Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DużeKa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DużeKa. Pokaż wszystkie posty

stycznia 13, 2024

stycznia 13, 2024

You soften me

You soften me


 W okresie świątecznym postawiłam na nieco lżejsze lektury. Byłam przekonana, że „You soften me”, będzie świetną pozycją, która przeniesie mnie do fabuły pełnej emocji. Opis obiecywał naprawdę wiele, dlatego byłam przekonana, że podjęłam trafną decyzję. Niestety popełniłam wielki błąd, ale zacznijmy od początku.

Poznajemy Willow, dziewczynę pasjonującą się tańcem. Można śmiało stwierdzić, że jej życie kręci się wokół tańca i nic poza nim, nie ma większego znaczenia. Za wszelką cenę chce udowodnić sobie i swojej rodzinie, że jest w tym bardzo dobra. Dlatego z zaangażowaniem i powagą podchodzi w przygotowaniach do konkursu, który może otworzyć jej drogę do kariery. Niestety sytuacja zaczyna się komplikować, gdy wieloletni partner ulega wypadkowi. Kontuzja jest na tyle poważna, że nie będzie mógł wziąć udziału w treningach.
Dla Willow jest jasne, że tegoroczny konkurs musi odpuścić, nie ma drugiej osoby, z którą mogłaby wygrać. A nawet jeśli jest, to nie ma mowy, by się przemogła do współpracy z właśnie tym chłopakiem. Victora Dafta, bo o nim mowa, nienawidziła od wielu lat. Nie mogła rozpocząć z nim pracy przed tak wielkim przedsięwzięciem, ale z drugiej strony, wizja rezygnacji była naprawdę dobijająca. Zwłaszcza że ojciec tylko czekał na jakiekolwiek potknięcie córki.
Dla obojga jest to trudna decyzja, ale zdają sobie sprawę, że każde z nich potrzebuje wziąć udział właśnie w tym konkursie. Każde z innych pobudek. Zawierają więc układ – spróbują być profesjonalistami i mimo niechęci – głównie ze strony Willow – i zaangażują w treningi. Czy jest możliwa współpraca i osiągnięcie celu, kiedy towarzyszą tak silne emocje? Czym zawinił w przeszłości Victor i co oboje ukrywają?

Nie ukrywam, miałam swoje oczekiwania względem tej książki. Zapowiadała się naprawdę ciekawa fabuła, a tutaj….

Zacznijmy od wątków, które miały wzbudzać w czytelniku odpowiednie emocje – nienawiść Willow do Victora, cóż chłopak uczynił lata temu dziewczynie, że ciągle powtarzała, jaki jest beznadziejnie arogancki, zadufany w sobie i całe zło świata skumulowało się właśnie w jego osobie? Gdy w końcu wychodzi na jaw motyw, miałam wrażenie, że autorka zrobiła sobie żart z czytelnika. Oczywiście, zaistniała sytuacja mogła wywołać w młodziutkiej dziewczynce pewne negatywne emocje, co miało swoje nasilenie, zważywszy na sytuacje, jaką miała w domu. Niemniej, żeby czuć nienawiść przez tyle lat i upierać się przy ocenie człowieka, którego tak naprawdę nieznała – zwłaszcza w dorosłym życiu. Jawiło się to jak naciągana opera mydlana licealistów na początku edukacji i ich pierwszych rozczarowań rówieśniczych.

Kolejna sprawa i chyba najważniejsza zważywszy na tematykę książki, jak i główny wątek. Taniec, którego nie było. Taniec był tylko słowem i nic poza tym. Oni niby trenowali, ale poza rozciąganiem i kilkoma obrotami, nie dowiadujemy się niczego więcej. Cały czas przyglądamy się dziwnym, wręcz wydumanym potyczkom słownym, które uwierzcie, wcale nie wnosiły fajnych przerywników do całości.

Jedyne co miało naprawę dobry potencjał, a zostało wręcz zamordowane, to była relacja z ojcem oraz jego nową żoną. Tutaj naprawdę można było stworzyć fenomenalne podłoże do pobudek, jakimi kierowała się Willow. Niestety, podczas czytania, odnosiłam wrażenie, że im bardziej autorka chciała zbudować emocje, tym bardziej się nie udawało. Może zabrakło poczucia „tego czegoś” w trakcje pisania? Może początkowy zamysł umarł w butach przed napisaniem prologu? Nie wiem, ale po 150 stronie, wiedziałam, że to będzie droga przez mękę. Wyczekiwałam zakończenia niczym zbawienia.

Nie chcę wiedzieć, kiedy będzie druga część, nie mam najmniejszej potrzeby kontynuacji. Straciłam czas i gdyby nie zobowiązania, nie przeczytałabym tej książki do końca. Tak nijakiej i naciąganej fabuły dawno nie miałam nieprzyjemności czytać. Cóż, po napisaniu opinii planuje zapomnieć o „You soften me”. Nie będę polecała, ponieważ nie poczułam nic, ale decyzję jak zawsze pozostawiam Wam.

 

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

października 25, 2023

października 25, 2023

Stypendium Pentagramu - Mistic

Stypendium Pentagramu - Mistic


 Ostatnio czytam mniej książek z gatunku fantasy, ale czasami są opisy, które mnie po prostu przywołają i decyduje się sprawdzić. W końcu jeszcze kilka lat temu ta kategoria była moim numerem jeden, który później się trochę „przejadł”, ale nie mogę napisać, że zniechęciłam się bezpowrotnie. Dlatego, co jakiś czas, robię sobie odskocznię od thrillerów i wracam do starego dobrego świata istot dziwnych i niespotykanych.

Stypendium Pentagramu od razu mnie przyciągnęło i nawet nie miałam obawy, czy podjęłam słuszną decyzję i mogę polecić ten tytuł?

Dla Mistic, która nie do końca była zżyta z rodzicami, nastał trudny i dosyć zagadkowy czas. Jakiś czas temu otrzymali wiadomość, że siostra dziewczyny – Caroline, źle się poczuła w szkole, do której uczęszczała od roku. Stan był ciężki, dlatego rodzina zdecydowała się na szybką podróż do miejsca, gdzie próbowano uratować jej życie. Jednak po przybyciu do szpitala, rodzice otrzymują wiadomość o śmierci najstarszej córki.

Mistic próbuje zrozumieć, co się stało, jakim cudem jej zdrowa siostra, która nigdy nie narzekała na żadne problemy, mogła dostać dziwnego krwotoku i po prostu umrzeć. Jaka naprawdę była przyczyna jej śmierci i dlaczego w ostatnich miesiącach życia, nie utrzymywała żadnego kontaktu z rodziną?

Na poszukiwanie odpowiedzi nie musiała długo czekać, bo przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, otrzymuje wiadomość od rodziców o pewnej propozycji. Dyrektor szkoły, do której uczęszczała Carol, zaproponował, by Mistic przejęła stypendium po siostrze i zaczęła naukę od klasy drugiej. Czym się kierował i dlaczego wyszedł z taką inicjatywą? Tego dziewczyna nie wiedziała, ale jedno było pewne. Miała jedyną możliwość dowiedzieć się jaka była prawda. I nie zamierza zrezygnować z takiej szansy.

Szkoła w Dirvenly jest miejscem kompletnie odciętym od świata. Nie można kontaktować się z rodziną, samo położenie jest dosyć osobliwe. Z dala od miasteczka, otoczone lasem. Budynek również budzi pewne skojarzenia, ale nie tym martwi się Mistic pierwszego dnia. Jej głowę zajmują inne obawy, jak poradzi sobie w szkole, która kładzie bardzo duży nacisk na sztuki walki? Musi nadrobić sporo zaległości, a w dodatku rozeznać w sprawie siostry.

Już pierwsze dni ukazują się dziewczynie dosyć podejrzanie. Jest świadkiem przedziwnego zdarzenia, które budzi w niej przerażenie. Co gorsza, jedyny świadek zajścia, najpierw nie potrafi określić, co naprawdę się wydarzyło, by później po prostu sprawę bagatelizować. A to dopiero początek niewyjaśnionych sytuacji…

Mogę na początku śmiało napisać, że Mistic, jest bardzo dobrze i przede wszystkim ciekawie rokującym początkiem serii. Bardzo mnie ciekawi kontynuacja, ale zanim przejdę do pełnego podsumowania, co nieco o postaciach.

Mistic jest zwyczajną nastolatką, ma swój inny styl i raczej stroni od bycia w centrum zainteresowania. Co mocno się zmienia, gdy rozpoczyna naukę w Dirvenly. Uwaga szkoły skupia się na dziewczynie, która jako jedyna rozpoczęła naukę od drugiego roku i nikt nie ma pojęcia, jakim cudem do tego doszło. Sama główna zainteresowana, nie do końca chce zdradzać przed nieznajomymi, kim jest i dlaczego otrzymała taką szansę. Niewielu uczniów jest jej przychylnych, ale przyzwyczajona do życia w samotności, nie przejmuje się tym specjalnie. Do pewnego momentu
.
Sky, zdecydowanie bardziej wyrazista postać. Może z powodu negatywnego nastawienia do Mistic, może jej charakteryzacja bardziej przykuła uwagę. Dziewczyna uszczypliwa, wrogo nastawiona z pewnymi tajemniczymi zachowaniami. Polubiłam Sky, chociaż daleko jej do wzorowej bohaterki, ale może właśnie przez te celne uwagi i braku cukru, wydaje się bardziej realna.

Pozostają oczywiście postaci płci przeciwnej. Ethan i Tristan – ten drugi pojawia się nieco później, ale jego rola na pewno wnosi pewnego smaczku w fabule. Trudno jest mi określić, który z tych chłopców wzbudził większą sympatię. Ethan jest fajny, sympatyczny taki typ zamkniętego w sobie uprzejmego chłopaka. Znowu Tristan typowy łobuz, z zadziornym poczuciem humoru, ale jednocześnie umiejącym zachować jak należy. Jeszcze im się przyglądam, zobaczymy, jacy będą w kolejnej części.

Właśnie teraz zwróciłam uwagę na typowy schemat – czyli jest już znany każdemu czytelnikowi… trójkącik. Czy miłosny? Tego nie mam pojęcia, ponieważ autorka bardzo pięknie kluczy między temat uczuciowym. Niby zahacza o wątek sympatii bohaterów, ale nie rozwija wątku. Jak dla mnie super, ale jeśli oczekujecie emocjonujących szkolnych romansów, od razu ostudzę emocje – nie tutaj. Oczywiście można wyczuć pewne iskry między nastolatkami, ale całość jest wyważona i bez niepotrzebnego przyspieszania tempa.

Na pierwszym planie są zupełnie inne sprawy, które rozwijają się w bardzo ciekawym kierunku. Zakończenie nieco zbiło mnie z tropu i jestem szalenie ciekawa, co naprawdę się wydarzyło, dlaczego Mistic trafiła na dziwnych warunkach do szkoły, czy drugie dno będzie ciekawie rozwinięte? Na razie, pozostaje z tymi wszystkimi pytaniami w oczekiwaniu kolejnej części.

Jeśli lubicie książki fantasy, gdzie wszystkie postaci nadnaturalne mogą się pojawić, a do tego czarna magia nie jest straszna. Śmiało sięgajcie po Mistic.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

czerwca 07, 2023

czerwca 07, 2023

Jesień na Węgierskiej

Jesień na Węgierskiej

Sagi rodzinne są gatunkiem, który zajmuje w moim serduszku bardzo ważne miejsce, ale znaleźć taką, którą naprawdę warto przeczytać, nie jest łatwo. Zazwyczaj kieruje się intuicją, musi być to jedno zdanie w zapowiedzi, które sprawi, że będę wiedziała – to jest to. I właśnie tak było w przypadku Sagi rodu Deynerowiczów. Gdy przeczytałam notę od wydawcy, wiedziałam, że bardzo chce poznać losy tej rodziny. Teraz pozostaje najważniejsze pytanie – czy cel był trafny i było warto?

Akcja książki rozpoczyna się w momencie, gdy Jerzy Deynarowicz spotyka się ze swoim bratem Maciejem. Może nie byłoby w tym wydarzeniu nic nadzwyczajnego, ale od lat nie mieli ze sobą kontaktu, co sprawia, że ten drugi staje się nieco podejrzliwy. W jakim celu jest spotkanie i co planuje Jerzy, po którym widać, że jego życie nie do końca ułożyło się, jakby tego mógł oczekiwać. Zresztą dla nikogo nie jest tajemnicą, że jego finanse są ledwo wystarczające do utrzymania rodziny.

Inaczej sprawa wygląda u Macieja, który założył browar i jego interes pozwala na życie, którego zdaje się zazdrości brat, mimo że lata temu każdy krytykował szlachcica parającego się interesami niegodnymi tytułowi. Jak widać, było warto.

Tymczasem Jerzy pogubiony w swoim własnym świecie, próbuje odnaleźć siebie i może własną godność dołączając do wojsk napoleońskich i walczyć o wolną Polskę. Jego głowa nabita jest ideami i wiarą, że z odpowiednim przywódcą, kraj dźwignie się z kolan, a on sam, wróci w chwale do rodziny i nareszcie będzie cenionym człowiekiem. Nie ma jednak pojęcia, czym naprawdę jest wojna i co ze sobą niesie.

Gdy jeden z braci Deynerowiczów będzie odnajdywał zagubiona ambicje wśród koszar, drugi zakończy żywot w nieszczęśliwym wypadku. Tym samym obie kobiety z rodziny, pozostawione same sobie, postanowią połączyć siły, by razem stawić czoła losowi, który w tamtych czasach nie był im przychylny.

Agata – wdowa po Macieju i Marianna. Ta pierwsza nieco zbyt emocjonalna i chwiejna, ale świadoma, że musi sama zarządzać swoim życiem, na przekór wszystkiemu. Jednego czego jest pewna, to niechęć do ponownego wyjścia za mąż. Z kolei druga z kobiet, samą postawą budzi respekt, jest w niej coś takiego, że ludzie ustępowali drogę, patrząc z podziemiem, oczywiście wielu w ukryciu czuło niechęć i zazdrość, jednak mieli świadomość, że ta kobieta nic sobie nie robi z opinii społeczeństwa. To właśnie Marianna przejęła ster zarządzania pracownikami browaru, jej słuchali się bez mrugnięcia okiem. Nawet synowie Agaty czuli respekt połączony z sympatią do wujenki.

Dwie samotne kobiety prowadzące interes, którym powinien zarządzać mężczyzna. Taka sytuacja nie może zyskać aprobaty w czasach, kiedy kobiety nie miały prawa do decydowania o swoim losie. Czy Agacie i Mariannie uda się pokonać przeszkody i iść przez życie na własnych warunkach?

Lektura tej książki była szalenie wciągająca i mogę śmiało stwierdzić, że przeniosłam się w tamte czasy, obserwowałam codzienność kobiet, które były tak od siebie różne, a jednak mimo wszystko potrafiły znaleźć wspólny język. Stworzyły zgrany duet, dając sobie zrozumienie i przestrzeń. Jeśli miałabym określić, do której z pań było mi bliżej, to bez zastanowienia mogę stwierdzić, że Marianna zyskała moja ogromną sympatię. Co nie oznacza, że Agata była negatywną postacią, po prostu jej rozterki i zachowania w konkretnych sytuacjach, były dalekie od moich reakcji. Z kolei ta druga twardo stąpająca po ziemi, budząca respekt, miała cięty język i humor, który dodawał tylko charakteru.

Mam bardzo mieszane uczucia w stosunku do Jerzego, ponieważ przez dosyć większą część książki, starałam się go zrozumieć, nawet chwilami miałam wrażenie, że jego postępowanie naprawdę ma jakiś określony cel. Może przez chwilę czułam współczucie, ale później, gdy zachował się, jak zachował, straciłam do niego szacunek. I nie wiem, czy w kolejnej części, moja niechęć do niego nie zostanie pogłębiona. Jest to mężczyzna przepełniony goryczą i wizjami świata, który nie spełnia jego wymagań, chciałby żyć na określonych warunkach, ale sam od siebie nie wiele wnosi. Nie chcę określać jako tchórz, ale do odważnych również nie należy. Mimo całej negatywnej woalki mam wrażenie, że ten bohater jeszcze zaskoczy – oby pozytywnie.

Fabuła dzieli się na dwie przestrzenie – w jednej części jesteśmy w Sejnach i przyglądamy się życiu dwóch kobiet, które zajmują browarem i wychowują dzieci Agaty i Macieja. Bliźniaków – Jana Macieja i Matusza oraz Elżunię. Słów kilka należy się chłopcom, bo ich rola już teraz podkręcała emocje. Mateusz, który jest zupełnym przeciwieństwem do Jana Macieja. Ten pierwszy butny, mogłabym napisać w niektórych sprawach lekko fanatyczny – ciekawi mnie czy ten wątek zostanie rozwinięty. No i Jan Maciej, bogobojny artysta. Szukający spokoju w modlitwie i rzeźbie. Jestem ogromnie ciekawa, który z nich bardziej zaskoczy w następnej części.

Jestem bardzo ciekawa, co szykuje autorka, bo obrót wydarzeń, mnie nieco zadziwił, a nawet zasmucił, miałam nadzieję, że losy pewnych osób inaczej się potoczą. Jak to już bywa w sagach, te pierwsze tomy są wprowadzające i zazwyczaj niosą więcej pytań, a niewiele odpowiedzi, zatem pozostaje w oczekiwaniu i mam nadzieję, że ten czas szybko zleci.

Oczywiście polecam zapoznać się z Jesienią na Węgierskiej, która została osadzona w trudnych, ale również ciekawych czasach. Mam przeczucie, że ta saga będzie szalenie wciągająca.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


lutego 17, 2023

lutego 17, 2023

Panna bez majątku

Panna bez majątku

 


Trochę zabawianie wstawiać zdjęcie książki w jesiennym anturażu, ale tak się złożyło, że zrobiłam bardzo dawno, książkę również przeczytałam dawno, a jakimś nieoczekiwanym splotem wydarzeń, umknęło mi napisanie opinii. Na szczęście nic straconego, może być w jesiennej odsłonie, chociaż teraz bliżej do wiosny, bo z zimy raczej niewiele w tym roku skorzystamy.


A zatem dziś przychodzę z "Panną bez majątku", książka, która należy do cyklu - W dolinie Narwii, z tego, co się zorientowałam, można czytać tę serię bez zachowania kolejności, ponieważ każda opowiada odrębną historię.
Małgorzata Strzelecka jest szlachcianką o dobrym pochodzeniu, jednak sam tytuł niewiele może zdziałać, ponieważ finanse rodziny są w opłakanym stanie. Kobieta zdaje sobie sprawę, że w jej przypadku idealnym wyjściem jest zamążpójście z mężczyzną, który będzie bardziej majętnym. Co rzecz jasna zawęża pole wyboru, gdyż ochotników na żonę bez odpowiedniego posagu jest niewielu.


W dodatku Małgorzata nie należy do kobiet, które tylko czekają na wydanie za mąż. Bynajmniej, jej zainteresowanie światem, a zwłaszcza nauką, często wprawiają w zakłopotanie płeć "brzydką", bo jak wiadomo, żona ma być ładna i zajmować się domem, a zadawanie pytań zupełnie jej nie przystoi. Taka cecha u panny na wydaniu nie jest mile widziana, zwłaszcza w sytuacji, w której znalazła się młoda Strzelecka.
Tymczasem, jest lato i kobieta spędza ten czas w posiadłości stryja. Upały, które za dnia uprzykrzają życie, wcale nie dają oddechu nocą, dlatego w przypływie odwagi, kobieta wymyka się z domu, by popływać w pobliskim jeziorku. Nie jest świadoma, że na podobny pomysł wpadła jeszcze jedna osoba. I nie będzie nią druga kobieta.


Ksawery Wigura przybył do swojej ciotki, ponieważ poprosiła go o pomoc w pewnej delikatnej sprawie. Otóż po śmierci męża, w domu zaczęły dziać dziwnie rzeczy. Wdowa uparcie przystawała przy wersji, że to duch zmarłego hałasuje w obejściu i niektórych pomieszczeniach zabudowy. Jedna młody baron uważa te teorie za niedorzeczną. Niemniej, nie chce okazać ignorancji względem ciotki. Dlatego postanawia wprowadzić w życie pewien plan, zapolowania na duchy.


Nocne eskapady to jedno, ale dręcząca duchota, sama wiedzie go do jeziorka, które kusi chłodną wodą. Traf chce, że gdy już zanurzy się w kojącej wodzie, dostrzeże, że nie jest sam, a jego towarzyszką jest, półnaga dama.
Zabawna sytuacja, zważywszy na czasy, w których rozgrywa się akcja książki, panna samotnie pluskająca w sadzawce bez towarzystwa odpowiedniej osoby i kawaler. Oboje w dosyć skąpej garderobie. Co z tego może wyniknąć?



Trochę celowo zawarłam w opisie fabuły, sam początek książki. Z pewnością pierwszą myślą, może być - ot przewidywalny romans. I tak i nie, jak wiadomo, te z tłem historycznym mają o wiele więcej do zaoferowania, jednak nie ma sensu ukrywać, że to romans. Bo oczywiście taki jest cel książki. Na szczęście, jak to bywa w tej kategorii literatury, można znaleźć sporo ciekawych wątków, jak również postaci.
Zacznijmy od głównej bohaterki, o ognistym temperamencie, który w dodatku ma poparcie w ogromnej wiedzy i inteligencji kobiety. Z jednej strony zaleta, ale zważywszy na wspomniane czasy, kobieta, która wykazywała się większą wiedzą od mężczyzny, traciła na atrakcyjności. Jak wiadomo, to mężczyźni mieli być wszechwiedzący i z dobrotliwym uśmiechem, tłumaczyć nieroztropność i brak rozeznania na temat swoich towarzyszek życia. Dlatego Małgorzata stanowiła pewne wyzwanie dla potencjalnego wybranka. W dodatku, manifestując swoją niezależność, ubierała się dosyć ekscentrycznie, jak na pannę gotową do wydania.
Z kolei baron Wigura, planował podczas pobytu u ciotki, nabrać większego doświadczenia w obyciu z kobietami. Do tego jednak potrzebował kobiety zamężnej, która znudzona życiem u boku wybranka, szukała niezobowiązującej rozrywki. Bo Ksawery, absolutnie nie planował ożenku, a już na pewno nie w tak młodym wieku. Najpierw musiał skosztować tego i owego. A na horyzoncie, zamiast ponętnej, cudzej żony, poznaje Małgorzatę, której usposobienie, jest dalekie od tego, co dotychczas doświadczał ze strony kobiet. Zwłaszcza tych, czyhających na dobry mariaż.
Gdy zaczynałam czytanie, nie wiedziałam jaki kierunek w fabule wybierze autorka. Bo patrząc na obszerność, domyślałam się, że płytki romans to nie będzie. I się nie pomyliłam. Wątków jest tutaj sporo, ale jednym i według mnie - najciekawszym, była tajemnica związana z podejrzanymi hałasami, które dochodziły z głębi komnat, oraz dalszych pomieszczeń majątku ciotki Wigury. Byłam niesamowicie ciekawa, co się za tym kryje, a każda kolejna wskazówka pobudzała jeszcze bardziej. Bo o ile duchy rzeczywiście stanowiły ciekawy kąsek z lekkim dreszczykiem, tak odkryta prawda, była chyba o wiele bardziej przerażająca.
I mogłabym napisać, że była to lektura wręcz idealna, jednak znalazło się kilka zgrzytów, które mi zaburzały czytanie. Otóż niektóre wątki, były zbyt mocno rozciągnięte, przez co czytałam i miałam wrażenie, że zaraz przekartkuje strony, by znaleźć się w interesującym dla mnie miejscu. Nie interesowały mnie opisy garderoby występujących kobiet ani analizy pewnych niuansów, które niewiele wnosiły do samej fabuły. A tylko służyły za zapychacze. Nie wiem, dlaczego autorka skupiła się na sprawach nieistotnych, kiedy całość miała fantastyczny zamysł.
Nie napiszę, że nie polecam, ponieważ mimo tych mankamentów, które mnie nużyły, całość plasuje się bardzo dobrze. Akcja z tajemnicą jest naprawdę świetna i to właściwie on, mimo że nie odgrywa pierwszych skrzypiec, dodaje pewnej atmosfery tajemniczości, może i nawet dreszczyku niepokoju.
Jest sporo potyczek słownych, zabawnych sytuacji, które świetnie wplecione dodają książce odpowiedniego klimatu. Świetne odzwierciedlenie w osadzonym czasie, właściwie dobrane słownictwo, które nie składa się z przypadkowych słów, charakterystycznych dla danej epoki. Warto przeczytać.



   Tekst
 stanowi oficjalną recenzje dla portalu  DużeKa

grudnia 12, 2022

grudnia 12, 2022

Dom w butelce

Dom w butelce

 


Nie pamiętam, co mnie skłoniło do decyzji o przeczytaniu właśnie tej książki. Może oczekiwania? Bardziej od zapoznania z opowieściami, byłam zainteresowana, sposobem, w jaki autorki ukażą temat i być może - odniosą do zaprezentowanych historii? Nie pamiętam, w każdym razie książka do mnie dotarła i rozpoczęłam czytanie o ludziach i ich jakże trudnych doświadczeniach. Czy uważam te publikacje za dobrą? O tym za chwilę.

Trudno jest zrobić jakikolwiek zarys fabuły, bo jest to reportaż. Zbiór rozmów z wieloma ludźmi z DDA - czyli dorosłych dzieci alkoholików. Nasi nazwijmy roboczo - bohaterowie, są w różnym wieku, a ich status społeczny jest bardzo rozbieżny. Możemy poznać osoby z nizin, ale również tak zwanych dobrych domów, gdzie alkohol był świetnie ukrywany, a o samym problemie wiedzieli i go widzieli tylko najbliżsi, co oczywiście wyśmienicie maskowali przed niepożądanymi spojrzeniami.

Rozmowy a dokładnie zadawane pytania są bardzo osobiste, ale w większości to odpowiedzi wzbudzają wiele emocji. Nie chcę tutaj przytaczać prezentowanych historii, ponieważ nie ma co ukrywać, każda jest na swój sposób traumatyczna i zostawia wiele negatywnych wspomnień. Trafiały się mniej trudne, gdzie alkohol nie doprowadzał do kompletnej ruiny rodzinnej, ale miał wpływ na opowiadającego w jego dorosłym życiu. Nie zawsze, dotyczył też samych rodziców, okazuje się, podobnie można reagować na problem, gdy zmaga się z nim inny członek rodziny - na przykład ktoś z rodzeństwa.

Można napisać, że zazwyczaj alkohol dotyczył jednego z rodziców, który kompletnie nie panował nad nałogiem, są oczywiście przykłady, gdy matka z ojcem siadała do kieliszka. Nie chcę tutaj kategoryzować ani wrzucać te historie do teczki - wszędzie wyglądało tak samo. Bo tak nie było. Alkoholik, alkoholikowi nierówny. Nie każdy, kto dużo pił, był agresywny i krzywdził fizycznie swoją rodzinę. Tutaj mamy przykłady różne. Przemoc fizyczna, psychiczna, jest i przeniesienie problemu z matki na dziecko. Wiadomej jest jedno - gdzie pojawiał się alkohol, tam pozostawiał w członkach rodziny trwałe znamię, które w późniejszym etapie życia dawało o sobie znać.

Nie mogę napisać o samych historiach, a dokładnie poddać ocenie, ponieważ są to spisane opowieści ludzi, którzy doświadczyli często bardzo wiele złego. Zastanawia mnie tylko w jakim celu została napisana ta książka? Bo w moich oczekiwaniach, to autorki miały poddać jakiejś analizie te wszystkie historie i w jakimś stopniu porównać, ukazać co i w jaki sposób wpływa na ludzi, kiedy reagować, co ewentualnie może zrobić ktoś, kto jest świadkiem. Bo skoro bierzemy na warsztat DDA, ludzi, którzy jeszcze tak niedawno nie mieli pojęcia, że ich udział w alkoholu kogoś z rodziny tak się nazywa, to dlaczego nie pójść dalej i cokolwiek napisać w słowie końcowym. A tu, książka kończy się ostatnią opowieścią. I kropka. W takim razie mam pytanie - co my, czytelnicy mamy zrobić z otrzymaną wiedzą? Wielka szkoda, że nie zostały tutaj ukazane na poszczególnych przykładach, konkretnych osób, problemy, co u kogo się przełożyło na życie.

Przeczytałam smutne rozmowy z wybranymi ludźmi, które w pewien sposób mnie obciążyły emocjonalnie. I zostałam porzucona przez autorki. Nie umiem polecić tej książki. Bo jeśli ktoś chce się dowiedzieć, jak wygląda problem alkoholu w rodzinie, jak czują się Ci ludzie, nie trzeba sięgać od razu po książkę, jest sporo filmów. Mnie zabrakło słów od autorki terapeutki - komentarza, czegokolwiek spinającego całość. Nie odradzam, ale specjalnie nie namawiam do przeczytania.




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

stycznia 30, 2022

stycznia 30, 2022

Bardzo długie popołudnie

Bardzo długie popołudnie

 


"Bardzo długie popołudnie" odczekało naprawdę długo w kolejce do przeczytania. I myślę, że dobrze się stało, ponieważ moment, w którym sięgnęłam po tę książkę, był dla mnie na tyle trudny, że potrzebowałam zajęcia umysłu zagadką kryminalną. W dodatku akcja rozgrywa się schyłkiem lat 50., ubiegłego wieku w Kalifornii. Co za tym idzie, będzie sporo udawanego szczęścia gospodyń domowych w bogatych dzielnicach, jak również rasizmu. A wszystko za fasadą pastelowego piękna.


Ruby nie znosi swojej pracy. Jednak bycie czarnym, nie daje zbyt wielkiego wyboru. Musi się chwilowo pogodzić, że jej marzenia, chociaż osiągalne, zostają odroczone na inny termin. Teraz, zmierza do pracy, gdzie znowu będzie musiała znosić upokorzenia ze strony białych pracodawców.
Tego dnia spóźniła się do pracy, wiedziała, że pani Ingram nie będzie zadowolona, niestety autobus jechał zbyt długo. To też, musiała dłużej zostać, niż było zaplanowane. Gdy wyszła do domu Joyce Honey, było kwadrans po piątej. Do tego domu nie szła w stresie, w prawdzie mąż pani Honey, nie lubił, gdy była podczas jego powrotów, to jednak z jej strony, nie poczuła się kimś gorszym i poniżonym. Można by się pokusić o stwierdzenie, że czuła się w pewien sposób zżyta z Joyce. Bardzo lubiła jej dwie córeczki.

Dlatego, gdy tego feralnego popołudnia zmierza w stronę posesji państwa Honey, z zaniepokojeniem dostrzega starszą córeczkę. Dziewczynka czeka, ale jej zachowanie jest nieco dziwne. Ruby zabiera małą ze sobą i kieruje się w głąb domu. Na miejscu słyszy płacz młodszej córeczki, więc jej kroki kierują się w stronę pokoiku dzieci. Dopiero później, odkrywa w kuchni ślady krwi i nieobecność Joyce Honey.

Detektyw Mick Blanke sprawdza ślady pozostawione w domu ofiary. krwi jest sporo, ale nie na tyle dużo, by sądzić, że mogłaby być przyczyną bezpośredniej śmierci kobiety. Zatem, co się stało z panią Honey i kto ewentualnie przyczynił się do jej zniknięcia?

Zatrzymana czarnoskóra Ruby, rzecz jasna nie jest podejrzana. Tak naprawdę nie powinna być w więzieniu, ale kolor skóry, bardzo często był powodem samym w sobie, by uznać daną osobę za podejrzaną.
Dla Micka sprawa wygląda dosyć dziwnie, niby powinien szybko odnaleźć kobietę - lub jej potencjalne zwłoki. A jednak w sprawie jest wiele nieścisłości. Mieszkańcy niechętnie chcą współpracować, wypowiadając się oględnie na zadawane pytania. Nawet przybycie na spotkanie komitetu, do którego należała zaginiona, nie naprowadza na konkretne tropy. Wszyscy są uprzejmi, mają swoje do powiedzenia, ale niewiele wnoszącego do rozwiązania zagadki.

Między czasie. Ruby również próbuje się dowiedzieć, co stało z jedyną kobietą, w tym udawanym i nieszczerym światku, która była jej przychylna. Jako osoba, która ma być niewidzialna i tak jest, też traktowana. Może wiele usłyszeć albo też zobaczyć. Z pozoru nieważne detale, mogą okazać się kluczowe w rozwiązaniu zagadki.

Czy jest coś, co ukrywała Joyce Honey, ta piękna, dobra matka i żona? Dlaczego stała się jej krzywda i gdzie się podziewa? Jak wygląda prawdziwe życie wypielęgnowanych, ładnie ubranych i zawsze uśmiechniętych gospodyń domu?


Dopiero po przeczytaniu książki, zwróciłam uwagę na opinie do niej. I cieszę się, że wcześniej się nimi nie zainteresowałam. Ponieważ z pewnością podeszłabym ze zniechęceniem i rezerwą. A tak, zaczęłam czytać książkę, której opis fabuły wydawał się intrygujący. Według niektórych czytelników "Bardzo długie popołudnie" jest łudząco podobna, do innej historii, szczerze nie mam zielonego pojęcia, o jaką chodzi. Na szczęście dla mnie, nie miałam porównania i czytanie było ogromną przyjemnością.

Według mnie, fabuła ciekawa i zgrabnie poprowadzona. Czułam zainteresowanie z każdą kolejną stroną, a zagadka dotycząca Joyce, była dla mnie, bardzo zgrabnie ukryta. Szczerze mówiąc, do samego końca, nie wiedziałam kto, stoi za zniknięciem kobiety. W prawdzie nie miałam swoich typów, jak to nie raz bywało. Tym razem, po prostu czytałam i oczekiwałam rozwiązania.

Zachowany klimat lat 50., możemy spotkać panie z dobrych domów. Przykładne żony i matki. Pięknie ubrane w eleganckich wystrojach wnętrz. Wszystko, sztuczne i naciągane. Bo w większości, za pięknym uśmiechem, kryły się nieszczęśliwe żony i matki. Często sfrustrowane rolą, której pełnienie przerastało.

Jest również druga strona tego świata. A dokładnie, czarnoskórzy mieszkańcy. Wegetujący w zapyziałych mieszkaniach, które z pewnością nie nadawały się do życia. Często wykorzystywani za śmieszne pieniądze. Poniżani w najrozmaitsze sposoby.

Właśnie w tych okolicznościach, detektyw będzie musiał prowadzić swoje śledztwo. Gdzie jedyna, wiedząca i widząca kluczowe elementy układanki osoba zostanie zdyskwalifikowana z powodu koloru skóry. Czy będzie możliwe rozwikłanie zagadki, czy uciekający czas zadziała na niekorzyść odnalezienia zaginionej? I czy w ogóle będzie istniała jakakolwiek szansa na odnalezienie żywej? A przede wszystkim, kto okaże się winowajcą?


Tekst stanowi oficjalną recenzję dla portalu DużeKa

stycznia 08, 2022

stycznia 08, 2022

Miłość w płatkach śniegu

Miłość w płatkach śniegu


 

Wacław i Albert to dwaj starsi panowie. Spotykają się w pewne zimne popołudnie zupełnie przypadkiem w jednej z kawiarni. Albert jako pierwszy, po kilku rozgrzewających kieliszeczkach nalewki, zwierza się staremu przyjacielowi ze swojego problemu. Otóż jako ojciec czterech, cudownych, ale dorosłych córek uświadomił sobie, że musiał popełnić błąd wychowawczy. 
Żadna z nich, nie kwapiła się, by opuścić rodzinną kamienicę i założyć własną rodzinę.
Dla owdowiałego mężczyzny, który kochał swoją żonę ponad wszystko, nie mieści się w głowie, dlaczego jego ukochane córeczki rezygnują z tak cudownego uczucia, którym jest miłość.

Wacław boryka się z podobnym problemem, o ile jest ojcem tylko jednego, ale jednak syna, który mimo ponad trzydziestu lat w metryce, nie kwapi się do ożenku. A firma trzeba komuś przekazać i co się stanie, gdy jedyny syn, nie będzie miał potomstwa?

Dwaj panowie, odważni i kilka kieliszków naleweczki, postanawiają wcielić w życie swój - jak uważają idealny, ale i lekko podstępny plan. Wspólnie uzgodnili, że syn Wacława w Święta Bożego Narodzenia, oświadczy się jednej z córek Alberta. No przecież, to plan idealny! Dwie szanowane rodziny, w dodatku przyjaciele. Wszystko musi się udać. Tylko zostaje drobny szczegół. Przedstawienia pomysłu głównym zainteresowanym.
I właśnie w tym momencie rozpocznie się zabawa. Ponieważ córki Alberta, z pewnością cudowne, zareagują w wiadomy sposób na pomysł tatusia. Podobnie sprawa będzie wyglądała w przypadku domniemanego Pana Młodego. Na szczęście starsi panowie, nie w ciemie bici, znając swoje pociechy, wiedzieli, które argumenty wytoczą, gdy sprzeciw okaże się zbyt mocny.

"Miłość w płatkach śniegu" - zaskoczyła mnie niezmiernie. Bo byłam przekonana, że zastane, taką typową, słodką, miłosną historię. A tutaj, autorka wykreowała tak niebanalne postaci, oraz fabułę, którą czytałam nie dość, że z ogromnym zaciekawieniem, to jeszcze co chwila wybuchałam śmiechem. Naprawdę, nie miałam pojęcia, że jeszcze znajdzie się książka, w tym klimacie, która mnie rozbawi.

Zacznijmy od postaci - Albert jest taki uroczym starszym panem, w wyobraźni widzi się go jako siwego, ale jeszcze pełnego klasy mężczyznę, kochającego swoje córki. Jego osoba jest pełna ciepła     i dobroci. Myślę, że już od pierwszego zetknięcia, nie ma możliwości, aby nie poczuć sympatii.
Z kolei Wacław, jest typem twardo stąpającego po ziemi, to on trzyma całe przedsięwzięcie twardą ręką. Nie ma możliwości, żeby wycofał się z raz wytyczonego celu. Jakim aktualnie, jest ożenienie swojego jedynego syna, nieważne jak, ale plan musi się udać. Czy można go polubić, ja myślę, że jest on balansem przy dobrym i nieco tkliwym Albercie, razem tworzą świetny duet.

Zanim przejdę do dzieci, muszę koniecznie wspomnieć o Gabrieli - siostry Alberta. Zwanej przez jego córki, cioteczką "G" jak Godzilla. Jest to kobieta, która swoim jestestwem bije po oczach, sposób wysławiania, poruszania, dama z minionej epoki. Oczywiście, jej zdaniem, bratanice są pozbawione ogłady, a niegdyś byłaby nie do pomyślenia. Rozmowy, które prowadzi z czterema kobietami, są komiczne i wnoszą mnóstwo humoru do fabuły.

I nareszcie one - cztery siostry. Aurelia, Kordelia, Emilia i Bibianna. Każda jest inna, tak naprawdę trudno powiedzieć, która wydawała się ciekawsza. Ponieważ wszystkie, odznaczały się silnym charakterem, nawet niepozorna Bibi, najmłodsza z latorośli. Jeśli miałabym ocenić, która z tych kobiet wydawała mi się najbliższa lub czy mogłam się z nią zidentyfikować, to miałabym problem. Nie do końca przypadły mi charakterki tych kobiet. Ich pomysły zniweczenia pomysłu ojca, będą wręcz komiczne, ale nie każdemu będzie do śmiechu, gdy zaczną wcielać go w życie.

Na koniec zostawiłam Pana Młodego - Konrada. Chyba pierwszy raz, było mi autentycznie żal postaci męskiej. Wmanewrowany podobnie jak wyżej wymienione siostry. Miał przeciw sobie, nie tylko absurdalny pomysł ojca, ale w dodatku, stał się celem ataku potencjalnych kandydatek, które wcale go nie interesowały. Szczerze mu współczułam, kiedy dochodziło do zapoznania z czterema zołzami, bo chyba tak można było nazwać siostry.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

maja 28, 2020

maja 28, 2020

niedaleko pada trupo od denata

niedaleko pada trupo od denata

źródło



Twórczość Pani Iwony Banach, znam i doceniam już od wielu lat. Dlatego, kiedy widzę zapowiedź kolejnego tytułu, wyczekuje z zaciekawieniem, czym tym razem, uraczy mnie pisarka. Bo Pani Banach, ma bardzo ciekawy styl, potrafi wydobyć niemalże każde przywary człowieka i ukazać w swojej fabule w taki sposób, że nie można się nie roześmiać w głos. Taki czarny, czasem uszczypliwy humor. Czyli wszystko to, co bardzo lubię. Nie trzeba się więc dziwić, że Niedaleko pada trup od denata, musiałam przeczytać. Co też uczyniłam. I pozostaje postawić pytanie, czy i tym razem autorka trafiła w mój czytelniczy gust?

W pewnym dosyć małym miasteczku, mieszkańcy, a dokładniej mieszkanki ze zniecierpliwieniem oczekują przyjazdu znanego pisarza. Dla miejscowej biblioteki jest to wydarzenie na miarę złotych globów, chociaż nie jeden autor zaszczycił swoją obecnością, jednak akurat Ten, wzbudza ogromne emocje i zachwyty wśród fanów.

Tym większe zaskoczenie, gdy wśród publiczności zasiada jeden, jedyny przedstawiciel płci męskiej. Widać, że zachowuje się dosyć osobliwe, ale nie ważne, o to, wchodzi mężczyzna, który podbił serca czytelniczek w całym kraju. I teraz, one, mogą go zobaczyć, podziwiać i zapytać, o co będą chciały. Emocje sięgają zenitu, jest niemalże idealnie, gdy nagle, dochodzi do katastrofy. Otóż nie każdy darzy pisarza miłością.

Pan, który zasiadł w gronie czytelników, nie przybył z zamiarem otrzymania autografu. Jego planem było, ukarać nikczemnika, przez którego rozpadło się małżeństwo. Jak chciał, tak uczynił. Rzucił się na Bogu ducha winnego autora w celu pozbawienia życia. Na szczęście, zajście zostało spacyfikowane przez obecne kobiety. Ofiara w eskorcie wiernych czytelników, przewieziona do szpitala, sprawca ujęty i tylko panie bibliotekarki nie mogły uwierzyć w całe zajście.

I jeśli ktoś uważał, że w sennym miasteczku nic więcej wydarzyć się nie może, był w błędzie. Emilia, znana i powszechnie wyśmiewana ekscentryczka, okopująca siebie i swój dom na potencjalny koniec świata, odnajduje zwłoki. Co dziwne, nie bardzo rozumie, dlaczego w akurat jej kuchni, ktoś postanowił zabić i pozostawić trupa. Do akcji wkracza policja. Rozpoczyna się śledztwo i dochodzenie. Kto, kiedy i dlaczego mógł mieć motyw.

Wraz z Emilią zamieszkała jej siostrzenica, która postanowiła odpocząć od męczącej matki oraz natrętnego byłego chłopaka. Ciotkę lubiła, chociaż jej dziwactwa były czasem niepokojące, jednak nie doprowadzały do szału, jak zachowanie apodyktycznej matki, ślepo zapatrzonej w niedoszłego zięcia. A skoro o nim mowa, ten nie zamierzał tak szybko odpuścić, do miana byłego, również nie planował się przywiązywać, a dzięki zbrodni w domu ciotki ukochanej, mógł wiele zyskać...

Udaremnione morderstwo, trup w domu znanej dziwaczki. I w końcu wielkie poszukiwanie przestępny, potem kolejny nieboszczyk. Co się dzieje w miejscowości, która wcześniej żyła swoim sennym, wręcz nudnym życiem? Kto morduje, co ukrywa w piwnicy Emilia? W jaki sposób Paweł postanowi odzyskać byłą partnerkę i z jakim skutkiem i wreszcie, komu jeszcze grozi niebezpieczeństwo?

Dzieje się, ale to naprawdę mnóstwo wydarzeń zastajemy już na samym początku. Akcja rozpoczyna się szybko, z impetem. I jak to w tego typu książkach bywa, jest prześmiewczo i karykaturalnie. Większość z postaci ma przerysowany charakter, który albo będzie bawił do łez, albo irytował. Mnie już na samym wstępie drażnił Paweł - były chłopak, siostrzenicy Emilii. Taki typek, któremu się wydaje, że jest ponad innych, najmądrzejszy i najprzystojniejszy, tych naj.. było o wiele więcej rzecz jasna. Tylko wszystkie, w mniemaniu Pawełka, bo inni mieli o nim nieco odmienne zdanie. No, poza matką Magdy, która była równie nierozgarnięta, co jej były zięciu.

Kolejne postaci, Emilia i Magda, aż trudno było uwierzyć, że ta druga, nie jest córką pierwszej, ponieważ o wiele lepiej się dogadywały, co najciekawsze, miały podobne zdanie o Pawełku. Mocne charaktery i chęci robienia wszystkiego na własną rękę. Dlatego, nie można było się zdziwić, kiedy Magda, po wszystkich zdarzeniach w miasteczku zamieszkania ciotki, a wreszcie w jej własnym domu, postanowiła zrobić swoje własne śledztwo, które doprowadzi ją do zaskakujących odkryć.

Ja muszę przyznać, że mam niesamowicie mieszane uczucia. I po raz pierwszy, nie wiem, czy ta książka przypadła mi do gustu, czy też nie. Ogólnie, znam i wiem, jakie poczucie humoru serwuje w swoich książkach autorka. Żarty sytuacyjne, te przerysowania pewnych scen i zachowań. Mimo to nie umiałam się jakoś wczuć, denerwowało mnie wiele wątków. Miałam wrażenie, że czegoś jest za dużo, zbyt wiele się dzieje, co zamiast być w końcu śmieszne, odbierałam za wymuszone i sztuczne.

Książkę przeczytałam, ale nie będę ukrywała, że robiłam wiele przerw, ponieważ miałam poczucie znużenia i zmęczenia tymi wszystkim absurdalnymi zdarzeniami, które miały doprowadzić, nakierować nas i bohaterów do finału. Szczerze mówiąc, ja po pewnym czasie, miałam w nosie, kto zabił, bo tyle się po drodze wydarzyło, że zapomniałam o głównym wątku.

Nie chcę krytykować książki, tylko tym razem, muszę szczerze napisać, że nie zaskoczyłam z fabułą i z tym wszystkim, co postanowiła ukazać Pani Iwona Banach, myślę jednak, że fani powinni sięgnąć po ten tytuł, bardzo możliwe, że to ja, miałam problem z odbiorem, a moje poczucie humoru zawiodło.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

marca 18, 2020

marca 18, 2020

Prawda przychodzi nieproszona

Prawda przychodzi nieproszona


Jakoś tak się złożyło, że polubiłam książki Magdaleny Majcher. I chociaż czasem po zakończeniu czuję pewien niedosyt, to jednak ciągnie mnie do nich. Dlatego, gdy przeczytałam zapowiedź tego tytułu, od razu chciałam przeczytać. Prawda przychodzi nieproszona, rozpoczyna nowy cykl - Osiedle pogodne, Kolejni nowi bohaterowie i jak się okazuje, ich skomplikowane życie.

A o tym, czy warto się z nimi zapoznać i jakie tajemnice mogą ukrywać najbliższe o osoby, spróbuję, nie zdradzając zbyt wiele, napisać w dalszej części tekstu.



Mówi się, że każdy z nas ma swoje tajemnice i nigdy tak naprawdę nie poznamy w pełni drugiej osoby. Ba! Samego siebie jest niesłychanie trudno zrozumieć, a co dopiero obcego człowieka. Nawet jeśli po pewnym czasie staje dla nas bliski.

Magdalena jest zamężna od kilku lat. Michał jest dla niej przyjacielem i ogromnym wsparciem. Może liczyć na jego pomoc niemalże w każdej chwili. A tej, okazuje się, potrzebuje dosyć często. Bo kobieta zmaga się z atakami paniki, które bardzo utrudniają jej funkcjonowanie. Mąż próbował znaleźć źródło tego stanu, dlaczego ukochana, musi zmagać się z tak męczącą dolegliwością.

Wiadome jest, że jako pięcioletnia dziewczynka straciła matkę, mało tego, widziała jej zwłoki. I nic więcej nie pamięta. Nie wie, jak do tego doszło, czy jej mama długo leżała, czy już była martwa, kiedy do niej podeszła, czy miała możliwość uratować jej życie?

Niestety kobieta nie chce o tym rozmawiać. Odsunęła wspomnienia i zamknęła szczelnie przed sobą i całym światem. Zrobiła wszystko, co mogła, aby nie być tą biedną dziewczynką. Tą, którą spotkała tak straszna tragedia.

Tylko prawda, w którą uwierzyła Magdalena i którą chciała, żeby była, okazała się kłamstwem. Tragedia, która zmieniła nie tylko jej życie, wyglądała zupełnie inaczej. I gdzieś w podświadomości, zdaje sobie sprawę, że nie wszytko było takie, jak przedstawiała jej babcia, jak ona sobie wmówiła.

W końcu nadchodzi czas, aby zmierzyć się z lękami. Dosłownie. Magdalena potrzebuje pomocy, ataki są coraz częściej. Tylko by uzyskać pomoc, musi wrócić do wspomnień. A tego bardzo nie chce.



Książka porusza bardzo wiele trudnych tematów. Bo sama śmierć matki, której ciało znajduje dziecko, jest już wystarczająco przerażające. I w sumie, już to wydarzenie może być dla nas wskazówką. Nikt, tak mi się wydaje, ale raczej nikt, po czymś takim, a zwłaszcza dziecko, nie może przejść do porządku dziennego. To zostaje w głowie. Rzuca cień na dalsze życie. Ma swoje konsekwencje w emocjach.

Tak też było z Magdaleną. Jej sposobem na tragedię, było wyparcie jej. Separacja od wszystkiego, co kojarzyło się z tamtym strasznym dnie. Niestety, ukrywając prawdę o sobie, spisała się na życie w ciągłym kłamstwie, a to, zazwyczaj lubi zostać zdemaskowane. Czy tego chcemy, czy nie.

Główna bohaterka cierpi na ataki paniki, co autorka bardzo dobrze i dokładnie odzwierciedliła. Stan, w którym znajduje się taka osoba, jest straszny. I nie można go mylić ze strachem. Nie, to nie jest strach. To jest moment, w którym przestaje się panować nad własnymi emocjami, nad ciałem. Tak naprawdę bardzo trudno jest to opisać, jak tylko jednym zdaniem - czuje się, że umiera. Najgorsze jest to, że wszystko dzieje się w głowie. Nasze ciało jest zdrowe, mimo że faktycznie odczuwamy pewne dolegliwości. Rozumiałam bardzo dobrze tematykę, ataków paniki.

Denerwowało mnie tylko jedno, postawa bohaterki. Bo ona wiedziała, co jej jest, a mimo wszystko nie chciała sobie pomóc. Terapia nie daje efektów od razu, o czym wiedziała. Dlatego drażniło mnie jej zachowanie. Niektórzy, bardzo długo nie wiedzą, że objawy, z którymi się zmagają to atak paniki. Naprawdę myślą, że umierają albo wariują. I ta niewiedza potrafi nasilać ataki, bo strach przed atakiem go pobudza. Błędne koło. W pewnym momencie zaczyna się tylko bać jednego, że będzie atak i on się pojawia, jak ten nieszczęsny Aladyn, na zawołanie.

Nie mogę napisać, by postać Magdaleny wzbudziła moją sympatię. Niestety, mimo ogromu tragedii, jaka ją spotkała, była jak dla mnie osobą trudną. Odnosiłam wrażenie, że wszelkie przejawy uprzejmości pobudzała tylko wtedy, gdy czegoś chciała.

Na szczęście są pozytywne postaci. Jak mąż, myślę, że każda kobieta chciałby mieć przy sobie takie oparcie. Podobnie było z kolegą z pracy - Piotrem. Naprawdę bardzo fajny i pozytywny człowiek. Przykład kumpla, na którym można polegać w różnych sytuacjach.

Sama fabuła może nie pędzie w zawrotnym tempie, może nie wywołuje wrażenia, że czyta się z zapartym tchem, ale jak napisałam we wstępie. Magdalena Majcher potrafi przykuć uwagę i pociągnąć czytelnika za sobą, aż do zakończenia.

Mnie się czytało bardzo dobrze, zaczęłam i zakończyłam w jedno popołudnie. Teraz pozostaje mi czekać na kolejną część. Jestem ciekawa czy będzie wzmianka o Magdalenie i Michale. A wam oczywiście polecam, ciekawa i warta przeczytania książka.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

marca 02, 2020

marca 02, 2020

W niemieckim domu

W niemieckim domu



Bardzo długo unikałam książek, w których będą wspominane fakty z czasów wojny. Nie umiałam przez długi czas przełamać tej wewnętrznej blokady.

Nie napiszę teraz, że oto zaczęłam pochłaniać literaturę wojenną, że każda kolejna pozycja jest o tej strasznej tematyce. Jednak był pewien przełom, no i pomalutku zaczynam sięgać po tytuły, w których fabuła nawiązuje do tych potwornych zdarzeń.
Jednym z nich, było W niemieckim domu, opis fabuły bardzo mnie zainteresował. Bałam się tego, co będzie, ale postanowiłam przeczytać. O tym, co się wydarzyło, ale z nieco innej perspektywy. O emocjach, jakie wywołała we mnie niniejsza książka, już za chwilę.

Powojenne Niemcy, we Frankfurcie mieszka rodzina Bruhns. Młodsza z córek, Ewa oczekuje dnia, w którym jej ukochany poprosi rodziców o jej rękę. Dzień ten wydaje się dla młodej kobiety, jednym z najważniejszych i przełomowych w życiu. I chyba nie do końca się spodziewa, że nim do tego dojdzie, otrzyma ofertę, jakże zupełnie inną od oczekiwanej. W pierwszym odruchu postanowi odmówić, bo tłumaczyć dokumenty to jedno, ale być tłumaczem w sądzie, podczas rozprawy ofiar Auschwitz to zupełnie inna sprawa. Przerażająca i wręcz niemożliwa, by była prawdziwa. I właśnie prawda, chęć uzyskania prawdy, popchnie Ewę do pracy, która zmieni bardzo wiele w jej przyszłości.

Kobieta nie spotka się ze wsparciem ani ze strony ukochanego, ani rodziców. W pracy będzie uchodziła za tą, która nie rozumie, co się stało, albo nie chce. I tak Ewa - Niemka, usiądzie naprzeciw swoich rodaków i ich ofiar. Będzie musiała wysłuchać i powtórzyć najgorsze okropieństwa, z jakimi zmierzyli się ci, którzy przeżyli.
Miotana przez emocje, wyparcia i chęci ukarania zbrodniarzy. Dziwnym zachowaniem rodziców i wreszcie własnego narzeczonego.
O czym wiedziała jej rodzina? Jaką tajemnicę skrywał ukochany i kim tak naprawdę była siostra?

Wiele tajemnic zostanie odkrytych, sporo emocji przyniesie przeczytanie tej książki. Czy Ewa odnajdzie spokój i szczęście po przeżyciu wydarzeń, o których nigdy nie miała pojęcia?

Wspomniałam we wstępie, że historie odkrywające prawdę o wojnie, obozach i tych wszystkich zbrodniach, przez wiele lat unikałam. Nie z powodu ignorancji, nie dlatego, że nie chciałam uwierzyć. Chyba bardziej przerażała mnie myśl albo świadomość jak straszny potrafi być człowiek. Jak zło odbiera zdolność do odczuwania emocji, współczucia. Sama nie wiem, jak to określić. Nie chcę sobie wyobrazić kim Ci ludzie byli, co działo się w ich głowach. Jeśli kiedykolwiek, miałabym stać się takim potworem, wolałabym od razu umrzeć.

Świadome krzywdzenie kogokolwiek czy czegokolwiek, przerasta moje zdolności zrozumienia i wyobrażenia. Zadawanie i patrzenie na ból, cierpienie. Nie wiem, dla mnie myśl o tym, jest horrorem. I właśnie z tego powodu unikałam czytania o tym, wyobrażania sobie i świadomości, że to prawda. Tak było. To nie jest żadna fikcja.

I nie jest tak, że teraz nie odczuwam emocji, o których pisałam wyżej. Teraz po prostu staram się z nimi radzić. Byłam ciekawa innej perspektywy. Wiem, że nie wszyscy, a śmiało mogę napisać, większa część Niemców, nie miała pojęcia, co się działo w obozach. Wiem, bo moi dziadkowie byli w takich rodzinach. Opowiadali jakie informacje dochodziły do cywili. Dlatego krzywdzące jest uogólnianie, że wszyscy byli źli. Zasługują na potępienie. No nie, tak nie było. Często nawet żony tych okrutnych ludzi nie wiedziały, czym zajmują się ich kochani mężowie i ojcowie.

W książce możemy zobaczyć, jak bohaterka miota się między chęcią kontynuowania swojej pracy, doprowadzenia do wyroku skazującego na winnych. I tego, ile ją kosztuje powrót do normalnego życia.
Oczywiście autorka pokazuje społeczeństwo podzielone, na dwie grypy. Tych, którzy nie wierzą w oszczerstwa, i drugich, którzy żądają kary.

Gdzieś między tym wszystkim jest rodzina Ewy, jej matka i ojciec, którzy nie potrafią rozmawiać o przeszłości związaną z wojną. Siostra, niewierząca w żadne zarzuty. Zresztą, siostrunia w tej historii to bardzo interesująca postać. Nie wiem, jak ją określić. Bo dla mnie to wyrachowana kreatura. Pewnie dlatego otaczała rozumieniem zbrodniarzy. Jest mi szkoda, że w pewnym momencie, autorka poprowadziła jej wątek w taki, a nie inny sposób. No cóż, zasługiwała na coś zupełnie innego. Mogę napisać tylko tyle, że jej postać wzbudza wiele emocji, tych negatywnych.

W moim odczuciu książka jest dobrze i ciekawie napisana. Myślę, że autorka właściwie ukazała tę drugą stronę. Bo Ewa chce zrozumieć, ale się boi. Prawda jest druzgocąca, a okazanie zrozumienia ofiarą na niewiele się zdaje. W ich oczach jest jedną z nich. Możemy zrozumieć jedną i drugą stronę. Ona nic nie zrobiła, ponosiła winy, za tych, którzy swoją władzę wykorzystali w najgorszy sposób. Natomiast ich ofiary, nie potrafiły oddzielić winnych od nieświadomych prawdy.

Myślę, że warto sięgnąć po W niemieckim domu, jednak jeśli ktoś nastawi się na szczegółowe opisy tragedii obozów, może poczuć niedosyt, ponieważ tutaj autorka skupiła się na bohaterce, jej rodzinie i otoczeniu. Mnie to nie przeszkadzało, a wręcz przeciwnie. Niemniej, nie każdy może tego oczekiwać.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

marca 13, 2019

marca 13, 2019

Matka sułtanów

Matka sułtanów



Moja fascynacja historią władców Tureckich rozpoczęła się od słynnego serialu. Jak wiadomo, filmy, a zwłaszcza seriale, rządzą się własnymi prawami. I prawdziwej historii zazwyczaj jest niewiele. Dlatego wiedziona ogromną ciekawością, zaczęłam wyszukiwać lektury, które ukazywały jak najwięcej prawdziwych wydarzeń. O sułtance Kösem, mniej słyszałam. Może nie czułam już aż takiego zainteresowania? Nie wiem, jednak gdy otrzymałam możliwość zapoznania się z drogą do tak potężnej pozycji, nie potrafiłam odmówić. I tak oto, w moje ręce trafiła Matka sułtanów.
 

Poznajemy młodziutką Afro, zamieszkującą jedną z Greckich wysp, dziewczyna jest zakochana w pewnym młodzieńcu, ale niestety jej los, został już dawno przesądzony. Opiekun, który wychowywał piękną dziewczynę, dobił targu, z bardzo zamożnym człowiekiem. I oto niespełna czternastoletnia Afro, ma poślubić, niedorozwiniętego młodziana.

Na szczęście ukochany janczar, nie ma zamiaru oddać swej wybranki, planuje ucieczkę. I pewnej nocy, wsiadają na łódkę, która ma ich doprowadzić do innej krainy. Gdzie już nikt nie stanie na przeszkodzie ich wspólnemu szczęściu.

Oboje nie mają pojęcia, że podróż zakończy się zupełnie inaczej, a noc, która miała rozpocząć ich wspólne życie, będzie ostatnią, a później zostaną rozdzieleni.

Afro trafi do rodziny, która zaopiekuje się nią jak własną córką, później, splotem wielu ciekawych wydarzeń, znajdzie się w pałacu Topkapi, nie mając pojęcia, że to niesamowite miejsce, już niebawem, stanie się nie tylko jej domem, ale później miejscem władzy.



Książką dosyć długo czekała na swoją kolejkę, nie wiem dlaczego. Ponieważ naprawdę byłam jej ciekawa. Nawet nie kierowałam się żadnymi opiniami, może przeraziła mnie objętość, bo naprawdę tomiszcze konkretne. W końcu przyszła pora, gdy zasiadłam do czytania.

I tak mogę powiedzieć, że początek był naprawdę bardzo, ale to bardzo wciągający. Historia dzieciństwa i dorastania Afro/Kösem ukazała nam dziewczynę zupełnie inaczej, niż to, co można obejrzeć w telewizji, a która prawda jest tą jedyną? Gdzieś czytałam, w źródle, że Kösem rzeczywiście pojawiła się w pałacu ze swoją opiekunką, która była medyczką wezwaną do postawienia diagnozy. Młodziutka przyszła sułtanka, czekała na swoją piastunkę w jednej z pałacowych komnat, do której wszedł książę i ujrzał przepiękną dziewczynę. Jak się owo spotkanie zakończyło, a raczej jego skutki, znamy wszyscy.

W książce też jest to podobnie ukazane, no i sama Afro, była dziewczyną niebywale sympatyczną i serdeczną. Aż trudno uwierzyć, że z tak delikatnej i wręcz słodkiej istoty, powstała tak silna i władcza sułtanka. Jakie było jej życie w pałacu, zanim stanęła u szczytu hierarchii?

Myślę, że książkę można ocenić różnie. Bo z jednej strony, a raczej do pewnego momentu, historia niesamowicie wciągała, dzięki czemu czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Później, gdy już Kösem dochodzi do władzy, zaczynają się dziać rzeczy, które męczą. Knucie, spiski, morderstwa i ciągłe oczekiwanie na kolejne podważenie panującego władcy.

Można odnieść wrażenie, że lata panowania tej potężnej sułtanki, to jedno wielkie spiskowanie i morderstwa. Ciągłe dbanie o to, by ten, kto ośmielił się sprzeciwić, poniósł wysoką karę.

Nie wiem, czy każdemu przypadnie do gustu objętość i zawartość książki. Bo jak wspomniałam, początek jest naprawdę ciekawy, ale później emocje opadają.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


marca 04, 2019

marca 04, 2019

Żółta tabletka plus

Żółta tabletka plus



Dzisiaj przychodzę z książką, która mnie osobiście niesamowicie zaskoczyła. Przede wszystkim zacznę od tego, że ja nigdy nie lubiłam opowiadań, krótkie formy nie do końca do mnie trafiały. Byłam troszkę na dystans, bo rozczarować się można szybko, ale też nie chciałam całe życie trwać przy jednym, bo kiedyś miałam niechęć. Nadszedł czas, by sprawdzić, jak się sprawy miewają. Na tapetę wzięłam opowiadania i humoreski Anny Sakowicz, a czy Żółta tabletka zadziałała pozytywnie, dowiedziecie się w dalszej części tekstu.
 

Książka oferuje czytelnikowi osiemnaście opowiadań, które mają rozbawiać. No i teraz tak, z jednej strony, część z nich, rzeczywiście mogła wywołać u odbiorcy uśmiech rozbawienia, czasem nawet takiej groteski. Jak na przykład opowiadanie o Mieciu, które z tego, co widzę, zrobiło największą furorę, bo w większości zostało przytoczone. Może dlatego, że jest jako jedne z pierwszych śmiesznych.

Chociaż mnie rozbawiła historia pewnej kobiety, planującej karierę w filharmonii. Szczerze mówiąc, czytałam z pewną dozą szoku i coraz większego zainteresowania, jaki będzie finał. Oczywiście nie zdradzę, jak kończyły się wybrane opowiadania, jedno jest pewne, każde potrafiło solidnie zaskoczyć, a to było najlepsze podczas czytania.
 

Muszę przyznać, że chociaż nie jestem zwolenniczką krótkiej formy, to w żółtej tabletce, jakoś one wszystkie do siebie pasowały. Jedne były prześmiewcze, drugie boleśnie ukazywały rzeczywistość, jak na przykład jedno o różowym pokoju. 

Co bardzo zwróciło moją uwagę, to sposób, w jaki autorka wplatała w historyjki, naszą codzienność, ludzką mentalność. Bo może i rzeczywiście niektóre zdawały się przerysowane i oderwane od rzeczywistości, jednak miały w sobie bardzo dużo prawdy, tej najmocniejszej.

Trudno jest opowiadać o książce, w której tyle się wydarzyło, a nic ze sobą nie miało wspólnego, oprócz spostrzeżeń życiowych. Były momenty, kiedy naprawdę się uśmiechnęłam i rozbawiłam, ale były też takie, kiedy ukazane wydarzenia, problemy wywoływały smutek. Jak na przykład historia o mężczyźnie nie w swoim domu, nierozpoznającym otaczających go ludzi, dlaczego tak się działo? Gdzie było i co było powodem przebywania wśród obcych? No i wspomniany Mieciu, który poszedł na dupy, jego żony i przede wszystkim jej działań.

Kobiety, która chciała zmienić swoje życie, przez rozpoczęcie kariery w filharmonii. Każda z nich miała swój koniec, różny. Jednak dający sporo do myślenia.

Nie spodziewałam się, że książka wywoła we mnie tyle pozytywnych odczuć, mało tego, bardzo bym chciała bliżej poznać twórczość autorki, ponieważ skoro opowiadania tak bardzo przypadły mi do gustu, to mam wrażenie, że z resztą tytułów może być tylko lepiej.

Pozostaje pytanie, komu mogę polecić Żółtą tabletkę plus? Myślę, że każdemu, komu wszystko, co ludzkie, nie jest obce. Trzeba czytać i widzieć to, co jest przemycone między zdania. Szczerze polecam. Warto!




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


stycznia 15, 2019

stycznia 15, 2019

Pochodnia w mroku

Pochodnia w mroku


Pamiętam, kiedy otrzymałam Imperium Ognia, byłam dosyć sceptycznie nastawiona do tej książki, oj długo musiała czekać, aż dam jej szansę.  Jeszcze bardziej pamiętam, jak mnie wciągnęła, kiedy już w końcu zasiadłam do lektury. Byłam pod ogromnym wrażeniem wykreowanego świata przez Sabę Tahir, tego, jakie udało jej się stworzy postacie, ale i niesamowite zwroty akcji. Gdzie praktycznie każda strona przynosiła nowe odkrycie. To było niebywałym doświadczeniem. I teraz w końcu przeczytałam kontynuację. Jak było? Czy autorka utrzymała poziom, a mój zachwyt nie minął?

Laia I Elias uciekli, jednak to nie oznacza, że ich życiu nie grozi już niebezpieczeństwo. Przeciwnie, teraz dopiero zacznie się walka o życie. I tylko ogromne szczęście albo jego brak może zdecydować o dalszych losach tej dwójki.

Pościg dopiero się rozpocznie, komendantka nie odpuści, taka zniewaga jest czymś nie do pomyślenia. Jednak tutaj zacznie się walka o władzę i Ci najbardziej chętni okażą swoją bezwzględność.

Helena, przyjaciółka Elisa, odczuje na własnej skórze, czym jest przegrana w próbie. I jeśli ktoś pomyśli o śmierci, to będzie w błędzie. Bo ta, w tym wypadku byłaby wręcz wybawieniem. Teraz wojowniczka musi się zmierzyć z gniewem Imperatora, żalem po zdradzie przyjaciela i lojalnością do Wielkiego Imperium. Co ma zrobić? Jak teraz stawiać czoła wyzwaniom i przede wszystkim rozkazom? A te są coraz okrutniejsze, cena za tak ogromny jest ogromna. Najgorsze ma się dopiero zacząć, została sama, bez zaufanego przyjaciela.

Dwójka uciekinierów musi zmierzyć się z ogromnymi przeciwnościami. W dodatku czas okazuje się na wagę życia. Podróż do więzienia w Kauf zapowiada się, trudniejsza niż myśleli. Muszą tam dotrzeć i uwolnić brata Lai. Darin bowiem, jest tym, który prawdopodobnie odgrywa ważną rolę w przewrocie Scholarów. Tylko czy będzie żył, kiedy dotrą na miejsce?

Zapowiada się wiele emocji i zaskakujących wydarzeń. Nie zabraknie też brutalności i śmierci. Ta chyba pojawia co krok, ale najważniejszym i tak jest odpowiedź na pytanie - czy tej dwójce się uda? Jaki będzie finał i czy takowy w ogóle będzie miał miejsce?

Pochodnia w mroku musiała odczekać jeszcze dłużej jak jej starsza siostra. Co nie znaczy, że to czekanie było tylko po to, by otrzymać ciosy krytyki. Wręcz przeciwnie. Obawiałam się bardzo, czy autorka udźwignie sukces pierwszej, jak pociągnie historię, by w dalszym ciągu trzymała czytelnika w swych szponach. I powiem tak, było inaczej, ale nie gorzej. Może już nie poczułam tak mocno atmosfery, ale nie dlatego, że się zmieniła. Ja po prostu już wiedziałam, w jakim klimacie będę musiała się odnaleźć. Mrocznym i brutalnym.

Nasi bohaterowie mają coraz to nowe przeszkody na swojej drodze. Jesteśmy świadkami wielu wydarzeń. Możemy wczuć się w perspektywę wielu postaci. I zrozumieć ich położenie, decyzje. To znaczy, nie musimy się z nimi zgadzać, ale przynajmniej mamy wgląd na to, dlaczego postępują tak, a nie inaczej. I ten zabieg w książce był dla mnie ogromnym atutem.

Książka wciągnęła mnie po kilku rozdziałach, tutaj jakoś początek poszedł mi dosyć opornie, albo to mój lęk przed rozczarowaniem zadziałał na niekorzyść dla książki. Na szczęście fabuła zaczęła pędzić swoim rytmem i mnie pochłonęła. Żyłam tym wszystkim i wczuwałam się w każdą sytuację. Polubiłam bardzo Eliasa i Laie, oni tworzyli taką osobliwą parę, nie ciągnęło tanim romansem, absolutnie, uczucie, jakim ta dwójka się zaczęła obdarzać, nie przypominała pięknej miłości. Oni sobie musieli zaufać. Chociaż trudna to była droga. Później odnajdywali poszczególne cechy, swojej wyjątkowości. Bo w tym okrutnym świecie, wyjątkowy był każdy, kto miał ludzkie odruchy, nie odwrócił się od potrzebującego.

Mogłabym pisać i pisać, ale nie zrobię tego. Uważam, że każdy, kto zachwycił się Imperium, może śmiało sięgać po Pochodnię. Gdzieś przeczytałam, że ta część jest o wiele słabsza. Nie mogę się z tym zgodzić. Może nie ma aż takich zwrotów akcji, ale tutaj jak wspomniałam wyżej, już czytelnik wie, na jaką formę brutalności się przygotować. Co do fabuły, jest spójna i ciekawa. Bardzo, ale to bardzo zaintrygowało mnie to, co autorka postanowiła przygotować dla Eliasa. Jestem niesamowicie ciekawa kolejnej części. I będę jej wyczekiwała, tak samo, jak było z Pochodnią. Ja Wam polecam.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger