listopada 18, 2019

listopada 18, 2019

Chilli

Chilli



Książkę Pauli Rewko zaczęłam czytać dosyć dawno, ale sporo wydarzeń, których miało miejsce, sprawiło, że porzuciłam lekturę na kilka tygodni. W końcu jednak należało zakończyć coś, co się zaczęło i nawet dobrze czytało. I tak, po sporym opóźnieniu, Chilli została przeczytana, a o tym, jak odebrałam tę książkę, już za chwilę.

Mea jest studentką psychologii, dziedzina ta od wielu lat pasjonuje dziewczynę. Przeczytała sporo książek tematycznych, na wykłady biega z ciekawością, jej wyniki w nauce są zadowalające. Tylko to wszystko, nie sprawia jej radości. Wręcz przeciwnie, jest kobietą sfrustrowaną, często wybuchową. Można by stwierdzić, że z jej psychiką nie do końca jest tak, jak należy. A może wręcz przeciwnie?

Pewnego dnia, postanawia założyć Grupę Demolka, za sprawą której, chce odmienić mieszkańców Gdańska. Potrzebuje tylko wzbudzić zainteresowanie odpowiednich osób, by zechciały do niej dołączyć i wspólnie siać zniszczenie. No i oczywiście, zależy jej na zainteresowaniu mediów i społeczności. W końcu nic nie ruszy, jeśli inni nie będą odpowiednio reagowali na poczynania jakiejś tam grupki narwańców.
Wszystko zostaje dokładnie przemyślanie. Akcja nabiera tempa z każdym dniem, coś w co nie do końca wierzyła, rozwija się naprawdę szybko. Celem jest zwrócenie uwagi ludzi, na to, co jest najważniejsze. Metody jakimi posługuje się Grupa Demolka, wzbudza wiele kontrowersji i strachu, a to dopiero początek. Po aktach wandalizmu, przywódczyni, postanawia pójść o krok dalej.  Policja jest bezradna, nikt nie potrafi namierzyć grupę, nie wiadomo, kiedy i gdzie zaatakują. Czego chcą i do czego zmierzają?
I tylko główna dowodząca wraz ze swoimi współpracownikami, zamierza doprowadzić swój plan do końca, ale czy realizacja odniesie zamierzone efekty? Jaki będzie finał Grupy Demolka?

Dawno już nie czytałam książki, która wzbudzała we mnie, tyle sprzecznych odczuć. Bo z jednej strony poczynania bohaterki były słuszne. Chciała uzmysłowić społeczeństwu, że sprawy materialne, nie powinny przyćmiewać tego, co jest ważniejsze od super auta, czy najdroższych butów. A by poczuć radość, nie trzeba czekać na gwiazdkę z nieba, tylko doświadczać w małych rzeczach.

Z drugiej jednak strony, jej postępowania niosło wiele sprzeczności. Mea to postać złożona. Z euforii popadała w smutek i złość. Nigdy nie było wiadomo jaki wybuch reakcji będzie jej dotyczył. Jeśli ktoś chciałby określić, że była nienormalna, to powiem, że tak byłoby najłatwiej. Myślę, że tutaj chodziło o coś zupełnie innego. Wielkich odkrywców również uważano za wariatów. A takimi nie byli. Tylko w tamtych czasach, ich poczynania wyprzedzały epokę. I chociaż nasza bohaterka nie próbuje odnaleźć antidotum na nieuleczalną chorobę, albo polecieć w kosmos za pomocą parasolki. To jej sposób postrzegania świata i chęć potrząśnięcia nim, może wywołać takie reakcje. Jest wariatką. Bo tak się określa ludzi odstających od reszty. Bo nie wpisuje się w narzucane przez lata ramy.

Książka wzbudza mnóstwo emocji. Nie potrafię określić, jak oceniam postępowanie bohaterki. Ponieważ sama Mea nie wzbudziła mojej sympatii, I to nie za sprawą swoich poglądów. Tylko po prostu, nie we wszystkim co wytykała ludziom, była konsekwentna w odniesieniu do siebie. Dlatego w pewnym stopniu, zachowywała się jak hipokrytka.
Ważne jest, że dotknęła wielu problemów współczesnego świata. Ludzie zamiast doświadczać życia, pędzą ku zdobyciu jak największej ilości pieniędzy. Nie czują, są jak roboty. I często gubią, co powinno być priorytetem.
Gdzieś przeczytałam, że metody jakie obrała były za bardzo brutalne. Nie wiem, nie odczułam tego w ten sposób. Bardzie uznałam za zbyt nierealne i niektóre sytuacje zbyt naciągnięte, by mogły być możliwe.

Podsumowując, książka Pauli Rewko jest warta przeczytania, choćby po to, by zrozumieć, że nie wszystko co w życiu uznajemy za ważne, takim jest. I może warto przyjrzeć się temu światu, który obrał niezbyt dobry kierunek, może czas by coś z tym zrobić? Mniej brutalnie, ale stanowczo?

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe motyle

listopada 14, 2019

listopada 14, 2019

Znany szum morza

Znany szum morza

Sagę Nadmorską rozpoczęłam z polecenia, tak się stało, że zaciekawiła mnie i wyczekiwałam kolejnych tytułów. I teraz mam już za sobą zakończenie trylogii, która wywołała we mnie wiele uczuć. Mam nadzieje, że dam radę napisać swoją opinię na tyle zrozumiale, by nie wyszło, że jak zwykle jestem ta zła.

Ostatnią bohaterką jest Jagoda. Córka i wnuczka. Dwie ukochane kobiety w jej życiu, matka Gabriela i babka Marcjanna, doświadczyły w życiu wiele zła i cierpienia. Historia rodziny jest trudna, ale zarazem ciekawa i pasjonująca. Dla młodej dziewczyny, stojącej u progu dorosłości, jawi się czymś fascynującym. Ma nadzieje, że kiedyś wspomnienia, które skrupulatnie spisuje, doczekają się publikacji. Tymczasem, jej życie zajmuje chłopa, a dokładnie Tomek. Planują wspólną przyszłość. Tylko tak się składa, że każde ma inne wyobrażenie tego życia we dwoje.

Młoda kobieta ma skryte marzenia, ale również poczucie obowiązku i odpowiedzialności za rodzinę. Nie chce zostawiać samej matki z chorym ojcem, zwłaszcza że Gabriela, odkąd doszło do wypadku męża, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce i założyła własny biznes. Każda pomoc jest na wagę złota, chociaż nie wymaga by córka, spędzała każdą wolną chwilę w pracy, to tak naprawdę cieszy się z tego oparcia.

Jagoda pragnie zostać w Ustroniu, nie widzi swojej przyszłości w wielkim mieście, jednocześnie kocha swojego chłopaka, Rozdarcie pomiędzy miłością do rodziny a mężczyzną, przysporzy wielu rozterek, ale również wzbogaci o ważne doświadczenia. Tylko czy będzie umieć wyciągnąć z nich nauki?

Pierwsze kroki ku dorosłości, próba odczarowania fatum wiszącego nad kobietami z rodziny. Czy Jagodzie uda się poskładać to, co dawno zdaje się, zostało utracone?

Wyczekiwałam zakończenia trylogii, byłam bardzo ciekawa, w jaki sposób autorka zakończy Sagę Nadmorską. Jednocześnie tęskniłam do bohaterek, ponieważ nie ukrywam, zżyłam się z tymi kobietami. Nawet jeśli nie zawsze popierała ich postępowania, to jakoś tak po prostu, dobrze mi było w Ustroniu.

Dlatego, gdy tylko ukazał się tytuł, od razu postanowiłam przeczytać. Sporo czasu upłynęło, a dopiero teraz mogę opisać jakie odczucia towarzyszyły mi podczas czytania i czy finał był tym, czego oczekiwałam?

Zacznijmy od Jagody, poznajemy ją, gdy jest jeszcze w szkole średniej. Planuje pójść na studia, pracować i pomagać matce, w jakim stopniu będzie miała możliwości. Dziewczyna spotyka się z Tomkiem, chłopakiem z Ustronia, który właśnie rozpoczął studia w Szczecinie. Jest zachwycony wielkim miastem i jawiącymi się perspektywami. Bardziej doświadczona osoba, mogłaby stwierdzić, że zachłysnął się nowym, i po prawdzie, tak właśnie się zachowywał. A Jagoda wiernie czekała i z każdym dniem, nie wiedziała co zrobić ze swoją przyszłością.

Przyglądamy się również dwóm pozostałym kobietom z rodu. Marcjanna i Gabriela wiele w życiu przeszły, ta pierwsza za wszelką cenę starała się nadrobić stracony czas z córką, pomagać i wspierać. Druga natomiast, każdego dnia udowadniała przede wszystkim sobie, że jest silna i samowystarczalna. Co trzeba przyznać, było godne podziwu, zajmowała się niepełnosprawnym mężem, który wyrządził jej wiele krzywdy. Pracowała, była dobrą matką, jak i córką.

W finale sagi dzieje się naprawdę wiele. I kiedy czytałam, to w pewnym momencie zwątpiłam, której z kobiet dotyczy. I ja wiem, nie powinnam się czepiać, że było tego aż tyle. Tylko miałam wrażenie, jakby zbyt wielu tematów dotykała. Dla mnie te wszystkie wydarzenia lepiej było rozbić na jeszcze jedną część. Nie lubię, gdy w jednym tomie, chce się napisać o wszystkim, ponieważ wtedy, fabuła traci na wartości. Takie są moje odczucia. Uważam, że lepiej poprowadzić jeden, dwa wątki od początku do końca, niż kilka na raz i nie wyczerpać do końca.

Podsumowując, Saga Nadmorska to bardzo ciekawa i dobrze napisana trylogia. I chociaż miałam jakieś swoje zarzuty, nie potrafię się za bardzo czepiać. Wyczekiwałam każdej kolejnej, autorka bardzo dobrze potrafiła wzbudzić emocje, a to jest najważniejsze. Jeśli ktoś zastanawia się, czy warto, odpowiem, że tak.






listopada 09, 2019

listopada 09, 2019

Royal. Przysięga ze złota

Royal. Przysięga ze złota



Dawno mnie tutaj nie było, ale w końcu nadeszła chwila, kiedy postanowiłam powrócić, niczym feniks z popiołu i tak dalej.

I tak oto, dziś przychodzę z opinią, do piątej już części serii Royal. Przysięga ze złota. Musiałam nieco poczekać na przeczytanie kontynuacji, przyznam się szczerze, byłam niezmiernie ciekawa, co wydarzy się w krainie Viterry. No i najważniejsze, jaki poziom utrzymuje autorka. Bo pamiętam, że w poprzednich tomach bywało różnie, ale nie przedłużając, słów kilka na temat tej, która miała odkryć wiele tajemnic.

Mam nadzieje, że dla osób, które nie zapoznały się z serią, czytanie tekstu, może okazać się spoilerem? Skoro już wszystko mamy jasne, możemy zająć się fabułą. Zapraszam do czytania!

Tatiana z coraz większymi emocjami oczekuje finału. Ostatnie wydarzenia sprawiły, że z pozoru przyjemna zabawa w show, zamieniła się nie tylko w huśtawkę na polu sercowym, ale i stała się zagrożeniem dla jej życia. Teraz powoli dochodzi do formy, ale strach przed tymi, którzy ją uwięzili i grozili, pozostaje. Kto i dlaczego posunął się do czegoś takiego? Czy sprawca zostanie zatrzymany? Na odpwowiedzi, jeszcze chwilę wraz z bohaterką będziemy musieli poczekać.

Tymczasem trwają przygotowania do najważniejszego wieczoru. Philip ma wybrać tą jedyną, pozostały tylko dwie uczestniczki, Charlotte i Tatiana, pierwsza jest pewna swej wygranej, druga szczerze wierzy w deklaracje księcia. Chce jedynie, mieć już za sobą ten ostatni występ. I móc w pełni cieszyć swoim uczuciem.

Niestety jak to w takich historiach bywa, scenariusz jest nieco inny. W najbardziej podniosłym momencie, książę zaskakuje swoją decyzją. Wszystkich, oprócz mnie.

A później, później mamy dramat naszej odrzuconej, niedoszłej przyszłej królowej. Co można oczywiście zrozumieć. Zawód miłosny i to na oczach publiki. Musiało zaboleć. Dlatego też, by wyleczyć zszargane emocje, dziewczyna udaje się w pewne miejsce, gdzie ma nabrać dystansu i nabrać nowego doświadczenia, które być może w przyszłości pomoże w dalszej karierze zawodowej, bardziej domyślni, z pewnością będą wiedzieli, o co chodzi, a do czego niebawem powrócę w tekście.

Odrzucona i zraniona Tatiana, przygotowania do ślubu przyjaciółki i pierwsze kroki w nowej rzeczywistości po konkursie, jak się to skończy?

Napiszę szczerze, już na wstępie. Decyzja o dokończeniu tej serii była pod wpływem, wydarzeń, które miały miejsce w minionym czasie. I chyba zakończyłabym przygodę z tą serią wcześniej, gdyby nie fakt, że potrzebowałam czegoś naprawdę lekkiego do poczytania. Royal miałam już rozpoczęty, więc postanowiłam dać szansę autorce. Czy słusznie?

Zacznijmy od postaci Tatiany. No była jaka była. Na początku bardzo polubiłam, w jaki sposób wykreowała ją autorka. Niestety im dłużej w Royal, tym bardziej miałam dosyć. Naprawdę. Ona była taka naiwnie męcząca. Tak, możemy wszystko tłumaczyć młodością, ale czytelnik może znosić pewne zachowania przez chwilę, a nie trzy kolejne części, Najbardziej rozbawiły mnie, czego zresztą do tej pory nie rozumiem, lekcje walk. Nie wiem, nie mam pojęcia, dlaczego Fast, uparła się, by stworzyć obraz walecznej nastolatki, która co? No właśnie, w jaki sposób wykorzysta swoje umiejętności?

Kolejna sprawa, Philip, ojejku, jakże prawdziwie napisała jedna z recenzentek, autorkę znowu poniosło. Bo sceny z księciem były tak męczące, że aż nie chciało się tego czytać i jak widziałam jego imię w tekście, miałam ochotę przekartkować książkę. Nie o taki efekt chyba chodziło? A może. Nie znam się w sztuczkach wielokątów miłosnych.

Chyba najlepszą postacią, o której z przyjemnością się czytało, był Henry. Tak, to taka osoba, której pojawienie się powodowało uśmiech na twarzy. I chyba dla niego, chce się czytać. Nawet jeśli nie jest teoretycznie postacią przewodnią.

Przysięga ze złota, jest nudna. Naprawdę muszę to napisać. Ponieważ oprócz momentu wyboru wybranki życia, do samego zakończenia, nie dzieje się nic, co mogłoby sprawić, że te wszystkie strony miały sens. Fabuła, której zresztą próżno szukać, jest przegadana w byle jaki sposób. Główni bohaterowie zaczynają męczyć niemiłosiernie. Gdyby nie posiadanie finalnego tomu, pewnie bym się nie pokusiła o sięgnięcie. A tak, zrobiłam to, by mieć po prostu za sobą.

Na ogólne podsumowanie Serii Royal, przyjdzie czas, dziś muszę Wam napisać, jak to jest z Przysięgą, a niestety, w moim odczuciu, wyszło bardzo źle. Nawet potrzeba czegoś niewymagającego nie pomogła, Umęczyłam się czytaniem. Szkoda.




Książkę miałam możliwość przeczytać dzięki wydawnictwu Media Rodzina.



sierpnia 19, 2019

sierpnia 19, 2019

Moja Jane Eyre

Moja Jane Eyre



Kto nie słyszał o historii miłosnej Jane Eyre? I chociaż wydawać się może ona, naiwna i dosyć naciągana. To ja sama, nie potrafię powiedzieć, by nie miała w sobie czegoś. Pamiętam, jak pierwszy raz czytałam książkę, a później obejrzałam mini serial BBC, byłam wręcz oczarowana. Kto jak kto, ale Charlotte Bronte potrafiła pięknie pisać. No i teraz, została napisana i wydana nieco zmieniona wersja sławnej klasyki, jak wyszła? Czy owa przeróbka nie zaszkodziła? I jak się czytało?
 


Jane Eyre jest nauczycielką w Lowood, ale ma ciche marzenie wyjechać i zostać prawdziwą guwernantką. Niestety ma jeden maleńki problem. Nie wie, jak powiadomić o tym, swoją przyjaciółkę.

W dodatku w okolicy pojawiają się ludzie z Towarzystwa, zajmującego się relokowaniem duchów. Tak, dokładnie tak. Łapią delikwentów i coś z nimi interesującego robią, ale tego zdradzić nie mogę. Członkowie owej organizacji, są wyjątkowi, albowiem nie każdy człowiek może zobaczyć umarłego, to też każdy potencjalny widzący jest na wagę złota.

Sprawa zaczyna się komplikować, kiedy jeden z głównych pracowników, dowiaduje się o tajemnicy Jane Eyre, która potrafi nie tylko zobaczyć zjawę, ale w dodatku się z nimi porozumiewać. Stawka wysoka, Towarzystwo na gwałt potrzebuje zwerbować w swoje szeregi kogoś z podobnymi cechami. I kiedy przedstawiają swoją ofertę pannie Eyre, okazuje się, że ta tak po prostu ją odrzuca. I wyjeżdża.

Wtedy z pomocą towarzystwu, przychodzi przyjaciółka Jane, która od lat jest zafascynowana opowieściami związanymi z wyłapywaniem duchów. Żeby było zabawniej, tą przyjaciółką jest Charlotte Bronte.

Uciekająca Jane Eyre, podejmująca pracę guwernantki u Edwarda Rochestera. Goniące za nią Towarzystwo i duchy. Mieszanka wybucha? A i owszem.


Ciekawe to było spotkanie, niby starzy, dobrzy bohaterowie, a w tak ciekawiej i zgrabnie wykreowanej odsłonie, aż z radością śledziło się kolejne rozdziały. Bo postać Jane Eyre widzącej duchy, ba! nawet przyjaźniącej się z jednym, było niebywale ciekawym zwrotem akcji. I mnie się ta odmiana bardzo, ale to bardzo spodobała. Co więcej, nasza bohaterka była tutaj nieco bardziej konkretna, umiała kategorycznie powiedzieć nie — chociaż ja bym z chęcią popracowała w takim towarzystwie.

Kolejna sprawa to wpleciona w fabułę postać Charlotte Bronte, nie mam pojęcia, jaka była naprawdę. Jednak tutaj, autorki świetnie stworzyły jej osobę. Bardzo polubiłam Szarlotkę, która jak nikt inny potrafiła obserwować i wykorzystywać spostrzeżenia do tworzenia planów. A te są bardzo przydatne, zwłaszcza kiedy chce się współpracować z Towarzystwem.

Zawsze powtarzałam, że jestem zagorzałą fanką klasyków. I to się nie zmieniło. Jednak kiedy przeczytałam Moją Lady Jane i ta forma opowiedzianej historii przypadła mi do gustu, postanowiłam zapoznać się z kolejną. I chociaż Jane Eyre w pierwotnej wersji zawsze będzie moją ukochaną, to nie mogę przyznać, że ta odsłona jest zła. Wręcz przeciwnie. Świetnie autorki nakombinowały, jestem jak najbardziej na tak. Mam nadzieje, że jeszcze coś stworzą i będę mogła z radością przeczytać.

Tymczasem szczerze polecam Moją Jane Eyre, dla tych, którzy znają oryginał i tym, co jeszcze nie mieli odwagi po niego sięgnąć. Może ta wersja ich przekona.



sierpnia 09, 2019

sierpnia 09, 2019

Nie wiem, gdzie jestem

Nie wiem, gdzie jestem



Do przeczytania książki Gayle Forman robiłam kilka podejść. Nie byłam pewna, czy akcja wpasuje się w mój gust. 
Pobrałam sobie na półeczkę i czekałam, aż pojawi się opinia, której w pełni będę mogła zaufać. I ukazała się, od zaufanej recenzentki. Nie pozostawało nic innego jak czytać. A czy i mnie przedstawiona opowieść się spodobała?



Freya ma kryzys. Nikt nie wie, co się stało. Nagle jej piękny głos znikł. I żaden lekarz nie potrafi stwierdzić dlaczego, gdzie tkwi problem. Najgorsze jest to, że wszystko zdarzyło się podczas nagrań do jej pierwszej i wyczekanej płyty. Właśnie w takim momencie. Bezradność młodziutkiej dziewczyny, nacisk ze strony producenta i ogromne oczekiwania matki.

Pośrodku tego wszystkiego, jest ona, zagubiona i nie do końca szczęśliwa. Nie wiedząca gdzie jest i co ma zrobić ze swoim życiem. I nagle, świat jej zabiera grunt pod nogami, dosłownie i w przenośni.

Harun chce postawić wszystko na jedną kartę. Gdy uświadamia sobie, że wybór, przed jakim został postawiony, go unieszczęśliwi, decyduje się na ucieczkę. Tak po prostu. Chce zostawić rodzinę, przyjaciół i uciec. Czy jest to gest odwagi? Czy może raczej przejaw tchórzostwa?

No i wreszcie Nathaniel, przyleciał do Nowego Jorku w jednym celu. Musi tylko odnaleźć wyznaczone miejsce i plan, który został mu wyznaczony, dopełni. Zanim jednak to nastąpi. Spotka na swojej drodze, dwoje przypadkowych osób. I to spotkanie ukaże przed chłopakiem świat z zupełnie innej perspektywy.

Każde z tej trójki odczuwa samotność.
Nie ważne czy mają obok siebie bliskich. Można doświadczać boleśnie wyobcowanie wśród tłumu ludzi. Nie ma reguły. Zrządzenie losu sprawi, że się spotkają. A porozumienie, które się między nimi urodzi, z pozoru egoistycznych pobudek, pomoże rozumieć coś bardzo ważnego.

Tytuł tej książki jest po prostu świetny. Celny pod wszystkimi względami. I gdy tak czytałam sobie o losach Frei, Haruna i Nathaniela, zastanawiałam się, jak często my sami, nie wiemy, gdzie jesteśmy. Mimo że często otoczenie, jest nam jak najbardziej znane. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego. Nie ma nic gorszego, jak nie wiedzieć, gdzie się znajduje we własnym życiu. Co zrobić? Jaką podjąć decyzje? Gdzieś pójść..

Nasi bohaterowie są różni, jedyne co ich ze sobą łączy, to zakręt, na którym się znaleźli. Razem, zupełnie przypadkowo. Teraz zbierają swoje siły, by pomóc jeden drugiemu. Ich motywy nie do końca są szczere. Oczywiście nie chcą skrzywdzić jeden, drugiego. Po prostu niekiedy brak odwagi, kieruje nasze decyzje tak, by obejść problem szerokim łukiem. Jednak na końcu i tak, trzeba będzie się z nim zmierzyć. O czym dowiedzieli się również, nasi bohaterowie.

Nie bardzo chcę pisać, z jakimi trudnościami zmierzali się Freya, Harun i Nathaniel, dla mnie najlepszym było odkrywanie ich tajemnic, skrawek po skrawku. Zrozumienie każdego z nich, wczucie w sytuacje. I tak naprawdę, te historie, mimo że różne, sprawiły, że można odnaleźć, chociaż cząstkę siebie.

Jestem pod niesamowitym wrażeniem książki. Fabuła nie jest szalona, wręcz przeciwnie, snuje się miarowo, a jednak czytanie było cudowne. Autorka wspaniale poruszyła wiele problemów. Powtórzę co napisałam na instagramie, za mało jest o tym tytule, nad czym ogromnie ubolewam. Takie książki powinny być polecane. Jeśli ktoś tak jak ja, ma wątpliwości przed czytaniem, niech się czym prędzej ich pozbędzie. Warto!


sierpnia 02, 2019

sierpnia 02, 2019

Przeznaczenie i pierwszy pocałunek

Przeznaczenie i pierwszy pocałunek


Dawno nie przychodziłam tutaj z tekstami, co nie oznacza, że przestałam czytać. Przeciwnie, ale jakoś straciłam serce do tego miejsca. I chyba poczułam lekką niechęć, bo kto jeszcze zagląda na blogi i czyta? Chyba nieliczni. Mam nadzieje jednak, że jakaś maleńka część jest wierna blogom i tekstom, a nie tylko przewijaniu zdjęć na instagramie.

No ale, do rzeczy. Jakiś czas temu przeczytałam kolejną książkę Kasie West. Autorka ma to do siebie, że historie z pozoru kierowane tylko do młodzieży, trafiają również do tych starszych — przynajmniej ja tak mam. W każdym razie jest to już chyba jedna z nielicznych pisarek, które mimo tematyki z chęcią podczytuje. Dziś słów kilka na temat — Przeznaczenia i pierwszego pocałunku.
 


Główną bohaterką jest Lancey, aspirująca nastolatka do kariery aktorki. Ma już sobą kilka mniejszych produkcji, kamery i wcielanie się w różnie role nie sprawiają jej trudności. Od zawsze czuła się stworzona do tej pracy, którą zresztą z radością chce wykonywać. Niestety na chwilę obecną ma kilka przeszkód. Jedną z nich jest niepełnoletność i nieukończona szkoła. Godzenie nauki ze zdjęciami na planie jest trudne. Na szczęście nie niemożliwe. Tylko tutaj pojawia się zdaniem Lancey kolejny problem. W osobie nadopiekuńczego ojca, który co do minuty pilnuje czas spędzony na planie i nauki.

Nastolatka bardzo często czuje się ograniczana i wręcz pozbawiona chwili wytchnienia od oczekiwań ojca. W dodatku, gdy pojawia się kłopot z pewną rolą, tatuś dochodzi do wniosku, że dla jego córki potrzebny jest korepetytor. Właśnie teraz, gdy Ona ma do zagrania być może, najważniejszą rolę swojego życia. Wśród obsady są bardzo znane i rozpoznawane gwiazdy, dla niej, jest to ta chwila, by się wybić. A odrabianie lekcji, zwłaszcza z nudnym korepetytorem znajduje się na ostatnim miejscu.

I kiedy problemy mniejsze i większe zaczynają się nawarstwiać, Lancey odkrywa, że ktoś próbuje zaszkodzić jej wizerunkowi. Co może zaważyć na dalszej przyszłości, a nawet karierze aktorskiej. Pozostaje więc odnaleźć wroga i dowiedzieć się, kto nim jest i dlaczego to robi? Z pomocą, nieoczekiwanie przyjdzie, nie kto inny, jak Donovan. Chłopak od korepetycji.
 


Nie wiem, dlaczego ta książka ma aż tak płytko brzmiący tytuł, a jeszcze bardziej beznadziejny opis. Szczerze mówiąc, gdyby nie fakt, że znam już dosyć dobrze pióro West, w życiu nie zdecydowałabym się przeczytać. Nie zachęca też okładka. Ta książka po prostu całą sobą na pierwszy rzut wydaje się nijaka. A to błąd.

Bo owszem, Lancey jest młodą, jeszcze raczkującą aktorką. Tylko całość została naprawdę ciekawie i mądrze opisana. Są tutaj typowe dla autorki, problemy młodzieży, ładnie i zgrabnie ubrane. Dzięki czemu całość od razu wciąga i nie ma się odczucia — starości pokoleniowej. Naprawdę fajnie było przebywać na planie zdjęciowym, pomału poznawać nowego znajomego, który na początku wydawał się okrutnie nudny i bez wyrazu.

Jest tutaj również pewien konflikt między córką i ojcem, ale raczej chodzi o brak zaufania obu stron, do wykonywanych czynności. Myślę, że bardzo ciekawe autorka się tym zajęła, ponieważ chęć troszczenia o dzieci, a dokładniej zbyt wielka opiekuńczość potrafi zniechęcić nastolatka, który po prostu poczuje się niewystarczająco samodzielny. A w końcu rodzice muszą pozwolić, by ich dzieci, samodzielnie podejmowały swoje decyzje i również, ponosiły ich konsekwencje.

Bardzo przyjemnie spędziłam czas podczas lektury. Wprawdzie dosyć długo zwlekałam z zabraniem się do czytania, ale kiedy już to nastąpiło, było mi żal rozstawać z bohaterami. Jakoś tak jest, kiedy Kasie West napisze książkę, zakończenie bywa wręcz rozstaniem. Nie napiszę jednak, że ten tytuł jest najlepszy, bo nie jest. Ja mam cały czas swoją faworytkę, ale Przeznaczenie i pierwszy pocałunek śmiało, można przeczytać. Jest lekko, przyjemnie i subtelnie. Polecam.



Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Feeria Young.

lipca 13, 2019

lipca 13, 2019

Trzy kroki od siebie

Trzy kroki od siebie


Sięgnęłam po ten tytuł, ponieważ byłam bardzo ciekawa, czy ukazana historia, mimo tematyki, będzie umiała mnie podbić. Motyw chorób i miłości, która nie ma prawa się przytrafić, była i chyba nadal jest radośnie wykorzystywany przez autorów. No ale, może akurat się przytrafi, że jednak forma mnie, nieco wymagającą w tej kwestii, czymś zaskoczy. Dlatego właśnie, postanowiłam przeczytać Trzy kroki od siebie.


Stella i Will chorują na tę samą chorobę. Mukowiscydozę. O ile ona, jest wręcz maniakalną perfekcjonistką, właśnie na polu leczenia, dbania o kondycje swojego organizmu. Tak, chłopak jest jej totalnym przeciwieństwem.

Dziewczyna za wszelką cenę chce być zdrowa, a przynajmniej na tyle sprawna, by dotrwać do przeszczepu płuc, dzięki któremu jej wyrok śmierci, o kilka lat się przesunie, a ona będzie mogła w miarę spokojnie funkcjonować. O swoim zmaganiu z chorobą, opowiada na kanale youtube. Zdaje raport praktycznie z każdego etapu życia, nawet jeśli jest fatalnie. Ukazuje swoją chorobę taką, jaką jest, bez kolorowania. Nie obiera jednak nadziei, zależy jej, by każdy potrafił, na tyle ile jest to możliwe, cieszyć się tymi lepszymi chwilami. Gdy atak mukowiscydozy słabnie i nie trzeba przebywać w szpitalu.

Zupełnie inaczej sprawa wygląda u chłopaka. W jego przypadku to matka jest tą, która za wszelką cenę chce wyrwać syna, ze szponów okrutnego wyroku. Nie oszukujmy się, ta choroba zabija, prędzej niż później. Każdy, kto się z nią zmaga, ma tego świadomość. I Will wie o tym, aż za dobrze. Dlatego chce żyć, tak po prostu. Tyle ile może, robić co chce, bez żadnych zakazów. Niestety, póki nie jest pełnoletni, musi wykonywać polecenia matki. I jeździć po szpitalach, testować przeróżne metody, bez żadnego efektu. No ale, jeszcze trochę i uwolni się od przymusu leczenia. Właśnie wtedy poznaje Stellę.

Dziewczyna, która chce żyć jak najdłużej. Chłopak, któremu zależy by czas, jaki mu został, był w pełni wykorzystany. Niekoniecznie na pobyty w szpitalach. Tych dwoje się pozna, zakocha i zrozumie, że nie wszystko może być takie, jak z pozoru się wydaje.


Teraz powinnam napisać, jakże się wzruszyłam, a nawet wylałam łzy podczas czytania tej opowieści. Byłoby to jednak kłamstwem. Nie płakałam, nie byłam wzruszona. Nie doświadczyłam żadnych wzniosłych uczuć podczas obcowania z tym tytułem.

Przede wszystkim postaci. Stella to typ dziewczyny, który cholernie mnie drażni. I ja, tak naprawdę nie wierzę, że takie typy ludzi istnieją. No ale, niechaj będzie, że ona rzeczywiście była cudownie wspaniała, skupiała się na uszczęśliwianiu każdego dookoła. Aż się mdło robi na samo wspomnienie, nawet nie miałam okazji poczuć współczucie ze względu na jej chorobę.

Polubiłam Willa, chociaż był jakiś. Potrafił łamać zasady, bo przecież co mu zrobią? Miał wywalone na te całą otoczkę leczenia. Co mnie rozśmieszyło, przy opisach jego uczuć, jakie rodziły się do Stelli, serio wierzycie, że facet/ chłopak właśnie tak się zachowuje? Nie no, jak zwykle było zrobione tak, by dziewczęta miały nadzieje, że takie Will*/y drepczą po bezdrożach świata. Nie, moje drogie, nie. Tak to działa.

Kolejna sprawa to ich pożal się boże uczucie, jejku, jakież ono było bez polotu, bez czegokolwiek, co sprawiłoby, żebym przez chwilę przypomniała sobie, jak to jest, gdy pojawiają się motylki w brzuchu. Tutaj nawet zamulona ćma, nie zatrzepotała. Nędza, nędza i to okrutna. Ja rozumiem, miał być dramatyzm, bo choroba w ich przypadku, uniemożliwiała dotyk, ba oni nie mogli być bliżej niż na odległość iluś tam metrów. Smutne, łzy w oczach i tak dalej.

I ta historia mogła być spoko, tylko komuś, kto pisał, nie udało się, bo nie mogłam w ani jednym momencie, poczuć tego, co bohaterowie. No nic, dosłownie nic.

A najgorsze jest to, że widziałam fragment filmu, i ja, wiernie walcząca o wyższość książki nad filmem, stwierdzam, że w dwuminutowym zwiastunie, poczułam całą gamę emocji, niż po przeczytaniu książki. A to boli, uwierzcie. Film wyszedł lepiej od książki. Zawiodłam się okrutnie.

Książkę otrzymałam od wydawnictwa Media rodzina.

Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger