Maybe Someday



Pokochałam Colleen Hoover w chwili gdy rozpoczęłam lekturę Hopeless, historia Sky i Holdera podbiła moje serce. Do tego stopnia, że po zakończeniu książki, potrzebowałam już natychmiast stać się posiadaczką wszystkiego co wyszło spod pióra właśnie tej autorki. 
I tak kolejną, która miała mi wyrwać serce z zawiasów, zafundować emocjonalną karuzelę było Maybe Someday... Niemal bez żadnej nutki zwątpienia zasiadłam do lektury najnowszej pozycji Hoover, czy i tym razem moje serce zostało podbite? Czy ten  tytuł zagości w mojej pamięci na długo?

Poznajemy Sydney i Ridge'a, dwoje młodych ludzi, którzy w normalnych okolicznościach nie mieliby ze sobą zbyt wiele wspólnego. 
On, gra na gitarze, tworzy własną muzykę, jest w tym bardzo dobry. Jest tylko jeden problem. Nie ma pomysłu na odpowiednie teksty do skomponowanych melodii. 
Ona, często siedząc na balkonie słucha dźwięków gitary, nawet zaczęła nucić słowa, które same zaczęły układać się w tekst.  Balkon, miejsce gdzie ludzie przebywają dla chwili samotności, złapania oddechu wytchnienia, w tym przypadku będzie czymś więcej. 
Żadne z nich nie pomyślało, że ta niecodzienna znajomość znajdzie swój finał w mieszkaniu Mężczyzny. Jednak kiedy Sydney w ciągu kilki chwil zostaje bez dachu nad głową oraz faceta, który bądź co bądź wydawał się być lojalny.
Ridge, postanawia wyciągnąć rękę ku nieznajomej dziewczynie, która od pewnego czasu zaczęła zajmować coraz więcej miejsca w jego myślach. 
 On komponuje muzykę, ona pisze teksty. Zdawać się może, że para idealna. Czy aby na pewno? Czy w życiu wszystko może być proste i tworzyć  piękną bajkę? 

Bardzo, ale to bardzo chciałabym w tym miejscu napisać, że jestem zachwycona książką, że zdobyła mnie całą, że nie potrafiłam się oderwać. Niestety... niestety tak się nie stało. Tak naprawdę jest gorzej niż kiedykolwiek mogłabym sobie wyobrazić.  
Robiłam wiele podejść do tej historii, zaczynałam i odkładałam. Próbowałam się przemóc, ale nic z tego. Maybe someday mnie nie uwiodło, jednak zacznę od początku. 

Sydney i Ridge, nie, ta para po prostu nie przypadła mi do gustu. Ich spotkania, ich przeżywanie muzyki. To wszystko było jakieś takie wymuszone, bez tego czegoś co sprawia, że podczas czytania czuje się emocje tych dwojga, że ma się ochotę przeżyć właśnie coś takiego. 
Ona, okrutnie mnie drażniła, nie wiem dlaczego. Chyba ten typ dziewczyny, której ja nie potrafię polubić choćbym nie wiadomo jak się starała. 
On, Boże! No nie, nie, nie. Ridge, był dla mnie zbyt cukierkowy, zbyt wyidealizowany. I nawet kiedy autorka w pewnych momentach próbowała rzucić cień skazy na jego cudny wizerunek, to i tak jawił się jako wyśniony z marzeń. Tylko czy aby na pewno, marzeniem każdej kobiety, albo raczej nastolatki jest taki Ridge? Chyba ten jego przyjaciel wydawał się bardziej realny niż super "Ridżu". 
Wybaczcie mi, wiem. Teraz każdy stwierdzi, że nie mam serca, że jestem z kamienia, albo , że nie zrozumiałam przekazu. Otóż zrozumiałam aż za dobrze. I będę szczera. To wszystko co możemy zobaczyć na polu Ridge, Maggie i Sydney jest po prostu niemożliwe w życiu. Jeżeli jest to bardzo proszę niechaj ktoś mi poda przykład. 
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że takie rzeczy nie istnieją. Po prostu nie. To my, czytelnicy chcemy aby tak było. Rzeczywistość jest zbyt brutalna. 
Według mnie, autorka chciała ukazać coś niesamowitego, jednak dla mnie bohaterowie mieli podejrzanie cudowną moc wybaczania, zrozumienia i rezygnowania tego na czym im zależy, w celu nie sprawienia przykrości innym. 
Bardzo często czułam przesyt czytając wiadomości prowadzone między tym dwojgiem. I znowu moje czepialstwo, ale ja naprawdę nigdy w życiu nie spotkałam się, żeby jakikolwiek facet prowadził tak dogłębne analizy zachowania kobiet, tego co odczuwają i co najlepsze opisywał co dzieje się z nim.  Powtórzę, to tylko my, kobiety chcemy widzieć takich facetów. Nie mogę powiedzieć, że nie ma tych dobrych, ale to co stworzyła Hoover jest zbyt naciągane i naiwne. Dosłownie naiwne. Ja się na to nie złapałam. Oczekiwałam czegoś zupełnie innego. A tak naprawdę po przeczytaniu połowy byłam tak znudzona, że aby rozbudzić moją chęć czytania autorka musiałaby zaserwować w fabule nalot obcego z pokładu Nostromo. 
Naprawdę. Było gorzej niż źle.  Szczerze mówiąc chyba nie bardzo wiem co mogę jeszcze napisać. Kiedy zakończyłam lekturę poczułam radość, że jednak mimo wszystko dobrnęłam do końca, a nie takie powinny towarzyszyć uczucia.  
Czy polecam? Nie muszę. Jako jedyna się zawiodłam, z pewnością zostanę za to potępiona, cóż... niestety nie potrafię kłamać.


 Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.


17 komentarzy :

  1. Oczywiście mam w planach tę książkę, ale kiedy znajdę na nią czas? Do Hopeless zabierałam się dobre pół roku ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ta książka leży u mnie na półce i czeka na swoją kolej, a to już niebawem jak uporam się z książką z biblioteki. Muszę też dodać, tak odbiegając od tematu, że masz śliczny blog. Zakochałam się w Twojej czcionce :) Mogłabyś zdradzić jak ona się zwie? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję bardzo:) Nie mam pojęcia co to za czcionka ponieważ była przypisana do tego szablonu, a szablon pobrałam z tej stronki --> http://www.blokotek.pl/
      Tak więc może tam na stronce autorki szablonu dowiesz się czegoś więcej:)

      Pozdrawiam:)

      Usuń
  3. Wcale nie jako jedyna. Ja też nie jestem fanką "Maybe Someday". Obawiałam sie tego, że mogę kogoś wkurzyć tym, ale koniec końców to moje osobista opinia i nikt nie musi się z nią zgadzać. Też wydawalo mi sie to wszystko odrealnione i tak jak "Hopeless" mi się podobało tak "maybe someday" zawiodło i to bardzo. Także, łączę się z Tobą i podpisuje pod Twoją recenzją :) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaaaa !!! nie jestem sama! Znalazła się kobieta, która nie dała się nabrać. Bo dla mnie to było zbyt naciągnięte, a szkoda. No cóż, jeszcze wierzę w pułapkę uczyć, oby było lepiej..:)

      Pozdrawiam serdecznie!:)

      Usuń
  4. Jak dla mnie to najlepsza powieść tej pisarki. Uwielbiam. Szkoda, że tobie nie przypadła do gustu. Ja choć nie wracam do przeczytanych książek, tę planuje jeszcze raz przeczytać.
    Ja natomiast rozczarowałam się "Hopeless" ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O widzisz, mnie znowu Hopeless podbiła, pokochałam i same ochy i achy. Ilu ludzi, tyle opinii :)

      Usuń
  5. Chyba wszystkie recenzje Maybe someday, które miałam okazję czytać wygłaszały same pozytywy pod adresem tej historii, autorki i ogólnie rzecz biorąc wszystkiego. Do tej pory byłam bardzo ciekawa tej książki i w sumie nadal jestem, ale do lektury podejdę z dystansem, bez większego entuzjazmu, żeby się potem totalnie nie rozczarować :>
    Pozdrawiam
    secretsofbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, wszyscy piali z zachwytu, ja zaczęłam piać przed przeczytaniem, potem to już nawet nie miałam siły wyć z rozczarowania ;)

      Usuń
  6. Być może Hoover zapragnęła stworzyć słodką, cukierkową historię, trochę na przekór obowiązującym trendom. Jeszcze nie czytałam, więc nie wiem czy mi się spodoba, ale każdy ma prawo do włąsnego zdania :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Zgadzam się z Twoimi zarzutami, jednak mi ta książka się podobała z powodu tej... idealności :) tak, wiem że to głupie, ale tak jak napisałaś chcemy żeby rzeczywistość taka była, ale nie jest. Przynajmniej możemy o tym poczytać :) Co do facetów u Hoover to Holder z Hopless jest bardzo podobny do Ridga i też krzywiłam się podczas czytania analizy jednego i drugiego. To domena kobiet, facet nigdy tak się nie zachowa :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Szkoda, że tak mocno zawiodłaś się na tej książce. Mnie ona akurat zachwyciła, i to o wiele bardziej od Hopeless.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie znam jeszcze żadnej książki tej autorki, bo to trochę nie mój gatunek, ale jest teraz tak popularna, że mam ochotę sprawdzić na czym polega fenomen. Jednak chyba nie będę zaczynać od tej powieści skoro w ogóle Cię nie urzekła.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak tylko napisałaś, że facet jest cukierkowy, to wiedziałam, że nic tu po mnie;) W sensie, że książka nie dla mnie. Ale szkoda, że aż tak się rozczarowałaś.

    OdpowiedzUsuń
  11. Czytałam i bardzo polubiłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Często zawodzę się na książkach, które ogólnie są uważane za "cudo literatury" :) więc ja Cię rozgrzeszam :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Oj tam od razu potępiona ;) Masz prawo do własnego zdania, a to Twój blog, więc o co chodzi? ;)
    Mi się recenzja podobała, a książki nie czytałam, zresztą nie znam jeszcze żadnej książki tej autorki, chociaż mam prawie wszystkie - o zgrozo! :D

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka