Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria babie lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą seria babie lato. Pokaż wszystkie posty

października 06, 2016

października 06, 2016

Nieboszczyk wędrowny

Nieboszczyk wędrowny



Za każdym razem kiedy spoglądam na okładkę, a dokładniej kota odnoszę wrażenie, że jest on niesamowicie zirytowany. Większość ludzi uważa, że zwierzęta nie okazują emocji. Nic bardziej mylnego, a koty są już w tym mistrzami. Zwłaszcza kiedy chodzi o te negatywne. Właśnie dzięki czarnemu kotu zwróciłam uwagę na tytuł, bo skoro dumnie widnieje to i musi mieć jakiś wkład w fabułę. Oczywiście przeczucie mnie nie zawiodło. 

Jednak kiedy zasiadałam do czytania nie spodziewałam się  jakim kotem okaże się czarny futrzak, ponieważ Belzebub już z racji imienia, które zobowiązywało musiał być dominujący, w dodatku silnie pilnujący własnego terenu...  
Ile wspólnego będzie miał z goła niepozorny kocur do tytułowego nieboszczyka - w dodatku wędrownego? O tym już za chwilę. 

O spadkach ostatnio jest coraz częściej w literaturze - szkoda, że ja nie mam w posiadaniu jakiegoś krewnego, który w drodze w zaświaty rzucił mi testamentem, a na nim jakaś ładna sumka. Już nie będę taka pazerna, domu nie wymagam. No ale jednak domy są w modzie, dlatego też nasi główni bohaterowie Marylka i jej mąż otrzymują dom oraz aptekę. Po ciotce z którą dosyć długo nie utrzymywali kontaktów. Nic to. Zapis jest, mówi kto ma przejąć działalność i dom. Młodzi małżonkowie mają głowy pełne ambicji, jako wykształceni farmaceuci otrzymują w prezencie aptekę z całym zapleczem. Nie lada gratka. Wiadomo jakie są czasy, a tutaj nie dość, że własna i dobrze prosperująca działalność w spokojnym miasteczku i cztery całkiem okazałe kąty. Spełnienie najskrytszych marzeń.  
Do pewnego momentu wszystko pięknie się układa. Nowi lokatorzy przeprowadzają się wraz ze swoim skromnym dobytkiem życia. Porządkują nieco przykurzone pokoje, oglądają co ciekawego zostało, a co należy wyrzucić. Załatwiają sprawy papierkowe przejęcia apteki, a kot pilnuje domu. Chociaż wersja oficjalna to spanie, ale każdy wie, że szanowny kot musi zrobić rozeznanie w terenie. Zwłaszcza kiedy pełno nieznanych zapachów, zakamarków pod dostatkiem, kto wie co czai się za drzwiami kolejnego pokoju. 
Belzebub dumnie acz ostrożnie przemierza kolejne pomieszczenia, ale to drzwi do piwnicy największe budzą zainteresowanie, co się za nimi kryje?  Niby otwarcie puszki pandory spowodowało, że wszystkie nieszczęście spadły na ludzi, ale czasem wystarczy nie w tym momencie co trzeba zajrzeć przez zamknięte piwniczne okienko... 

Bardzo lubię lekkie kryminały z czarnym humorem. Jest zagadka, ale przede wszystkim spora dawka śmiechu. Zwłaszcza kiedy jedna z głównych ról należy do kota. Więcej do szczęścia już nie potrzeba. Byłam ciekawa jak też pani Kursa wykreuje fabułę i postaci, czy będzie czytało się lekko, zaś nakreślone sytuacje wywołają uśmiech. 

Muszę przyznać, że książkę czytało się bardzo lekko, polubiłam bohaterów. Zwłaszcza dwie siostry, które były dosyć ekscentryczne, a już w szczególności jedna - bojąca się ducha zmarłej trzeciej siostry. Bo jak twierdziła, była tak wredna, że nawet po śmierci z pewnością nie odpuści w dokuczaniu. Niby mówią, że zmarli już nie zagrażają, ale kto ich tam wie. 
Oczywiście moim numerem jeden był kocur,  dumny i wiedzący czego chce. Typowy samiec, nie dostał to czego chciał to ukarał. No bo jakże? Człowiek, jego poddany się buntuje? Tak być nie może i nie będzie.  Świetnie autorka ukazała kocią osobowość, rozmyślania i zachowania. Bardzo, ale to bardzo przypadło mi do gustu. Perspektywa kocura. I to nie byle jakiego, władczego i obronnego! Strach się bać, a jeszcze bardziej stanąć oko w oko z Belzebubem.  

Podsumowując, po książce nie należy oczekiwać nie wiadomo czego. Jest to przeze mnie roboczo nazywany poprawiacz humoru na smutne wieczory, albo jak ktoś nie lubi - deszczowe. Wtedy akurat spisze się bardzo dobrze. Bo można się nie jeden raz uśmiechnąć. Może nie miałam ataków śmiechu, przez które musiałabym przerywać na chwilę czytanie, ale jestem na tak do tego tytułu. Polecam. 


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

października 09, 2015

października 09, 2015

Klątwa Utopców

Klątwa Utopców





Pióro pani Iwony Banach polubiłam już przy pierwszym spotkaniu, kiedy to podczas czytania zrozumiałam, że jej styl jest przede wszystkim lekki i zabawny. Okraszony ogromną dozą ironii, czyli tym wszystkim czego oczekuję po pewnych lekturach. Kiedy już mniej więcej pojęłam w jakiej tematyce oscylują jej powieści, wiedziałam, ba byłam wręcz przekonana, że siadając do  tego tytułu ani przez chwilę nie poczuję rozczarowania. Jak więc było w przypadku "Klątwy utopców"? Zapraszam do recenzji.
 
Poznajemy Dagmarę, która z początkiem lata, zamiast na wymarzone wakacje z ukochanym, musi wybrać się na nudną wieś do dziadka. Dziadka będącego ekscentrycznym i dość trudnym staruszkiem.  Traf chciał, że ostatnia gospodyni uciekła z domu dziadziusia z krzykiem, i biednej wnuczce nie pozostało nic innego jak spakować walizki i udać się na uroczą prowincję. Na szczęście mając do towarzystwa koleżankę z dawnych lat, która w przeciwieństwie do poszkodowanej czuła się podekscytowana wyprawą.
 
Z pozoru niewinny pobyt u najstarszego z rodu oraz szukanie nowej gospodyni znajdzie swój finał w zupełnie innym miejscu.
 
Dagmara wraz  ukochanym Filipem i dwojgiem jego znajomych trafia na Roztocze w poszukiwaniu przyjaciółki, do wsi jeszcze bardziej zacofanej niż sobie mogła to wyobrazić. Zajeżdżając pod wskazany adres grupa nie ma pojęcia czy dziadkowi poprzewracało się w głowie, czy ktoś pokusił się o kiepski żart. Oczom nowo przybyłych ukazuje się solidna budowa, w dodatku porządnie nadgryziona zębem czasu.  Na domiar złego właśnie we wnętrzu tego przybytku starszy pan zażądał oczekiwania na swoją osobę.  Zmęczeni, lekko przerażenie, ale przede wszystkim zirytowani udają się do środka gdzie zastają zaginioną Kingę, o dziwo w całkiem dobrym nastroju. Sprawa wygląda co najmniej podejrzanie, zwłaszcza nieobecność dziadka. Tym bardziej, że zamiast generała na przeciw wychodzi im pani Stasia, sąsiadka staruszka.
 
Już tej samej nocy "goście" opuszczonego domu, a dokładniej mówiąc starego zakładu psychiatrycznego dostąpią wstrząsających doznań. Niestety nawet za dnia Utopce nie będą jawiły się zbyt przyjaźnie.  Jest to miejsce gdzie każdy dokładnie dogląda własnej zagrody, dba o pielęgnowanie starych tradycji i... nie jest przychylnie nastawiony do zagrożenia z zewnątrz. Zwłaszcza młodych kobiet. Chyba każdy wie, z autopsji czy telewizji, że najlepszymi strażniczkami "tradycji wiejskich" są... nie kto inny jak okoliczne matki i babcie...
 
Mogłabym napisać bardzo dużo o samej fabule, która porwała mnie od pierwszej strony, ale nie mogę, wręcz nie mam prawa odbierać potencjalnemu czytelnikowi radości odkrywania zdanie po zdaniu, skrawek po skrawku tajemnicy i humoru zawartego na kartach powieści.
 
Zacznę od samych bohaterów. Pani Banach wspaniale kreuje sylwetki postaci, od irytującej i jak dla mnie bezmyślnej Dagmary po nieocenioną Kusiakową. Dzięki, której moje mięśnie brzucha pracowały na najwyższych obrotach przy dzikich napadach śmiechu.
 
Wszyscy bohaterowie są dokładnie dopracowani, nawet Ci, wydający się najmniej ważni, uważajcie to tylko pozory. Autorka w każdej chwili potrafi zaserwować ukrytym asem w rękawie.
 
Mówiąc szczerze, nie spodziewałam się aż takiej dawki poczucia humoru, i chociaż chwilami powinno zrobić się groźnie, bo był trupy, było zagrożenie życia, to jakoś nie byłam w stanie opanować śmiechu w tych z goła najniebezpieczniejszych momentach.

Pokochałam Kusiakową, była i nadal jest moją ulubioną postacią. Polowanie na demony z niezawodną chochlą będę wspominała do końca życia. Jednak chyba nic nie przebije farbowania włosów...

" -U fryzjera tak panią urządzili? (...)
-  A gdzież tam. Krycha trochę ludzi czesała, ale tera to już ni, poza tym to kosztuje. Sama zrobiłam.
-  Jasne, tylko koszt farby...
- A po co mi? U starego w warsztacie bejcę znalazłam, trochę już przechodzona była, ale wiśniowa... Porządna, nie jakaś tam chemia! "

Nie jestem wstanie opisać wszystkich przezabawnych sytuacji, książkę po prostu trzeba, a raczej należy przeczytać! Zwłaszcza w te nadchodzące ponure, czasem deszczowe dni. "Klątwa utopców"  zaserwuje tyle emocji, że nawet jesienne wichury nie będą zdolne oderwać od stron. No i jeszcze zagadka dziadka, na której rozwiązanie przyjdzie bardzo długo poczekać.  Z ogromnym żalem rozstawałam się z bohaterami i starym szpitalem.  Mam nadzieje, że autorka szykuje kolejną, równie świetną książkę. Szczerze i z całego serca polecam fanom kryminałów z ogromną dozą czarnego humoru w stylu... no sami się przekonacie, z pewnością nikt się nie rozczaruje.

"- Mamuniu, co żeście tatusiowi zrobili? - Kusiakowa popatrzyła na rodzicielkę z niekłamanym przestrachem.  - Znowu żeście go bili? Wypić chłopu nie dacie, a potem się dziwić, że nerwy.
 - Kiedy nie! Tatunio od wczoraj nie wytrzeźwiał, pod jabłonką śpi, jeszczem go nie prała! (...)"

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.

maja 24, 2015

maja 24, 2015

Lokator do wynajęcia

Lokator do wynajęcia


Ostatnio po kilku nieudanych książkach naszła mnie ochota na coś lekkiego. Na półeczce stał Lokator do wynajęcia okładka taka cieplutka, nastrojowa, nota od wydawcy jeszcze lepsza, stwierdziłam, że nie ma na co czekać. Siadam i czytam. Zaczynam resetowanie i poprawę humoru.


Miśka czuje się zdegustowana, jej babcia postanowiła wyjść za mąż. W tym wieku! Takie rzeczy są nie do pomyślenia, z perspektywy Miśki oczywiście. Postanawia uciec od "problemu", okazja sama się trafia w postaci zlecenia. Kobieta pracuje jako "lokator do wynajęcia", nie sama oczywiście. Jej towarzyszem, wspólnikiem jest Noldi. Młodzieniec o posturze dorodnego kulturysty, naturze dobrego, przestraszonego niedźwiadka, z naciskiem na przestraszonego. Noldi panicznie się boi, wielu rzeczy, pająków, burzy o ile niesie zagrożenie widoczne dla jego oczu, a raczej umysłu...o duchach nie wspominając. Na szczęście nie każdy wie o słabościach młodziana, dlatego też dziewczyna w pewnym sensie docenia obecność jakby nie było męskiego "ramienia" w swoim otoczeniu. Zlecenia bywały różne, mieszkania lepsze, lub gorsze. Tym razem trafił się domek w okolicy Zakopanego. Góry świetna sprawa, zwłaszcza kiedy u progu lato. Dwójka podróżujących zmierza ku posesji, która już za chwilę stanie się ich tymczasowym domem.
Widok jest lekko dezorientujący. Oboje wpatrują się w budynek, z mieszaniną uczuć. Noldi od razu ma ochotę udać się w powrotną drogę, Miśka decyduje by pójść odebrać klucze, do sąsiadek. Drzwi otwierają dwie niemalże identyczne kobiety, w jaskrawych strojach.  Już na pierwszy rzut oka widać, że nie są z rodzaju tych, co nie mieszają się do cudzych spraw, wręcz przeciwnie. 

W najstraszniejszym koszmarze, ani Miśka, ani Noldi nie wyobraziliby sobie jak dwie z pozoru niewinnie wyglądające, ewentualnie wścibskie staruszki namieszają w ich życiu.   Do czego będą zdolne psy o dość wdzięcznych nazwach, dlaczego miejscowa policja nie będzie umiała się sprzeciwić pewnym osobom. Kim jest zakopiański misiek, dlaczego trup ucieka z podwórka i kim jest zabójca znalezionej kobiety. A, przede wszystkim jaka siła sprawia, że przedmioty w kuchni zaczynają "się rzucać" po ścianach? Z każdym dniem będą dochodziły nowe pytania, nowe okoliczności. Z pozoru spokojna wieś zacznie tętnić nie do końca życiem, a jeżeli już to tym poza grobowym...

Przypadła mi do gustu wydawana przez Naszą księgarnię seria Babie lato,  jak dotąd przeczytałam już kilka wydanych pozycji i jeszcze żadna mnie nie zawiodła. Mało tego, z każdą kolejną, która wpada w moje ręce odnoszę wrażenie, że poziom cały czas jest wysoki. Mimo, iż książki są różnych autorów.  Tym razem dostałam kryminał z humorem. Jak każdy już chyba wie, bardzo lubię właśnie taką formę zagadka oraz różne przezabawne sytuacje. 
Niesamowicie polubiłam staruszki, od początku domyślałam się, że będą z nimi trzy światy, ale nie myślałam, że będą aż tak zdolne w swoich pomysłach. Chyba nie zliczę ile razy śmiałam się po prostu w głos, moje ataki śmiechu były bardzo częste. Całość jest napisana tak świetnym językiem, że ani przez chwilę nie poczułam by dana scena została przeciągnięta,zaś sytuacja wydała męcząca. Każda z postaci wyrazista, w taki lub inny sposób mająca zaistnieć w fabule. Co najważniejsze do samego końca nie przypuszczałam jakie będzie rozwiązanie.  
Czytałam, a raczej przedłużałam co nieuniknione, z ogromnym żalem odkładałam zakończoną książkę. Już dawno nie miałam przyjemności zagłębić się w tak pozytywnej lekturze. Myślę, że jeszcze wrócę do Zawilca, by poprawić sobie humor w towarzystwie Belli, Niny oraz ich "uroczych" piesków.  
Szczerze polecam każdemu, Lokator jest wspaniałą pozycją na wieczory, letnie popołudnia, do poprawy nastroju i tak po prostu dla odprężania. 

Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki. 

sierpnia 17, 2014

sierpnia 17, 2014

Nie licząc kota

Nie licząc kota


Dziwnym trafem rozpoczęłam przygodę z książkami Kasi Bulicz-Kasprzak od środka, najpierw była Nalewka później Meandry by wrócić do samego początku, od którego wszystko się zaczęło. Nie miałam wątpliwości,że fabuła mnie nie zawiedzie. Są autorzy, których książek można być pewnym.Jakie więc są moje wrażenia po Kocie i komu go polecam? Zapraszam do recenzji:).

Związki bywają różne, po te rozpoczęte płomiennym uczuciem trwającym i nie ustającym, nieco bardziej stabilne bez wylewnego okazywania uczuć, po te fałszywe. Prawda jest taka,że na początku żyjemy euforią by później zacząć myśleć, analizować a na końcu węszyć. Co? a to już wedle uznania. Asia od zawsze miała niskie poczucie własnej wartości. Kilka związków co by nie było,że jest z nią coś nie tak. Ma pracę, tytuł doktora. Wykłada na uczelni i mieszka ze swym mężczyzną. Oczywiście jest szczęśliwa. W końcu Łukasz jest bardzo dobrym partnerem życiowym, wysoko sytuowany. Przez co mógłby mieć każdy, a wybrał ją. Asię i to wszystko przez zwykły przypadek. 
Telefony w środku nocy, albo z samego rana nie wróżą nic dobrego, zwłaszcza od rodziców. Joanka słysząc głos matki po drugiej stronie słuchawki próbowała skupić myśli na fakcie, iż jej sen został brutalnie przerwany, w dodatku trzeba było dowiedzieć się dlaczego jej rodzicielka dzwoni o tak barbarzyńskiej porze. Powód był zaskakujący, nie dlatego,że była nim śmierć ciotki z którą od wielu lat nie utrzymywała kontaktu, a termin pogrzebu. Nierealny by być obecną podczas ceremonii, na co Asia w ogóle nie miała ochoty, więc brak czasu była akurat sprzymierzeńcem. Już miała odpuścić sobie sprawę gdy matka zakomunikowała coś jeszcze. Z Joanną chce skontaktować się adwokat, w sprawie spadku, jakiego? tego już nie wiedziała. Chcąc nie chcąc trzeba było udać się w kilkuset kilometrową podróż, by dowiedzieć jak sprawy wyglądają z bliska. Jak najszybciej pozamykać i wrócić do domu, pracy i ukochanego.
Wysiadając już na stacji poczuła się nieswojo, a przecież tyle lat przeżyła w tym miasteczku, musiała mieć jakieś pozytywne wspomnienia, tylko jakimś dziwnym trafem nie mogła żadnego przywołać. Postanowiła udać się do adwokata czy też notariusza, może będzie miał dla niej czas przed umówioną godziną. I rzeczywiście, czas miał a razem z nim wszechobecny bałagan. Przy kawie i bułeczce dowiedziała się co otrzymała w testamencie i jakie podjąć kroki by otrzymać wszystko zgodnie z prawem. Szymon, bo tak miał na imię ów notariusz bałaganiarz, wręczył lekko oszołomionej kobiecie klucze od mieszkania ciotki Wandy. Nie było innego wyjścia jak udać się do miejsca, które nie specjalnie przyciągało wspomnieniami..
Jeżeli myślała,że wejdzie i w spokoju rozejrzy się po kątach była w wielkim błędzie. Już na schodach została napadnięta przez sąsiadkę, która w obronie dobytku zmarłej była gotowa wzywać milicję, by po późniejszych wyjaśnieniach serwować obiadek. Pani Lusia miała wiele cech, ale jej jedną i najbardziej widoczną była cierpliwość, potrafiła godzinami czatować na nowo przybyłą spadkobierczynie. Samotność popycha starszych ludzi do różnych zachowań, byle tylko te miały jeden oczekiwany skutek, towarzystwo!
Jest jeszcze ktoś, komu zdechł człowiek, w sumie nie ma w tym niczego dziwnego. Każdy kto się zestarzeje zdycha, ale co teraz będzie z nim? Jeść dostaje, kuweta czysta, tylko samemu jest smutno, nowa człowiek ma dziwny zapach, a co najgorsze nie potrafi odebrać sygnałów wysyłanych przez niego!
W dodatku Asia ma problem, przeszłość daje o sobie znać, nie jest pewna co tak naprawdę jest z jej związkiem, pada ofiarą zemsty fryzjerki  i  w tym wszystkim nie wie jak wygląda jej nowy kot.


Jak wspomniałam na początku, byłam przekonana,że książka mnie nie zawiedzie, styl Kasi Bulicz-Kasprzak jest bardzo przyjemny w odbiorze, niby powieść nie porusza niczego nowego, bo temat miłości w różnych jej obliczach był poruszony na wiele sposobów, a jednak Nie licząc kota ma w sobie coś takiego co sprawiło,że nie mogłam oderwać się od stron. Jako,że jestem wielką kociarą bardzo ucieszyło mnie,że w fabule został zawarty wątek z przedstawicielem właśnie tego gatunku zwierząt. Zaś wypowiedzi kocura  i jego przemyślenia nie jeden raz sprawiały,że się zaśmiewałam. 
Każdy bohater był charakterystyczny, ale to pani Lucynka podbiła moje serce, osobiście uwielbiam takie staruszki, może i są one natrętne, czasem męczące ale jakież urocze przez swoją nadopiekuńczość, w końcu bycie samemu zbyt długo dla każdego normalnego odbije się w taki czy inny sposób. Lucynka uwielbiała karmić, a to,że nie każdemu jej kuchnia musiała smakować.. no cóż, bywa i tak. Joasia była uprzedzona, może powodem była przeszłość, która nie jawiła się zbyt wesoło, zaś zmierzenie z nią nie należało do najprzyjemniejszych. Osobiście polubiłam jej osobę, chociaż chwilami denerwowało mnie jak traktuje moją Lucynkę. Bardzo, ale to bardzo przypadł do mego kobiecego gustu Szymon, facet z marzeń, szkoda,że tylko w książkach mogę takich poznać. 
Nie jest to książka tylko o pięknej szczęśliwej miłości, przede wszystkim ukazuje jak nasza przeszłość potrafi wpłynąć  na teraźniejsze życie, zaś ludzie, których wydawało się nam,że znamy są zupełnie inni. W każdym są ukryte przykre doświadczenia, jedni potrafią sobie poradzić z tym co zadało bolesny cios, bywa,że to co złe zostaje wyparte, ale nigdy nie można uciec przed tym co dręczy. Nie uporządkowane sprawy wrócą i zmuszą do zmierzenia z nimi. A kiedy w końcu zostaną definitywnie zamknięte będziemy mogli ruszyć dalej.
Książka jest bardzo dobra na tak zwane odstresowanie po trudniejszych lekturach, miło spędzone chwile gwarantowane. Polecam jako odmóżdżacz, poprawiacz humoru, na wakacje i deszczowe dni:).


Książka bierze udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi".


października 17, 2013

października 17, 2013

Nalewka zapomnienia

Nalewka zapomnienia



Czasem niespodziewane wydarzenie może odmienić całe życie, tak było w przypadku Jagi. Chciała, a raczej musiała przypodobać się prezesowi dlatego postanowiła wziąć udział w sztafecie, świadomość o uznaniu szefa gdy będzie dzierżył trofeum i myślał o jej zasłudze była na prawdę kusząca. Jak postanowiła tak zrobiła, tylko nie spodziewała tak wielkiego wysiłku fizycznego, wiadomo dała z siebie dwieście procent, ale żeby od razu zemdleć i to na mecie?  Wstępne badania nie wykazały nic co mogło by budzić podejrzenia, dopiero za jakiś czas diagnoza okazała się być delikatnie mówiąc niezadowalająca, pod jej wpływem rezygnuje z pracy, w końcu teraz nie będzie jej potrzebne wspinanie po szczeblach kariery, zostawia mieszkanie bratu, z którym stosunki ma nieco chłodne. Wyjeżdża do jedynego miejsca gdzie czuła się na prawdę dobrze. Mimo braku tego wszystkiego co ma teraz w pięknym mieszkaniu. Od wielu lat nie czuła się szczęśliwa. 
W tej uroczej miejscowości, w domku pozbawionym udogodnień będzie cieszyła się życiem, zaprzyjaźni ze zwierzętami uroczym Azorem, dostojnym Maurycym i znawczynią samców Myszą. Będą oni pierwszymi jej powiernikami, doradcami, widzącymi łzy oraz radości,ale i coś jeszcze...;) 

Nie zabraknie sąsiadów, pomocnego Stacha, a przede wszystkim genialnej Śliwowej. Okolicznej wszędobylskiej starowinki, zajmującej się roznoszeniem plotek, zbierającej ziółek oraz robieniem sławnej naleweczki. Będącej chyba cały czas pod jej wpływem...Pojawiającej się nagle, zawsze gdy coś się dzieje wokół.
Znajdzie się jeszcze Pan Weterynarz, niemile widziany przez Jagę czego nie będzie potrafiła ukryć, a wszystko przez zdechłą krowę siejącą postrach w postaci paskudnego odorku. 
Agnieszka lepiej porozumiewająca się ze zwierzętami odczuje dziwne utrudnienie w kontakcie z owym mężczyzną, zwłaszcza gdy będzie się znajdował nieprzyzwoicie blisko. 
Jednak w tym wszystkim nie zapominajmy o chorobie, bohaterce będzie o niej ciągle przypominała tajemnicza Mona...

Dużo bardzo dużo słyszałam o tej właśnie książce, nie mogłam się wręcz doczekać kiedy przeczytam. 
Nie było mowy o rozczarowaniu, ale nie spodziewałam się co spotkam. Co więc zastałam wewnątrz? 
Przede wszystkim moje kochane zwierzęta i to w jakiej postaci! Azorka pokochałam miłością wielką i niekończącą się, od pierwszego spotkania wiedziałam,że będzie niesamowity... Zresztą każdy z mieszkańców chatki był kochany i nie dało się go polubić. 
Sama postać Jagi była mi w pewnym sensie bliska i rozumiałam jej zachowania do spraw dla innych ludzi prostych i będących wręcz czymś naturalnym. Najbardziej polubiłam sposób w jaki rozmawiała ze zwierzakami, po prostu zaśmiewałam się do łez w tych sytuacjach. Uwagi myszy mnie wręcz rozbrajały, co najśmieszniejsze chwilami przyznawałam jej racje!
Oczywiście nie brakowało wzruszeń, cieszyłam się razem z bohaterką w chwili gdy jej brat okazał się inny jak go wcześniej oceniała. Osobiście bardzo Ariela polubiłam. 
Wszystkie postaci zostały wspaniale wykreowane, nie można chyba było nikogo nie polubić. Książka ma niesamowity klimat trochę bajkowy chwilami metafizyczny, oczywiście nie przesadzone, wszystko znakomicie wyważone ze sporą dawką humoru. 
Oczywiście polecam każdemu, wspaniała lektura od której na prawdę trudno się oderwać, oczywiście naleweczkę pochłonęła moja mama, zagrabiła ją jako pierwsza i była zachwycona. Dowód,że jest to pozycja dla każdego bez względu na wiek:) 

Za książkę chciałam serdecznie podziękować autorce 
Kasi Bulicz-Kasprzak  

Książka bierze udział w wyzwaniu "Polacy nie gęsi"

września 02, 2013

września 02, 2013

Przebudzenie

Przebudzenie



Czy wierzymy w znaczenie snów? I co chcą nam przekazać? A może ktoś lub coś kieruje naszą podświadomością, aby ostrzec bądź przygotować do tego co ma się niebawem wydarzyć...


Sen o którym śniła Zuzanna był bardzo realny, w dodatku miejsce w nim widziane było bardzo znajome. Może nic nie było by w nim przerażającego gdyby nie fakt,że sceny rozgrywające się były aż tak brutalne. Co najdziwniejsze rzecz się działa w czasach pogańskich, kiedy to lud odprawiał przedziwne rytuały czcząc naturę i jej dary. Obrazy jakie zaserwowała jej podświadomość uwieczniły scenę okrutnego mordu na bezbronnych ludziach, a zajście miało miejsce nad pięknym jeziorem znajdującym się na Mazurach...
Zuzanna obudzona nie bardzo wiedziała co ma myśleć o tym co jej się przytrafiło w nocnych marach. Niby nie należała do ludzi zabobonnych, jednak czuła się nieswojo. Na szczęście miała iść do pracy, gdzie zajmowała się pisaniem tekstów w jednej z kobiecych gazet. Może nie była to wymarzona praca, ale dawała stabilizacje finansową i nie wymagała specjalnych poświęceń kosztem życia prywatnego.
Mieszkając samej miała pełną swobodę, owszem spotykała się z Marcinem jednak ich związek był bardzo otwarty, nie wprawiający żadną ze stron w niepotrzebne ich zdaniem deklaracje oraz zależności emocjonalne. 

Kobieta pewnego dnia otrzymuje informację, która dotyczy spadku. Ma się skontaktować z wymienionym notariuszem w celu uzgodnienia niezbędnych szczegółów, może nie byłaby zdziwiona gdyby nie fakt, iż jedyna krewna, po której mogłaby coś otrzymać, jej babcia już dawno umarła, zapisując w testamencie mieszkanie w starej kamienicy. Sprawa jest bardzo tajemnicza, a będzie jeszcze bardziej gdyż osobą obdarowującą jest brat jej babki, rzekomo zabity w czasach wojny. Z każdej strony będą niedomówienia. W dodatku Zuzanna spostrzeże,że jest śledzona, w dodatku ktoś pod jej drzwiami zostawi kartkę z namalowanym dziwnym znakiem. Wyprawa na Mazury sprawi,że lawina wydarzeń zacznie zmieniać jej poglądy na wiele spraw. 
Jaka tajemnica kryje się z jej rodziną? Kiedy okaże się,że ten kogo uważała za przyjaciela nim nie będzie,zaś  ludzie potrafiący nienawidzić poprzez kolejne stulecia zaczną czyhać na jej przyszłość, a może i życie? 
Czy spotka własne przeznaczenie i będzie potrafiła się z nim zmierzyć?

Kupiłam Przebudzenie zupełnie przypadkowo, szukałam innej serii,. a wpadła mi w ręce właśnie ta oto okładka, jeszcze gdy przeczytałam nazwisko autorki, nie miałam wątpliwości czy warto kupić. 
Pani Katarzyna Zyskowska-Ignaciuk potrafi wspaniale tworzyć fabułę w oparciu o bardzo rozbudowane wątki historyczne, które czytałam z wielką fascynacją i radością, ponieważ tematyka bardzo leżała w moim guście. Może nie znajdziemy tutaj rozbudowanych dialogów, jednak czyta się jednym tchem, wręcz nie mogłam się oderwać od stron. Zagadka była stopniowana z każdą stroną, w pewnym momencie miałam ochotę zerknąć kilka dalej bo nie mogłam doczekać się odpowiedzi. Jak zwykle nie potrafiłam odpowiednio wytypować kto jakie miał zamiary względem Zuzi, dałam się zwieść. 
Może troszeczkę oczekiwałam innego zakończenia, na szczęście nie rzutuje ono na całość, która jest na prawdę świetna.
Szczerze polecam, nikt nie powinien się rozczarować.





Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger