Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Colleen Hoover. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Otwarte. Colleen Hoover. Pokaż wszystkie posty

marca 22, 2020

marca 22, 2020

Without Merit

Without Merit

W ostatnim czasie miałam spory zapas książek Collen Hoover, ale ta była już ostatnia w kolejce. Po rozczarowaniu Too Late, miałam troszkę opory przed czytaniem następnej. Z kolei nie chciałam się zrażać po jednym nietrafionym tytule. Dlatego odstawiłam chwilowe uprzedzenia i rozpoczęłam historię Merit i jej dosyć osobliwej rodziny mieszkającej w starym kościele. 


Tak, dokładnie tak. Rodzina Merit wraz z nią, mieszkają w starym kościele. Może niedokładnie starym. Po prostu ojciec dziewczyny zlicytował budynek, na który nie było stać ówczesnego pastora - z którym to ciągle miał spięcia. W każdym razie, rodzina przeprowadziła się do kościoła. Znaczy, kiedy ojciec ogarnął jako tako remont i przystosował pod zamieszkanie rodziny. A, że części został podzielone na cztery ćwiartki, to zyskały uroczą nazwę  - litr.  

Rodzina składa się z Merit, jej siostry bliźniaczki Honor, brata(którego imię zapomniałam, bo dziwnie się pisało) ich matki, nowej żony ojca i ich wspólnego syna imieniem Moby. Tak to mniej więcej wygląda. Troszkę skomplikowane? A gdzież tam,  ten opis jest niczym w porównaniu do tego, co dzieje się, kiedy wejdziemy do domu/ kościoła i rozsiądziemy wygodnie. 

Nasza główna bohaterka, pewnego dnia, przypadkiem spotyka chłopaka o imieniu Sagan - które od zawsze kojarzy mi się z ogromnym garem. W każdym razie, ów młodzieniec wywiera na nastolatce ogromne wrażenie. Cud miód maliny, ale czar pryska, gdy okazuje się, że jest on chłopakiem jej siostry bliźniaczki. 

Merit czuje się zrozpaczona, ale co się dziwić. Jak uważa, jej życie jest pokręcone i trudne. I w sumie tak jest. Matka mieszka w piwnicy, macocha jest nie do wytrzymania, siostra i starszy brat traktują ją jak wroga. I jedyna osoba, którą miała nadzieję, zostanie przy niej, jest zakazana. Jak sobie ma z tym wszystkim poradzić? 



No dobrze, opis musi być, taki jaki jest. Inaczej nic tego by nie wyszło. Bo ta historia jest totalnie pokręcona. I mogłabym powiedzieć, dawno nie czytałam o relacjach, na poziomie serialu brazylijskiego, ale jakby osadzonego w bardziej dramatycznych i mniej zabawnych ramach. 

Tak, no ale od początku. Fabuła jest naprawdę zagadkowa, ale ukazuje nam tylko perspektywę Merit. A ona sama, nie wiem. Była dziwną osobowością. Zresztą, cała rodzina byłą dziwna, nie ma co ukrywać. Jedynie Sagan, wydawał się być zagadkowy, ale w ten pozytywny sposób. 

Książkę do pewnego momentu czyta się naprawdę świetnie. I chociaż nadmiar wydarzeń, komplikacji na polu rodzinnym, jest przytłaczający, to brnie się dalej. Nie powiem, by nie męczyło głowy. Mimo to, byłam ciekawa, co autorka nam ukaże w ostatnich rozdziałach.  Jaka tajemnica zostanie odkryta. 

W końcu, gdy razem z bohaterami docieramy do punktu kulminacyjnego, który powinien być wielkim pierdyknięciem, a po nim to już tylko popiół i zgliszcza. Okazuje się, że Hoover, zabrakło pomysłu - co dalej? Bo uwierzcie mi. Po minięciu punktu 0, dzieją się jakby absurdalne rzeczy, których osobiście nie kupiłam. Naprawdę, odnoszę wrażenie, że coś podczas pisania zdechło w butach. Autorka postanowiła dociągnąć do końca, puścić do druku i wmawiać, że tak miało być. 

No nie. To się poczuło. Naprawę, ja poczułam spadek zainteresowania postaciami. Zaczęli żyć swoim życiem. Przez co, całość przestała trzymać się kupy. I ja nie mówię, że książka jest kompletnie do bani, nie warto czytać i tak dalej, ale no, kurczę. Hallo? Co to miało być? Ktoś mi wyjaśni? Taki wielki list, taka akcja i potem.... Nie wiem, czy mogę polecić ten tytuł. Przeczytajcie, jeśli jesteście ciekawi. 




marca 15, 2020

marca 15, 2020

Coraz większy mrok

Coraz większy mrok


Ta książka była pierwszą, jaką autorka napisała w klimacie thrillera. Gatunek tenże lubię, dlatego z ciekawością podeszłam do tej zmiany u Hoover.  Zastanawiało mnie, co też postanowiła ukazać swoim czytelnikom, jak odbiorę fabułę i czy będzie warta moich ciężko zarobionych pieniążków. 


Poznajemy Lowen, pisarkę o niezbyt znanym nazwisku, ale też nie należy do tej, grupy, która nie powinna pisać. Ot, po prostu kobieta unika spotkać autorskich. Dlatego jej kariera zawodowa, jest troszkę mniej wypromowana niż innych pisarzy. 

Ggy umiera matka Lowen, jej sytuacja finansowa jest w stanie krytycznym, ale na szczęście dostaje propozycje od agenta. W umówionym terminie wstawia się na spotkaniu. Okazuje się, że mąż jednej z najsławniejszych pisarek, potrzebuje autora, który dokończy pisać książkę za jego sparaliżowaną żonę. 
Dla głównej zainteresowanej jest to dosyć trudna sytuacja. Wejść w buty innej pisarki, korzystać z jej notatek i próbować zrozumieć na tyle, aby dźwignąć presję i nie zawieść czytelników. Zbyt wielkiego wyboru nie ma, z pewnym strachem podpisuje umowę, a później udaje się wraz z mężem Verity Crawford do ich posiadłości. Na miejscu ma zapoznać się z notatkami i niezbędnymi materiałami. 

Dom, otoczenie oraz panująca atmosfera, źle wpływa na stan emocjonalny Lowen. Verity leży w swoim pokoju, nie reaguje na to, co dzieje się wokół niej, jej mąż okazuje się cudowny dla niej i ich syna. Ona sama, nie potrafi się w tym wszystkim odnaleźć. Postanawia jak najszybciej przejrzeć notatki, zrobić plan pracy i wynosić się z tego domu. 

W założeniu miała przebywać nie więcej jak trzy dni. Tylko pewnego dnia, kobieta znajduje druk prywatnych zapisków sparaliżowanej autorki. Im bardziej zagłębia się w treść, tym więcej przerażającej prawdy wychodzi na jaw.
Lowen zaczyna czuć strach, w jej głowie rodzą się straszne podejrzenia. Czy jest bezpieczna w domu Crawfordów? 



Nie będę ukrywała, z zaciekawieniem czytałam tę książkę. Chociaż w pewnym momencie, fabuła zaczęła się robić coraz bardziej pokręcona. Może nie działy się straszne rzeczy. Jednak książka, którą czytała sobie Lowen, wzbudzała wiele emocji. 

Ogólnie atmosfera w domu, była napięta i tajemnicza. Zachowanie męża Verity, też niby takie idealne, a jednak oczekiwało się, że nagle będzie tąpnięcie i okaże się, że z tego niemalże nieskazitelnego faceta, wyjdzie Kuba Rozpruwacz. 

Sama postać Lowen, dla mnie była jakaś mdła i bez wyrazu, nie wzbudzała we mnie zbyt wielu emocji, nie polubiłam jej osoby, ale też nie czułam niechęci. Ona po prostu była po to, by ukazać nam związek Verity i jej męża oraz ukazać, co wydarzyło się do dnia wypadku. I tak się właśnie stało. Hoover w pewien sposób nakreśla nam sylwetkę głównej bohaterki, ukazuje jakiś problem z dzieciństwa, bo jak wiemy, każdy bohater musi takowy mieć. W każdym razie, na mnie nie zrobiła zbyt wielkiego wrażenia. Po prostu była tłem, do wydarzeń rozgrywających się, na kartkach czytanej historii. 

Trudno jest mi napisać, czy oceniam te książkę pozytywnie. Z jednej strony jest przesiąknięta ciężką atmosferą, wyczuwa się, że coś jest nie tak, tylko nie wiemy dlaczego. Później, gdy prawda zaczyna wychodzić z kolejnych stron, miałam wrażenie, że każdy, ale to każdy w tej historii jest nienormalny. I nie wiedziałam kto bardziej. Samo zakończenie, o matko jedyna. Nie wiem, zachowanie Lowen, po tym wszystkim, jej decyzja, świadomość tego wszystkiego. Mnie to chyba przerosło. Te wszystkie relacje, były zatrute, podszyte jakimiś niezdrowymi zachowaniami i pobudkami. Szczerze powiem, przerażają mnie tacy ludzie. I mam nadzieję, że w rzeczywistości, nie spotkam się z czymś podobnym. 

Ta książka nie jest zła. Myślę, że Hoover dobrze ją napisała. Tylko jest niesamowicie pokręcona. I w sumie nie wiem, czy tak miało być, czy wyszło. Nie jest straszna, ale czuć pewien dreszczyk emocji. 



marca 03, 2020

marca 03, 2020

Too Late

Too Late


Na początku, muszę napisać, jak to wygląda ze mną i z twórczością Hoover. Ja bardzo, ale to bardzo lubię jej książki. Chociaż jak wiadomo, zdarzają się lepsze i trochę słabsze. Mimo to, jestem zazwyczaj pozytywnie nastawiona do historii, które ukazuje czytelnikom. 
I nie było nigdy sytuacji, kiedy, poczułabym złość, albo jakieś zniechęcenie. Nie miałam uczucia wręcz zażenowania, tym, co czytałam. Aż do dziś. Kiedy to, zakończyłam swoją wątpliwą przygodę z Too Late. I teraz nie wiem,  co mam myśleć i robić.  Jednak od początku, Muszę napisać więcej, by było wiadome, dlaczego czuje negatywne emocje. 


Sloan jest studentką, mieszka ze swoim facetem, który jest również dilerem narkotykowym. O czym dziewczyna bardzo dobrze wie, chociaż tego nie popiera. Niestety z przyczyn osobistych nie może się temu sprzeciwić, dlatego tkwi w związku z Asą, co nie daje jej ani poczucia radości, ani niczego. W sumie to, tyle tylko, że ma dach nad głową i nie musi spać na dworcu, chociaż jakby dłużej pomyśleć, sądzę, że na dworcu miałaby o wiele większy spokój w nocy, jak w domu swojego faceta. 

Asa, jak już dowiedzieliście się wyżej, jest zamieszany w narkotyki. Kombinuje ile może, ponoć jest dosyć groźny, ma sporo pieniędzy i obsesje na punkcie swojej dziewczyny. Dokładnie tak jest, myśląc o Sloan, robi to w kategoriach - jest moja i tylko moja. I nikt, ale to nikt nie ma prawa nawet spojrzeć w jej kierunku. Ot, taka troszkę nienormalna miłość, ale czego można wymagać po kimś takim jak Asa? 

Jest jeszcze Carter, który poznaje Sloan na zajęciach, okazuje się, że razem studiują. No, a jeszcze później się okaże, że mają wspólnego znajomego. Co niekoniecznie będzie dobrze świadczyło o nich oboju. No ale, co tam. Można wybaczyć pewne małe grzeszki, zwłaszcza, gdy każde z nich, ma na sumieniu większe kłamstewka. 

Taki oto, zarysował nam się trójkącik. I dobrze, bo tak też jest. Asa, Sloan i Carter. Ktoś jest zły, ktoś inny chce być zły, a jeszcze kolejny chce uciekać, od jednego złego do drugiego. Namieszałam? Nie kochani, autorka dopiero miesza w tej książeczce.  Zatem, to dopiero maleńkie preludium, w porównaniu do całości. 


Chciałam dołączyć do grona zachwytów. Chciałam napisać i przede wszystkim poczuć, jak ta książka we mnie trafiła. W sumie to trafiła, w moje nerwy, które ostatnio i tak są już u kresu, ludzkiej wytrzymałości. I nagle, zjawia się Ona, cała w absurdzie i zaczyna smarować, epilog po epilogu. I ja się w końcu zaczynam zastanawiać, czy to już ten etap, kiedy ogórki zaczną przegryzać tętnice, a dla mnie stoi naszykowany kaftan bezpieczeństwa, czy po prostu kogoś wyobraźnia z lekka poniosła. 

Moi drodzy, jak wiecie, nie jestem pruderyjna, co nie znaczy, że lubię czytać o seksach z ganiającymi kutasami. Bo nie lubię tego typu określeń. Każde  ruchania i inne tego typu teksty, są po prostu obrzydliwe. I nie zmierzam udawać, że na mnie to działa w sposób fantazyjny. Jest wręcz przeciwnie. 

Uprzedzam, wiem, jaki zamysł miała autorka w tych tutaj scenach, ale po pewnym czasie, to już zaczęło zakrawać o jakąś komedię. Naprawdę, było chwilami strasznie, było napięcie. I super, gdyby Hoover, nie wiem w przypływie czego, nie doszła do wniosku, że jeszcze o czymś zapomniała. 

I się zaczęło. Wysmarowała jeden epilog, potem drugi i kolejny, i takie tam jeszcze, jakieś końce końców. A ja, zaczęłam się zastanawiać czy czerpała inspirację z jednego z odcinków mody na sukces, gdzie Ridge wpada do pieca i umiera, a potem nagle okazuje się, że przeżył. Oj tam, oj tam, Lekko się podsmażył, ale w końcu jaki problem przeżyć w rozpalonym piecyku, prawda? 

Tutaj było niemalże podobnie. Znaczy zabrakło pieca, ale absurdy poziom utrzymały. A mnie wręcz całość pokonała. Cieszyłam się, gdy zobaczyłam, że już nie ma więcej stron. Tak, ze smutkiem muszę to stwierdzić, koniec stał się dla mnie wybawieniem. 

Too Late mnie pokonała. To może i mogła być dobra książka, jednak autorkę poniosło. W sumie nie dziwię się, skoro pisała ją w ramach odskoczni, myślę, że powinna sobie była zostać w tej szufladzie. Szkoda, że ją przeczytałam. Chciałabym żyć w nieświadomości, że coś takiego istnieje...



grudnia 27, 2016

grudnia 27, 2016

November 9

November 9
źródło


Niemalże o każdej nowej książce Collen Hoover, jest bardzo głośno. Jakby sam fakt, że autorka wypuściła w świat swoje nowe dzieło, gwarantowało czytelnikowi niezapomnianą lekturę.
Polubiłam twórczość pisarki i chociaż nie mogę powiedzieć, że każda z przeczytanych książek podbiła moje serce, to jednak przyznać muszę, że inne wryły się w moją pamięć na bardzo długo. Dlatego gdy pojawia się nowa powieść, jestem jej bardzo ciekawa. Hoover ma sobie coś takiego, co przyciąga uwagę, może jej styl, może zmysł obserwacji ludzkich zachowań? Sama nie wiem, jedno jest pewne. Kobieta posiada talent.
Oczekiwałam November 9 i w końcu zasiadłam do czytania najnowszego tytułu, czy trafił w mój czytelniczy gust?

Fallon i Ben spotykają się zupełnie przypadkowo. On zwraca uwagę na dziewczynę, która ma spotkanie z ojcem w restauracji. Nastolatka nie do końca jest zadowolona z przebiegu rozmowy, jaką prowadzą i kiedy sytuacja zaczyna stawać się napięta, nagle pojawia się nieznajomy chłopak — z odsieczą. Przysłuchując się rozmowie tych dwojga, nie potrafił zignorować zachowania ojca, który w obcesowy sposób komentował sytuację córki, w jakiej się aktualnie znajduje.

Dwoje nieznających się nastolatków, ona za kilka godzin ma samolot. Przeprowadza się do Nowego Jorku, więcej nie zobaczy chłopaka, który postanowił stanąć w jej obronie. Nigdy nie spotkała się z czymś podobnym.

On nie planuje dalszych spotkań, w końcu ich znajomość zakończy się w chwili, gdy dziewczyna wsiądzie na pokład samolotu.

Oboje postanawiają kontynuować dziwną znajomość przez czas, który pozostał do wylotu. Spędzają wspólnie kilka godzin, które są przełomowe dla obojga. Dlatego obiecują sobie, że nie będą kontaktować ze sobą przez cały rok, ale 9 listopada spotkają ponownie. I opowiedzą, co wydarzyło się w minionym czasie.

Ben obiecuje pisać książkę, która ma opowiadać ich historię poznania. Niby zwykły żarty, w końcu znali się zaledwie niecały dzień, a jednak coś się wydarzyło. Za rok ma odbyć się kolejne spotkanie, do tego czasu żadnego kontaktu. Czy można dotrzymać obietnicy, komuś z kim rozmawiało się tylko kilka chwil?

Dwoje nastolatków. Dwie historie. Fallon uratowana z pożaru, nosząca szpecące blizny na ciele. I Ben, chłopak wesoły i pełen pozytywnej energii....

Blizny, mogą być nie tylko na naszym ciele, ale również na duszy. Tylko tych, nie tak łatwo jest dostrzec.

Książkę miałam czytać w zupełnie innym terminie (Madziu wybacz mi !!), ale akurat trafiła się bezsenna noc, szkoda było zmarnować czas na leżenie, złapałam więc za November, myślałam, że poczytam kilka stron i zmorzy mnie sen. Tak się nie stało. Nie wiedzieć kiedy książką mnie wciągnęła tak bardzo, że nie potrafiłam się oderwać. I chociaż fabuła nie jest aż tak porywająca, nie trzyma w Bóg wie jakim napięciu, to czytałam z zainteresowaniem.

Przede wszystkim postaci. Hoover jest mistrzynią w kreowaniu postaci. Każdy jest wyrazisty, żadne ideały. Ludzie, których możemy spotykać każdego dnia.

Ben i Fallon mieli swoje wady i zalety, dzięki czemu oboje stali się bardziej realni i wiarygodni. Rozumiałam kompleksy dziewczyny, która nie potrafiła przebić się przez skorupę, w jaką się zamknęła. Tak bardzo nie chciała, aby ludzie zwracali uwagę na jej blizny, że osiągnęła skutek odwrotny.

Natomiast Ben był świetny, nie jakiś przesłodzony ideał. Jego postać ma w sobie coś takiego, co sprawiło, że od początku wzbudzał sympatię, nie wiedziałam czym, to było, ale gdy tylko przysiadł się do stolika Fallon, wiedziałam, że on będzie kimś interesującym.

Nie mogę jeszcze nie wspomnieć o przyjaciołach dziewczyny — Amber i jej chłopaka Galena. No genialni, uśmiałam się dzięki nim wiele razy. Takich znajomych tylko zazdrościć i życzyć każdemu.

I teraz słów kilka o całej fabule. Gdy doszłam do fragmentu, w którym Fallon i Ben omawiają swoje spotkania raz w roku, miałam odruch powiedzieć — zaraz, zaraz. Coś już takiego było. Tylko po chwili dotarło do mnie, że oni obiecali sobie brak kontaktu, do czasu kolejnego spotkania. Kolejną sprawą była książka, którą pisał chłopak. Bardzo długo nic o niej nie wiemy. Akcja toczy się dosyć luźno. Niewiele wiemy o samym wypadku, co spowodowało pożar. Autorka bardzo długo trzyma w tajemnicy przeszłość Bena, co działo się z nim przed spotkaniem z Fallon.

Ogólnie bardzo mało wiemy o naszych postaciach, na wszystko trzeba czekać do kolejnych rocznicowych spotkań. Wszystko idzie sobie w ciekawym kierunku, kolejny rok i nagle... Bum. Siedziałam tak troszkę oniemiała, no nie bardzo spodziewałam się takiego obrotu sprawy, do tego stopnia, że zbombardowałam biednego Bujaczka pytaniami, co, jak i dlaczego (oczywiście nie udzieliła żadnej odpowiedzi, poza poleceniem — czytaj!) No i czytałam.

Coollen Hoover kolejny raz stawia przed czytelnikami historię o ludziach, takich zwyczajnych. Mających swoje marzenia, dążących do wytyczonych celów. Takich, którym czasem los postawi na drodze ku szczęściu przeszkody. Jedni radzą sobie lepiej, inni wcale — co nie znaczy, że się poddali. Jak w przypadku Fallon, ona przeżyła koszmar, coś, co odwróciło jej życie o 180 stopni, zmieniła się i wycofała. Potrzebowała czegoś, co sprawiłoby, że ponownie uwierzyłaby w swoje siły, tym kimś był Ben, dzięki niemu pomalutku odbudowywała samą siebie. On za sprawą dziewczyny stawał się kimś innym, odnajdywał dalszy sens swojego życia. Potrzebowali siebie nawzajem, chociaż nie zdawali sobie z tego sprawy.

Może nie jest to powieść łamiąca serce, jednak były chwile, kiedy odczuwałam smutek i ogromne współczucie. Gdy naprawdę identyfikowałam się z rozpaczą każdej z postaci. Polubiłam oboje i im kibicowałam, ale czy ta historia będzie miała pozytywne zakończenie? Tego polecam dowiedzieć się z samej książki, którą warto przeczytać. Zwłaszcza jeżeli jest się fanem twórczości Hoover.

maja 26, 2016

maja 26, 2016

Ugly Love

Ugly Love


Miał być post dotyczący Targów książki, jednak przypomniałam sobie, że tutaj zaległa Hoover czeka, więc nie ma co, trzeba się wziąć do pisania, bo zaś będzie problem o czym była książka, a co najważniejsze jakież towarzyszyły emocje podczas czytania i czy w ogóle jakiekolwiek się pojawiły. 

Każdy kto poznał Colleen Hoover, wie w jakim stylu pisze i czego mniej więcej można oczekiwać. Po rozczarowaniu Maybe Someday , z leciutką dozą niepewności zabierałam się za Ugly, bo jakby nie było, szkoda się rozczarować książką, która może poszczycić się wpisem autorki - Irena jeszcze raz wieeeelkie dziękuję! 

Poznajemy Tate i Miles'a. Ona jest pielęgniarką rozpoczynającą swoją przygodę z pracą. On natomiast sąsiadem jej brata, z którym to na pewien czas będzie mieszkała.  Poznają się w dosyć dziwnych okolicznościach, które na pierwszy rzut nie rokują dalszą znajomością. A jednak. Coś między tym dwojgiem zaczyna się dziać. Początkowa rezerwa, a nawet w pewnym sensie niechęć ulega zmianie. Zwycięża ciekawość drugiej osoby, a także co innego, co? Chyba wiadome, ale nic nie pójdzie tak łatwo jakby mogło się wydawać. Niby oboje są stanu wolnego, niby oboje mogą sobie pozwolić na związek, ale coś jedno i drugie blokuje. O ile u Tate jest to spowodowane poprzednim nieudanym związkiem, tak u Miles'a powód leży dużo głębiej. 

Wdają się w relacje bez zobowiązań, w układ który wydaje się być w porządku. Wspólny seks, żadnych pytań. Jasno postawione warunki. Nie ma i nie będzie planów na przyszłość. Liczy się tu i teraz. Tylko czy tak rzeczywiście można? Jak długo żyć w czymś, co do niczego nie prowadzi, tak zupełnie bez emocji? Czy w ogóle istnieje wyłączenie uczuć? Trudno jest nie zadawać pytań, nie interesować osobą, z którą się spędza tak intymne chwile. W końcu musi nadejść moment gdy padnie to jedno z najważniejszych pytań, gdy trzeba będzie podjąć decyzje. 

Przeczytałam wiele opinii do tej książki, słyszałam same zachwyty, polecenia i Bóg wie co jeszcze. I kiedy już miałam swój egzemplarz nie mogłam się przemóc by zacząć czytać. Chyba obawiałam się rozczarowania. Ostatnimi czasy moje uczucia bywały wyłączone, chyba zaczyna mnie dopadać syndrom serca z kamienia, w każdym razie nadeszła pora i siadłam do lektury.  

Książka została napisana z dwóch perspektyw, Tate i Miles'sa ( wybaczcie jeżeli źle odmieniam jego imię, zupełnie nie znam się na gramatyce języka angielskiego) z tą różnicą, że Tate opowiada o tu i teraz, zaś  rozdział z mężczyzną ukazuje wydarzenia z przed sześciu lat. Dlaczego? O tym mamy przekonać się, dużo dużo później. Póki co obserwujemy jak rozwija się znajomość między tą parą. Jak oboje deklarują sobie, że  dotrzymają warunków umowy. Swoją drogą bardzo zastanawia mnie definicja "seksu bez zobowiązań", tak całkiem bez uczuć? Troszkę ciężko, bez uczuć to chyba raczej nie ma sensu, ale jak pamiętacie ja po nieszczęsnych "Barwach miłości" mam wymazaną pamięć w tej sferze i jestem dziewicą. 
Wracając do Ugly Love, są tam opisy "seksów", ale powiem wam, ja przeciwniczka tych scen, no czytałam i po prostu... no faaajne te fragmenty były. Tak pisać potrafi tylko Hoover, u nikogo innego chyba nie zdzierżyłabym wstawek z ich spotkań w wiadomym celu, a tutaj. O losie!
Na szczęście z samych seksów książka się nie składa, jest główny wątek, odkrywany skrawek po skrawku, razem z poznawaniem coraz większego fragmentu układanki wzrasta napięcie. Wszystko jest niesamowicie stopniowane, gdzieś wyczytałam, że książkę czyta się emocjami - przyznaję stuprocentową rację. Emocje nie opuszczają nawet na chwilę.  Ugly przeżywa się całym sobą, no ja w każdym razie bardzo przeżywałam, może chwilami coś mnie tam zgrzytało, bo wiadomo idealnie być nie może, jednak to maleńkie zastrzeżenie względem całości.
Bohaterowie są bardzo ciekawi, polubiłam praktycznie wszystkich. Najbardziej kapitana, świetny staruszek. 
Co do Tate, podziwiałam ją, że wplątała się w coś takiego. Ja bym nie potrafiła i nawet nie chciała by moja rola sprowadzała się tylko do jednego, przykre tak troszkę. 
Miles, jego historia jest odsłaniana powolutku i dopiero gdy poznajemy całą rozumiemy dlaczego postępował w taki, a nie inny sposób...

Nie mogę czytać książek Hoover, bo ona tak pięknie pisze o tej miłości, a mnie później jest tak bardzo smutno, że to tylko w książkach i mam doła, jest mi źle i ogólnie gdzie Ci faceci normalni ja się zapytuję?! No ileż można żyć miłością do bohaterów książkowych, Thornton nie istnieje, trzeba się w końcu z tym pogodzić. Miles to samo - nim też bym nie pogardziła.  I znowu odbiłam od głównego tematu, źle ze mną. 

Wypadałoby podsumować książkę, co ja kochani mam powiedzieć, no świetna jest. Naprawdę. W prawdzie to dalej nie poziom Hopeless, to nie mój ukochany Dean Holder, którego będę kochała po wsze czasy, ale jest naprawdę super. Taką Hoover uwielbiam, taką chcę czytać i niech w końcu tacy faceci jak w jej książka zaczną istnieć bo normalnie moje serducho całkowicie skamienieje. A książeczkę czytajcie! Ja chyba sobie jeszcze raz przeczytam.


grudnia 13, 2015

grudnia 13, 2015

Maybe Someday

Maybe Someday


Pokochałam Colleen Hoover w chwili gdy rozpoczęłam lekturę Hopeless, historia Sky i Holdera podbiła moje serce. Do tego stopnia, że po zakończeniu książki, potrzebowałam już natychmiast stać się posiadaczką wszystkiego co wyszło spod pióra właśnie tej autorki. 
I tak kolejną, która miała mi wyrwać serce z zawiasów, zafundować emocjonalną karuzelę było Maybe Someday... Niemal bez żadnej nutki zwątpienia zasiadłam do lektury najnowszej pozycji Hoover, czy i tym razem moje serce zostało podbite? Czy ten  tytuł zagości w mojej pamięci na długo?

Poznajemy Sydney i Ridge'a, dwoje młodych ludzi, którzy w normalnych okolicznościach nie mieliby ze sobą zbyt wiele wspólnego. 
On, gra na gitarze, tworzy własną muzykę, jest w tym bardzo dobry. Jest tylko jeden problem. Nie ma pomysłu na odpowiednie teksty do skomponowanych melodii. 
Ona, często siedząc na balkonie słucha dźwięków gitary, nawet zaczęła nucić słowa, które same zaczęły układać się w tekst.  Balkon, miejsce gdzie ludzie przebywają dla chwili samotności, złapania oddechu wytchnienia, w tym przypadku będzie czymś więcej. 
Żadne z nich nie pomyślało, że ta niecodzienna znajomość znajdzie swój finał w mieszkaniu Mężczyzny. Jednak kiedy Sydney w ciągu kilki chwil zostaje bez dachu nad głową oraz faceta, który bądź co bądź wydawał się być lojalny.
Ridge, postanawia wyciągnąć rękę ku nieznajomej dziewczynie, która od pewnego czasu zaczęła zajmować coraz więcej miejsca w jego myślach. 
 On komponuje muzykę, ona pisze teksty. Zdawać się może, że para idealna. Czy aby na pewno? Czy w życiu wszystko może być proste i tworzyć  piękną bajkę? 

Bardzo, ale to bardzo chciałabym w tym miejscu napisać, że jestem zachwycona książką, że zdobyła mnie całą, że nie potrafiłam się oderwać. Niestety... niestety tak się nie stało. Tak naprawdę jest gorzej niż kiedykolwiek mogłabym sobie wyobrazić.  
Robiłam wiele podejść do tej historii, zaczynałam i odkładałam. Próbowałam się przemóc, ale nic z tego. Maybe someday mnie nie uwiodło, jednak zacznę od początku. 

Sydney i Ridge, nie, ta para po prostu nie przypadła mi do gustu. Ich spotkania, ich przeżywanie muzyki. To wszystko było jakieś takie wymuszone, bez tego czegoś co sprawia, że podczas czytania czuje się emocje tych dwojga, że ma się ochotę przeżyć właśnie coś takiego. 
Ona, okrutnie mnie drażniła, nie wiem dlaczego. Chyba ten typ dziewczyny, której ja nie potrafię polubić choćbym nie wiadomo jak się starała. 
On, Boże! No nie, nie, nie. Ridge, był dla mnie zbyt cukierkowy, zbyt wyidealizowany. I nawet kiedy autorka w pewnych momentach próbowała rzucić cień skazy na jego cudny wizerunek, to i tak jawił się jako wyśniony z marzeń. Tylko czy aby na pewno, marzeniem każdej kobiety, albo raczej nastolatki jest taki Ridge? Chyba ten jego przyjaciel wydawał się bardziej realny niż super "Ridżu". 
Wybaczcie mi, wiem. Teraz każdy stwierdzi, że nie mam serca, że jestem z kamienia, albo , że nie zrozumiałam przekazu. Otóż zrozumiałam aż za dobrze. I będę szczera. To wszystko co możemy zobaczyć na polu Ridge, Maggie i Sydney jest po prostu niemożliwe w życiu. Jeżeli jest to bardzo proszę niechaj ktoś mi poda przykład. 
Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że takie rzeczy nie istnieją. Po prostu nie. To my, czytelnicy chcemy aby tak było. Rzeczywistość jest zbyt brutalna. 
Według mnie, autorka chciała ukazać coś niesamowitego, jednak dla mnie bohaterowie mieli podejrzanie cudowną moc wybaczania, zrozumienia i rezygnowania tego na czym im zależy, w celu nie sprawienia przykrości innym. 
Bardzo często czułam przesyt czytając wiadomości prowadzone między tym dwojgiem. I znowu moje czepialstwo, ale ja naprawdę nigdy w życiu nie spotkałam się, żeby jakikolwiek facet prowadził tak dogłębne analizy zachowania kobiet, tego co odczuwają i co najlepsze opisywał co dzieje się z nim.  Powtórzę, to tylko my, kobiety chcemy widzieć takich facetów. Nie mogę powiedzieć, że nie ma tych dobrych, ale to co stworzyła Hoover jest zbyt naciągane i naiwne. Dosłownie naiwne. Ja się na to nie złapałam. Oczekiwałam czegoś zupełnie innego. A tak naprawdę po przeczytaniu połowy byłam tak znudzona, że aby rozbudzić moją chęć czytania autorka musiałaby zaserwować w fabule nalot obcego z pokładu Nostromo. 
Naprawdę. Było gorzej niż źle.  Szczerze mówiąc chyba nie bardzo wiem co mogę jeszcze napisać. Kiedy zakończyłam lekturę poczułam radość, że jednak mimo wszystko dobrnęłam do końca, a nie takie powinny towarzyszyć uczucia.  
Czy polecam? Nie muszę. Jako jedyna się zawiodłam, z pewnością zostanę za to potępiona, cóż... niestety nie potrafię kłamać.


 Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.


maja 15, 2015

maja 15, 2015

Losing Hope

Losing Hope

Agnieszka mnie ubiegła, a niech to! No trudno, w każdym razie bardzo chciałabym przekazać Wam moją opinię na temat Losing Hope. Zapraszam do przeczytania recenzji :)


Nie wiem, co będzie gorsze: trzymanie się od niej z dala, czy powiedzenie jej prawdy. Jeśli wybiorę to pierwsze wyjście, nigdy się o niczym nie dowie. Jeśli wybiorę drugie, zniszczę jej życie.

Ona – cudowna dziewczyna, która nie ma telefonu ani internetu, mieszka tylko z matką.
On – chłopak, który według plotek dopiero wyszedł z więzienia i niekoniecznie jest kimś, na kogo warto zwrócić uwagę. Co się stanie, gdy obydwoje się spotkają? Co się za tym kryje? Jak wyglądała ich przeszłość?

Nie cierpię tego, że samo brzmienie jej głosu doprowadza mnie do szaleństwa. Jednocześnie jednak to uwielbiam i chcę, żeby cały czas coś mówiła, nawet jeśli mnie obraża.

Muszę przyznać, że bardzo długo zbierałam się do tej recenzji. Nie wiem, może emocje musiały opaść, a wszystko to, co czułam podczas czytania, po prostu się uspokoić... Znałam tę historię z perspektywy Sky, która została opisana w Hopeless. Ciągle jednak zastanawiałam się, jak to wszystko przeżywał Holder? Przecież ten chłopak też ma uczucia. Nie dawało mi to spokoju. Teraz wszystko jasne... Dzięki Hoover znam już odpowiedź na to pytanie. Losing hope to ta sama historia, którą mieliśmy okazję poznać w Hopeless, tyle że przedstawiona z perspektywy Deana Holdera. Niektórym z Was może wydawać się to głupotą, w końcu po co pisać dwie powieści o takiej samej fabule. Kochani, tym razem to był strzał w dziesiątkę! 

Nie umiem nawet wyjaśnić, na czym polega doskonałość tej dziewczyny. A mówiąc doskonałość mam na myśli różne niedoskonałości, które po zsumowaniu dają doskonałość. 

Dean Holder po pobycie u ojca wraca do miasta, w którym mieszka jego matka. Chłopak nie zamierza kontynuować nauki, od momentu śmierci swojej siostry bliźniaczki – Leslie – nie ma ochoty na nic, najchętniej zaszyłby się w kącie i żył przeszłością. Les popełniła samobójstwo we własnym pokoju. Holder po prostu nie zdążył jej uratować, wszystko potoczyło się tak szybko...
Któregoś dnia młody mężczyzna, robiąc zakupy w pobliskim sklepie, spotyka dziewczynę, która kogoś mu przypomina. Postanawia się jej przyjrzeć i chwilę z nią porozmawiać. Zachowuje się dosyć idiotycznie, bowiem, gdy towarzyszka odpowiada, że ma na imię Sky, Dean nie jest w stanie w to uwierzyć. Wziął ją niestety za kogoś innego. Tego samego dnia bohaterowie spotykają się jeszcze raz – podczas biegania. Od tego momentu nic nie jest takie jak wcześniej, znajomość się pogłębia, a Holder odkrywa pewną tajemnicę, która bezpośrednio łączy go z przeszłością. Jak to wszystko się potoczy? Czy chłopak będzie w stanie nadal utrzymać znajomość ze Sky, czy może po prostu od niej odejdzie i znowu wyjedzie? Co takiego stoi na przeszkodzie, by mogli żyć długo i szczęśliwie? Zapraszam do lektury!

Ciekawe, czy człowiek zakochuje się w jednej charakterystycznej cesze drugiej osoby, czy od razu w niej całej. Bo ja chyba właśnie się zakochałem w jej poczuciu humoru. A także w jej szczerości.

Jak już wspomniałam wcześniej, książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Czytałam wcześniej Hopeless, więc w sumie nie powinnam być zdziwiona tym, co zostało napisane w kontynuacji powieści. Nic bardziej mylnego! Ta sama historia opisywana przez Deana rozwaliła mnie na łopatki, powaliła na kolana i sprawiła, że zabrakło mi łez w oczach. Tak naprawdę dopiero po przeczytaniu Losing hope zrozumiałam historię tych trojga ludzi od początku do końca. Holder pokazał mi, że mężczyźni też potrafią być słabi, czasem płaczą albo po prostu nie wiedzą, co zrobić. Nie jest tak, że są wiecznymi łowcami kobiecych serc, jak mogłoby się wydawać wielu przedstawicielkom płci pięknej. Moje Drogie Panie! Oni też czują, nie zapominajmy o tym! 

Do tamtej pory nigdy nie patrzyłem w przyszłość. Wolałem przeszłość. Zbyt często rozpamiętywałem, co zrobiłem źle, i zastanawiałem się, co powinienem był zrobić, żeby moje życie potoczyło się inaczej. Przyszłość dla mnie nie istniała. Dopiero będąc ze Sky, zacząłem myśleć o tym, co stanie się jutro, pojutrze, za rok czy w odległej przyszłości. Potrzebuję tego teraz. Boję się, że jeśli nie wezmę jej w ramiona, znów zacznę patrzeć za siebie i przeszłość całkowicie mnie pochłonie.  

Przeczytawszy tylko Hopeless, nie znamy tak naprawdę całej prawdy – jest to tylko namiastka niesamowitej opowieści. Colleen Hoover opisała losy Holdera i Sky w taki sposób, że przeżywa się je razem z nimi. Nie ma takiego momentu podczas czytania tej powieści, by po prostu zamknąć ją z powodu nudnej treści i pójść robić coś innego, NIE MA! Fabułę pochłania się od początku do końca, z wypiekami na twarzy, bez względu na godzinę i miejsce. 

Odsuwam się i patrzę jej w oczy. Odwzajemnia moje spojrzenie i po raz pierwszy w życiu mogę szczerze powiedzieć, że znalazłem jedyną osobę na świecie, która w pełni rozumie moje poczucie winy. Która w pełni rozumie mój ból. I w pełni akceptuje mnie takiego, jaki jestem.

Tak naprawdę od momentu przeczytania tych dwóch pozycji, Colleen Hoover znalazła się w moim rankingu na wysokiej pozycji. Nie boję się tego powiedzieć, że jest to autorka, która jak mało kto potrafi rozbudzić emocje w czytelniku i sprawić, by czytanie stało się jeszcze większą przyjemnością. Losing hope porusza tak naprawdę prawie wszystkie życiowe tematy, które tak bardzo liczą się w życiu każdego z nas. Pokazuje, jak wielki wpływ na teraźniejszość może mieć przeszłość. Ma charakter dydaktyczny. Odpowiada na wiele pytań, które gdzieś tam krążą w naszych umysłach. Jest kwintesencją tego, co jest najistotniejsze. 

Sunie palcami po mojej dłoni, po czym ją ściska. Ten jeden niewinny gest znaczy dla mnie w tej chwili więcej, niż byłbym w stanie dać w zamian. Nie zasługuję na to, by mi dodawała otuchy.

Myślę, że jeszcze długo pozycja ta będzie wielkim hitem. I zasłużenie, nie mydli bowiem  oczu czytelnikowi, nie pokazuje samych radości i walorów, które niesie, ale informuje nas, że w każdej chwili czekają na nas niebezpieczeństwa, problemy, przeciwności. Pamiętajmy jednak, by nie dać się zwariować, bo los lubi płatać figle i stwarzać rzeczy i momenty, o których się nawet filozofom nie śniło. 

Cała moja uwaga jest nieustannie skupiona na niej, zupełnie jakbym był kompasem, a ona moją północą.

Książkę polecam głównie paniom, bo raczej nie wydaje mi się, by mężczyźni potrafili być aż tak empatyczni (to z reguły kobietki tak mają, nie oszukujmy się). No chyba że któryś z panów ma ochotę to nic prostszego! Kto wie, może to ja się mylę i dla was będzie to równie niesamowita pozycja? W każdym razie czytajcie, czytajcie i jeszcze raz czytajcie! Gorąco polecam! 

Długo jeszcze mógłbym wyliczać rzeczy, których mi brakuje. Ale przez ostatni rok nauczyłem się, co to znaczy naprawdę pogodzić się z czyimś odejściem.

książka została przeczytana dzięki współpracy z Redakcją Essentia

KLIK - Essentia
Kliknij na gołąbka :)



maja 14, 2015

maja 14, 2015

Losing Hope

Losing Hope


Nadeszła chwila kiedy i w moje ręce trafiła książka, której bardzo długo oczekiwałam. Po wielkich emocjach przeżytych w zderzeniu z Hopeless, byłam wręcz przekonana, że Losing hope będzie dopełnieniem całości, że czekają mnie może i nawet większe emocje jak za pierwszym razem. Z dreszczykiem ekscytacji zabierałam się za czytanie. Najpierw cieszyłam oczy widokiem książeczki. Później rozpoczęłam lekturę...
Każdy z czytających wie, że Losing, nie jest kontynuacją, a w pewnym sensie uzupełnieniem całości. Chociaż czy rzeczywiście tak jest? Moje odczucia są różnie, ale postaram się wszystko dokładnie wyjaśnić.

Historia Holdera rozpoczyna się jeszcze za życia jego ukochanej siostry bliźniaczki. Na jednej z imprez chłopak zauważa, że partner Les obmacuje inną dziewczynę, nie specjalnie się z tym kryjąc. Jako lojalny brat, który nie pozwoli na tak jawne i w dodatku perfidne kpienie z uczuć do siostry, postanawia interweniować. Mając świadomość, że konsekwencje tak czy inaczej najdotkliwiej uderzą właśnie w siostrę. Mimo wszystko Holder wie, że jego sumienie nie pozwoli przyglądać się beznamiętnie na wyczyny znienawidzonego „szwagra”.
Dean wie, że z dziewczyną dzieje się coś niedobrego, jednak w żaden sposób nie potrafi pomóc bliźniaczce, co sprawia mu ból i zawód, gdyż jako najbliższa osoba powinien wiedzieć co zrobić z pogarszającym się stanem emocjonalnym siostry. W najgorszym koszmarze nie przypuszczałby, że Les postanowi zrobić coś tak okropnego, dla siebie i dla niego. Kiedy znajduje martwe ciało siostry jego świat rozsypuje się na kawałki. Nie ma pojęcia w jaki sposób poinformować matkę, nie ma pojęcia co dalej będzie z jego, z ich życiem. Jedno jest pewne. Stracił najważniejszą część siebie, stracił kogoś kto był z nim od zawsze, kto powodował, że chciał być dobry. Les odeszła, samolubnie postanowiła zakończyć swoje życie. Nie dzieląc się z nim swoim problemem, nie dając mu szansy by mógł pomóc. Zrobiła to tak nagle, a może od dawna planowała? Tylko dlaczego ON nie widział niczego niepokojącego?
Pierwsze dni są straszne, ludzie snują własne domysły, koledzy i znajomi za plecami tworzą własne ideologie. Życie toczy się dalej, ale Holder czuje jakby się zatrzymało. Musi wrócić do szkoły, gdzie każdy kąt będzie przypominał mu siostrę, gdzie każdy przechodzący uczeń będzie spoglądał z tym dziwnym wyrazem twarzy, gdzie nie będzie końca szeptów. Koszmar się nie zakończył, on dopiero się rozpocznie...
Jak poradzić sobie ze stratą najbliżej osoby, która sama pozbawiła się życia? Jak zrozumieć swoje miejsce w całym zdarzeniu, jak poradzić z poczuciem winy?


Celowo nie skupiłam się na postaci Hope, celowo nie napisałam o Sky. Sądzę, że większość ma już za sobą lekturę Hopeless, a jeżeli tak już jest to mają świadomość tego co działo się po spotkaniu tych dwojga. Tutaj dzieje się podobnie, z tą różnicą, że autorka na początku opisuje właśnie zdarzenia przed śmiercią Les, uczucia jakie kumulowały się w chłopaku gdy odeszła siostra. Jak radził sobie ze sobą i z innymi ludźmi. Tutaj bardzo spodobała mi się postawa Daniela, bardzo trafne i może chwilami zbyt bezpośrednie podejście do tematu, ale jakże uderzające w tych, którzy za plecami mieli bardzo dużo do powiedzenia, a w konfrontacji z głównym zainteresowanym milknących.
Sama postać Holdera, nie wiem dlaczego ale gdy czytałam Hopeless bardzo go sobie wyidealizowałam, stał się dla mnie facetem wspaniałym. Po prostu marzenie. Teraz, gdy mogłam „wejść do jego głowy”, poczułam lekkie rozczarowanie. Jakby autorka spłyciła jego postać, jakby te reakcje, które podbiły moje serce w pierwszym zderzeniu nie współgrały z tym co myślał. Nie poczułam nic gdy opisywał co się z nim dzieje. Dla mnie zabrakło tąpnięcia. Odniosłam wrażenie, że autorka nie do końca poradziła sobie wczuciem w postać męską. Całość wydawała się zbyt powierzchowna. Sporo scen zostało pominiętych. Spostrzeżenia Holdera jakieś nijakie i nie wnoszące niczego konkretnego. Gdy patrzyłam na chłopaka z perspektywy Hope, wydawało mi się, że ma on wiele naprawdę mocnych tajemnic, że kiedy nagle znikał robił interesujące rzeczy. A tutaj albo był przeskok w czasie, albo dziwne rozmyślania. Mało tego. Scena gdy ujrzał bransoletkę u Sky, byłam przekonana, że kiedy uciekł,  oraz w czasie nieodzywania się do dziewczyny szukał informacji na jej temat, a co zastałam? Rozmowę ze swoim umysłem. 
Rozczarowałam się, ze smutkiem muszę stwierdzić, że Losing Hope nie było tym czego oczekiwałam, na co liczyłam. Dopiero końcowe rozdziały w jakimś maleńkim stopniu mnie poruszyły. Tylko dlatego, że były w nich zawarte informacje, których nie było w Hopeless.
Szczerze mówiąc tą pierwszą czytałam z zapartym tchem, przeżywałam każde zdanie, każde słowo, nie potrafiłam się oderwać. W przypadku drugiej nie zaznałam większych uczuć jak zwykła ciekawość. Czytało się szybko, ale... to nie było nic nadzwyczajnego.
Jak wspomniałam dopiero w ostatnich rozdziałach poczułam smutek, poczułam żal nad losem Lesli, nad Holderem, który był kochającym bratem, który tęsknił i nie potrafił poradzić sobie ze stratą, z poczuciem winy i pustką, którą nie łatwo jest wypełnić.
Mimo minusów, cieszę się, że przeczytałam Losing Hope , że mogłam jeszcze raz spotkać się z bohaterami, przyglądać się wydarzeniom z innej strony. Brakowało mi rozmyślań Sky, brakowało mi kontaktów z Six, którą bardzo polubiłam.
W ogólnym rozrachunku całość oceniam na plus, jednak nie powiem by było czymś co zwala z nóg i równa z ziemią. To miano należy się tylko i wyłącznie Hopeless.

Książka przeczytana w ramach wyzwania 52 książki. 


sierpnia 31, 2014

sierpnia 31, 2014

Hopeless

Hopeless


Chyba już wspominałam,że nie mogę wejść do księgarni, jakiegokolwiek miejsca gdzie są książki i wyjść bez niczego. Czasem biorę tytuł bo wpadnie mi w oczy okładka, niekiedy pamiętam fragmenty pozytywnych opinii, a czasem biorę po prostu w ciemno. Jednak z Hopeless było inaczej. Gdzieś migały strzępki recenzji, których specjalnie nie czytałam, okładka oraz opis. Tytuł miał w sobie coś co mnie przyciągnęło, ale na chwilę, by później zająć się innymi lekturami, do wczoraj. Kiedy weszłam do empiku pierwsze co zauważyłam to właśnie Hopeless, stała przede mną jakby czekała. Wpatrzyłam się i wiedziałam, że nie wyjdę z tego sklepu bez niej. Cieszyłam się jak dziecko kiedy trzymałam przy sobie, ale nie miałam pojęcia, że ta niewielka książka zrobi ze mną coś takiego.

 Nie chcę zdradzić za wiele z fabuły, tutaj każde zdanie jest bardzo ważne i tak naprawdę z chęcią ominęłabym tę część recenzji, by przejść do moich odczuć. Pokrótce wyjawię tyle ile należy, a resztę odkryjcie sami.
Sky jest zwykłą nastolatką, uczy się i ma przyjaciółkę, taką najlepszą. Dzięki niej wie, że nawet przeciwności losu z którymi z pewnością kiedyś będzie musiała się zmierzyć, a dokładnie w chwili gdy zacznie kontynuować naukę na wyższej uczelni. Teraz jednak ma inne bardziej przyziemne sprawy na głowie, na przykład chłopców z którymi spotyka się po kryjomu w swoim pokoju. Plotki z Six oraz zajadanie lodów. Wszystko ulega zmianie w chwili gdy spotyka Holdera. Jako jedyny z dotychczas poznanych młodzieńców przykuwa jej uwagę.  Dla Sky jest to nowe i bardzo dziwne doświadczenie, bo do tej pory czuła obojętność gdy przebywała sam na sam z "adoratorami". 
Gdy w jej życiu pojawia się Dean z początku czuje radość, jednak ta nie trwa długo, szybko jej pierwsze wrażenie zostaje brutalnie odebrane, zaś informacje jakie otrzymuje na temat tego pociągającego chłopca, mówią same za siebie. Nie może mieć z nim nic wspólnego bo będą z tego same problemy. Sama Sky też nie cieszy się kryształową opinią wśród rówieśników, ale nie specjalnie zależy jej by otoczenie zmieniło zdanie. Jest z byt dumna i uparta. Dlatego stawia czoła tym, którzy są przeciwko, a dokładnie wszystkim. No prawie. 
Znajomość z Holderem wbrew jej woli zaczyna się pogłębiać, mimo sprzeciwiającemu głosowi rozsądku. Sam chłopak dość wyraźnie daje do zrozumienia, że jej osoba nie jest mu obojętna, stara się za wszelką cenę dowiedzieć jak najwięcej o Sky.
Jest tylko sporo pytań, na które dziewczyna nie potrafi znaleźć odpowiedzi, zdaje sobie sprawę, że jej życie ulega zmianie.


Szczerze przyznam, opis fabuły, mój czy ten z okładki tak naprawdę nie mówi nic, nie przygotowuje czytelnika na to co serwuje autorka. Bohaterowie są wspaniali i nie chodzi tutaj o fakt, iż ich osoby można by porównać do aniołów, zostali stworzeni tak dokładnie, tak perfekcyjnie, że bez problemu wczuwałam się w odczucia każdego z nich. Kiedy była Sky i jej emocje czułam to co ona, jednak gdy fabuła ukazywała postać Holdera, byłam nim, każdy jego gest, spojrzenie, słowo było niemalże namacalne. Autorka tak wspaniale operuje słowem, iż każde zdanie, każdy wątek jest czymś niesamowitym. Nie można powiedzieć, że jakaś scena była niepotrzebna, bądź drażniła. Losy bohaterki, a raczej wszystkich wciągają, tak naprawdę nie wiadomo w którym momencie przestałam zwracać uwagę na upływ czasu, na późną porę, fakt nieprzespanej nocy za sobą i trudnego dnia. Hopeless mnie pochłonęła. Dosłownie. Kiedy z każdą kolejną stroną otrzymywałam coraz więcej pytań. Przyglądając się rozwijającemu uczuciu tych dwojga uśmiechałam się, wzruszałam, chwilami cierpiałam. Autorka cały czas serwuje plejadę emocji, tak naprawdę przez cały czas bolało mnie w środku, bo miłość Sky i Holdera jest wyjątkowa, pod każdym możliwym względem. Kiedy zostałam wprowadzona w tę najważniejszą część książki, łzy popłynęły same. Odnoszę wrażenie, że co bym nie napisała to i tak nie zdołam ubrać w słowa tego co czułam podczas i teraz po przeczytaniu.
Colleen Hoover poturbowała mnie psychicznie. Dokładnie tak się czuję. Poruszyła bardzo trudne, a zarazem przerażające dramaty, które nigdy nie powinny mieć miejsca.
Dawno nie czytałam o uczuciach w jakże pięknej oprawie, ba! nie wiedziałam,że można tak  cudownie ukazać związek między dwojgiem ludzi, związek który nie jest sielanką, bo przeszłość obojga tych młodych kryje za sobą mroczne tajemnice.Zachwycił mnie styl autorki, jej sterowanie uczuciami czytelnika. 
Co musi się wydarzyć w życiu, by odciąć się od samego siebie, pozostawić tę cierpiącą osobę i o niej zapomnieć... 
Miałam wiele swoich  literackich prywatnych numerów jeden, jednak teraz to właśnie ta pozycja plasuje się z najwyższą notą, jestem przekonana, że długo zostanie na najważniejszym stopniu podium.
Powyższa publikacja wryła się w mój umysł ale i serce, nie potrafię zapomnieć tego wszystkiego z czym przyszło mi się zmierzyć. Hopeless jest wspaniałą lekturą, trzeba przeczytać, trzeba przeżyć po swojemu. Jestem pewna, że w każdym pozostawi jakąś cząstkę, której nie będzie można wymazać z pamięci... Mam ochotę powiedzieć przeczytajcie, bo trzeba, bo to nie jest jakieś tam kolejne czytadło. Gdybym miała ocenić, było by to sześć z plusem.

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger