dla niej, czytałam tę książkę. Jestem ciekawa, jak będzie z kolejnymi częściami, których nigdy nie przeczytałam. 

Mam nadzieję, że będą tłumaczenia właśnie kolejnych części. Tymczasem, muszę czytać w wersji starszej, gdzie Marilla jest Marylą, a Rachel Lhynde, Małgorzatą. Cóż, jakoś przegryzę te niedoskonałości. 
Mogę jeszcze dodać, że w mojej ocenie, warto przeczytać właśnie to wydanie książki. I jako pierwsze podejście, czy właśnie spojrzenie z odświeżonym tłumaczeniem. Nie ma sensu się zrażać tytułem - wszystko jest wyjaśnione. Polecam. 



sierpnia 13, 2016

sierpnia 13, 2016

Niepokorne. Judyta

Niepokorne. Judyta



Chyba już od pierwszego tomu tej jakże przepięknej trylogii rozpływam się nad zachwytami dotyczącymi stylu autorki. Bo pisać niby każdy może i potrafi, jednak tworzyć dzieła, nie każdy.  Pani Agnieszka Wojdowicz już w Elizie przeniosła czytelnika do czasów jakże odległych i trudnych, gdzie kraj nasz został podzielony pod władze zaborców i chociaż Polska nie istniała na mapach, to w sercu każdego mieszkańca dalej nią była. I właśnie na tym tle historycznym poznaliśmy główne bohaterki, Elizę, Klarę oraz Judytę. Myślę, że każda z tych kobiet podbiła serce czytelników, ale też wiem, że była jedna plasująca się w czołówce, nad której losem nie tylko ja się przejmowałam. Dlatego z takim zniecierpliwieniem ale i smutkiem oczekiwałam finalnej części.  Kiedy już otrzymałam nie chciałam czytać, nie chciałam się jeszcze rozstać. Niestety wszystko w życiu ma swój początek i koniec, trzeba nauczyć się temu sprostać. Dlatego też lektura Judyty już za mną, a jakie są wrażenia, jakie emocje towarzyszyły podczas czytania? 

Nadeszła pora by trzy przyjaciółki, których życie potoczyło się różnymi ścieżkami w końcu się spotkały, omówiły na jakim etapie się znalazły i czy mogą uznać podjęte decyzje za słuszne. Bo jakby nie było każda z nich miała swój charakter, każda chciała decydować o sobie tak, by nie stać się bezwolną i podporządkowaną konwenansom matkom i żonom. Owszem, szukały szczęścia u boku mężczyzny, ale miały też ambicję, chciały czegoś więcej, aniżeli dzieci i prowadzenie domu. Samozaparcie oraz charyzma jaką się odznaczały na samym początku jakby gdzieś straciła na swojej mocy, okazało się, że dorosłość to nie zabawa, a podejmowanie ryzykownych decyzji gdzie z każdej strony zagraża zaborca nie są już przelewkami. 

Eliza, szczęśliwa żona i matka. Chyba jako jedyna może powiedzieć, że czuje się spełniona. Anton okazał się wyrozumiałym i oddanym mężem. Mogła ukończyć szkołę, zająć dziećmi przy pomocy siostry oraz próbować siły we farmacji, na tyle ile pozwalały jej możliwości. Mimo wszystko czuła, że jest we właściwym miejscu z odpowiednim człowiekiem u boku. 
Klara, od zawsze zbuntowana, jej silna osobowość  i niechęć do otaczającej sytuacji politycznej cały czas popychają do niebezpiecznych i ryzykownych poczynań. Czy możliwe jest by ukryty bunt wniósł zmiany do i tak nieciekawego położenia Warszawy? Kobieta żyje w przeświadczeniu, że podejmując ryzyko może coś zdziałać, tylko czy nie karmi się iluzją?  
Judyta, moja ulubienica - po wszystkich traumatycznych przeżyciach wydawać by się mogło, że w końcu odnalazła spokój i stabilizację, ale czy na pewno? Żyjąc z Maxem niczego jej nie brakuje, ich córeczka jest zdrowa. Mają dom, ona może zająć się pracą przy batikach. Wiedeń jest bardziej przychylny. Tylko sama Judyta czuje niedosyt. Jak gdyby czegoś jeszcze brakowało, a cała otoczka szczęścia była tylko na pokaz dla publiczności, zaś ona sama czeka na coś albo na kogoś.   Jej niespokojna dusza wyrywa się do osoby, która niegdyś była bardzo ważna, dla której mocniej biło serce.  Przypadkowe spotkanie z Maurycym będzie katalizatorem, popcha kobietę do podjęcia wielu decyzji, a ich konsekwencje, jak to w życiu. Będą różne. 

Trzy przyjaciółki, minęły czasy nastoletnich mrzonek, bujania w obłokach. Znalazły się na etapie gdzie stabilizacja wpycha się drzwiami i oknami duszy. I nie pora przestać szukać tego co już dawno nieosiągalne, bo można przeoczyć coś ważnego tutaj obok. 
Jakie będzie zakończenie, co zgotowała swoim bohaterkom pani Agnieszka Wojdowicz? Możecie być pewni, że takiego finału się nie spodziewacie.... 

 Na początku muszę napisać o wydaniu. Cała trylogia prezentuje wprost przepięknie. Zrobiłam zdjęcie całości ponieważ musiałam ukazać tym, którzy jeszcze nie czują się zdecydowani, że okładki jak i wnętrze są na jak najwyższym poziomie. Uczta dla oczu i duszy. O samej fabule za chwilkę napiszę, bo i należy pogratulować wydawcy postarania się o przepiękną szatę dla książek. Jestem po prostu zachwycona. 
 
Wracając do tej ostatniej, tej oczekiwanej, której losy tak bardzo mną zawładnęły. Przyznam się, że zachowanie Judyty drażniło mnie, nie do końca rozumiałam motywów jej postępowania. Ponieważ jako jedyna dostąpiła od mężczyzn tak wiele przykrości, doświadczyła dramatów w sferze uczuciowej. I kiedy okazało się, że znalazł się Max, kochający kobietę ponad wszystko, troskliwy i oddany, ta zaczęła kombinować. Inaczej nie potrafię tego nazwać. Dla mnie Judyta kombinowała. Miała dom, córeczkę i mężczyznę o którym nie jedna mogła sobie pomarzyć, zwłaszcza w tamtych czasach. I nagle jeden wyjazd do Zakopanego, jedno spotkanie z Maurycym zaważa na wszystkim co z takim trudem budowała wraz z Maxem. Nie potrafiłam tego pojąć. Tłumaczenia, że dziesięć lat temu go kochała i to uczucie odżyło było tak mdłe jak nie powiem co. W dodatku kogo ona kochała, chyba nie tego człowieka, którym był teraz, ponieważ w ciągu tych kilku lat oboje się zmienili. I tak naprawdę się nie znali, więc tym bardziej decyzje jakie podejmowała jak dla mnie, były zbyt pochopne i bezmyślne. Zwłaszcza, że nie chodziło o nią samą, ale i również córeczkę. 

W tej części Judyta, moja ulubienica, z każdą kolejną stroną zniechęcała mnie do siebie coraz mocniej, aż w pewnym momencie miałam ochotę złapać ją za ramiona, potrząsnąć i powiedzieć "kobieto ocknij się!". Brawo dla autorki za wykreowanie tak żywych, realnych postaci. Przez cały czas czytania nie odczuwałam tej myśli, że przecież to tylko fikcja, nie. Ja miałam przed oczami prawdziwych ludzi, których los był dla mnie tak bardzo ważny i dlatego nie mogłam pojąć co wyczyniała moja ulubienica, ale kiedy nadeszło co miało nadejść....

Polubiłam trójkę kobiet, kibicowałam każdej z nich. W prawdzie o Elizę byłam spokojna, to losy Klary oraz Judyty nie dawały spokoju, nimi się martwiłam. Bo niby ta druga miała Andrzeja, żyli razem i byli szczęśliwi, ale sprawy jakimi potajemnie zajmowała się panna Stojnowska niepokoiły. Za każdym razem kiedy wybierała się do Warszawy byłam w strachu, że tym razem w końcu zostanie złapana. Kiedy wracała czułam ogromną ulgę. 
Martwiłam się o Judytę i jej przyszłości, mając nadzieje, że w końcu  oprzytomnieje i zacznie racjonalnie myśleć.  Jednak to wszystko było moimi zachciankami, nie ja stworzyłam historię, ja mogłam ją tylko przeżywać i akceptować albo i nie, tego co spotykało bohaterów.

Muszę coś napisać, książka w momencie czytania przestaje być już tylko książką, to historia opowiadana jakże barwnym i niesamowitym językiem. Jest to niesamowita podróż w czasie. Gdzie spotykamy naszych bohaterów na ulicach miast tak dokładnie ukazanych, że oczami wyobraźni widzimy Kraków z roku 1905 na stacjach kolejowych panuje tłok i niepokój. Zwykła podróż może skończyć się rewizją, może przydarzyć coś strasznego, w każdej chwili może wybuchnąć rewolucja. Ponieważ ukazane czasy nie należały do spokojnych. A my od pierwszej do ostatniej strony żyjemy tam, na kartach powieści. Nie czytamy tylko chłoniemy. Nie mogąc się oderwać. Ja odrywałam się, bo nie chciałam zbyt szybko kończyć, ale kiedy już nasza wspólna droga zmierzała ku nieuchronnemu wydarzyło się coś, z czym do tej pory pogodzić się nie mogę i nie chcę. 
Nie rozumiem dlaczego musiało się to stać, dlaczego właśnie takie zakończenie. Poczułam pustkę, naprawdę. Minęło kilka dni, a ja dalej mam przed oczami scenę, która według mnie nie miała się rozegrać, a jednak była prawdziwa. Nie dość, że rozstałam się z najlepszą trylogią jaką do tej pory miałam przyjemność czytać, to jeszcze musiałam doświadczyć.... Ehhh. Dlaczego? 

Jeszcze jedno, na sam koniec. Niepokorne są tak przepięknie napisane, wręcz namalowane językiem na jego najwyższym poziomie, coś niesamowitego. Niby czytałam a byłam tam, wewnątrz, jakbym przyglądała się na uboczu, po kryjomu uczestnicząc w życiu trzech niezwykłych kobiet. Pożegnania nadszedł czas, a ja chciałam ze swojej strony podziękować pani Agnieszce Wojdowicz za przepiękne Niepokorne w moim sercu pozostaną na zawsze.  Trylogia, którą należy przeczytać.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowy Pies


kwietnia 02, 2016

kwietnia 02, 2016

Północ i Południe - Książka

Północ i Południe - Książka

Jakiś czas temu opisywałam wrażenia, po obejrzeniu serialu "Północ i Południe" w oparciu o książkę Elisabeth Gaskell.  Przyszła w końcu pora abym mogła już jak należy, przedstawić opinię dotyczącą oryginału, tej jakże pięknej historii. I chociaż film od książki niewiele się różni (Dzięki Bogu!) To jednak należy wspomnieć o tym czego nie zobaczymy na ekranie, czego możemy doświadczyć tylko podczas czytania. 
Było to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, po oczarowaniu Piórem Charlotte Bronte, zapragnęłam poznać inną, jak się okazuje równie wspaniałą pisarkę, ale czy lepszą od tej pierwszej?  Pozwolę sobie na maleńkie porównania...

Snuta przez Elisabeth Gaskell opowieść zaprowadza czytelników do świata, który jawi się niesamowicie odlegle, niektóre opisywane miejsca są niemalże już jak nierealne krainy. Jedne pełne przepięknych krajobrazów, drugie natomiast przerażające w swej dramaturgi biedy, życia na skraju ubóstwa.  
Margaret, córka pastora oraz niegdyś zamożnej damy z Londynu, lata dzieciństwa spędziła u siostry matki. Rodzice wspólnie zdecydowali, że dom ciotki oraz towarzystwo kuzynki, będą odpowiednie dla dorastającej panienki. I tak jako niewiele rozumiejąca dziewczynka rozstała się z ukochanymi rodzicami. Z biegiem lat Margaret przywiązała się do miejsca, uroczej i zarazem troszkę zapatrzonej w siebie kuzynki. Do ciotki, która żyje chwilą, od spotkania z przyjaciółkami, do urządzonych wystawnych przyjęć. 
Życie w wielkim mieście miało wiele wspaniałych zalet, wyjścia na koncerty, spotkania miłych ludzi. I chociaż panienka czasem była po prostu zmęczona, tym zmanierowanym trybem życia, to nigdy się nie skarżyła. Stała u boku Edith, która wierzyła,że świat się kręci wokół niej, wspierała ją i nigdy nie poskąpiła swoją radą. Do czasu wyjazdu. Gdy przyszła pora pożegnać się z ukochanym pokojem, zaciszem będącym ostoją.  
Po zaślubinach kuzynki, Margaret wraz z ojcem wróciła do domu na plebani w Helstone, była to bardzo urokliwa i malownicza osada. Chociaż nie każdy potrafiłby się w niej odnaleźć. Tam życie płynęło swoim rytmem, mieszkańcy pracowali w polu, oporządzali zwierzęta. Spotkania towarzyskie nie miały miejsca, tak jako odbywało się to w Londynie, a jednak dla Margaret, było jedyne w swoim rodzaju, na swój sposób je pokochała. 

Powrót do domu oraz ciągłe przebywanie z matką bywały trudne, żona pastora bardzo często uskarżała się na swój los, na miejsce w jakim przyszło jej mieszkać. Nad utratą ukochanego syna, który popadł w niesłuszny konflikt z prawem. I tak naprawdę dla córki w sercu matki jakby zabrakło miejsca. Poświęcała jej niewiele uwagi,  więcej czasu spędzała z osobistą oddaną pokojówką, która wiedziała o każdym sekrecie pani Hale. 
Dziewczyna zaś często udawała się na przechadzki po okolicy, zapoznawała się z okolicznymi mieszkańcami. Zachwycała urokiem miejsc, które latem były wręcz bajeczne.  I kiedy już poczuła,że jest jej dobrze, los znowu postawił na zmiany dla całej rodziny...

Południe kojarzyło się ze słońcem, ciepłem i w pewnym sensie większą beztroską. Północ odstraszała fabrykami, ogromnymi szarymi budowlami, które przytłaczały i zasłaniały to co piękne. I właśnie do tego okrutnie odpychającego miejsca zaprowadziły ścieżki rodziny Hale.  Domek, w koło którego cudownie kwitły róże, musieli zastąpić ciasnym, mniej wygodnym i co gorsza  z szarym otoczeniem miejscem, gdzie nawet powietrze nie było przychylne ludziom...Każdy oddech wydawał się trudny. 
Margaret nigdy nie wątpiła w słuszność decyzji ukochanego ojca, ale w tym jednym przypadku czuła ogromny smutek i niepewność. W dodatku matka bardzo źle znosiła klimat nowego miejsca, powietrza przesyconego oparami miejscowych fabryk. I tylko silna osobowość młodej kobiety trzymała ją w spokoju ducha, by nie poddać się załamaniu. 

John Thornton, typowy ekonomista, myślący praktycznie i pragmatycznie. Jego celem było utrzymanie firmy w jak najlepszej kondycji. Zapewnienie odpowiedniego bytu matce, oraz zabezpieczenie przyszłości siostry. To on stał się odpowiedzialny za rodzinę, za przemysł, którym przewodził. Nie mógł pozwolić na słabości, nie mógł jej też okazać. Sprawiający wrażenie nieprzystępnego, nie mającego cieplejszych uczuć względem nieszczęścia drugiej osoby. Taka postawa bywała niezbędna w świecie gdzie każdy czyhał na nawet najdrobniejsze potknięcie. 

Ona, wrażliwa kobieta z południa, nie potrafiąca przejść obojętnie obok cudzej krzywdy i On, typowy mieszkanie północy, bezwzględny przedsiębiorca. Ich drogi będą się przecinały, ale ta znajomość nie okaże się łatwa. Dla żadnej ze stron. Duma i własne racje bardzo długo sprawią, że tych dwoje nie spojrzy na siebie nawzajem przychylniejszym okiem...


Rozpisałam się na temat fabuły, ale to jest naprawdę niewiele w porównaniu z tym co chciałabym przekazać, by przekonać wahających się przed przeczytaniem. Starłam się chociaż w maleńkim stopniu oddać klimat zawarty w jakże pięknie opisanej historii. Nie rozwinęłam wątku uczuciowego... ponieważ jest tak niesamowicie ukazany, że chybabym nie potrafiła oddać tego wszystkiego. Trzeba samemu doświadczyć. Inaczej się nie zrozumie piękna ukrytego w myśli, jednym geście, czy uczynku. Po prostu magia. Teraz w książkach wszystko jest podane na tacy. Dawniej pisarki zagłębiały się w  psychikę bohatera, jego przemyśleń i głębi przeżywanych rozważań. To co najważniejsze było ukryte, i tylko uważny obserwator potrafił odczytać między ukrytymi wierszami. Chyba tak naprawdę tego mi brakuje w teraźniejsze literaturze. Tego słownictwa, jego bogactwa.  Nastały czasy upraszczania, zapożyczania i skracania. Jaka wielka strata dla czytelników.  
Wspomniałam o lekkim porównaniu stylu Gaskell i Bronte, pewne jest, że obie panie wyśmienicie kreowały świat swoich bohaterów. Dbały o piękno każdego zdania, wypowiedzi. Opisów otoczenia, tak aby można było poczuć atmosferę opisywanych czasów. Jednakże odnoszę wrażenie, że to Bronte jest mistrzynią w analizie ludzkich emocji, tego jak niesamowicie budowała napięcie, wzbudzała emocje, które były odpowiednio stopniowane. Natomiast Gasekell troszkę mniej poświęcała ukazaniu wnętrza postaci i ich rozważań.  

Dlatego jeżeli chcecie rozpocząć swoją przygodę z klasyką, to we własnym odczuciu zalecałabym aby była to pani Elisabeth Gaskell, ponieważ jest łatwiejsza do przyswojenia, u Bronte na pierwszy raz może przerazić ilość analiz i ten charakterystyczny właśnie opis wewnętrznych rozterek głównych postaci. Dla mnie jest to fascynujące, ale z drugiej strony może przytłoczyć. 

Wracając do omawianej książki. Północ i Południe  czytałam bardzo, bardzo powoli. Dawkowałam sobie każdą stronę, smakowałam poszczególne fragmenty, niekiedy wracałam, zatrzymywałam i zastanowiłam  nad  wyglądem świata ukazanego w książce,na przeszłością. W jaki sposób prowadzone był rozmowy, etykieta. Cała ta może i śmieszna, ale według mnie urokliwa ceremonia na przykład picia herbatki.  I oczywiście wątek miłosny. Ja powtórzę kolejny raz, ale co poradzę, że kiedyś to wyglądało przeuroczo, magnetycznie. Był dreszczyk emocji, niedopowiedzeń, skradzionych spojrzeń, niewinnych gestów, a jednak jakże ważnych... Achy i ochy. Do tej pory jak sobie przypomnę spotkania Margaret z Johnem czuje takie przyjemne ciepło. I chociaż ich miłość nie była tak łatwo poprowadzona, nie padały słowa typu " kocham go, muszę z nim być!" czy " Ona jest taka seksowna" to powiem wam jedno. O wiele bardziej działają na wyobraźnie właśnie takie zdania wypowiedziane okrężną trasą. Ach Ach.... 
Nie ma możliwości chociaż na chwilkę przenieść się do lat gdy po ulicach spacerowali gentelmeni..
I chociaż mam świadomość, że panowie i panie zresztą również, nie byli krystalicznie idealni, to mimo wszystko spoglądam tęsknym wzrokiem do tamtych epok... 

Podsumowują, polecam z całego serca. Przeczytajcie i poznajcie tę jakże uroczą historię, opowiadającą nie tylko o pięknie, ale również trudach, zmagania się z głodem, z brutalnością oraz  ludzką dobrocią. Naprawdę warto!:)

lutego 18, 2016

lutego 18, 2016

Upalne lato Kaliny

Upalne lato Kaliny


Czytając dawno, dawno temu Upalne lato Marianny nie miałam świadomości, że książka ta będzie początkiem trylogii, ba! Nie miałam pojęcia,że będzie miała jakąkolwiek kontynuacje. Jednak pamiętam jak bardzo mnie zachwyciła. Niby nie wyróżnia się wartką akcją, niby niczym nie wydawałoby się, że zaskoczy, a jednak. Książka miała w sobie coś takiego co spowodowało,że czytałam ją z ogromną przyjemnością i ciekawością. Autorka bardzo zgrabnie prowadziła po fabule, dlatego też kiedy okazało się,że historia Marianny ma swój ciąg dalszy, a w dodatku możemy poznać losy reszty bohaterów, nie zastanawiałam się zbyt długo. I oto mam za sobą Kalinkę, czy utrzymała poziom poprzedniczki? 

Jak wielkie rany na psychice mogą zostawić zdarzenia mające miejsce podczas wojny? Co tak okropnego musiało się stać, że radosna i może troszkę naiwna Marianna stała się tak wycofana i może pewnym sensie zgorzkniała? Dlaczego tak bardzo się zmieniła? Gabriela, piastunka ale i wieloletnia przyjaciółka rodziny miała słabość do swojej podopiecznej, ale czy to było dobre? Może lata temu powinna była zmusić młodziutką Mariannę do zwierzeń, może gdyby zachowywała się inaczej, Kalina poznałaby swoją matkę z innej strony? Może nie byłyby sobie obce... A teraz, teraz Kalina sama jest matką i postępuję podobnie do swojej rodzicielki. Malutka córeczka urodzona, ale i porzucona w domu Gabrysi, która to pokochała dziewczynkę od pierwszej chwili.. Żeby tak Kalinka potrafiła obdarzyć miłością kogoś, kto powinien być dla niej najważniejszy. 
Niestety, kobieta nie zaznała uczuć ze strony własnych rodziców. Ojciec zawsze podporządkowany humorom Marianny, która nie odnajdywała się w rzeczywistości, na którą sama w przypływie słabości się zdecydowała.

Kalina, dorosła kobieta. Żona i matka. Ma wszystko, ale jednak jej życie wydaje się jakby puste. Od zawsze myśląca pragmatycznie. Nie skora do uniesień, do zachowań, których nie mogłaby kontrolować. Wszystko do czasu, do chwili gdy przez przypadek pozna pewnego człowieka, który odmieni jej spojrzenie na wiele spraw. Od wielu lat próbująca uciekać od samej siebie, od przeszłości będącej szarą i niezbyt przyjemną. Zdana na samą siebie, szybko nauczyła się skrywać to, co człowiek powinien uzewnętrzniać. Stojąca zawsze na uboczu, przyglądająca się poczynaniom przyjaciółek, nie skąpiących sobie wrażeń i korzyści z tego co niesie ze sobą młodość, ale nawet kiedy Ty zapomnisz o całym świecie i będziesz udawał,że Cię nie interesuje. Świat w końcu upomni się o Ciebie. I pokaże życie od tej drugiej strony. Czasem wbrew głównemu zainteresowanemu...
Jak Kalina upora się z demonami przeszłości, dlaczego Marianna stała się takim człowiekiem, a nie innym? Czy można uratować coś, co zostało wiele lat temu zaniedbane? 

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak,  kolejny raz pokazała,że potrafi pisać na jak najwyższym poziomie. Nie ma mowy by chociaż przez chwile czytelnik poczuł się znużony lekturą książki. Jak wspomniałam na początku pierwsza z trylogii była świetna, ale Marianna to tylko wstęp, takie preludium przed tym co zaserwowała autorka w Kalinie, retrospekcje przenoszące nas do czasów wojny, tego co zdarzyło się z młodą jeszcze Marianną, jak rzutowało na dzieciństwo i dalsze lata jej córki chwilami były naprawdę trudne. Wojna, każdy wie, że nie oszczędziła nikogo kto przeżył. I nawet jeżeli rany na ciele się zagoiły to niestety te w sercu, we wspomnieniach pozostały na zawsze..
Kalina boryka się z problemami ukrytymi głęboko na dnie własnej świadomości. Odcięła się od nich, co nie znaczy,że czasami nie dają o sobie znać. Wie,że jej zachowania są całkiem inne od tych, które cechują młode kobiety, ale mimo wszystko nie potrafi się przełamać. Małżeństwo bardziej z rozsądku niż uczuć. Po prostu tak jakoś wyszło. Nie jest nieszczęśliwa, wspólnie tworzą zgrany duet, partner jest inteligenty, potrafi wysłuchać i przede wszystkim nie wnika. Nie zadaje niewygodnych pytań o przeszłość... Tylko czy takie zachowanie jest właściwe? Może Kalina podświadomie wyczekuje czegoś zupełnie innego? 

Upalne lato Kaliny czyta się z ogromnym zainteresowaniem, z jednej strony byłam niesamowicie ciekawa tego co przydarzyło się Mariannie, z chęcią zagłębiałam się we wspomnieniach tamtych czasów. Z drugiej kibicowałam Kalinie, by zdążyła się opamiętać, by zrozumiała,że jeszcze wszystkiego może się nauczyć, tylko musi sama zdecydować o tym najważniejszym kroku. Przez całą książkę czułam pewnie napięcie, jednak to zakończenie wprawiło mnie najpierw w osłupienie, po prostu nie dotarł do mnie fakt tego co się zdarzyło. Byłam najnormalniej w świecie wstrząśnięta, nie mogłam i nie chciałam uwierzyć w TAKI koniec, autorka genialnie zagrała na emocjach. Wielkie brawo. Gdyby nie świadomość posiadania trzeciej części, chyba bym nie potrafiła pogodzić się z tą niewiadomą.  Jestem zachwycona talentem pani Zyskowskiej-Ignaciak. Kalinka, to lektura obowiązkowa, ja radziłabym zapoznać się z poprzednim tomem, niby można czytać każdą część odrębnie, jednak uważam,że Upalne lato należy zacząć od początku.  Szczerze i od serca polecam.
Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu MG.

grudnia 22, 2015

grudnia 22, 2015

Rzeka przeznaczenia

Rzeka przeznaczenia


Życie nie zawsze musi toczyć się na ziemi, dom nie zawsze musi mieć fundamenty i stać w jednym miejscu... Są ludzie, którzy nie wyobrażają sobie osiedlenia na konkretnym skrawku ziemi. Tak, dla pewnych osób przeznaczeniem jest woda i to co może oferować, niekoniecznie morze, te bywa niekiedy zbyt odległe i przerażające, ale rzeka? Dlaczego nie. Blisko lądu, a jednak będące niewiadomą...
Statek, bądź parowiec może okazać się takim samym domem jak ten postawiony z cegły, czy drewna. Wystarczy mieć przy sobie bliskie osoby i kochać to co zsyła los.
 
Joe Callagan kocha rzekę, kocha swoją pracę na pokładzie ukochanego parowca. Tutaj spędził najpiękniejsze chwile swojej egzystencji.  Niestety przeznaczenie bywa nieprzewidywalne, w najmniej oczekiwanym momencie Joe popada w długi, nie czuje motywacji do walki o parowiec, nie widzi możliwości wyjścia na prostą, do tego wszystkiego o niczym nie informuje jedynej córki, która lata temu wyjechała pobierać nauki. 
Teraz dorosła już Frnaceska wraca w rodzinne strony, by zamieszkać wraz ze swym ojcem i wieloletnim przyjacielem rodziny, Nedem. Niestety wspomnienia, które nosiła w pamięci są dalekie od tego co ukazuje się jej oczom. Statek wygląda wręcz przerażająco, stan ojca jest również nie najlepszy. 
Na szczęście młoda, silna i uparta kobieta ani przez chwilę nie pozwala dopuścić do myśli poddania się, obmyśla plan spłaty długów oraz wyremontowania zaniedbanego parowca. 
Nieświadoma Frannie, nie zdaje sobie sprawy, że miasteczkiem potrząsa okropny człowiek, którego boi się praktycznie każdy. Silas Hepburn, odrażający i cyniczny człowiek. Wyrachowany intrygant, który podstępem potrafi zyskać to, na czym najbardziej mu zależy... również kobiety. 

Rzeka przeznaczenia była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Haran, które uważam za niezwykle udane. Mimo, że książka jawi się jako zwykły romans osadzony w odległych czasach, to dzięki barwnym opisom otoczenia oraz naprawdę lekkiej formie prowadzenia fabuły, całość jawi się jako niesamowita przygoda, w której motywem przewodnim jest codzienne życie, radości i smutki. Miłość i zdrady, ale i również intrygi. 
Haran bardzo ciekawie przedstawiła życie toczące się rytmem rzeki, tego w jaki sposób radzić sobie w różnych nieprzewidzianych okolicznościach. Stworzyła klimat, który mnie, osoby nie za bardzo lubiącej wody w pewien sposób przypadł do gustu, a nawet chwilami fascynował. 
Barwne postaci, których było naprawdę sporo, odgrywające mniejszą już większą rolę w całości można było podzielić, na tych dobrych, bądź zepsutych do szpiku kości. Tutaj na miano czarnego charakteru wpasował się Silas, typ którego szczerze nienawidziłam i po prostu nie mogłam znieść kiedy pojawiał się na horyzoncie. Co innego tyczyło pewnego siebie, ale i wesołego Nela, mieszanka tego wszystkiego co przyciąga kobiety, nawet najbardziej oporne, znalazł się również zrównoważony, poukładany Monty.  Trzech mężczyzn i Ona jedna. Każdy miał swoje plany względem młodziutkiej panienki... Tylko dla którego zabiło serce Franceski? I czy los zechciał skrzyżować drogi w odpowiednim momencie? 

Przyznam się, że książkę czytałam dosyć długo. Z większymi lub mniejszymi przerwami. Nie dlatego, że było nudno, bądź mnie drażniła. Przeciwnie. Robiłam wszystko aby rozstanie nastąpiło jak najpóźniej. Autorka utkała tak wspaniały klimat, tak ciekawie snuła swoją może i mało przewidywalną opowieść,ale za to jakże przyjemną w odbiorze. Oczami wyobraźni płynęłam statkiem, przebierałam się w suknie razem z Frannie, denerwowałam na Silasa, tak jakbym była w samym centrum fabuły. Rzeka przeznaczenia zaskarbiła sobie u mnie bardzo wysokie noty, żałowałam, że nie mam innych tytułów Haran. Jestem przekonana, że przypadną mi do gustu jak ta najnowsza. Tak naprawdę jest to historia, która sama się opowiada, czytelnik jest jakby widzem. Wystarczy się odpowiednio wczuć i za sprawą chwili przenieść do Echuca by przemierzać nieznane tonie rzeki.  Cóż mogłabym jeszcze napisać, wydaje mi się, że jest to pozycja godna uwagi i warta przeczytania.  Szczerze polecam. 

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Akurat. 
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki. 

kwietnia 01, 2015

kwietnia 01, 2015

Sekret początkiem wielkiej twórczości

Sekret początkiem wielkiej twórczości



Każdy, kto zapoznał się z twórczością Charlotte Bronte, zgodzi się ze mną, że jest to pisarka wielkiej sławy. Przede wszystkim sposób, w jaki operowała piórem, kunszt wykonania powieści jest naprawdę na wysokim poziomie. Podczas czytania trzeba się rozsmakowywać każdym słowem, przegryzać, analizować, by na końcu odczuć radość, że oto dostąpiło się zaszczytu obcowania z tak pięknym słowem pisanym. Bo Charlotte jak dla mnie jest mistrzynią swojej epoki. I chyba nikt nie zajmie tego zaszczytnego miejsca. Nie można też powiedzieć, że lektura Bronte jest łatwa. Tutaj trzeba mieć czas na analizę, przemyślenia i uzmysłowienia tego, co autorka chce przekazać w każdym zdaniu, gdyż siostry Bronte charakteryzują się głębokim przeżywaniem emocji, ubierając w słowa wewnętrzny stan, tak zwany duchowy. Możemy wczuć się w daną sytuację i być świadkiem tego, przez co przechodzili wybrani bohaterowie. Sekret stanowi zbiór opowiadań z najwcześniejszych lat autorki, tak naprawdę dzieciństwa i dorastania w domu u boku brata Branwella. To wraz z nim zostały spisane  przeróżne historie.
Niniejsza pozycja ukazuje czytelnikowi początki przygody z pisaniem Bronte, które były zabawą podczas długich wieczorów spędzanych w domu. Wraz z bratem tworzyli świat, w którym pobudzali do życia bohaterów osadzając ich w różnych sytuacjach. Z własnych obserwacji wyrzeźbiły się w młodym rodzeństwie poglądy na wiele spraw, również i politycznych. Przez lata spisywali sagi, które nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego. Z pewnością oboje nie przewidzieli, że przyjdzie czas, gdy każdy fragment wychodzący spod pióra Charlotte będzie cennym nabytkiem.
I tak biorąc do ręki Sekret  rozpoczynamy przygodę z młodą markizą noszącą w sercu ciężar, którym tak naprawdę nie bardzo może się z nikim podzielić. Pewnego dnia sytuacja zostaje postawiona na granicy ryzyka. Zaś młoda mężatka ryzykując własny honor i szczęście, będzie musiała podjąć ważne decyzje, które zaważą na szczęściu nie tylko jej samej, ale i również innych osób. Mając nadzieję na zrozumienie ze strony małżonka uczyni ruch, który będzie obfitował we wstrząsające skutki. Jakie będzie zakończenie i czy skrywany sekret po wielu latach pozostawi cień na małżeństwie?
Z kolei świeżo poślubiona dama mieszkająca w pięknej wiejskiej rezydencji próbuje zrozumieć, dlaczego jej ukochany mąż ograniczył kontakty ze światem zewnętrznym, zaprzestając podróżować wraz z młodą branką do miasta. Jedynie okoliczni pracownicy służą za towarzystwo. Brakuje odpowiedzi na nurtujące coraz bardziej pytania, jaką tajemnicę kryje przystojny małżonek?

Muszę przyznać, że jestem ogromną wielbicielką prozy sióstr Bronte, zaś sama Charlotte jest moją ulubienicą. I wezmę w ciemno wszystko, co napisały kobiety z tego rodu. Byłam zaciekawiona Sekretem, gdyż o opowiadaniach pisanych wraz z bratem czytałam w pozycji opisującej życie Charlotte. Kiedy okazało się, że wydane zostały właśnie TE teksty bardzo się uradowałam. Ponieważ mieć możliwość zapoznania się z najwcześniejszymi zapowiedziami wielkiej sławy jest czymś niesamowitym. Lektura tej pozycji była naprawdę interesującym doświadczeniem. Można dostrzec talent, jakim cechowała się pisarka. Wprawdzie opowiadania są opisane lżejszym językiem, nie potrzeba zbyt wiele czasu na przemyślenia, jednak już można wyczuć potencjał, dzięki któremu zasłynęła Charlotte Bronte, Osobiście nie jestem wielką fanką opowiadań, krótka forma nie do końca do mnie przemawia, jednak w tym przypadku nie mogę się do niczego przyczepić. Jedynie do faktu, że jest ich tak mało i nie mogłam nacieszyć się światem, który został stworzony w tak młodych latach wspólnie z bratem. Na uwagę zasługują bohaterowie, niezwykle wyraziści oraz mający konkretnie zarysowane cechy osobowości. Klimat każdego opowiadania owiany był tajemnicą oraz czymś jeszcze, co jest charakterystyczne dla rodzeństwa Bronte.
Uważam, że Sekret powinien znaleźć się w biblioteczce każdego fana autorki, ponieważ książka ta jest wstępem do tych, które uznawane są za najważniejsze w dorobku.


Chciałabym móc powiedzieć, że każdy, kto sięgnie po Sekret, nie będzie się czuł rozczarowany. Ten typ literatury trzeba po prostu kochać i być fanem prozy w najpiękniejszym wydaniu. Sięgając po wybrane pozycje, należy być pewnym, że po przeczytaniu wryją się w naszą pamięć na długo. Nie zostaną zapomniane ani nie będzie można powiedzieć, że było tak sobie. Styl Bronte ma w sobie coś niesamowitego. I jeżeli poddacie się temu urokowi, zostanie z wami już na zawsze.

Tekst stanowi oficjalną recenzje na stronie redakcji Essentia

Książka bierze udział w wyzwaniu - 52 książki. 

grudnia 05, 2014

grudnia 05, 2014

Czytając klasykę, czyli słów kilka o Braciach Karamazow

Czytając klasykę, czyli słów kilka o Braciach Karamazow


Sięgając po Braci Karamazow Dostojewskiego, miałam bardzo mieszane uczucia. Powodem było moja wiedza na temat nastawienia samego autora do Polski oraz Polaków.
 Z pewnym dystansem podchodziłam do jego twórczości. Na szczęście po przeczytaniu kilku rozdziałów wiedziałam, że to nie tylko powieść o rodzinie, ale w pewnym sensie rozprawa psychologiczno-społeczna. 
Jako że dzieło Dostojewskiego jest bardzo skomplikowane, moja recenzja będzie miała inną formę, skupiając się na analizie całości. Bez zarysu fabuły.
Autor ukazuje przekrój społeczeństwa opierając się nie tylko na przykładzie rodziny Karamazow. Szczegółowo opisuje wygląd, pochodzenie, ale również warunki w jakich żyją jego bohaterowie.  Sam ojciec jest postacią tak bardzo negatywną, że trudno jest mu poświęcić więcej uwagi niż na to zasługuje.
Jest on człowiekiem egoistycznym pozbawionym podstawowych zasad i norm społecznych oraz życia rodzinnego. Wykreowano go jako rozpustnika nawet nie ukrywającego się z tym faktem, nienawidzącego własnych synów. Może faworyzował najmłodszego ze swych potomków, jednak jedynie z pobudek czysto egoistycznych. Ponadto charakteryzowało go skąpstwo, oszustwo oraz hulaszczy tryb życia. Był nieodpowiedzialny za własną rodzinę.
Pozostaje więc pytanie jak w domu, w którym brakuje jakiej kolwiek opieki rodzicielskiej – po śmierci matki to właśnie nieodpowiedzialny ojciec sprawuje podwójną rolę – dzieci mogą wyrosnąć na porządnych, mądrych obywateli. Ojciec ignoruje swoje obowiązki pozostawiając własnych synów na pastwę obcych ludzi, nienadających się do wychowywania.
Tutaj ukłon w stronę autora, który pokazuje czytelnikowi w jakich warunkach żyli chłopcy. Filozofia losów każdego z nich jest więc bardzo charakterystyczna do stylu ich wychowania. I gdyby ojciec dał im chociaż namiastkę miłości, odpłacili by to w trójnasób. Niestety nieodwzajemniona miłość rodzicielska do nich przeradza się w nienawiść.
Z ogromnym zainteresowaniem i podziwem dla Dostojewskiego przeczytałam o wadach jego własnego narodu. Moim zdaniem słusznie nie oszczędził żadnej osoby – skrytykował wszystkie przywary, które doprowadzają do degradacji społeczeństwa. Kwintesencją Jego opisów jest przemowa prokuratora jak i również obrońcy. To bardzo ciekawe studium psychologiczno-filozoficzne, które pokazuje jak bardzo społeczeństwo rosyjskie jest zdegenerowane, wydając wyrok niesprawiedliwy.
Autor bardzo dokładnie ukazał warunki bytowe, środowiskowe i materialne życia każdego z braci Karamazow. Oczywiście zostały ukazane jednostki pozytywne, między innymi Aleksy Karamazow czy Agrafia Aleksandrowna. Mimo że uchodziła za kobietę rozpustną okazała się postacią pozytywną w tym zakłamanym społeczeństwie pełnym obłudy. A wystarczyło wziąć za cel całego życia miłość, w pełnym tego słowa znaczeniu, jak powiedział do Aloszy jego przewodnik duchowy Zosina:

„(...) Życie jest rajem dla tych, którzy kochać umieją. Piekło to tylko brak miłości i ci, 

którzy żyją nie miłując, za życia już mają piekło .
 Gdyby ludzie zechcieli to raz zrozumieć, 

raj zapanowałby na ziemi. ”
 
Podsumowując, powieść bardzo przypadła mi do gustu – nie darmo należy do klasyki literatury. Język jest piękny, czego niestety brakuje w obecnych utworach. W tak dokładnych i dociekliwych opisach charakterów widać, że pisarz znał psychologię, ale również filozofia nie była mu obca. Te wszystkie przymioty czynią powieść ciekawą, wciągającą i trzymającą czytelnika w napięciu do samego końca.
Pomimo moich wcześniejszych obiekcji jestem usatysfakcjonowana i polecam tą piękną książkę czytelnikom. Jestem pod ogromnym wrażeniem całości. Jednakże trzeba nadmienić, iż książkę należy dawkować. Nie jest z typu "na jeden wieczór". Klasyki mają to do siebie, że wymagają posmakowania, skupienia oraz oddania się im w całości. Szczerze polecam, choćby, albo i przede wszystkim  ze względu na słowo jakim jest pisana, jej piękno i urok.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje na stronie redakcji Essentia
 

 
Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger