czerwca 24, 2022

czerwca 24, 2022

Zakupowy przegląd

Zakupowy przegląd


 Nie wiem, jak to się dzieje w tym miesiącu, ale kompletnie nie mam czasu na zrobienie postu, bo napisać coś bym mogła, ale ja akurat nie lubię wrzucać tekstów o wszystkim i niczym. Blog traktuje trochę inaczej. Tutaj polecam, podsumowuje, a moja codzienność, to moja codzienność:).  Mam nadzieję, że w końcu się zmotywuje do robienia bardziej przyzwoitych zdjęć polecanych produktów, tymczasem, wybaczcie, że do jakości można sporo się przyczepić, niby kalkulatorem nie było robione, a jednak... Nie przedłużając, zaczynam o moich nabytków obuwniczych - tych wybranych, bo gdybym chciała pokazać wszystkie, cóż... te kilkadziesiąt par, trochę by nas wszystkich pokonało :))). 



A zatem, zaczynamy od butów Akardo - jest to Polska firma, tworzona przez rodzinę, buty, które oferują są ze skóry, ja mam już kilka par, ale tutaj pokazuje pantofelki, które są bardzo wygodnie i według mnie urocze. Nie znoszę balerinek, których płaskość po prostu odbiera urok nogom. Taka forma podniesienia stopy jest i wygodna, i nie odbiera wizualnego wrażenia. Wybrałam kolor żółty, ale z tego modelu były również te klasyczne.  Mam jeszcze sandałki z poprzedniego sezonu, biegałam w nich wszędzie i bardzo dużo, nigdy mnie ich buty nie obtarły, a zazwyczaj mam z tym problem.  Myślę, że tę markę mogę śmiało polecić - również panom, są oczywiście męskie buty, ale o wygodzie niewiele mogę powiedzieć;).  Za te buty w promocji zapłaciłam około 200 zł. 



I wreszcie buty, a dokładnie klapki, których nigdy nie chciałam kupić i zapierałam się przed nimi, rękami i nogami. Naprawdę, nie ukrywam, zawsze uważałam, że nie ma bardziej brzydkich klapek. Aż wreszcie, po obejrzeniu nie pamiętam ilu polecanek, pomyślałam, że sprawdzę słynne Birki (Birkenstock) właśnie ten model i koniecznie różowa pianka. Rzeczywiście, komfort chodzenia jest ogromny, nie ma porównania do innych gumowych klapek, które potrafią do krwi obcierać, zwłaszcza gdy stopa się po prostu przegrzeje. Nie ma opcji, ja w nich biegam w upały i jestem bardzo zadowolona. Cena promocyjna  wyniosła około 170 zł.




Teraz przejdźmy do kosmetyków. Jakiś czas temu, kupiłam piankę do mycia twarzy i serum Nacomi. Oba produkty w zestawie kosztowały taniej, a że jestem łowca wyprzedaży i promocji wszelakich, wiadome było, że spróbuję. Pianka jest o zapachu czarnej porzeczki, bardzo przyjemny, nie trąci sztucznością. Delikatnie oczyszcza twarz, ja wprawdzie wcześniej zmywam makijaż płynem miceralnym, więc nie wiem, jak sobie radzi bez wcześniejszego demakijażu. Jednak w opisie jest informacja by nie dostał się do oczu, więc rzęsy i powieki już nim nie oczyścimy, szkoda. 
Serum ma za zadanie zwężać pory i ściągać skórę. Czy zwęża? Jako tako, ja już się pogodziłam, że na efekt jakikolwiek to trzeba udać się po zabieg;). Niemniej, skóra  po nim jest przyjemna i rozświetlona, nie wysusza, szybko wysycha i nie zostawia uczucia lepkości.  
Oba kosmetyki polecam, są przyjemne w użytkowaniu, mnie nie uczuliły więc super, ale czy do nich wrócę? Nie wiem, może kiedyś. Cena za oba wyniosła mniej więcej 40 zł.





Kolejna para, to krem na dzień 40+ i krem pod oczy, również do tego przedziału wiekowego. Jest to słynna seria, która jak obiecywały reklamy, miała zdziałać niemalże cuda. Cenowo są chyba droższe od innych sióstr Bielendy, ale nie ma jakiegoś dramatu.  Zacznijmy od kremu, jest bardzo lekki, nie obciąża, nie robi efektu tłustej skóry, szybko się wchłania. Fajnie nawilża. Cudów nie zadziałał, ale też ich nie oczekiwałam. Krem pod oczy, jest również lekki, ja go używam tylko na dzień, żeby skóra pod oczami, teraz latem się nie przesuszała, mam świadomość, że moich zmarszczek nie wygładzi:).
Kupione również podczas promocji w Rossmanie, nie mam pojęcia ile zapłaciłam, ale miliony moment nie u Bielendy. 



No i przyszła pora na DM- owskie produkty. Tak, Jelenia Góra jest jednym z tych szczęśliwych miast, w którym ta znana sieć sklepów, zawitała. Trochę potrwało zanim przyszła okazja żebym odwiedziła - mimo, że codziennie przejeżdżam  obok, ale w końcu wpadłam i porozglądałam się co i jak. Kupiłam oczywiście znane chyba większości, DM - owe kosmetyki Balea. Żel do mycia, bardzo, ale to bardzo lubię ich żele, są świetnie. Skusiłam się również na lakier do włosów, używam raz na kilka miesięcy, ale czasem warto mieć. Jest nawet ok, wypróbowałam. 
Żel kosztował dosłownie grosze, jakieś 5 zł, a lakier 7 zł, w zaokrągleniu. 


Kupiłam również chusteczki nawilżające - jedno to chyba papier toaletowy, ale ja tego używam do wycierania kurzy;) średnio tego typu produkty drogeryjne stosuje do ciała. Składy to one raczej mają straszne. Jednak do wycierania kurzy czy innych rzeczy, jak najbardziej. Zapachy mają dosyć intensywne co mnie troszkę męczy, ale jakoś przeżyje. Lubię mieć w domu tzw. mokre chusteczki, bo często ich używam, buty świetnie domywają.  Za jedno opakowanie zapłaciłam około 3,50 zł. Cena niewielka.





A zatem, moje bardzo wybiórcze zakupy wyglądały mniej więcej tak, jak powyżej pokazałam. Mam jeszcze chęć pokazać zakupy do stylizacji paznokci, ale to już jak będę miała komplet, wtedy przeliczę ile wyniosła ta inwestycja:).  Rozpoczyna się sezon urlopowy, ja muszę troszkę poczekać, wykradam tydzień z drugiej połowy lipca, ale ten główny dopiero we wrześniu, więc jeszcze muszę poczekać. Gdzie się wybieracie? Macie plany urlopowe/ wakacyjne? 



czerwca 18, 2022

czerwca 18, 2022

Bridgertonowie - Grzesznik nawrócony

Bridgertonowie - Grzesznik nawrócony

 


Jak już kiedyś pisałam, jeśli czytuję romanse, to tylko historyczne. A do cyklu o Bridgertonach mam wyjątkową słabość, chociaż nie wszystkie części na równi podbiły mój gust, to i tak uważam, że czas spędzony przy lekturze losów tej rodziny, są bardzo przyjemną odskocznią od codzienności. Może nie wyczekuję premiery książek ze zniecierpliwieniem, ale gdy już są dostępne, zazwyczaj biorę się za czytanie w wolnej chwili. Przy okazji czterodniowego wolnego, postanowiłam zapoznać się z Grzesznikiem nawróconym, który niedawno miał premierę wznowienia w nowej szacie. 


Tym razem poznajemy losy Franceski, szóstej w kolejności rodzeństwa. Chyba o niej było najmniej w poprzednich książkach. Ta postać była zazwyczaj na uboczu, z tego co pamiętam, nie pojawiała się zbyt często. Wreszcie mamy okazję do poznania się z Franceską, autorka ukazuje nam postać dosyć innej osobowości Bridgertonów. O ile pozostała część rodzeństwa, jest niesamowicie kontaktowa i wylewna w swoich emocjach, tak tutaj można się domyślić, trzecia z sióstr, jest bardziej zamknięta w sobie i powściągliwa.  

Gdy rozpoczynamy lekturę, dziewczyna jest już mężatką z dwuletnim stażem, a więc w tym przypadku nie jesteśmy świadkami  słynnego balu debiutantek i całej zabawy w szukanie odpowiedniej partii. Frannie, związała się z hrabią Johnem Stirling i jest bardzo szczęśliwa u jego boku. Oboje bardzo się kochają, ale jest jeszcze jedna osoba. A dokładnie mężczyzna, który od pierwszego poznania z Franceską, czuje coś więcej niż tylko sympatię. Michael, bo o nim mowa, stryjeczny kuzyn Johna. Obaj byli razem wychowywani, kochają się jak bracia. Pech chce, że jedyna kobieta, która wzbudziła w nim uczucia, których się nie spodziewał, nigdy nie będzie jego. 

 Myślę, że w tym momencie muszę zakończyć jako taki zarys fabuły, ponieważ jeśli ktoś nie poznał tej historii, albo nie zna ogólnie serii, mógłby się poczuć pozbawiony elementu zaskoczenia. 


Przejdźmy zatem do mojej ogólne oceny książki, jak odebrałam postać Franceski, która jak już wspomniałam, jest czytelnikom najmniej znana.  Gdzieś mi przemknęło, że sporo osób oceniło ją mniej pozytywnie. Właściwie sama nie wiem, niby mnie nie denerwowała, ale miała w sobie pewne irytujące zachowania, ale nie były zbyt dokuczliwe, ja bardziej przymykałam na nie oko.

Fabuła do pewnego momentu jest dosyć ciekawie poprowadzona, jest ten element czekania, co będzie dalej, jak też potoczą się dalej losy naszych postaci. Nie umiem powiedzieć, czy byłam zaskoczona, a jeśli nawet, to czy było zaskoczenie pozytywne, bo w pewnym momencie, zachowanie naszej Frani, zrobiło się dziwaczne i chwilami nie spójne z tym, co próbowała wykreować autorka. Troszkę czułam zgrzyty, ale mam wrażenie, że w przypadku tej historii, pisarka skupiła się na ukazaniu innego wątku, który trochę wykoleił temat wiodący. 

Trudno jest powiedzieć, by Franceska podobnie do reszty rodzeństwa, była zżyta ze swoją rodziną, wręcz przeciwnie. Zachowuje spory dystans w relacjach z siostrami, o braciach już nawet nie wspomnę. O ile w innych częściach, najlepsze sceny to te, gdzie rodzeństwo spędza wspólny czas, ich przekomarzania są po prostu fenomenalne. Tutaj bardzo tego brakuje. Widać, jak odseparowana od rodziny jest ta postać. 

Bardzo mnie rozbawił i uważam, za zupełnie nietrafiony tytuł. Nie wiem, kto jest tym grzesznikiem nawróconym - z chęcią go poznam, ponieważ każdy, kto przeczytał książki z serii, na pewno zauważył, że w oczach autorki, a zarazem jej bohaterek, praktycznie większość męskich przedstawicieli, które wzbudzały zainteresowanie wśród panien na wydaniu, byli hulakami i rozpustnikami. Właśnie te nazewnictwa na zmianę możemy spotkać. Cóż za rozwiązły świat Angielskiej socjety, nadmienić należy, że każdy z tych hulaków, był przystojny, inteligenty, czarujący z kryształową duszą, ukrytą za fasadą rozpusty.  

I gdyby czytać kolejno każdą część, jestem przekonana, że ta schematyczność mogłaby zmęczyć, jednak raz ,czy dwa razy w roku, nie przeszkadza, na tę chwilę można zapomnieć, że Ci przystojni, to a jakże hulaki, ale jak już spotkają tę jedyną to nagle miłość przesłania widok na inne kobiety. Ciekawe czemu, kobiety usilnie próbują wierzyć w te bajki?

Niemniej, lubię poczytać, dla klimatu odległych czasów, mają w sobie pewien urok i przede wszystkim język, który nie jest żargonem ulicznym. Pełnym wulgaryzmów, co można spotkać we współczesnych romansach. Właśnie dlatego, z ogromną przyjemnością sięgam romanse historyczne, są lekkie, sprawdzają się wyśmienicie, gdy człowiek potrzebuje zresetować głowę.     


czerwca 13, 2022

czerwca 13, 2022

Przedsionek piekła

Przedsionek piekła

 


Przedsionek piekła jest książką, którą przeczytałam dosyć dawno, a jednak musiała trochę odczekać, zanim zdecydowałam się o niej napisać. Właściwie nie wiem, dlaczego od razu nie opisałam wrażeń po zakończonym czytaniu, ale muszę przyznać, że nie spodziewałam się tego wszystkiego, co zaserwowała autorka. Wiedziałam, że będzie to mocny thriller, ale gdzieś w swoich podejrzeniach, szłam ku zupełnie inaczej poprowadzonej fabule, ale zacznijmy od początku. 


Jak możemy dowiedzieć się z opisu od wydawcy, pewnego wieczora w małej miejscowości w pobliżu Colorado, podczas imprezy plenerowej, znika młoda dziewczyna - Abi. Z początku mieszkańcy, jak również rodzina, mają nadzieję, że nieobecność nastolatki wiąże się z przeholowaniem podczas zabawy z rówieśnikami. Emma, najbliższa koleżanka, uważa, że stało się coś złego, ponieważ jej zdaniem przyjaciółka nie mogła zaginąć ot tak. Skoro nie odbiera telefonu i z nikim się nie kontaktuje, najwyraźniej potrzebna jest interwencja policji. Co zresztą zostało już zgłoszone. 

Rodzina Abigail, uchodzi za dosyć osobliwą oraz przesadnie wierzącą - co moim zdaniem jest dosyć łagodnym określeniem, ale później do tego wrócimy. Matka dziewczyny od wielu lat żyje w zawieszeniu, gdzieś pomiędzy jawą a snem,w domu natomiast rządzi jej mąż i ojciec dzieci. Samuel Blake, jest człowiekiem wręcz obsesyjnie oddanym modlitwie i wygłaszaniem mądrości z Biblii. Zaginięcie córki odbiera za pewnego rodzaju karę od Boga, który daje jego rodzinie szansę na nawrócenie i odkupienie grzechów, a tych wiadomo, jest pod dostatkiem. 

Trzeba przyznać, że w miasteczku Whistling Ridge, większość mieszkańców darzyła się dosyć skomplikowanymi uczuciami. Jedno ich wszystkich łączyło - posłuch pastora. Ten miał poważanie i zdanie decyzyjne, które opierało się rzecz jasna, na subiektywnych odczuciach i poglądach. 


Gdy znika Abi Blake, wszyscy chcą dowiedzieć się co naprawdę się wydarzyło, czy aby dziewczyna sama zdecydowała o ucieczce z domu i jeśli tak, to dlaczego? I najważniejsze pytanie, najbliższa przyjaciółka Emmy, z którą mówiły o wszystkich sekretach, jaka była naprawdę? Może obraz, koleżanki, był jedynie złudzeniem, a prawda skrywa mroczne tajemnice? Nie tylko związane z zaginioną nastolatką.. 


Przedsionek piekła - ten tytuł jest niebywale trafiony, ponieważ ukazane wydarzenia, a raczej odkrywane tajemnice, jawiły się jak z przedsionka piekła. Zacznijmy od obrazu miasteczka. Można powiedzieć, że zadupia rządzą się swoimi prawami. Ludzie się lubią mniej lub więcej, ale potrafią ze sobą wspólnie egzystować. Ja zawsze będę powtarzała, że Polacy są marudami i pierwsi do narzekania na wszystko, zwłaszcza na pogodę. Jednak to Amerykanie są nienormalni, pod każdym możliwym względem. Jeśli dzieją się okrutne zbrodnie na wielką skalę to u nich, jeśli nastolatki wyprawiają rzeczy od których włosy dęba stają, to gdzie? No w Ameryce, można by pisać i pisać. Dlatego, gdy sięgam po thrillery ukazujące wydarzenia właśnie w tym państwie, mam świadomość, że będzie się działo. 

Zastanawiam się kto w tej historii był normalny. Kto miał tak po prostu szczere zamiary względem drugiej osoby. Jeśli myślicie, że ta książka to oklepana tematyka zaginionej nastolatki, napiszę od razu, nic bardziej mylnego. To jak w tym obrazku z górą lodową, gdzie czubek ledwo wychodzi nad taflę wody, a pod spodem jest ukryta  potężna część. Podobnie jest z fabułą tej książki. 

Zaczynamy od podłego zachowania rówieśników Emmy, która jako pół latynoska, jest traktowana niczym śmieć, dosłownie. Później, jest tylko lepiej, bo relacje rodzinne w wielu domach, zakrawają od jakieś psychopatyczne kompilacje. No i wisienką na torcie, jest rzecz jasna pastor, we własnej ucieleśnionej, diabelskiej - przepraszam, kościelnej osobie. Pastor, był moją ulubioną postacią, szalenie go podziwiałam.  Chociaż, miał groźnego rywala, w swojej miłości do stwórcy, Pana naszego, mocno wielbionego. Samuel Blake. Och, on powinien być żywcem wzięty do Nieba, chociaż myślę, że piekielny kociołek byłby też w sam raz. 

Książka jest dosyć mocna, może przytłoczyć, może wywołać wiele emocji, które będą towarzyszyły nawet po zakończeniu czytania. Mimo upływu czasu, mam w głowie te wszystkie wydarzenia, które zostały odkryte, skrawek po skrawku. I nie umiem powiedzieć, które z nich, mną bardziej wstrząsnęło. Mam świadomość, że nie każdy będzie chciał przeczytać ten tytuł, jednak jeśli nie boicie się thrillerów, to polecam. 


czerwca 05, 2022

czerwca 05, 2022

Spełnione marzenie po czternastu latach

Spełnione marzenie po czternastu latach

 


Zawsze chciałam robić paznokcie. Nie takie, jak sobie większość z nas potrafi w domu - albo nie potrafi, byle po prostu były. Mnie ciągnęło do tych profesjonalnych. Pamiętam, najpierw były tipsy - kto nosił tipsy? Jako dwudziestolatka miałam szpony na całą długość tego tipsa, nic nie skracałam, tylko robiłam formę. Bo przecież kupiłam sprzęt i dziabałam sama w zaciszu domowym. Oczywiście ilu koleżankom zrobiło się tych, metodą domową tipsów. A jak mnie to odprężało, mogłam tak siedzieć godzinami, jak tylko miałam trochę wolnego czasu. 

Jednak było konkretne Ale, nie miałam techniki, nie miałam wiedzy. Owszem, było we mnie mnóstwo zapału i chęci wiedzy, tylko zabrakło funduszy, na realizację. Wtedy, byłam na pierwszym roku studiów, złapałam jakiś staż, dorabiałam pomiędzy jako kelnerka i jakoś się toczyło. Kwota potrzebna do szkolenia, przerażała i w pewnym momencie skutecznie zniechęciła. I w ten sposób, zrezygnowałam z mojego marzenia, może błahego, ale jednak. Skończyłam studia, poszłam do pracy w przedszkolu, długo tam nie wytrzymałam i wylądowałam tu, gdzie jestem. 



W końcu zdecydowałam się zapisać na szkolenie. Trwało trzy dni i było mega intensywne.


Nareszcie wiem, jakie popełniałam błędy podczas mojego wieloletniego wykonywania paznokci, bo później, gdy stare dobre, ale sztuczne tipsy, poszły w odstawkę. Nadeszła era, żeli i właśnie tę metodę, chciałam opanować do perfekcji, by móc zrobić sobie i późniejszym klientkom - które już czekają na zielone światło ode mnie, piękne paznokcie. 



Tak prezentują się zrobione przeze mnie paznokcie, te po lewej były wykonywane na mojej ręce, więc troszkę trudniej było technicznie, ponieważ do dyspozycji tylko jedna pomocna dłoń;). Uczyłam się dwóch wzorów, czyli migdał i kwadrat. Na modelce zrobiłam kwadrat, nie powiem, stres był ogromny, bardzo bałam się pracy frezarką na cudzych paznokciach, ale nie taki diabeł straszny, wyszło naprawdę świetnie. Jestem z siebie bardzo zadowolona, ogólnie dumna, że wreszcie się zdecydowałam. 



Jak widzicie, mam to! Zdobyłam certyfikat, ale przede wszystkim cenną wiedzę, dzięki której moje paznokcie będą robione pięknie, a ja, nareszcie, będę mogła cieszyć się z wykonanej pracy. Oczywiście, jeszcze sporo szlifowania przede mną, ale jak pisałam wcześniej, mnie to sprawia mnóstwo frajdy i nie mogę się wręcz doczekać, kiedy będę mogła robić następne mani:). 


Tak wyglądał mój początek czerwca, czyli jak pisałam w poprzednim poście, rozpoczął się intensywnie i z wieloma emocjami. Zobaczymy co przyniosą kolejne dni i tygodnie. 

maja 31, 2022

maja 31, 2022

Podsumowanie maja - czyli dżem, mydło i powidło

Podsumowanie maja - czyli dżem, mydło i powidło

 


Maj bez wątpienia był miesiącem intensywnym, z wieloma wycieczkami, które naprawdę były udane i satysfakcjonujące. Miałam w planach zaprezentowanie moich kilku udanych zdobyczy zakupowych, trafiłam na przepiękną promocję jednej z bardzo dobrych firm ubraniowych, ale i równie drogich. Ceny regularne są naprawdę oszałamiające, a mnie się udało wstrzelić w promocje -70%, więc nic tylko brać. Niestety pogoda się zepsuła, a mnie niekoniecznie bawią sesje domowe, do ubrań, które są ewidentnie letnie. Trudno, będę prezentowała w innym poście, bo moje wystrzałowe spodnie po prostu musicie zobaczyć. Chociaż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu się spodobają, ale ja mam dosyć dziwny gust. 

Idziemy dalej, skoro nie będzie ubrań, mogę Wam pokazać zapachy, w które się zaopatrzyłam. Ogólnie z wodami toaletowymi - perfum nie lubię, są mi za ciężkie. Mam taki problem, że muszą być słodkie, jeśli jest coś, co odbiega od słodkości od razu zaczyna mi przeszkadzać. Zrobiłam błąd, szukałam po nutach - niby wiedziałam jakie mają być, ale... no spudłowałam. Zamówiłam wodę Calvina Kleina i się okazała niewypałem, Już po otwarciu pudełka poczułam, że to nie jest mój zapach. 



Jak widać powyżej, cała flaszka stoi i czeka. Nie mam jak oddać mamie, bo dopiero co, dałam cały flakon innej wody, którą namiętnie używałam w młodości, kupiłam z sentymentu i okazało się, że jednak gust mi się odmienił;) kupiłam na promocji, bo normalnie jest okrutnie droga, całe szczęście, mamusia przyjęła z zachwytem. 

Celowałam dalej, bo kto bogatemu zabroni wywalać pieniążki na nieudane perfumy. W końcu przypomniałam sobie o starym dobrym Bruno Banani, popędziłam do drogerii, obwąchałam. Kupiłam. I wszystko byłoby super, tylko uważam, że trwałość jest biedna. Nawet gorzej niż biedna. Nie wiem, ja czuje zapach tylko przez jakąś godzinę, a później, po prostu się ulatnia. Szkoda ogromna, bo słodycz jest cudowna tego zapachu. 


Na koniec, pozostawiłam sobie perełkę miesiąca Maj, która to powinna być kwintesencją moich zakupów, chociaż w tym przypadku nie wydałam złamanej złotówki, ale ów nabytek jest mój (mam na niego papiery), Radość była ogromna. I w ogóle, ale nie przedłużając, mój R kupił mi nowe auto. Cudne, piękne, model jaki chciałam, nawet kolor jaki pragnęłam żeby miało - spokojnie, nie chwalę się, zaraz dojdę do sedna. Na drugi dzień, po zakupie, uszczęśliwiona popędziłam do mamusi, a z mamusią na cmentarz do tatusia. Chyba tatuś nie bardzo miał tego dnia ochotę na odwiedziny, bo auto brutalnie i boleśnie przerysowałam.   



Samochód, który kosztował naprawdę sporo, przejechałam nim zaledwie 50 kilometrów. Przepięknie przeorałam bokiem o przydrożny słupek. Oczywiście dramat w moim wykonaniu był koncertowy, zadzwoniłam z płaczem do brata, że rozbiłam auto, że potrzebuje pomocy. Brat przyjechał z odsieczą, na wszelki wypadek lawetą - nie wiedział jak wielkie straty. Okazało się, że może uszczerbek dla auta nie wielki, ale jednak koszt naprawy spory. Bo jedyne 1200 zł.  

Mój kochany R, spokojnie zapytał czy nic mi nie jest, gdy udzieliłam informacji, że mnie nie, ale autko jakby lekko straciło na uroku, równie spokojnie udzielił mi odpowiedzi, że drugiego już mi nie kupi ;). 




Taki to był Maj, mimo całej sytuacji z samochodem, muszę przyznać, że nie było tak źle. Więcej wynikło mojej paniki, bo jednak nigdy nie zaliczyłam takiej wtopy. Tłumaczy mnie jedynie fakt, że jeszcze nie wyczułam samochodu, bo jednak i sprzęgło i gaz trzeba wydeptać żeby się dopasować.  Stare autko, było stare, ale kochałam całym sercem, mimo tych wszystkich niedogodności, które już zaczęły dokuczać. Tutaj wszystko działa płynnie, a ja nie przywykłam, no i jest jak jest;).  W ramach pocieszenia brat mi zrobił klimatyzacje - której szczerze nienawidzę, bo niszczy mi krtań, ale czasem jednak się przydaje. 
Jeśli chodzi o wycieczki, jestem zadowolona, bo póki była ładna pogoda, wykorzystywaliśmy każdą wolną chwilę. 
Przeczytałam sporo książek, mam nadzieje, że w końcu zbiorę się w sobie i nadrobię zaległe recenzje, w końcu zapomnę o czym były i będę musiała drugi raz czytać;).



Jestem ciekawa co przyniesie Czerwiec, bo już pierwsze dni - zaczynając od piątku, będzie się działo, ale o tym, na pewno zrobię specjalny wpis na blogu. Mam nadzieję, że będzie miesiącem równie udanym, bo ileż można mieć pecha? W prawdzie staram się nie wpadać w rozpacz, kiedy coś się dzieje negatywnego, ale jednak troszkę luzu mogłoby się przydać:)
Napiszcie, jaki był wasz ten miesiąc, czy również zachwycacie się przepiękną zielenią w maju, która już później nie robi takiego wrażenia? 

maja 28, 2022

maja 28, 2022

Skrzydła i kości

Skrzydła i kości

 


Skrzydła i kości, a dokładnie opinie do tej książki, zobaczyłam na blogu do którego zaglądam. Recenzja na tyle mnie zaciekawiła, że od razu pobrałam książkę na swoją półkę Legimi.  Jako, że czytnik lubię nosić ze sobą do pracy - od razu wyjaśnię, nie, nie czytam w trakcie godzin pracujących. Po prostu często muszę zostać dłużej w oczekiwaniu na mojego R, czas przejazdu z jednego końca miasta na drugi, po mnie, wynosi około 30 min, szkoda marnować na siedzenie, więc czytam. Ten tytuł miałam tylko sprawdzić, czy przypadnie mi do gustu, ale od razu tak się wciągnęłam, że nie wiedziałam, kiedy i byłam na 50 stronie.  Co mnie w tej książce tak zainteresowało? 


Malumice to mała wieś, w której ludzie wiedzą o sobie wszystko, a każde nowe wydarzenie musi trafić do wszystkich mieszkańców. Podobnie było, gdy do dawno opuszczonego domu wprowadziła się rodzina Bocheńskich. Małżeństwo z dwiema córkami, małą i już dorosłą - Kingą. Dlaczego przyjechali do miejsca, z którego większość miejscowych marzyła o ucieczce, tylko jakoś brakowało odwagi? 

Najbliższa sąsiadka nowo przybyłych, spokojna i raczej najmniej plotkująca kobieta, próbowała nawiązać kontakt z sąsiadami, ale pani Bocheńska niekoniecznie wykazywała zainteresowanie. Widywała przez płot resztę rodziny, męża i dzieci. Pana Janusza, uważała za porządnego i pracowitego człowieka, pracował w pobliskim sklepie budowlanym. Starsza córka, z tego co można było zaobserwować, nie bardzo cieszyła się na mieszkanie w tym domu, w tym miejscu, a już tym bardziej ze swoją macochą - bo pani Bocheńska nie była jej rodzoną matką. Relacje tych dwóch były bardzo napięte, to też w domu często panowała ciężka atmosfera. 

Mieszkańcy wsi obserwowali nowych, Ci starsi i młodsi. W końcu najciekawsze jest cudze życie, a jeszcze bardziej tajemnice, które mogą ukrywać. Kinga nawiązała kilka znajomości, ale czy były to szczere relacje? Jednak potrzebowała wyjść gdzieś z domu, żeby nie być z kobietą, której nienawidziła. Wybrała się na dyskotekę do pobliskiego miasteczka, a później na festyn - wydarzenie zbierające chyba większość okolicznej ludności. 

Kinga z tego festynu nie wróciła. Czy byłą to okazja do ucieczki z domu? W końcu nie byłaby jej pierwszym wyczynem. Dlaczego nie zostawiła żadnej wiadomości? A może był świadek jej zniknięcia? Jaka jest prawda? 


Kiedyś już pisałam, że najbardziej lubiane przeze mnie thrillery to te, gdzie akcja rozgrywa się w małych miejscowościach albo wioskach. Wiadomo, że klimacik będzie odpowiednio ciężki, a każda tajemnica, odkryje kolejną. Aż w końcu układanka ukaże przerażający finał. 

Napisałam wyżej, że książka mnie wciągnęła od razu, ale nie miałam pojęcia co tam się wydarzy. W pewnym momencie to już wręcz na głos reagowałam, na pewne wydarzenia. O mój Boże, co tam się zadziało, nie wiem, gdzieś trafiłam na opinię, że było przewidywalne, szczerze? Przeczytałam naprawdę sporo książek w tym gatunku i jestem wymagająca, tutaj jak dla mnie, nie było niczego przewidywalnego. Ja to się już bałam, że zanim dotrę do końca, cała wioska się wymorduje. Takiej akcji to w życiu się nie spodziewałam, a już na pewno, nie po niektórych osobach. 

Według mojej skromnej opinii jest to bardzo dobrze napisana książka. Atmosfera jest pełna napięcia, czuć, że coś się wydarzy, nie wiadomo kogo oskarżyć, komu zaufać. Ja tam, już każdego w pewnej chwili się bałam, wiadomo, zadupia zawsze cechowały się dziwnymi ludźmi ze skłonnościami do odchyleń psychopatycznych. Bo przecież lepiej zabić, niż ktoś mógłby się dowiedzieć, że ukradłam rzodkiewkę sąsiadce. Jezu, ja to się czasem zastanawiam, czy na tej mojej wsi, też mieszkają tacy porąbani ludzie. Niby nie jest mała, ale jednak, niepokój zostaje. 

Cóż mogę więcej napisać, ja Skrzydła i kości szczerze polecam, mnie pochłonęła kompletnie, zakończenie było w porządku, nie czułam rozczarowania. Jeśli lubicie kryminały w tym klimacie, to jak najbardziej polecam. 


maja 24, 2022

maja 24, 2022

Wyjazd na weekend

Wyjazd na weekend



Ostatnio kiepsko mi wychodzi pisanie recenzji, a książek czytam dosyć sporo, jak na możliwości czasowe. Nie będę ukrywała, że czytnik bardzo wychodzi na plus, bo wszędzie go ze sobą zabieram - nawet do pracy, chociaż tam nie czytam, ale jak już muszę gdzieś zaczekać, to wtedy, chociaż ten kwadrans. Zamiast gapić bezmyślnie w telefon. Oczywiście najwięcej czasu dla książek, mam wieczorem, chyba, że pada deszcz i nie siedzę tyle godzin w ogrodzie, wiadomo. 

Wiedziona wieloma opiniami do książki, a nawet i filmu, stwierdziłam, że w końcu sprawdzę czy Wyjazd na weekend, jest taki ciekawy i jak odbiorę tę historię. Filmu jeszcze nie widziałam, chciałam najpierw przeczytać książkę, może w piątek, będzie możliwość.  A zatem, najpierw nakreślę o czym mniej więcej jest fabuła, a później jak mi przypadła do gustu. 


Orla, jest młodą matką, która przez dosyć długi czas, nie mogła zajść w ciążę. Nieudane próby in vitro. I wreszcie, gdy postanawia, że to było ostatni raz - udało się. Teraz, gdy jej córeczka ma kilka miesięcy, czuje, że potrzebuje odskoczni od codzienności, która chociaż wyczekana, jednak potrafi działać nużąco.  Brak relacji z innymi ludźmi poza grono mamusiek, daje się we znaki. Dlatego, gdy niespodziewanie, jej przyjaciółka Kate, proponuje weekendowy wypad do Lizbony,  z chęcią przystaje. Oczywiście, ma pewne obawy, w końcu musi zostawić córeczkę na dwa dni z mężem, nie będzie jej miała na oku i w ogóle. Mimo wszystkich obaw, lecą na długo wyczekiwany babski wypad, jak za dawnych czasów. 

Kate jest w trakcie rozwodu, jej mąż okazał się zdrajcą, miał romans. Dlatego ten wyjazd, traktuje jako zemstę i w pewnym sensie odskocznie od myśli, które jeszcze nie opuściły. W dodatku jest nareszcie możliwość by pobyć sam na sam z przyjaciółką, czego dawno nie robiły, z przyczyn wiadomych. 

Gdy już lokują się w apartamencie, odświeżają po podróży, Kate, postanawia, by udały się na kolację do restauracji. Orla wprawdzie wolałaby się wyspać, ale w końcu nie po to, leciała do tego pięknego miasta. Będąc w lokalu, Kate zachowuje się troszkę nerwowo, ale jaka kobieta jest spokojna mając na głowie rozwód i niewiernego męża? 

Po zakończonym posiłku, Kate postanawia odwiedzić jeden z klubów nocnych, chce aby ta noc była rozrywkowa jak za dawnych czasów. Orla uważa, że jest po prostu zmęczona i właściwie nie czuje potrzeby na zabawę wśród hałasu i mnóstwa alkoholu, zwłaszcza, że na drugi dzień zaplanowały atrakcje turystyczne, ale Kate jest uparta. W końcu lądują w klubie. Na miejscu poznają dwóch przystojnych Portugalczyków, którzy z chęcią dotrzymują obu kobietom towarzystwa. 


Do tego momentu sięgają wspomnienia Orli, kiedy budzi się następnego dnia w łóżku wynajętego apartamentu. Czuje się dziwnie, zważywszy na fakt, że nie wypiła zbyt wiele alkoholu, ale jeszcze dziwniejsza jest nieobecność przyjaciółki. Możliwe, że gdzieś wyszła,gdy ona spała. Tylko dlaczego telefon jest wyłączony, a Kate nie wraca? I co wydarzyło się minionej nocy? 


Muszę napisać, że podchodziłam do tej książki z lekką rezerwą. Trochę było o niej głośno, w dodatku film na Netflix, miałam obawy, czy nie będzie przerost formy nad treścią. Może dzięki sceptycyzmowi, nie postawiłam poprzeczki, a czytałam z czystej ciekawości. Na początku wiadomo, akcja musi obrać właściwe tory, ale w momencie, w którym przerwałam opis fabuły, zaczyna się akcja książki. Musimy razem z Orlą, odnajdywać poszczególne elementy układanki. Na początku jest strach o Kate, czy nie została jej wyrządzona krzywda, dlaczego opuściła apartament i dokąd się udała? 

Autorka bardzo sprawnie prowadzi zagadki, podrzuca nowe tropy, by później udowodnić, że jednaki były błędne. Mimo całego zamieszania, miałam swoje podejrzenia, które się sprawdziły, chociaż nie tak od razu wydedukowałam, prawdziwe dno tej historii. Jednak to zakończenie i finalne wydarzenia były najciekawsze i sposób jak autorka wyprowadziła nawet mnie w pole. I teraz nie wiem, czy będzie coś dalej, czy zostałam z tym wielkim znakiem zapytania przed oczami - co dalej? 

Uważam, że Wyjazd na weekend jest ciekawą książką, nie jest to thriller,  przynajmniej nie odniosłam takiego wrażenia. Atmosfera nie była napięta lub ciężka, strachu również nie odczuwałam. Byłam ciekawa rozwiązania zagadki. Odpowiedź, która przyszła, może zakończyła jedną sprawę, ale otworzyła jakby nowy wątek. Przyjemnie się czytało, myślę, że mogę polecić, ale proszę nie stawiać zbyt wysoko poprzeczki. 





Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger