Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edipresse. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Edipresse. Pokaż wszystkie posty

lutego 19, 2019

lutego 19, 2019

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie


Pisałam już jakiś czas temu, że w czołówce moich ulubionych polskich autorek jest Natasza Socha, od czego zaczęła się ta sympatia i trwa niezmiennie? Myślę, że nie ma w tym wielkiego sekretu. Pisarka tak po prostu pisze prawdziwie. Nie koloruje swoich postaci, nie tworzy wydumanych historii, które albo są przesłodkie, albo zginają ludzi w pół z rozpaczy, zrzucając na nich, tragedię jedną za drugą. Socha pisze o życiu, takim, jakie jest. I ta na pozór zwykła codzienność, tak bardzo trafia do wielu czytelników. Bo czytamy o ludziach, którzy mają często podobne przywary, problemy.

Tym razem przyszła pora na (Nie)miłość, czym ona właściwie jest? Czy istnieje w ogóle takie określenie uczuć? Jak ją zdefiniować? Odpowiedzi szukałam w treści, a to, co znalazłam, opiszę troszkę później.


Poznajemy Cecylię i Wiktoria. Małżeństwo z lekkim przeterminowaniem. Oboje są razem, chociaż tak naprawdę od dawna każde zaczęło żyć swoim życiem. On potajemnie spotyka się ze swoją byłą studentką, pod pretekstem pomocy przy pracy — taka jest wersja oficjalna. Tak naprawdę, oboje planują wspólną przyszłość. 
Ona pewnego poranka stwierdza, że w końcu dojrzała, żeby zakomunikować mężowi o swoim rozpadzie uczuć, o chęci poczucia wolności. Bo już się wypaliła. Tak po prostu. I siedząc w samochodzie, rozważa przebieg popołudniowej rozmowy. Do której nie dojdzie ani tego dnia, ani następnego.

Bo już za kilka minut, Cecylia stanie się ofiarą groźnego wypadku, w wyniku którego, będzie zmuszona poruszać się na wózku inwalidzkim. Oczywiście niepełnosprawność ma być tylko czasowa, ale rzeczywistość okazuje się brutalniejsza.

W zaistniałej sytuacji oboje muszą odłożyć swoje plany rozwodowe na później. Ona potrzebuje pomocy męża w codziennych czynnościach. On nie wyobraża sobie, by teraz miał zostawić małżonkę w potrzebie. Zaczynają więc wspólnie nową, nieco dziwną i bardzo męczącą drogę, do zdrowia Cecylii, do chwili uwolnienia się od siebie.

A gdzieś między jedną ukrytą randką Wiktora a wspólnym szukaniem pomocy w dojściu do pełnej sprawności Cecylii. Tych dwoje, zaczyna zastanawiać, w którym momencie, przestali się zauważać, być dla siebie mężem i żoną, kobietą i mężczyzną. I najważniejsze, kiedy ich miłość, przerodziła się w (nie)miłość?


Nie mogę napisać, by fabuła była porywająca. Jest wręcz przeciwnie. Tutaj wszystko dzieje się takim wręcz powolnym rytmem.

Rozmyślania Cecylii nad swoim życiem, wyborami, jakie dokonała. Nad macierzyństwem i wreszcie małżeństwem, które gdzieś zgasło i nie pamięta, w którym momencie zaniedbali ten płomień. Czyja była wina, kto pierwszy sobie odpuścił?

Jest wreszcie jej niepełnosprawność i związana z nią frustracja, rozgoryczenie i żal, do osoby, która była sprawczynią wypadku. Gdyby nie ona, teraz Cecylia byłaby wolna i szczęśliwa. A przede wszystkim, mogłaby chodzić. A nie, być zdana na pomoc męża. Oczekiwanie na powrót, na wspólne kąpiele. Była przecież niezdolna do zwykłych czynności.

I Wiktor, czujący odpowiedzialność za żonę i matkę swojej córki. Niesamowicie pragnie związać się na stałe z ukochaną. Ich potajemne spotkania, zostały ograniczone, musi być w gotowości do pomocy. Co jak się okazuje, bywa bardzo wyczerpujące, ale i daje też pewną satysfakcję. Oto teraz, po wielu latach bycia obok siebie, zaczynają wspólnie wykonywać czynności, a nawet rozmawiać. Tak po prostu. Dziwne prawda? A jednak, w pewnej chwili, oboje uświadomili sobie, że przestali rozmawiać.

Myślę, że ta książka wspaniale ukazuje, jak w życiu, a zwłaszcza w uczuciach, szybko sobie odpuszczamy. Jak wpadamy w rutynę, która zaczyna nam ciążyć, aż pewnego dnia, zerkamy w stronę tej drugiej, kiedyś bliskiej osoby i mamy wrażenie, że jest nam zupełnie obojętna. Próbujemy we wspomnieniach odszukać chwil, kiedy były te uniesienia, euforia i zachwyt. I ze smutkiem odkrywamy, że już od bardzo dawna, panuje chłód. Razem, a osobno. Czy można odzyskać stracone lata? Czy można ponownie rozpalić płomień, który ogrzeje uczucia?

Jak zatem zdefiniować (nie)miłość? Etapem w którym, jeszcze się szanujemy, ale już przestaliśmy się zauważać? Gdy wspólne wypicie kawy wydaje się czymś nierealnym? Spojrzenie na siebie, ale zobaczenie się? Przytrzymanie wzroku na drugiej osobie, a nawet zachwycenie? Czy w (nie)miłości jest to możliwe? Przekonajcie się sami. Ja szczerze polecam.
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.

lutego 07, 2019

lutego 07, 2019

Królowa gwiazd

Królowa gwiazd



Twórczość Pani Agnieszki Walczak-Chojeckiej do tej pory nie była mi znana. Dlatego, gdy ukazała się zapowiedź Królowej Gwiazd, postanowiłam poznać kolejną, znaną już przez innych czytelników, naszą rodzimą autorkę. Moja ciekawość była tym większa, ponieważ opinie krążą same pochlebne. Dlatego nie ukrywam, oczekiwania miałam spore, co do lektury tejże książki. Czy zostały spełnione, a do mojej czytelniczej listy ulubionych autorów, dołączy kolejny?
 


Poznajemy cztery młode aktorki i to w dodatku przyjaciółki. Dziwnie brzmi, bo jakoś trudno uwierzyć, by w tej branży mogły zawiązać się szczere i prawdziwe relacje miedzy ludzkie. A tutaj proszę, taka niespodzianka. Dziewczyny łączy dosyć specyficzna więź, z jednej strony trzymają się murem, ale gdzieś tam pobrzmiewa rywalizacja. Wszak świat sławy rządzi się swoimi prawami i wszystkie chwyty dozwolone, nawet między przyjaciółmi. W końcu otrzymać wielką rolę jest tym, o czym marzy się wszystkim aktorom.

Nasze dziewczyny, mają za sobą większe lub mniejsze sukcesy, z naciskiem na to drugie. Na szczęście ambicje szybują bardzo wysoko. Gorzej jest z dopchaniem się do wielkich sław. Jak zdobyć rolę, kiedy nie ma się odpowiednich znajomości? A może użyć jakiegoś podstępu. Na szczęście jedna z kobiet, posiada jako takie możliwości. I tak metodą perswazji i nacisku, cztery wspaniałe, udają się na pewien zjazd filmowców, na którym ma się pojawić znany zagraniczny reżyser. Teraz pozostaje,  by jedna z nich, zwróciła uwagę sławnego Zorana Marvicia, a potem droga na czerwony dywan, stoi już otworem.

Uzbrojone w marzenia oraz ogromną determinacje Malwina, Dominika, Klaudia i Miśka, lecą na Maltę. Każda ma swoje powody, by zdobyć główną rolę. Nie tylko te branżowe, ale i prywatne.

Nie mają pojęcia, że podróż po występ życia, zakończy się zupełnie inną wygraną, niż mogłyby się spodziewać.
 


Moje uczucia po przeczytaniu książki były mieszane. Zacznę od tego, że za pierwszym razem, w ogóle nie mogłam się wgryźć w fabułę, przez co Królowa gwiazd, wylądowała na półce i sobie czekała, aż zrobię kolejne podejście. Jako że minęło sporo czasu, postanowiłam sprawdzić, czy był to nieodpowiedni moment, czy problem tkwił w czymś innym.

Powieść rozpoczyna się dosyć nijak, szczerze mówiąc, przez dłuższy czas, nie poczułam większego zainteresowania losami bohaterek. Dopiero moment przybycia na Maltę, spowodował, że akcja w miarę nabrała tempa.

Co do samych postaci, nie wiem, już dawno nie czułam, takiej niechęci pomieszanej z obojętnością. Dziewczyny nie wywoływały we mnie żadnych pozytywnych emocji. Jedynie niechęć albo właśnie obojętność. Były takie bez wyrazu, jedynie Miśka pragnąca za wszelką cenę zaistnieć, robiła trochę szumu. Zachowanie reszty koleżanek było wymuszone i do mnie nie przemówiły ich kreacje.

No i wreszcie wątek ze sławnym Zoranem, do pewnego momentu było ciekawie, zagadki, zadania, które były do wykonania, interesowały i wprowadzały ciekawy klimat. By wreszcie, w tle tej ckliwej i taniej historyjki, pojawiły się sprawy polityczne i nawet wątek z przełomowym odkryciem. Jedno do drugiego pasowało mi jak pięść do oka. I chociaż były ciekawe, to przy tych bohaterkach i ich zachowaniu, po prostu całość jawiła się groteskowo.

Nie znam autorki, nie chcę, oceniać na podstawie tego tytułu. Odnoszę wrażenie, że Pani Walczak-Chojecka z początku miała ochotę napisać coś lekkiego, ale gdzieś w trakcie zrozumiała, że jednak lepiej by było zaserwować fabułę w innym klimacie i wyszedł taki trochę miszmasz. Głupiutkie aktoreczki na tle ważnych problemów nie tylko dwóch braci, ale i narodu, gdzie odkrycie jednego z nich, mogłoby odmienić życie niemalże całego świata. Cóż, całkiem inaczej bym to przyjęła, na nieco innej płaszczyźnie. W tym przypadku czułam się, jakbym czytała książkę, stworzoną z dwóch różnych pomysłów. Z drugiej strony, nie umiem napisać, że było totalnie źle. Autorka ma ciekawe pióro i właśnie kiedy były wątki historyczne, wciągały mnie kompletnie, najsłabszym ogniwem były dla mnie główne bohaterki. Szkoda, że fabuła dotyczyła środowiska aktorek, a nie tego przemyconego wątku.

Królowa gwiazd nie do końca trafiła w mój gust, ale jestem bardzo ciekawa innych książek Pani Agnieszki Walczak Chojeckiej. Tym razem decyzje pozostawiam wam, nie będę zniechęcała, ani przekonywała.




Książkę do recenzji otrzymałam od wydawnictwa Edipresse Książki.

listopada 01, 2018

listopada 01, 2018

Spadek

Spadek



"TO, CZEGO NIE CHCESZ, MOŻE SIĘ OKAZAĆ TYM, 
CZEGO WŁAŚNIE POTRZEBUJESZ"


Dorota próbuje się pozbierać, po kolejnym rozczarowaniu uczuciowym. Właśnie zakończyła związek, który jak uważała, na pewnym etapie sam się rozjechał. I tak naprawdę, nie wiedziała, czy odczuwa żal, że Kuba odszedł, a może bardziej złość, że znowu, nie poczuła tego, co trzeba. I teraz została sama. Chociaż nie tak całkiem.


Akurat, gdy ponownie została bez pary, do towarzystwa — na tymczasem, otrzymała pieska. Koleżanka musiała wyjechać, no i po wielu prośbach, wprowadziła do domu Doroty czworonoga. Dla kobiety i nowej lokatorki pierwsze dni nie były łatwe. Jednak szybko się okazało, że obie znalazły porozumienie i nawet zaczęły się lubić.


Jeśli Dorota myślała, że towarzystwo psa, jest wszystkim, do czego zdolny jest los, była w dosyć sporym błędzie. Już niebawem, miała się dowiedzieć, że posiada dziadka. Niby nic nadzwyczajnego, ale nasza bohaterka, nie znał swojego rodzonego ojca. Wychowywał ją ojczym, którego bardzo kochała i czuła się z nim związana emocjonalnie. Nagle, po tylu lata, otrzymuje obcego człowieka — dziadka. Co ma zrobić? Jak się zachować, czy powinna stawić czoła teraźniejszości, nie znając wielu fragmentów z przeszłości?

Podróż do miejsca, o którym nigdy nie słyszała. Do człowieka obcego, a jednak bliskiego. Dziadek, nie wiedziałam o nim, nie miała szansy poznać, polubić czy pokochać. Jak ma go traktować? Co zrobić w zaistniałej sytuacji? Staruszek podupadł na zdrowiu, potrzebuje opieki, ale dlaczego właśnie od niej, jest to wymagane?

Co czeka Dorotę daleko od jej Warszawskiego mieszkania? Czy będzie jej dane, poznać rodzonego ojca i dowiedzieć się prawdy, dlaczego odszedł?


Książkę mogę podzielić na kilka etapów czytania. Najpierw początek, który nie do końca mnie zainteresował, bym odpowiednio się wciągnęła w historię. Na szczęście w chwili, gdy poznajemy dziadka Doroty, akcja nabiera rozpędu.

Postać głównej bohaterki jest dosyć prosta. Ot kobieta, która ma problemy sercowe, swoje uczucia lokuje w nieodpowiednich dla siebie mężczyznach. Nagle musi zająć się dziadkiem, który jest dla niej obcym człowiekiem.

Szczerze mówiąc, nie bardzo potrafię ocenić tę postać. Niby wokół niej toczy się akcja, ale nie poczułam ani sympatii, ani niechęci. Ona po prostu była.

Co innego mogę napisać, na temat ciotki Celiny oraz właśnie dziadka. Oboje z silnymi charakterami. Pod warstwą szorstkości i czasem, zbyt brutalnej szczerości, kryły się dobre serca i dusze. Bardzo polubiłam tych dwoje i właśnie oni, byli tymi, którzy napędzali fabułę. W moim odczuciu oczywiście.

W książce poznajemy sporo postaci, chyba tak naprawdę nie znalazłam nikogo, kto byłby negatywny. Tutaj każdy odgrywa swoją rolę, w odpowiednim momencie.

Fabuła nie porywa, nie wgniata w fotel, ale to dobrze. Spokojnie prowadzona, bez zbędnych zrywów i emocji, które ostatnimi czasy, są bardzo często serwowane w książkach. Powolutku, wraz z Dorotą, oswajamy się ze zmianami, jakie zaszły w jej życiu. Przyglądamy się dziadkowi. Uparciuchowi, który za maską oschłości, ukrywał zupełnie inne oblicze.

Bardzo przyjemnie spędziłam czas, przy czytaniu Spadku. Może nie było ochów i achów. Jednak jest to bardzo sympatyczna książka, na jesienne wieczory. Ukazująca siłę więzów rodzinnych, potrzeby miłości — w każdym wieku. I tego, że tajemnice z przeszłości, dobrze jest odkryć.
 
 
 
 
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.
 

sierpnia 14, 2018

sierpnia 14, 2018

Mgły Toskanii

Mgły Toskanii


Książki Nataszy Sochy, wzbudzają różne emocje. Część odbiorców jest zachwycona, sięga po kolejne tytuły niemalże w ciemno. Z kolei inni, twierdzą, że nie potrafią się odnaleźć. Jedno jest pewne, co łączy obie grupy. Styl autorki, który nie jest nijaki. I chociaż podczas czytania, można na pierwsze wrażenie, pomyśleć, że czasem fabuła spowalnia, to jednak, każde zatrzymanie, ma swój konkretny cel. I naprawdę sztuką jest, by umieć go wyczytać. 

Gdy wyszła zapowiedź Mgieł Toskanii, wiedziałam, że książkę chcę przeczytać. Troszkę sobie odleżała, ale w końcu przyszła na nią pora. Wrażenia mam różne, ale o nich, za chwilę. 



Lena jest konserwatorem zabytków. Pracę swoją bardzo lubi i oddaje się jej całą sobą. Zadania, które ma zlecane, są fascynujące i sprawiają, że nawet największy ignorant sztuki, z wrażeniem pochyli się, nad ukończoną pracą. Bo odkrywanie ukrytych obrazów, czy sprawdzanie autentyczności, musi być naprawdę wspaniałe. To też, zajęcie, któremu się poświęca, jest tym, co kobieta po prostu kocha.

Nasza bohaterka mieszka z Igorem, razem też pracują, bo chociaż mężczyzna konserwatorem nie jest, to jego zadania, również są bardzo istotne. I właśnie praca, połączyła tych dwoje. Można powiedzieć, trafił swój na swego. Porozumiewali się w domu i poza nim.

W końcu Lena otrzymuje propozycje pracy przy fresku, musi polecieć do Toskanii, tam w małym kościółku, czeka na nią coś bardzo interesujące.

Na miejscu nieoczekiwane sytuacje, sprawią, że kobieta poprosi o pomoc mężczyznę, którego w razie wypadku, polecił jej Igor. I tak się jakoś poukłada, że drogi tych trojga, będą się ciągle krzyżowały.


 
Pierwszy raz chyba, po przeczytaniu książki autorki, nie umiem się określić. Z jednej strony, nie zainteresowała mnie sytuacja Leny, tego jej romansu z Ianem. Nie potrafiłam się wczuć, zrozumieć jej postępowania. Najnormalniej w świecie, ta kobieta była mi zupełnie obca. I w żadnej części, nie odnalazłam w niej, coś z siebie.

Co innego jednak mogę napisać o sztuce, samego klimatu Toskanii. Bo ta warstwa, szalenie m nie pochłonęła. Byłam tam, przechadzałam się uliczkami, a nawet smakowałam potraw. I jeszcze sam fresk w kościele. To wszystko sprawiało, że naprawdę z przyjemnością czytałam.

Nie polubiłam Leny, to typ kobiety, z którym ja się rozmijam. Tak kompletnie, nie było mi z nią po drodze. Co do Iana, jako mężczyzna, nie pociągałby mnie. Opis wizualny, czy sposób bycia. Jedno co mnie u tego człowieka się spodobało — Było przeżywanie, tego, jak uczył Lenę odczuwać. Powoli, bez przesytu.

Z jednej strony byłam zachwycona samym klimatem, z drugiej drażniło mnie postępowanie Leny. Jej w pewnym sensie egoizm. No nie lubię takiego zachowania. Lubiłam Igora, fajny facet, no ale cóż zrobić, trafił na kobietę o głębokim sercu. Niespecjalnie potrafię uwierzyć na podział dwóch osobowości. Po prostu nie przemówiło to do mnie.

No i jeszcze Ian, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co ona w nim zobaczyła. Ja wiem, mówi się, że wiek to liczby. Mimo wszystko nie. Po prostu nie poczułam tego rzekomego uczucia.

Podsumowując, Mgły Toskanii, nie jest książką dla każdego. Nie wiem, komu może przypaść do gustu.
Myślę, że każdy powinien zdecydować sam. Mnie się szybko czytało. Jednak wątek uczuciowy, niczym mnie nie ujął. Atmosfera miejsc — bardzo.

Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.

lipca 31, 2018

lipca 31, 2018

Obca w świecie singli

Obca w świecie singli


O tym, jak bardzo polubiłam Twórczość Krystyny Mirek, wie każdy, kto śledzi mojego bloga. Dlatego też, gdy tylko pojawiła się zapowiedź kolejnej książki, nie miałam wątpliwości czy chce przeczytać. Wprawdzie okładka wyszła koszmarnie i gdyby nie nazwisko, z pewnością nie zwróciłabym uwagi. Nie mam pojęcia, kto się tym zajmował, ale naprawdę, nie wyszło to ładnie. Sam widok na Wawel piękny, jednak został zbyt przyćmiony, a szkoda.

Teraz pozostaje pytanie, jak też odebrałam tytuł, po którym wiele oczekiwałam?
 


Poznajemy dwie kobiety, Agnieszkę i Karolinę. Obie czują się samotne w swoich związkach. Niby mają kochanych partnerów, ale obaj nie mają czasu dla swoich kobiet. O ile Jakub zarabia na to, by w końcu móc zapewnić wszystko, co najlepsze swoim kobietom (ukochanej i córeczce), tak partner Karoliny, jawi się jako nieporadny bubek, w dodatku, jak się później okaże, mający za uszami więcej, niż można było się spodziewać.

Dwie kobiety, witały poranek w inny sposób. Jedna z mocnym postanowieniem zmiany, która zaważy na życiu całej jej rodziny. Druga z wiarą, że w końcu może uda się spełnić marzenia. Na razie, oczekiwała swojego mężczyzny, zaplanowała pyszną ucztę. Wcześniej jednak musiała zrobić zakupy. Nie miała wtedy pojęcia, że wyjście do centrum handlowego, będzie wydarzeniem mocno wstrząsającym.

Jakub pracował całym sobą. Chciał udowodnić przyszłemu teściowi, że jest godzien jego córki, miano  zięcia i tego, co mu zostało obiecane. Prowadzenia jednej z najlepszych restauracji. Był taki ufny, pełen wiary, że w końcu będzie miał wszystko, o czym marzy. To prawda, zaniedbywał swoje kobiety, ale nie potrafił sprzeciwić się teściowi. Gdy zrozumiał swój błąd, konsekwencje poraził siłą i bezwzględnością.

Dwoje tak zwanych rozbitków. Zostali z dnia na dzień bez równowagi, trzeba było zaczynać wszystko od nowa. Dosłownie i w przenośni.

Karolina zrozumiała, że partner, któremu ufała — oszukiwał. Nie tylko na polu uczuciowym, ale i biznesowym. Restauracja, którą prowadził nieudolnie, czekała na swój koniec. Zadłużona, pogrążona w zapomnieniu.

Jakub poczuł, co oznacza, stracić wszystko w jednej chwili. I nie warto dawać z siebie więcej, niż jest to możliwe. I przede wszystkim. Bez ustalenia konkretnych warunków.

Nie znali się, ale w jednym czasie, los wyrzucił ich za burtę. Teraz musieli walczyć o przetrwanie. Sami albo połączyć siły.
 
 
 


Książka zaczęła się... nudno. Jak przeczytałam pierwsze rozdziały, pomyślałam sobie, że chyba nie podołam całości. Przerwałam i postanowiłam wrócić, za jakiś czas.

W końcu zrobiłam kolejne podejście, czasem coś, co, źle się zacznie, może mieć ciekawe rozwinięcie. No i rzeczywiście tak było. Nie wiem kiedy, fabuła nagle nabrała pędu i w końcu poleciało. No i potem było zakończenie. O nim, napiszę za chwilę. Najpierw słów kilka na temat postaci.

Bardzo polubiłam Jakuba, był takim fajnym facetem, który nie owijał w bawełnę. Potrafił być troskliwy, ale i odpuścić, kiedy sprawa tego wymagała.

Co innego mogę napisać, na temat kobiety, która go zostawiła. Bo Agnieszka, faktycznie miała powody, by poczuć żal do swojego narzeczonego, nawet do ojca. Jednak wyrachowanie i egoizm, którym się wykazała, odebrały mi, jakiekolwiek tłumaczenia jej postępowania.

Była jeszcze Karolina i jej partner. Tutaj mamy takie pokrzyżowane podobieństwa. Karolina czuła i bardzo opiekuńcza, jej facet niedojrzały bawidamek. Niedorosły do życia w rodzinie, a tym bardziej posiadaniu dziecka. Nie ważne, że świadomie podejmowali decyzje. Jemu nagle się odmieniło. Jego też nie dało się polubić ani tłumaczyć, tego, co zrobił.

Jak nie trudno się domyślić. Dwoje rozbitków, gdzieś się odnajdzie i zaczną wspólnymi siłami, stawać na nogi. Jakub pomoże Karolinie, a ona jemu. Chociaż tak bardziej, mężczyzna będzie wybawieniem, dla kobiety, która miała oparcie w niewielu ludziach.

Jedno co mnie bardzo zastanawia. To notatka, na temat planety singli. Przepraszam bardzo. Niechaj mnie ktoś oświeci. Gdzie był ów świat singli, gdzie ich było tak wielu? Bo z tego, co wyczytałam. To tylko przyjaciółka Karoliny, z wyboru. A dwójka, która dołączyła do tego grona, nie czuła zbyt wielkiej radości. No i na tym koniec. Jakaś wyludniona ta planeta singli. Naprawdę, można się było zgubić. Ja bym chyba tego nie ogarnęła.

Teraz przychodzi pora napisać, na temat zakończenia. Nie mam pojęcia, co tutaj się wydarzyło. Początek był słaby. Nawet bardzo. Na szczęście później się rozkręciło. Niestety, zakończenie mnie zamurowało. Nagle, po tylu wydarzeniach, wszystko zostało streszczone w jednej chyba stronie. Po prostu jakby okazało się, że trzeba uciąć temat. I bez większych wyjaśnień, na prędko dopisana strona. Poczułam ogromne rozczarowanie. Nie, to było beznadziejne. Naprawdę. Nie tego się spodziewałam. Zakończenie zepsuło wszystko.

Miałam pozytywne wrażenia do pewnego momentu, jednak no teraz, sama nie wiem. Coś poszło nie tak.

Oczywiście książki nie odradzę, nie umiem napisać, bym poczuła się zachwycona. Po prostu tak nie było.
 
 
Za możliwość przeczytania książki, chciałam podziękować wydawnictwu Edipresse Książki.
 

kwietnia 26, 2018

kwietnia 26, 2018

Bez pożegnania

Bez pożegnania
źródło



Chyba większość czytelników zna Mie Sheridan, jeśli nie czytało jej książek, to na pewno w oczy rzucił się okładki, które są charakterystyczne dla książek autorki. Oczywiście wydawanych tutaj u nas, nie wiem, jakie są w innych krajach. Wiemy, jednak o co chodzi. No i z autorką jest tak, że pisze schematycznie, historie są przeważnie trudne, gdzieś przewija się tragedia, okraszona zakazaną miłością. Przeczytałam już kilka tytułów. Jedne mi podeszły, drugie wcale. Jak było w przypadku „Bez pożegnania"? O tym już za chwilę.


 
Lia jest zwykłą biedną dziewczyną. Może nie tyle zwykłą, po prostu biedną, a jak mówi powiedzenie — nie ma ludzi brzydkich, są po prostu biedni. Nawet jeśli masz urodę, a pochodzisz z nędzy, trudno będzie przetrwać w brutalnym społeczeństwie. O czym dobrze wiedziała Lia. Mieszkała w nędznej chacie, razem z matką, która nie szczędziła córce przykrych słów. Obie miały trudne życie.

Dziecko urodzone w wyniku gwałtu, strata ukochanego. Nie umiałam obwiniać tej kobiety, o to, że była tak mocno zgorzkniała. Może i próbowała kochać Lię, ale wydarzenia, które na nią spadły, zrobił swoje.

Dlatego dziewczynka ucieka z tak zwanego domu, by pobyć z dala od bolesnych słów, kierowanych pod jej adresem, od spojrzeń grymasu matki i wreszcie od ciasnoty ich chaty.

Ostoją okazuje się farma, gdzie Lia zakrada się po kryjomu, pooglądać piękny dom i rodzinę niemalże idealną. Z dala w ulubionym miejscu puszcza wodzę fantazji.

 
 
Pewnego dnia, poznaje synów właściciela farmy, na której kiedyś pracowała też jej matka. Chłopcy są bliźniakami, podobnymi, ale i różnymi. Cole, bardziej wesoły i szalony, Preston to ten zrównoważony, mówiący mniej, ale obserwujący wszystko dookoła.

We trójkę spędzają każdą możliwą chwilę. Dla Lii tych dwóch, starszych chłopców, stanowią jedynych przyjaciół, towarzyszy zabaw i rozmów. Ona jest uznawana za kogoś gorszego, nie ma koleżanek. Marzy, by po skończeniu szkoły wyjechać.

Lata mijają, z dzieci wyrastają nastolatkowie. Mają już swoje pomysły na życie. I chociaż Lia dalej zmaga się z biedą, cieszy się, że Preston i Cole, dalej spędzają z nią swój czas, wiadomo, nie tyle ile kiedyś. Mają też innych znajomych. Ich nikt się nie brzydzi, nie patrzy z odrazą. I, mimo że dziewczyna jest czysta, czuje, że każdy patrzą na nią, jak na kogoś umazanego błotem.

 
Uwielbiała obu braci, ale do tego jednego czuła coś, co wydawało się inne od pozostałych uczuć. Nie miała tylko pojęcia, czy to tylko ona czuje, w sumie miała nadziei, by ktoś taki jak Preston, odwzajemnił zainteresowanie.
Chłopcy również byli zainteresowani Lią, wyrosła na piękną nastolatkę, która zwracała uwagę swoją charakterystyczną urodą.

Klasyczny trójkąt, ich dwóch i ona jedna. Powinno paść pytanie, kogo wybierze? Tylko sprawa będzie wyglądała nieco inaczej.

 
 
Przed napisaniem swojej opinii, zerknęłam na opis okładkowy. I tak sobie myślę, zdecydowanie za dużo zostało zdradzone. Zupełnie niepotrzebnie. Dobrze, że nie przeczytałam wszystkiego, zanim siadłam do książki. Osobiście, bardzo nie lubię, kiedy wydawca zdradza, aż tyle z fabuły. Wystarczy lekki zarys, o czym, a nie mini streszczenie.

No ale, wróćmy do całości. Książkę przeczytałam bardzo szybko, siadałam z lekką rezerwą, ponieważ po mojej nieudanej przygodzie z „Bez winy”, poczułam się totalnie zniechęcona do autorki. Po prostu odniosłam wrażenie, że Mia Sheridan zaczęła pisać przez kalkę, zmieniając tylko nazwy miejscowości i imiona bohaterów. Reszta łudząco przypominała poprzedniczki.

I przyznam się, że tutaj byłam mile zaskoczona, może nie wbiło mnie w fotel, nie przeciągnęło po podłodze, ale czytało się naprawdę dobrze. Historia może i nie robi furory, bo trąci telenowelą hiszpańską, ona biedna, oni bogaci, który będzie pierwszy? Na szczęście obyło się bez intryg, niepotrzebnych komplikacji.

Oprócz oklepanego trójkąta miłosnego nie ma się do czego przyczepić. Kto zna twórczość autorki, będzie się spodziewał zakończenia. Bo nie czarujmy, Sheridan pisze bardzo powtarzalnie, nie ma elementów zaskoczenia, a przynajmniej nie takie, jakich bym oczekiwała. Nie mniej, są to książki lekkie, mają coś tam do przekazania. Można miło spędzić czas, dobra lektura na odprężenie.

Myślę, że Bez pożegnania jest dobrą książką, można śmiało przeczytać, bez oczekiwania wielkich zwrotów akcji rzecz jasna.



Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Edipresse Książki.


kwietnia 23, 2018

kwietnia 23, 2018

Sprzeczne sygnały

Sprzeczne sygnały
źródło


Sprzeczne sygnały, przeczytałam dosyć dawno. Nie bardzo wiedziałam, o czym będzie, ponieważ tutaj decyzja padła w ciemno. Znam bardzo dobrze twórczość Kasi Bulicz-Kasprzak i jeszcze nigdy się nie zawiodłam. Dlatego widząc zapowiedź, nie musiałam długo się zastanawiać. Troszkę zmyliła mnie okładka, ponieważ według mnie, zupełnie nie pasuje do tego, co zastajemy w środku. Kojarzy się z młodzieżową opowiastką. Tutaj sprawdza się powiedzenie — nie oceniaj książki po okładce. Gdybym miała się kierować powłoką, raczej nie zdecydowałabym się na przeczytanie. No ale, autorka jest już pewnikiem samym w sobie, udawałam, że okładki nie widzę. Najważniejsze jest wnętrze, a jakie było?


Książka rozpoczyna się dosyć intrygująco, co najciekawsze, później mamy przeskok w czasie, który pokazuje, co wydarzyło się przed tym, do czego zostaliśmy wprowadzeni.

Poznajemy rodzinę Janickich, która jak się okazuje, skrywa sporo tajemnic. Z pozoru poukładana, niemalże idealna, a jednak za murami, opadają wszystkie wyuczone sztuczne uśmiechy, fasada idealnej żony, męża czy też siostry — opada, przedstawiając prawdziwe oblicza.

Zacznijmy od Ludmiły, bo to za jej sprawą, rozpocznie się plątanina dziwnych, często niebezpiecznych wydarzeń.

Kobieta pracuje w Urzędzie Miasta, tego dnia musiała zostać dłużej w pracy, aby dokończyć zaległe sprawy. W dodatku miała zły humor, do domu wróciła jej siostra bliźniaczka, z którą od lat żyła delikatnie mówiąc, niezbyt przyjaznych relacjach.

Akurat tego paskudnego dnia, musiała wejść do gabinetu, po dokumenty brata, startującego w wyborach na burmistrza. Znajduje ciało zabitego człowieka, nie ma przy tym żadnego świadka własnej obrony.

W dodatku, gdyby ktoś zaczął szukać motywu, stałaby się pierwszą podejrzaną. I chyba właśnie ta myśl, doprowadza Ludmiłę do decyzji, której w normalnej sytuacji w życiu by nie podjęła. Dzwoni po pomoc do swojej znienawidzonej siostry Izy.

Iza wyjechała wiele lat temu, ułożyła sobie życie, tak jak chciała. Przynajmniej takie miała wrażenie. Niestety, coś na pewnym etapie przestało działać, jak należy. Ukochany jakby przestał nim być, w końcu wyjechał na jakiś kontrakt, a ona odkryła, że znalazła się na zakręcie życiowym. I by odszukać stabilizacji we własnym życiu, wraca do rodzinnego miasteczka, do rodzinnego domu, po co? Chyba sama niespecjalnie potrafi odpowiedzieć, na to pytanie. W dodatku Ludmiła, stare sprawy jakby dalej są aktualne, no i na domiar złego musiała wpaść w tarapaty.

Gdy siostry, próbują działać wspólnie, na światło dziennie zaczynają wychodzić sprawy, o których wielu nie miało pojęcia.

Jak zakończy się sprawa morderstwa, jakie skrywane sekrety ujrzą światło dzienne, podczas prowadzenia dochodzenia?


 
 
Muszę przyznać, że książkę czytało się niesamowicie szybko. Byłam niezmiernie ciekawa tego, kto jest kim, jakie ma powiązania i dlaczego. Może nie jest to, taki typowy kryminał, bo te akurat są bardziej brutalne, może trzymają w większym napięciu. No i policja działa konkretniej. Niż bohaterowie tej historii. Tutaj mamy lekki humor, nie przerysowany, taki w sam raz. Może chwilami zachowanie panów policjantów drażniło, no ale, nie ma ideałów.

W książce pojawia się wielu bohaterów, ich mnogość może chwilami przytłoczyć, aby ogarnąć kto i dlaczego, jakie ma powiązanie z daną osobą. Na szczęście jak dla mnie, po pewnym czasie, było wszystko wiadome. Chociaż zdaje sobie sprawę, że nie każdemu może przypaść do gustu, aż tyle postaci, które nie zawsze odgrywają szczególną rolę.

Wspomniałam na początku o okładce, no nie mogę jej dopasować do całości. Jest oderwana od historii, no po prostu trąci tanim romansem, z najniższej półki, aż szkoda. Bo chociaż Sprzeczne sygnały, nie należą do mocnego kryminału, tylko ciekawie zarysowanej sensacji, z wieloma rodzinnymi tajemnicami, nie zasłużyłaby zostać, sprowadzona, do jakiegoś słabego romansu. No a niestety, okładka jednak odebrała wiele.

Dlatego bardzo proszę, nie kierujcie się dziewczyną, bo ona chyba niewiele ma wspólnego z fabułą. Już spotkałam się opisami nie na temat, teraz okładki zaczynają żyć własnym życiem. Na całe szczęście, książka się broni, dobry poziom, warto przeczytać.



Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Edipresse Książki.

marca 26, 2018

marca 26, 2018

Troje na huśtwace

Troje na huśtwace


Bywają książki, które czyta się jednym tchem. Mają w sobie coś takiego, co sprawia, że tekst a wraz z nim strony, przepływająca niepostrzeżenie. Są również takie, przy których trzeba się zatrzymać, przetworzyć informacje i dopiero po tym czasie iść dalej, zagłębiać w tekst. No i jeszcze jedne, takie pół na pół, z jednej strony czyta się dobrze i nawet szybko, a po chwili coś nas zatrzymuje i nakazuje pomyśleć przez chwilę, zanim ruszymy dalej. Tak właśnie miałam z książką Troje na huśtawce, a jak oceniam całość?


 
Koralia jest w wieku, który zasadniczo trudno zakwalifikować, by nie urazić. Bo z jednej strony przekroczenie czterdziestki nie jest niczym strasznym, z drugiej, daje świadomość z tylu głowy, że oto młodość gdzieś została za pewnymi granicami, a teraz to już coraz bliżej starości. Oczywiście mówimy o wieku liczbowym. Bo tak naprawdę. Starość czy młodość jest stanem ducha. Od tego, jak bardzo my sami odnajdujemy się w danej rzeczywistości. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynają się ograniczenia wiekowe. Bo po czterdziestce to czy tamto już nie wypada. Bo już są boczki, bo zmarszczki itd.

Taka właśnie jest nasza bohaterka, zatrzymana w wieku, którego nie bardzo lubi, ale tak naprawdę, gdy była młoda, nie bardzo korzystała z cyfr, które same siebie usprawiedliwiały, wraz z postępkami, które się uczyniło.

I właśnie w tym dziwnym wieku „pomiędzy”, Koralia się zakochała. I chyba nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że obiekt jej zainteresowania — z wzajemnością zresztą. Był synem najlepszej przyjaciółki, w dodatku osiemnaście lat młodszym. Tak. Teraz z pewnością reakcje są pełnie oburzenia, zniesmaczenia i całej reszty, która myśli jedno. Potępić i ukarać. Prawda?

Jednak Koralia i jej ukochany, pomimo przeszkód, jakie z pewnością w końcu się pojawią, postanawiają dać sobie szansę. Ona ma większe opory, On tłumaczy jej, że jest dorosły i w końcu kocha. I naprawdę tak jest.

Tylko jest jeden, maleńki problem. Matka i przyjaciółka. Czy będzie umiała pogodzić się z tym, co dwie najbliższe osoby zafundowały, czy przyjaźń będzie postawiona na granicy wyboru? I najważniejsze, czy taka miłość ma szansę?



Ciekawiła mnie książka, która miała ukazać związek, czy romans, jak kto woli. Starszej kobiety i dużo młodszego mężczyzny. Mnie akurat specjalnie to nie gorszyło. Ponieważ uważam, że skoro mężczyźnie wolno stanąć na ślubnym kobiercu z 25 lat młodszą oblubienicą, to tal samo działa w odwrotną stronę.

Sprawa o tyle była trudna, że chodziło o syna przyjaciółki. I chyba ten aspekt wzbudzał największe emocje. Z jednej strony chłopak był już dorosły, świadomy tego, czego chciał. Z drugiej Koralia i jej rozterki. Tutaj nie można powiedzieć, że zachowywała się niezdecydowanie i być na nią o to złym. Ja rozumiałam te wahania, to miotanie w różne strony. Trudno powiedzieć sercu przestań, bo rozum krzyczy, że tak nie wolno. I tak naprawdę dlaczego?

Była Aurelia, matka i przyjaciółka. Jak powiadomić nieświadomą przyjaciółkę, matkę — główną zainteresowaną, że mimo tego, że zdaje się niemożliwe, właśnie na nich coś takiego padło?

Trudne wybory, trudne decyzje. Jeszcze trudniejsze skutki, a wszystko przez miłość, która postanowiła pobawić się cyframi. Czy jest w tym coś złego?

Książkę czytałam dosyć długo. Sama nie wiem dlaczego. Bo jest naprawdę ciekawa. I chociaż Natasza Socha, postanowiła nieco nam utrudnić, i formę pamiętnika Koralii, czytamy z nieco pomieszaną kolejnością zdarzeń, mimo wszystko czytało dobrze. Mnie może przytrzymywały te rozmyślania kobiety, jej analizy, wspomnienia i ich wpływ na aktualne wydarzenia.

Kibicowałam bohaterce, uważam, że miłość powinna otrzymać szansę. Wiek to tylko cyfry, ograniczenia stawiamy my sami. Jeśli chodzi o szczęście, nie powinno się o nich myśleć.

Zakończenie sprawiło, że nie mogłam spać w nocy i rozmyślałam. Nad tym, co dalej, jaki powinien być finał. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuacje, chyba bardzo bym tego chciała. Jeszcze bardziej bym życzyła sobie, by ludzie przestali oceniać innych, tylko dlatego, że ośmielili się wyjść poza ramy, które narzucili jeszcze inni ludzie. Szczęście, ono się liczy, jeśli nie krzywdzi innych, powinno być akceptowane. Nawet jeśli my sami, nie podjęlibyśmy się podobnych decyzji. Chociaż jak mówi powiedzenie — nigdy, nie mów nigdy.

Myślę, że jest to jedna z najbardziej poważnych książek. Oczywiście jest szczerość i prawdziwość. Wiadome, ale chyba dotyka tego, od czego ludzie lubią uciekać. Trzymam kciuki za takie Koralie, które nie boją się cyfr. A książkę polecam.
 

Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Edipresse książki.


lutego 07, 2018

lutego 07, 2018

Swiatło w Cichą Noc

Swiatło w Cichą Noc
źródło


Moje opóźnienie świątecznymi tytułami zaczyna już mnie samą, doprowadzać do rozbawienia. Co jednak poradzę, że zawsze muszę wszystko robić na odwyrtkę. Będę szczera, w czasie świąt nie mam kiedy czytać, a jeśli już znajdzie się wolna chwila, to albo po prostu odpoczywam, albo spędzam  w czyimś towarzystwie. No i takie właśnie książki, mogę czytać po tym całym szaleństwie. Ważne, że pora roku się zgadza.

Dzisiaj przychodzę z książką, która ma chyba najbardziej klimatyczną okładkę, taką pod wpływem, której ma się wrażenie, że ten magiczny czas już jest. Teraz pytanie, czy i wnętrze kryje podobne uczucia?

 
 
Jest grudzień, co za tym idzie, niemalże każdy wpada w ten typowy, dla miesiąca świątecznego nastrój. I nieważne czy jest śnieg, czy może chlapa. Coś zaczyna się dziać i po prostu siłą rzeczy się temu poddajemy. Chociaż nie każdy, wiadomo, bywają wyjątki.

Takim wyjątkiem jest pewne rodzeństwo. Dawniej lubili święta, cały ten zgiełk związany z przygotowaniami. I z pewnością cieszyło ich to całe zamieszanie. To jednak odległa przeszłość. Niegdyś wspaniały wieczór, zamienił się w najgorszy w ich życiu. I od feralnego zdarzenia, kojarzyło z utratą rodziców, smutkiem i świadomością, że już nigdy nie poczują tego, co było przedtem.

I gdy dla innych, tradycją jest przygotowywanie barszczu, uszek, czyli całego wigilijnego menu, Oni szykują się do wyjazdu na wakacje. By nie być i nie widzieć. Uciec od czegoś, co nie kojarzy się z ciepłem w grudniową i mroźną noc.

Magda, po latach omijania świąt, postanawia odczarować ten czas. Nie dlatego, że nagle coś w niej pękło, a po prostu chce zaimponować ukochanemu. Jego rodzina jest tradycjonalna. Mama opiekunka domowego ogniska, ojciec trzymający wszystko surową i stanowczą ręką. Zapewnia byt i dobry status domownikom. I właśnie dzięki temu szablonowi, przez lata oglądanymi, kieruje się mężczyzna, gdy postanawia związać się z Magdą.

Antkowi życie legło w gruzach, pełen goryczy i jeszcze niedowierzania, zmierza w stronę domu, który od dawna kojarzy się z bólem. I mimo upływu lat, niechęć jest dalej odczuwalna. Niestety teraz, znalazł się w sytuacji bez wyjścia. Bez przekonania staje u progu przeszłości, w którym została babcia. Kiedyś cudowna i kochająca, a jak jest teraz? Czy sprawy, które zaważyły na losach całej rodziny, zmieniły również i babcię Kalinę?

A babcia Kalina czekała, przez cały czas, wypełniając swoje tęsknoty troską o dzieci, które zostały bez rodziców. I nawet, teraz gdy dorosły, nie potrafiła odmówić sobie i im, zainteresowania. W końcu byli jej bardzo bliscy. To też, gdy nagle Madzia, wyjawiła, że chce zorganizować wigilię dla przyszłego męża i jego rodziców, poczuła się zmartwiona.

 
 
 
Dosyć późno sięgnęłam po Światło w Cichą Noc, a jednak miałam wrażenie, że brak choinki i tej całej świątecznej otoczki, nie będzie mi przeszkadzał. I w sumie nie wiem, co się stało. No ale nie za bardzo poczułam właśnie tę historię. No ale od początku.

Przede wszystkim postać Magdy, bardzo, ale to bardzo nie polubiłam tej dziewczyny. Po prostu nie lubię podobnych postaci, zbyt naiwnych, zbyt ślepych. No rozumiem zakochanie się, tyle tylko, że jej związek z ukochanym był dosyć dziwny. Tych spotkań było niewiele, raczej przypadkowe. Bardziej przypominało to wszystko czasy, gdy wybrankowie widywali się na ustawionych schadzkach, w towarzystwie przyzwoitki, w ściśle określonym czasie. Bo zachowanie tych młodych było sztuczne, takie jakieś, bezbarwne.

Nie umiałam poczuć nastroju, nie umiałam wgryźć się w tych bohaterów. Jedyną postacią, która mnie podbiła, to był Antek. Taki konkretny, miał swoje przeżycia, jakoś najbardziej patrzył się trzeźwo na wiele spraw.

I w sumie, gdy już myślałam, że książka całkowicie mi nie podpasuje, wydarzenia jakby zmienił bieg, który miałam wrażenie, będzie przewidywalny do samego końca. Coś się pokomplikowało, coś namieszało. I nic, co wydawało się jasne, nie zostało takie samo na końcu. Dlatego, no muszę być szczera, zaciekawiłam się, jak dalej potoczą losy bohaterów. Nie wiem, co myśleć o niektórych. Wprawdzie moim faworytem cały czas jest Antek, no ale. Przewrotność losu bywa nieoczekiwana.

Może nie poczułam się w nastroju iście Bożonarodzeniowym, ale w ogólnym rozrachunku, książka wypada dobrze. Nie mogę powiedzieć, że jest to najlepsza powieść autorki. Nie, bo wiem, jak Pani Mirek, potrafi cudownie pisać, i teraz nie było źle, ale to nie to, za co pokochałam autorkę. Dlatego oczekuje kolejnej, nie boję się rozczarowania, to raczej nie nastąpi. Mam nadzieje jednak, że będę zaskoczona tym, co zastanę po powrocie do bohaterów.
 
 
 

września 27, 2017

września 27, 2017

Prawdziwa miłość

Prawdziwa miłość



Nadeszła pora by pożegnać się z Sagą Rodu Canterdorfów, poznać wszystkie tajemnice i dowiedzieć się, czy prawdziwa miłość naprawdę istnieje. Długo zwlekałam z czytaniem, jeszcze dłużej z napisaniem opinii. Nie lubię kończyć lubiane serie. Nie ważne ile ma tomów. I chociaż z jednej strony pozostawiane pytania nurtowały, to było na co czekać, a teraz? Odpowiedzi padły, nic nie pozostaje sekretem. Ostatnia strona książki została przewrócona... Koniec.

Przyszła pora na podsumowanie ostatniej, ale i całości. Jak odebrałam historię opisaną przez Panią Krystynę Mirek i najważniejsze. Czy teraz gdy wiem wszystko, poleciłabym tę trylogię Wam?


 
 
Część prawdy ujrzała światło dzienne, jednak to nie koniec. Kate walczy o życie, teraz gdy jest jej potrzebna pomoc czarownicy, ta akurat postanowiła opuścić to miejsce, w którym żyła od dziecka. Dwie kobiety łapiące ostatnie tchnienia, nie wiedzące, że wydarzenia, do których doszło, na zawsze odmienią losy wielu ludzi. Czy pomoc nadejdzie?

Aleksander wie, że nie jest dziedzicem, tylko co teraz? Dlaczego doszło do zamiany dzieci, gdzie jest prawdziwy Canterdorf? Kim jest on? Gdzie podziewa się Kate i dlaczego Lady Adler zniknęła?

Posiadłość rodu nie pamięta, by kiedykolwiek za murami posiadłości działo tyle spraw. Nagle wszyscy wyjeżdżają, zarządczyni, czająca w każdym zakamarku znika. Nikt jej nie szuka, bo i nie czuje potrzeby. Pozorny spokój już niebawem zniknie, a kiedy nadejdzie czas zmiany, nikt nie spodziewa się tego, co usłyszy.

Zamek nagle się wyciszył, jakby oczekiwał czegoś, co potrząśnie nim w posadach, pozostaje pytanie. Czy mury wytrzymają wstrząsy, które już niebawem mają nadejść? Dla kogo historia zakończy się dobrze, kto będzie wygranym, kto przegra? Każdy walczy o inną stawkę... A los lubi być przewrotny.

 
 
 
Zastanawiałam się jak bardzo zdradzić fabułę, doszłam do wniosku, że napiszę całkowite minimum. Tutaj już każdy jest zaciekawiony, jeśli nie. Moja rozwleczona pisanina i tak nie namówi. To też, przejdę od razu do moich odczuć, względem tej części, jak i całej trylogii. Bo trudno jest, nie zrobić podsumowania.

Ostatnia część ukazuje nam, czytelnikom, jak nasi bohaterowie przechodzą przemiany. Niektóre następuj nagle, inne kiełkują powolutku, czają się i sieją niepokój. Bo nie każda zmiana jest mile widziana przez nas. Często latami pielęgnujemy w sobie, przekrzywiony obraz na pewne rzeczy, później nie chcemy ich zmienić. Bo dlaczego? Do tej pory było dobrze. Tylko czy aby na pewno? Dobro — lubi sobie wmawiać, że jest dobrze. Byle tylko nie robić wkładu od samego siebie. A dobro nie zawsze przychodzi samo, często trzeba zainwestować, by zebrać plony...

Alice, Kate i Isabelle. Trzy kobiety, tak bardzo różne, a jednak mają ze sobą wiele wspólnego. Więcej niż mogłyby sobie wyobrazić. Całej trójki przyszłość ulegnie zmianie. Karty przetasują się w nieoczekiwany układ.

 
Analizując z perspektywy czasu wszystkie trzy części, muszę napisać, że to druga jest filarem sagi, to w niej dzieje się najwięcej dramatycznych i tajemniczych spraw. Tam byłam pod ogromnym napięciem, które nie mogło mnie opuścić.
Pierwsza delikatnie wprowadzała, smakując i dając nam przystawkę tego, co serwowane będzie później. Danie główne, najważniejsze i najbardziej odczuwalne. Natomiast zakończenie, było deserem. Słodko gorzkim, pytanie z przewagą czego? Tej odpowiedzi już nie udzielę, polecam sprawdzić samemu.

Przyjemne chwile spędziłam przy Sadze, jest mi jakoś smutno, że zakończył się czas oczekiwania na kolejny tom. Bardzo lubię dworskie klimaty, tutaj było wszystko w moim guście czytelniczym. Teraz cała trójka dumnie zdobi regał. A mnie pozostaje mieć nadzieje, że Pani Krystyna Mirek, jeszcze kiedyś powróci z podobną historią.

Myślę, że nie muszę nikomu polecać. Książki autorki są po prostu świetne. I ja na żadnej się nie zawiodłam.
 
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
 
 

maja 31, 2017

maja 31, 2017

Cena szczęścia

Cena szczęścia
źródło


Kiedy opadają największe emocje, po zaręczynach hrabiego Aleksandra z Kate, do wielu osób dochodzi, co tak naprawdę się wydarzyło, ale również, jakie zmiany nadejdą z chwilą podjętej decyzji. Dwoje zakochanych, wraz z ich pięknym uczuciem w parze idzie coś mroczniejszego, ukrytego w cieniu. Tajemnica, która zagląda ze szpar, szukająca ujścia, by po latach pokazać się w całej okazałości. Tylko czy do tego dojdzie?


Kate żyje przyszłością, tym co już niebawem nastąpi. Zostanie żoną hrabiego Cantendorf, mężczyzny, o którym skrycie marzyło wiele kobiet. Jednak to do niej jego serce zabiło, to ona stała się jego kolejną wybranką.
 I chwilami właśnie ta świadomość, brała górę nad myślami dziewczyny. Zdającej sobie sprawę, że nie jest pierwszą kobietą ukochanego. Co gorsza, na zamku w dalszym ciągu przebywała kochanka Aleksandra, to znaczy była kochanka.


Lady Adler poczuła gniew, tyle lat stała w cieniu, nie mogąc nic zrobić, dopóki żył niekochany mąż. Teraz gdy odzyskała upragnioną wolność. Ten, z którym tyle ją łączyło, nagle obwieścił, że zakochał się w zwykłej dziewczynie. I nie chodziło o to, że Isabelle, miała coś przeciwko młodziutkiej Kate, bo ta była niewinna, to do Aleksandra odczuwała żal. To po jego decyzjach, które zresztą nie nastąpiły, wiele sobie obiecywała. I co? Miała tak po prostu odejść? Jako przegrana?


Jest jeszcze jedna kobieta, obawiająca się nadchodzących zmian. Oto jej pozycja zostanie wystawiona na widok nowej Pani domu, która będzie miała czas i prawo w doglądaniu tego, na co mężczyźnie nie zawsze się chciało. Jak pogodzić się z przyszłością, gdzie szukać spokoju i jak pogodzić to, co nieuchronne?


Trzy kobiety, każda z nich obawiająca się czegoś innego. Żadna nie przeczuwająca, że niebawem nadejdą zmiany, o których nie miały pojęcia. A te, dopiero rozpoczną lawinę wydarzeń... Niekoniecznie dobrych dla wszystkich.




Gdy zakończyłam pierwszą część, pisałam, że z pewnością jest ona jedynie wprowadzeniem, do tego, co autorka będzie chciała nam zaserwować. I tak właśnie było. Tajemnica Zamku, uroczo i lekko zdobywała czytelnika, wszystko, co tam spotkaliśmy, było owiane zasłoną milczenia. Nie było wiadome, kto odegra najważniejszą rolę w przyszłości.


Oczywiście postaci zarysowało się dość jednoznacznie. Od naiwnej, ale jakże żywiołowej Kate po wyrachowaną, twardo stąpającej po ziemi Isabelle. Między tymi dwiema przepaść nie do przebycia, ale czy rzeczywiście tak właśnie jest? Może dwie zupełnie inne kobiety, łączy więcej niż może się na pozór wydawać?


Sięgając po Cenę szczęścia, czułam ogromną ciekawość, w jaki sposób zostaną poprowadzone losy bohaterów. W pewnym sensie było tak, jak bym się mogła spodziewać. Co mnie rozgniewało, bo miałam nadzieję, że jednak fabuła nie pójdzie tym torem. Później okazało się, że sprawa nie wygląda tak jasno, jak na początku ją odebrałam. No i im dalej czytałam, tym bardziej zastanawiało mnie, jakie też Pani Mirek, ma w planach zakończenie tej historii. Ponieważ tyle wątków zostało poruszonych, w dodatku kilka postaci nagle zaczęło żyć. I to dosłownie, przebudziło się z własnego snu, co za tym idzie, na pewno szykuje się jakaś aferka.


Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o Aleksandra. Zbyt wiele kobiet wokół jego osoby. Oczywiście wiadome jest, że nie musiał żyć jak mnich, jednak czy rzeczywiście pragnął miłości? Może jego pobudki są zupełnie inne? Sama nie wiem. Sporo znaków zapytania pozostaje, po zakończeniu tej części. Myślę, że kolejna będzie dopiero kulminacją. Nie wiem jak, ja to przeżyję. Nie wiem.


Podsumowując, miałam niezłą mieszankę emocji podczas czytania. Wpadłam w wir wydarzeń, no i wyskoczyłam z nich, dopiero gdy uświadomiłam, że na kolejnej stronie nie ma już nic, to znaczy, że dalej jest już tylko zapowiedź najnowszej książki. A teraz? Teraz muszę czekać i udawać, że wcale się nie dłuży.


Tekst stanowi oficjalną recenzję, dla portalu PapierowyPies.


marca 30, 2017

marca 30, 2017

Tajemnica Zamku

Tajemnica Zamku



Wspominałam już kilka razy o swojej sympatii do twórczości Pani Krystyny Mirek. Autorki, która potrafi o sprawach zwyczajnych pisać w taki sposób, że wciągnie czytelnika do wykreowanego świata i nie wypuści z niego dopóki nie przeczyta ostatniego zdania. Taki talent posiada niewielu. I  bardzo się cieszę, że miałam przyjemność poznać kolejną wspaniałą polską pisarkę.


Tym razem Pani Mirek postawiła na odległe czasy, gdzie etykieta była ponad wszystko, klasy społeczne odgrywały często największą rolę,  prawdziwe szczere uczucia były spychane na boczne tory, czego efektem było rozgoryczenie oraz poczucie porażki życiowej.


Czy w świecie konwenansów, zazdrosnych spojrzeń i ciągłej rywalizacji może znaleźć się miejsce na piękne uczucie, miłości? Odpowiedzi na te i inne pytania szukałam w najnowszej powieści autorki, jakie są moje wrażenie po zakończonej lekturze?

W pięknej posiadłości hrabiego Aleksandra Cantendorfa dochodzi do tragedii, kolejna żona opuszcza ziemski świat, w niewytłumaczonych okolicznościach. Sprawa przybiera nieprzyjemny obrót, gdyż jest to chyba czwarta wybranka przystojnego dziedzica. Co się dzieje na zamku? Kim jest przystojny, ale i chyba nieobliczalny mężczyzna, skoro ledwie po zakończonym ślubie, dochodzi do pogrzebu.


Okolica huczy od plotek i domysłów. Nikt nie zna prawdy, wielu czuje się zlęknionych, ale i nie brakuje śmiałków, chcących oddać pod "opiekę" zamożnego hrabiego swej córki, a i one mają marzenia zostać tymi, która odmieni okrutny los poprzedniczek.


Swoje plany ma również pewien bankrut, który chowając resztki dumy, musi znaleźć sposób na odzyskanie dawnej pozycji. Jego jedyną nadzieją są córki. Jego małżeństwo od dawna przestało sprawiać radość, a wręcz przeciwne. Przez lata skrywane żale właśnie w chwili kryzysu znajdą ujście, jaka przyszłość czeka rodzinę Miltonów? I w jaki sposób może namieszać nieokiełznana Kate?



Chyba większość czytelników mojego bloga wie, jak bardzo lubię dworskie klimaty. I każda książka, która jest napisana właśnie w tej epoce, przyciąga mnie jak magnes. Dlatego, gdy tylko ujrzałam zapowiedź Tajemnicy zamku, wiedziałam, że muszę przeczytać.
Niesamowicie nastrojowa okładka, tylko zapraszała do przeczytania tego, co znalazło się w środku.
Kolejny raz poczułam się oczarowana stylem autorki, nie wiem, jak Pani Krystyna to robi, ale ja po prostu nie potrafię się oderwać od książek, które stworzyła.

Tutaj mamy zaledwie wstęp do wydarzeń, które - jak mniemam, dopiero się rozwiną w kolejnym tomie, ale uwierzcie. Jest nastrój, można wczuć się w zagadki, emocje, jakie towarzyszą każdemu bohaterowi.

Za każdym razem, gdy sięgam po książkę, w której ważną rolę odgrywają etykiety i te wszystkie pozory, zastanawiam się, jak trudne musiało być życie w tamtych czasach. Nie twierdzę, że teraz jest lżej, wcale nie.

Jednak być kartą przetargową, która może odmienić los całej rodziny, nie napawa optymizmem, a wtedy, tak właśnie często się działo. Miłość była czymś mało znaczącym, to zgodność pozycji i układów odgrywała kluczową rolę. O małżeństwie decydowali rodzice, natomiast wybrankowie albo pogodzili się z wyborem, albo uciekali do drastycznych decyzji, jednak tych było niewiele. W większości dwoje ludzi tkwiło w relacji, która nie przynosiła radości żadnej ze stron.

Jaka była szansa poznać kogoś, kto podzielałby zainteresowania, patrzył tym samym wzrokiem, odczuwał podobnie? Aleksander powoli zaczął tracić nadzieje. Zmarłe żony z początku wydawały się idealnymi, niestety rzeczywistość odzierała z początkowej fascynacji... Jakież było więc zdziwienie, gdy pewnego dnia na leśnej drodze spotkał przedziwną istotę przytuloną do drzewa.

Historia, w której o miłość trzeba będzie zawalczyć, dosłownie i w przenośni, gdzie czarownice budziły szczery przestrach, ale potrafiły pomóc. Natomiast zazdrość popychała do przerażających czynów. Gdzie w tym wszystkim tkwi rozwiązanie zagadki i jakie może mieć konsekwencje znalezienie odpowiedzi?

Podsumowując, najnowsza książka Krystyny Mirek jest bardzo ciekawą i wciągającą lekturą, która na kilka godzin przeniesie nas do odległych czasów. Miłośników tego klimatu nie muszę namawiać, niezdecydowani niech porzucą wątpliwości. Naprawdę warto!
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies

listopada 05, 2016

listopada 05, 2016

Blondynka w Japonii

Blondynka w Japonii

źródło

Interesuje się programami oraz książkami podróżniczymi, lubię odkrywać nowe informacje na temat miejsc, których nie poznałam osobiście, a jedynie za pośrednictwem innych ludzi. Mam swoich ulubionych podróżników, oglądam ich programy, czytam książki. Jednym słowem wyczekuję wieści na temat kolejnego pasjonującego kraju, omawianego z innej perspektywy niż tylko zwykłego turysty spędzającego czas w opłaconym kurorcie.
Dlatego, kiedy ukazała się najnowsza książka Beaty Pawlikowskiej - Blondynka w Japonii, od razu chciałam przeczytać. Kraj ten od zawsze mnie fascynował, kiedy otrzymałam swój egzemplarz zasiadłam do czytania, jakież są moje wrażenia po zakończonej lekturze, czy otrzymałam to czego oczekiwałam?

Przede wszystkim forma, jaką obrała Pawlikowska, nie wiem, czy to był pamiętnik, czy urywki zapisków, jakie dokonywała podczas pobytu w kraju kwitnących wiśni. Jedno wiem. Całość jawi się jakby ktoś, pozbierał fragmenty notatek i poukładał we względną całość, później postanowił wydrukować. No dobrze, można i tak. Widać nie ważne jak, byleby było ciekawie i zainteresowało potencjalnego odbiorcę. Liczy się treść. Prawda?

Podróżniczka rozpoczyna swoją opowieść od tego, jak znalazła się w Japońskim bardzo szybkim pociągu, który nagle się zatrzymał. Przed zakończeniem trasy. Przez długi czas czytamy o rozważaniach na temat życia w tym odległym kraju, gdzie technika i pęd pracy jest najważniejszym trybikiem w życiu każdego mieszkańca. Nic się nie liczy poza pracą, wszystko, co robią, musi być perfekcyjne. Nie możesz się pomylić, nie wolno Ci zignorować polecenia, ponieważ wypadniesz z planszy. Znikniesz i nikt nie będzie zastanawiał się, gdzie jesteś. Ponieważ zastąpi Cię kolejna osoba, inny pionek w grze. W taki mniej więcej sposób opisywała Pawlikowska Japończyków oraz system panujący w ich zabieganym świecie.

No dobrze, ale w końcu nie samą pracą się żyje. Dookoła muszą być jakieś ciekawe miejsca, no i osławione kwitnące wiśnie. Jak traktowani są turyści, czy trudno żyje się w miejscu, gdzie jest tak przerażająca liczba ludności? Szybko. Tak opisuje autorka. Chcesz zjeść w knajpie śniadanie? Dobrze, ale musisz zrobić to w określonym czasie, bo inni już czekają. Masz ochotę posiedzieć przy talerzu? Nie ma sprawy, idź do drogiej restauracji. Japończycy nie spotykają się na rozmowie przy kawie w taniej knajpce, nie mają na to czasu. Wszystko kosztuje. Co ich cieszy? Bycie doskonałym w swojej pracy. Tylko wtedy ich egzystencja ma sens, gdy powierzone zadania wypełniają zgodnie z oczekiwaniami szefa.

Miałam spore oczekiwania względem książki, mam w pamięci inne tytuły, które napisała Pawlikowska, dlatego też bez zastanowienia zdecydowałam się na Blondynkę w Japonii, niestety czuję się rozczarowana.

Zacznijmy od tego, że nie mogłam znieść zwrotów kierowanych nie wiem, do czytelnika, do kogoś o kim w danej chwili podróżniczka myślała. Niestety mnie drażniły swobodne wypowiedzi. Przesadzona ilość wykrzykników, jakby jeden nie wystarczał. Ciągłe przypominanie, że glutaminian sodu jest złem w najczystszej postaci - TAK WIEM. Przez większość książki zmagamy się z szukaniem miejsca, gdzie można znaleźć coś wegetariańskiego. Tak. Podróż po barwnej Japonii została sprowadzona do tego, że nigdzie nie można było otrzymać pożywienia bezmięsnego. No koszmar. Jestem mięsożerna, ale gdybym nie była, wpadłabym do pierwszego sklepu, złapała za coś, co nie ma mięsa i już. Przepraszam, pomyliłam się. Tu chyba mowa o weganizmie. Jeszcze lepiej. W każdym razie nasza podróż praktycznie ograniczyła się do problemu z porozumieniem w języku, którego Pawlikowska nie znała. Szukania jedzenia bezmięsnego. No i to chyba by było na tyle. Podróży, które przybliżyłyby nam odległy kraj, jest niewiele. Gdzieś przez przypadek zawędrowaliśmy do małpek mieszkających w zimnych górach, zażywających kąpieli w gorących źródłach. Tak, to chyba jako jedyne było interesujące. Czekałam na ciekawostki, nowinki coś, co sprawi, że książka nabierze klimatu, przeniesie nas do Japonii. Zabieganej, ale i mającej barwną przeszłość kulturową.

Oceniając z perspektywy emocji, jakie odebrałam podczas czytania, odnoszę wrażenie, że jest to miejsce przygnębiające i niezapraszające do odwiedzin. Całkiem inaczej wyobrażałam sobie tę książkową podróż. Więcej rozważań i poszukiwań nie-mięsa jak samej Japonii. Smutne. Książka może i ładnie wydana, znalazło się kilka ciekawych zdjęć. Przeważnie jedzenia, ale... Nie o tym chciałam przeczytać. Trudno. Moja strata.

Nie umiem polecić, ponieważ czuję okrutny niedosyt. Pozostawiam do indywidualnej decyzji.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

stycznia 23, 2016

stycznia 23, 2016

Kalendarz - Rok pozytywnego myślenia

Kalendarz - Rok pozytywnego myślenia


Chyba większość z nas gdy zbliża się koniec starego roku, albo na samym początku nowego, stara się zaopatrzyć w kalendarz. Najlepszy ten książkowy. Starannie wydany, solidny, by przez kolejne dwanaście miesięcy należycie spełniał swoją rolę. Jak wiadomo na rynku ukazuje się wiele form, możliwości mamy do wyboru do koloru. Od najprostszych, tych minimalistycznych po oprawy z weluru, koralików i Bóg wie czego jeszcze. Rzecz gustu i usposobienia zainteresowanego. 

Sama nie wyobrażam sobie funkcjonowania be tego ważnego elementu wyposażenia mojej torebki. W kalendarzu mam wszystko, zapisuję najważniejsze spotkania, wizyty, adresy czy numery telefonów. Po prostu muszę go mieć. Najlepiej poręczny, nie za wielki. Bo wiadome, nie zawsze musimy nosić torebkę typu zmieszczę w niej słonia. Kobieta zmienną jest, więc i lubi od czasu do czasu coś delikatniejszego. Dlatego format jak najbardziej musi być dogodna. Przez wiele lat szukałam tego idealnego, dzięki któremu każdy dzień będzie jakby troszkę inny. Ktoś może powiedzieć "czego chcesz od kalendarza?", no właśnie czegoś chciałam? Dzięki Beacie Pawlikowskiej oraz wydawnictwu Edipresse znalazłam, to czego tyle czasu szukałam.  Rok pozytywnego myślenia jest czymś o czym od zawsze marzyłam. Przede wszystkim niesamowicie wesoły. Przykuwa wzrok, zmusza by zwrócić na niego uwagę. A gdy już sięgniemy i otworzymy to... jest coraz lepiej. Podróżniczka stworzyła niebanalny kalendarz, który niesie złotą myśl na każdy nowy dzień. I nawet kiedy siedzę sobie i myślę "ale wszystko jest beznadziejne" otwieram stronę z aktualną datą, by zobaczyć co "na dzisiaj" zaserwował autorka. I wtedy jakoś robi się lżej. Nawet mimo braku słońca człowiek czuje, że wszystko zależy od nas samych.

Beata Pawlikowska ma sobie coś, co bardzo cenię u ludzi. Kiedy dawno temu po raz pierwszy spotkałam się z jej twórczością, wiedziałam,że to będzie znajomość na zawsze. Dlatego i teraz nie mogłam sobie odmówić, by nie posiadać kalendarza właśnie od TEJ kobiety.  Jestem nim naprawdę zachwycona, zawiera wszystko to co powinien mieć, ale i nawet więcej. Wspaniałe cytaty, złote myśli, ważne obchody i przepisy.  I nawet kiedy rok 2016 się skończy, to zostanie on w mojej pamięci i kalendarz zajmie naprawdę ważne miejsce na mojej półce.  

"Zobacz. Jak świat dba o nas. Codziennie rano wstaje słońce i zaczyna się nowy dzień.
Specjalnie dla nas!"
Wiem, że rok już dawno się zaczął, ale jeżeli są jacyś spóźnialscy, albo niezdecydowani, którzy jeszcze nie nabyli kalendarza... Nie zastanawiajcie się! Biegnijcie do księgarni, zaglądnijcie na strony internetowe i kupujcie właśnie TEN. Naprawdę warto. Wszystko w nim jest idealne. Okładka, nietypowa, nawet jak coś "kapnie" nie pozostawi śladu, poręczny i po prostu pozytywny!


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger