lutego 13, 2025

lutego 13, 2025

Krasnale

Krasnale

 


Myślę, że większość  wie -  zapewne jest grupa ludzi nie wiedząca o Wrocławskich Krasnalach. Zazwyczaj gdy jadę właśnie do Wrocławia, szukam tych małych figurek. Według mnie, jest to świetna atrakcja dla każdego turysty. Krasnale są w różnych miejscach i można się na nie natknąć chodząc uliczkami miasta. Wiem, że jest nawet specjalna mapa, gdzie są lokalizacje wszystkich krasnali. Jednak dla mnie największą frajdą jest odkrywanie ich zupełnie przypadkowo. 




Gdyby ktoś był zainteresowany liczbą krasnali, jest ich dosyć pokaźna grupka, bo wynosi około 350, a każdego roku przybywają nowe. Bardzo mnie cieszy, że są kolejne do odkrycia, jednak nie ukrywam, że w sumie znalazłam zaledwie 50 ;). Więc mam sporo do nadrobienia! Ostatnio miałam okazję, ponieważ wracając z Warszawy, postanowiłam zatrzymać się we Wrocławiu i pospacerować po mieście, dzięki temu, spotkałam kolejne i te, które już wcześniej widziałam. Niemniej i tak, zawsze wywołują uśmiech. 

Zatem pokaże, te które napotkałam na drodze, może ktoś, kto zna dobrze miasto i będzie wiedział jaką trasą się poruszałam ;). 










Naprawdę, bardzo lubię te urocze ozdoby miasta. Tym bardziej, że często nawiązują do miejsca, w których są umieszczone, lub znanych osób bądź zawodów :). 




Mimo, że nie jestem wielką fanka Wrocławia, jak wiele razy wspominałam, moje serce zostało w Warszawie. To dla krasnali lubię czasem się wybrać, gdy jestem przejazdem :). 



Dajcie znać, czy widzieliście już krasnale, jak wam się podoba taka atrakcja miasta? A może planujecie odwiedzić Wrocław i wybrać się w ich poszukiwaniu?:)

lutego 07, 2025

lutego 07, 2025

Flow - bajka

Flow - bajka

 

                                                                              źródło

Obiecałam, że napiszę nieco więcej o bajce, która mnie urzekła. Nie miałam wcześniej pojęcia o tej produkcji, więc był to czysty przypadek, że zdecydowałam się pójść właśnie na Flow.  Przeglądałam ofertę Kinoteki, no i nagle rzucił mi się kot. Czytam opis - o kocie, który chodził własnymi ścieżkami i nie lubił wody... Myślę, jest kot, czego chcieć więcej. Idę pooglądam.   Z początku myślałam, że bajka typowo dla małego odbiorcy,...


                                                                              źródło

Bajka w reżyserii Gintsa Zilbalodisa, Łotewskiego pochodzenia, zaskoczyła mnie ogromnie. Przede wszystkim dialogi - a dokładnie ich brak. Jakież było moje zdziwienie, kiedy się okazało, że zwierzęta nie mówią. Dziwne prawda? W bajkach zazwyczaj zwierzątka porozumiewają się ludzkim głosem. Reżyser jednak postawił na naturę, każde występujące zwierzę wydaje swoje prawdziwe dźwięki. Kot, pies, Kapibara, czy ptak, którego nazwy nie znam i nie mam pojęcia jaki to gatunek. W każdym razie, jest "mowa" naturalna oraz przepiękna muzyka i... woda. 

Bo miejsce w którym mieszka Flow, zostaje zalane wodą. Z każdą kolejną chwilą tej wody jest coraz więcej, a zwierzęta próbują się ratować w każdy możliwy sposób. Również Flow. Chcąc przeżyć musi zaryzykować i dostać się na łódkę. Na której schroniła się Kapibara. Strach i walka o przetrwanie. Zwycięża to drugie, bo mimo lęku, kot nie ma wyjścia. Musi się jakoś pogodzić z towarzystwem stworzenia, którego nie zna i się boi. 


                 źródło

Później do tej dwójki dołączają pies, lemur i właśnie ptak o nieznanej nazwie. Osobliwa grupa, ale przepięknie ukazane zostało, jak różne gatunki zwierząt próbują wspólnie walczyć o przeżycie. Jak strach i niepewność, często różne negatywne sytuacje, budują więź. Wszystko spięte muzyką, która po prostu jest niesamowita. Czasem może i nawet wydawać przerażająca.

Nie ukrywam, że nie jest to bajka dla każdego, ponieważ nieco mroczny klimat, niepewność i wiele ukazanych emocji, nie wszystkim przypadną do gustu. Mnie zachwyciła od początku do końca. Jeszcze nigdy nie widziałam, tak pięknie  ukazanej śmierci. Nie miałam pojęcia, że jest to w ogóle możliwe. Tutaj są dwa momenty, oba zostały pokazane zupełnie inaczej. Nie umiem zdecydować, który wzbudził we mnie większe wzruszenie. Jednak były naprawdę poruszające i chyba lepiej, nikt jak dotąd tego nie zrobił. W moim odczuciu oczywiście. 

Flow to bajka bardzo głęboka, serwująca paletę wielu emocji, trzeba oglądać i przeżywać. To nie jest płytka produkcja z dialogami, które mają śmieszne scenki sytuacyjne z życia ludzi. Chociaż i takich nie brakuje, gdy patrzymy na zachowania zwierząt, można się pokusić o stwierdzenie - drugiego dna. 


Szczerze polecam, jeśli lubicie nieszablonowe produkcje, które wymagają nieco więcej uwagi i skupienia. Czasem może analizy. Czy jest to bajka dla dzieci? Myślę, że na pewno nie dla tych całkiem małych. Ja bym się pokusiła podciągnąć poprzeczkę o takie 12+ żeby dobrze było zrozumiane przesłanie bajki. 




lutego 04, 2025

lutego 04, 2025

Ach Warszawa...

Ach Warszawa...

 


Jestem, jestem! Wiem, miało być więcej, ale no tak się zadziało, że ostatni tydzień stycznia położył mnie do łóżka. Dopadło i mnie, nie miało litości. Jedyne o czym marzyłam, to by przestało boleć - wszystko. A gdy już mi przeszło... popędziłam do Warszawy. Ledwo żywa, ale uparta, bo zajęcia. Bo przecież nie odpuszczę. Bo przecież to WARSZAWA, a ja kocham to miasto. I jak się okazało. Warszawa postanowiła przetestować tę moją miłość...


Zaczęło się od tego, że bardzo chciałam poganiać po mieście, miałam cudowne plany.  Nie dbałam o brak siły, bo przecież po chorobie, ledwo zipałam, to nic. Wyobraźcie sobie, że pełna radości wjeżdżam do mojego kochanego miasta, a tam... szaro, deszczowo i po prostu obrzydliwe.  Nic to, myślę. Dam radę. Zostawiłam walizeczkę i popędziłam do muzeum iluzji....



Na temat Cosmic Muzeum, naczytałam się wielu pozytywnych opinii. Wszyscy zachwalali, że jest to miejsce, które wręcz trzeba odwiedzić będąc w Warszawie. Dlatego niewiele się zastanawiając, w ten deszcz i wiatr podreptałam do muzeum. Kupiłam bilet - bez zniżki calutkie 40 zł. Weszłam, przeszłam i moja pierwsza myśl - to tyle? Słuchajcie, pierwszy raz w życiu, miałam ochotę podejść do kobiety sprzedającej bilety i powiedzieć, że cena jest nieadekwatna do tego, co oferują. Rozczarowanie to mało powiedziane. Zaledwie dwie atrakcje, robią robotę, które można zobaczyć w internecie i to niestety one są chwytliwe. Nic poza tym.  Już Wam pokazuje, o co tyle "krzyku". 


Sala lustrzana...






Jak wspomniałam, jest to jedyne miejsce, które robi fajne wrażenie i można chwilę posiedzieć ze względu na zmieniające się kolory światełek. 


Kolejnym miejscem jest pokój, którego nie ma...




Tak, to by było na tyle. Reszta to po prostu jakieś tam przedmioty, które sami możemy zrobić z efektem iluzji, aa no i pokój z piłeczkami plastikowymi, Różowy. Nie wiem, jaka to iluzja, ale możliwe, że nie ogarnęłam. 


Jak widać po mojej minie. Nie umiałam ukryć rozczarowania, więc wyszłam i stwierdziłam, że idę się przejść. Mimo deszczu - pomyśleć co dalej.  

I kiedy tak sobie szłam i już miałam zwątpić w moje uczucie i w ogóle, stwierdziłam, że się nie poddam. Mimo nieudanego wyjścia do muzeum, pogody. Warszawa mnie nie zniechęci. I tak stałam przed pałacem kultury, gdy nagle mnie olśniło. KINOTEKA!  sprawdziłam repertuar i weszłam do środka.


Na co poszłam? wystarczy spojrzeć na plakaty. To był impuls. Jest kot, jest intrygujący opis. Kupiłam bilet i czekałam na seans. Jednak o czym była bajka, jak bardzo mnie poruszyła i dlaczego całym sercem polecam. Napiszę osobny wpis. Bo Flow, zasługuje na specjalny wpis.  Jednak gdy wyszłam z kina, wiedziałam, że tak miało być. Że nie na darmo ta pogoda i zimno, prowadziło w wiadomym kierunku. 

                                                                   foto autorstwa koleżanki 

A to już na chwilę przed powrotem, kiedy razem z moimi kobietkami z grupy, musiałyśmy zejść na perony, by odszukać swoje pociągi. Wiecie to takie niesamowite. Cztery kobiety. Każda z innej strony Polski. Umówiłyśmy się przez internet, przyjechałyśmy i mieszkałyśmy te kilka dni. Było naprawdę dobrze. Śmiałyśmy się, bo przecież zawsze jest ryzyko, bo różnie bywa. Ale jakie to fajne, mieć zaufanie i wierzyć, że są dobrzy ludzie, Tak po prostu :). 

foto autorstwa koleżanki ze studiów


Napiszę tak. Warszawę dalej kocham i nic tego nie zmieni. To miasto, ma w sobie to coś, co mnie przyciąga. Zawsze wracam naładowana pozytywną energią. Dodatkowo poznałam super kobietki. Czego chcieć więcej? 


stycznia 24, 2025

stycznia 24, 2025

Styczniowe o wszystkim i o niczym :)

Styczniowe o wszystkim i o niczym :)


Syczeń już za pasem. Jeszcze chwilę temu, pisałam post Noworoczny, a tutaj zanim się obejrzymy, wjedzie luty. Średnio lubiany przeze mnie miesiąc, ale w tym roku ferie zimowe zajmą połowę miesiąca, więc jakoś zleci. 

Póki co, jest styczeń, troszkę trzeba z siebie wykrzesać energii do pracy i codzienności. Zima jakaś taka falowa i niestabilna. Trochę mrozi, trochę posypie, by za chwilę spłynąć smutno, bo plus wylatuje za wysoko. I teraz już sama nie wiem, czy chcę jeszcze zimę, czy może już się nastrajać wiosennie. 

Ostatnio przed pracą witały mnie takie piękne wschody słońca. Widzę, że kolory lekko się rozjechały, bo w rzeczywistości lepiej się prezentowały. 




Styczeń jest miesiącem szalenie intensywnym pod każdym możliwym względem, ale.. udało się nawet wyłuskać kilka chwil na spotkanie z przyjaciółką. Radość tym większa, ponieważ była tylko na chwilę w Polsce, więc bardzo wyczekiwałam naszego spotkania. Niby jest kontakt telefoniczny, jednak jestem z epoki spotkań na żywo. Żadna inna alternatywa nie daje tyle radości, co ploteczki przy herbatce czy kawie. 



Pamiętacie jak pisałam o akcji z kamykami, zostawianymi w różnych miejscach do znalezienia? Jest też podobna, ale z robaczkami:) Robaczki są dziergane na szydełku, wyglądają przeuroczo. Mają przy sobie liścik z informacją - nie zgubiłem się, szukam nowego domu. Również można znaleźć w przypadkowych lokalizacjach. I właśnie, pewnego mroźnego poranka, gdy czekałam na koleżankę z pracy, przycupnęłam sobie pod przystankiem, by nie zawiewało zimnem. Spoglądnęłam na tablicę z rozkładem jazdy autobusów, a przy niej, "siedział" sobie robaczek :). Nie ukrywam, wywołał uśmiech na mojej twarzy,  niby nic, a sprawiło radość na sam początek dnia. 


                                                                Zimowy robaczek :)



Później po tych ochłodzeniach, kiedy to musiałam ubrać rękawiczki, a nawet jednego dnia czapkę - bardzo unikam okryć głowy.  W każdym razie, za kilka dni, zrobiło się ciepło. Do tego stopnia, że nawet ptaszki zaczęły radośnie ćwierkać, a ja wystrzeliłam do lasu, jakbym całe wieki w nim nie była. No ale to te ptaki:). Słońce przygrzewało, więc nie zastanawiając się długo, złapałam za kubek z herbatą, wdrapałam się na moją ulubioną górkę, wygrzewałam radośnie w tych dosyć ciepłych promieniach styczniowego słonka. 



No i później znowu zrobiło się zimno, wróciły mrozy, gdzieś popadał śnieg, nawet były zawieje, które utrudniały jazdę. Później znowu się trochę ociepliło, a teraz niby nie jest zimno, ale nie ciepło. Bo nocami mrozi, ale w dzień jest przyjemnie. Czyli ta pogoda, której nie specjalnie lubię. Myślę, że już jestem przychylniej nastawiona w stronę wiosny, do której jeszcze sporo nam zostało. Bo i luty potrafi się wykazać, a  i marzec nie pozostaje często dłużny... Cóż poradzić, taki mamy klimat ;). 

Za to odwiedziłam nasze jelonki, sprawdziłam czy nie marzną, ale są zadbane. Opatulone szaliczkami:) 



Standardowo, nie obiecam, kiedy następny wpis. Miejmy nadzieję, że już nie będzie tak długiej przerwy. Bo mogę powiedzieć, że największe stresy dziś mi odeszły, więc postaram się być systematyczna. Jak wyjdzie w rzeczywistości? Któż to wie.. :)  Idę do Was :)


stycznia 01, 2025

stycznia 01, 2025

Cześć w 2025 :) (:

Cześć w 2025 :) (:

 


Witajcie kochani w 2025 roku!  Zmieniła się cyfra w kalendarzu i przez najbliższe dni, witaj pomyłko w zapisywaniu daty;). 

U mnie, już tradycyjnie był Noworoczny wyjazd. Niedaleko, bo jakieś 20 km przy Lwówku Śląskim znajdują się Płakowice. A tam, nawet nie miałam pojęcia, pyszni się przepiękny renesansowy zamek z bardzo bogatą historią! 

Otóż budowla została wzniesiona w 1563 roku przez włoskiego architekta (a dokładnie to on raczej zaplanował, a reszta nie wspomniana od czarnej roboty, męczyła się w budowaniu) Franciszka Parra, no więc to jego nazwisko zbiera laury za efekt dzieła. A przyznać trzeba, że bryła robi wrażenie. 



Mam nadzieję, że te przepiękne krużganki doczekają się odnowienia i będą prawdziwą ozdobą. Bo nawet w tej formie jakiej są teraz, ukazują piękno i kunszt wykonanej pracy. Aż żal żeby niszczały. A należy wspomnieć, że Zamek jest czynny, można z tego co się dowiedziałam, wynająć pokoje. Nawet dziś spotkaliśmy wyjeżdżających gości, którzy chyba świętowali koniec roku. Patrząc na historię budowli, średnio miałabym ochotę w nim spać, aczkolwiek może dla dreszczyku emocji.... ;) 

Zamek ma bogatą przeszłość, zaliczył nawet najazd francuzów podczas wojny napoleońskiej. Czy sam Napoleon w nim gościł?  Nie mam pojęcia, nie doczytałam żadnej informacji, kto wie? Może był, tylko nikt nie zapisał.. W każdym razie, gmach miał swoje wzloty i upadki, by wreszcie w roku 1824 otworzono w nim szpital psychiatryczny. Na samą myśl, że w tamtych czasach, funkcjonowała właśnie taka placówka przechodzą mnie dreszcze -  chyba większość wie, w jaki sposób odbywało się "leczenie" osób chorych psychicznie bądź zaburzonych.  Na myśl o lobotomii robi mi się słabo, a były o wiele gorsze formy "terapii". Z tego co wyczytałam, w czasie drugiej wojny przeprowadzano również eutanazje w ramach programu T4,  natomiast ciała palono w pobliskim krematorium. Szpital działał  przez 118 lat, do roku 1945. 

Tak więc sami rozumiecie, patrząc na choćby ten urywek przeszłości. Nie bardzo miałabym ochotę nocować w murach przesiąkniętych wspomnieniami tylu ludzkich dramatów. Ale co było po szpitalu?

 





 Po zakończeniu drugiej wojny, na terenie byłego szpitala psychiatrycznego działał dziecięcy dom opieki dla dzieci z Korei Północnej. Również umieszczone były sieroty z Polski. Jednak największą ciekawostką są właśnie dzieci z odległej Korei, które trafiły właśnie do Polski w w ramach akcji pomocy dla krajów bloku socjalistycznego - były to ofiary wojny koreańskiej. 

Kiedyś przypadkiem trafiłam w telewizji na dokument poświęcony właśnie tym dzieciom. Wypowiadali się pracownicy, jak dzieci były bardzo zżyte z polskimi rodzinami, nauczyły się języka i normalnie funkcjonowały daleko od swojego ojczystego kraju. Całe działanie objęte było tajemnicą. 

Niestety po kilku latach wychowankowie musieli wrócić do Korei. Ze wspomnień pracowników i rodzin, które zajmowały się dziećmi, wynikało jak bardzo rozpaczały, często te rozstania były dramatyczne i bolesne dla obu stron. 



Od roku 1992 zamek należy do Chrześcijańskiego Ośrodka "Elim", który jest kierowany przez kościół Baptystów. Aktualnie trwają prace remontowe, jednak główna część zamku jest zamieszkała, można również wynająć pokój, o czym wspomniałam na początku. Cena z tego co udało mi się dowiedzieć to pierwsza noc 90 zł, a kolejne 80 zł. Czy warto? Nie wiem.  Mogłam zapytać pana, którego spotkałam podczas oglądania głównego dziedzińca;).  


Tymczasem, próbowałam ustrzelić zorzę, bo warunki cudowne, niestety pogoda jest lekko na bakier.. Cóż.. mam tyle co nic, musiałam obejść się smakiem. Może innym razem :). 


grudnia 26, 2024

grudnia 26, 2024

W pigułce

W pigułce


 Obiecałam, że jeszcze w okresie świątecznym podrzucę polecajkę książkową w pigułce. Nie bardzo mam głowę do pisania pełnych opinii i tak prawdę mówiąc, nie wiem, czy jeszcze będę chciała pisać takie jak do tej pory. Nie mówię definitywnie "nie", jednak aktualnie ograniczę się do właśnie krótkich opisów i swojego zdania warto/nie warto. 

Na pierwszy rzut mam dla Was serie - Granice Ryzyka, Małgorzaty Oliwii Sobczak. Pisarkę poleciła mi koleżanka z pracy, stwierdziłam, że zaryzykuję i sprawdzę. Thrillery ostatnio połykam, lubię poznawać nowych twórców, więc zamówiłam i zabrałam się za Szelest.
W prawdzie, pani Sobczak zasłynęła z serii Kolory zła, którą aktualnie zaczęłam czytać. Niemniej to dzięki tej trylogii poczułam sympatię do twórczości autorki.  


Serie należy zacząć od Szelestu. Ważna jest kolejność, ponieważ główne postaci tj. jak dziennikarka Alicja Grabska oraz detektyw Oskar Korda, będą pojawiali w kolejnych częściach. Mimo, że sprawy będą zupełnie różne i nie powiązane, to jednak warto zachować chronologię. 

Zatem Szelest. Wspomniana Alicja Grabska otrzymuje zlecenie od naczelnego przetestowania pewnej aplikacji, która ma prowadzić do wybranych miejsc w okolicy. Działanie aplikacji jest dosyć osobliwe i dziennikarkę bardzo intryguje w jaki sposób wyszukuje podawane lokalizacje. Jest coś niepokojącego, ale gdy w końcu po udaniu się do kolejnego miejsca znajduje zwłoki młodej kobiety. Zaczyna czuć nie tylko niepokój, ale i strach. Rozpoczyna się współpraca z policją, gdzie główną rolę pełni Oskar Korda. 

Książka od samego początku zaczyna się mocno, a później podnosi swój poziom. Atmosfera jest napięta, ciężka i pełna niepokoju. Sobczak wodzi czytelnika, podpuszczając kto może stać za wszystkimi morderstwami. Był moment kiedy obstawiałam już każdego;).  


Szum - ta część jest moją faworytką i wywarła na mnie ogromne wrażenie od początku do końca. Ba! Nawet po przeczytaniu trzymało mnie to coś, co nie pozwalało zapomnieć o przeczytanych wydarzeniach. 

Jednak od początku. 

Młoda dziewczyna, pełna kompleksów nawiązuje relację z pewnym mężczyzna przez CB radio. Jej świat staje się zupełnie inny, odkąd prowadzi rozmowy z nieznajomym mężczyzną. Pewnego dnia, zostaje zamordowana pod oknami swojego domu. 
Po dwudziestu siedmiu latach od  tamtego wydarzenia, zostaje zgłoszone zaginięcie córki znanego polityka. Trudno znaleźć trop, kto i dlaczego porwał Liwię Dębską? Czy dziewczyna jeszcze żyje? Jeśli tak, to czy rzeczywiście została uprowadzona? Może to była sprytnie zorganizowana ucieczka? 

Dwie sprawy, które z pozoru nie mogą się łączyć. Między jedną a drugą dzieli zbyt wiele lat. Czy możliwe, by cokolwiek miały ze sobą wspólnego? A jeśli tak, to co?

Jak wspomniałam na początku. Szum jest moim faworytem. Pisarka stworzyła niesamowity portret oprawcy, który z odkrywaniem każdej kolejnej strony, wywierał przeogromne wrażenie. Nie wiedziałam, jakie emocje były dominujące - przerażenie czy fascynacja przypadkiem. Niesamowite.  


Szrama odkrywa przed czytelnikiem mordercę, który wymierza swoją "sprawiedliwość" na kobietach. Zabija brutalnie,  pośmiertnie naznaczając ich ciało u każdej w tym samym miejscu. Jakie są motywy i dlaczego typowane są konkretne osoby? 

Kolejne trudne zadanie przed detektywem Kordą w nieformalnej współpracy bystrej dziennikarki Alicji Grabskiej, jednak tym razem do tego duetu dołączy jeszcze jedna osoba. Nieco oryginalna, ale równie pomocna ekolożka Janina Hinc. Wspólnie będą próbowali zrozumieć działania mężczyzny, w którym nienawiść rosła przez wiele lat. 

W mieście rośnie panika. Mieszkańcy rozpoczynają swoje własne patrole obywatelskie w celu zapewnienia wzajemnej ochrony. A zło czyha i czai się bardzo blisko, bliżej niż można sobie przypuszczać. 

Podsumowując wszystkie trzy części. Muszę przede wszystkim napisać, że jestem pod wrażeniem przygotowania do każdego wątku. Trzech morderców, każdy z innym motywem. Fenomenalnie ukazane podłoże psychologiczne, wyjaśnienie i zachowanie. Chyba właśnie warstwa psychologiczna zrobiła na mnie największe wrażenie i zdobyła uznanie. Oczywiście utrzymany klimat, zagadki jak i niepokoju. Bo jak wspomniałam wcześniej, nie sam morderca gra pierwsze skrzypce, ale wszystko. Sposób prowadzenia śledztwa, każda postać pełni swoją rolę i nie jest przypadkowa.  Uważam tę serię za obowiązkową dla miłośników thrillerów. 

grudnia 22, 2024

grudnia 22, 2024

Odnalazłam się! ;) (:

Odnalazłam się! ;) (:

  

Zostałam zawezwana do powrotu i w końcu odpowiadam na wołanie. Jestem! Nie wiem, jak długo i czy będę regularnie. W najbliższym czasie jest większa nadzieja ponieważ na horyzoncie dwa tygodnie odpoczynku - o ile w okresie przedświątecznym możliwy jest odpoczynek ;). W każdym razie, nie trzeba rano wstawać i mieć na głowie tego wszystkiego co trochę potrafi zmęczyć. 

Nie będę ukrywała, naszła mnie chwila zwątpienia i nawet pomyślałam, czy może nastała pora żeby przestać pisać i publikować? Zgubiłam się z tematyką - o czym? Kogo interesują moje luźne wpisy o sprawach przyziemnych. Czy jeszcze interesują opinie do przeczytanych książek? Na temat podróży aktualnie średnio mogę cokolwiek napisać, nigdzie nie jeżdżę. Ba! Nawet niespecjalnie wychodzę na spacery, a to już powód do mojego osobistego dramatu. 

Będę szczera, nawet nie zaglądałam na własną stronę przez dosyć długi okres. Aż w końcu poczułam tęsknotę. Przeczytałam ten jeden komentarz. I wiecie co? Warto. Pisać choćby dla tej jednej osoby. Bo jeśli jedną osobę zainteresuje moja książka, moje dzielenie przemyśleniami. To uważam, że warto. Dlatego jestem i chcę tu znowu być. U siebie i u Was :).  A temat? Zawsze się coś ciekawego znajdzie. 


Tymczasem... podrzucam zdjęcia wspomnienia zimy, która przez kilka dni zachwycała w Karpaczu. 







Było pięknie, wręcz zachwycająco bajkowo. A później przyszedł deszcz i wszystko zabrał. Na szczęście zrobiłam pamiątkowe zdjęcia. 





 Mam w planach wrzucić jeszcze kilka wpisów przed końcem roku - na pewno jeden z polecanymi książkami. Zrobię taką trochę pigułkę. Mam naprawdę ciekawe tytuły do zarekomendowania.  No i w końcu pobiegnę do Was, sprawdzić co słychać!:) 


Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger