sierpnia 09, 2018

sierpnia 09, 2018

Słuchaj swojego serca

Słuchaj swojego serca



Z twórczością Kasie West, jest tak, że może nie tworzy literatury z wysokiej półki. Jednak ma w swoim piórze, to coś, co sprawia, że bardzo przyjemnie się czyta. I chociaż przestałam z utęsknieniem wyczekiwać kolejnych premier, to jednak skłamałabym pisząc, że nie sięgam z zaciekawieniem, po nowości. 
Gdy lato jest upalne, no i nie oszukujmy się, trudne teksty gorzej się przyswaja, częściej sięga się, po coś lżejszego, przyjemnego. Co umili czas. I akurat, w te gorące dni, otrzymałam Słuchaj swojego serca, czy wpasowało się w atmosferę? 



Wakacje się już zakończyły, Kate musi pożegnać się z całodniowym przebywaniem nad swoim ukochanym jeziorem.  Jej rodzina prowadzi marine, dziewczyna pomaga w biznesie, a w wolnym czasie, szaleje skuterem po wodzie. 
Teraz niestety, będzie musiała jezioro zamienić na szkolną salę, a skuter na krzesło. W dodatku, w nowym roku szkolnym, należy wybrać przedmiot dodatkowy, który ukierunkuje jej przyszłość. Padło na podcasty, oczywiście, nie zrobiła tego dobrowolnie, a za namową, swojej najlepszej przyjaciółki. 

O ironio, Kate nie znosi być w centrum uwagi, ma z tym ogromny problem, a co w dodatku, prowadzić rozmowy z innymi uczniami. 


Jak nie trudno się domyślić, początkowa niechęć i obawy, z czasem przechodzą w zapomnienie. Co nie znaczy, że dziewczyna, czuje się pewnie w studiu nagrań, po prostu, pomalutku oswaja się z nową sytuacją. W dodatku, poza zajęciami, dzieje się dosyć sporo. 
Pomaga swojej przyjaciółce, w poderwaniu jednego ze szkolnych przystojniaków, tym samym poznając chłopaka, bardziej, niż powinna. 


Sytuacja zaczyna nabierać troszkę niespodziewane obroty, co najśmieszniejsze, Kate wraz ze swoją współprowadzącą podcast, udzielają porad innym uczniom. I problem w tym, że kiedy z innymi, jakoś sobie radzi, tak z własnymi sprawami, wychodzi o wiele gorzej. 




Wiele razy pisałam, że książki Kasie West, wiekowo, już dawno powinny być poza moim zasięgiem. Szczerze mówiąc, mam to gdzieś. Ja najnormalniej w świecie, lubię poczytać o młodzieńczych miłościach, problemach. Szkolnej atmosferze. A West pisze tak lekko, przyjemnie. Bez przerysowania. Tworzy realne postacie, które nie wydają się sztuczne i naciągane. Mało tego, ja chyba najbardziej polubiłam autorkę, za to, jak ładnie ukazuje uczucia młodych. W dobie wszechobecnych erotyków, seksu wylewającego z każdej strony, autorka pozostała niezmienna.

Młodzi nie organizują orgii, o których to niestety w innych, młodzieżówkach czytałam. Tutaj jest tak normalne, pomalutku, z motylkami i całą tą otoczką, która sprawia, że chciałoby się cofnąć w czasie i poczuć pierwsze emocje zakochania.

Fabuła w książce może i nie zaskakuje, nie sprawia, że czytamy wbici w fotel. Jednak potrafi przykuć uwagę, pociągnąć ze sobą i trzymać do samego końca. Mnie się bardzo przyjemnie czytało. W sam raz na letnie dni, kiedy po prostu chcemy się oderwać, odstresować.

Postaci są bardzo różne, dzięki temu nie ma nudy. Polubiłam chyba każdego. I nawet jeśli, trafiły się tak zwane, czarniejsze charakterki, to były one w odpowiednim momencie. Co więcej, jak to już jest u West, ukazuje jakieś problemy, czy to nastolatków, czy ogólne. Może tym razem, nie było aż takiego nacisku, ale na pewno można było odczuć, o co chodziło.

Myślę, że po ten tytuł, śmiało, można sięgnąć w każdym wieku. Nie patrząc na to, że już dawno, nie jest się nastolatkiem. W końcu wiek to tylko cyfry. A już całkiem poważnie. Warto czasem, powrócić do wspomnień. Ja w każdym razie, bardzo lubię. A za sprawą West, podróż w czasie, jest naprawdę przyjemna.



Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Feeria Young.

sierpnia 05, 2018

sierpnia 05, 2018

Wakacje, tropiki i afery książkowe :) (:

Wakacje, tropiki i afery książkowe :) (:
źródło

Tegoroczne, upalne lato daje się we znaki. Znaczy, mnie męczy, okrutnie, do tego stopnia, że czytam minimalne liczby stron, mim wolnego czasu. Jak to bywa, gdy jestem totalnie odłączona, nie zwracam uwagi na wiele wydarzeń. I błąd. Okazuje się, że tropiki może i szaleją, ale nie powstrzymują do aferek :D A gdzie aferki, tam nie może zabraknąć naczelnej Hejterki. Wstyd mi bardzo, że dopiero teraz. Sami rozumiecie. Temperatura 34 + swoje zrobiła. Jak widzę, nie tylko mnie:)

Do czego zmierzam? Może zacznę od początku. Tak będzie najlepiej. Pamiętacie mój tekst, który wywołał olbrzymią burzę, do tego stopnia, że zostałam „bohaterką”, postu obrończego :D jestę celebrytę — kto chce ałtograf? (Tak, czekam na komentarze typu — celowe błędy są...)

Pisałam o książce autora, który w sposób prześmiewczy ukazał swoje środowisko, jak i to blogerskie. I w sumie w porządku, tylko całość wątpliwej fabuły, była na tak niskim poziomie, że chyba nie temat, a ogół przyprawiał o ból głowy. Niestety chyba tylko mnie. No dobrze, było nas kilka. Reszta rzuciła się jak hieny na padlinę, oblizywała radośnie, okrzykując dziełem. Można i tak. Ja nie lubuje się w padlinie. Możliwe, że się nie znam. Ciekawych, którzy nie czytali, odsyłam Tutaj. By wszystko było wiadome, o czym będzie w dalszej części, można się zapoznać. Nie nalegam. I bez tego można czytać dalej ;).



 

Jak się okazuje. Dziwnym sposobem, źle napisana książka, może być. Nawet jeśli w widoczny sposób, naśmiewa się w niej, ze swoich kolegów po fachu. I tutaj dochodzę do celu mojego odzewu. Jakiś czas temu, na rynek wyszła książka, a przecudnym tytule, który już na dzień dobry zrobił mi radość. A dokładnie, chodzi mi o „Wiedźmy na gigancie”, Pani Małgorzaty Kursy. Z twórczością autorki poznałam się dawno temu. I bardzo polubiłam. Czarny humor, przyjemnie się czyta. W zasadzie nie ma do czego przyczepić.

Słuchajcie, teraz wisienka na torcie. Oburzyli się.... AUTORZY. Ponieważ jak się dowiedziałam. Przeczesując odmęty internetów, fabuła nawiązuje do środowiska pisarskiego. Pani Kursa pozwoliła sobie, w przerysowany sposób przedstawić, światek, w którym od lat przebywa. Jak nie trudno się domyślić. Wielu autorów, doszukało się swoich cech w bohaterach. Jazgot i ogólne szaleństwo. Tropiki, to nic, co się tam dzieje.

Na dobrą sprawę, mogłabym mieć to gdzieś. Tylko pozostaje jedno, ale. A gdzie wyście byli, kiedy ukazał się największy chłam, jaki kiedykolwiek drzewa widziały? Dlaczego nikt nie zgłaszał sprzeciwu? Bo w tamtej książce, naśmiewanie się było z kogoś innego, czy może jest inna przyczyna? Jeden może, drugi nie? W dodatku ja wiem, jak pisze Pani Kursa, a jak piszę Pan z ww. książki. I przepaść jest nie do pokonania.



 
 

Wygląda to mniej więcej tak. Kogo lubimy, temu pozwalamy na wszystko. Tego nie lubimy, będziemy się sprzeciwiać i robić aferę.

Ja też wielu blogerów nie lubię, muszę jakoś z tym żyć, bo oni są. Nic nie robią, poza ładnymi zdjęciami. Jak wiadomo, teraz instagram robi robotę. Nie trzeba znać książki. Wystarczy zajebiste zdjęcie i jest fejm. Tak teraz niestety jest. A ja, naprawdę jestem dinozaurem. Ponieważ promuję, co przeczytałam, co wiem, że innego odbiorcę może zainteresować. Dzisiaj, chodzi tylko o ukazanie okładki. By przykuła uwagę, a czy książka ciekawa? Kogo to interesuje?

I powstają takie książki, bez ładu i składu. Bez porządnej korekty. Bez solidnego fundamentu. Zlepek zdań, przypadkowo wystukanych na klawiaturze. Płaskie, a często żenujące żarty. Bo przecież i tak się sprzeda. Prawda?

No ale, pisać każdy może — trochę lepiej i trochę gorzej. Z naciskiem na — Gorzej.

źródło

Podsumowując, jestem w szoku. I chwilami, mam ochotę wyjść z facebooka, ze wszystkich grup. I czytać, tylko to, co polecą mi rzetelni czytelnicy. A Wam kochani autorzy, powiem jedno. Przestańcie "gwiazdorzyć". Tylko piszcie. Dobra książka zawsze się sprzeda. Nie potrzebne są afery, fochy. Uważacie, że dobrze piszecie? Tego się trzymajcie. A jeśli potrzebni są „przyklaskiwacze”, nie dziwcie się, kiedy powstają takie książki, jak Wiedźmy na gigancie :)


sierpnia 02, 2018

sierpnia 02, 2018

Jesienny poniedziałek - przedpremierowo

Jesienny poniedziałek - przedpremierowo
źródło


Byłam niezmiernie ciekawa, ale i również bardzo bałam się „Jesiennego poniedziałku”. Zawsze towarzyszy mi takie uczucie, gdy pierwszy tom zachwyci, złapie za jakąś strunę, która mną zawładnie. I przeżywam całą sobą wydarzenia. To też, kiedy otrzymałam możliwość przeczytania kontynuacji „Dróg do wolności”, jeszcze na długo przed premierą, poczułam i radość, i lęk. Czy i tym razem opowieść mnie pochłonie, pociągnie w przeszłość?
Książkę przeczytałam, a o towarzyszących emocjach, o tym, co zaserwował autor, jak odebrałam dalsze losy rodziny Biernackich, już za chwilę.

Jest rok 1918. Wojna od kilku lat zmienia oblicze świata. Te zmiany będą nieodwracalne. Niemal każdy mieszkaniec naszego podzielonego kraju zastanawia się, czy i w jakim kształcie Polska znów powróci na mapę Europy. Jedno jest pewne, sytuacja z dnia na dzień, jest coraz bardziej napięta. Coraz silniej dają o sobie znać rozłamy i podziały polityczne. Akcja tego tomu dzieje się w czasie kiedy ponad stuletnie marzenia o niepodległości, w końcu mają szansę być spełnione. Czekało na to pięć pokoleń Polaków, a tak wielu poległo w powstaniach (Kościuszkowskim, Listopadowym, Styczniowym) i na polach Wielkiej Wojny.

W tej atmosferze pełnej oczekiwania, siostry Biernackie próbują zaistnieć w zdominowanym przez mężczyzn dziennikarskim świecie. Sam pomysł na założenie „Iskry” to jedno, a wprowadzenie go w życie - to drugie. Kraków ciągle jeszcze jest w zaborze austriackim. Trzeba otrzymać zgodę na wprowadzenie nowego pisma na rynek. I w tym właśnie celu, najstarsza z sióstr, odbywa samotną podróż do Wiednia. Wyjazd ten wzbudza mnóstwo emocji, a poznane na miejscu osoby, będą miały ogromny wpływ, nie tylko na samą gazetę.

Przez ostatni rok wojny, od pamiętnego spotkania w domu Biernackich, najbardziej szalona i porywcza Lala, kontynuuje w tajemnicy, swój romantyczny związek z Ludwigiem. Między Wiedniem a Krakowem krążą dziesiątki miłosnych listów. Korespondencja jest ściśle strzeżona, wszystko dzieje się tak, by nikt z rodziny, nie domyślił się, jak bardzo dziewczyna jest zaangażowana w tę płomienną miłość.

Wszystkie kobiety z rodziny Biernackich, po swojemu przeżywają panującą ostatnie miesiące kończącej się wojny. Anna, nagle poczuła się, jakby złapała oddech, i po wielu latach bycia w ukryciu, w cieniu dwóch nieprzychylnych kobiet, otrzymała namiastkę radości. Zachowanie jej, na tyle się odmieniło, że nie mogło zostać, niezauważone przez domowników. Jednak jak to w życiu, wszystko, co słodkie i zakazane, musi mieć swój koniec.

Siostry zmagają się z pierwszymi problemami, związanymi z wprowadzeniem gazety, do druku. Wokół ich redakcji robił się coraz bardziej gorąco mimo, że jesień jest chłodna. Wszystko kręci się wokół przyspieszających coraz bardziej wydarzeń politycznych. Najbardziej porywają one Alinę, a towarzyszył jej, pewien mężczyzna. Doświadczony redaktor i reporter pomaga jej odnaleźć się w dziennikarskim światku.

Gdy przeczytałam „Iskrę”, byłam zachwycona. Czekałam na kolejny tom ale nie byłam pewna czy wciągnie mnie tak samo jak pierwszy. Ale ciekawość zwyciężyła. Kiedy zaczęłam czytać, od razu zrozumiałam, jak wysoką poprzeczkę postawił sobie i nam, autor. Coś niesamowitego. Byłam i chyba cały czas, jestem pod ogromnym wrażeniem.

Tutaj nie miejsca na ckliwe sentymenty. I choć w „Iskrze”, wcale nie było słodko, to jednak w „Jesiennym poniedziałku” czas przyspiesza, a akcja się zagęszcza. Nie można złapać oddechu. Każda wprowadzana postać, zasługuje na uwagę. Należy je zapamiętać, bo z pewnością odegra jakąś rolę. Nikt nie pojawia się przypadkowo. Można tylko pochylić czoło nad precyzją narracji.

Największe wrażenie wywarło na mnie historyczne tło. W wielu momentach wysuwa się na pierwsze miejsce ale zawsze splata się emocjonalnie z losami bohaterów powieści. Szalenie mi się podobały wszystkie sceny, które powolutku odkrywają kolejne rodzinne tajemnice. Czułam ogromne napięcie. Zwłaszcza, że pojawiają się nowe postaci, które w miarę przebiegu akcji nabierają coraz większego znaczenia. 

I oczywiście, mamy cały czas przed oczami losy rodziny Biernackich, przeplatające w wydarzeniach politycznych. Jednak w tej książce, to na Alinę padło światło. Ona będzie, tą bohaterką, która przykuje uwagę czytelnika, wzbudzi wielką sympatię i szacunek.

Co innego, niestety muszę powiedzieć o Lali. W :Jesiennym poniedziałku” daje o sobie znać jej porywczy temperament, nawet pewien egoizm, a na pewno nieprzewidywalność. Można oczywiście zrozumieć postępowanie tej dziewczyny. Z jednej strony irytujące, ale później, wywołujące żal i współczucie.
Darzę ogromną sympatią Dawida Szrajbera za jego cudowne listy do żony. Często wywoływały we mnie uśmiech, ale i wzruszenie. Cudowny i niesamowicie mądry życiowo człowiek. Widzący więcej, niż niektórym się wydaje.

Tak wiele się w tej książce dzieje, że trudno napisać więcej, tak żeby nie zdradzić byt wiele. Długo zbierałam się, żeby o tej książce napisać bo nie ułatwia tego natłok emocji. One cały czas są we mnie. Przeżywam każdy rozdział, w którym los poplątał drogę życia bliskich mi już kobiet. Nie mam pojęcia co będzie dalej. Nie mogę się doczekać.

Jeśli jesteście po pierwszym tomie, nie miejcie żadnych wątpliwości, czy czytać drugi. Trzeba i to koniecznie. A jeśli, jest ktoś, kto dopiero ma przed sobą lekturę Iskrę, to powiem jedno. Bierzcie obie hurtem. Nie ma nic lepszego, jak przeczytać bez oczekiwania.

 Książkę przedpremierowo, otrzymałam od autora.

Recenzja przedpremierowa

lipca 31, 2018

lipca 31, 2018

Obca w świecie singli

Obca w świecie singli


O tym, jak bardzo polubiłam Twórczość Krystyny Mirek, wie każdy, kto śledzi mojego bloga. Dlatego też, gdy tylko pojawiła się zapowiedź kolejnej książki, nie miałam wątpliwości czy chce przeczytać. Wprawdzie okładka wyszła koszmarnie i gdyby nie nazwisko, z pewnością nie zwróciłabym uwagi. Nie mam pojęcia, kto się tym zajmował, ale naprawdę, nie wyszło to ładnie. Sam widok na Wawel piękny, jednak został zbyt przyćmiony, a szkoda.

Teraz pozostaje pytanie, jak też odebrałam tytuł, po którym wiele oczekiwałam?
 


Poznajemy dwie kobiety, Agnieszkę i Karolinę. Obie czują się samotne w swoich związkach. Niby mają kochanych partnerów, ale obaj nie mają czasu dla swoich kobiet. O ile Jakub zarabia na to, by w końcu móc zapewnić wszystko, co najlepsze swoim kobietom (ukochanej i córeczce), tak partner Karoliny, jawi się jako nieporadny bubek, w dodatku, jak się później okaże, mający za uszami więcej, niż można było się spodziewać.

Dwie kobiety, witały poranek w inny sposób. Jedna z mocnym postanowieniem zmiany, która zaważy na życiu całej jej rodziny. Druga z wiarą, że w końcu może uda się spełnić marzenia. Na razie, oczekiwała swojego mężczyzny, zaplanowała pyszną ucztę. Wcześniej jednak musiała zrobić zakupy. Nie miała wtedy pojęcia, że wyjście do centrum handlowego, będzie wydarzeniem mocno wstrząsającym.

Jakub pracował całym sobą. Chciał udowodnić przyszłemu teściowi, że jest godzien jego córki, miano  zięcia i tego, co mu zostało obiecane. Prowadzenia jednej z najlepszych restauracji. Był taki ufny, pełen wiary, że w końcu będzie miał wszystko, o czym marzy. To prawda, zaniedbywał swoje kobiety, ale nie potrafił sprzeciwić się teściowi. Gdy zrozumiał swój błąd, konsekwencje poraził siłą i bezwzględnością.

Dwoje tak zwanych rozbitków. Zostali z dnia na dzień bez równowagi, trzeba było zaczynać wszystko od nowa. Dosłownie i w przenośni.

Karolina zrozumiała, że partner, któremu ufała — oszukiwał. Nie tylko na polu uczuciowym, ale i biznesowym. Restauracja, którą prowadził nieudolnie, czekała na swój koniec. Zadłużona, pogrążona w zapomnieniu.

Jakub poczuł, co oznacza, stracić wszystko w jednej chwili. I nie warto dawać z siebie więcej, niż jest to możliwe. I przede wszystkim. Bez ustalenia konkretnych warunków.

Nie znali się, ale w jednym czasie, los wyrzucił ich za burtę. Teraz musieli walczyć o przetrwanie. Sami albo połączyć siły.
 
 
 


Książka zaczęła się... nudno. Jak przeczytałam pierwsze rozdziały, pomyślałam sobie, że chyba nie podołam całości. Przerwałam i postanowiłam wrócić, za jakiś czas.

W końcu zrobiłam kolejne podejście, czasem coś, co, źle się zacznie, może mieć ciekawe rozwinięcie. No i rzeczywiście tak było. Nie wiem kiedy, fabuła nagle nabrała pędu i w końcu poleciało. No i potem było zakończenie. O nim, napiszę za chwilę. Najpierw słów kilka na temat postaci.

Bardzo polubiłam Jakuba, był takim fajnym facetem, który nie owijał w bawełnę. Potrafił być troskliwy, ale i odpuścić, kiedy sprawa tego wymagała.

Co innego mogę napisać, na temat kobiety, która go zostawiła. Bo Agnieszka, faktycznie miała powody, by poczuć żal do swojego narzeczonego, nawet do ojca. Jednak wyrachowanie i egoizm, którym się wykazała, odebrały mi, jakiekolwiek tłumaczenia jej postępowania.

Była jeszcze Karolina i jej partner. Tutaj mamy takie pokrzyżowane podobieństwa. Karolina czuła i bardzo opiekuńcza, jej facet niedojrzały bawidamek. Niedorosły do życia w rodzinie, a tym bardziej posiadaniu dziecka. Nie ważne, że świadomie podejmowali decyzje. Jemu nagle się odmieniło. Jego też nie dało się polubić ani tłumaczyć, tego, co zrobił.

Jak nie trudno się domyślić. Dwoje rozbitków, gdzieś się odnajdzie i zaczną wspólnymi siłami, stawać na nogi. Jakub pomoże Karolinie, a ona jemu. Chociaż tak bardziej, mężczyzna będzie wybawieniem, dla kobiety, która miała oparcie w niewielu ludziach.

Jedno co mnie bardzo zastanawia. To notatka, na temat planety singli. Przepraszam bardzo. Niechaj mnie ktoś oświeci. Gdzie był ów świat singli, gdzie ich było tak wielu? Bo z tego, co wyczytałam. To tylko przyjaciółka Karoliny, z wyboru. A dwójka, która dołączyła do tego grona, nie czuła zbyt wielkiej radości. No i na tym koniec. Jakaś wyludniona ta planeta singli. Naprawdę, można się było zgubić. Ja bym chyba tego nie ogarnęła.

Teraz przychodzi pora napisać, na temat zakończenia. Nie mam pojęcia, co tutaj się wydarzyło. Początek był słaby. Nawet bardzo. Na szczęście później się rozkręciło. Niestety, zakończenie mnie zamurowało. Nagle, po tylu wydarzeniach, wszystko zostało streszczone w jednej chyba stronie. Po prostu jakby okazało się, że trzeba uciąć temat. I bez większych wyjaśnień, na prędko dopisana strona. Poczułam ogromne rozczarowanie. Nie, to było beznadziejne. Naprawdę. Nie tego się spodziewałam. Zakończenie zepsuło wszystko.

Miałam pozytywne wrażenia do pewnego momentu, jednak no teraz, sama nie wiem. Coś poszło nie tak.

Oczywiście książki nie odradzę, nie umiem napisać, bym poczuła się zachwycona. Po prostu tak nie było.
 
 
Za możliwość przeczytania książki, chciałam podziękować wydawnictwu Edipresse Książki.
 

lipca 30, 2018

lipca 30, 2018

Pamiętasz tamto lato

Pamiętasz tamto lato



Gdy decydowałam się na przeczytanie tej książki, szykowałam się na pewien romans, który ma swój finał w czasie wojny. Wydarzenia rozdzielają bohaterów, by później ponownie spleść ich wspólne drogi. Opis do tego skłaniał, polecanka, no i okładka. Jakież było moje zdumienie, gdy już po pierwszych stronach, okazało się, że to będzie, zupełnie inny klimat.
 


Książka rozpoczyna się bardzo mocno. Przynajmniej dla mnie. Jedna z bohaterek, jest przesłuchiwana przez służby, które w czasach powojennych budził y strach, zamiast poczucie bezpieczeństwa. Kobieta trafiła tam z wielu powodów, jednak nie umiała się złamać, mimo wieku. Miała swoje lata, ale potrafiła wytrzymać, warunki, w jakich się musiała odnaleźć. Razem z nią było wiele innych osadzonych. Każda przesłuchiwana w innej "formie", aby przetrwać te trudne dni, zabawiała swoje towarzyszki opowieściami, z zupełnie innych czasów. A najbardziej w jej pamięci, utkwiło lato, po którym życie odmieniło się diametralnie.


Hrabina Olga była kobietą twardo stąpającą po ziemi, jej syn Teofil przyszły lekarz, ukochana synowa Bisia, no i jeszcze Lorcia. Wprawdzie nie spokrewniona, ale odgrywała ważną rolę w rodzinie.

Tamtego lata, pojechali wspólnie do Juraty, dla każdego z nich, wyjazd był innym doświadczeniem. I chociaż Olga czuła się dziwnie, gdy poznała nową znajomą syna, to jednak miała nadzieje, że złudzenie było przelotne, a resztę dopisała wyobraźnia.

Bisia, uznawana za delikatną istotę, uwielbiającą swojego męża. Podziwiała wiedzę Lorci, prostej dziewczynki, wziętej pod opiekę. Za jej namową, dziecko mogło się uczyć, a później ukończyć wymarzoną szkołę. W końcu takiej wiedzy żal było zmarnować. Im obu nie potrafił niczego odmówić Teofil. Otaczając, ojcowskim ramieniem Lorcię, i czułością Bisię, lecz tego lata, jego oczy patrzyły z podziwem, na inną kobietę. Charakterną i pełną życia. Zwracająca uwagę każdego mężczyzny. Klementyna, kobieta, która znała swoją wartość i potrafiła wykorzystać wszystkie atuty.


Wojna poplątała wszystkim drogi. Rozrzuciła po nieznanych miejscach. Brutalnie ukazała swoją moc i bezwzględność. Odcisnęła swoje piętno. I nawet po zakończeniu, nie oddała spokoju, który został utracony, dawno temu.
 
 


Jak wspomniałam, oczekiwałam romansu. I owszem, można powiedzieć, że on tam był. Jednak nie jako temat, który przewodził książce. Czasem tylko, wyrywał podczas czytania i przeżywania, tego wszystkiego, z czym musieli zmierzyć się bohaterowie, a raczej bohaterki. Bo to, o kobietach czytamy. Ten najważniejszy, którego kochały wszystkie kobiety, jest jedynie tłem. Mocno zarysowanym, przypominającym o sobie, ale jednak tłem.

My, poznajemy każdą kobietę, śledzimy jej uczucia, decyzje, jakie podejmuje i konsekwencje. Czytałam o Oldze, Bisi, Lorci i Klementynie. Tej ostatniej, nie mogłam znieść. Nie umiałam pojąć jej wyrachowania. Tego, jak potrafiła udawać przyjaciółkę, a jednocześnie okłamywać. Przerażała mnie ta kobieta. Co najgorsze, nie umiałam ani przez chwilę jej współczuć.

Mieszanymi uczuciami darzyłam Lorcię, z jednej strony była biedna, ale gdzieś tam, kryło się w niej coś niepokojącego. Czy oceniam ją negatywnie? Trudno powiedzieć, jeszcze trudniej ocenić ludzi, którzy po przeżyciach wojny, obierali takie, a nie inne ścieżki. Na każdym z nich, wojna pozostawiła swój ślad. Mniej lub bardziej bolesny.

Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie. Opisy te wspomnienia były często bardzo brutalne. Przeżycia obozu, to co tam się wydarzyło. Pobyt w więzieniu, mnie to bardzo przerażało. Dobrze, że autorka napisała bez ubierania w piękne słowa, tylko szczerze. Chociaż nie byłam przygotowana, to czytałam jednym tchem. Bardzo przeżywałam i wczuwałam się w sytuacje Olgi i Bisi.

Oczywiście polecam ten tytuł, chociaż uprzedzam, chociaż to nie jest zwykły romans. Naprawdę warto przeczytać.



Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Znak.



lipca 23, 2018

lipca 23, 2018

Moja twoja wina

Moja twoja wina


Byłam bardzo ciekawa tego tytułu. Po pierwsze, dotychczas, książki autorki, które przeczytałam, dotyczyły młodzieży. No i tam, niespecjalnie się odnalazłam. Mimo że czasem, lubię sięgnąć po ten gatunek. Tym razem, padło na tematykę poważniejszą, sprawy małżeńskie i tak dalej. Stwierdziłam, do trzech razy sztuka.

Moja twoja wina, zapowiadała się interesująco, no i tak w pewnym sensie zwyczajnie. A proszę mi wierzyć, dobrze jest poczytać dobrą obyczajówkę.

Gdy książka dotarła, zasiadłam do czytania. Troszkę czasu upłynęło od zakończenia, nadeszła pora, by napisać, jakie wrażenia na mnie wywarła.
 


Urszula jest żoną, która swojemu mężowi bardziej nadskakuje, niż partneruje. Mieszkają razem z jego rodzicami, układa się między nimi poprawnie. Mamusia męża kocha synową, syna również. Gotuje im obiadki. No można powiedzieć sielanka i miłość. Aż może zemdlić. No i w końcu komuś zrobiło się za słodko.
Tego dnia, Ula pojechała do centrum handlowego po prezent. Zmęczona chodzeniem, postanowiła napić się kawy i może zjeść jakieś ciastko. Weszła do knajpki i stanęła jak wryta. Przy jednym ze stolików, siedział jej własny mąż z młodą dziewczyną. I sytuacja wcale nie pozostawiała złudzeń.

Później sprawy potoczyły się jakoś same. On powiedział o zdradzie, o tym, że w sumie kocha tylko żonę, ale potrzebuje czegoś więcej. Ona zdecydowała się na rozwód. Mimo próśb teściowej i matki.

Mieszkać w domu wiarołomnego męża, zamiaru nie miała. Do rodziców wrócić nie było mowy. No ale, jak to w książkach bywa, nasza bohaterka miała co? Ano spadek, w postaci domku na wsi.
Do którego postanowiła się przeprowadzić. I tutaj zaczynają się dziać bardzo zabawne rzeczy. Znaczy, mnie bawiły.

Bo Ula, jak dla mnie, to postać kobiety wybitnie głupiej. Mąż ją zdradza, wykorzystuje jej naiwność jak może, ale ona mu wierzy. Bo on tak ładnie mówi. I dalej nabiera się na jego czar. Ula przecież mentalnie ma chyba 15 lat, więc nie myśli jak dorosły człowiek. Nawet świadomość, że ten sam słodko mówiący mężczyzna, mieszka z kochanką, nie działa trzeźwiąco. Cóż, dla mnie po prostu głupota i nic innego.

Należy wspomnieć, że rodzina naszej bohaterki, jest dosyć osobliwa. Z siostrą prowadzą dziwną rywalizację, matka i ojciec też jacyś tacy niezbyt przyjaźnie nastawieni. W sumie mamusia robiła robotę. Własnej córce.

Dlatego nasza Ula, ze swym dramatem jest sama. No nie, ma jedną przyjaciółkę, a później jeszcze zapozna się z sąsiadką. Zacofaną, wiadomo. Ludzie na wsi są ociemniali.

Kobieta po zdradzie, złamane serce. Dom otrzymany w spadku. Tajemniczy mężczyzna, na którego reaguje awersją no i coś jeszcze. Chyba każdy się domyśla finału. Tylko czy aby na pewno, wszystko jest wiadome?


 
 
Gdy decydowałam się na ten tytuł, chciałam sprawdzić, jak mi podpasuje nieco inna fabuła. Dotycząca dojrzałych bohaterów. Szczerze mówiąc, bardzo lubię książki obyczajowe, takie o niby zwykłym życiu, a jednak umiejące wciągnąć. Czy tutaj akcja mnie pochłonęła? Mam troszkę mieszane uczucia.

Zacznijmy od tego, że temat spadków, jest już tak mocno wykorzystany i znudzony, no mnie już zaczyna bawić. Musi być spadek — koniecznie dom. Oczywiście na wsi. Jakże by inaczej, byłabym w szoku, gdyby się okazało, że bohaterka musi sobie radzić w inny sposób. Wynająć mieszkanie i zaczynać jak większość. No ale w porządku. Spadek ładnie brzmi i w ogóle.

O wizerunku wsi, napisałam już na instagramie, powtarzać się nie będę. Mam nadzieje, że kiedyś przeczytam książkę, w której mieszkańcy przestaną być ukazywani, jako ciemnota, którą przybyli miastowi muszą oświecać. Nie wiem, jak ja żyłam przez te 30 lat, nie mając za sąsiada nikogo z miasta, światłego i obytego w świecie. Ano tak, już wiem. Wyrosłam na hejterkę.

No dobrze, troszkę się wyzłośliwiłam, ale nic nie poradzę, że fragmenty o młodych kobietach, lekko cofniętych intelektualnie, jawi się karykaturą. Nie lubię tego i już.

Teraz nieco o postaciach. Urszuli nie dało się polubić, to znaczy, ja bardzo nie lubię tego typu kobiet. Dlatego nie wczuwałam się w jej sytuację ani jej nie współczułam. Nie pomogła żadna solidarność jajników. Ulka dla mnie była głupia jak but.

Polubiłam pana Żuka, taki typ, który niby denerwuje, ale jednak ma w sobie to coś, co sprawia, że mimo niemiłego wrażenie, zmusza do zapoznania głębiej.
I chyba to dla niego, czyta się książkę, on nadaje charakteru i tajemniczości. Wywołuje odpowiednie emocje.

Książkę czytało się dobrze, mimo wspomnianych wyżej mankamentów, które mnie rozdrażniły, fabuła na tyle ciekawiła, że z zainteresowaniem śledziłam dalsze losy bohaterów. Jedyne czego nie potrafię zrozumieć, to akcja z Żukiem i pewną dziewczyną, kto czytał, na pewno wie, kto nie, dojdzie do tego sam. Dla mnie ten wątek był zupełnie niepotrzebny. Całość byłaby jeszcze lepsza. Nie wiem, zrodziła się dziwna moda, na dramaty i tragedie, byle tylko „dowalić”, bohaterom, bo inaczej co? Książka się nie sprzeda, czy nie zainteresuje? Nie wiem, mnie i tak by się podobało, miała klimat obyczajówki, snuła się dobrym tempem. No i nagle bach, wyskakuje mi dziwna akcja, która zepsuła całość. A później to już tragedia, goniła tragedię.

Podsumowując, książkę czytało się lekko, do pewnego momentu było naprawdę bardzo dobrze. Tylko końcowe wydarzenia, zupełnie nie w moim guście. Jednak uważam, że wielu czytelnikom się one spodobają. Dlatego proszę się nie kierować moim narzekaniem. Ja po prostu, nie spotykam w codziennym życiu aż tylu dramatów i po takiej książce, nie oczekuje tragedii rodem z Antygony. Niemniej, książkę polecam, jest lekko i przyjemnie napisana.
 
 

lipca 19, 2018

lipca 19, 2018

Zula i magiczne obrazy

Zula i magiczne obrazy




Poznaliście Zulę i jej szalone ciotki mieszkające na Poziomkowej Polanie? Jeśli nie, musicie koniecznie nadrobić to niedopatrzenie. Nie ważne ile macie lat. Zula jest świetną towarzyszką przygód dla starszych i młodszych. I jednego czego możecie być pewni, w tym szalonym świecie, że będzie magicznie!

Nad magiczną polaną, pewnej nocy ukazało się dziwne światło. Z początku Zula myślała, że to nic takiego. Jednak gdy podeszła do okna, jej ciekawość wezbrała. Niebieski blask emanował z polany, którą jeszcze niedawno tak bronili jej przyjaciele. Co się tam takiego działo, skąd światło w miejscu, gdzie nikt nie mieszka? I nawet nie odważy się przebywać? Sprawa bardzo interesująca należy sprawdzić, czy następnej nocy, znowu pojawi się światło, jeśli tak, trzeba będzie się tam wybrać i dowiedzieć co jest jego przyczyną.

Oczywiście Zula nie miała zamiaru iść sama. Dwóch przyjaciół oraz kocur, nie mogli jej opuścić. Wprawdzie jednemu z kolegów, nie bardzo pasowała zabawa w nocnych detektywów, jednak przyznać się do strachu, nie było mowy.

Jakież było zdziwienie trójki dzieci, gdy na opustoszałej polanie, ujrzały dom! I to w dodatku wyrósł im przed oczami z ziemi. O co chodziło? Czyj był i czy należało do niego wejść, a jeśli już, jakie mogły być konsekwencje ciekawości?

Muszę się przyznać, że ta część przygód Zuli, była chyba najbardziej tajemnicza i chwilami wprawiała w delikatny dreszczyk. Bardzo byłam ciekawa domu, jaki się pojawił, kto był jego właścicielem i jaki też miał powód, by pojawić się właśnie w tamtym miejscu.

I gdy tak odkrywałam, wraz z naszymi młodymi ciekawskimi te zagadki, zastanawiałam się, czy ja kiedykolwiek, jako dziecko, poszłabym w nocy, gdzieś coś sprawdzić. Wiadomo, tutaj mamy bajkę, jednak wiem, że są dzieci odważne, moja odwaga kończyła się z chwilą zachodzącego słońca. To też, nie będę ukrywała, kiedy tak przyglądałam się poczynaniom dzieci, czułam po prostu ich strach, ale i ciekawość. Tam, gdzie magia, musiało dziać coś nieprzewidzianego. Tylko pytanie, co?

Dom wewnątrz okazał się bardzo zaskakujący, a jego właściciel jeszcze bardziej. Bardzo dziwny i jak się później okazało podstępny.

Dzieci z fascynacją oglądały przedziwne obrazy, które wisiały na ścianach, ale jeszcze dziwniejsze zdarzenia miały dopiero nadejść.

Jak się zatem zakończyła nocna wyprawa i czy była tylko jedna? Co miały ze wszystkim wspólnego magiczne obrazy i w jaki w ogóle sposób były magiczne? Odpowiedzi na te oraz inne pytania, należy szukać w trzeciej części. Jedno jest pewne, zakończenie wcale nie wydaje się takie wiadome. 

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger