Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Literatura kobieca. Pokaż wszystkie posty

stycznia 01, 2018

stycznia 01, 2018

Zostać Panią Parrish

Zostać Panią Parrish



Psychiczna przemoc i zastraszanie są równie groźne jak fizyczna napaść i wyrządzają równie wielkie szkody.

W dzisiejszych czasach chęć posiadania władzy, bogactwa i wysokiego stanowiska potrafi zrobić wodę z mózgu i sprowadzić człowieka na manowce. Czasem dążenie do postawionych sobie celów, które - opierają się głównie na poziomie materialnym - jest tak silne, że człowiek może nie zauważyć kiedy z "mistrza" staje się zwykłym pionkiem i nagle nie on rozdaje karty. 

Amber, główna bohaterka debiutu literackiego, który miałam przyjemność (tak, przyjemność!) przeczytać, jest właśnie kimś takim. Jej plan wbrew pozorom jest prosty; wyłapuje bogate rodziny, uwodzi mężów, którzy na kilometr pachną pieniędzmi i powoli, krok po kroczku wpasowuje się w miejsce żon. Jaka jest jeszcze panna Patterson? To na pewno kobieta bez skrupułów, której motorem napędowym są zbyt wybujałe ambicje. W tym wachlarzu pełnych cech i pozostałych "wartości", Amber na pewno nie ma jednego - życia Daphne Parrish, a tego pragnie najbardziej. Właśnie wtedy w jej głowie pojawia się wspaniały i przebiegły plan działania. Gdy już wdraża go krok po kroku, dopasowuje się do otoczenia, zyskuje zaufanie ludzi bliskich swojej ofierze i odhacza swoje cele, dzieją się rzeczy, których nie przewidziała i które komplikują wszystko. Co zrobić w takiej sytuacji, gdy tak bardzo nienawidzisz swojego życia, że jesteś w stanie zepsuć je innym? Jak sobie poradzić z tym, gdy okaże się, że życie Pani Parrish nie jest takie, na jakie wygląda? Czy Amber uda się zająć jej miejsce i żyć w dostatku? Na te i na inne pytania odpowiecie sobie po lekturze tej pozycji.

Książka podzielona jest na dwie części. W pierwszej poznajemy życie Amber i jej motywy do popełniania kolejnych intryg, kłamstw i przestępstw, by w drugiej zagłębić się w to, jak wyglądało życie Daphne Parrish jeszcze przed przybyciem "przyjaciółki" i do czego potrafi doprowadzić głupia naiwność.

Przyznam szczerze, że nigdy nie sięgałam po książki o takiej bądź podobnej tematyce. Nie sądziłam, że mogą wciągnąć, zaciekawić i dać dużo przyjemności. Tej lektury bałam się wyjątkowo, ponieważ jest to debiut literacki Liv Constantine, dlatego nie byłam do końca pewna, czy autorka (a właściwie autorki, bo jak się potem dowiedziałam, powieść stworzyły siostry) trafi dokładnie w to, czego szukałam. Pierwsze rozdziały przekonały mnie jednak, że nie powinnam oceniać książki po okładce. Zostać Panią Parrish czytało mi się przyjemnie, pochłonęłam ją w bardzo krótkim czasie i byłam pod wielkim wrażeniem tego, co udało się ostatecznie stworzyć. Dodatkowym plusem jest to, jak lekkie i spójne pióro mają siostry, które stworzyły tę książkę. Gdybym nie przeczytała podziękowań, w życiu nie zorientowałabym się, że nie mam do czynienia z jedną autorką. 

Na uznanie zasługuje też fakt, jak idealnie została wykreowana Amber; czy to pod względem charakteru, czy psychiki. Wszystko się ze sobą łączyło, bohaterka miała mnóstwo pomysłów, które nie były zdradzane czytelnikowi od razu, a do końca historii rzeczywiście dochodziło się jak po przysłowiowej nitce do kłębka. Nic nie było przesadzone, napięcie utrzymywało się cały czas, a to sprawiało we mnie poczucie, że chcę więcej, więcej i więcej... Jeśli natomiast chodzi o zakończenie książki, nie spodziewałam się tego, jak to wszystko się zakończyło. W życiu nie wpadłabym na to, że ta historia może mieć taki obrót spraw. Zostałam wybita z rytmu, ale w sensie pozytywnym, bowiem uwielbiam takie fabuły, które nie są przewidywalne. 

Z  niecierpliwością czekam na następne pozycje Liv Constantine. Nie mogę się doczekać, co dziewczyny stworzą tym razem i jak bardzo zaskoczą odbiorców. Śledzę nowości wydawnicze i jeśli tylko zobaczę to nazwisko, nie waham się ani chwili - sięgam i czytam, bo dla takich pozycji warto być bloggerem i dać sobie szansę by otwierać się na nowe, a co najważniejsze - wcale się przy tym nie nudzić, jak i nie czuć goryczy i rozczarowania. Polecam, polecam, polecam!                                                                                                        

października 01, 2017

października 01, 2017

Życie jest piękne

Życie jest piękne



Doświadczyłam cudu. Może nie zawsze życie układało się po mojej myśli, ale podoba mi się miejsce, w którym jestem, i wszystko, co mam. Bo właśnie to sprawia, że życie jest piękne.

Los bywa przewrotny. Wiele razy bywa tak, że człowiek sobie coś zaplanuje od początku do końca, logistycznie wydaje się być wszystko idealnie poukładane, a spokój i harmonia dodają życiu uroku. Ten, kto ciągle wiedzie takie dni, musi zapewne być szczęściarzem. Chociaż wydawać by się mogło, że nigdy nie jest i nie będzie idealnie, a niektóre wydarzenia mogą obrócić światopogląd o 180 stopni, zmiażdżyć psychicznie i zostawić po sobie trwały ślad. Czy łatwo się wtedy podnieść? Zapewne zależy od charakteru, ale i od tego, jakimi ludźmi się otaczamy. Trafiłam ostatnio na książkę, która bardzo poruszyła moje myślenie właśnie w tej kwestii, ale jednocześnie pokazała, że warto wierzyć do samego końca i mieć nadzieję, bo dopóki żyjesz - wszystko jest możliwe. 

Ja nauczyłam się jednego - idealny plan na życie nie zawsze taki jest. Czasem ten nowy, nie do końca przewidziany może być tysiące razy lepszy.

Głównymi bohaterkami powieści Życie jest piękne są dwie dziewczyny w wieku siedemnastu lat - Natalie i Cornelia. Każda z nich przeżywa swoją wewnętrzną historię, problemy, które nie powinny zdarzać się osobom tak młodym. I choć Natalie sprawia wrażenie przebojowej flirciary z pierwiastkiem lekkoducha w osobowości, wcale tak nie jest, bowiem to tylko maska, którą dziewczyna na siebie "założyła", żeby mogła lepiej funkcjonować w społeczeństwie. Cornelia natomiast boryka się z nie lada kłopotem, jakim jest nowotwór. I choć poznajemy ją jako beztroską nastolatkę, która faktycznie cieszy się życiem, wszystko później zmienia się o 180 stopni. 

Z doświadczenia wiem, że kiedy na człowieka zwala się informacja o jakimkolwiek urazie, komplikacjach, chorobie, pozostałe sprawy schodzą na dalszy plan lub przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Świat zatrzymuje się w miejscu, myśli uciekają nieproszone w kierunku, w którym nie powinny, a uśmiech, który kiedyś gościł na twarzy znika, zastępuje go smutek i przerażenie w oczach. Bardzo często wtedy człowiek się poddaje, zamiast stawić temu czoła i walczyć. Co jest najlepszym ratunkiem dla kogoś, kto przestaje widzieć szczęście i sens świata?
Odpowiedź jest prosta - OBECNOŚĆ i TROSKA drugiego człowieka. Choroby, jak i trudne sytuacje, mają to do siebie, że przychodzą nieproszone i budzą postrach, sieją spustoszenie. My jednak nie powinniśmy dać umrzeć nadziei, która jest w każdym z nas i tylko czeka, żeby ją pobudzić do działania. 

Mam wrażenie, że właśnie znalazłyśmy nadzieję tam, gdzie jej do tej pory nie było. I chociaż jeszcze wiele przed nami, to wygląda na to, że obie mamy w sobie pokłady siły i razem podniesiemy się z kolan.

Jeśli jednak chodzi o samą powieść... Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to fakt, że jest przygotowana przez autorkę dokładnie pod każdym względem, fabuła jest przemyślana, wątki ciekawe, a cytaty zawarte w poszczególnych rozdziałach dają do myślenia. Zwróciłam uwagę na niesamowitą relację, która łączy główne bohaterki - ich wsparcie i wiara w siebie są wzorem dla niejednej przyjaźni dwudziestego pierwszego wieku. To więź, która nie tylko podnosi, gdy upadasz, ale dodatkowo uskrzydla i daje motywacyjnego kopa, by pójść do przodu wbrew temu, jakie przeszkody do pokonania na ciebie czekają. Wątki miłosne, które się pojawiają, moim zdaniem są formą urozmaicenia całości - pokazują plusy, ale również minusy decydowania się na budowanie czegoś poważniejszego z drugą osobą. Wnioski nasuwają się same - wsparcie, opieka, troska, akceptacja, rozmowa i umiejętność słuchania są bardzo ważnymi cechami w kontaktach damsko-męskich. 

Patrząc na Życie jest piękne jako na całość, nie umiem dostrzec negatywnych cech, które w jakiś sposób obrzydziły mi lekturę. Książka wzbudza emocje od początku do końca, a moim zdaniem jest to ważna cecha, dzięki której można ocenić jej wyjątkowość. Pióro autorki jest przyjemne, lekkie, miłe i proste w odbiorze; Natalia Murawska nie jest pisarką, która męczy czytelnika swoim stylem, za co serdecznie jej dziękuję. Jeśli chodzi o zakończenie, na pewno jest inne, niż spodziewałam się od samego początku, ale to też dla mnie plus, ponieważ lubię być zaskakiwana. Dobrze się bawiłam w trakcie czytania, ale znalazłam też czas na nostalgię, wnioskowanie i prześwietlenie tego, jakie powinny być najważniejsze wartości, którymi mogliby kierować się ludzie. 

Tym razem po prostu się śmieję. Śmiechem, za którym tęskniłam. To chyba jest ta normalność, którą gdzieś zgubiłam. Brakowało mi jej.

Życie jest piękne to świetna, mądra i przyjemna książka, która jednocześnie wzrusza i pokazuje to, co najważniejsze. Wnioski jakie płyną z lektury są jednoznaczne - nie warto marnować czasu na coś, co było i należy skupić się na pozytywach, które aktualnie serwuje życie. A nawet jeśli czasem boimy się zaryzykować, może warto? Nie mamy pewności, że szczęście nie czeka na nas właśnie tam, gdzie teoretycznie na pierwszy rzut oka spodziewamy się go najmniej. Nie lękajmy się marzyć, kochać i szukać pozytywów. Pamiętajmy, że wszystko zależy od naszego nastawienia - nie tylko do świata, ale również do ludzi. A książkę polecam bardzo gorąco!




czerwca 12, 2017

czerwca 12, 2017

Takie rzeczy tylko z mężem

Takie rzeczy tylko z mężem
źródło


Naczytałam się zachwytów, na temat tej pozycji. Również nad tym, jak autorka wspaniale pisze, o poczuciu humoru. O tym, że nie można się oderwać, a podczas czytania można się zaśmiewać do łez. Dlatego też napaliłam się na ów tytuł. Bo w końcu, kto nie lubi komedii? Chyba większość jest na tak, prawda? Gdy tylko otrzymałam w prezencie swój egzemplarz, zasiadłam do czytania. By zaspokoić swoją ciekawość i dowiedzieć się, w czym tkwi fenomen Pani Przybyłek.

Jestem już po lekturze pierwszej części, druga czeka na półce, jakież są więc moje wrażenia i czy dołączyłam do grona fanów autorki?



Poznajemy Zuzannę, kobietę, matkę i żonę. Właśnie przywaliła w auto pewnej kobiety, a dokładniej mówiąc. W otwarte drzwi, które zresztą nie przetrwały zderzenia. Zuza wściekła na niezbyt ogarniętą właścicielkę pojazdu, którego właśnie pozbawiła drzwi, postanawia uświadomić, jakim jest beznadziejnym kierowcą. No, ale gdy widzi, że sprawczyni kłopotów jest zapłakana, postanawia litościwie służyć poradą, po czym dumnie odchodzi, chcąc kontynuować podróż.

Bo Zuza, pojechała do miasta  w konkretnym celu. Zakupienia prezentu urodzinowego, to też postanawia poszukać go w jednej z księgarni. Traf chce, że trafia na spotkanie autorskie, której pisarki wprawdzie nie zna, ale może w każdej chwilo poznać. I ląduje na kanapie obok innych fanek. Okazuje się, że rzekomo znana autorka, prowadzi szkolenia motywacyjne, pomagając innym ludziom odnalezienia swojego szczęścia, ale najpierw by do tego dojść. Należy uświadomić sobie, co nas unieszczęśliwia. Zuzanna w przypływie chwili wylewa swoje żale na męża, który jakoś zapomniał o tym, że ona go potrzebuje i ogólnie dochodzi do wniosków, że ich wspólne życie jakoś się rozjechało. On żyje sobie, ona sobie. I nawet wspólnie noce obok siebie nie łączą, ponieważ Ludwik nocami szuka skarbów, a raczej gratów.

I w chwili, gdy ignorowana małżonka, mówi na głos, co ją boli, uświadamia sobie, że musi zacząć walczyć o swoją pozycję, jako kobiety. I musi koniecznie pobudzić, dawne emocje, które teraz, jakoś sobie poszły spać.

Przypadkowe spotkanie w księgarni, nieoczekiwana wizyta niezbyt lubianej kuzynki męża. I... gość, na którego nikt nie czekał. A to dopiero początek problemów.
 
 
 


Wiele oczekiwałam po tejże książce, byłam niesamowicie szczęśliwa, kiedy trafiła w moje ręce. I gdy w końcu zaczęłam czytać. Poczułam, rozczarowanie. Na początek muszę przyznać, że nie mogłam wgryźć się w sposób narracji. Zuzanna wypowiadała się do „Was”, czy sami rozumiecie, no sami powiedzcie. Kto? My czytelnicy, czy pojedynczy czytelnik? To było na początku pisane w formie artykułu, pamiętnika? Nie bardzo ogarnęłam. Z jednej strony pamiętniczek, a z drugiej jakieś komunikaty w stronę czytelnika. No ale trudno. Widać autorka taki miała zamysł. Trzeba było przetrwać.

Miałam nadzieje, że fabuła w końcu się rozwinie. I Zuzanna, która wychodząc z księgarni, miała moce postanowienie, zrobienie CZEGOŚ ze swoim małżeństwem, wpadnie na super pomysł. W dodatku, na okładce widnieje napis o komedii małżeńskiej. Bardzo czekałam na tę komedię, tak czekałam, że zastałam zakończenie, ale komedii nie. Szkoda wielka. Humor jako taki, dostarczała postać matki bohaterki, która co chwila szykowała się na śmierć. I jej wstawki z pożegnaniem, wywoływały uśmiech. Niestety matki było jak na lekarstwo, nie ma co się dziwić, wszak umierała. Trzeba jej było zapewnić spokój.

Próżno było czekać wielkiego bum, związanego z małżeństwem Zuzki. Bo ten zapał razem z pomysłem autorki, chyba gdzieś się ulotniły w trakcie pisania. Ponieważ przez większą część, borykamy się z zacofaniem wioski, w której to została osadzona akcja. I ja tutaj chciałam wystosować zapytanie do Pani Przybyłek. Gdzie znalazła aż tak zacofanych i zawistnych ludzi? Bo myślałam, że lata temu, Michalak, przestała wymyślać podobne rzeczy, ale jednak nie. Jest i następczyni podobnych głupot.

Dziewczyna ubrana na czarno, wywołująca strach i przerażenie. Ani to śmieszne, bardziej żenujące, by coś podobnego wymyślić. Przykre bardziej niż śmieszne. No, ale możliwe, że autorka zna taką wioskę. Jednak proszę mi wierzyć. Wieś w dzisiejszych czasach, nie jest już tak zacofana. Wiem, bo całkiem przypadkiem mieszkam od niespełna trzydziestu lat. I jeszcze nikt, nikogo odmiennie ubranego nie miał zamiaru wypędzić.

No wreszcie główna bohaterka. Głupia jak but. Zuzanna chce coś zmienić. I robi to w tak nieudolny sposób, że chyba gimnazjalistki wpadłyby na bardziej dojrzały pomysł. W dodatku jej brak reakcji na ataki w stronę gościa, który zamieszkał pod ich dachem, był po prostu porażający. Sytuacji, w których ta kobieta zachowywała się bezmyślnie, było tak wiele, że w pewnym momencie miałam dosyć czytania.

Książkę czytało mi się koszmarnie. Na domiar złego, ilość błędów przerażała. Literówki i przekręcone wyrazy oślepiały. Jak można dopuścić, by w tekście, który ma iść do druku, znalazło się aż tyle błędów? Mam nadzieje, że kontynuacja będzie lepsza. Niestety już mam i przeczytam. Nie chcę zrażać się do autorki po jednej książce. Oby kolejna była miłym zaskoczeniem. Tutaj niestety spotkało mnie rozczarowanie.
 
 

listopada 28, 2016

listopada 28, 2016

Kółko się zakochuje

Kółko się zakochuje

Zrozumieć kobiety. Nie taka prosta sprawa, ale zrozumieć mężczyzn i w dodatku znaleźć idealnego... graniczy z cudem. Jak w dzisiejszych czasach kobieta ładna i inteligentna ma poznać tego jedynego na całe życie i skąd pewność, że ten to właśnie Ten?
Kółko powstałoby się wzajemnie wspierać w znoju nauki, pierwszych krokach dorosłości, a później... relacjonowania pierwszych randek. Posiadanie przyjaciółek jest bardzo ważne. Zwłaszcza gdy samo zdobycie dyplomu nie równoważy się z tuzinem ofert pracy, a kolejna nieudana próba miłości tej do końca życia spaliła na panewce.

Sześć przyjaciółek, znają się jak łyse konie. I chociaż lata nauki zaczęły odchodzić w zapomnienie, to nadal trzymały się razem – z wyjątkiem Zyty i Poli. Pierwsza postanowiła przeciągnąć wiek beztroski, dokształcając się, druga ambitnie realizuje plan napisania doktoratu. Wieczna dziewica.
Pozostałe rozpoczęły życie na własny ubogi rachunek. Bo wiadomo realia, są takie, a nie inne. Dyplom można mieć, a o pracę nawet w wielkim mieście nie tak łatwo, a że w kupie siła, dlatego dziewczęta postanowiły pomieszkiwać razem, to znaczy nie wszystkie. Podzielone na grupy. I chociaż mieszkały jeszcze jak za studenckich czasów to miały świadomość, że powoli nadchodzi czas by znaleźć porządnie płatny i w dodatku wymarzony etat. No i męża. Niby nic wielkiego, a jednak.

Ruda, naczelna uwodzicielka. Spotykała się z facetami i rozstawała. Żyła po swojemu, wiadomo szukanie miłości po wsze dni to jedno, a potrzeby drugie.
Madzia postanowiła spróbować swoich sił daleko od ojczyzny, może tam hen za oceanem czeka ten jedyny i wymarzona praca?
Czikita, od pewnego czasu spotykająca się z namiętnym Latynosem, jak się okazało wiek nie ma znaczenia, kiedy w grę wchodzą uczucia. W dodatku PRAWDZIWE. Tylko czy w obie strony...
Ania jako jedyna z grupy posiadająca od wielu lat wybranka losu, tylko coś ten przyszły, a jednak niedoszły mąż nie śpieszył się z zadaniem najważniejszego pytania. Przynajmniej dla czekającej Ani.
Została Zyta, główna dowodząca kółkiem, samotna szukająca, nieumiejąca się zdecydować, który z potencjalnych amantów mógłby zyskać miano partnera, może kiedyś kogoś więcej? Przystojny szachista, a może uprzejmy fan motoryzacji?

Zwykła codzienność, ale często jak bardzo bliska wielu kobietom. W końcu większość z nas dochodzi do tego etapu, gdy kończy się szkoła i trzeba rozpocząć pracę. Szczęśliwe, które w czasach licealnych poznały przyszłego męża, i później, gdy odpowiednia suma została zebrana – spełniły marzenie. Mówiąc sakramentalne tak. Pozostaje też grupa kobiet, dla których płynący czas bezlitośnie dodaje lat, ale nie wrzuca pod nogi świetnej umowy, ani nie aranżuje przypadkowego spotkania z panem idealnym. Co robić, kiedy kolejne kartki z kalendarza przyprawiają o ból głowy, szara rzeczywistość robi się bardziej szara. I tylko, a może aż koleżanki stoją u boku i wspierają się we wspólnej niedoli? Trzeba działać. Jak? To już zadanie do omówienia na spotkaniu kółka...

Książka ukazuje perypetie sześciu przyjaciółek, które są trochę postrzelonymi osobowościami, ale każda z nich ma to samo marzenie. Poznać mężczyznę idealnego. Zdaje się, że nie powinny z tym wyzwaniem problemów, ale... nic bardziej mylnego. Kiedy uroda i inteligencja idą jednak w parze, krąg potencjalnych amantów się zawęża. Niestety. Kobiety mają swoje wymagania i oczekiwania. A panowie? No cóż. Nie śpiewają serenad pod balkonami. Mało tego, każdy kolejny okazuje się większym rozczarowaniem od poprzednika.
W końcu matka przełożona zgromadzenia postanawia, by rozpocząć poszukiwania na portalach i czatach. Bo w końcu od czegoś one są, opinie różne, ale może kto wie? W gąszczu napaleńców i wariatów uchował się jakiś rozsądny?

Przyznać muszę, że historia, jaką zdecydowała się ukazać autorka, nie jest niczym nowym, jednak przedstawiona została w bardzo humorystyczny i swobodny sposób, dzięki temu zyskuje i sprawia, że czyta się lekko i nie jeden raz można wybuchnąć śmiechem. Zwłaszcza podczas słownych przepychanek koleżanek, które wierzcie mi na słowo — mają charakterki. Cięte riposty i poczucie własnej wartości – to cechy, którymi obdarzone były kobiety.
Wraz z bohaterkami będziemy zmagać się z ich rozterkami, zakochanej w nieco starszym namiętnym Julianie, wiecznie czekającej na oświadczyny Ani, która niby szczęśliwa, a jednak pogodzona z losem braku porywów w związku. Niezdecydowanej Zyty, będącej pomiędzy zachwytem nad Pawełkiem a miłymi rozmowami z Zetem, który z nich ma szanse? Wiecznie siedząca w książkach Pola, wykładowczyni i przyszła doktorantka, trzymająca cnotę jako trofeum dla tego najważniejszego, mimo upływu lat. I Madzia, która swoim szczęściem do wybranków losu przebije wszystkie członkinie kółka.

I chociaż losy bohaterek wydawać się mogą banalne, ja w towarzystwie kółka spędziłam bardzo przyjemne chwile. Zżyłam się z każdą z dziewczyn, polubiłam i byłam niezmiernie ciekawa, jakim efektem zakończą się poszukiwania, a kiedy dotarłam już do celu naszej wspólnej podróży, poczułam smutek, bo odniosłam wrażenie, że muszę opuścić kółko.

Myślę, że książka spodoba się każdej kobiecie, ponieważ jest typowym poprawiaczem humoru i jeśli nawet macie już poukładane życie, to nic nie stoi na przeszkodzie wyruszyć z tymi postrzelonymi dziewczynami na poszukiwanie miłości do grobowej deski. Polecam.

lipca 06, 2016

lipca 06, 2016

Kiedy odszedłeś

Kiedy odszedłeś



W jaki sposób można poradzić sobie po stracie kogoś bardzo bliskiego? I nie zawsze chodzi o partnera czy partnerkę, nie musi być to ktoś związany formalnie, bądź genetycznie. Wystarczy, że w naszym życiu zajmie jedną z ważniejszych ról, że pokochamy, dzięki niej i dla niej będziemy chcieli być lepsi.
A gdy nagle odejdzie, zabierze ze sobą cząstkę nas, pozostawiając tę okrutną pustkę, nie mówiąc jak dalej żyć. Co zrobić by świat wydawał się bardziej przychylny, a ból mniej dotkliwy? Louisa już wie, ale czy wskazówki otrzymane od Willa wystarczą? List skrzętnie ukrywany będzie miał moc jaką powinien?

Kiedy Will odszedł przez pewien czas żyła w innym świecie, robiła to, co on chciał. Zwiedzała miejsca, o których opowiadał, w których sam często bywał zanim doszło do wypadku. Zanim przestał być tym wspaniałym młodym człowiekiem. Teraz, ona, Louisa musi złapać równowagę. Odnaleźć własną drogę życiową i nie tracić czasu na rozmyślania, żałobę i postój. W końcu on by tego nie chciał. Niby tak łatwo znaleźć pracę, codziennie wychodzić z nowego mieszkania, a później do niego wracać. Z pozoru wszystko zaplanowane i wydawałoby się, że jak należy. Tylko czy aby rzeczywiście tak było?

Zamieszkała w Londynie, jak najdalej od miejsca, od ludzi, którzy kojarzyli się z nim, a później z dniem, który zmienił nie tylko jej życie. Próbowała robić rzeczy, z których Will byłby dumny, chociaż nie do końca wychodziło, jak było w zamiarach. Usilnie wmawiając sobie, że w końcu stanie się coś, że będzie lepiej.
I nagle przez zupełny przypadek, chwilę nieuwagi dochodzi do zdarzenia, które może nie odmienią życia Lou o 180 stopni, ale jednak namieszają w dotychczasowych zmartwieniach. Dni pełne marazmu i znużenia zastąpi coś innego, nieoczekiwanego i w pewnym sensie wstrząsającego. Chyba w najśmielszych snach nie oczekiwałaby takiej "niespodzianki" od losu.

Niby nowa i odmieniona, ale jednak wciąż ta sama Lou. Chwilami pogubiona, nie potrafiąca ruszyć z miejsca, przejmująca rolę zbawicielki świata, oprócz samej siebie. Czy w końcu odważy się i odnajdzie to, o czym wspomniał w liście Will? Rozbudzi niespokojną duszę? A może wróci do dawnej i wycofanej dziewczynki?

Zanim przejdę do wrażeń po zakończonej lekturze Kiedy odszedłeś, nawiążę do tej poprzedzającej, do tej która sprawiła, że przez kilka godzina nie potrafiłam powstrzymać łez, nie potrafiłam zrozumieć dlaczego musiało się tak zakończyć. I chociaż próbowałam na wszystkie możliwe sposoby wytłumaczyć postępowanie i decyzję Willa, i tak nie pomagało. Czułam dotkliwy ból, jakbym to ja straciła tę osobę. Chyba jeszcze nigdy do tego stopnia nie wczułam się w fabułę i nie rozpaczałam po zakończonej książce.
Dlaczego wspomniałam o Zanim się pojawiłeś? Ponieważ jak dla mnie to na niej powinna zakończyć się historia Lou i Willa. Z chwilą kiedy przeczytała list, kiedy ruszyła w nową drogę swojego życia, powinniśmy byli się z nią pożegnać. Autorka jednak doszła do wniosku, że jednak chce pokazać co działo się u kobiety po całej tragedii. Jak sobie  radziła, albo i nie z bólem i każdym nowym nadchodzącym dniem bez ukochanego.

Znowu spotykamy Louise, która jest w żałobie i jeszcze  nie odzyskała w pełni równowagi emocjonalnej, mimo podjęcia pracy i kupna mieszkania. Z tą różnicą, że wraz z nią "przeprowadzamy" się do Londynu, nieumeblowanego mieszkania oraz pracy w kawiarni przy lotnisku. Tak więc jakby nie wiele się zmieniło. Will odszedł, a ona sama powróciła do starych nawyków, przed poznaniem mężczyzny. W prawdzie chciała spełniać obietnice złożone przed jego śmiercią, ale w praktyce okazało się troszkę trudniejsze. Tak więc razem z Lou siedzimy w domu, jedziemy do pracy, poznajemy nowych dziwnych ludzi, bierzemy udział w spotkaniach dla tych, którzy stracili kogoś bliskiego, ucząc się żyć bez nich.

Tak naprawdę nie pojmuje jakim cudem książka urosła do tak wielkich gabarytów. Kiedy otrzymałam swój egzemplarz spodziewałam się czegoś, sama nie wiem czego, ale no jakiś wydarzeń. A otrzymałam przegadaną i nudną historyjkę o tym co działo się z kobietą po śmierci ukochanego. Ja nie wnikam i nie oceniam zachowań ludzi, którzy przeżywają żałobę. Prawdę mówiąc nie chciałabym przeżyć czegoś podobnego, co przedstawiła autorka w poprzedniej części. Wiem, że najnormalniej w świecie bym tego nie uniosła i pewnie oszalała z rozpaczy kończąc w szpitalu dla umysłowo chorych. Jestem zupełnie nieodporna na tego typu tragedie. Bo jeżeli zwykła książka poturbowała mnie do tego stopnia, że przez kilka dni nie wiedziałam jak poradzić sobie z rzeczywistością, to w faktycznej konfrontacji mój koniec byłby prędki. Cóż... nie każdy ma nerwy ze stali.

Wracając do omawianego tytułu. Moim zdaniem, według moich odczuć, autorka powinna zakończyć na jednym tomie. Nie roztrząsać i analizować każdego dnia, godziny a nawet chwili, w której bohaterka nie umie wytrzymać sama ze sobą, z natarczywymi myślami. Z tym jak bardzo czuje się nieporadna, albo jak każdy jej mówi, że robi nie to, co powinna. Oczywiście pojawiają się nowe postacie, ale no to nie jest coś, co wywołało we mnie efekt "WOW", nie. Ot, trzeba było coś zaserwować i voila! Tym razem Jojo Moyes mnie nie poruszyła, wręcz przeciwnie. Czułam się znudzona, jakbym wręcz wciskała nos do cudzej tragedii, by dowiedzieć się jak najwięcej. Miałam ochotę zadać pytanie "ale po co? W jakim celu została napisana ta część?".

Szczerze mówiąc nie umiem określić czy chcę polecić, tę kwestię pozostawiam każdemu indywidualnie. W moim odczuciu skoro już musiała zostać napisana, mogłaby być o wiele krótsza i nie rozdrabniać o sprawy niewiele wnoszące do treści. Cóż, każdemu podoba się co innego, wiem jednak, że jestem jedyną osobą nie zachwalającą. Nie powiem, że książka jest zła, aczkolwiek mnie nie poruszyła.
      
Tekst stanowi oficjalną recenzję dla portalu Papierowy Pies

kwietnia 19, 2016

kwietnia 19, 2016

I że ci nie odpuszczę

I że ci nie odpuszczę



Ślub, jedno z ważniejszych wydarzeń w życiu każdego człowieka. Jedni biorą go z obowiązku, inni jak należy... z miłości.  Romantyzm aż się wylewa z każdej strony, ferwor przygotowania pochłania każdą wolną minutę. I nie pozostaje już nic, a tylko wyczekiwać TEGO dnia. 
Kiedy suknia już czeka w domu, kiedy sala ubrana, a jutro krocząc przez kościół zajrzy w oczy ukochanego i zobaczy w nich.... No właśnie, co? Co zobaczyła Kalina w twarzy swego "za chwilę męża" stając przed ołtarzem? I czy widok był taki jaki oczekiwała? 

Wieczór panieński, tradycja albo i nie, grunt, że razem z przyjaciółkami można spędzić ostatnie chwile wolności, przeżywać, powspominać to co było, ponieść wodzę fantazji i pobawić w kreowanie przyszłości już nie jak "ja", a "my". Wszak to tak romantycznie brzmi, już od teraz będziemy tworzyli jedność i tak dalej. Kalina czuje ten dreszczyk ekscytacji, piękna suknia zdobi pokój i jeszcze tylko ten jeden wieczór, jedna noc i.... 
Koleżanki śmieją się, doradzają i podpytują. W końcu euforia zaczyna udzielać się nie tylko przyszłej pannie młodej. Jedna z nich coś próbuje zasugerować, ale oczywiście po alkoholu rozmowy przeważnie toczą się w innym kierunku i tak naprawdę, na drugi dzień nikt ich nie chce pamiętać, a tym bardziej przejmować się nimi. A może jednak czasem, wypadałoby skrzętnie zanotować wypowiedziane słowa mimochodem? 

Nadchodzi ta godzina, ten moment wejścia do kościoła. Kalina zmierza w kierunku wybranka, i jego twarz wcale nie odzwierciedla tego samego co jej, nie widzi oddania i zaślepionego miłością spojrzenia. Coś chyba jest nie tak. Może stres? Na pewno! W takim dniu KAŻDY przez małą chwilkę odczuwa stres, by później móc ze śmiechem wspominać tak nieoczekiwaną, zupełnie irracjonalną reakcję. Problem w tym, że przyszły mąż mówi coś zupełnie innego aniżeli powinien, a w dodatku jedna z przyjaciółek zdaje się nagle wiedzieć bardzo dobrze o czym mowa. Czy możliwe jest by scenariusz rodem z filmu pod tytułem "kto zna powód by ta para nie zawarła związku małżeńskiego" odegrała swoje pierwsze sceny na JEJ, KALINY ślubie?  

Kalina w przypływie rozpaczy i wściekłości postanawia nie rezygnować z wykorzystania podarowanego prezentu, jak sobie tłumaczy jakieś "odszkodowanie" za poniesione straty uczuciowe i nie tylko, jej się należą. Tak więc z wypchaną walizeczką oraz książką pod pachą udaje się do starego dworku w którym to powinno znajdować się SPA. Już w drodze do posiadłości coś zaczyna wyglądać podejrzanie, jednak dziewczyna albo udaje, że nie widzi ostrzegawczych sygnałów, albo jest naprawdę naiwna, dlatego już za chwilę stoi przed dworkiem, który... no niekoniecznie jawi się jako luksusowy kurort wypoczynku i odnowy, ale to jest tylko dopiero początek niefortunnych przypadków i wypadków z jakimi będzie musiała się zmierzyć bohaterka. Co jeszcze zaserwował autorka? I jaki będzie miał wpływ na Kalinę pobyt w tym jakże uroczym miejscu ? 

Książka pani Szarańskiej może nie zalicza się do literatury "wysokich lotów", jednak szczerze przyznam,że miło spędziłam czas czytając ją . Jest to w pewnym sensie komedia okraszona lekkim "kryminalikiem", który to dodaje wątku sensacyjnego fabule. I chociaż całość jawi się banalna i przewidywalna to w ogólnym rozrachunku wychodzi ciekawie i lekko. To taki typ "odmóżdżacza" na wieczór po ciężkim dniu. 

Bohaterzy są ciekawie zarysowani, Kalina nie jest drażniącą postacią, chociaż czasami jej pomysły i tok rozumowania rozbrajają, chyba najbardziej polubiłam miejscową kucharkę i jej pomocnicę. Kobiety, które mnie rozśmieszały i sprawiały, że nie mogłam się doczekać co też dalej wymyślą. Ich interpretacja SPA w wiejskim wykonaniu rozłożyła mnie na łopatki i w pewnym sensie zadziwiła. Ponieważ czegoś podobnego sama bym nigdy w życiu nie wymyśliła. 

I chociaż I że Ci nie odpuszczę na tle innych komedii, którymi się zachwycałam i zachwycam wypada nie aż tak genialnie, to nie mogę powiedzieć, że książka nie jest warta przeczytania, bowiem ma w sobie coś za co można polubić, za sprawą czego ze chce się po odłożeniu, powrócić do przerwanej lektury. I to jest chyba najważniejsze. 

Dlatego jeżeli poszukujecie czegoś na dwa wieczory, do odprężenia i poprawienia humoru, z czystym sumieniem mogę polecić  powyższą książkę. Nikt nie powinien się rozczarować. 

Tekst stanowi oficjalną recenzję dla portalu DużeKa

października 09, 2015

października 09, 2015

Klątwa Utopców

Klątwa Utopców





Pióro pani Iwony Banach polubiłam już przy pierwszym spotkaniu, kiedy to podczas czytania zrozumiałam, że jej styl jest przede wszystkim lekki i zabawny. Okraszony ogromną dozą ironii, czyli tym wszystkim czego oczekuję po pewnych lekturach. Kiedy już mniej więcej pojęłam w jakiej tematyce oscylują jej powieści, wiedziałam, ba byłam wręcz przekonana, że siadając do  tego tytułu ani przez chwilę nie poczuję rozczarowania. Jak więc było w przypadku "Klątwy utopców"? Zapraszam do recenzji.
 
Poznajemy Dagmarę, która z początkiem lata, zamiast na wymarzone wakacje z ukochanym, musi wybrać się na nudną wieś do dziadka. Dziadka będącego ekscentrycznym i dość trudnym staruszkiem.  Traf chciał, że ostatnia gospodyni uciekła z domu dziadziusia z krzykiem, i biednej wnuczce nie pozostało nic innego jak spakować walizki i udać się na uroczą prowincję. Na szczęście mając do towarzystwa koleżankę z dawnych lat, która w przeciwieństwie do poszkodowanej czuła się podekscytowana wyprawą.
 
Z pozoru niewinny pobyt u najstarszego z rodu oraz szukanie nowej gospodyni znajdzie swój finał w zupełnie innym miejscu.
 
Dagmara wraz  ukochanym Filipem i dwojgiem jego znajomych trafia na Roztocze w poszukiwaniu przyjaciółki, do wsi jeszcze bardziej zacofanej niż sobie mogła to wyobrazić. Zajeżdżając pod wskazany adres grupa nie ma pojęcia czy dziadkowi poprzewracało się w głowie, czy ktoś pokusił się o kiepski żart. Oczom nowo przybyłych ukazuje się solidna budowa, w dodatku porządnie nadgryziona zębem czasu.  Na domiar złego właśnie we wnętrzu tego przybytku starszy pan zażądał oczekiwania na swoją osobę.  Zmęczeni, lekko przerażenie, ale przede wszystkim zirytowani udają się do środka gdzie zastają zaginioną Kingę, o dziwo w całkiem dobrym nastroju. Sprawa wygląda co najmniej podejrzanie, zwłaszcza nieobecność dziadka. Tym bardziej, że zamiast generała na przeciw wychodzi im pani Stasia, sąsiadka staruszka.
 
Już tej samej nocy "goście" opuszczonego domu, a dokładniej mówiąc starego zakładu psychiatrycznego dostąpią wstrząsających doznań. Niestety nawet za dnia Utopce nie będą jawiły się zbyt przyjaźnie.  Jest to miejsce gdzie każdy dokładnie dogląda własnej zagrody, dba o pielęgnowanie starych tradycji i... nie jest przychylnie nastawiony do zagrożenia z zewnątrz. Zwłaszcza młodych kobiet. Chyba każdy wie, z autopsji czy telewizji, że najlepszymi strażniczkami "tradycji wiejskich" są... nie kto inny jak okoliczne matki i babcie...
 
Mogłabym napisać bardzo dużo o samej fabule, która porwała mnie od pierwszej strony, ale nie mogę, wręcz nie mam prawa odbierać potencjalnemu czytelnikowi radości odkrywania zdanie po zdaniu, skrawek po skrawku tajemnicy i humoru zawartego na kartach powieści.
 
Zacznę od samych bohaterów. Pani Banach wspaniale kreuje sylwetki postaci, od irytującej i jak dla mnie bezmyślnej Dagmary po nieocenioną Kusiakową. Dzięki, której moje mięśnie brzucha pracowały na najwyższych obrotach przy dzikich napadach śmiechu.
 
Wszyscy bohaterowie są dokładnie dopracowani, nawet Ci, wydający się najmniej ważni, uważajcie to tylko pozory. Autorka w każdej chwili potrafi zaserwować ukrytym asem w rękawie.
 
Mówiąc szczerze, nie spodziewałam się aż takiej dawki poczucia humoru, i chociaż chwilami powinno zrobić się groźnie, bo był trupy, było zagrożenie życia, to jakoś nie byłam w stanie opanować śmiechu w tych z goła najniebezpieczniejszych momentach.

Pokochałam Kusiakową, była i nadal jest moją ulubioną postacią. Polowanie na demony z niezawodną chochlą będę wspominała do końca życia. Jednak chyba nic nie przebije farbowania włosów...

" -U fryzjera tak panią urządzili? (...)
-  A gdzież tam. Krycha trochę ludzi czesała, ale tera to już ni, poza tym to kosztuje. Sama zrobiłam.
-  Jasne, tylko koszt farby...
- A po co mi? U starego w warsztacie bejcę znalazłam, trochę już przechodzona była, ale wiśniowa... Porządna, nie jakaś tam chemia! "

Nie jestem wstanie opisać wszystkich przezabawnych sytuacji, książkę po prostu trzeba, a raczej należy przeczytać! Zwłaszcza w te nadchodzące ponure, czasem deszczowe dni. "Klątwa utopców"  zaserwuje tyle emocji, że nawet jesienne wichury nie będą zdolne oderwać od stron. No i jeszcze zagadka dziadka, na której rozwiązanie przyjdzie bardzo długo poczekać.  Z ogromnym żalem rozstawałam się z bohaterami i starym szpitalem.  Mam nadzieje, że autorka szykuje kolejną, równie świetną książkę. Szczerze i z całego serca polecam fanom kryminałów z ogromną dozą czarnego humoru w stylu... no sami się przekonacie, z pewnością nikt się nie rozczaruje.

"- Mamuniu, co żeście tatusiowi zrobili? - Kusiakowa popatrzyła na rodzicielkę z niekłamanym przestrachem.  - Znowu żeście go bili? Wypić chłopu nie dacie, a potem się dziwić, że nerwy.
 - Kiedy nie! Tatunio od wczoraj nie wytrzeźwiał, pod jabłonką śpi, jeszczem go nie prała! (...)"

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.

września 26, 2015

września 26, 2015

Ps Kocham Cię...

Ps  Kocham Cię...

Poznać człowieka z którym spędzi się resztę życia, niby prosto, ale jednak nie do końca. Spotkać osobę, która stanie się nie tylko naszą miłością, ale i przyjacielem, to już wyższy poziom. Trafić na mężczyznę, bez którego nie można wyobrazić sobie dalszego życia. Jest prawdziwym szczęściem. Można dzielić ze sobą życie i czuć się samotnie. Można jeść wspólnie śniadania, z obowiązku. Razem, a jednak osobno. Związki nie zawsze jawią się idealnie...
Tak, poznać człowieka, który stanie się przyjacielem, powiernikiem i miłością to jak los na loterii. Nie każdy może tego dostąpić. Gorzej, gdy ten los na loterii nagle, brutalnie zostaje odebrany, bez podania przyczyny. Za szybko. Jak żyć, kiedy zostało  się pozbawionym  tego co było najważniejsze? Gdzie szukać motywacji, pocieszenia, czy jest ono w ogóle możliwe? 

Od śmierci Gerrego minęło zaledwie kilka miesięcy, dla Holly wydaje się jakby czas przestał mieć jakiekolwiek znacznie, że już nic nie będzie takie jak do tej pory. A skoro nie będzie, to jaki jest sens podnieść się z łóżka? Wykonać normalną, codzienną czynność. Nie, teraz nawet umycie włosów wydaje się bezsensowne. Gerry odszedł. Wraz z jego śmiercią odeszło wszystko. Życie przestało mieć sens, pusty i głuchy dom bez przerwy o tym przypominał. Przepłakane, nieprzespane noce. Niekończący się ból i tęsknota. Młoda wdowa popadła w otępienie, aż w końcu świat, a dokładniej jej własna matka przypomniała, że ona nadal żyje. I nawet jeśli zapomniała o życiu, to ono nie zapomniało o niej. Niespodziewana przesyłka, która rozbudza cień nadziei w kobiecie. Gdy otwiera kopertę z  dopiskiem "Lista" wie, że on nie zapomniał. Dawno temu, śmiali się z pomysłu, to były tylko żarty. Teraz stały się rzeczywistością. W kopercie znajdowały się listy, na każdy miesiąc, z zadaniami do wykonania dla Holly.
Gdy wydawało się, że gorzej być nie może, obudziła się maleńka iskierka nadziei. Bo choć ukochany nie wrócił, to pozostawił po sobie cząstkę będącą wyznacznikiem, w którą stronę ma podążyć zrozpaczona Holl. Wydawało się jakby on był, tylko gdzieś z daleka wysyłał listy...

Czytając książkę po raz pierwszy, zastanawiałam się jakie to uczucie poznać swoją drugą połowę, ale nie kogoś kto po prostu będzie. Mam męża, bo mieć muszę. Tylko kogoś ważnego, przyjaciela. Do kogo, mimo kłótni będzie się tęsknić.Tak jak Holly. Byłam wstrząśnięta emocjami towarzyszącymi głównej bohaterce. 
Minęło ładnych parę lat, ponownie zmierzyłam się z tragedią, która tak bardzo mnie poruszyła. Myślałam, że teraz nie poczuje tego co wtedy. W końcu wiedziałam jak potoczą się losy bohaterów, wiedziałam czego mam się spodziewać, ale nie. Autorka w niezrozumiały dla mnie sposób wciąga czytelnika, nakazuje mu wczuć się w rolę tego kto cierpi. Poczuć jego ból, rozpacz i zagubienie. 
I tak, razem z Holly przemierzałam mieszkanie bez celu, dzwoniąc na numer nieżyjącego męża, ponieważ mogła usłyszeć jego głos. Wyobrażałam sobie rozpacz kiedy musiała pożegnać z rzeczami, które były tak ukochane. 
Nawet w otoczeniu przyjaciół, którzy dzielnie wspierali, byli w pobliżu, nie potrafiła pozbyć się tej dotkliwej pustki. Bo jaki jest czas na pogodzenie się z utratą ukochanej osoby? Czy jest limit bólu?  

Polubiłam większość postaci, autorka postarała się o różnorodność charakterów. Od postrzelonej Ciary, po poukładanego, niemalże perfekcyjnego Richarda. Rodzeństwo Holly różniło się od siebie, nawet bardzo. Jednak każde w swoim czasie musiało dojrzeć by pojąć problemy tego drugiego. Im bardziej zagłębiałam się w fabułę, tym moja opinia do poszczególnych osób ulegała zmianie. Na oczach czytelnika rozgrywa się wiele zdarzeń, za sprawą których następuje metamorfoza. Chyba, a raczej na pewno dzięki właśnie tak realnie ukazanej sytuacji, na przestrzeni roku życia Holly wczuwamy się w fabułę. Przyglądając się, analizując, czasami wzruszając i nawet śmiejąc.  Cała paleta emocji, tak bliskich każdemu człowiekowi. Cecelia Ahern wspaniale poradziła sobie z ukazanym problemem, jak odnaleźć się po wielkiej tragedii. Śmierć, w każdym wywołuje dreszcze. Większość milknie, nie wie co powiedzieć, gdy o niej słyszy. A czasami wystarczy zachować się całkiem normalnie.  Bez zbędnego roztrząsania, lamentu.  
Wydaje się, że historia jest banalna, ileż to zostało napisanych książek o podobnym dramacie. Tak, to prawda. Dla mnie jednak ta właśnie, jest najpiękniejsza i najsmutniejsza. Żadnej nie przeżywałam tak intensywnie. Płakałam i śmiałam się razem z Holly, rozumiałam jej złość i rozczarowanie. Wczułam  w jej postać do tego stopnia, że miałam wrażenie jakbym to ja sama utraciła ukochanego...

Wydaje mi się, że powyższą książkę przeczytał już niemal każdy, jeżeli jednak znajdzie się osoba nie mająca pewności co do tego tytułu. Powiem jedno, czytaj!
Nie zaczynajcie od filmu, bo film według mnie jest okropny, wręcz obraźliwy. Nie wiem jak można było zmarnować tak piękną książkę. Reżyser, czy scenarzysta, powinien się wstydzić tego wytworu. 

 Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.  



maja 31, 2015

maja 31, 2015

Coraz wyżej

Coraz wyżej

Spotkali się – anioł i człowiek, optymista i pesymistka, bardzo zdrowy chłopak i bardzo chora dziewczyna. Każde z nich z innym spojrzeniem na świat, właściwie innym światem. Dziewczyna widzi wszystko na szaro, chłopak wszystko przejaskrawione. On wierzy w ludzi, ona nie wierzy w siebie. Kto jest naprawdę wariatem – chłopak czy dziewczyna? 

Cześć! Tym razem mam dla was kopalnię cytatów i źródło niesamowitego życiowego doświadczenia. To historia, która otwiera oczy i sprawia, że dostrzega się to, co już dawno zostało zapomniane. Pięknie uwydatnia i uwypukla wszystko, o czym powinniśmy pamiętać każdego dnia. Jesteście gotowi ją poznać? Serdecznie zapraszam!

Pokażę ci życie. Znajdę twoje życie i ciebie razem z tobą. Znajdziemy mnóstwo powodów do szczęścia i nie będziemy patrzeć na to, co było kiedyś. Zaczniemy życie od dzisiaj, jakbyśmy to dzisiaj się urodzili. Jakbyśmy mieli czyste konto.

Główną bohaterką jest doświadczona i zraniona przez życie kobieta, która dodatkowo zmaga się z nieuleczalną chorobą. Poznajemy ją, gdy wymyka się ze szpitala i siedzi na łące. Kobieta jest pesymistką, większość swojego życia spędziła na szpitalnym łóżku, nie pamięta, czym jest miłość, emocje i ogólnie prawdziwe życie. Codziennie tak naprawdę cierpi, ponieważ, gdy ją coś boli, karmią ją bólem. Nie potrafi cieszyć się z niczego, chodzi w szarym, powyciąganym swetrze i nie umie radować się z tego, co jeszcze jej zostało.
Wkrótce na łąkę przybywa tajemnicza postać... upadły Anioł. Cel ich spotkania jest jeden – mężczyzna chce jej pokazać prawdziwe piękno, udowodnić, że na tym świecie jest jeszcze coś, co wywołuje uśmiech na twarzy, daje motywacyjnego "kopa" do działania i powoduje uczucie wolności. Co się stanie, gdy kobieta mu na to pozwoli? I czy rzeczywiście Anioł ma rację? Jak to się potoczy? Jak zakończy? A może to dopiero początek końca?


Decyzja, żeby poznać coś nowego, nie jest bolesna sama w sobie. Prawdopodobnie dlatego, że odczuwa się ból, kiedy coś nieznanego nie spełnia twoich oczekiwań – mówi spokojnie, dalej się uśmiechając.

Jeszcze nigdy w życiu nie czytałam tak wspaniałej książki, która powodowała na moim ciele gęsią skórkę! Pozycja ocieka cytatami, które tak naprawdę pasują do każdego momentu naszego życia. Historia opisana przez panią Aleksandrę mocno pobudza szare komórki do myślenia, a co najważniejsze – pokazuje prawdziwe piękno otaczającego nas świata! Czytając zapowiedź tejże lektury, od razu byłam zainteresowana. Myślałam jednak, że będzie to coś o motywie mocnej fantastyki. Nic bardziej mylnego! Okazało się, że jest to po prostu opis szarej rzeczywistości przy pomocy tajemniczej postaci, którą jest Anioł. Autorka pokazuje nam, jak wiele tracimy, zamykając się w pesymizmie i nie wierząc w to, że najlepsze jest dopiero przed nami. Niesamowicie działa na wrażliwość i empatię czytelnika!

Warto się cieszyć z tych chwili bez bólu. Lepiej patrzeć na nie, niż myśleć tylko o tym, że zaraz może się to skończyć.

Muszę się przyznać, że cytaty z tej książki zostały przepisane przeze mnie w wyjątkowe miejsce. Musiałam je wszystkie zachować i mieć blisko każdego dnia, zawierają bowiem w sobie mnóstwo prawdy i wartości. Są to moje myśli, tylko po prostu... ładnie ubrane w słowa. Sama główna bohaterka momentami myśli tak jak ja, a jej nastawienie bardzo często przypominało mi moje. W jej życie jednak wkroczył Anioł – dobra dusza, która pomogła przejść przez wszystkie kłopoty i co najważniejsze, nie zostawiła jej, jak większość tych, którzy kiedyś pojawiali się w jej życiu. Mężczyzna pokazał, że nie każdy człowiek jest zły, nie wszystkie dni szare i bezwartościowe. Tak naprawdę wszystko zależy od naszego nastawienia i chęci. 

Powinniśmy zawsze wierzyć w to, że jesteśmy piękni, dzięki temu promieniejemy.

Z tego miejsca bardzo chciałabym podziękować Warszawskiej Firmie Wydawniczej za wysłanie do mnie egzemplarza tego cuda, jak i przede wszystkim niesamowitej autorce tego dzieła! Pani Aleksandro, kieruje niskie ukłony w Pani stronę i jeszcze raz dziękuję za to, że mogłam poznać tę niesamowitą historię, która tak wiele mi pokazała. Mam nadzieję, że to nie ostatnia książka wydana przez autorkę, ponieważ bardzo chciałabym poznać więcej jej twórczości. 

Chciałabym być szczęśliwa. Chciałabym dawać ludziom tę radość. Chciałabym, żeby sama moja obecność wywoływała na ich szarych twarzach uśmiechy. Żeby promienieli. Chciałabym pomóc komuś się znaleźć.

Drogi Czytelniku! Jeśli ciągle masz wątpliwości, co do tej pozycji, chciałabym, byś rozwiał je od razu i poleciał szybko po swój egzemplarz! Bierz do ręki, czytaj z zapartym tchem, wyciągaj wnioski i ciesz się z życia! Znajdź swojego Anioła, wyjaw mu wszystkie swoje niedoskonałości i spraw, że zaczniesz dziękować za to, że mogłeś się narodzić! Dostrzeż piękno, które otacza nas każdego dnia!
A ja... książkę polecam każdemu. Bez względu na wiek, płeć i życiową sytuację. Miłej lektury!

Książka została przeczytana dzięki współpracy z Redakcją Essentia.



Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger