października 25, 2023

października 25, 2023

Stypendium Pentagramu - Mistic

Stypendium Pentagramu - Mistic


 Ostatnio czytam mniej książek z gatunku fantasy, ale czasami są opisy, które mnie po prostu przywołają i decyduje się sprawdzić. W końcu jeszcze kilka lat temu ta kategoria była moim numerem jeden, który później się trochę „przejadł”, ale nie mogę napisać, że zniechęciłam się bezpowrotnie. Dlatego, co jakiś czas, robię sobie odskocznię od thrillerów i wracam do starego dobrego świata istot dziwnych i niespotykanych.

Stypendium Pentagramu od razu mnie przyciągnęło i nawet nie miałam obawy, czy podjęłam słuszną decyzję i mogę polecić ten tytuł?

Dla Mistic, która nie do końca była zżyta z rodzicami, nastał trudny i dosyć zagadkowy czas. Jakiś czas temu otrzymali wiadomość, że siostra dziewczyny – Caroline, źle się poczuła w szkole, do której uczęszczała od roku. Stan był ciężki, dlatego rodzina zdecydowała się na szybką podróż do miejsca, gdzie próbowano uratować jej życie. Jednak po przybyciu do szpitala, rodzice otrzymują wiadomość o śmierci najstarszej córki.

Mistic próbuje zrozumieć, co się stało, jakim cudem jej zdrowa siostra, która nigdy nie narzekała na żadne problemy, mogła dostać dziwnego krwotoku i po prostu umrzeć. Jaka naprawdę była przyczyna jej śmierci i dlaczego w ostatnich miesiącach życia, nie utrzymywała żadnego kontaktu z rodziną?

Na poszukiwanie odpowiedzi nie musiała długo czekać, bo przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, otrzymuje wiadomość od rodziców o pewnej propozycji. Dyrektor szkoły, do której uczęszczała Carol, zaproponował, by Mistic przejęła stypendium po siostrze i zaczęła naukę od klasy drugiej. Czym się kierował i dlaczego wyszedł z taką inicjatywą? Tego dziewczyna nie wiedziała, ale jedno było pewne. Miała jedyną możliwość dowiedzieć się jaka była prawda. I nie zamierza zrezygnować z takiej szansy.

Szkoła w Dirvenly jest miejscem kompletnie odciętym od świata. Nie można kontaktować się z rodziną, samo położenie jest dosyć osobliwe. Z dala od miasteczka, otoczone lasem. Budynek również budzi pewne skojarzenia, ale nie tym martwi się Mistic pierwszego dnia. Jej głowę zajmują inne obawy, jak poradzi sobie w szkole, która kładzie bardzo duży nacisk na sztuki walki? Musi nadrobić sporo zaległości, a w dodatku rozeznać w sprawie siostry.

Już pierwsze dni ukazują się dziewczynie dosyć podejrzanie. Jest świadkiem przedziwnego zdarzenia, które budzi w niej przerażenie. Co gorsza, jedyny świadek zajścia, najpierw nie potrafi określić, co naprawdę się wydarzyło, by później po prostu sprawę bagatelizować. A to dopiero początek niewyjaśnionych sytuacji…

Mogę na początku śmiało napisać, że Mistic, jest bardzo dobrze i przede wszystkim ciekawie rokującym początkiem serii. Bardzo mnie ciekawi kontynuacja, ale zanim przejdę do pełnego podsumowania, co nieco o postaciach.

Mistic jest zwyczajną nastolatką, ma swój inny styl i raczej stroni od bycia w centrum zainteresowania. Co mocno się zmienia, gdy rozpoczyna naukę w Dirvenly. Uwaga szkoły skupia się na dziewczynie, która jako jedyna rozpoczęła naukę od drugiego roku i nikt nie ma pojęcia, jakim cudem do tego doszło. Sama główna zainteresowana, nie do końca chce zdradzać przed nieznajomymi, kim jest i dlaczego otrzymała taką szansę. Niewielu uczniów jest jej przychylnych, ale przyzwyczajona do życia w samotności, nie przejmuje się tym specjalnie. Do pewnego momentu
.
Sky, zdecydowanie bardziej wyrazista postać. Może z powodu negatywnego nastawienia do Mistic, może jej charakteryzacja bardziej przykuła uwagę. Dziewczyna uszczypliwa, wrogo nastawiona z pewnymi tajemniczymi zachowaniami. Polubiłam Sky, chociaż daleko jej do wzorowej bohaterki, ale może właśnie przez te celne uwagi i braku cukru, wydaje się bardziej realna.

Pozostają oczywiście postaci płci przeciwnej. Ethan i Tristan – ten drugi pojawia się nieco później, ale jego rola na pewno wnosi pewnego smaczku w fabule. Trudno jest mi określić, który z tych chłopców wzbudził większą sympatię. Ethan jest fajny, sympatyczny taki typ zamkniętego w sobie uprzejmego chłopaka. Znowu Tristan typowy łobuz, z zadziornym poczuciem humoru, ale jednocześnie umiejącym zachować jak należy. Jeszcze im się przyglądam, zobaczymy, jacy będą w kolejnej części.

Właśnie teraz zwróciłam uwagę na typowy schemat – czyli jest już znany każdemu czytelnikowi… trójkącik. Czy miłosny? Tego nie mam pojęcia, ponieważ autorka bardzo pięknie kluczy między temat uczuciowym. Niby zahacza o wątek sympatii bohaterów, ale nie rozwija wątku. Jak dla mnie super, ale jeśli oczekujecie emocjonujących szkolnych romansów, od razu ostudzę emocje – nie tutaj. Oczywiście można wyczuć pewne iskry między nastolatkami, ale całość jest wyważona i bez niepotrzebnego przyspieszania tempa.

Na pierwszym planie są zupełnie inne sprawy, które rozwijają się w bardzo ciekawym kierunku. Zakończenie nieco zbiło mnie z tropu i jestem szalenie ciekawa, co naprawdę się wydarzyło, dlaczego Mistic trafiła na dziwnych warunkach do szkoły, czy drugie dno będzie ciekawie rozwinięte? Na razie, pozostaje z tymi wszystkimi pytaniami w oczekiwaniu kolejnej części.

Jeśli lubicie książki fantasy, gdzie wszystkie postaci nadnaturalne mogą się pojawić, a do tego czarna magia nie jest straszna. Śmiało sięgajcie po Mistic.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

października 11, 2023

października 11, 2023

Tak jest okej

Tak jest okej

 


Dziś przychodzę z książką, do której miałam spore oczekiwania. Opis zapowiadał trudną i tajemniczą historię. Gdy tylko otrzymałam egzemplarz, zasiadłam do czytania – co w ostatnim czasie, nie często mi się zdarza, wspominam o tym, żeby później nie było wątpliwości, by moje nastawienie mogło mieć znaczenie w końcowej ocenie. Zanim przejdę do oceny, nakreślę zarys fabuły z mojej perspektywy.

Zbliża się przerwa świąteczna, więc studenci masowo opuszczają akademik, w celu udania się na zasłużony i zapewne długo wyczekiwany odpoczynek. Gmach z każdym dniem, a później już godziną, staje się coraz cichszy. Zostaje tylko jeden pokój, a w nim jedna osoba, która nie wybrała się do bliskich na święta – ta osoba to Marin. Dziewczyna pochodząca z dalekiej Kalifornii decyduje się pozostać w zimnym i zaśnieżonym Nowym Jorku. Sama.

Nie dała się nikomu przekonać, gdy otrzymywała zaproszenia spędzenia tych kilku, chociaż dni w gronie nowo poznanych już znajomych. Wiadomości z rodzinnego miasta ignorowała od kilku miesięcy. Od dnia, w którym jej życie dokonało przewrotu, a Marin pod wpływem impulsu zdecydowała się uciec, nikomu nic nie mówiąc.

Teraz w te zimne i samotne dni, musi zmierzyć z samotnością, ciszą i myślami. Nie wie, jak będzie wyglądał najbliższy czas, mimo roboczo zakreślonego planu nicnierobienia, znalazło się kilka dni na spotkanie z przeszłością i to dosłownie. Przed samymi świętami, zapowiedziała się w odwiedziny przyjaciółka z Kalifornii – Mabel. Znaczy, były przyjaciółkami, zanim Marin postanowiła bez słowa uciec, a przy tym wszystkim, nie odpowiadać na telefony i wiadomości od ludzi z dawnego życia. W końcu nadchodzi czas, by wyznać, co się takiego wydarzyło, że wywołało aż taką reakcję.

Jak można zauważyć, fabuła rysuje się bardzo tajemniczo i pierwsze co wpada do głowy – to pytania, cóż za tragedia spotkała główną bohaterkę? Dlaczego postanowiła odciąć się od bliskich osób, których gdzieś w głowie, cały czas nazywała przyjaciółmi?

Mogę napisać, że te pytania, a później kolejne, będą bardzo długo pozostawały bez odpowiedzi, ale zanim napiszę, czy rozwiązanie tajemnicy było rzeczywiście wstrząsające, wspomnę o Marin.

Nie mam pojęcia dlaczego, ale ta postać była nijaka. Dosłownie. Jej rozmyślania, jakieś strzępki informacji, które pojawiały się z przeszłości, nie sprawiały, by czytelnik mógł poczuć cokolwiek. Autorka nie tchnęła w Marin niczego, co pomogłoby w zrozumieniu jej zachowania, wejścia w głąb jej uczuć. Po prostu była, jak nagłówek w gazecie, niby przykuwa uwagę, ale nie na tyle, żeby chcieć kontynuować czytanie.

Na początku się łudziłam, że autorka celowo buduje aurę tajemniczości, a później przy odkryciu wszystkich faktów, powali czytelnika jakimś trzęsieniem ziemi. Niestety z każdą kolejną stroną, byłam coraz bardziej świadoma, że to jest książka, która miała pomysł i na nim się skończyło. Odniosłam wręcz wrażenie, że po zbudowaniu napięcia, pomysł zdechł i została jedna wielka improwizacja.

Co najgorsze? Doczytałam, że jest to jedna z najlepszych książek autorki… cóż chyba nie chcę wiedzieć, jakie są te średnie.

Tak jest okej – tak, można dosłownie w ten sposób ocenić książkę. Jest okej, dla wahającego się czytelnika, który nie wie, czy chce poczuć emocje, a może po prostu przypadkiem wpadła w ręce, więc z braku laku, zawiesi oko na tekście. Zabrakło tutaj wszystkiego, co sprawia, że fabuła wciąga i sprawia, że uczucia i wydarzenia dotykające bohaterów, uderzają w nas samych. Może i tragedia, która w zamyśle, miała zrobić wrażenie, byłaby dotkliwa, gdyby autorka to naprawdę poczuła. Widać, że zabrakło oddania samej siebie. Dlatego cała książka jest płaska jak moja recenzja. Bo podczas pisania, nie czuje nic.

Czy polecam? Nie wiem. Sami zdecydujcie. Nie lubię przerostu formy nad treścią, a w tym przypadku właśnie tak było.



Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle

września 30, 2023

września 30, 2023

Nowa Sól

Nowa Sól

 


Jeden z cieplejszych wrześniowych weekendów spędziliśmy w okolicach Zielonej Góry i kiedy zwiedziliśmy skansen jak i niedalekie jeziora, na drugi dzień postawiliśmy na kolejne miasto - Nowa Sól.  Często piszę, jak lubimy poznawać miasta i miasteczka, odkrywać ciekawe miejsca i zakamarki. Dzień był naprawdę upalny, dlatego wystartowaliśmy wcześnie rano. Przeszliśmy przez centrum kierując się do parku krasnala. Dedykowany jest głównie dzieciom, ale kto powiedział, że dorosły nie nie może chociaż przez chwilę przypomnieć, jak być dzieckiem? ;)


Jednak zanim park krasnala, muszę pokazać mural, który znajduje się na jednej z ulic. Jak możecie zauważyć, uwielbiam tę formę sztuki. I szczerze mówiąc, lubię wyszukiwać podczas spaceru ulicami miasta. Ten tutaj mnie wręcz zachwycił. Przyjrzyjcie się uważnie - ile się na nim dzieje. Jest fantastyczny. Pole do interpretacji niesamowite. Stałam dosyć długo i tworzyłam własne historie do każdego fragmentu malunku. 


Ale park..!



Jak widać jest brama i ogrodzenie, co uważam za świetną sprawą. Rodzice mogą z dziećmi przychodzić, bez obawy, że gdzieś tam nagle pobiegnie za piłką na ulicę. Wiadomo trzeba pilnować, ale różnie bywa. Jednak ogrodzenie parku dla dzieci, który znajduje się przy ulicy, jest naprawdę fajnym pomysłem, a jak to wygląda za bramą? 





Dobra, muszę być z Wami szczera. Jaką miałam frajdę z huśtania! Jeszcze na czymś takim nigdy tego nie robiłam. I wiecie, jest ta 8.00 rano, chodzimy po parku i patrzę, no nie, no przecież muszę! Żadnego dziecka nie było, spokojnie - żeby nikt mi nie zarzucił, że się wcisnęłam w kolejkę, czy coś. Było pusto - co widać za moimi plecami, więc nie ukrywam, skorzystałam i niczego nie żałuję. 

W parku jest jeszcze miejsce wydzielone ze zwierzętami - kozy, sarenki, jakieś ptaki. Można zakupić jedzonko i karmić. Dzieci miały z tego radochę, nie wiem jak zwierzęta, bo miejsca według mnie trochę mało, ale co poradzić..

Następnym punktem było śniadanie i tutaj z chęcią polecę miejsce, które znalazłam w internecie. Naprawdę warto poznać będąc w Nowej Soli. 



Nazwa jest po prostu świetna - Kumka Gamułka ;))))). Wystrój bardzo w moim stylu i guście. Jedzenie naprawdę przepyszne, atmosfera bardzo przyjemna. Szczerze polecam. 

A po śniadaniu mój R bardzo chciał pójść do portu nad rzeką, bo był tam bardzo przyjemne miejsce do spacerowania oraz kładka nad rzeką, która prowadziła w przyjemne miejsce do wypoczynku nad brzegiem rzeki. 





Świetny pomysł na ozdobienie muru przy nadrzecznym deptaku. Bardzo ładnie się prezentują szklane mozaiki. 








Tutaj widok z tej "kładki", a po prawej stronie można zobaczyć fragment miejsca, gdzie zostały ustawione drewniane leżaki, można się położyć i odpoczywać nad wodą w mieście. Spokój, przyjemnie. Ogólnie tak mi dobrze było, aż nie chciało się wracać do domu. 

A wracając w stronę samochodu trafiliśmy na jeszcze jeden ciekawy mural :)


Nowa Sól to bardzo urocze i ciekawe miasto jeśli chodzi o atrakcje, czy dla turystów, czy miejscowych. Najbardziej co mnie urzekło, to mnogość parków, praktycznie co chwila można było trafić na chociaż maleńki klimatycznymi parczek w okolicy bloków/ kamienic. Super, że miasto jednak dba o przestrzeń dla mieszkańców, a nie sam beton. Polecam odwiedzić, naprawdę warto.

września 24, 2023

września 24, 2023

To, czego nie mówię

To, czego nie mówię

 


Często wspominałam przy niektórych tytułach, że lubię sięgać po książki kierowane do młodzieży. Dzieje się to z różnych powodów. Czasem tak po prostu, by poczuć emocje z dawnych czasów. Niekiedy jest coś w zapowiedzi, co mnie przyciągnie, ale w większości dla sprawdzenia, czy dany tytuł jest właściwy do grupy odbiorców.

W przypadku „To, czego nie mówię”, bardzo zainteresował mnie opis zapowiadający ważny temat zawarty w fabule. Byłam niezmiernie ciekawa, jak autorka wykorzystała potencjał.

Poznajemy Lily, która wydaje się zwykłą nastolatką. Ma dwie siostry, starszą i młodszą. Dziewczyna jest bardzo ambitna, pisze wiersze i aspiruje na jedną z lepszych uczelni. Można powiedzieć, że jest lubiana w gronie znajomych ze szkoły. Jedyne co może różnie wpływać na relacje z kolegami, to rywalizacja w nauce. Jednak to wszystko, raczej dodaje motywacji, niż zniechęca. Na pierwszy rzut oka, wszystko jest w porządku, ale nikt – nawet najlepsze przyjaciółka, nie wie, jaką tajemnicę skrywa Lily.

Minęły dwa miesiące, ale czas jakby nabrał innego wymiaru. Właśnie przed dwoma miesiącami, znalazła w łazience swoją starszą siostrę. Leżała w kałuży krwi. Siostra, która zawsze była pełną energii osobą. To ona stawała w centrum uwagi i miewała szalone pomysły. Dlaczego więc tak żywiołowa dziewczyna, zdecydowała się na podcięcie żył? Czego nie zauważyła rodzina? Czego nie wiedziała Lily?

Teraz Alice jest w specjalnym ośrodku dla osób z problemami psychicznymi. Oficjalna wersja jest zupełnie inna. Rodzina nie chce mówić o tym wydarzeniu. Lily nie chce nikomu o tym mówić. Panicznie boi się reakcji znajomych. Boi się też tego, że ona sama może być chora. Te myśli w pewnym momencie zaczynają wywoływać lawinę emocji, z którymi dziewczyna przestaje sobie radzić. Strach przed odrzuceniem kolegów ze szkoły, udowodnienie ojcu, że ona jest idealna, że nie zawiedzie. Pokazanie sobie, że jest zdrowa. I w końcu zmierzenie z powrotem chorej siostry. Próba samobójcza była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Alice jest chora na CHAD. Nie można jej wyleczyć. Ta informacja przytłacza całą rodzinę.

Wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy, wizja powrotu Alice z ośrodka oraz jej diagnoza. Jeszcze projekt w szkole, który ma zrobić z nieznajomym chłopakiem. Na domiar złego, ów uczeń, przebywał w tym samym ośrodku co siostra Lily. Chłopak zna Alice, co oznacza, że tajemnica dziewczyny wisi na włosku… Silna potrzeba kontroli zaczyna wywoływać u Lily nieznane do tej pory reakcje. Lawina ruszyła, czy może ją coś zatrzymać?

Już na początku muszę napisać, że jest to szalenie trudna i emocjonująca książka. Nie liczcie na lekki romans młodzieżowy, gdzie za tło posłużono się chorobą bohaterki. Autorka odwaliła kawał potężnej roboty i jestem niesamowicie wdzięczna za jej poświęcenie. Za pochylenie się nad jakże trudnym, ale potrzebnym tematem.

Nie tylko próby samobójcze, nie tylko depresja. Tego jest tak wiele… problemy Lily, jej siostry i całej rodziny, kawałek po kawałku ukazują,  krucha jest psychika. Jak czasem niewiele potrzeba, by kula śniegu zaczęła się rozpędzać, by później nie było można jej zatrzymać.

Lily od zawsze miała uporządkowane życie. Każde wydarzenie skrupulatnie odhaczała w swoim zeszyciku. Nic nie było dziełem przypadku. Gdy w pewnym momencie w jej życiu pojawia się rysa – choroba Alice. Nie wie, co zrobić, by naprawić szkody, które nagle się zwaliły. Wie jedno, nie może zdradzić swoim znajomym, że jej starsza siostra jest chora. Wtedy i na nią padnie podejrzenie, a co jeśli rzeczywiście i ona jest w grupie ryzyka? W dodatku ojciec, któremu nie jest łatwo. Dlatego właśnie ona, musi być silna, musi pokazać, że ma kontrolę. Nas sobą, swoim życiem. Nad domem i całą resztą.

Do momentu pojawienia się Micaha. Chłopaka w kolorowych skarpetkach, który wzbudza emocje we wszystkich uczniach. Jest nowym uczniem w szkole, chodzą słuchy, że z poprzedniej został wyrzucony, że jest świrem. W końcu był w ośrodku dla chorych psychicznie. Właśnie w tym ośrodku, gdzie teraz leczona jest Alice. Czy może być gorzej?
Tak. Gdy nauczycielka, łączy Lily i Micacha w parze do stworzenia pewnego projektu… Ona pisze, On maluje. Co może z tego wyniknąć?

Chciałabym tak dużo napisać o tej książce. Jaki serwuje ładunek emocjonalny. Jakże dobrze rozumiałam uczucia Lily. Jej paniczny strach przed wykluczeniem przez znajomych w szkole. Tego poczucia bezradności, gdy strach zaczął przejmować kontrolę nad umysłem i w końcu jej ciałem.

Erin Stewart przepięknie, ale i boleśnie prawdziwie ukazuje czytelnikowi, jak wygląda życie z osobą, która boryka się z chorobą psychiczną. Jak wielki wpływ ma tłumienie emocji na nas samych. Kolejny brutalnie i szczerze ukazany punkt – to nieświadomość społeczna na temat schorzeń, chorób i zaburzeń psychicznych.
Reakcje rówieśników Lily miały jasny przekaz – jeżeli „chorujesz na głowę”, trzeba od ciebie uciekać. Świadomość niezrozumienia ze strony kolegów, strach przed odrzuceniem, doprowadziły dziewczynę do wyniszczenia. Pogłębiające stany lękowe z samookaleczeniem. Błędne koło, z którego nie umiała się wydostać.

Jakie zakończenie ma historia Lily, Micaha i Alice? Czy jest w niej miejsce na happy end? Tego nie zdradzę, ale mogę napisać jedno – we mnie zakończenie wywołało sporo łez, a słowa od autorki….

Uważam tę książkę za bardzo ważną, którą powinien przeczytać każdy. Nie tylko młodzież – w prawdzie jestem bardzo szczęśliwa, że powstała właśnie tej grupie dedykowana. Mam nadzieję, że zostanie odpowiednio zrozumiana i nakieruje na właściwe tory, ponieważ ludzie z chorobami, czy zaburzeniami psychicznymi, nie powinny być piętnowane. Mają prawo do życia jak każdy. A wykluczenie, czy etykietowanie, jest po prostu okrutne i nieludzkie. Przeczytajcie, mimo niełatwej tematyki.



Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

września 18, 2023

września 18, 2023

Muzeum etnograficzne w Zielonej Górze

Muzeum etnograficzne w Zielonej Górze

 

Spora przerwa nastała, ale uwierzcie tyle się działo, że ostatnią rzeczą na którą miałam czas, czy nawet chęć - było włączenie komputera i pisanie. No ale! W końcu jestem tutaj, nadrabiam zaległości, postanowiłam napisać kilka tekstów na zapas - w razie gdyby znowu zrobiło się zbyt mało czasu. Obiecuję wszystkich odwiedzić, nawet ostatnio u kilku osób byłam w wolnej chwili. Mam nadzieję, że jeszcze o mnie nie zapomnieliście :). Bo nie ma obawy, nie odeszłam na dobre. Chwilowo musiałam zająć się innymi sprawami, jeszcze reorganizuje swój czas, żeby podzielić na pracę, dom i oczywiście blog. 

A zatem! Dziś zabieram Was na wycieczkę do muzeum etnograficznego w Zielonej Górze. Zawsze chciałam pojechać do takiego skansenu, poczuć klimat osady wyjętej z dalekiej przeszłości. I właśnie w jeden z cieplejszych wrześniowych weekendów, udaliśmy się ponownie w Lubuskie, by zobaczyć kilka ciekawych miejsc. 



Muzeum znajduje się na poboczu Zielonej Góry, dokładnie miejsce nazywa się Zielona Góra Ochla. Położone w lesie - no uwierzcie, klimat wyjęty z odległej epoki. Ja się zachwycałam wszystkim. Domy drewniane kryte strzechą, wszystko niepowtarzalne i wręcz wyjątkowe. Świetnie ulokowane domki, na kształt dawnej wioseczki / osady. Przechadzając się ścieżkami/ drogą miało się wrażenie, jakby cofnęło w czasie. Odległe drogi nie niosły hałasu samochodów, dlatego tym większe było odczucie zatrzymania. 


Przysiadałam na progu domków i po prostu czułam spokój. Przyznam szczerze, że z chęcią zamieszkałabym w podobnym miejscu, w ciszy i jak najdalej od tych wszystkich samochodów, spalin i całej reszty. Niby postęp jest fajny, ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że idzie w złym kierunku. Zdaje sobie sprawę, że większość ludzi nie wyobraża sobie życia choćby w domu, gdzie trzeba ogrzewać drewnem, ale mnie znowu przeraża wizja bloków. Jejku to jest dopiero dopust Boży. 

Wróćmy jednak do muzeum. Powierzchnia jest niczego sobie - bo zajmuje aż 13 hektarów, więc jest gdzie pochodzić. Wszystko między drzewami, co dawało cudowny chłód w upalny dzień. Niemalże do każdego domu można wejść - chociaż izby były zamknięte kratami, ale nie utrudniało zobaczenia co znajduje się w środku. Mnie nie dziwi odseparowanie eksponatów od turystów, wiadomo, że większość nie potrafi respektować zakazu dotykania przedmiotów. 

Można zauważyć jakie były różnice społeczne. Niektóre domki tylko dwuizbowe, bardzo skromne i malutkie - ale przede wszystkim niskie! Ja przy moim 155 cm, musiałam się schylać! Inne już bardziej zamożne, piękne meble, oddzielne sypialnie, pokój dzienny i wszystko przestronne. Mnie zachwycały zazdrostki w oknach oraz szalenie klimatyczna sala lekcyjna! 










Jeśli planujecie odwiedzić to miejsce, albo nie jesteście pewni czy warto - to odpowiadam szczerze, że warto! Cena biletu bez zniżek wynosi 15 zł. Są oczywiście upusty dla dzieci i seniorów, ale na żadne się jeszcze i już nie załapaliśmy ;). To jest ten wiek, gdy bycie pomiędzy, bywa kosztowne ;))). 




września 03, 2023

września 03, 2023

Wszystkie Mroczne miejsca

Wszystkie Mroczne miejsca

 


Pamiętacie jak pisałam o moim maratonie czytelniczym, kiedy pobiłam rekord przeczytanych książek? Zaczęłam go od tego właśnie tytułu. Wszystkie mroczne miejsca, zapowiadały się naprawdę świetnie, a i opinie były przychylne. Z tego co pamiętam, po przeczytaniu jednej z recenzji postanowiłam pobrać plik na półeczkę. W końcu podczas chwilowego uziemienia postanowiłam przeczytać.  
Czy książka spełniła moje czytelnicze wymagania i było warto poświęcić czas na jej lekturę? 



Jest zimowy wieczór, Molly razem ze swoim mężem szykują się do przyjęcia urodzinowego wydawanego z okazji czterdziestych urodzin mężczyzny. Do domu mają przyjechać najbliżsi przyjaciele, więc para czuje radość z nadchodzącej wizyty. Jednak Molly nie do końca może przyznać przed samą sobą, że jest rozluźniona. Z pewnością jej obawy czające w zakamarkach umysłu, będą towarzyszyły przez dłuższy okres. Teraz jednak, stara się ze wszystkich sił sprawić, by wieczór był udany. 

Gdy następnego dnia rano nie budzi jej znajomy zapach kawy, ma pewne niepokojące przeczucia. Mimo wszystko stara się odepchnąć natarczywe myśli z głowy. Idzie sprawdzić co robi Jay, ale gdy go znajduje już wie, że już nic nie będzie takie jak wcześniej. Jay nie żyje. Ktoś go zamordował w jego gabinecie, a ona nic nie słyszała. Nie miała pojęcia, że podczas jej spokojnego snu, okrutny człowiek  odebrał życie jej mężowi. 

Policja próbuje zabezpieczyć ślady i zebrać najważniejsze informacje na temat wieczoru poprzedzającego śmierć mężczyzny. Oczywiście pierwszymi podejrzanymi są goście, świętujący urodziny przyjaciela. Co dla Molly wydaje się absurdalne. Jednak podejrzanych może być więcej, w końcu Jay był znanym psychoterapeutą, nigdy nie wiadomo kto mógł poczuć się niezadowolony z przebiegu leczenia, albo kogo Jay mógł podejrzewać o zachowania wykraczające poza normy społeczne...

Rozpoczyna się śledztwo, ale dla Molly czas żałoby zaczyna być początkiem koszmaru. Nie dość, że straciła jedynego przyjaciela, który znał jej przeszłość. W dodatku powraca sprawa o której pragnęła zapomnieć. Kobieta czuje strach i niepewność, ma wrażenie, że morderca Jaya jest dalej niebezpieczny również dla niej. Tylko jaki ma motyw? I co mają wspólnego wydarzenia z dzieciństwa kobiety? 






Książkę przeczytałam dosyć dawno, dlatego emocje są już nieco inne. Jednak pamiętam, że atmosfera była ciężka i cały czas się zastanawiałam, kto jest zabójcą Jaya. 
Zacznijmy od początku. Molly, trudno jednoznacznie ocenić tę postać. Nie umiem stwierdzić, czy polubiłam się z nią, czy raczej czułam niechęć. Z jednej strony starałam się zrozumieć uczuciom, które towarzyszyły kobiecie z powodu straty męża. Z drugiej, jej zachowanie często było bezmyślne i tak naprawdę denerwowało. Niestety nie mogę przytoczyć przykładu ponieważ musiałabym zdradzić zbyt istotne wątki fabuły. 

Z kolei przyjaciele pary, byli zbyt mało ukazywani, żeby czytelnik mógł porządnie wyrobić opinie i ewentualnie posnuć różne domysły. Niby możemy co nieco wywnioskować podczas rozmów z policją, ale jest tego niewiele.  Chyba więcej dowiedziałam się na temat policjantki i jej partnera, którzy prowadzili śledztwo, niż o głównych podejrzanych. 

Ciekawym elementem jest przeszłość Molly, ponieważ cały czas dostajemy tylko jakieś fragmenty, które są przebłyskami. Możemy się domyślać co dokładnie spotkało kobietę, gdy była dzieckiem. Tutaj polecam czytać bardzo dokładnie, właśnie te fragmenty, ponieważ później łatwiej będzie zrozumieć końcowe wydarzenia. 

Mimo kilku naprawdę niewielkich minusów, uważam ten tytuł za naprawdę bardzo dobry. Trzymał odpowiednie napięcie, czuło się niepewność podczas czytania. Zakończenie, a dokładnie rozwiązanie zagadki, kto wtargnął w życie małżeńskie Molly i motyw tej osoby, są nie małym zaskoczeniem i robią wrażenie. Przynajmniej na mnie zadziałało odpowiednio. Po przeczytaniu książki zwróciłam uwagę na pewne niezbyt pochlebne opinie, ale moi drodzy - to jest debiut. Chciałabym aby większość debiutów utrzymywała podobny poziom. Ja w każdym razie polecam. 



sierpnia 30, 2023

sierpnia 30, 2023

Idą zmiany!

Idą zmiany!

 


Zazwyczaj podsumowania są robione z końcem roku. U mnie będzie inaczej. Bo kończące się wakacje, kończą pewien etap i u mnie. 

Gdy niespełna rok temu zdecydowałam, że potrzebuję odpoczynku, że po urlopie nie jestem wstanie wrócić do pracy. Nie miałam pojęcia, jak długa i trudna droga przede mną. Wiedziałam jedno - nie daje rady. Co mnie czekało? Ano wiele. To była niesamowicie wyboista trasa, w większości pod górę. Dopiero gdy zwolniłam, poczułam jak wielkie nadbagaż ze sobą niosę, a zbędnych rzeczy było naprawdę wiele. 



 Na początku nie czułam zbyt wiele, ot po prostu odpoczywałam. Cała siła uderzeniowa przyszła później. I wtedy zrozumiałam, że w ostatnim momencie zatrzymałam ten mój pociąg. Wysiadłam nie wiedząc, co dalej?  Aż pewnego dnia, przyszła konfrontacja z samą sobą. Uwierzcie mi na słowo - zabolało.  

Nie będę pisała o poprzedniej pracy, mam takie przeświadczenie, że co było w jakimś miejscu, zostaje w nim. Nie chcę do tego wracać. Jedynie tyle, że ten etap w życiu był porządną lekcją, która mnie przemieliła jak maszynka do mięsa;).  Właściwie, to w bloggerze brakło by miejsca, na spisanie tych historii ;)))). 



Myślę, że bardzo ważni są ludzie, którzy nas otaczają. Gdy powiedziałam mojemu R, że ja już nie mogę, że na myśl o pracy robi mi się niedobrze i po prostu wstanie z łóżka i wyjście z domu jest koszmarem. Powiedział jedno - odejdź. Tylko najpierw musiałam stanąć na nogi. Bo wiecie, gdy człowiek doprowadzi się do takiego momentu, rozwiązanie umowy nie jest lekarstwem. Problem zostaje dalej. Dlatego zdecydowałam się na zwolnienie.  Musiałam nabrać siły i mocy, do podjęcia nowego wyzwania. 

Naprawdę jestem wdzięczna, że miałam w tym czasie przy sobie mojego R. Był moim terapeutą, przyjacielem i ogólnie wszystkim. Jeśli potrzebujecie wsparcia - polecam mojego chłopa ;)). 

A tak poważnie, nie było mi łatwo. Tak naprawdę, dopiero teraz widzę zmianę, która we mnie zaszła. Nawet kiedy trzymałam w ręku papier o zakończeniu pracy, nie czułam się na siłach zaczynać nowe. Odetchnęłam z ulgą i dopiero wtedy, zaczęłam wychodzić na prostą. 

Najlepszą terapią było dla mnie... pieczenie! Dla każdego bliższego znajomego, było szokiem, ponieważ do tej pory nie znosiłam pieczenia. Gotowanie jeszcze jako tako. A tutaj nagle, rozpoczęłam przygodę w kuchni. Nie miałam pojęcia jak cudownie działa zagniatanie ciasta, po prostu wszystkie negatywne emocje uciekały w siną dal. I gotowanie... ojejku ileż nowych przepisów przetestowałam. Ku radości mojego R, który uwielbia ciasta, w domu zagościły wypieki, jakie tylko miał ochotę zjeść. 

Taaak, kuchnia w pewnym momencie stała się moim azylem. Będę polecała każdemu, kto zmaga się z samym sobą. To naprawdę potrafi zdziałać cuda! 



Podróże również bardzo mi pomagały. Chodzenie po górach, między polami czy w lesie. Aktywność fizyczna dawała mnóstwo radości. Na początku nie byłam za bardzo chętna, chciałam być w domu, odpoczywać. Na szczęście później wszystko się odwróciło, ciągnęło mnie wszędzie. Między ludzi, do kina, na spotkania ze znajomymi. W końcu przyszedł moment, kiedy poczułam - wracam! 

Jednak najważniejsze do czego doszłam. To było uświadomienie sobie, jaka nie chcę już być. Zrozumiałam, że ta wersja mnie, którą się stałam na pewnym etapie, jest po prostu okropna. A ja taka nie jestem i muszę coś z sobą zrobić. 



Pamiętam, że dotarłam do etapu gdy narzekałam na wszystko. Chodziłam z miną marsową, albo jak to mówi moja mamusia - skrzywiona jak środa na piątek ;). Wiecie to było ocknięcie - co ja robię? Dlaczego wszystko widzę w negatywach? Przecież tak się nie da żyć. Powiedziałam o tym mojemu R, na co on odpowiedział - zmień to w sobie. Z jednej strony poczułam złość, jakże łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. A z drugiej, kto ma mnie zmienić, jak nie ja sama? To moi drodzy, było najtrudniejsze. 



Praca z samą sobą nie jest łatwa. Wytknięcie swoich błędów i stanięcie z nimi na przeciw nie należy do przyjemnych, ale warto. Nie lubiłam tamtej siebie, ale też nie chciałam przyznać, że mam parę rzeczy do poprawienia. Na szczęście, małymi kroczkami, etap po etapie działałam.  



Nie piszę tego by się przechwalać, chociaż uważam, że każdy sukces, ten podjęty z samym sobą powinien być doceniany. Jednak myślę, że nauczyliśmy się iść mimo wszystko do przodu, źle czy gorzej idziemy. Nasze problemy, rozgoryczenie rosną w siłę, przestajemy czuć radość z tych wielkich rzeczy, małych od dawna się już nie zauważa. Jest po prostu źle, ale nic nie robimy.
 Uważam że lepiej się zatrzymać i wysiąść z tego pociągu, by móc dostrzec przyczynę naszego niepowodzenia i zmienić kierunek na lepszy.  Ja nie żałuję. 



No dobrze. To teraz moja zmiana. Od września zaczynam pracę! :)) Jestem szalenie podekscytowana i jeszcze bardziej zestresowana ;). Nie mam pojęcia czy sprawdzę się na nowym stanowisku, ale mam  w sobie pełno wiary, że podołam. A jeśli nie? Cóż, będę się cieszyła, że odważyłam i na pewno wyciągnę mnóstwo wniosków. Zrozumiałam jedno, niepowodzenie nie jest końcem świata. 

Wiem, że będę bardzo tęskniła za moją kochaną Ewelinką z poprzedniej pracy, ale wiem też jedno. Nasze ścieżki zawodowe rozjechały się tylko na chwilę...:). 







Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger