Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Muza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Muza. Pokaż wszystkie posty

kwietnia 06, 2019

kwietnia 06, 2019

Nad Śnieżnymi Kotłami

Nad Śnieżnymi Kotłami


Chyba znowu wracam do czytania kryminałów, po dosyć długiej przerwie, gdzieś powolutku zaczynam odczuwać chęć do zagadek z motywem morderstw. Na pewnym etapie czytania poczułam przesyt, czego wynikiem była kilkuletnia przerwa.

Tak się złożyło, że ostatnio trafiały w moje ręce dosyć ciekawe tytuły. Może nie są z kategorii ciężkich i chwilami grozy, ale na moje aktualne potrzeby, wpisały się w sam raz. Dziś przychodzę z opinią do książki Krzysztofa Koziołka — Nad Śnieżnymi Kotłami. Tytuł ten zainteresował mnie głównie dlatego, że akcja została umiejscowiona w ówczesnej Szklarskiej Porębie, jak i okolicach, tj. Jelenia Góra, Karpacz — miejscowości aktualnie bardzo mi bliskie. Sama akcja rozgrywa się na chwilę przed rozpoczęciem Drugiej Wojny Światowej, to też dzisiejsze ziemie Polskie, wtedy należały jeszcze do naszych zachodnich sąsiadów. Byłam niesamowicie ciekawa klimatu minionych czasów. Czy autor sprostał moim oczekiwaniom, a sama historia okazała się godna uwagi i poświęconego czasu?
 


Poznajemy asystenta kryminalnego Antona Habichta, od kilku miesięcy zamieszkującego Schreiberhau, miejsce, które pierwotnie jawiło się niczym wybawienie, lepsza pensja oraz lokum, w którym zamieszkali. Można by powiedzieć, że trafili do raju, niestety nie do końca tak było. Problem stanowiła praca, a dokładniej — przełożony. Szczerze nienawidził nowego pracownika, co za każdym razem dobitnie okazywał. Habicht czuł, że na posterunku inni współpracownicy drwią za jego plecami, co niektórzy nawet nie próbowali się kryć ze swoim nastawieniem. On sam niewiele mógł. Musiał zaciskać zęby i znosić upokorzenia, na przykład w postaci przydzielonych zadań.

I tym sposobem, a raczej kolejnym przytykiem, miało być wysłanie do jednego z hoteli górskich, w którym doszło do kradzieży biżuterii. Sprawa z pozoru dla zwykłego funkcjonariusza, a dostał On, asystent kryminalny, takie upokorzenie.

Na miejscu okazuje się, że główny problem szybko zostaje rozwiązany, ale traf chce, że Habicht, staje się świadkiem śmierci jednej z kobiet, nikt nie wie, czy był to nieszczęśliwy wypadek, a może ktoś przyczynił się do wypchnięcia z okna.

Razem z asystentem rozpoczynamy dochodzenie, które tak naprawdę będzie wierzchołkiem góry lodowej, a jej zakończenie zaskoczy nie tylko samego głównego zainteresowanego.


Książką bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, przede wszystkim wiedzą autora na temat opisywanych miejsc, przeróżnych ciekawostek, całej topografii. Byłam naprawdę pod ogromnym wrażeniem. Widać włożony wkład i dopieszczenie każdego szczegółu. Każda ścieżka, którą poruszamy się wraz z Antonem Habichtem została odwzorowana w taki sposób, że nie dało się jej nie zobaczyć oczami wyobraźni.

Nie zapominajmy, że mieszkańcami są Niemcy, również ich nastawienie do nadchodzącej wojny, oczekiwania zostały bardzo realnie odwzorowane. Można by powiedzieć, otrzymaliśmy możliwość wejść w ich buty i poczuć-chociaż nie rozumieć, zachowania w pewnym sprawach.

I chociaż postać Antona Habichta nie wzbudziła mojej sympatii, oddać trzeba, że mimo niechęci, czytałam z ogromnym zainteresowaniem. Jego dociekliwość i upór były godne pochwały. Niestety tylko te dwie cechy. Bo zbyt rozdmuchane ego, bardzo często sprawiało, że miałam ochotę go kopnąć w głowę.

Pan Krzysztof Koziołek napisał bardzo ciekawy kryminał retro, ale co najważniejsze, zostały przemycone dosyć kontrowersyjne tematy, które jak podejrzewam, miały swoje miejsce w rzeczywistości. I jeśli my, Polacy jesteśmy oburzeni tym, co wyrządzili nam Oni w czasie wojny, to wystarczy przeczytać o tym jednym przykładzie, by zrozumieć, że dla Rzeczy, byli w stanie zrobić wszystko. Dosłownie wszystko. I ta świadomość budzi przerażenie.

Nie wiem, czy w obliczu odkrywanych tajemnic, stosowne będzie napisać, że książkę czytało się przyjemnie. Chwilami czułam szok niedowierzania, co żądza władzy potrafi zrobić z ludźmi. Jednak mimo tego, Nad Śnieżnymi Kotłami czyta się z zainteresowaniem, jest mnóstwo ciekawostek, które nie każdego na równi mogą zainteresować, ale na pewno nie przeszkadzają.

Szczerze polecam ten tytuł, sama mam w planach nadrobienie innych książek autora, mam nadzieje, że mnie nie zawiodą.
 
 

grudnia 03, 2018

grudnia 03, 2018

Cień wiatru

Cień wiatru
źródło



Któż nie czytał choćby jednej książki Carlosa Ruiza Zafóna? Myślę, że niewielu się znajdzie. A już na pewno większość zna nazwisko, jakiś cytat. Tego jestem pewna. Nie powiem, że wszyscy znają tego autora. Co to, to nie. Aż tak dobrze nie może być. Jednak pisarz ten, zyskał sławę. Wiele lat temu, czy słuszną? Co jest w jego piórze, co sprawiło, że pokochały miliony czytelników? Jakie są jego historie ukazane na kartach stron?
 
 

Poznajemy Daniela, którego ojciec, gdy ten jest jeszcze chłopcem, zabiera do miejsca zwanego cmentarzem zapomnianych książek, ma wybrać sobie tylko jedną i się nią zaopiekować. Tytuł, na jaki pada wybór to Cień wiatru niejakiego Juliana Caraxa. Szybko się okazuje, że książka jest bardzo poszukiwana przez pewnego człowieka. Miedzy czasie Daniel poznaje dziewczynę, która wniesie w jego młode życie wiele zmian, a moment, gdy zorientuje się, że jego uczucia zmierzają w wiadomym kierunku, okaże się niezbyt bezpieczny.

Przez lata, chłopak a później młodzieniec, będzie czuł na plecach oddech mężczyzny, poszukującego ostatni egzemplarz Cienia wiatru. Kim on jest i dlaczego aż tak mu na nim zależy? W poszukiwaniu odpowiedzi na te pytania Daniel wybierze się w swoje własne śledztwo, ale by zrozumieć, kto depcze mu za plecami, będzie chciał zrozumieć fenomen mało znanego Juliana, jego życie i tego, co się z nim stało.

Wszystkie te wydarzenia będą przerywane codziennym życiem i pracą w księgarni ojca. Młodzieniec pozna, co znaczy utracić kogoś bardzo ważnego. To jak niektórym, przeszłość będzie zakłócała spokój i wnosiła niepokój każdej przeżytej minuty. A wszystko osadzone w rzekomo pięknej i uroczej Barcelonie.
 


Pamiętam, kiedy pierwszy raz zetknęłam się z tym tytułem. Wtedy jeszcze nie miałam wiedzy, na temat stron internetowych poświęconych książkom. Znajoma czytała i powiedziała, że jeśli chcę, może mi pożyczyć. Akurat byłam chora i okazja na spędzenie czasu przy książce, nie mogła zostać zignorowana.

Wtedy nie poczułam tej miłości do autora. Owszem, fabuła była dosyć intrygująca. Skupiłam się na odgadnięciu, kim jest ów człowiek, pragnący zniszczyć wszystkie książki Juliana. I przez chęć odkrycia tej zagadki, zgubiłam wiele innych wątków. Dlatego, zdecydowałam się, po chyba dziesięciu latach, na ponowne spotkanie z bohaterami tej części. I sprawdzenie, co mnie ominęło i czy rzeczywiście ta książka zasługuje na miano aż takiego dzieła?

Tym razem nie skupie się na wątku książki i tego, kto jej poszukiwał. Tutaj ważne są inne szczegóły, które chyba niestety, ale większość kobiet, nie poczuła albo w ferworze pięknych i jakże wzniosłych wypowiedzi nie ogarnęła.

Bo przecież Zafon, ten pięknie piszący, ukochany przez właśnie kobiety, pisał w swojej książce o nich, dosyć przedmiotowo i zazwyczaj w sposób mocno wzgardliwy albo ukazując w roli rozwiązłych bez poczucia żadnych wartości. Zazwyczaj opisywane kobiety, były tymi źle prowadzącymi się, przynoszącymi wstyd rodzinie, bądź łamiącymi serca swym ukochanym poprzez niewierność. Stąd moje zdziwienie, na jakiej podstawie, większość pań, zapałało aż tak mocnym uczuciem?

Bo o ile, cudownie były ukazane porachunki polityczne, stanowisko ojca Daniela do jednego człowieka, tego, co się z nim działo, a później pomoc, jaką został otoczony. Tak niestety, przedstawicielki płci pięknej, zostały ukazane dosyć niekorzystnie.

Kolejna sprawa to Barcelona. Wszędzie można spotkać zachwyty, jak właśnie Zafon oczarował czytelników tym miastem. Jak za jego sprawą, wielu czytelników zapragnęło poznać to miejsce. Szczerze? W Cieniu wiatru Barcelona jawi się jako wiecznie zadymione, brudne miasto. Zasnute chmurami albo mgłą. Niekiedy były opisy oddające coś pozytywnego. Zazwyczaj było przygnębiająco a wręcz odpychająco. I gdybym miała podjąć decyzje w tym miejscu, na podstawie tejże książki. To z wielkim przekonaniem, powiedziałabym absolutnie, nie mam ochoty tam jechać. Skąd więc te wszystkie słowa? Czy czytałam inną książkę, czy może moja wyobraźnia nie poradziła sobie z opisami miast ponurego, niebezpiecznego? Nie wiem.

Minęło dziesięć lat, wcześniej nie poczułam miłości do auta, ale uznałam, że jest w nim coś, co przyciąga czytelników. Teraz również nie oddałam serca Zafonowi. Nie mogę jednak powiedzieć, że pisze źle. Bo byłaby to nieprawda. Pisarz cudownie prowadzi czytelnika po fabule. Jednak czy jestem w stanie powiedzieć, że mnie uwiódł? Tego niestety nie potrafię i nie zrobię.

Cieszę się, że mogłam ponownie zawitać do tego miejsca. Spotkać z Danielem, jego ojcem i resztą bohaterów. Co najciekawsze, ja nie lubiłam Daniela wtedy i teraz też. To jego ojciec był tym, za który według mnie, przyciągał. To jego mądrość życiowa i podejście do wielu sytuacji, w jakich się znajdywali. Często w wyniku nieprzemyślanych działań chłopca.

Trudno jest opisać książkę, nie wdając się w szczegóły, bo właśnie to one, są bardzo ważne. Trudno jest ocenić i napisać lubię, czy nie. Jest to niemożliwie. Trzeba przeczytać i po prostu zrozumieć. W tej książce każdemu może spodobać się co innego. I chyba to jest niesamowite.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA
 
 

marca 29, 2018

marca 29, 2018

Niedyskretnik

Niedyskretnik


Gdy pojawiła się zapowiedź tejże książki, z początku nie myślałam, czy będę chciała przeczytać. W końcu zdecydowałam się, że jednak chcę. I gdy dotarła do mnie, chciałam sobie przejrzeć, o czym traktuje dokładnie, w jakiej formie jest napisana. Ogólnie czy przypadnie mi do gustu. Jeszcze wtedy nie spodziewałam się, że z chwilą otwarcia, przepadnę. Dlaczego? O tym w dalszej części tekstu.

Autorka postawiła na bardzo fajną narrację, mianowicie zwraca się do czytelniczki. W pewnym sensie prowadzi taką rozmowę, z nami czytającymi. Już słowa wstępu po prostu mnie kupiły. Później już było tylko lepiej. Zacznijmy jednak od najważniejszego. Czy lubicie klimaty Jane Austin, czy Charlotte Bronte? Może być również Elisabeth Gaskell. Dlaczego o nie pytam? Ponieważ każda z nas, która pokochała Rozważną i Romantyczną, czy Północ i Południe, czytając bądź oglądając filmy, nie widziała i chyba też, nie wiedziała jednego. Jak ówczesne kobiety, radziły sobie na przykład w toalecie. I przede wszystkim, czy takowa istniała, a jeśli tak, to jaka i gdzie?

Właśnie od tego zaczynamy naszą podróż do przeszłości. Od załatwiania swoich potrzeb, o których nie mówimy na głos. A przynajmniej nie wszyscy, że wszyscy udajemy się do „świątyni dumania”, jest wiadome. No, ale, jak było wtedy?

Ja oczywiście miałam świadomość, że w tamtych czasach łazienki nieco różniły się od naszych, bo kto uważnie oglądał filmy, widział, a raczej, nie widział klozetu w miejscu odbywania kąpieli. I to nie był przypadek, ich tam po prostu nie było. Przez bardzo długi czas, nie było mowy, by wucet znajdował się w domu.

No i teraz przejdźmy do konkretów, gdzie panie, noszące sztywne i fantazyjne suknie, chodziły załatwiać swoje potrzeby? Jak się to odbywało? Cóż, warunki nieco dramatyczne, zważywszy na fakt, że po prostu wtedy, higiena pozostawiała wiele do życzenia. I kiedy już, już sobie pomyślałam, że no gorzej być nie może. Autorka sprowadza na ziemię. Owszem może.



Bo kto, jak nie kobiety musiały mieć ciężko. Codzienne czynności, swoją drogą, a comiesięczne przypadłości, były i wtedy. Z tą różnicą, że nie było szans, na choćby watę, podkład czy inne udogodnienia. Jak więc kobiety sobie radziły?  Tutaj wspomogę  się, ślicznym obrazkiem. 




Szczerze mówiąc, gdyby nie świadomość, że to naprawdę tak mniej więcej wyglądało, mogłabym się pośmiać. A tak, muszę oddać szacunek paniom, które wtedy musiały sobie radzić. Bo ja, teraz mam kompletny dramat, dni wyjęte z życiorysu, a gdybym musiała chodzić z czymś takim między nogami. Boże litościwy, chyba kazałabym się dobić.

Zabawne były teorie medyczne. Oczywiście prowadzone przez mężczyzn. W tamtych czasach wszystko prowadziło do suchot. Nawet miesiączka źle odpływająca, czy o nie takim zabarwieniu co trzeba, mogła być przyczyną suchot. W sumie to suchoty były przez wszystko.

Oczywiście przypadłości kobiet, były odbierane jako coś złego. W sumie kobiety był wcieleniem zła. Dlatego krwawiły. Wiadomo. Mężczyzna nie krwawił, chyba że był na wojnie i został ranny. Kobieta krwawi sama z siebie. Demon. To też, bidule musiały być bardzo dyskretne w oczyszczaniu tego, co pomagało im zatrzymać krwawienie. Cóż, łatwo nie było. Kolejny powód do podziwu



Trzeba oddać autorce, spisała się świetnie w swoim oprowadzaniu po czasach, odzierając z niewiedzy. Zaglądamy do najbardziej dyskretnych i zachowywanych pod zasłoną milczenia tematów. Chwilami brutalnie szczera, bo naga prawda, czasem aż przerażała. Ja się dziwię, że wtedy i tak tylu ludzi przeżyło. Wszechobecny brud, smród i po prostu tragedia. Gdzie woda do picia, mieszała się ze ściekami. Później zarazy i epidemie. Cóż, takie były to czasy, ukryte za fasadą strojnych sukien, pięknych fryzur i uśmiechów. Prawda jednak jest mniej dostojna.

Jestem bardzo zadowolona, z posiadania Niedyskretnika, myślę, że nie jeden raz do niego zajrzę. Z chęcią przypomnę sobie, to i owo. Była to pouczająca lektura. Szczerze i od serca polecam.



Tekst stanowi oficjalną recenzją dla portalu DużeKa.

listopada 02, 2017

listopada 02, 2017

Najtwardsza stal

Najtwardsza stal


Dante chciał pokazać, że miłość pochodząca od Boga jest czysta, ale gdy trafia w nasze ręce, potrafimy to spieprzyć. My, zwykli śmiertelnicy, często nadużywamy miłości. Miłość zbyt silna może być tylko żądzą, a miłość nadużywająca może doprowadzić do gniewu.

Przeszłość może być trudną lekcją, powodować wyrzuty sumienia, strach, smutek, niekiedy lęk połączony z niechęcią do walki o lepsze jutro. Nie zawsze jest to co prawda zależne tylko i wyłącznie od nas, ale nie wolno wmawiać sobie, że po traumatycznych przeżyciach i zadrach w sercu nie ma się już prawa na bycie szczęśliwym, tym bardziej, że owo uczucie może przyjść do nas nieproszone i możemy być kompletnie zaskoczeni jego nagłą obecnością. Co się wtedy dzieje? Obawa, ucieczka, blokada, panika? Być może. Warto się chyba jednak zastanowić, czy nie lepiej jest przyjąć nowe radości, cieszyć się chwilą i dać im szansę? Może są właśnie po coś, przyszły w charakterze plastra na stare rany, a ich zadaniem jest zrośnięcie blizn? 

Harper Connelly zaczęła nowe życie - teoretycznie. W praktyce jednak wygląda to tak, że kobieta ukrywa się pod nowym nazwiskiem przed byłym partnerem - Nathanem - narkomanem i psychopatą - który, jak łatwo można się domyślić, zrobił jej z życia piekło. Bohaterka każdego dnia wstaje z przerażeniem w oczach, drży o zdrowie swoje i bliskich, nie umie znaleźć nic, co dałoby jej radość i ukojenie. O dawnych wydarzeniach nie może też zapomnieć przez blizny na plecach, które powstały na skutek uprowadzenia. 

Trent Andrews po różnych, trudnych życiowych sytuacjach, po latach trenowania u mistrza w salonie tatuażu, otwiera własne studio, dzięki któremu staje się dość popularnym twórcą. Wydawałoby się, że ma już wszystko, na czym w życiu mu zależało, spełnia się zawodowo i nie brakuje mu pieniędzy, jednak wewnątrz czuje, że nie wszystko jest tak, jak powinno być... Pewnego dnia spotyka na ulicy śliczną dziewczynę, nie potrafi uwierzyć, że szczęście się do niego uśmiechnęło. Jest w jeszcze większym szoku, gdy parę godzin później, w środku nocy, ta sama dziewczyna przychodzi do niego do pracy, żeby poprosić o zrobienie tatuażu na bliznach. 

Jak łatwo się domyślić, pięknością tą jest Harper, która wreszcie postanawia raz na zawsze odkreślić przeszłość grubą kreską i dzięki pomocy Trenta zerwać z traumą. Co dzieje się dalej? Rozpoczyna się nowy okres życia dla tej dwójki. Nie wszystko, co prawda, zaplanowali, ale tak to już jest, że najlepsze przychodzi samo, bez zapowiedzenia. Gdy życie zaczyna płynąć zgodnie z planem, pojawiają się komplikacje, które zaczynają burzyć idealnie stworzony świat. Trent dostaje propozycję udziału w telewizyjnym show, dzięki czemu jego kariera zawodowa dostanie rozpędu, natomiast Harper dostaje niepokojące esemesy i czuje się obserwowana. Domyśla się, że były partner trafił na jej trop i "zabawa" zaczyna się od nowa... 

Czy to wszystko będzie można jakoś pogodzić? Czy Nathan odnajdzie swoją byłą dziewczynę i ponownie zrobi z jej życia piekło? Czy Trent stanie się sławnym tatuażystą, woda sodowa uderzy mu do głowy i zatraci swoje priorytety? Jaką rolę w tym całym zamieszaniu odegra policja i nauczyciel samoobrony? Dowiecie się, jeśli sięgniecie po Najtwardszą stal z cyklu Tatuaże. 

Naprawdę wiele można powiedzieć o tej pozycji. Na pewno nie jest to historia jakich wiele, która irytuje swoją przewidywalnością. Jestem jednocześnie pozytywnie zaskoczona, jak i zażenowana, jeśli chodzi o pewne aspekty, ale po kolei...

Przyjrzyjmy się bliżej kreacjom głównych bohaterów. To, na co warto zwrócić uwagę to przede wszystkim psychika Harper. Choć dziewczyna jest pogubiona i zastraszona, podziwiam fakt, że mimo traumatycznych przeżyć była gotowa się podnieść i zacząć walczyć od nowa. Oczywiście wymagało to odwagi i samozaparcia, ale są to cechy, które nie towarzyszą każdemu człowiekowi. Harper jest doskonałym przykładem na to, że czasem warto przeszłość przekreślić grubą kreską i pójść dalej, bez względu na wszystko, co próbujemy nazwać "przeciwnościami". Nie byłabym jednak sobą, gdybym się do czegoś nie doczepiła. Tak jak bohaterka wywarła na mnie dosyć pozytywne wrażenie, tak momentami jej podejście do osób, na których jej zależało strasznie mnie denerwowało. Niekiedy zachowywała się strasznie egoistyczne, nie myślała o uczuciach innych, skupiała się tylko na swoim JA. Wiadomo, że wszystko było dla niej trudne i nowe, ale nie zmienia to faktu, że nie powaliła mnie tym na kolana.

A teraz niech nasza uwaga zostanie poświęcona Trentowi. Warto docenić jego pasję i to, że doszedł do wszystkiego sam, jest człowiekiem spełnionym pod względem zawodowym i czuje się dobrze w swojej skórze. Pojawia się w życiu Harper nie tylko wtedy, kiedy ona potrzebuje jego. Chłopak zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę on też potrzebował kogoś, z kim będzie mógł porozmawiać o tym, czym się zajmuje na co dzień, kto stanie się dla niego odskocznią i wsparciem. Poczuł to wszystko dopiero wtedy, gdy do jego życia wtargnęła Harper i zaczął z nią rozmawiać. Moim zdaniem bohater został dobrze wykreowany, ale zastanawiam się, czy nie ma w nim zbyt dużo pozytywnych, momentami wręcz idealnych cech. Rzadko w dzisiejszym świecie spotyka się ludzi, którzy nie mają żadnych wad, a ich czyny są od początku do końca altruistyczne. Oczywiście nie neguję takiej postawy, zwracam tylko uwagę na fakt, iż aktualnie jest to rzadko widoczne w społeczeństwie.

Gdy myślę o fabule Najtwardszej stali w głowie pojawia mi się wątek typowy dla New Adult, jednakże sama postać Nathana i historia z jego aresztowaniem, warunkowym zwolnieniem i nękaniami głównej bohaterki powoduje, że do końca nie wiadomo, co wydarzy się dalej. Można przypuszczać, że wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, ale tajemnicze esemesy i wieczna obawa Harper, że coś jest nie tak, buduje w czytelniku pewnego rodzaju napięcie. W związku z tym siedziałam i czytałam, mijały minuty, godziny, pół nocy, a ja nie mogłam się oderwać. I nie dlatego, że miałam wypieki na twarzy związane z moją osobistą fascynacją nad tą historią, ale dlatego, że zaciekawiło mnie, czy ten psychopata wróci i namiesza w życiu głównych bohaterów. Przyznam szczerze, że reszta wątków interesowała mnie najmniej, chociaż styl pisania Scarlett Cole nie jest banalny - wręcz przeciwnie - przyjazny dla odbiorcy. Wnioski nasuwają się same: nie warto przekreślać życia i przyjemności, które chce nam ofiarować, tylko dlatego, że przeszłość nas zmiażdżyła i zepsuła światopogląd. Co więcej, czasem trzeba otworzyć się na nowe, dać się ponieść i po prostu - zaryzykować.

Podsumowując, książkę generalnie polecam. Uprzedzam jednak, że nie jest to unikatowa historia w kategorii New Adult, ale po lekturze myślę, że warto się z nią zapoznać. Jedno jest pewne - nie zmęczycie się podczas czytania, ponieważ autorka i jej pióro wam na to nie pozwoli. Czy się spodoba? Czy zwrócicie uwagę na wątek kryminalny i będziecie ciekawi jaką krzywdę może jeszcze wyrządzić Nathan? Myślę, że to już indywidualna kwestia, w końcu każdy z nas jest tak bardzo odmienny. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Akurat.

września 12, 2017

września 12, 2017

Heaven. Miasto elfów

Heaven. Miasto elfów


Miasto jest nieodłącznym elementem życia każdego człowieka. Od zawsze towarzyszy mu hałas, zgiełk, kurz, sadza i dym. Bardzo łatwo się w nim zatracić, zgubić i przejść niezauważonym. Czasem ciężko znaleźć moment wytchnienia albo miejsce, gdzie można dać odpocząć myślom. Dla Davida taką ucieczką są dachy brytyjskiej stolicy. To właśnie tam czuje się wolny, może zapomnieć o kłopotach i wydarzeniach z przeszłości. Wszystko się zmienia, gdy pewnej nocy spotyka tajemniczą dziewczynę o imieniu Heaven. Towarzyszka przedstawia się i informuje chłopaka, że nie ma serca, ponieważ właśnie jej je wycięto. Chłopak - nie do końca przekonany o słuszności słów młodej kobiety - ostatecznie postanawia jej pomóc. David nie wie, że właśnie tą decyzją sprowadza na siebie kłopoty, a niebezpieczna przygoda dopiero się zaczyna. Jak wygląda życie Heaven i jaka jest jej tajemnica? Kto stoi za wszystkimi morderstwami i kto próbuje dorwać dziewczynę? Czy rola Davida w tej historii będzie znacząca?


Nigdy wcześniej nie spotkałam się z książką, która pochodzi z gatunku urban fantasy. Nie wiedziałam to końca, czy to będzie coś, co na pewno przypadnie mi do gustu. Od początku historia Heaven wydawała mi się jednocześnie ciekawa i smutna - na mojej twarzy malowały się na zmianę uśmiech i łzy. Poruszyła mnie również historia Davida, chłopak wiele się nacierpiał, jego przeszłość też pozostawia wiele do życzenia, budzi wątpliwości i jednocześnie litość. Prawda jest taka, że tych dwoje ludzi, mimo młodego wieku, widziało już dużo zła w życiu i są bardzo odporni na wszystkie ciosy - psychiczne i fizyczne. Wadą pozycji jest przede wszystkim to, że opisy ciągną się momentami za długo, czytelnik czeka na rozwój fabuły, a jedyne, co się może dowiedzieć to tego, jak wyglądają m.in. pomieszczenia albo krajobraz. Owszem, to ważny element świata przedstawionego, ale moim zdaniem nie w chwili, gdy akcja nabiera tempa. Przyznam szczerze, że choć język autora mi przypasował, nie potrafię znieść niesmaku i niedosytu, który mi pozostał po przeczytanej lekturze. Mam wrażenie, że tej książce czegoś brakowało - i tak, jak pomysł na treść był dobry, tak wydaje mi się, że niezrealizowany w stu procentach. Nie zauważyłam dynamiki, a ciąg przyczynowo-skutkowy niekiedy pozostawiał wiele do życzenia. 

Jeśli chodzi o bohaterów, podział również jest widoczny, bowiem są ci, wykreowani prawidłowo i ukazani w całokształcie, ale pojawiają się również postacie tajemnicze, których osobowość i historia nie jest dokładnie opisana. Sprawia to różne wrażenie na czytelniku, ponieważ nie byłam w stanie w pełni wyobrazić sobie bohaterów stworzonych przez Marzi.

Czy przeczytałabym kolejne pozycje tego autora? Myślę, że tak, bo nie można odmówić Christophowi kunsztu i lekkości w pisaniu. Odczuwa się te cechy momentalnie, dlatego też pozycję przeczytałam bardzo szybko. I choć pozostał niesmak połączony z goryczą, mam nadzieję, że wynika to przede wszystkim z tego, że jestem laikiem jeśli chodzi o urban fantasy. Nie zmienia to jednak faktu, że styl autora do mnie przemawia, a jego pozycje umilają mi wolny czas.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi Papierowy Pies
Recenzje na ich stronie można znaleźć TUTAJ

sierpnia 21, 2016

sierpnia 21, 2016

Heaven. Miasto Elfów

Heaven. Miasto Elfów


Elfy, od zawsze budziły moje zainteresowanie. I chociaż miałam i mam świadomość, że istnienie jest czystą fantazją, to jakoś lubię kiedy w książkach czy też filmach występują te właśnie istoty.  Dlatego też kiedy ukazała się zapowiedź niniejszej książki niezmiernie się ucieszyłam. Bo wiadomo sam tytuł przyciągnął fana tematyki, okładka nie powiem. Również. Pozostało tylko czekać aż do mnie przybędzie, a później gdy nadejdzie odpowiednia chwila zagłębić się w lekturze. Jak zawsze zadam pytanie, na które za chwilę udzielę odpowiedzi, czy ukazana przez autora historia trafiła w mój czytelniczy gust? Czy będę polecała?  

Ciemne Londyńskie uliczki, między domami pojawiają się cienie postaci, które chyba jako już nieliczne o później porze czegoś, albo kogoś szukają.
Jest i Ona, z plecakiem, zmierzająca w określonym kierunku. Noc wydaje się idealna do obserwacji, teraz tylko znaleźć odpowiednie miejsce, na dachu domu do którego bez problemu będzie mogła się dostać. Niestety tej nocy nie zobaczy błysku gwizdy, w jej oczach odbije się blask czegoś innego, znacznie niebezpieczniejszego...

Kolejne zlecenie, kolejna przesyłka do dostarczenia. Ulice są nudne, znacznie ciekawiej ogląda się świat z innej perspektywy, z dachów budynków. W prawdzie nie do końca jest to bezpieczne, ale tam na dole o wiele częściej można narazić się na zagrożenie. Dlatego David ogląda miasto z góry. Tym razem miał być sam, w końcu noc nie sprzyjała do spacerów. Chłód ogarniał z każdą chwilą, tym bardziej nie spodziewał się napotkać towarzystwa, w dodatku samotnie siedzącej na jednym z dachów przerażonej dziewczyny. Coś sprawiło, że zainteresował się sprawą, ona zaś poprosiła o pomoc. Dlaczego akurat jego? W końcu mógł okazać się kimś nieodpowiednim, lecz nie to już za chwilę zajmie jego umysł, a wyznanie. Heaven - bo tak się nazywała, opowiedziała, że wycięto jej serce. Tylko jakimś dziwnym sposobem nadal żyje. David nie do końca wierzy słowom, które usłyszał, jednak postanawia pomóc, spróbować odnaleźć odpowiedzi na nurtujące pytania. Dlaczego ona nadal żyje oraz kto i dlaczego pozbawił Heaven serca? Czy nadal grozi jej niebezpieczeństwo? 


Zaintrygował mnie opis do książki, jakoś miałam wrażenie, że wraz z rozpoczęciem lektury nagle przeniosę się do alternatywnej wizji Londynu, gdzie między normalnymi ludźmi, gdzieś tam ukryte są tytułowe elfy. Historia od pierwszych stron nabiera rozmachu, poznajemy dziewczynę, na jej drodze nagle ukazuje się dwóch już na pierwszy rzut oka niebezpiecznych mężczyzn, po czym bez zapytania czy się zgadza, wycinają serce - nie żeby jej zakaz miał jakieś znaczenie, ale z grzeczności mogli chociaż zapytać czy chce zostać bez tegoż organu i ewentualnie poinformować co z nim uczynią. W każdym razie serce Heaven zostaje ładnie, szybko wycięte, ona sama pada bezwładnie, zalana krwią, aby po chwili powstać i dać nogi za pas. Tak. Dziewczynka ucieka, porzucając serduszko. Biedne serce, zostało brutalnie wyrwane i w dodatku główna zainteresowana nawet o nie, nie zawalczyła, a dziwić się facetom, że mają czelność złamać.

Wracając do fabuły, od ucieczki Heaven, rozpoczyna się jedna wielka ucieczka. Tak, od tej chwili wraz z bohaterką i jej kompanem Dawidem, będziemy uciekać i ukrywać się.  No i dzieje się to mniej więcej przez większość  książki. Między czasie David coś tam robi, poznajemy starszą panią u której pomieszkuje i pracuje. Jeszcze gdzieś przewinie się cmentarz i duch jakiejś kobiecinki skrzywdzonej przez życie. Nasza śliczna para sobie z nimi będzie rozprawiała w jakże przemiłej atmosferze, później znowu będą uciekać.

I tak uciekali i uciekali, a ja czekałam i czekałam. Na elfy. I się ich nie doczekałam. To znaczy tak, jeżeli nastawicie się na postaci niczym moja wielka miłość Król Thranduil z hobbita - to się przeliczycie. Jak było w moim przypadku. Miałam nadzieje chociaż na Legolasa, ale nie. Nie, nic z tych rzeczy. Nie będzie nawet malusich, takich tyci tyci, A'la minimka. Niestety. Życie bywa brutalne. Autor postanowił stworzyć własną historię pochodzenia tychże istot. Mnie ona niekoniecznie przypadła do gustu. No będę szczera. Wcale. Szykowałam się na ciekawą, może troszkę bardziej młodzieżową bajeczkę, a miałam jakiś dziwny pościg za sercem, a raczej złodziejami serca. Kiedy już się dowiedziałam kto i po co - chociaż dalej było to dla mnie co najmniej dziwne - mam tutaj inne określenie, ale i tak uchodzę za najgorszą, więc ograniczę się do określenia "dziwne". 
Później jest już tylko dziwniej, no autorowi wyobraźnia odleciała w kosmos. Dosłownie i w przenośni. Co kto lubi. Do mnie nie przemówiło. Zerknęłam na opinie, o dziwo! Nie jestem sama, chociaż i zwolenników nie brakuje. Co za tym idzie, chyba zależy od nastawienia oraz tego co kto oczekuje. Ja chciałam Thranduila, dostałam... Sami musicie się przekonać co dostałam. W życiu bym się czegoś podobnego nie spodziewała, w sumie po czasie dochodzę do wniosku, że taki element zaskoczenie może być plusem. Niemniej jednak do mnie nie trafił. Całość mnie nudziła, mało kiedy porywała bym czytała z wypiekami na twarzy. Cóż. Żegnaj piękna wizjo Elfów. 

Pozostaje pytanie czy polecam, otóż tak. Pod warunkiem, że nie nastawicie się na Bóg wie co, ponieważ Miasto elfów nie należy do publikacji najwyższych lotów. Ot takie czytadło, elfy w innym wydaniu, a czy ciekawym? Kwestia indywidualna. 


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Muza.


sierpnia 01, 2016

sierpnia 01, 2016

Przekroczyć granice

Przekroczyć granice


Nikt nie jest do końca pewny, co zdarzyło się tamtego wieczoru, kiedy Echo Emerson z popularnej dziewczyny stała się cichą myszką z bliznami na rękach. Co tu dużo mówić – nawet ona sama nic nie pamięta. Kiedy w jej życiu pojawia się Noah Hutchins – zabójczo przystojny buntownik, świat dziewczyny zmienia się w niewyobrażalny sposób. Niby pozornie nic ich nie łączy, ale z ich tajemnicami, które razem odkrywają, bycie razem wydaje się być niemożliwe. Jednak, zabójcze przyciąganie między nimi nie chce zniknąć. W tej kłopotliwej sytuacji, Echo musi zdać sobie sprawę, ile jest gotowa zaryzykować dla kogoś, kto może nauczyć ją znowu kochać.

Muszę szczerze przyznać, że jestem bardzo zaskoczona tą książką. Wiele sytuacji sprawiło, że bardzo dobrze mi się ją czytało. Sama historia zresztą nie jest nie wiadomo jak banalna, nie ma w niej niedociągnięć i niedoskonałości – wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Bardzo dobrze czyta się pióro pani McGarry, dialogi są lekkie i przyjemne. Polubiłam bardzo postać Noah'a – chłopak, choć zgrywa twardziela i buntownika, w środku jest niesamowicie empatycznym i kochającym chłopakiem. Potrafi okazywać współczucie, pomagać, doradzać i co więcej – dzielić się tym, co ma z osobami, które kocha. Myślę, że został doskonale wykreowany, nie było w nim cechy, która w dużym stopniu mnie irytowała. Gorzej było z ojcem Echo. Dla mnie mężczyzna gdzieś się zagubił, nie potrafił opiekować się córką tak, jak na to zasługiwała. W pewnym momencie jego priorytety zmieniły się do tego stopnia, że nie potrafił dostrzec cierpienia własnego dziecka. Denerwowało mnie jego arogancja względem Echo i brak okazanej miłości. Na szczęście pod koniec powieści troszkę się zrehabilitował, ale nie zmieniło to faktu, że nie darzę większą sympatią tego bohatera. 

Okładka jest piękna – urzekła mnie już od samego początku. W sumie to ona do końca przekonała mnie, żeby zamówić tę powieść i dzierżyć ją w swoich łapkach. Wierzch książki budzi pewną tajemniczość i jednocześnie pozwala popracować wyobraźni. Idealnie komponuje się z całością książki, a co najważniejsze – postacie z okładki pasują do tych, którzy są stworzeni przez autorkę. 

Książkę oceniam naprawdę wysoko. Nie mam jej nic do zarzucenia, poza wkurzającym tatą Echo i jego kochanką. Cieszę się ogromnie, że miałam okazję zapoznać się z twórczością Pani McGarry i mam nadzieję, że będzie mi dane znów sięgnąć po jej powieści. Autorka mnie zachwyciła i sprawiła, że na chwilę znalazłam się w zupełnie innym świecie niż moja mała Rawa Mazowiecka. I za to serdecznie dziękuję. A wam, moi Kochani, pozycję polecam bardzo gorąco. Jest idealna głównie dla płci pięknej, choć mam nadzieję, że i mężczyźni odnajdą w niej prawdziwe piękno. 
Miłej lektury!

czerwca 05, 2016

czerwca 05, 2016

Serce w kawałkach

Serce w kawałkach

Miłość i tajemnice. Piorunująca przeszłość i wydarzenia, o których niełatwo zapomnieć. Strach o życie i wieczna walka o lepsze jutro. Czy w tym wszystkim naprawdę można zachować wewnętrzny spokój i nie dać się zwariować?
Kolejna część trylogii, która zaraz po Sercu ze szkła skradła niezaprzeczalnie moje serce. Juli i David od pięciu miesięcy żyją w Bostonie. Chłopak poukładał swoje sprawy, powolutku wychodzi z depresji i wydaje się, że wszystko będzie już dobrze. Jednak, nie tak szybko... Młody mężczyzna postanawia, że musi raz na zawsze rozliczyć się z przeszłością. Wkrótce wraca na przeklętą wyspę Martha's Vineyard, a zmartwiona Juli podąża jego śladem. David chce przypomnieć sobie wydarzenia, które poprzedzały śmierć Charlie, bo jedyne, co pamięta, to echo wystrzału.  Niestety, chłopak obawia się najgorszego – że to on postrzelił narzeczoną. 
Wszystko komplikuje się jeszcze bardziej, gdy policja trafia na kobiece szczątki w morzu, a mieszkańcy wyspy zaczynają widzieć duchy. Co tak naprawdę wydarzyło się na klifie? Jak wiele wspólnego ze śmiercią narzeczonej ma David? Na te pytania znajdziecie odpowiedź w Sercu w kawałkach.
Jestem zakochana w tej serii – nie mam co do tego żadnych wątpliwości! Bałam się, że druga część może okazać się gniotem w porównaniu z pierwszym tomem trylogii, ale na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Historię Juli i Davida pochłaniałam jak szalona, nie zważając na dzień i okoliczności, w których ja sama aktualnie się znajdowałam. A końcówka... co to było za przeżycie! Nigdy bym nie podejrzewała, że autorka AŻ tak mnie zaskoczy. Siedziałam otumaniona przez jakiś czas i baaardzo żałowałam, że na kontynuację ZNOWU muszę czekać. Niesamowicie spodobała mi się historia stworzona przez Kathrin Lange i przede wszystkim sposób, w jaki została przedstawiona czytelnikowi. Kochani, tam nie ma czasu na nudę, zmęczenie, czy zdenerwowanie przez to, że akcja kompletnie się nie rozkręca. 
Jedynym minusem jest postać Grace – kobieta irytowała mnie od samego początku, a fakt, że była przemądrzała nie pomagał mi w tym, żeby ją polubić. Potem przestałam nawet próbować, nie miałam do tego siły. Co za okropna baba! Wszędzie musiała wściubić swoje trzy gorsze, mając kompletnie gdzieś fakt, że nikt nie ma ochoty jej słuchać. Chodziła jak zjawa, wszystko chciała wiedzieć i tylko rzucała kłody pod nogi.
Mimo wszystko, aktualnie jestem oczarowana tą serią i z wielką niecierpliwością czekam na ostatnią część, którą – podejrzewam – tak samo szybko pochłonę jak te dwie pierwsze i będę czuła niedosyt. 
Szukasz świetnej książki na upalne popołudnia? Serce w kawałkach jest w sam raz dla Ciebie!

stycznia 07, 2016

stycznia 07, 2016

Serce ze szkła

Serce ze szkła

Nowy rok, nowe postanowienia, marzenia, cele i dni. Jednak, niektóre rzeczy pozostaną stare. Tak jak ja (nie zamierzam się zmieniać) i czytanie egzemplarzy recenzenckich. I oto jest – moja pierwsza książka przeczytana w tym roku, która czekała jakiś czas na tę recenzję. Jaka była i czy warto? Zapraszam!

Główną bohaterką jest Juli – młoda córka pisarza. Dziewczyna nie jest szczęśliwa, gdy tata prosi ją, by spędziła razem z nim zimową przerwę świąteczną na wyspie Martha's Vineyard. Jej niecodziennym zadaniem ma być rozweselenie Davida – syna pracodawcy ojca Juli, którego narzeczona niedawno spadła z klifu. Po przybyciu na miejsce, dziewczyna odczuwa dziwną atmosferę i spotyka niesamowicie zamkniętego w sobie Davida. Smutny chłopak traktuje ją chłodno, ale ona mimo wszystko jest nim zafascynowana. Wkrótce Juli odkrywa, że narzeczona Davida nie jest jedyną kobietą, która zginęła w ten sposób, a wszystko podobno za sprawą dziewiętnastowiecznej klątwy, która skłania młode kobiety do rzucenia się w morską otchłań. Wkrótce Juli zaczyna słyszeć głosy i przestaje odróżniać, co jest prawdą, a co iluzją stworzoną w jej głowie. Jednak ogromne niebezpieczeństwo czeka na nią wtedy, gdy zakocha się w Davidzie. Co się stanie i czy klątwa rzeczywiście istnieje? Dlaczego nagle Juli przestaje logicznie myśleć? 

Muszę się Wam przyznać, że ta pozycja zawładnęła całym moim światem i pochłonęła mnie do tego stopnia, że zarwałam dwie nocki. Nie wiem czemu, ale czułam, jakbym była częścią fabuły, tak bardzo wdrożyłam się w akcję i tajemniczą klątwę, że zaczęłam nawet kląć pod nosem, gdy Juli popełniała błędy. Ja i Serce ze szkła w pewnym momencie byłyśmy jednością, nie potrafiłam się od niej oderwać, a gdy już musiałam, ciągle myślałam o tym, co stanie się na kolejnych stronicach tejże pozycji. A najlepsze w tym wszystkim i tak było to, że akcja rozgrywała się zupełnie inaczej, niż przypuszczałam. Za każdym razem byłam niesamowicie zszokowana tym, co działo się w świecie bohaterów. Świecie, który z biegiem czasu i stron, stał się również po części moim światem. 

Już zacieram rączki na myśl, że lada chwila pojawi się kontynuacja. Naprawdę! Nie mogę się doczekać, by dowiedzieć się, co stanie się dalej. Autorka sprawiła, że chce się tylko więcej i więcej. Okrutna była tylko w tym, że w takim momencie zakończyła pierwszy tom, ale ma to też swój niesamowity urok – jeszcze bardziej pragnie się trzymać w dłoniach kolejną część. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko polecić Wam bardzo gorąco zapoznanie się z historią Juli, Davida i tajemniczej klątwy. Mam nadzieję, że spodoba się Wam tak bardzo, jak mnie. No i oczywiście liczę, że razem z niecierpliwością będziemy czekać na kontynuację. 

maja 28, 2015

maja 28, 2015

Życie zapisane w kartach

Życie zapisane w kartach


Zastanawialiście się kiedyś czy naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość faktycznie można zobaczyć w kartach? Mieliście ochotę zadzwonić, bądź umówić się na wizytę u wróżki? 
Chyba każdy z nas chciałby wiedzieć co niesie ze sobą najbliższa przyszłość, czy nasze plany się zrealizują, czy nie spotka nas nic złego, coś co sprawi, że życie ulegnie diametralnej zmianie,,, jeżeli zmiana będzie pozytywna to byłyby mile widziane, gorzej gdy karty ukażą coś przykrego? Wiedzieć czy nie wiedzieć? Żyć w nieświadomości, zaryzykować i zapytać? Może jest szansa zmienić bieg wydarzeń? I wreszcie, jakie konsekwencje niosą wróżby? Są złem wyjętym ze szpon samego szatana? Czy darem, który wiele razy może pomóc? 
Niniejsza książka jest napisana przez najsławniejszego Wróżbitę Macieja, o którym słyszał niemalże każdy kto interesuje się ezoteryką, który wróżył wielu znanym ludziom ze szklanego ekranu, którego trafność jest naprawdę imponująca. 
Od czego zaczęła się kariera wróżbity, jaką drogę musiał przebyć by znaleźć się w tym miejscu, w którym jest obecnie? Zapraszam do mojej opinii. 


Tarot, każdy o nim słyszał, lecz nie każdy potrafi pojąć jego fenomenu, tego co potrafi ukazać wybranym. Bo tarotem nie można wróżyć ot tak. Karty mają swoje układy, potrzebne jest wyczucie, intuicja i przede wszystkim powaga.  Jak opowiada Wróżbita, do kart trzeba pochodzić poważnie, nie w formie zabawy. Kiedy zapytamy o konkretną sprawę ukażą odpowiedź.  Szkopuł w tym,że nie każdy potrafi odpowiednio interpretować co nam chcą przekazać. Wróżbita w swej książce ukazuje nam własną talię tarota, którą sam zaprojektował. Do każdej karty jest odpowiedni opis, wyjaśnienie jak się do niej odnieść. Dodatkowo możemy zrozumieć dlaczego ta sama karta w innym układzie będzie miała odmienne znaczenie . Dla pasjonatów tarota lektura powinna być niebywale interesująca. Jednak samo posiadanie kart nie niesie ze sobą kariery tarocisty. Trzeba jak w przypadku Pana Macieja, metodą prób i błędów pojąć wiedzę, ale jak niejednokrotnie jest podkreślane, najważniejszy jest dar. Zdolność zobaczenia tego, co na pierwszy rzut oka może być ukryte. 

Nie myślcie jednak, że książka jest li tylko poradnikiem "jak nauczyć się wróżyć w domu", Pan Maciej uchyla rąbka tajemnicy, ale nie oznacza to, że każdy kto przeczyta i zakupi karty stanie się wróżbitą. Tutaj potrzebne jest coś więcej. Co? Tego możemy dowiedzieć się z drugiej części książki opowiadającej o życiu, teraz już sławnego wróżbity. Jednak sławę swą musiał zdobyć ciężką pracą. Nikt Pana Macieja nie posadził przed kamerami ogłaszając najlepszym z najlepszych. Zaczęło się całkiem niepozornie. Od wizyty u jednej z Wałbrzyskich wróżek, która to w dość specyficzny sposób przyjmowała swoich klientów. Z początku wróżył sobie i mamie,zaś wszystkie spostrzeżenia zapisywał w zeszytach. I tak metodą prób i błędów karty stały się czymś co zajmowało młodemu Maciejowi każdą wolną chwilę. Nikt z otoczenia nie brał na poważnie tego zajęcia, tak naprawdę każdy był nastawiony sceptycznie, no bo jak to? Wróżba czymś na poważnie? Jakież było zdziwienie gdy zawzięty, niepozorny chłopak postanowił otworzyć własną firmę, przyjmować w domu pierwszych klientów. Początki jak wszędzie były trudne.  Jednak dzięki uporowi i świadomości, że to co się robi wychodzi dobrze, uwierzcie. Można zdziałać wszystko. 
Pojawili się pierwsi zainteresowani, telefony pomału zaczęły dzwonić. Małymi kroczkami interes się rozkręcał, zaczęto interesować się Wróżbitą Maciejem. Sława rozprzestrzeniła się  poza obszar rodzinnego Wałbrzycha, chętni pojawili się z odległych miejscowości.  Gdy pojawiły się pierwsze propozycje od stacji telewizyjnych zdawać by się mogło, że życie stanęło otworem, ale jak każdy wie, ludziom trudno jest zaakceptować szczęście innych, o czym Panu Maciejowi przyszło się przekonać wiele razy...
Jak wyglądały czasy dorastania, dlaczego czasem trzeba podjąć bardzo drastyczne decyzje i jak karty potrafią wywołać łzy? Odpowiedzi na te i resztę pytań znajdziecie w książce.

Bardzo byłam zainteresowana książką o Wróżbicie Macieju, którego dobrze znam z programów telewizyjnych. Bardzo często gdy nie mogę spać w nocy, włączam sobie odpowiednią stację, gdzie Pan Maciej występuje w programie, szczerze przyznam robię to tylko wtedy gdy wiem, że właśnie Wróżbita Maciej jest na antenie. Inne wróżki mnie nie interesują. Dlaczego? Może wynika to z tego, że Pan Maciej ma w sobie coś co przyciąga, czuje się do niego zaufanie, że to co robi naprawdę jest pasją, a nie tylko siedzeniem i gadaniem tego co ludzie chcą usłyszeć. Bywam świadkiem gdy ludzie powracają, gdy mówią, że wróżba się sprawdziła. Wiem, spora część z was może zapytać, skąd mam pewność, że dane osoby nie są podstawione? Najłatwiej jest sprawdzić i samemu zadzwonić. 
Książka pozwala dowiedzieć się jak to jest wróżyć, o odpowiedzialności za wypowiedziane słowa, bo nie jest tak, że wróżbita rozkłada karty i będzie mówił co człowiek ma zrobić. Zadaniem wróżbity jest podpowiadanie, w żadnym wypadku sugerowanie o podjęciu takiej czy innej decyzji. Wróżbita nie bierze odpowiedzialności za nasze czyny, tego co zrobimy z nabytą wiedzą. Karty owszem, mogą pomóc, ale to od nas samych zależy jak potoczy się życie. 

"Nie wmawiaj sobie, że masz pecha. Mów,że masz szczęście. Przypomnij sobie wszystkie wydarzenia z przeszłości. 
Były lepsze i gorsze, więc dlaczego uważasz, że będzie źle? "

Osobiście nie wiem jakie jest mój stosunek do wróżb, z jednej strony chciałabym się dowiedzieć jak będzie wyglądała moja przyszłość,  z drugiej mam pewne opory. Jedno jest pewne, jeżeli kiedykolwiek miałabym skorzystać z porad wróżbity, to zdecydowałabym się właśnie na Wróżbitę Macieja, który dzięki książce wydaje się być jeszcze bardziej pozytywny, niż było to do tej pory. Doszedł do wszystkiego dzięki sobie, i wszystko co osiągnął zawdzięcza tylko i wyłącznie sobie. Nikt mu nie pomagał, a wręcz przeciwnie. Sława może i jest przyjemna, lecz niesie ze sobą również i falę krytyki ze strony zawistnych ludzi. 
Każdy kto jest ciekawy jak wyglądaj relacje miedzy wróżbitami, czego potrzeba do zdobycia potrzebnej wiedzy oraz jakim naprawdę człowiekiem jest najsławniejszy wróżbita, powinien sięgnąć po powyższą książkę, którą uważam za godną uwagi.  Napisana lekkim oraz przystępnym językiem, całość przyjemna w odbiorze. Możemy wiele się dowiedzieć o tarocie jak i zdolności jego interpretacji.  
Szczerze polecam, kto wie? Może ktoś z was odkryje własne powołanie we wróżbiarstwie? Może dzięki książce zdecydujecie się skorzystać z talentu Wróżbity Macieja? Przełamiecie wewnętrzny opór, a przede wszystkim zrozumiecie, że nie karty są złem, tylko nieodpowiedni ludzie posługujący się nimi.. 


Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Muza.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki. 

marca 12, 2015

marca 12, 2015

Butik na Astor Place

Butik na Astor Place




Zastanawiam się czym moją uwagę przykuła  książka nieznanej autorki, że tak bardzo zachciałam ją przeczytać. Okładka jest  zwykła, opis wydawał być obiecujący, ale było coś jeszcze. Poczułam, że historia, którą opisała Lehmann wciągnie i zawładnie moje myśli. Czasami miewam przeczucie, które popycha do zapoznania z danym tytułem. Jakie więc są moje wrażenia po zakończonej lekturze Butiku na Astor Place?

Akcja książki rozgrywa się dwutorowo, opowiadając życie dwóch bohaterek. Żyjącej w czasach współczesnych Amandy oraz Olive mieszkającej w tym samym mieście przeszło sto lat wcześniej. Amanda prowadzi butik z odzieżą staromodną, bądź ładniej określaną "Vintage", jej ulubionym zajęciem jest polowanie na oryginalne perełki z różnych epok. Bo jak twierdziła każde dziesięciolecie miało swoje charakterystyczne kroje, mniej lub bardziej efektowne. I tak będąc na przeglądzie ubrań w domu pewnej staruszki zakupuje sporą część garderoby, znajdując w starej mufce wszyty zeszyt. Po bliższych oględzinach okazuje się, że należał do kobiety mieszkającej w Nowym Jorku w roku 1907. Amanda zaintrygowana zapiskami z tak dawnych czasów postanawia zapoznać się z nimi w zaciszu domowym, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. 
I tak z hałaśliwego zgiełku Manhattanu przenosimy się w czasie, gdzie ulice miasta nie są jeszcze tak zatłoczone, damą nie wolno samym meldować się w hotelu, priorytetem ich przyszłości jest odpowiednie zarządzenie domem i dobre zamążpójście. Kariera zawodowa to tylko marzenie dla najbardziej odważnych, które wyłamywały się utartym konwenansom by móc czuć się i być niezależnymi, decydować o swoim losie bez ograniczeń. Olivie jest właśnie tego typu kobietą. Mając u boku kochanego ojca wiele czasu spędza na nauce o handlu, jej marzeniem jest zostać specjalistką do spraw sprzedaży, ale czy w świecie gdzie mężczyźni mają ostatnie słowo możliwe jest awansowanie na tak poważne stanowisko?

Z kolei druga, a tak naprawdę pierwsza z bohaterek, Amanda jest w pewien sposób bardzo podobna do Olive, z tą różnicą, że dzięki zmianom jakie zaszły w społeczeństwie nie musiała borykać się z problemami, które potrafiły spędzać sen z powiek kobietą w odległej przeszłości. Co nie oznacza, że było jej łatwiej. Sklep miewał lepsze i gorsze czasy, chętnych na tego typu ubrania nie brakowało, ale też nie zjawiali się notorycznie. W dodatku kobieta zmagała się z bezsennością, każda noc była wyzwaniem, kiedy i czy w ogóle zaśnie. Gdy w jej rękach pojawia się dziennik zaczyna interesować losami kobiety, która wydaje się być niezwykle znajoma, jakby dzieląca różnica lat nie miała wielkiego znaczenia. Kim jest Olive i jaki ma związek z Amandą? 


Muszę przyznać, że lektura tejże książki bardzo mnie pochłonęła, czytałam z ogromnym zainteresowaniem, bez problemu przenosiłam się w czasie, chociaż mówiąc szczerze to losy Olive wydały się dla mnie bardzo interesujące. Nie mogłam się doczekać kiedy znowu zagoszczę w jej świecie, dowiem co słychać jak radzi w odnajdywaniu własnej tożsamości w trudnym etapie życiowym. Wielokrotnie podziwiałam jej postawę oraz samozaparcie w dążeniu do określonego celu, dumę oraz konsekwentność. Zwłaszcza kiedy nie mogła tak naprawdę na nikogo liczyć. A żyjąc w epoce niezbyt przychylnej kobietom było naprawdę wielką odwagą, stawić czoła i iść przed siebie, nawet wtedy gdy czuła gorycz upokorzenia.
Z Amandą było inaczej, nie bardzo polubiłam jej postać. Nie pochwalałam zachowania dotyczącego relacji z Jeffem, wydawało się być absurdalne, ale z drugiej strony łatwo oceniać patrząc z boku. niestety odnoszę wrażenie, że ta postać nie miała wryć się w pamięć, jakby stanowiła tło do Olive, ona grała pierwsze skrzypce i w moim odczuciu jej losy zawładnęły całością. Poczułam niezwykłą nic sympatii do tej kobiety. W dodatku autorka tak wspaniale zobrazowała epokę w której przyszło się wychować i dorastać Olive, że praktycznie oczami wyobraźni widziałam wszystkie miejsca w których danej chwili się znajdowała.
Ogólnie całość jest wspaniale napisana, Lehmann genialnie stworzyła fabułę, przeskoki z bohaterek były płynne i nie odczuwało się dyskomfortu podczas czytania. Klimat był dość tajemniczy, nie jeden raz przechodziły mnie dziwne ciarki. Zwłaszcza kiedy Amanda odczuwała cudzą obecność w mieszkaniu.
Jedyne do czego niestety muszę się przyczepić to zakończenie, wydawało się być zbyt płytkie, zbyt proste do tego co serwowane było przez całość. Poczułam się porzucona w trakcie lektury, oto nadszedł koniec i trzeba odkryć karty. I nic. Oczekiwałam spektakularnego zakończenia, nieoczekiwanego zwrotu akcji, niestety tak się nie stało. Szkoda. Mimo wszystko,  książkę uważam za świetną, gdyż nawet zakończenie nie zburzyło mojej bardzo pozytywnej opinii. Mogło być jeszcze lepiej, ale uważam, że Butik na Astor Place  jest świetnie napisaną, dokładnie opracowaną książką, którą warto przeczytać. Długi czas zajmowała moje myśli, a to chyba najlepsza rekomendacja.


Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu MUZA.
Książka bierze udział w wyzwaniu - 52 książki.


Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger