sierpnia 31, 2017

sierpnia 31, 2017

Ali i Nino

Ali i Nino

O książce, którą dzisiaj opiszę, krążą same peany pochwalne. Jakaż to przepiękna historia miłosna, osadzona w klimacie orientu, dwoje zakochanych wywodzących się z zupełnie odległych kultur i wyznań religijnych. Dzieli ich praktycznie wszystko. Łączy jedno — miłość. Czy to jedno uczucie jest w stanie pokonać wszelkie przeszkody młodych i niedoświadczonych ludzi?

Jak głoszą blurby — jest to druga Love story, czy też Romeo i Julia. Szczerze? Nie działają na mnie tego typu chwyty marketingowe. O wiele bardziej podziałoby na korzyść coś innego. Niestety wydawcy, jak i księgarnie idą na łatwiznę. Cóż poradzić, trzeba mieć nadzieje, że książka jest rzeczywiście dobra i nie potrzebuje posiłkować się na sławie innych historii.

Pozostaje pytanie, czy opowieść o Ali i Nino rzeczywiście jest tak piękna, jak głoszą zachwyty, czy faktycznie porusza serca, pochłania czytelnika i pozostaje w pamięci na dłużej niż do zakończenia ostatniego zdania? Postaram się opisać moje wrażenia jak najdokładniej.

Poznajemy Alego Szyrwanszyra jeszcze na etapie edukacji w szkole, młodzieniec zamieszkuje wraz z rodziną i przyjaciółmi w Baku, miasteczku osadzonym na pograniczu Azji i Europy. Stąd rozterki miejscowych związanych z przynależnością. Cześć chce pozostać Azjatami, innych ciągnie do Europy - tego, jak twierdzą, bardziej rozwiniętego miejsca. Gdzie nie ma zacofania. W szkole uczą się dzieci różnych narodowości, kultur i religii, natomiast nad wszystkim pieczę sprawują... Rosjanie.

Ali jest już u progu dorosłości, jeszcze kilka egzaminów i oto będzie mógł na zawsze opuścić szkolne mury. Zdejmie mundurek i więcej go nie ubierze. Ma jedno marzenie, te najważniejsze. Poślubić Nino Kipiani, Gruzińską piękność, z którą znają się z czasów dzieciństwa. Dla Alego dziewczyna jest ucieleśnieniem ideału. I chociaż ich religie są zupełnie różne, młodzieniec ma dzieje na udaną wspólną przyszłość. W końcu liczy się tylko miłość.

Oboje wyczekują momentu, gdy będą mogli się połączyć, już na zawsze. Niestety los ma inne plany, wojna, która wybucha gdzieś tam daleko i na pierwszy rzut, niemająca wpływu na ich życie, zaczyna komplikować sytuację nawet w Baku.

Trzeba będzie wybrać między lojalnością do religii, państwa, władzy i własnego sumienia. Ali — młodzieniec, który nie chce walczyć w interesie kraju, którego nie uznaje za swój. Jaką decyzje podejmie w tak ważnej sprawie, czy miłość potrafi łączyć mimo tylu przeszkód na drodze?


" Naturalnie, że kobieta nie ma ani duszy, ani rozumu. Po co by je zresztą miała mieć? Wystarczy, że jest cnotliwa i urodzi wiele dzieci. Prawo mówi: świadectwo mężczyzny ma większą moc niż świadectwo kobiety. Nie zapominaj o tym Ali"


Sięgając po lekturę Ali i Nino, spodziewałam się wciągającej oraz naszpikowanej orientem powieści, która pochłonie mnie już od pierwszych stron. Jak się jednak okazało, opowieść snuta przez Kurbana Saida dosyć opornie się zaczęła. I niby nie była pisana trudnym językiem, bo w końcu kultura muzułmanów od jakiegoś czasu nie jest mi zupełnie obca, podobnie z ich nazewnictwem, to jednak było coś, co sprawiało, że nie mogłam poczuć fabuły.

Robiłam kilka podejść, z dosyć marnym skutkiem, w końcu siadłam i dosłownie na siłę zaczęłam czytać, mając nadzieje, że po pewnym czasie przekroczę magiczną granicę i pójdzie lżej.

Książkę muszę podzielić na dwie części, pierwsza, która niemiłosiernie się wlokła. I szczerze mówiąc, obawiałam się, że tak już będzie do samego końca. Odnosiłam wrażenie, że Said Kurban stworzył w pewnym sensie chaos, chcąc zawrzeć jak najwięcej informacji dotyczących miejsca oraz styku wielu kultur, co też uzyskało mierny skutek. Ponieważ nadmiar informacji przytłaczał, a nawet nużył.

Z kolei, gdy już zdaniem autora, czytelnik dowiedział się wszystkiego, co było najistotniejsze, akcja wychodzi jakby na prostą, jest porządek zdarzeń. Bez zbędnego zamieszana. Opisy są bardziej przejrzyste i nie sprawiają wrażenia zlepionych notatek w jedną całość.

Dlatego też mam mieszane uczucia. Nie potrafię powiedzieć, że książka jest zła i szkoda marnować na nią czasu. Ponieważ bardzo ciekawym doświadczeniem jest, sam fakt połączenia się par z zupełnie odległych światów kulturowych. Niemożliwe staje się możliwe. I chociaż same rodziny nie do końca są przekonane do słuszności wyboru swoich dzieci, to jednak młodzi uparcie dążą do realizacji swoich marzeń.

Oczywiście książka ukazuje o wiele więcej, niż samo uczucie tytułowych postaci, mamy tutaj wojnę, rozdarcie między przynależnością. Komu okazać lojalność, komu się sprzeciwić. Myślę jednak, że nie ma sensu zdradzać zbyt wiele. O wiele ciekawiej jest samemu odkrywać poszczególne wątki.

Historia Ali i Nino jest skomplikowana. Nie umiem napisać, by była piękna, ale też nie jest do samego końca tragiczna. Tchnie pewną nadzieją, nadzieją na to, że prawdziwa miłość przetrwa wszystko. I nic, ale to absolutnie nic, nie jest w stanie jej zniszczyć.

Niemniej, to nie jest lekka książka, którą się czyta „do kawy”, potrzebna jest uwaga i przegryzanie każdej informacji, bo podobnych fragmentów, jak widać w cytacie wyżej, znajdziemy sporo. Wywołują różne reakcje, ale taka jest ta religia. Tak oni żyją od lat. Czy każdy stosuje się do narzuconych reguł? Odpowiedzi na te i inne pytania, znajdziecie w książce.
 
                                                                                                                                                                                                                                                                          


sierpnia 16, 2017

sierpnia 16, 2017

Blisko Ciebie

Blisko Ciebie
źródło



Kolejne spotkanie z twórczością Kasie West, autorki kierującej swoje książki w stronę młodzieży. Jakoś tak się stało, że mimo swojego wieku, polubiłam tytuły, z którymi do tej pory miałam okazję się zapoznać. Nic więc dziwnego, że gdy tylko dostałam informacje o najnowszej, zapragnęłam przeczytać. I gdy tylko zjawiła się pod moim dachem, zasiadłam do czytania.

 
 
 
Jest zima, Autumn wraz ze swoimi najlepszymi kolegami wybiera się na wspólny weekend. Obiecała rodzicom, że będzie w stałym kontakcie, ponieważ niezbyt często zostaje na noc poza domem. Jednak tym razem miało być inaczej, miało pójść wszystko, jak należy. W końcu będzie mogła pobyć więcej ze swoim ukochanym Jeffem, który prawdopodobnie poprosi ją, by oficjalnie została jego dziewczyną. Dziewczyna musi tylko skorzystać ze szkolnej toalety. Specjalnie zostali dłużej, żeby zrobić zadania domowe przed wyjazdem. By później nie mieć żadnych zmartwień.

Wszyscy już opuścili budynek, auta czekały na ostatnich pasażerów. Autumn pobiegła tylko do tej nieszczęsnej toalety. I... została zamknięta w szkole. Jej wszystkie rzeczy były w samochodzie. Nie miała ze sobą nawet telefonu.

Chwila konsternacji, panika, po prostu natłok przeróżnych myśli i wizji. Została zamknięta w szkole, gdzie nikogo poza nią nie ma, jeszcze zabłysła myśl — że w końcu znajomi zauważą jej nieobecność. Ktoś się domyśli, zawrócą. Nie zostanie długo, maksymalnie kilka godzin. Można wytrzymać. Można prawda?

Dziewczyna nagle słyszy dźwięk, ktoś przemierza korytarz, nie jest sama. Strach paraliżuje, kto i czego chce? Czy może ją skrzywdzić?
Kiedy jej oczom ukazuje się znajoma twarz — znajoma z widzenia. Czuje coś w rodzaju ulgi, ale tylko na chwilę. W końcu dalej są zamknięci w szkole. Ona przez przypadek, a co z towarzyszem? Jakim cudem został w budynku? Też ktoś o nim zapomniał?

 
 
Gdy zapoznałam się z przedpremierowym opisem książki, troszkę się obawiałam, że historia, którą zaserwuje autorka, będzie naciągana. Z drugiej jednak strony, nie potrafiłam zignorować najnowszą pozycję West, jakby nie było, zaskarbiła sobie moje względy.
I muszę przyznać, że autorka wykonała kawał dobrej roboty. Przede wszystkim tematyka, którą poruszyła w fabule. Oczywiście wszystko dzieje się w klimacie szkolnym, nastolatki i ich pierwsze doświadczenia z uczuciami. Jednak tutaj mam coś jeszcze, coś, z czym coraz częściej zmaga się wielu ludzi. Chodzi o stany lękowe.

Nasza główna bohaterka od wielu lat próbuje sobie z nimi poradzić, w gronie rodzinnym wiedzą o jej problemie, niestety dziewczyna nie podzieliła się tym „sekretem” ze swoimi przyjaciółmi. Żadne z nich, nie miało pojęcia, dlaczego ich koleżanka nagle opuszcza imprezy, dlaczego często odmawia wspólnych noclegów.

Tym razem miało być inaczej, w końcu odważyła się na weekendowy wypad, czuła się na siłach, że sobie poradzi i wszystko będzie dobrze. Nie przewidziała, że spędzi go zupełnie inaczej. Nie miała przy sobie leków, zero kontaktów z kimś, kto wiedział co robić w razie ataku...

Ostatnio coraz więcej jest na temat stanów lękowych. I dobrze, ponieważ większość cierpiących na tę przypadłość, nie przyznaje się do tego. Może z podobnych powodów jak nasza bohaterka, nie chciała być traktowana inaczej, jakoś specjalnie. Inni po prostu się wstydzą „słabości”, jeszcze inni czegoś gorszego — wykluczenia. Tak, nasze społeczeństwo bardzo szybko bawi się w osądy. Jeśli masz problem z emocjami, ze swoją psychiką, która przecież również może zachorować i wymagać leczenia, taka osoba zostaje uznawana za wariata, czy kogoś niebezpiecznego. A tak naprawdę, wystarczy po prostu zachować się po ludzku. Stany lękowe są okropne. I nie powinny być tematem tabu.

Cieszę się, że Kasie West postanowiła o tym napisać, mam nadzieje, że każdy, kto przeczyta, chociaż w maleńkim stopniu zrozumie, że tacy ludzie potrzebują wsparcia, uspokojenia.

Spodobała mi się książka, chociaż samą Autumn średnio polubiłam, ponieważ pomijając jej lęki, była dosyć męcząca, nie potrafiła jasno określić swoich uczuć. Bez własnego zdania, zupełnie nie umiała postawić na swoim, próbując na siłę uszczęśliwić otoczenie, co często miało odwrotny skutek.

Tutaj myślę, ważną rolę odgrywa przemiana, jaka następuje, nie tylko u postaci przewodnich, ale wszystkich osób, które w jakiś sposób odgrywały rolę w ich życiu. Chyba najbardziej polubiłam Daxa, za jego bezpośredniość, nie odgrywał roli super faceta, nie był też jakąś sierotą, na którą zwróciła uwagę szkolna piękność.

Podsumowując, książkę czytało się ciekawie, tym razem mamy nieco poważniejszą tematykę, jakby nasza pisarka ewoluowała, widać jej twórczość wchodzi na wyższy poziom. Do tej pory w lekkich fabułach były tylko przemycane ważne wartości. Tu mamy konkretny, ale i zarazem delikatny problem, o którym jak się okazuje, wielu nie ma pojęcia. Warto przeczytać.
 
 

sierpnia 06, 2017

sierpnia 06, 2017

Moja Lady Jane

Moja Lady Jane



Książki o tematyce historycznej lubię bardzo, chociaż jak wiadomo, nie zawsze ma się Ten moment, na lekturę zajmującą o odległej epoce. Tym razem jednak, w moje ręce trafił tytuł, który owszem nawiązywał do przeszłości, ale... Autorki sprawiły, że to, co wyszło w finalnie, okazało się bardzo interesującą lekturą.

Byłam niesamowicie ciekawa, jak trzy kobiety ukażą prawdziwe wydarzenia połączone z fikcją, którą jak się okazuje, wcale sobie i nam czytelnikom, nie pożałowały. Jakież więc są moje wrażenia po przeczytaniu ostatniej strony? O tym już za chwilę.

Znajdujemy się w posiadłości młodego króla Edwarda, który to już na samym początku swego władania, dowiaduje się, że oto jego młode życie zmierza ku niechybnemu końcowi. Choroba, którą podstępnie trawiła organizm, właśnie zaczęła okazywać się w całej i niestety brutalnej okazałości. Czasu jest więc mało, co za tym idzie, należy przemyśleć sprawy państwowe. Tak, niestety król nie mógł umierać sobie ot tak, w spokoju. Trzeba było zająć się przyszłością ludu.  To też i doradcy, rzekomo zaufani. Snują plany, jakie wyjście z tej smutnej sytuacji będzie najkorzystniejsze.

I tu pada propozycja ożenku kuzynki króla - Lady Jane z synem jednego z najwierniejszych doradców - Giffordem. Oboje nie mają pojęcia, jaki los się im szykuje.  Król związany ze swoją kuzynką, chce, by najbliższa mu osoba została oddana dobremu i prawemu mężczyźnie. Co się tyczy tatusia przyszłego oblubieńca... Ten ma nieco innego pobudki, ale o tym będzie później.
Młodziutka Jane, nieco nieogarnięty w sprawach z niewiastami Gifford. Mają się poznać w dniu własnego ślubu. Ich małżeństwo ma być dla dobra kraju, najlepszym wyjście. Żadne z nich - nawet sam król. Nie mają pojęcia, że padają paskudnej intrydze... Jak więc zakończy się ta opowieść?

Chyba większość wie, z historii, jak długo Jane Grey piastowała swoje stanowisko. Jeśli ktoś nie wie, proszę szybko nadrobić braki. Pytanie, jak zakończyły tę właśnie historię autorki?

Mój opis wydaje się niezbyt zachęcający. Otóż celo w ten sposób napisałam. Książka od samego początku jest pisana bardzo swobodnie, co za tym idzie, nasze dworskie klimaty nie przytłaczają. I wszystko kojarzące się z odległymi epokami, tutaj jest ukazane bardzo, ale to bardzo lekko. Rzekłabym, że można chwilowo się pogubić, o jakich latach jest mowa, co jest oczywiście plusem.

No i jeszcze jedno. Chyba najważniejsze, autorki poszły nie tylko w swobodniejszy wydźwięk tejże historii. Ba, one ją bardzo ciekawie ukazały, wplatając w wątki magiczne. Dlatego proszę się nie zdziwić, gdy nagle mysz zamieni się w człowieka. Tak, tutaj możemy spodziewa się wszystkiego.

Byłam ciekawa czy taki sposób przypadnie mi do gustu. Bo i forma nieco inna, niż te, do których przywykłam. W dodatku wiedza, że całość została napisana w nieco weselszym tonie. No i kiedy w końcu zasiadłam do czytania... Tak przepadłam. Książka czyta się sama. Jest humor, jest tło historyczne, na którym opiera się całość. A elementy fantastyki zostały tak zgrabnie wplecione, że po prostu byłam skłonna uwierzyć, że działy się naprawdę. Wielkie brawo, jestem pod wrażeniem. Zawsze istnieje ryzyko, że całość wyjdzie sztucznie, nie będzie wiarygodnie przemawiało, a tutaj po prostu nie czuło się, kiedy z prawdy wchodziło w świat wymyślony.

Mam maleńkie zastrzeżenia, jeśli chodzi o zakończenie. Chyba spodziewałam się czegoś innego. Po wszystkich rewolucjach miałam nadzieje, że będzie bum, a niestety tego nie otrzymałam.

Mimo wszystko, książkę naprawdę warto przeczytać, ponieważ jest genialną lekturą na letnie popołudnia, deszczowe wieczory, po prostu każdy moment dobry, by poznać tę opowieść. Szczerze i od serca polecam.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle

lipca 28, 2017

lipca 28, 2017

KONKURS - Pędzle w kieliszku

KONKURS - Pędzle w kieliszku



Kochani! Jako, że stałam się patronatem. O czym pisałam kilka postów wcześniej, mam dla Was z tej okazji dwa egzemplarze do zdobycia. Żeby nie było tak łatwo. Trzeba odpowiedzieć na jedno pytanie.  Mam nadzieje, że sobie z nim poradzicie:)



A oto i zadanie konkursowe...



Alkoholizm - jeden z poważniejszych nałogów, ale nie tylko ten może być trudny do ujarzmienia. Praktycznie większość jest od czegoś uzależniona. Napisz bez czego trudno jest Ci sobie poradzić i jak to wpływa na  Twoją codzienność? 


 Najciekawsze odpowiedzi zostaną nagrodzone egzemplarzem książki, to co? Do dzieła!:) 


Regulamin:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga "Niekończące się marzenia - kobiety o literaturze".
2. Konkurs trwa od 2017.07.28 r. do 2017.08.30 r. (do godziny 23.59).
3. Wyniki zostaną ogłoszone na blogu do dziesięciu dni roboczych od zakończenia konkursu.
4. Zwycięzca jest zobowiązany wysłać maila z danymi adresowymi na adres agaaa006@wp.pl w ciągu trzech dni od momentu ogłoszenia wyników. Po tym terminie nastąpi wybór nowego zwycięzcy.
5. Sponsorem nagrody jest: Wydawnictwo Novae Res.
6. Aby wziąć udział w konkursie należy odpowiedzieć na powyższe pytanie.
7. W konkursie mogą wziąć udział jedynie osoby posiadające adres korespondencyjny w Polsce.
8. Do zdobycia są dwie książki, których fundatorem jest wymienione wyżej wydawnictwo, a wartość nagrody jest równoznaczna z kwotą znajdującą się na jej okładce.
9. Zwycięzcą konkursu zostaną osoby, których odpowiedź najbardziej przypadnie do gustu autorce bloga "Niekończące się marzenia - kobiety o literaturze”.
10. Prawo do składania reklamacji w zakresie niezgodności przeprowadzenia konkursu z Regulaminem, służy każdemu uczestnikowi w ciągu trzech dni od daty wyłonienia jego laureatów. Należy je zgłaszać w formie e-maila na adres: agaaa006@wp.pl.

Miło mi będzie za każde polubienie strony:) nie jest to jednak warunek uczestnictwa.

POWODZENIA! :)

lipca 22, 2017

lipca 22, 2017

Detektyw Kris. W półmroku świtu

Detektyw Kris. W półmroku świtu

Jeden detektyw. Jedna sekretarka. Trudna i nietuzinkowa sprawa. Wszystko dzieje się nagle, niespodziewanie, wątki się ze sobą łączą, żeby za chwilę znowu się rozgałęzić w przeciwnych kierunkach. Czasu jest coraz mniej, adrenalina wzrasta, a chęć rozwikłania zagadki przewyższa wszystko. Tak było w fabule książki Detektyw Kris. W półmroku świtu, a jakie emocje towarzyszyły mi podczas lektury? 

Detektywa Krisa poznajemy w momencie kiedy siedzi u siebie w gabinecie, do którego przychodzi kobieta i prosi o pomoc.
Jej stara-nowa miłość życia zniknęła bez śladu zabierając ze sobą samochód już prawie byłego męża klientki. To jednak nie jest w tym wszystkim najlepsze. Z pozoru błaha sprawa z biegiem czasu przybiera takie obroty, jakie nikomu się nie śniły. W grę wchodzi troska o kraj, ochrona prezydenta, machlojki, gangsterskie porachunki i walka dwóch "gryzących" się ze sobą stron. Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa tytułowa postać? Czy udaje mu się wyjść z twarzą i rozwikłać zagadkę? Czy komuś stanie się krzywda, czy może czeka na nas szczęśliwe zakończenie?

Było dużo pytań, nadszedł czas na szczere odpowiedzi. Troszkę zbierałam się do tej pozycji. Co prawda przekonywała mnie do siebie okładką, wydawała się bowiem intrygująca i tajemnicza. Nie miałam nigdy możliwości poznać innych dzieł pana Piotra, więc to tym bardziej działało na korzyść książki. Stwierdziłam, że będzie to ciekawa sensacyjna przygoda, a że mało u mnie na półce takich pozycji, to czemu nie. Jednak... tak bardzo się zawiodłam.

Nie mam w zwyczaju krytykować wszerz i wzdłuż egzemplarzy recenzenckich. Jestem bardziej takim typem, który stara się szukać pozytywnych aspektów, światełka w tunelu. Niestety tym razem chyba się nie uda. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak rozczarowana jakąkolwiek książką. Nie dość, że nie mogłam się skupić na fabule, to jeszcze ciężko było mi połączyć jeden wątek z drugim. Fakt, że prawie wszyscy bohaterowie mieli nazwiska rozpoczynające się na literę "K" wcale mi nie pomagał, ponieważ myliło mi się kto jest kim. Moim skromnym zdaniem sama zagadka, historia i jej przebieg pozostawia wiele do życzenia. 

I choć pozycja ta jest krótka, strasznie się namęczyłam zanim udało mi się przez nią przebrnąć. Nie takiego mojego początku z sensacyjnymi historiami oczekiwałam. Denerwowało mnie przeskakiwanie co rozdział z wątku na wątek i okrojone dialogi. Tytułowy bohater jest mdły i próbuje być wykreowany na superbohatera, ale moim zdaniem niekoniecznie to wyszło. Nie ma w nim dominujących, rzucających się w oczy cech, które porwą czytelnika na długie chwile. 

Tej książce mówię zdecydowanie NIE. Z całym szacunkiem dla pana Piotra, ale jestem rozczarowana i trochę zażenowana, ponieważ już wiem, że oczekiwałam od Detektywa Krisa... zbyt wiele. Może nie potrafiłam zinterpretować zamierzeń autora, ale podsumowując nie jest to pozycja, którą polecam i mówię, że warto. Jeśli ktoś jest fanem autora/wydawnictwa, może spróbować. Ja jednak pozostaje wierna swojemu pierwszemu odczuciu, które mówi mi, że nie warto. Zdecydowanie wolę poświęcić czas na inne książki z Novae Res. 

lipca 19, 2017

lipca 19, 2017

Ławeczka pod bzem

Ławeczka pod bzem
źródło


Czytelnicy mojego bloga wiedzą, jak bardzo polubiłam pióro Pani Agnieszki Olejnik, to też wyczekiwałam najnowszej zapowiedzi. Ławeczka jawiła się wspaniałą powieścią w sam raz na letnie popołudnia. Gdy tylko otrzymałam swój egzemplarz, zasiadłam do czytania. A o swoich wrażeniach napiszę poniżej.


Iga mieszka wraz ze swoją matką i jej partnerem w małym mieszkanku. Niby jest już dorosła i mogłaby żyć na własny rachunek, jednak po zdarzeniu, które wydarzyło się jakiś czas temu, a dokładniej mówiąc następstwach tego, co stało się w jego wyniku. Kobieta musiała porzucić studia i dorabiać w salonie fryzjerskim matki, którego prawdę powiedziawszy, szczerze nie znosiła. Co innego książki, te mogła czytać nałogowo. Marzyła się jej własna biblioteczka, a jeszcze lepiej własny dom. Ten niestety, nie miała szansy kupić. Chyba że los obdarowałby niespodziewanym przypływem gotówki.

Pod wpływem chwili Iga wraz z przyjaciółką Agatą postanawiają wypełnić kupon totolotka i sprawdzić, czy szczęście się do nich uśmiechnie, jednocześnie obiecując wzajemnie, że ta, dla której padnie szczęśliwy traf, podzieli się z drugą nagrodą.

Okazuje się, że szczęście uśmiecha do Igi, która nagle zostaje posiadaczką dwudziestu milionów złotych. Mówi się, że brak pieniędzy utrudnia życie, ale nadmiar również może sprawić kłopot. Zwłaszcza dla kogoś, kto od lat żyje w uzależnieniu od własnej matki. Nie wie, czego od życia oczekuje. Poza jednym — ławeczką pod bzem. Teraz to marzenie ma szansę się z iścić, ale droga do niego, okażę się dosyć przebojowa...

Iga, dziewczyna, która nie poczuła głębszego uczucia do żadnego mężczyzny. Nagła posiadaczka milionów. Przyjaciółka z ciągłymi zawirowaniami sercowymi. I niespodziewani adoratorzy... Jak zakończy się cała historia?
 
 


Kiedy zapoznałam się z fragmentem książki, który otrzymałam jeszcze na długo przed finalnym egzemplarzem, byłam bardzo pozytywnie nastawiona. Ponieważ zapowiadała się naprawdę ciekawie i dosyć inaczej do tych, z którymi do tej pory miałam styczność. Jeśli mowa o twórczości autorki.

Niestety, gdy zaczęłam zagłębiać się w kolejne strony, coraz częściej odnosiłam wrażenie, że fabuła zaczyna, brzydko mówiąc — zalatywać absurdami. Kojarzącymi się z inną rodzimą pisarką, bardzo lubiącą odlatywać w swoich fantazjach względem fikcji literackiej.

Co najgorzej, mijając połowę, doszłam do przykrego wniosku, że książka po prostu zaczyna mnie nudzić. Akcja nie miała ani tempa, ani porywów, które by podbijały emocje. Mało tego, było coraz bardziej przewidywalne. Szczerze mówiąc, właśnie po przekroczeniu połowy wiedziałam, jakie będzie zakończenie. I żałowałam, że tak uparcie czytałam. Ponieważ te wszystkie niby zabawne scenki, które serwowała główna bohaterka, były dla mnie troszkę żenujące.

Jestem w lekkim szoku. Poznałam i zachwyciłam się Panią Olejnik, jeszcze, kiedy napisała książkę skierowaną dla dzieci. Później było tylko lepiej. Byłam przekonana, że nie jest w stanie mnie rozczarować. Bo przecież ktoś piszący tak dobrze, nie może wymyślić nijakiej fabuły. A tak niestety było. Tytułowa ławeczka, no niestety, samo marzenie bohaterki to za słaby filar, by stworzyć całość.

Nic tam się nie trzymało ładu i składu. Panowie pojawiający się w tak absurdalnych okolicznościach, jeszcze głupsze były ich pobudki. Nie wiem. Chcę zapomnieć, że przeczytałam tę książkę, że napisała ją moja autorka. Wmawiam sobie, że był to spadek formy, do której każdy ma prawo.

Nie polubiłam bohaterów, nie potrafiłam wciągnąć się w wydarzenia, których zresztą nie było. Iga albo szukała czegoś w sklepach internetowych, albo wymyślała kolejne kłamstwa swojej matce. No i jeszcze snuła marzenia jak uwieść jednego z facetów, którego wmówiła sobie, że kocha.

Odnoszę wrażenie, że książka została napisana naprędce. Ot był jakiś zamysł z ławeczką. Wizja, która nie udźwignęła całości. Szkoda wielka.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Czwarta Strona. 

lipca 11, 2017

lipca 11, 2017

Pędzle w kieliszku - recenzja

Pędzle w kieliszku - recenzja




Moje nastawienie do debiutów jest dosyć mieszane. Z jednej strony lubię odkrywać nowych autorów, którzy właśnie rozpoczynają swoją przygodę z pisaniem, ale z drugiej. Czasem jest to ryzykowne. Bo reklama swoje robi, niestety nijak się mając do tego, co możemy znaleźć w książce. Dlatego też podchodzę z rezerwą i stawiam na pierwsze odczucia, które poczuję po zapoznaniu z wybranym fragmentem.

Gdy przeczytałam opis, dotyczący Pędzli w kieliszku, poczułam się bardzo zaintrygowana. Tematyka trudna, przemoc w domu, alkohol i w dodatku niespełniony artysta. Mieszanka wybuchowa. Chociaż mnie najbardziej zainteresował ten problem z alkoholem, jak też autor postanowił ukazać nałóg, z którym walczyć jest niekiedy bardzo trudno.

Jako że książka jest pod moim patronatem, wydaje się, że powinna być bardzo dobra. I tak jest, chociaż jak wiadomo, nie ma idealnych debiutów. Ja przynajmniej takich nie czytałam. Teraz przybliżę Wam ten, który mnie zainteresował.

 
Poznajemy Janka, mężczyznę od lat walczącego z nałogiem. Jego życie kręci się wokół picia. Wracając z pracy, jedynym i najważniejszym celem jest napicie się z przyjaciółmi „od kieliszka". Pozorowane kulturalne spotkania przy połówce, często jednak kończące się tak zwanym — urwanym filmem. No a rano, trzeba wstać do pracy. Gorzej, kiedy się nie jest w stanie. Wtedy sprawa nie wygląda już tak wesoło. O czym przekonuje się nasz bohater. Traci pracę, ma przed oczami wizję wylądowania pod mostem. W końcu pieniądze na czynsz nie spadną z nieba.

Mężczyzna postanawia poszukać pracy, wraz z nią, chce rzucić picie i stać się normalnym człowiekiem. Wspiera go przyjaciel, właściciel baru, w którym niegdyś często sięgał po mocniejsze trunki. Tylko czy postanowienie wystarczy, gdy koledzy zaczną zapraszać, podśmiewać. Silna wola jedno, ale ciąg alkoholowy potrafi przejąć kontrolę...

Bywa, że są dni, gdy nic nie wychodzi, ale czasem trafiają się takie, kiedy spotyka się ludzi pomocnych, chcących wyciągnąć rękę, dodać otuchy dobrym słowem. Dla Janka w pewnym momencie zaświeciło słońce, ale czy potrafił docenić szansę od losu?


Pędzle w kieliszku to dobra książka. Ukazuje wzloty i upadki człowieka cierpiącego na uzależnienie alkoholowe. Gdy zdrowy rozsądek przestaje dostawać się do świadomości, a biorą górę te myśli, które nigdy nie powinny dojść do władzy.

Silne postanowienie poprawy i słabości, która bywała częściej niż mocna wiara w wygraną z nałogiem. Wpływ znajomych namawiających, takich, którzy tylko czekają na kompana do wspólnej imprezy. Zwłaszcza gdy będzie ochoczo opłacał rachunki. W końcu po kilku kolejach traci się kontrolę, szczególnie nad własnym budżetem.

Muszę troszkę napisać o stylu autora. Książkę czyta się bardzo szybko i chociaż dziwnie to zabrzmi, z ważywszy na tematykę — lekko. Chociaż mnie osobiście, brakowało rozbudowania niektórych wątków. Miałam wrażenie jakby wszystkie ważne informacje były w formie „pigułki". A szkoda, ponieważ tutaj było naprawdę szerokie pole do popisu. Niemniej jednak książka jako debiut, jest dobra i warta przeczytania.

Janek jest mężczyzną o smutnej przeszłości. Zakorzenionych lękach i złych wspomnieniach z czasów, które powinny się jawić beztroską. Wszystkie te wydarzenia, popchnęły go w "ramiona" alkoholu, dzięki niemu zapominał, nie czuł tego, przed czym uciekał. Tylko czy to było dobre wyjście z i tak trudnej sytuacji? I najważniejsze. Czy można podnieść się po życiowych porażkach i odbić od przysłowiowego dna?


Na te i wiele innych pytań, znajdziecie odpowiedzi w książce. Myślę, że powinno się na nią zwrócić uwagę. Ponieważ porusza ważne tematy, które zazwyczaj rozumieją ci, którzy mieli styczność z osobą dotkniętą nałogiem. Innym wydaje się, że to nic takiego, że osoba leżące z butelką to żul, którym trzeba pogardzać. Nie myśląc, dlaczego taka osoba, znalazła się w tym miejscu.
Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger