Gniewna gwiazda



Nadeszła chwila rozstania z Kronikami, dowiedzeniem się czy bohaterowie ułożą sobie życie, czy wyjdą zwycięsko ze starciem z Tontonami oraz Wielkim Pionierem.
Po jakże nieudanej przygodzie z drugim tomem z lękiem sięgałam po ostatnią pozycję, podejrzewam, że gdybym nie była w jej posiadaniu odpuściłabym sobie i tak już słabą ciekawość zakończenia. Mimo niechęci nie było rady, zasiadłam do czytania by ( przyznam się z ręką na sercu) jak najprędzej pożegnać się z Czerwoną pustynią...

Ocalała grupa "rozbitków" szykuje się do swojej ostatecznej walki, ale tak naprawdę to Saba ma przed sobą najtrudniejsze zadanie do wykonania. Ograniczona czasem, który wyznaczył jej DeMalo stara się ze wszystkich sił wymyślić najlepsze i najrozsądniejsze rozwiązanie. Niestety nic nie jest jak być powinno. Seth wymarzył sobie, że wraz z nią stworzą Nowy Eden, ona go poślubi i będą wspólnie dążyli do zmian, pod jego przewodnictwem rzecz jasna.  Druga sprawa dotyczy  Jacka, który mimo służeniu Tontonowi stara się pomóc buntownikom. Nic nie jest takie jak powinno w dodatku, ktoś z obozu jest zdrajcą. Wprawdzie Saba nie do końca jest przekonana by oskarżać kogoś ze swojego kręgu, ale po wydarzeniu, które miało miejsce Ash pobudza ją do podejrzeń. Kto i dlaczego mógłby zrobić coś takiego? Jaki ma cel? Z pewnością chodzi o DeMalo, ale dziewczyna nie ma pewności. Sama ma sporo do ukrycia przed przyjaciółmi. Nie może z nikim podzielić się nabytymi informacjami, ciężar z każdym dniem jest coraz większy, czasu coraz mniej, a światełko w tunelu wydaje się ledwo tlić...
Czy przed upływem wyznaczonego czasu Saba zdoła znaleźć rozwiązanie, czy osoba, która śledzi przeszkodzi w ostatecznej rozgrywce? I przede wszystkim kto będzie wygrany?

Uradowałam się niezmiernie, kiedy rozpoczynając czytać Gniewną gwiazdę okazało się, że jest dobrze, wprost nie mogłam wyjść z podziwu jak autorka potrafi zamieszać, rozczarować by ponownie wrócić do poziomu. Tym razem nie musiałam się denerwować niezrozumiałymi poczynaniami bliźniaków. Zachowywali się w miarę względnie. Tutaj Tommo jakby wyszedł z cienia, było go jakby więcej, Creed mnie chwilami irytował, ale on po prostu taki musiał być. Ciekawiła mnie druga sprawa, kim był śledzący Sabę, który z rzekomo lojalnych znajomych wyłamał się i służył dla wrogiego obozu? Autorka bardzo długo zwodziła, niby podsuwała podpowiedź by za chwilę ją zniweczyć. Miałam dwa mocne typy, trzeci był tylko niewyraźny, ale dosyć szybko zrezygnowałam z tego tropu. I tak śledziłam zachowanie dwóch osobników ( autorka od początku nie ukrywa, że zdrajcą jest mężczyzna). DeMalo próbuje zamydlić oczy Sabie swoimi śmiesznymi wizjami, być może zbyt duża ilość Dżaaalu w przeszłości zrobiła swoje. A bardziej poważnie, jego koncepcja oraz sposób w jaki chciał stworzyć Nowy Eden był przerażający i zakrawał o kiepski żart z działu czarnego humoru...
Ogólnie musze przyznać, że książkę czytałam z nieukrywanym zainteresowaniem, śledziłam poczynania Saby, nawet popierałam ją w niektórych decyzjach. Lugh lekko wycofany, troszkę mnie to niepokoiło, ale może autorce o to chodziło by mocniej zarysować Tomma, co później miało swoje wyjaśnienie w końcówce. 
Widziałam, że książka zebrała wysokie noty, troszkę mnie one zadziwiają ponieważ, zwieńczenie całości nie powaliło mnie na łopatki, nie było zdziwienia nagłym obrotem spraw. Czytałam sobie spokojnie.  Owszem było kilka spraw, których się nie spodziewałam, może dlatego, że przygotowałam się na silniejszy element zaskoczenia. Tak naprawdę przeżyłam stratę jednej z postaci, którą bardzo polubiłam, nie tak sobie to wyobraziłam. Cóż autorka postanowiła zrobić coś dziwnego. Niemniej jednak i tak było lepiej niż poprzednio. Na samym końcu Lugh doprowadził mnie do białej gorączki, ale tego człowieka od początku nie polubiłam. Ani razu nie widziałam w nim takiego brata jakim widziała go Saba, albo może jakim go pamiętała.
Mam mieszane uczucia co do ogółu. Trylogia miała ogromny potencjał, jednak odnoszę wrażenie, że autorka w pewnym momencie się pogubiła i zgubiła to co zaserwowała nam na początku. Mimo wszystko Numer jeden i trzy ocaliły przed moim potępieniem. Zabrakło fajerwerków, ale można przeczytać, może tylko ja nie poczułam się zaskoczona?

Za możliwość przeczytania książki chciałam podziękować wydawnictwu Egmont.
Książka bierze udział w wyzwaniu 52 książki.

7 komentarzy :

  1. Bez fajerwerków to trochę słabo :) nie znam serii, może kiedyś, ale nie obiecuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę, to po co pisać trylogię? Nie lepiej zmieścić się w dwóch tomach, skoro mówisz, że autorka się pogubiła?

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, że tak słabo wypadło. Wielka szkoda.

    OdpowiedzUsuń
  4. Skoro ciebie nie zachwyciło, to i ja dam sobie spokój.

    OdpowiedzUsuń
  5. Szukam jakiejś ciekawej serii sci-fi/fantasy, ale jak tutaj bez fajerwerków to sobie daruję ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Masz jakiegoś wirusa albo inne dziadostwo na stronie, bo za każdym razem włącza się dziwny komunikat i przekierowuje mnie na tamtą stronę :(

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety zupełnie nie moje klimaty - fantastyka to nie ten dział literatury, po który miałabym ochotę sięgnąć :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Copyright © Niekończące się Marzenia - kobiety o literaturze . Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka