grudnia 22, 2015

grudnia 22, 2015

Rzeka przeznaczenia

Rzeka przeznaczenia


Życie nie zawsze musi toczyć się na ziemi, dom nie zawsze musi mieć fundamenty i stać w jednym miejscu... Są ludzie, którzy nie wyobrażają sobie osiedlenia na konkretnym skrawku ziemi. Tak, dla pewnych osób przeznaczeniem jest woda i to co może oferować, niekoniecznie morze, te bywa niekiedy zbyt odległe i przerażające, ale rzeka? Dlaczego nie. Blisko lądu, a jednak będące niewiadomą...
Statek, bądź parowiec może okazać się takim samym domem jak ten postawiony z cegły, czy drewna. Wystarczy mieć przy sobie bliskie osoby i kochać to co zsyła los.
 
Joe Callagan kocha rzekę, kocha swoją pracę na pokładzie ukochanego parowca. Tutaj spędził najpiękniejsze chwile swojej egzystencji.  Niestety przeznaczenie bywa nieprzewidywalne, w najmniej oczekiwanym momencie Joe popada w długi, nie czuje motywacji do walki o parowiec, nie widzi możliwości wyjścia na prostą, do tego wszystkiego o niczym nie informuje jedynej córki, która lata temu wyjechała pobierać nauki. 
Teraz dorosła już Frnaceska wraca w rodzinne strony, by zamieszkać wraz ze swym ojcem i wieloletnim przyjacielem rodziny, Nedem. Niestety wspomnienia, które nosiła w pamięci są dalekie od tego co ukazuje się jej oczom. Statek wygląda wręcz przerażająco, stan ojca jest również nie najlepszy. 
Na szczęście młoda, silna i uparta kobieta ani przez chwilę nie pozwala dopuścić do myśli poddania się, obmyśla plan spłaty długów oraz wyremontowania zaniedbanego parowca. 
Nieświadoma Frannie, nie zdaje sobie sprawy, że miasteczkiem potrząsa okropny człowiek, którego boi się praktycznie każdy. Silas Hepburn, odrażający i cyniczny człowiek. Wyrachowany intrygant, który podstępem potrafi zyskać to, na czym najbardziej mu zależy... również kobiety. 

Rzeka przeznaczenia była moim pierwszym spotkaniem z twórczością Haran, które uważam za niezwykle udane. Mimo, że książka jawi się jako zwykły romans osadzony w odległych czasach, to dzięki barwnym opisom otoczenia oraz naprawdę lekkiej formie prowadzenia fabuły, całość jawi się jako niesamowita przygoda, w której motywem przewodnim jest codzienne życie, radości i smutki. Miłość i zdrady, ale i również intrygi. 
Haran bardzo ciekawie przedstawiła życie toczące się rytmem rzeki, tego w jaki sposób radzić sobie w różnych nieprzewidzianych okolicznościach. Stworzyła klimat, który mnie, osoby nie za bardzo lubiącej wody w pewien sposób przypadł do gustu, a nawet chwilami fascynował. 
Barwne postaci, których było naprawdę sporo, odgrywające mniejszą już większą rolę w całości można było podzielić, na tych dobrych, bądź zepsutych do szpiku kości. Tutaj na miano czarnego charakteru wpasował się Silas, typ którego szczerze nienawidziłam i po prostu nie mogłam znieść kiedy pojawiał się na horyzoncie. Co innego tyczyło pewnego siebie, ale i wesołego Nela, mieszanka tego wszystkiego co przyciąga kobiety, nawet najbardziej oporne, znalazł się również zrównoważony, poukładany Monty.  Trzech mężczyzn i Ona jedna. Każdy miał swoje plany względem młodziutkiej panienki... Tylko dla którego zabiło serce Franceski? I czy los zechciał skrzyżować drogi w odpowiednim momencie? 

Przyznam się, że książkę czytałam dosyć długo. Z większymi lub mniejszymi przerwami. Nie dlatego, że było nudno, bądź mnie drażniła. Przeciwnie. Robiłam wszystko aby rozstanie nastąpiło jak najpóźniej. Autorka utkała tak wspaniały klimat, tak ciekawie snuła swoją może i mało przewidywalną opowieść,ale za to jakże przyjemną w odbiorze. Oczami wyobraźni płynęłam statkiem, przebierałam się w suknie razem z Frannie, denerwowałam na Silasa, tak jakbym była w samym centrum fabuły. Rzeka przeznaczenia zaskarbiła sobie u mnie bardzo wysokie noty, żałowałam, że nie mam innych tytułów Haran. Jestem przekonana, że przypadną mi do gustu jak ta najnowsza. Tak naprawdę jest to historia, która sama się opowiada, czytelnik jest jakby widzem. Wystarczy się odpowiednio wczuć i za sprawą chwili przenieść do Echuca by przemierzać nieznane tonie rzeki.  Cóż mogłabym jeszcze napisać, wydaje mi się, że jest to pozycja godna uwagi i warta przeczytania.  Szczerze polecam. 

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Akurat. 
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki. 

grudnia 20, 2015

grudnia 20, 2015

Aplikacja

Aplikacja

Z lekką dozą niepewności zasiadałam do czytania Aplikacji, niby lubię fantastykę, niby odnajduje się w wymyślonych alternatywnych rzeczywistościach, a jednak tym razem obawiałam się, że autorka mnie nie będzie potrafiła zaskoczyć, albo co gorsza wykreowana fabuła nie trafi do mnie. Z drugiej jednak strony było coś co przyciągało i podpowiadało, że to będzie to...

Przenosimy się do przyszłości, w której jak można się domyślić technologia zdominowała całą ludzkość. Co za tym idzie, każdy człowiek musi być posiadaczem tabletów, handheldu(odpowiednikiem dzisiejszego telefonu komórkowego, tylko z jeszcze bardziej rozwiniętymi aplikacjami). Dzięki Lux, człowiek może uzyskać odpowiedź na każde nurtujące pytanie. Lux powie czy powinno się wyjść na spacer, o której godzinie i jakie miejsce będzie najodpowiedniejsze. Podobnie jest z wyborem partnerów, czy też szkół. 
Rory również nie potrafi obejść się bez tego cudu techniki, jej życie jest podporządkowane temu małemu urządzeniu bez, którego zdawać by się mogło nikt by nie umiał podjąć samodzielnej decyzji.  Dla nastolatki wydaje się, że coś co zostało wymyślone w celu ułatwienia życia nie może być nieomylne, ale czy rzeczywiście tak jest? 
W chwili kiedy dziewczyna zostanie przyjęta do bardzo sławnej szkoły Theden, jej sytuacja ulegnie zmianie, do świadomości zacznie przebijać się głos - zwany również intuicją. Uważa się, że każdy kto osiągnie określony wiek, nie powinien już go słyszeć, jeżeli tak jest, należy bezzwłocznie udać się do specjalisty po odpowiednie lekarstwa. Dlaczego? Czym jest owy głos i dlaczego zdaje się być aż tak niebezpieczny? 

Nastolatka po przybyciu do szkoły zauważy, że jej dotychczasowe życie było zupełnie inne, tutaj w szkole systemy aplikacji zataczają szersze kręgi, coś co wydaje się być nieprawdą, złudzeniem zaczyna jawić z rzeczywistością...
Kiedy poznaje Northa, zastanawia się czy rzeczywiście jest możliwe podejmować decyzje bez pomocy Lux-a.  Dlaczego młodzieniec uparcie twierdzi, że urządzenie jest czymś złym i przede wszystkim, jaką tajemnicę skrywają mury szkoły i kim tak naprawdę są nowo poznani ludzie?

Kolejny raz nastawiłam się na zupełnie inną fabułę, niż tą z którą przyszło mi się zmierzyć. Co nie oznacza, że Aplikacja okazała się rozczarowaniem, wręcz przeciwnie.  Przede wszystkim pomysł, szczerze mówiąc byłam w kompletnym szoku tego co autorka stworzyła i tak dobrze doprowadziła do samego końca. Sam początek był trudny ze względu na nazewnictwo tych wszystkich urządzeń, z którymi nie potrafiłam się połapać. Przez dość długi czas nie mogłam zapamiętać co jest czym i do czego służy. Na szczęście kiedy mój mózg przyswoił nowości, czytanie stało się przyjemnością. Autorka serwowała zagadki, wodziła za nos, kiedy już wydawało się, że uzyskana podpowiedź nakierowuje na rozwiązanie... zostawałam z kolejnymi niewiadomymi.  Akcja po troszkę wątłym początku nabiera tępa i trzyma się miarowo do ostatniej strony. 
Został poruszony wątek miłosny, bo to nawet nie można nazwać romansem. Na szczęście. Dla mnie relacje między Rory i Northem były delikatnie nakreślone, ani cukierkowe, ani sztuczne. Nie raziło w oczy, a dodawało uroku całości.  
Bohaterowie wyraziści, każdy był jakiś. Nie można powiedzieć, że ktoś wydał się płaski, bez wyrazu. Co jest bardzo, bardzo wielkim plusem.  
Jedno do czego mogę, a raczej muszę się przyczepić to... zakończenie. Po takich zawiłościach fabuły, po tak wielu atrakcjach koniec wydawał się jakby niedokończony, jakby czegoś zabrakło w tej ostatecznej rozgrywce. Poczułam lekkie rozczarowanie, z drugiej jednak strony może taki zabieg był najlepszy. Niemniej jednak uważam, że książka jest świetna i godna uwagi. Bardzo szybko przeczytałam, trudno było się oderwać od stron, cały czas zastanawiałam się co będzie dalej?  
Szczerze polecam, naprawdę warto się z nią zapoznać.

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Feeria.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki. 
 

grudnia 19, 2015

grudnia 19, 2015

Szkoła latania

Szkoła latania

Wyobrażacie sobie, jak to jest ważyć sto siedem kilo, mieć równie grubą ciotkę Matyldę i pół rodziny? Myślicie, że dobrze jest nie mieć żadnych znajomych poza przyjaciółką Zochą? Otóż... średnio. Mam zaszczyt przedstawić Wam "dziecko" Pani Sylwii Trojanowskiej Szkoła latania. 

To zabawna, ale jednocześnie poruszająca opowieść o 18-letniej Kaśce, która jest prześladowana w szkole z powodu swojej tuszy. Autorka kreuje jej życie, pokazując, jak zmienia się, gdy bohaterka nie chce być już dłużej ofiarą. Początki są bardzo trudne, a znalezienie odpowiedniego lekarza okazuje się nie lada wyzwaniem. Dopiero spotkanie z terapeutką – Penelopą zaczyna przynosić niesamowite efekty. Mimo przeciwności losu, dziewczyna powoli, krok po kroku odzyskuje wiarę w siebie. Dodatkowo, tajemnicze pojawienie się Maksa sprawia, że Kaśka odkrywa zupełnie Nowe Życie. Zaczyna je kochać i łapać każdą chwilę. Jednakże... Nie wszystko jest takie, jakie mogłoby się wydawać. Na jaw wychodzi pewna tajemnica, o której Katarzyna jednak wolałaby nie wiedzieć... 

Ubawiłam się, muszę przyznać! Tak wspaniałego stylu i lekkiego pióra nie spotkałam już dawno. Panią Sylwię czyta się z zapartym tchem i chce się tylko więcej i więcej. Przebrnięcie przez całość zajęło mi jeden wieczór. Bardzo cieszę się, że już w styczniu pojawi się kontynuacja. Ciekawa jestem, jak potoczą się dalsze losy Kasi, Maksa, Zochy i Penelopy. Całość przedstawia się w bardzo dobrym, jasnym świetle. Powieść porusza też wiele życiowych wartości, umoralnia oraz pozwala na wysnucie ciekawych wniosków. Bohaterowie zostali wykreowani barwnie, każdy z nich ma swoją przeszłość, skomplikowane życie i mocny charakter. Najbardziej do gustu przypadła mi pozytywna i żywiołowa terapeutka Penelopa, której postać bardzo mnie zainteresowała. 

Podsumowując, polecam serdecznie tę, jak i kolejną powieść Sylwii Trojanowskiej. Jest czas na śmiech, łzy, dobrą zabawę i refleksje. A dla mnie to zestaw, który powinna mieć każda książka. Życzę przyjemnej lektury!

grudnia 16, 2015

grudnia 16, 2015

Plaga samobójców

Plaga samobójców
No i wracam. Nie wiem, czy ze zdwojoną siłą, czy po prostu wraca stara JA - Wiktoria. W każdym razie witam ponownie. Plaga samobójców – brzmi dosyć strasznie, prawda? Może to i dobrze, może taki był główny cel autorki? Czy udało jej się, jeśli chodzi o mnie? Mówiąc zupełnie szczerze – niekoniecznie. Zapraszam do recenzji!

Nastolatki masowo popełniają samobójstwa. W niektórych szkolnych placówkach, władze wprowadzają specjalny Program, którego zadaniem jest walka z epidemią. Wszystkie objawy depresyjne są notowane, a ci najbardziej chorzy zamykani są w izolatkach w specjalnych klinikach. Leczenie wydaje się być skuteczne, ale każdy kto powraca do "nowego" życia ma jedną wadę – nie pamięta nic z przeszłości, a jego wspomnienia są kompletnie wymazane. Rodzice Sloane stracili już jedno dziecko i są gotowi zrobić wszystko, by dziewczynie nic się nie stało. W związku z tym bohaterka wraz z Jamesem – swoim chłopakiem, przy którym czuje się swobodnie, tłumi wszystkie swoje prawdziwe uczucia. Z tygodnia na tydzień obydwoje są coraz słabsi, powoli nie dają sobie rady z otaczającą ich rzeczywistością. W końcu dopada ich depresja. A potem Program, z którego nie da się wrócić takim, jakim by się chciało. Czy sobie poradzą? Czy odnajdą się w brutalnym świecie? Czy przetrwają rygorystyczne zasady panujące w klinice, izolatki i co najgorsze – utratę wspomnień i tożsamości? Na te pytania odpowie Wam Plaga samobójców wydawnictwa Feeria Young. 

Bardzo długo zbierałam się, żeby dokończyć tę pozycję. Wisiała mi na głowie jakiś czas, ale ciągle nie mogłam przez nią przebrnąć. Pierwsze rozdziały trochę mnie zniesmaczyły i przyznam się Wam, nie chciałam jej kończyć. Jak dla mnie, za dużo tam było tych wszystkich katastrof, przygnębienia, mrocznego klimatu i pesymizmu. Jednakże, nie lubię pisać recenzji książek, których nie przeczytałam. To trochę tak, jakby oceniać je po okładce. Dobra, dorwałam się do Plagi. Stwierdziłam, że im szybciej, tym lepiej dla wszystkich. Niespodzianką dla mnie było to, że tak naprawdę od II części zaczęło się coś dziać! Przestał to być jeden wielki jazgot głównej bohaterki, jak to jest jej źle i jak bardzo musi z tym walczyć. Może brak mi współczucia, czy empatii, ale nie potrafiłam wczuć się w klimat pierwszych stron historii. Dopiero później książka zainteresowała mnie do tego stopnia, że poświęciłam jej całą noc. Czytałam prawie bez przerwy, zachłannie i z niecierpliwością. Odrodził się we mnie mój syndrom mola książkowego. Potem już było coraz ciekawiej. A zakończenie – mistrzostwo świata!

Z niecierpliwością czekam na kolejne części serii. I jak to ze mną bywa już od niepamiętnych czasów, niepotrzebnie zrażam się do książek bez poznania treści całej fabuły. W tym wypadku jednak nie żałuję, że odczekałam chwilkę, by powrócić do Plagi. Mam nadzieję, że autorka nie będzie kazała nam długo czekać na kontynuację i co więcej – zaskoczy nas (oczywiście pozytywnie) dalszymi losami Sloane, Jamesa i ich przyjaciół. Osobiście bardzo jestem ciekawa tej historii. Zdecydowanie różni się od tych, które miałam przyjemność poznać ostatnimi czasy. 

Gorąco polecam! 

grudnia 15, 2015

grudnia 15, 2015

Świąteczna wymianka u Fenko :)

Świąteczna wymianka u Fenko :)
Kochani, nigdy nie brałam udziału w jakimkolwiek rodzaju wymianek ponieważ... nie miałam pojęcia czyt dobrze zrozumiem zasady, czy trafię w gusta obdarowywanego i ogólnie bałam się. Czego nie wiem sama, ale bałam i już. W końcu jednak, po jakby nie było niemalże czterech lata fruwania w sieci dałam się namówić, Angelice z Lustro rzeczywistości  i tak oto dopisałam się do listy chętnych świątecznej wymianki organizowanej przez Królowa moli . Czekałam na swoją ofiarę, sama zapominając, że stanę się czyjąś ;) Nadeszła chwila gdy w końcu dowiedzieliśmy się kto komu, jak kiedy i dlaczego... 
Moją mikołajką była little black, z którą się nigdy wcześniej nie znałyśmy. Przyznam szczerze, nie wiedziałam jakie to trudne zadanie do momentu gdy sama musiałam zadać kilka pytań zwiadowczych w celu rozeznania co lubi dana osoba ( w sumie do tej pory nie wiem czy mój prezent trafił w gust Asi, którą przy okazji serdecznie pozdrawiam), w każdym razie ja próbowałam nakierować mojego mikołaja na tyle ile to było możliwe. Chcecie wiedzieć jaki jest tego efekt? Co za niespodziankę otrzymałam??:) 
Nie przedłużam i krok po kroczku podzielę się z wami moimi emocjami otwierania:):)


                   Tak oto prezentowała się moja przesyłka, którą oglądałam zastanawiając, otwierać czy nie?:)



                                      W końcu otworzyłam... i oczom moim ukazał się ten oto widok :)

 Przyznam szczerze, że w otwieraniu przesyłek najlepsze są emocje, tego niewiadomego co się w nich skrywa:)

                                    Aż było mi szkoda otwierać, jednak ciekawość zwyciężyła :)

                 Prezenty okazały się wspaniałe! Mój mikołaj sprawił mi ogromną radość! Nie wiem co mnie najbardziej uszczęśliwiło :):):)

           Przepiękne niespodzianki, podarunek przeszedł moje najśmielsze oczekiwania, little black bardzo bardzo dziękuję!!!! 


Sami przyznajcie, że świąteczna wymianka okazała się cudownym pomysłem i sprawiła wiele radości, dla obdarowywanych i obdarowujących. Będę bardzo miło wspominała! :)
 

grudnia 13, 2015

grudnia 13, 2015

Maybe Someday

Maybe Someday


Pokochałam Colleen Hoover w chwili gdy rozpoczęłam lekturę Hopeless, historia Sky i Holdera podbiła moje serce. Do tego stopnia, że po zakończeniu książki, potrzebowałam już natychmiast stać się posiadaczką wszystkiego co wyszło spod pióra właśnie tej autorki. 
I tak kolejną, która miała mi wyrwać serce z zawiasów, zafundować emocjonalną karuzelę było Maybe Someday... Niemal bez żadnej nutki zwątpienia zasiadłam do lektury najnowszej pozycji Hoover, czy i tym razem moje serce zostało podbite? Czy ten  tytuł zagości w mojej pamięci na długo?

Poznajemy Sydney i Ridge'a, dwoje młodych ludzi, którzy w normalnych okolicznościach nie mieliby ze sobą zbyt wiele wspólnego. 
On, gra na gitarze, tworzy własną muzykę, jest w tym bardzo dobry. Jest tylko jeden problem. Nie ma pomysłu na odpowiednie teksty do skomponowanych melodii. 
Ona, często siedząc na balkonie słucha dźwięków gitary, nawet zaczęła nucić słowa, które same zaczęły układać się w tekst.  Balkon, miejsce gdzie ludzie przebywają dla chwili samotności, złapania oddechu wytchnienia, w tym przypadku będzie czymś więcej. 
Żadne z nich nie pomyślało, że ta niecodzienna znajomość znajdzie swój finał w mieszkaniu Mężczyzny. Jednak kiedy Sydney w ciągu kilki chwil zostaje bez dachu nad głową oraz faceta, który bądź co bądź wydawał się być lojalny.
Ridge, postanawia wyciągnąć rękę ku nieznajomej dziewczynie, która od pewnego czasu zaczęła zajmować coraz więcej miejsca w jego myślach. 
 On komponuje muzykę, ona pisze teksty. Zdawać się może, że para idealna. Czy aby na pewno? Czy w życiu wszystko może być proste i tworzyć  piękną bajkę? 

Bardzo, ale to bardzo chciałabym w tym miejscu napisać, że jestem zachwycona książką, że zdobyła mnie całą, że nie potrafiłam się oderwać. Niestety... niestety tak się nie stało. Tak naprawdę jest gorzej niż kiedykolwiek mogłabym sobie wyobrazić.  
Robiłam wiele podejść do tej historii, zaczynałam i odkładałam. Próbowałam się przemóc, ale nic z tego. Maybe someday mnie nie uwiodło, jednak zacznę od początku. 

Sydney i Ridge, nie, ta para po prostu nie przypadła mi do gustu. Ich spotkania, ich przeżywanie muzyki. To wszystko było jakieś takie wymuszone, bez tego czegoś co sprawia, że podczas czytania czuje się emocje tych dwojga, że ma się ochotę przeżyć właśnie coś takiego. 
Ona, okrutnie mnie drażniła, nie wiem dlaczego. Chyba ten typ dziewczyny, której ja nie potrafię polubić choćbym nie wiadomo jak się starała. 
On, Boże! No nie, nie, nie. Ridge, był dla mnie zbyt cukierkowy, zbyt wyidealizowany. I nawet kiedy autorka w pewnych momentach próbowała rzucić cień skazy na jego cudny wizerunek, to i tak jawił się jako wyśniony z marzeń. Tylko czy aby na pewno, marzeniem każdej kobiety, albo raczej nastolatki jest taki Ridge? Chyba ten jego przyjaciel wydawał się bardziej realny niż super "Ridżu". 
Wybaczcie mi, wiem. Teraz każdy stwierdzi, że nie mam serca, że jestem z kamienia, albo , że nie zrozumiałam przekazu. Otóż zrozumiałam aż za dobrze. I będę szczera. To wszystko co możemy zobaczyć na polu Ridge, Maggie i Sydney jest po prostu niemożliwe w życiu. Jeżeli jest to bardzo proszę niechaj ktoś mi poda przykład. 
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że takie rzeczy nie istnieją. Po prostu nie. To my, czytelnicy chcemy aby tak było. Rzeczywistość jest zbyt brutalna. 
Według mnie, autorka chciała ukazać coś niesamowitego, jednak dla mnie bohaterowie mieli podejrzanie cudowną moc wybaczania, zrozumienia i rezygnowania tego na czym im zależy, w celu nie sprawienia przykrości innym. 
Bardzo często czułam przesyt czytając wiadomości prowadzone między tym dwojgiem. I znowu moje czepialstwo, ale ja naprawdę nigdy w życiu nie spotkałam się, żeby jakikolwiek facet prowadził tak dogłębne analizy zachowania kobiet, tego co odczuwają i co najlepsze opisywał co dzieje się z nim.  Powtórzę, to tylko my, kobiety chcemy widzieć takich facetów. Nie mogę powiedzieć, że nie ma tych dobrych, ale to co stworzyła Hoover jest zbyt naciągane i naiwne. Dosłownie naiwne. Ja się na to nie złapałam. Oczekiwałam czegoś zupełnie innego. A tak naprawdę po przeczytaniu połowy byłam tak znudzona, że aby rozbudzić moją chęć czytania autorka musiałaby zaserwować w fabule nalot obcego z pokładu Nostromo. 
Naprawdę. Było gorzej niż źle.  Szczerze mówiąc chyba nie bardzo wiem co mogę jeszcze napisać. Kiedy zakończyłam lekturę poczułam radość, że jednak mimo wszystko dobrnęłam do końca, a nie takie powinny towarzyszyć uczucia.  
Czy polecam? Nie muszę. Jako jedyna się zawiodłam, z pewnością zostanę za to potępiona, cóż... niestety nie potrafię kłamać.


 Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.


grudnia 11, 2015

grudnia 11, 2015

Pojedynek

Pojedynek

Czytając opis okładki do Pojedynku wyobrażałam sobie, że historia ukazana przez autorkę będzie zupełnie inna. Tak naprawdę nie dowiadujemy się zbyt wiele na temat samej fabuły. Jednak każda zapowiedź głosi jedno, książka jest wspaniała. Czy rzeczywiście? Czy i mnie przypadła do gustu? 

Przemierzając targ Kestrel nie do końca wie co chciałaby kupić i czy w ogóle coś chce. Przyszła bo wyciągnęła ją przyjaciółka. Jess lubi zakupy, piękne suknie i świecidełka. Dla tej pierwszej tego typu zbytki nie mają wielkiego znaczenia. Traf chce, a może przeznaczenie, że rozpoczyna się licytacja, na pierwszy ogień zostaje wystawiony mężczyzna. Stoi jakby nie interesowało go co się wokół dzieje. Kestrel jak dotąd nie interesowała się licytacjami, a tym bardziej niewolnikami, poza swoją opiekunką. Reszta zaś była elementem jej życia. Do tej właśnie chwili.
Tak naprawdę nie ma pojęcia dlaczego i w jakim celu postanowiła wziąć udział w licytacji. Dlaczego tak bardzo zależało jej aby wygrać. W końcu wygrywa, za sumę pieniędzy, która w każdym wywołuje zdziwienie i konsternacje. Co ma w sobie ten Herrański niewolnik?

Kowal, który został zlicytowany wydaje się być krnąbrny i butny. Przez kilka dni dziewczynie udaje się ignorować świadomość, że zakupiła człowieka. Nie wie do czego będzie przydatny, ale jest. Nie widują się, ale coś jest, coś co przyciąga. Znajomość z Herrańczykiem nie ma prawa bytu, jednak po pewnym czasie Kestrel uświadamia sobie, że jej myśli coraz częściej krążą wokół tego właśnie mężczyzny.  Czy jest możliwa przyjaźń, a może coś więcej między dwojgiem ludzi, wrogiego dla siebie pochodzenia? Co zrobić kiedy trzeba stanąć przed wyborem mniejszego lub większego zła? Zaufać komuś kto nie ma prawa być lojalny, wyrzec wierności wobec narodu?

Jak wspomniałam na początku opinii, nastawiłam się na coś zupełnie innego. Tak naprawdę sama nie wiedziałam co zaserwuje autorka. Kiedy zagłębiłam się w lekturę... Nie potrafiłam się oderwać. Robiłam to tylko wtedy kiedy musiałam, a mimo wszystko bohaterowie towarzyszyli moim myślom.
Przede wszystkim pomysł fabuły, wielkie brawo dla autorki, stworzyła krainę, świat który nie wydawał się wymuszony, nie przypominał tych, z którymi do tej pory się spotkałam. Później bohaterowie. Nietuzinkowi i wyraziści. Sama Kestrel została ukazana jako silna nastolatka, która pod powłoką swej pewności siebie jest pełna rozterek. Poznając Arina, który tak naprawdę nie ma prawa uczestniczyć w jej życiu, zdaje sobie sprawę, że ta relacja nie prowadzi do niczego dobrego.
Według mnie autorka wspaniale ukazała wewnętrzną walkę dziewczyny między  lojalnością wobec ojca, szanowanego człowieka, a tym co zaczęło się rodzić w niej samej. Bitwa z myślami, między rozsądkiem a tłamszonymi uczuciami. Wiemy, że to co robimy może dostarczyć cierpienia, ale mimo wszystko, wbrew tej świadomości wybieramy pójście w zakazaną stronę.
Właśnie dzięki temu zabiegowi Kestrel staje się nam bliska, rzeczywista. Nie jest cierpiętnicą, nie jest też ze stali. Zwykła nastolatka potrafiąca postawić na swoim, ale również przeżywająca uczucie, które nie powinno się wydarzyć.
Arin, również nie idealny, przede wszystkim tajemniczy. Jego postać została ukazana jako jedna wielka zagadka, niby już mogłam się spodziewać, że jego poczynania będą takie, a nie inne, aż w pewnym momencie zostało wrzucane ziarenko niepewności.
Co najważniejsze, autorka nie stworzyła jakiegoś tam romansidła dla nastolatek osadzonego w imaginowanym świecie. Wręcz przeciwnie, relacje między tym dwojgiem zostały bardzo zgrabnie wplecione w całości.
Tutaj motywem przewodnim jest walka o niepodległość Herrańczyków, którzy od dłuższego czasu planowali powstanie.Wiele ciekawostek, wspomnień z przeszłości oraz życia codziennego bohaterów. 
Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla Kestrel i Arina? Jaką odegrają rolę w nadchodzącej wojnie?

Muszę się przyznać, było mi okrutnie przykro kiedy przeczytałam ostatnie zdanie. Poczułam się porzucona, dosłownie. Tak bardzo zżyłam z bohaterami, całą sobą przeżywałam wydarzenia. Powrót do rzeczywistości okazał się trudny. Cały czas nie mogłam zrozumieć, że nie mam drugiej części, że nie mogę zagłębić się książce by dowiedzieć co dalej? Jaka przyszłość czeka nie tylko tą parę, kto wygra wojnę i jakie będą jej konsekwencje dla wszystkich.
Powiem jedno, jest to książka, którą po prostu trzeba przeczytać. Wciąga od początku do samego końca, a koniec jawi się jako tragedia. Bo nie uzyskujemy żadnych odpowiedzi, a w głowie pozostają pytania i chęć powrotu...

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Feeria.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki. 

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger