Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński. Pokaż wszystkie posty

listopada 11, 2022

listopada 11, 2022

Dziewczyna z gór - Ogień

Dziewczyna z gór - Ogień

 



Wyczekiwałam kolejnego tomu Dziewczyny z gór. Jest to seria, obok której trudno przejść obojętnie i nie spotkałam się z negatywnymi opiniami. Nie ma co się dziwić. Nazwisko autorki mówi samo za siebie. Małgorzata Warda jest jedną z niewielu autorek, tak rzetelnie przygotowujących się do pisania. Książki dopracowane są pod każdym względem, dlatego tutaj nie może być mowy o złym poziomie. Jedyne czego czytelnik może być ciekawy, to tego, w jaki sposób będą poprowadzone losy bohaterów i z jakimi wydarzeniami będziemy się zmierzać razem z nimi. Byłam niezmiernie ciekawa, jak potoczy się przyszłość dwojga ludzi, których życie było szalenie poplątane, ale na swój sposób niesamowite i można powiedzieć wyjątkowe. W tej części dowiadujemy się, co spotka Jakuba i jak poradzi sobie z tym wszystkim Nadia.

Wiemy już, że Jakub musi odbyć swoją karę za popełnione w przeszłości błędy. Nawet jeśli jego poczynania miały pewne usprawiedliwienie, to jednak działał wbrew prawu, a jak wiadomo, takie czyny muszą być odpowiednio osądzone, czy sprawiedliwie? Mężczyzna jednak nie stara się sprzeciwiać zarzutom, ma świadomość, że musi stawić czoła konsekwencjom. Jeśli czegoś się obawia, to tylko reakcji i zachowania Nadii, która bardzo przeżywa całą sytuację i jest rozdarta pomiędzy nim a swoją matką. Dodatkowo jego choroba się nasiliła, objawy są coraz bardziej uporczywe i tak naprawdę, nikt nie wie, czy jego organizm wytrzyma do końca wyroku.

Z kolei Nadia kolejny raz musi przewartościować swoje życie, zmierzyć się z następstwami decyzji, które podjęła, by ratować ojca. Zdaje sobie sprawę, że jej działanie nie było poprawne, jednak nie umiała inaczej. Matka nie potrafi jej zrozumieć, od dawniej nie umieją się porozumieć. Gdzieś na przestrzeni lat, zatarła się między nimi więź, która tworzyły.

Jest jeszcze jedna osoba, której życie nie rozpieszczało od najmłodszy lat. Wspomnienia z dzieciństwa to chowania przed ostrzałem samolotów i bombardowaniem. Później wyprawa, która miała odmienić przyszłość, a tak naprawdę prowadziła prosto do piekła. Polla doświadczyła wiele złego, ale umiała cieszyć z tego, co otrzymała. Niestety chwilowy spokój się skończył, a ona będzie musiała szukać pomocy w nieznanym.

Mogłabym rozpisać się na temat fabuły, ale myślę, że tutaj na etapie trzeciej części, każdy, kto już rozpoczął swoją przygodę z bohaterami, będzie po prostu chciał przeczytać, a poznawanie fabuły jest w tym przypadku zbędne. Ze swojej strony mogę napisać, dlaczego warto czytać wszystkie trzy części i jak odebrałam ten - mam nadzieję, że nie ostatni.

Wiele razy pisałam, że pióro Małgorzaty Wardy, nie należy do łatwych, natomiast poruszone problemy nigdy nie są jednoznaczne. Nie ma dobrych i złych postaci, każda jest złożona i przedstawiona z różnych stron, a ich ocena pozostaje dla czytelnika.

Dlatego, gdy poznajemy historię Jakuba, Nadii i jej matki, trudno jest powiedzieć, kto jest tutaj tym źle postępującym, kto ofiarą, a kto powinien otrzymać współczucie. Bo postępowanie mężczyzny nie było prawidłowe, nie powinien był zrobić tego, co uczynił, jednak bardzo, ale to bardzo trudno jest mu przypisać etykietę przestępcy. Z każdą przeczytaną stroną, ukazuje się sylwetka kogoś, kto wzbudza w czytelniku zrozumienie.

Gdy poznajemy Nadie, jest dzieckiem, przyglądamy się małej dziewczynce, wyrwanej z domu rodzinnego, która nie rozumie, co się dzieje. Chce wrócić do swoich rodziców, chce być w bezpiecznym miejscu. Tymczasem jej nową rzeczywistość ukazuje się surowością gór i dzikością natury. Człowiek, do którego czuła nienawiść, zaczyna wzbudzać inne emocje, z każdym dniem, gdy poznają się coraz bardziej. W końcu dziewczyna nie czuje potrzeby powrotu do poprzedniego życia. Gdy ma możliwość ucieczki, nie robi tego. Rozpoczyna dorosłe życie u boku - jak wielu będzie mówiło - porywacza. Tylko dla niej, Jakub będzie ojcem, którego pokocha całym sercem.

Jest matką Nadii, której kobieta na początku każdy współczuje. Podczas czytania, można sobie wyobrażać, jaki przeżywała horror, szukając córki, umierając ze strachu. By później, bolesna prawa uderzyła z potężną mocą - Nadia miała wolną wolę, mogła się odezwać, ale tego nie zrobiła. I nawet gdy córka do niej wróciła, nie potrafiła jej zrozumieć. Nie potrafiła kochać tego dziecka, które zmieniło się w kobietę.

W tej książce fantastycznie ukazane są emocje bohaterów, tego, w jaki sposób każde wydarzenie odcisnęło na nich piętno. Jak już wyżej napisałam, matka i córka, gdzieś zatraciły swoje relacje. Ta pierwsza cały czas miała w pamięci małą dziewczynkę, gdzieś w głowie, nie aktualizowała jej wieku, wyczekiwała ukochanej małej córeczki. A tymczasem, w progu domu pojawiła się dorosła kobieta, która nie jest podatna na zdanie rodziców, twardo stąpa po ziemi i co najgorsze - kocha człowieka, którego ona szczerze nienawidzi.

Niesamowita jest to historia i mogę napisać tylko tyle, że szczerze polecam, mając nadzieję, że to jednak nie koniec.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum

sierpnia 10, 2022

sierpnia 10, 2022

Środek lata

Środek lata

 


Kiedyś pisałam, że książki Małgorzaty Wardy nie należą do łatwych, nie każdy odnajdzie się w zawiłościach ludzkich problemów, które porusza autorka. Niemniej, uważam, że każda do tej pory przeczytana przeze mnie książka, zasługuje na uwagę i poznanie, ponieważ jest niewielu autorów, którzy tak wnikliwe zajmują się emocjami, problemami i potrafią zbudować historię, tak realną, że podczas czytania, odnosi się wrażenie, że jest publikacja oparta na faktach. 

Tym razem sięgnęłam, jak się okazało już po przeczytaniu przeze mnie książki, wznowienie tytułu - Środek lata. Bardzo przyjemny prawda? Nasuwa na myśl lekką historię, osadzoną w porze wakacyjnej, jednak nic bardziej mylnego. Nazwisko Warda na okładce, powinno wzbudzić czujność. I przygotować, że lekko na pewno nie będzie. W takim razie, co było? Jakaż to historia kryje za tą niepozorną okładką i przyjemnym na pierwszy rzut oka tytułem? 


Marlena jest dziennikarką w znanym piśmie, gdy dostaje zadanie zbadania sprawy zaginięcia pewnej młodej dziewczyny, od razu zaczyna działać. Minęło przeszło rok od zaginięcia Sylwii, policja zrezygnowała z dalszych poszukiwań, śledztwo stanęło w miejscu, ale przecież gdzieś musi być jakiś ślad. 

Jak wiadomo, pierwszym miejsce do którego udaje się kobieta, jest dom rodziny nastolatki. Bardzo możliwe, że jest coś, co przeoczyła policja, a jej uda odkryć i posunąć do przodu. 

Razem z Marleną zanurzamy się w relacje rodziny Fey, a dokładnie obserwujemy dzieciństwo Sylwii, Mateusza i Lucyny. Śledzimy wydarzenia z różnych perspektyw, co daje obraz wielu zawiłości w relacjach między trójką rodzeństwa. 

Na uwadze pozostaje pewna bardzo ważna, acz delikatna sprawa. Według nieoficjalnych informacji, sugerowano, że Sylwię i Mateusza łączy związek kazirodczy. Pozostaje pytanie, czy jest to tylko pogłoska i wstrętne domysły, czy rzeczywiście są przesłanki do podejrzeń. I jeśli tak, czy zaginięcie Sylwii jest nieszczęśliwym wypadkiem? Może ktoś odkrył tajemnicę dwojga rodzeństwa?  


Cóż mogę napisać, ta książka nie jest lekka. Wchodzi w głowę tak mocno, że po zakończeniu nie można przejść do codzienności. Ja jeszcze w pracy byłam w fabule. Analizowałam to wszystko co przeczytałam i próbowałam zrozumieć. Jednak zacznę od początku. 

Jak może się wydawać, wątkiem wiodącym powinno być zaginięcie Sylwii oraz rozwiązanie zagadki co się wydarzyło. Jednak autorka zabiera czytelników dalej. Zapoznaje nas z dziećmi, które są ze sobą mocno związane. Jesteśmy świadkami dzieciństwa Sylwii i Mateusza, więzi jaką tych dwoje się darzy. 

Z początku nic nie wydaje się nadzwyczajnym. Dziewczynka choruje, często jest wzywana karetka, co jak nie trudno się domyślić, źle działa na emocje dziecka, dlatego niczym dziwnym jest, chęć towarzystwa brata, w trudnej chwili. 

Później jednak, zauważamy, że myśli i zachowanie dziewczynki odbiegają daleko od siostrzanych uczuć do brata. I muszę napisać, ja mam trzech starszych braci, jak sobie przypomnę dzieciństwo, a później czasy nastoletnie, to nie ma szans, bym chociaż przez chwilę pomyślała, że któryś z nich jest piękny. Szczerze mówiąc, do tej pory nie umiem spojrzeć obiektywnie, nie wiem czy są przystojni, bo dla mnie nie są mężczyznami tylko braćmi. Wiem tyle, że różnią się od siebie wyglądem.  

Dlatego gdy czytałam fragmenty zachwytu Sylwii nad swoim bratem, czułam lekki niepokój i naprawdę trudno było mi  w nich odnaleźć. Następnie doszła zaborcza chęć spędzania czasu i uwagi, a gdy już dochodzimy do etapu młodzieńczości, jest jeszcze gorzej. Co najlepsze, te uczucia dzieją się w obie strony. 

W przypadku Sylwii i Mateusza jesteśmy świadkami dziwnej fascynacji między nimi. Ona uwielbia patrzeć na jego usta, oczy i włosy. Uważa, że żaden chłopak nie jest taki piękny - mój Boże, ja nie wiem jaki kolor oczu mają moi bracia. No i kolejna dziwna rzecz - spanie z bratem. Nigdy z żadnym nie spałam, znaczy jako dziecko, bo później wiadomo, każdy miał swój pokój, ale nie przyszło mi do głowy żeby iść się pakować do ich łóżek. Jejku ja o tym piszę i czuję niesmak. 

Mateusz również uważał Sylwię za wyjątkowo piękną, dodatkowo nie potrafił się jej w niczym sprzeciwić, wykonywał wszystkie zachcianki i kaprysy, miał ogromną słabość do siostry, ale nie taką jak brat do ulubionej siostrzyczki. Moi bracia to żadnej słabości w moim kierunku nie mieli, nie było lekko..

Żeby nie było, sytuacje opisywane wyżej, nie doprowadzały do zbliżenia seksualnego, ale jak dla mnie były nienormalne. Czy zaszło więcej między rodzeństwem, nie napiszę, ale sama świadomość, że rodzeństwo łączyły takie relacje, jest niepokojące.

Muszę wspomnieć, że to nie jest książka bez wad. Bo o ile warstwa psychologiczna rodzeństwa jest świetnie ukazana, tak było kilka wątków, które według mnie, zostały ominięte, a nawet niewyjaśnione. Chyba, że ja przeżywając uczucie między bratem i siostrą, coś przeoczyłam. I kolejna sprawa, po napięciu całej tej historii, gdy dochodzimy do końca, który wyobrażamy jako porządne tąpnięcie, okazuje się, że już faktycznie koniec. Nie wiem, może tak miało być, ale czegoś zabrakło. Mimo wszystko, uważam, że Środek lata, warto przeczytać. Mnie ta historia porządnie "trzepnęła", mój mózg jednak nie ogarnia tego typu zażyłości. Ja wiem, kiedyś były mariaże w bliskiej rodzinie, ale w moim odczuciu jest to obrzydliwe i tyle. 

Znowu napiszę, że nie każdy odnajdzie się w tej historii, ale nie jest brutalna, nie jest mocno przytłaczająca. Po prostu, jest popieprzona. 


sierpnia 09, 2019

sierpnia 09, 2019

Nie wiem, gdzie jestem

Nie wiem, gdzie jestem



Do przeczytania książki Gayle Forman robiłam kilka podejść. Nie byłam pewna, czy akcja wpasuje się w mój gust. 
Pobrałam sobie na półeczkę i czekałam, aż pojawi się opinia, której w pełni będę mogła zaufać. I ukazała się, od zaufanej recenzentki. Nie pozostawało nic innego jak czytać. A czy i mnie przedstawiona opowieść się spodobała?



Freya ma kryzys. Nikt nie wie, co się stało. Nagle jej piękny głos znikł. I żaden lekarz nie potrafi stwierdzić dlaczego, gdzie tkwi problem. Najgorsze jest to, że wszystko zdarzyło się podczas nagrań do jej pierwszej i wyczekanej płyty. Właśnie w takim momencie. Bezradność młodziutkiej dziewczyny, nacisk ze strony producenta i ogromne oczekiwania matki.

Pośrodku tego wszystkiego, jest ona, zagubiona i nie do końca szczęśliwa. Nie wiedząca gdzie jest i co ma zrobić ze swoim życiem. I nagle, świat jej zabiera grunt pod nogami, dosłownie i w przenośni.

Harun chce postawić wszystko na jedną kartę. Gdy uświadamia sobie, że wybór, przed jakim został postawiony, go unieszczęśliwi, decyduje się na ucieczkę. Tak po prostu. Chce zostawić rodzinę, przyjaciół i uciec. Czy jest to gest odwagi? Czy może raczej przejaw tchórzostwa?

No i wreszcie Nathaniel, przyleciał do Nowego Jorku w jednym celu. Musi tylko odnaleźć wyznaczone miejsce i plan, który został mu wyznaczony, dopełni. Zanim jednak to nastąpi. Spotka na swojej drodze, dwoje przypadkowych osób. I to spotkanie ukaże przed chłopakiem świat z zupełnie innej perspektywy.

Każde z tej trójki odczuwa samotność.
Nie ważne czy mają obok siebie bliskich. Można doświadczać boleśnie wyobcowanie wśród tłumu ludzi. Nie ma reguły. Zrządzenie losu sprawi, że się spotkają. A porozumienie, które się między nimi urodzi, z pozoru egoistycznych pobudek, pomoże rozumieć coś bardzo ważnego.

Tytuł tej książki jest po prostu świetny. Celny pod wszystkimi względami. I gdy tak czytałam sobie o losach Frei, Haruna i Nathaniela, zastanawiałam się, jak często my sami, nie wiemy, gdzie jesteśmy. Mimo że często otoczenie, jest nam jak najbardziej znane. Tutaj chodzi o coś zupełnie innego. Nie ma nic gorszego, jak nie wiedzieć, gdzie się znajduje we własnym życiu. Co zrobić? Jaką podjąć decyzje? Gdzieś pójść..

Nasi bohaterowie są różni, jedyne co ich ze sobą łączy, to zakręt, na którym się znaleźli. Razem, zupełnie przypadkowo. Teraz zbierają swoje siły, by pomóc jeden drugiemu. Ich motywy nie do końca są szczere. Oczywiście nie chcą skrzywdzić jeden, drugiego. Po prostu niekiedy brak odwagi, kieruje nasze decyzje tak, by obejść problem szerokim łukiem. Jednak na końcu i tak, trzeba będzie się z nim zmierzyć. O czym dowiedzieli się również, nasi bohaterowie.

Nie bardzo chcę pisać, z jakimi trudnościami zmierzali się Freya, Harun i Nathaniel, dla mnie najlepszym było odkrywanie ich tajemnic, skrawek po skrawku. Zrozumienie każdego z nich, wczucie w sytuacje. I tak naprawdę, te historie, mimo że różne, sprawiły, że można odnaleźć, chociaż cząstkę siebie.

Jestem pod niesamowitym wrażeniem książki. Fabuła nie jest szalona, wręcz przeciwnie, snuje się miarowo, a jednak czytanie było cudowne. Autorka wspaniale poruszyła wiele problemów. Powtórzę co napisałam na instagramie, za mało jest o tym tytule, nad czym ogromnie ubolewam. Takie książki powinny być polecane. Jeśli ktoś tak jak ja, ma wątpliwości przed czytaniem, niech się czym prędzej ich pozbędzie. Warto!


grudnia 04, 2018

grudnia 04, 2018

Boso ale w ostrogach

Boso ale w ostrogach

Do przeczytania książek Stanisława Grzesiuka, nakłoniła mnie książka Grzesiuk. Król życia, którą wcześniej miałam przyjemność czytać. Były w niej fragmenty tego tytułu, jak i dwóch pozostałych. Sama historia tegoż człowieka wydała się na tyle interesująca, że postanowiłam nadrobić zaległości. I poznać historię tego, który nie bał się życia. Tylko stawał z nim w szranki, nieważne były szanse. Honor był na pierwszym miejscu.

Kim zatem był Grzesiuk, gdzie się wychowywał, jak wspominał swoje lata dzieciństwa i wczesnej młodości? Jak wyglądała ukochana Warszawa, zanim zniszczyła wojenna pożoga? W podróż do przeszłości wybrałam się podczas czytania Boso, ale w ostrogach.

Grzesiuk był człowiek o mocnym charakterze, co często dowodzi w swoich opowieściach, jeszcze z czasów, gdy jako podlotek próbował radzić sobie w życiu. Jego rodzina była po prostu uboga. Ojciec pracował w fabryce, matka zajmowała się domem. Mieszkali, delikatnie mówiąc skromnie. Jednak młody Stanisław nie bał się ryzyka. Potrafił sprzeciwić się starszym i silniejszym, jeśli gra była warta świeczki. Wraz z kolegami z dzielnicy kombinowali ile mogli, by zarobić po parę groszy na własne potrzeby, często by po prostu oddać matce. Najważniejsza była przygoda i niesiedzenie w domu. Tego już jako chłopiec nie znosił. Podobne nastawienie zresztą miał do szkoły. Buntował się na każdym kroku.

Później już jako młody chłopak, doszedł do wniosku, że jakieś wykształcenie jest mu jednak potrzebne. Musiał iść do pracy, by go przyjęli do zakładu, potrzebne były dokumenty. Różnie bywało w nauce. Sporo potrafił nawywijać. W końcu był to niespokojny duch. A jak sam wspominał, sam nigdy nie szukał zwady, jednak zaczepiony nie pozostał dłużny. I tak przeszedł przebojem przez etap szkoły. Wiele bójek zostało wywołanych, kłótni i zatargów z nauczycielami. Bo przecież poniżanie było najgorsze, co mogło go spotkać. Na to nigdy i nikomu nie pozwolił.

Jego relacje z ojcem były dosyć specyficzne. O ile darzył go szacunkiem, bo po prostu tak było wpojone, to nie można powiedzieć, by mieli jakieś specjalnie bliskie relacje. W ich domu było trudno. Nie było awantur, jednak coś sprawiało, że przebywanie w izbie, doprowadzało go do głupich pomysłów. Których i tak nigdy nie brakowało. Robienie żartów sąsiadom czy wrogom. Tak wyglądał zwykły dzień. Zawsze, ale to zawsze działy się przeróżne wybryki.

Jednak to, co cechowało i bije z każdego słowa Stanisława Grzesiuka, zaraz po porywczym charakterze, było jego pozytywne nastawienie do świata. Z niemalże każdej sytuacji potrafił wyciągnąć coś dobrego. Czy nawet naukę, jeśli sprawy obrały taki kierunek? I chociaż jego życie było naprawdę trudne, nie można stwierdzić, by było smutne i przepełnione rozgoryczeniem czy żalem do świata, że jest w tym miejscu, a nie innym. Parł do przodu mimo przeciwieństw rzucanych pod nogi. Był człowiekiem, którego jeśli wyrzuci się drzwiami, wróci oknem. I tak w kółko. Nie ustąpił tylko dlatego, że ktoś mu czegoś zakazał.
 
W książce jest mnóstwo wesołych wspomnień, opowieści o trudnym starcie, ale nie bez nadziei na lepsze jutro. O ogromnej chęci osiągnięcia czegoś lepszego mimo wszystko. I naprawdę podczas czytania, czuje się ten jego optymizm.

Stanisław Grzesiuk miał ostry charakterek. Nie znosił kapowania, nie było nic gorszego w jego mniemaniu od kapusia. I takimi ludźmi szczerze gardził, nie obawiał się pokazać, jak kończą ludzie bez honoru. Przez co jesteśmy świadkami wielu naprawdę poważnych bójek, które nie kończyły się tylko na poobijanej twarzy. Chłopaki z Czerniakowa i Wójtówki nie czuli strachu przed niczym. Jak trzeba było iść na zadrę, nie cofnęli przez strach.

Wiele emocji wywołują wspomnienia z wyjazdów na obozy wojskowe. Możemy w nich przeczytać o wesołych, ale również bardzo poruszających wydarzeniach. Gdzie nawet takiemu wesołkowi, ściskało gardło. I można było ujrzeć, jak wielki był kontrast między Warszawą a odległymi zakątkami kraju. Gdzie mimo biedy w stolicy, mieli i tak więcej niż ci, których spotkał podczas urlopu".

Niesamowite było, jak Oni się ze sobą trzymali, jeden drugiemu pomógł tym, co miał. I grupa stała murem za swoim, choćby nie wiadomo co się miało wydarzyć. Myślę, że teraz niewiele jest tak mocnych przyjaźni, dla których nastawi się karku. A nawet własne życie. Bo chłopaki tak właśnie robili. Nie zważali na konsekwencje.

Ostatnie rozdziały książki opowiadają o wczesnych dnia wybuchu wojny, tego, jakie nadeszły zmiany w Warszawie i okolicznych województwach. Na początku nie było aż takiej agresji. Niemcy poruszali się dosyć niepewnie i mniej zdecydowanie niż później. Dlatego mieszkańcy mogli na lewo radzić sobie utrudnieniami po zamknięciu zakładów pracy. Nie każdy chciał pracować pod władzą okupanta.

Następne miesiące miały się okazać mniej łaskawe, chociaż i tak Grzesiuk miał sporo szczęścia, jeśli można to tak nazwać. Radził sobie dobrze, unikał i przechytrzał Niemców. Oczywiście do czasu. Jak skończyła się dla niego ucieczka, większość wie.

Myślę, że tutaj nie ma sensu polecać. Te książki po prostu powinny zostać przeczytanie. Cieszę się, że do mnie trafiły i mogłam na kartach stron uczestniczyć we wspomnieniach życia tego człowieka.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

listopada 29, 2018

listopada 29, 2018

Lawenda w chodakach

Lawenda w chodakach


Pamiętacie swoje pierwsze samodzielne wakacje, takie ze znajomymi, bez nadzoru dorosłych? Emocje towarzyszące i radość z przygody. Chyba każdy ma w swoich wspomnieniach taki wyjazd. Nie ważne czy to był zagraniczny, czy tylko kilka kilometrów od domu. Ważne, że nie było z nami rodziców i innych opiekunów. Pełna beztroska.

Pierwsze próby bycia dorosłym, udowodnienia, że się odnajdzie w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Zwłaszcza kiedy taki wyjazd, był w towarzystwie pierwszej miłości.

Dwie pary, które poznaliśmy w poprzednich tytułach z serii miętowej, wybierają się na wakacje objazdowe. W planach mają, najbardziej znane miejsca w Europie. Do dyspozycji samochód i odłożone oszczędności. I przede wszystkim - wielki optymizm.

Dla Kuby i Magdy szczęśliwych narzeczonych jest to kolejna przygoda we wspólnym związku. Oboje są przekonani, że ten wyjazd będzie niezapomniany. Wiktor i Damroka, mają przeżyć prawdziwy test swojego uczucia. I chociaż oboje deklarują o własnej lojalności, to jednak pobyt w tak odmiennym środowisku, daleko od domu, pokaże, że nie wszystkie obietnice łatwo jest dotrzymać.

Również dla obu dziewczyn, wspólne wakacje wiele nauczą. Bo Magda, jak i Damroka, będą miały różne poglądy i odmienne reakcje na pewne sytuacje. I z pozoru beztroski wyjazd, okaże się testem dla wszystkich razem i każdego z osobna. A wszystko w pięknych sceneriach i tym jedynym i wyjątkowym letnim klimacie.

Przeczytałam już dosyć sporo tytułów z tej serii. Jednak to Lawenda w chodakach, była dla mnie najbardziej przyjemna i wciągająca. Co nie znaczy, że inne są złe. Po prostu tutaj niesamowicie wczułam się w wyjazd tych młodych ludzi. Wspominałam swoje własne wyprawy.

Zazdrościłam im odwagi, tego, jak się zdecydowali na kemping w tych cudnych miejscach. Gdzie dla mnie, szczytem odwagi, była samodzielna podróż nad morze pociągiem. I wydawało mi się wtedy, że po prostu osiągnęłam szczyt dorosłości. W sumie nawet teraz nie grzeszę pewnością siebie. Nie umiem z dnia na dzień, wpakować się w pociąg i pojechać, zdobywać szczyty, czy też gapić na piękne fale, bo mam taką ochotę. U mnie zbyt wiele jest analiz. Sprawdzania wszystkich za i przeciw. I niestety, to nie przyszło z wiekiem, zawsze musiałam przemyśleć podejmowane decyzje. Moja spontaniczność kończyła się na wagarach.

Dlatego tak świetnie czytało mi się, o wszystkich przygodach tej czwórki. Te perypetie związane z kempingami. Jejku, jak ja bym chociaż raz, chciała przeżyć klimat kempingu. A nie zawsze wynajęte pokoje w pensjonacie czy hotelu.

Oczywiście nie zabrakło problemów, kłótni zakochanych, zazdrości, która wystawiała na próbę każdą parę. I główny temat zaufania, tego, jak łatwo jest o nim zapomnieć, kiedy w grę wchodziły silne emocje. Obie pary, doświadczyły odmiany, w sobie samych, we własnych związkach. Niektóre zdarzenia zapamiętali na długo. A czy wrócą wspólnie, tak samo, jak pojechali? Odpowiedzi na te i resztę pytań, należy szukać w książce.

Szczerze polecam, jest to chyba najbardziej przyjemny tytuł. I nie będzie cukierkowo różowo, ale podróże i atmosfera wakacji, będą grały pierwsze skrzypce.



 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

listopada 19, 2018

listopada 19, 2018

Grzywa

Grzywa
źródło



Lubicie konie? Może jest ktoś, kto lubi na nich jeździć, może kogoś fascynuje oglądanie wyścigów konnych czy uczestniczenie w nich?

Ja koni od zawsze się bałam, nie w ten sposób, o jakim większość pomyśli, że zrobią mi krzywdę. Kopnie i zabije. Po prostu czułam do nich bardzo silny respekt. I nie rozumiałam wielu rzeczy, które dotyczyły traktowania tych zwierząt. Jedno jednak było dla mnie od zawsze wiadome. To konie zawsze najbardziej cierpiały przez ludzi i dla ludzi. Pod pięknym płaszczem miłości. Tylko jakiej?


Zonia szykuje się do ważnego wydarzenia, niebawem odbędzie się egzamin, dzięki któremu, o ile dobrze pójdzie, otrzyma stypendium. Zanim jednak się to stanie, musi bardzo intensywnie trenować. Pod okiem byłego mistrza jeździectwa — jej ojca. Dyscyplina i zasady, wpajane przez całe dzieciństwo, wpłynęły na jej postrzeganie pewnych spraw, ale czy te wszystkie regułki, rzekome twarde zasady, były tymi słusznymi?

Rodzice nastolatki mają stadninę, jednak ta nie została utworzona z powodu wielkiej miłości do koni. Tak wyszło, ojciec wspomniana sława, matka weterynarz. Często musiała zająć się porzuconymi, chorymi końmi. No i tak jakoś wyszło. Oczywiście mieli też swoje. Bo kto nie chciałby pobierać lekcji u sławy? Człowieka z tytułem i medalami. Co z tego, że sam „bohater”, nie miał specjalnego podejścia do ludzi, a tym bardziej zwierząt. Po prostu wcześniej miał wygrywać wyścigi. Za wszelką cenę. Kluczowe stwierdzenie.

Zonia również miała zrobić wszystko, by zdobyć medale, a następnie stypendium. Miała wykonać to, co zaplanował ojciec. I dziewczyna tak robiła, do pewnego momentu.


Nie bez przyczyny, wspomniałam we wstępie o wyścigach. I zanim nawiążę do książki, chciałam o czymś napisać. Jakiś czas temu, oglądałam relacje z wyścigów jeździectwa. Nie mogłam spać w nocy, akurat nadawali w telewizji i patrzyłam. Cały czas się zastanawiałam. Kto wygrywa? Człowiek? Jak? Siedzi na tym biednym stworzeniu i wydaje polecenia, wcześniej intensywnie go trenując. Czy koń odczuwa radość? Nie zauważyłam, by którykolwiek zarżał z satysfakcji, po dobrze przebiegniętej rundzie. I moje pytanie? Jaki jest cel tego „sportu” i co ma udowodnić?

Zonia, jak jej ojciec i chyba wielu ludzi, którzy wpadli w sidła tego dziwnego pędu, chciała zdobywać medale, mistrzostwa. Chciała być kimś. Tylko jakim kosztem? Już nie chodzi, o to, że jako córka właścicieli, musiała zajmować się obrządzaniem zwierząt. Wykonywała więcej, niż na przykład jej koleżanka, która przyjechała do nich, na same treningi.

Dziewczyna bardzo chciała tego stypendium. Jednak nie mogła przeżyć, że straciła swojego konia. Po pewnym incydencie jej ukochana Grzywa opuściła ich dom. Dlaczego? I czy musiało się tak wydarzyć. Mimo czasu ona ciągle myślała o swoim koniu. Próbowała go odszukać. W pewnym momencie do tych poszukiwań dołączył jeden z pracowników jej ojca. Młody chłopak. Bojaźliwy w stosunku do koni. I nierozumiejący radości ze zmuszania zwierząt, do wykonywania poleceń. Za wszelką cenę.

Bo musicie wiedzieć, że konie biegające w wyścigach, te piękne nagrody, ten cały splendor, przepłacają życiem. Nie czują radości. Częściej ból i strach. No ale, przecież one muszą to robić, by ludzie byli zadowoleni. Bo koń musi poczuć bat, bo bez wędzidła nie będzie posłuszny. Ja bym tym wszystkim bohaterom, włożyła wędzidełko do paszczaków i ciągała, wydając przy tym rozmaite rozkazy.

Tutaj świetną postacią jest mały Staś, ja to dziecko wręcz pokochałam. Za to, jak  swoją dziecięcą szczerością i ciekawością, pokazywał okrucieństwo dorosłych. Straszne jest, czytanie o tym, co człowiek potrafi zrobić dla sławy, dla medalu. Ja rozumiem sport, w którym stajemy do konkurencji osobiście. A nie, siedząc na grzbiecie, wydając polecenia i jeszcze mając za złe, gdy w chwili udręki zwierzę zareaguje obroną.

Przeczytałam tę książkę, utwierdziłam się w tym, co widziałam od dawna. Tutaj mowa o koniach, na nich więc się skupię. Bo one, zawsze musiały cierpieć przez głupotę i egoizm ludzki. Na wojnie, na pięknych przejażdżkach albo wyścigach. I co najgorsze, ludzie Ci, twierdzą, że kochają swoje zwierzęta.

Książkę oczywiście polecam. Zwłaszcza dla tych, którym się wydaje, że takie przejażdżki na konikach, są super cacy, będziemy mówić, co mają robić, a one się ucieszą.


 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle. 

października 29, 2018

października 29, 2018

Dziewczyna z gór

Dziewczyna z gór


Często możemy przeczytać albo usłyszeć, o ludziach zaginionych. Rodzina, znajomi poszukują, włączają się do tego odpowiednie służby. I nie jeden raz bywa, że te osoby już nigdy się nie odnajdują.
Sprawy wiszą nie rozwiązane, bliscy żyją w oczekiwaniu, na jakąkolwiek wieść na temat człowieka, który był i nagle zapadł się pod ziemię.
Co się z nimi dzieje? Z ludźmi, którzy nagle przestali się odzywać, po których ślad zaginął? Ktoś ich zabił? Wywiózł w nieznane? Mnóstwo pytań, a wszystkiemu towarzyszy uczucie strachu i niepokoju.

Pani Małgorzata Warda napisała książkę, w której ukazuje obie strony. Tych poszukujących i samej zaginionej - Nadii. Dziewczynki, której rodzice rano nie znaleźli w jej pokoju.


Tej nocy, Nadię coś obudziło, nie wiedziała dokładnie co, ale była pewna, że w jej pokoju ktoś jest. I to nie jest żadne z rodziców. Później sprawy potoczyły się szybko, za szybko. Mężczyzna, który jakiś czas wcześniej ją zaczepił, zakazał się odzywać, bo inaczej może stać się krzywda rodzicom.
Szli w stronę obwodnicy, dziewczynka nie miała pojęcia, czego chce porywacz, czy ją zabije? Bała się bardzo, chciała uciec, zawołać kogoś o pomoc, ale się bała. W końcu nastąpiło nieuchronne, samochód ruszył i odjechali.

Podróż trwała bardzo długo, jechali całą noc, aż wreszcie dotarli do miejsca, gdzie stał tylko jeden dom, w środku lasu. Dookoła, nie było widać żywej duszy.
W tym małym, opuszczonym domku, musiała sprostać strachowi, samotności i pytaniom, które piętrzyły się z minuty na minutę. Była sama, daleko od rodziców. Nie wiedziała, czy ich jeszcze zobaczy. Kiedy zaczną szukać? I jak zareagują, gdy zauważą zniknięcie córki.

Nieobecność Nadii została zauważona nazajutrz. I szybko poinformowano policję o zaginięciu. Gdzie mogła pójść, jak to się stało, że niczego nie zauważyli, ani nie usłyszeli? Poszła dobrowolnie, a może ktoś jej zagroził? Brak jakichkolwiek śladów. A czas płynął, dni mijały, śledztwo nabierało rozmachu - bezskutecznie. Nadii nigdzie nie było.

Tymczasem dziewczynka, musiała stawić czoła nowej rzeczywistości. W lesie, gdzie tuż obok, żyły wilki. Nie mogła uciec w poszukiwaniu pomocy.


Książki Pani Wardy, mają to do siebie, że poruszają trudne i często skomplikowane warstwy psychiki człowieka. Gdy sięgałam po Dziewczynę z gór, wiedziałam, że na pewno będzie interesująco, sam fakt, że dotyczyła porwania dziecka, które zostało zmuszone do zamieszkania na odludziu, budziło wiele emocji. No, ale kiedy już rozpoczęłam czytanie, zrozumiałam, że sprawa będzie bardziej złożona, niż przypuszczałam.
Przede wszystkim porywacz - Jakub. Bardzo długo, nie wiemy, co nim motywuje. Dlaczego porwał Nadię, co zamierza. Ona sama, często zadaje mu pytanie, co z nią będzie? Jednak nie otrzymuje odpowiedzi. Praktycznie niewiele dowiaduje się od tego człowieka, który w większości milczy. A jeśli się odzywa, to tylko wtedy, by udzielić wskazówek, albo coś zaproponować.

Co najważniejsze, narratorem jest sama Nadia, opowiada nam o swoim życiu, ale ukazuje również to, co działo się w jej domu, w czasie gdy została porwana. Okres poszukiwań i emocji, które towarzyszył rodzicom. Tajemnice, jakie ujrzały na światło dzienne, za sprawą tego wydarzenia.
Jednak najważniejszym, jak dla mnie, były opisy jej przeżyć. Gdy jako dziecko, musi zmierzyć się z lękiem, pogodzeniem z nagle i brutalnie zmienioną rzeczywistością. Gdy w człowieku, który wyrządził jej największą krzywdę, zaczęła szukać tego, co utraciła. Poczucia bezpieczeństwa i wspólnoty. I chociaż wydaje się to niemożliwe, Nadia była dzieckiem. Nie mogła pozostać sama sobie, nie radziła z własnymi przeżyciami. A Jakub, jakkolwiek by to brzmiało, nie zrobił jej krzywdy - oprócz porwania.

Emocje, towarzyszące podczas czytania są ogromne, to my musimy w pewnym momencie, wraz z dziewczynką, zacząć szukać motywu, w działaniach Jakuba. Dlaczego tak postąpił? Nie chciał okupu, nie chciał jej skrzywdzić.
Z każdą kolejną stroną, ocena tego człowieka, nabiera innego wymiaru. Zostają odkrywane, bardzo istotne części układanki. A zakończenie tej historii, nie będzie zapowiadało się tak, jakbyśmy oczekiwali tego na początku.

Jestem pod ogromnym wrażeniem Dziewczyny z gór, wciągnęła mnie od pierwszej strony. Pochłonęłam tę historię w jedno popołudnie. I niesamowicie wczułam się w wydarzenia, jakie zostały opisane. Z jednej strony, byłam ciekawa motywu porywacza, z drugiej, tego, jak wyglądały poszukiwania, czy znajdą swój pozytywny finał. By wreszcie, zadać najważniejsze pytanie - jakie zakończenie będzie najlepsze?
Przyznam się, że ten tytuł, plasuje się bardzo wysoko w czołówce. Powinien zyskać na rozgłosie. Bardzo ważna, świetnie napisana książka. Ukazuje wiele perspektyw. A to było, niesamowite.

 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

października 01, 2018

października 01, 2018

Kiedyś na pewno

Kiedyś na pewno


Nie muszę chyba przypominać, jak ogromną jestem fanką Ewy Nowak. Mimo, że mój wiek, dawno przestał mieścić się w przedziale, do którego kierowane są książki autorki, to i tak uwielbiam po nie sięgać i zagłębiać się w lekturze. Oczywiście nie mogę powiedzieć, by każda pozycja była świetna i tak samo wywierała wrażenie, ale jest w nich wszystkich coś wspólnego. To różne problemy młodych, dorastających ludzi, którzy w różny sposób radzą sobie, z tym co przynosi odpowiedzialność za własne decyzje. 

Od dłuższego czasu zagłębiam się w serii miętowej, która to ma swoje wznowienie, a ja, doczytuje tytuły, które wcześniej nie miałam okazji. Dzisiaj napiszę o "Kiedyś na pewno".


Kamila jest tancerką, jej życie jest podporządkowane treningom i występom. Nie wyobraża sobie, by ten schemat mógłby zostać zburzony. Wakacje jak zawsze, ma spędzić na zgrupowaniu. Razem ze swym partnerem tanecznym, tworzą jedną z najlepszych par. Zaraz po przyjeździe dziewczyna poznaje chłopaka, który również przyjechał na obóz sportowy. Przypadkowe spotkanie, a jednak coś w tym z pozoru drażniącym młodzieńcu będzie przyciągało Kamilę.

I może nie byłby to problem, gdyby nie drobny fakt, na nastolatkę czekał Artur - jej chłopak.

Nie żeby kilka rozmów miało być czymś złym. W końcu na obozach poznaje się nowych ludzi. Dziewczyny i chłopców. I przez długi czas, dziewczyna tak sobie tłumaczy swoje zachowanie. Oczekiwanie nowego znajomego, tego co się wydarzy. Coraz rzadsze sms-y do ukochanego, przecież nic złego nie robiła.

Nie przewidziała jednego. Podjęte decyzje, często zmieniają bieg wydarzeń, nie tylko samej głównej zainteresowanej, ale również i innych ludzi.


Dorota nie mogła się doczekać roku szkolnego. Wakacje u babci, w dodatku z młodszą i upierdliwą siostrą. Rodziców jak zwykle nie było, wiecznie w rozjazdach. Taka jest cena, bycia sławnym.
Niestety ofiarami w tym wypadku, były dwie dziewczynki, jedna dorastająca, a druga sporo młodsza. Ślepo zapatrzona w mamę i tatę, którzy pojawiali się w domu bardziej jak goście.

Starsza z sióstr była mocno zakompleksiona, widok w lustrze nie poprawiał perspektywy, a cała reszta, również nie jawiła się lepiej. I kiedy w nowym roku szkolnym, pojawia się nowy nauczyciel WF-u, którym jest bardzo przystojny student. W brew oczekiwaniom, interesujący się, właśnie Dorotą.


Jakie zmiany w życiu obu dziewczyn, przyniosą nowe znajomości? Trudne wybory, jeszcze trudniejsze konsekwencje.

Kiedyś na pewno, wywołało we mnie sporo emocji. Muszę się przyznać, że nie bardzo polubiłam Kamilę, jej postępowanie i decyzje, które podejmowała, bardzo kłóciły się z moimi przekonaniami. Ja wiem, młodość ma swoje prawa, nikt nie jest święty. No ale, jakoś nie potrafiłam patrzeć, na jej niezbyt uczciwe zachowanie, względem swojego chłopaka. 

Ogólnie, w tej dziewczynie było coś antypatycznego i z całym moim obiektywnym podejściem do sprawy, nie potrafiłam patrzeć przychylniej. 

Inaczej sprawa wyglądała w przypadku Doroty, jej było mi jakoś szkoda. Nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji, jaką zaserwowali rodzicie, zresztą do nich, od wielu lat odczuwała niechęć. Co gorsza, młodsza siostra, jakby była ślepa na ich zachowanie. Ćwierkała uszczęśliwiona, a ją, Dorotę, stawiała zawsze w najgorszym świetle.

Dziewczyna, jeszcze w czasie pobytu u swoich dziadków, dopuszcza się pewnego nieodpowiedniego występku. Później sumienie, będzie dawało o sobie znać, a chęć naprawy, przytłoczy. Jednak w chwili, gdy poczuje, że musi coś zrobić, okaże się, że ktoś od dawna wiedział, o tym, co zrobiła. I miło ją zaskoczył.

Była jeszcze sprawa, nowego nauczyciela WF-u, przystojnego studenta. Młodzieniec, od początku zwrócił uwagę na Dorotę, co zauważyły jej koleżanki. Tylko dlaczego właśnie na nią? W końcu nie należała do piękności, jej figura pozostawiała sporo do życzenia. O co chodziło? 
Przyznam się, że takiego obrotu sprawy, w życiu bym się nie domyśliła.  To było naprawdę, zaskakujące.

Kolejny tytuł serii miętowej, poruszający ważne sprawy. Tutaj mamy do czynienia z decyzjami, które często prowadzą do poważnych konsekwencji.
Jak zatem nasze bohaterki sobie z nimi poradzą, i czy wyniki tych postępowań, doprowadzą do ich przemiany?
 
 
 Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe motyle.
 

lipca 16, 2018

lipca 16, 2018

Zbyt piękne — to, to nie było

Zbyt piękne — to, to nie było



Pamiętam, kiedy pierwszy raz trafiłam na książkę Olgi Rudnickiej, było to wiele lat temu. Zaraz po jej debiucie. Tak, jestem czytelniczką, która zaczęła swoją przygodę od pierwszego tytułu i wyczekiwałam każdego kolejnego, wręcz z utęsknieniem. Pamiętam również, jak bardzo byłam zachwycona style, humorem i prowadzeniem fabuły. I tego, jak z każdym kolejnym rokiem, autorka podwyższała sobie poprzeczkę, i byłam dumna z własnego odkrycia. Bo wiem, że wielu czytelników trafiło na rudnicką, gdy była już rozpoznawalna. Ja pamiętam czasy, gdy trzeba było się naszukać informacji, na temat premiery.

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem wierną czytelniczką. To znaczy - byłam. Do tytułu, o którym dzisiaj będę pisała.

Zuzanna i Tymoteusz kupują dom. Oboje są zachwyceni perspektywą przeprowadzki, do własnych czterech ścian. I to nie jakiegoś mieszkania. Tylko prawdziwy, najprawdziwszy dom z ogrodem. Każde na swój sposób, planuje najbliższą przyszłość.
Zuzanna zaciągnęła kredyt na poczet nieruchomości, podjęła już pracę w nowym miejscu zamieszkania. Nic, tylko rozpoczynać zupełnie nowe życie. Daleko od rodziny, a konkretnie od matki i siostry.

Tymoteusz ma nieco inne plany, po błędach, których doświadczył na własnej skórze i portfelu, postanawia nieco inaczej poprowadzić własny biznes. Zakupiony za gotówkę dom, osobiście wyremontuje, a następnie sprzeda. Dzięki temu zaoszczędzi na nerwach i często niezbyt rzetelnych ekipach wykończeniowych. No i podobnie jak Zuzanna, chce na trochę pobyć z dala od rodziny, zwłaszcza brata.

Żadne z nich, nie ma pojęcia, że padło ofiarą oszustwa. Zakupili ten sam dom, teraz pozostaje pytanie. Co zrobić z problemem, jak rozwiązać sytuacje, kto ma odpuścić i przede wszystkim, gdzie podział się człowiek, który nabił ich w tak zwaną butelkę?


Zapowiedź wydawała się bardzo ciekawie. Wiadomo, kto poznał Rudnicką, ten mógł się spodziewać, że będzie mnóstwo śmiechu, pomyłek i przezabawnych sytuacji. Prawda? Bo z tym kojarzymy autorkę. Z jej czarnym poczuciem humoru, ciekawym wątkiem kryminalnym, który może nie jest, na nie wiadomo jakim poziomie, ale dodaje smaczku i czyta się naprawdę dobrze.
Takie było założenie. Było, bo już po pierwszych stronach, poczułam niepokój. Jakbym czytała książkę, nie swojej autorki. Mimo wszystko dzielnie brnęłam dalej, tak właśnie. Brnęłam przez dialogi, które z każdym kolejnym, doprowadzały mnie do niesmaku, zażenowania, a chwilami szoku. Ponieważ nigdy w życiu, nie spodziewałabym się, by Olga Rudnicka, napisała coś takie beznadziejnego.

Przede wszystkim postać Zuzanny, cały czas się zastanawiam. Jako kto, miała być ona ukazana? Feministka? W takim razie wyszło to, bardzo obraźliwie. Na płytką i nierozgarniętą pannicę? Bo widząc opisy zachowania, odnosiła wrażenie, że postać tej kobiety, została sprowadzona do chamstwa i prostactwa.

Z jednej strony gardziła każdym mężczyzną, z drugiej jednak oczekiwałaby każdy na jej nieme zawołanie, pobiegł i pomógł, oczywiście nie licząc na słowo „dziękuję”, bo przecież JEJ się należało.
Kolejna sprawa. Poziom dialogów jest tak żenujący, że po prostu oczy mi wylewały się z wrażenia. „Chcę, żebyś mi pomógł, ale nie, jesteś facetem - więc spadaj. No, dlaczego mi nie pomagasz? Przecież jestem kobietą! Nie, nie rób tego, dam sobie radę, w końcu kobiety nie są słabe!”

Boże Wszechmogący i Wszyscy Święci! Tak było CAŁY CZAS! Nie wiem, jaki był ten wątek kryminalny, bo on umarł w butach, w momencie, gdy do głosu została dopuszczona Zuzanna. I te jej numerowane uśmiechy. Naprawdę? To było tak żenujące i płytkie, że aż mi było wstyd, za panią Rudnicką. Stworzyć postać kobiecą, w tak brzydkiej formie. I proszę mi nie wmawiać, że to groteska. Ja już widziałam pseudo groteskę u innego „wieszcza". 
Widać to, co budowała Olga Rudnicka, przez tyle lat, poszło do lasu. A teraz, weszła tandeta, brak klasy i jakiegokolwiek poziomu. Smutne.

Tymoteusz, niewiele mogę na jego temat napisać. Był niczym statysta. Ponieważ musiał być. I nic więcej. Wszystko kręciło się wkoło Zuzanny, jej absurdalnych zachowań. On albo jej unikał, albo się bał, bądź też biadolił w myślach.

Seksistowskie przytyki, żarty. Proszę mi wierzyć. One mogą być śmieszne sporadycznie, ale nie przez calutką książkę. Ani razu, nie poczułam się rozbawiona. Byłam zła, rozczarowana i zniesmaczona. Już przy "Były sobie świnki trzy", stało się coś złego. Miałam nadzieje, że to chwilowy spadek formy. Niestety, po tej książce już nie mam złudzeń. Dodać muszę, że nie zdołałam jej dokończyć. Starałam się, ale już przy końcu, po prostu odłożyłam. W planach miałam spalenie, ale zrezygnowałam. W zimie pójdzie do pieca.

Pozostaje mi odpuścić. Szkoda mojego czasu i nerwów. Będę wspominała wcześniejsze tytuły, mając nadzieje, że może kiedyś, autorka zauważy, że ta droga, na którą weszła, nie poprowadzi daleko.
Myślałam, że jestem odosobniona w swoim odbiorze, ale nie. Sporo osób, nie tylko oceniających na blogach czy portalach książkowych, podzieliło się swoją opinią. Niestety negatywną.

Cóż, mogę napisać tylko tyle. Ja tej książki nie polecam. A każdy zdecyduje sam.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Secretum.

czerwca 06, 2018

czerwca 06, 2018

Dane wrażliwe

Dane wrażliwe
źródło


Kłamstwo, z pewnością nie jeden z nas. Ja też, nie jeden raz powiedziało nieprawdę. Najnormalniej w świecie skłamało. Czasem jest ono potrzebne. Jak mówią, jeśli prawda miałaby zabić — skłam. Tylko, czy na pewno? Jak to się ma z tym mówieniem prawdy, a wykorzystywaniem kłamstwa do korzyści. I czy rzeczywiście, niewinna wymyślona historyjka, może wywołać lawinę nieprzewidzianych zdarzeń?


 
Nina jest uczennicą gimnazjum. Jak jest w gimnazjum, większość wie, nieliczni wspominają ten etap z radością. Większa grupa czekała, aby jak najszybciej, zakończyć ten etap życia. Bo ani to jest się dorosły, a już nie dzieckiem. I ta rywalizacja wśród rówieśników. Każdy chce się czymś wyróżniać.
Poczuć lepszym od koleżanki/kolegi. Nina również. Niestety, nie należy bogatych, ani nie jest chodzącą pięknością. Zwykła dziewczyna, która zrozumiała, że aby być akceptowanym, należy spełniać określone warunki.

Zazwyczaj nie wdawała się w konflikty, ale akurat tego dnia, coś w niej pękło. I kiedy koleżanka, dawna przyjaciółka, zarzuciła Ninie, że nigdy nie miała chłopaka. Pod wpływem chwili, skłamała. Na prędko wymyślona historyjka. Miała tylko przez chwilę cieszyć. Później, wiadomo. Udałoby się, że coś nie wyszło. No ale, chłopak był. Prawda?

Dziewczyna wygrała rozgrywkę, ale chyba nie miała pojęcia, że partia, którą rozpoczęła. Zakończy się zupełnie inaczej, niż by się spodziewała. Tylko, gdy przyszło do poniesienia konsekwencji, wycofania słów. Nagle okazało się, że nie będzie łatwo. A efekt kuli śnieżnej, został wprawiony w ruch. I napędzał z każdym, kolejnym dniem.
 
 


Kiedy przeczytałam opis książki, mniej więcej próbowałam sobie wyobrazić, jakim pójdzie schematem. I bardzo mocno się pomyliłam. Bo akurat, tego, co postanowiła pokazać autorka, się nie spodziewałam. Chociaż cała fabuła, nie należy do porywających, to jednak czytało się bardzo szybko.

Nina jest nastolatką jakich wiele. W domu bywa różnie. Ojciec pracuje w Warszawie, a cała rodzina mieszka w Augustowie. Jak więc nie trudno się domyślić. Widują się tylko w weekendy. Matka jest dosyć drażniąca. Jej głównym zadaniem, to gra pozorów. Przed ludźmi. Nie ważne są odczucia bliskich. Grunt, by mieszkańcy miasteczka, mieli swoją wersję, idealnej rodziny.

Dziewczyna wiele lat temu przestała zabiegać o przyjacielskie relacje z matką. Od tamtej pory, nauczyła się, by słuchać, nie słuchając, unikać i robić wszystko, byle tylko, nie obyło się, od wymówek i narzekania.

Wszystko w jej życiu, dzieje się nie tak jak trzeba. W domu nie ma spokoju. W szkole i nawet poza nią brakuje prawdziwiej przyjaciółki. I nagle, gdy dochodzi, do tego nieszczęsnego kłamstwa, zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Jak wyplątać się z czegoś, co pociągnęło za sobą lawinę sytuacji, nad którymi straciła kontrolę?
 


Książka wywołuje wiele emocji, tak szczerze mówiąc, nie umiem powiedzieć, czy spełniła moje oczekiwania. Największym atutem jest, szybkie czytanie. Strony same się przewracają. Gdybym miała opisać fabułę, jako takiej, nie było. Cały czas, przyglądamy się, jak Nina brnie w swoim kłamstwie, jakie niesie ono za sobą skutki. I w sumie, można by tylko zatrzymać się na tym głównym wątku. Mnie jednak zaciekawiło co innego. Zachowanie matki, która patrzyła tylko i wyłącznie na wizerunek w opinii publicznej, mniejsza o odczucia rodziny.

Wiele było sytuacji, które mnie denerwowały. Między innymi, no niestety, naiwność Niny, która wiedziała, jakie są jej koleżanki, potrafiła podejmować decyzje, które ją tylko pogrążały.

Cóż mogę jeszcze napisać. Myślę, że Dane Wrażliwe, są dobrą lekturą dla młodych czytelników. Może historia Niny, pomoże spojrzeć na pewne sprawy, z innej perspektywy. Może zapobiegnie podobnym sytuacjom. I przede wszystkim, sprawi, że młodzież, zrozumie, że bycie innym, nie oznacza gorszym. A próbowanie doskoczyć, do innych, byle tylko być akceptowanym, mija się z celem. Nic na siłę, a na pewno, nie wbrew sobie.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

lutego 05, 2018

lutego 05, 2018

Wszystko, tylko nie mięta

Wszystko, tylko nie mięta




Swoją przygodę z książkami Ewy Nowak, rozpoczęłam jakoś pośrodku, kiedy część Miętowej już podbiła serca czytelników, a kolejne miały to zrobić.

Planowałam sięgnąć po te pierwsze wydania, bo jak wiadomo, ciekawość czy faktycznie pierwsze był dużo lepsze od później pisanych książek, no i w ogóle. Po prostu lubię pióro autorki, nawet jeśli bywały tytuły, mniej wciągające, to nie umiem sobie odmówić, sięgnięcia po kolejny.

Tym razem padło na Wszystko, tylko nie mięta, w odświeżonym wydaniu. Czy ładniejszym? Kwestia dyskusyjna, poprzednie również miały swój urok. Najważniejsze jest wnętrze i jego przesłanie, czy trafiło do mnie? O tym już za chwilę.

 
 
Poznajemy pięcioosobową rodzinę Gwidoszów. Rodziców i trójkę dzieci. Najstarszy syn jest już w klasie maturalnej, przystojniak jak się patrzy, który zdaje sobie sprawę z uroku, jaki wywiera na płci piękniej. Kolejna jest Malwina, dorastająca panienka, na etapie pierwszych zauroczeń, porywów serca i fascynacji. No i Marynia, najmłodsza latorośl, przysparzająca starszemu rodzeństwo nieco kłopotów, ale i radości. Wiadomo jak to w rodzinie.

Przyglądamy się każdej postaci, poznając ich marzenia, radości oraz troski. Jedno należy przyznać. Gwidoszowie mimo zróżnicowania charakterów, tworzą zgraną całość, która może na siebie liczyć w każdym momencie, ale czy w praktyce, gdy nagle coś się przeoczy, bo przecież zawsze było dobrze, w porę zostanie zauważony problem jednego z członka rodziny?

Kuba, pewny siebie, kochający rodzeństwo, ale jak to nastolatek, nieokazujący uczuć. Mówiący szczerze i głośno na temat poglądów w pewnych spraw. Przez przypadek nawiązuje znajomość z pewną starszą kobietą, która otworzy mu oczy, że bardzo często, najciemniej bywa właśnie pod latarnią.

Malwina, jeszcze nieumiejąca zobaczyć w sobie piękno, dojrzewanie to taki okres, że jeden mały pryszcz wydaje się katastrofą, a co dopiero nieodpowiednia waga. I co z tego, że każdy chwali jej zgrabną sylwetkę, ona chce być piękna. Zwłaszcza teraz, gdy jej obiekt westchnień, nie jest byle kim.

Marynia, najmłodsza obserwatorka wszystkiego, co dzieje się w domu. Zadająca trafne pytania, nie pozwala zbyć się, odpowiedzią na odczepnego. Bardzo bystra i dociekliwa. Taka mała domowa iskierka.

No i rodzice, tato kochający mamę, nawet, wtedy gdy jej pomysły nigdy nie znajdują zakończenia. I mama, co chwilą ruszająca z nowym projektem na siebie, próbuje swoje siły w psychologii. Zupełnie nie podobna do swojej matki, przyglądającej się córce, z pobłażaniem a czasem i troską. Właśnie babcia, bardzo często będzie mówiła bez ogródek, co trzeba, filar rodziny.

 
Lubię czasem zaglądać do innych rodzin, do ich życia, które prowadzą. Tacy zwykli „Kowalscy”, którzy nie wyróżniają się z tłumu, a jednak potrafią przytrzymać uwagę, na dłużej. I tacy właśnie są Gwidoszowie, normalni, bez sztuczności. Kochają, spierają, ale i czasem pokłócą. Jak to bywa w większości domach.

Niby można by na tym skończyć, bo przecież opisywanie codziennego życia, przypadkowych ludzi, nie musi być interesujące, ale często to właśnie, patrząc na innych, możemy zrozumieć swoją sytuację, czy aby też nie znajdujemy, czy znaleźliśmy w podobnej sytuacji?

Bardzo interesującym wątkiem, jest ukazana relacja między Kuną a pewną panią, która będzie otwierała oczy nastolatkowi na pewne rzeczy. Na to, by nie czuł się pewny we wszystkim i wszystkich. Bo czasem, nawet w najbliższym otoczeniu, można nie zauważyć, że dzieje się jakaś tragedia. Ludzie cierpiący, nie zawsze chodzą z męczeńskim wyrazem twarzy, nie. Wręcz przeciwnie, bardzo dobrze się maskują.

I wreszcie rodzice, no w końcu można powiedzieć idealni, tacy o jakich, nie jedno dziecko mogłoby marzyć. Rozmawiali ze swoimi latoroślami, uczestniczyli w ich sprawach. I nagle, coś w pewnym momencie uśpiło ich czujność. Czy popełnili błąd? Czy byli winni, temu, co się wydarzyło?

Może i ta historia jest zwyczajna, może nie wywiera ogromnego wrażenia na czytelniku. Jednak uważam, że właśnie przez swoją zwyczajność, tak dobrze trafia do odbiorcy, ukazując normalne życie, codzienność, w której znajdujemy się wszyscy i zdarzenie, na jakie często nikt nie jest przygotowany. Jak radzić sobie w sytuacji, gdy nie zauważymy, że członek rodziny cierpi, że coś dzieje się złego, w chwili, gdy sprawa nabiera poważne rozmiary. Co zrobić, jak zareagować?

Myślę, że jest to świetna książka, dla rodziców i nastolatków. Żeby jedni i drudzy potrafili zrozumieć, że czasem warto zadać pytanie, nawet gdy boimy się, usłyszeć odpowiedzi. Bo najważniejsza jest szczera komunikacja. Bez tej, nawet z pozoru idealna rodzina, zacznie mieć swoje rysy i pęknięcia.

Książkę oczywiście polecam, bardzo dobrze się czytać, jest lekka, ale jak to u Ewy Nowak, z odpowiednim przesłaniem.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.

grudnia 28, 2017

grudnia 28, 2017

Grzesiuk król życia

Grzesiuk król życia
źródło

Odkąd pamiętam, biografie stanowiły dla mnie wyzwanie. Bo czytanie o życiu kogokolwiek wydaje się wkraczaniem w sferę, która nie zawsze powinna być ujawniona. Takie jest moje zdanie. Z drugiej strony, ciekawość ludzi, którzy w taki czy inny sposób zasłynęli bądź wpłynęli na życie społeczeństwa, budzi pewne zainteresowanie.

Dosyć nieśmiało i niepewnie poruszam się po tej właśnie tematyce. Podczytuje biografię, wspomnienia ich samych i ludzi, którzy znali daną osobę. Tym razem padło na Stanisława Grzesiuka. 

 
 
Słyszał o nim niemalże każdy, a ten, kto nie słyszał, powinien swoją niewiedzę choćby troszkę uzupełnić. Żeby być świadomym istnienia tego człowieka. I chociaż jak każdy z nas, nie był idealny, to jednak nie można powiedzieć, że był zwykłym artystą, który sobie po prostu trafił na dobry moment i wypromował.

Grzesiuk to osobowość, obok której nie można przejść obojętnie. Wychowywał się w Czerniakowie i część wspomnień pochodzi właśnie stamtąd. Jednak jego domem i miejscem, które kochał całym sobą, którego był i jest wizytówką to Warszawa.

Śpiewał o niej, tworzył dla niej, po prostu żył tym miastem, które zachował w pamięci, jeszcze przed wybuchem wojny.

Niektórzy twierdzą, że jest to nazbyt przerysowany obraz, że takiej Warszawy nie znajdzie się w rzeczywistości, ani też w kronikach. Może prawdą więc jest, że Warszawiakiem trzeba się czuć tam w środku, a nie tylko mieszkać. To coś, co ponoć zrozumieją tylko oni. Ci, którzy wiedzą, że tłum w tramwaju nie jest czymś strasznym, a normalnym. Zwykłe sprawy, a jednak bardzo istotne.

Bardzo ciekawiła mnie postać "Króla życia", skąd ta nazwa, dlaczego właśnie taki przydomek otrzymał Grzesiuk?

Najlepiej zacząć od początku książki, która wprowadza nas do historii tego człowieka w chwili jego śmierci. Brzmi może absurdalnie, ale tak nie jest. Chociaż na mnie ten rozdział tak smutny, a zarazem piękny wywarł ogromne wrażenie.

Gdzieś jest napisane, że Grzesiuk nie miał czasu, żeby umrzeć. On mimo świadomości swojego stanu, był ponad niego, jakby miał mnóstwo spraw do załatwienia. I śmierć po prostu musiała poczekać na odpowiednią chwilę albo zabrać go w tak zwanym biegu.

Jednak zanim śmierć, trzeba cofnąć się do życia. Życia, które często nie oszczędzało. A, które On tak bardzo kochał i jak twierdził, trzeba akceptować takie, jakie się otrzymało. Bez zbędnego narzekania.

Nie lubił nudy, która doprowadzała go do szału. Nawet choroba, nie potrafiła przytrzymać w bezruchu zbyt długo.

"W dzień muszę leżeć, bo pilnuje mnie cały personel oddziałowy.  Wieczorem co pewien czas zagląda lekarz dyżurny. A ja nie mogę uleżeć. Więc wychodzę i robię kolegom różne kawały."*

Na co dzień, nie pokazywał swoich uczuć, które kojarzyły się z trudnymi czasami, wspomnieniami pełnymi strachu, bólu i smutku. Twierdził, że ta sfera nie nadaje się do pokazu. Dlatego większość zachowała go w pamięci jako dowcipnisia, człowieka cieszącego się jazdą "zapchanym tramwajem" albo na niewygodnej desce.

"Sława Przybylska: Wiedziałam o jego obozie, wiedziałam, że był ciężko chory, ale ten człowiek miał w sobie  więcej radości z życia niż ludzie, którzy nie doświadczyli ułamka takiej tragedii jak on.  Pomyślałam, że ludzie, którzy przeżyli taką traumę, potrafią mieć dystans do życia. (...)"*

 
 
 
 
 
Przeczytałam tylko kilka biografii, więc nie mogę poszczycić się wielką znajomości, tego gatunku. Jednak uważam, że właśnie ta, będzie bardzo długą moją faworytką. I chociaż nie lubię oceniać cudzego życia, bo każde wyjątkowe, nosi znamiona cierpień i radości. Wzlotów i upadków, to w jakiś sposób historia Tego człowieka bardzo wryła się w moją głowę.

Może dlatego, że ogromnym podziwem darzę wszystkich tych, którzy byli więzieni w obozie koncentracyjnym. Podziwiam ich za wolę życia, za to, jak potrafią żyć pomimo traumatycznych wspomnień. I co najważniejsze, to zazwyczaj oni, potrafią się najpiękniej uśmiechać do życia. Coś niesamowitego i godnego naśladowania. Bo to właśnie my, będący szczęściarzami urodzonymi i wychowanymi w spokoju, nie umiemy cieszyć się zwykłym dniem. Bo deszcz pada, bo kolejka do kasy, bo kawa za gorzka. Jakie to jest płytkie. I mam na myśli przede wszystkim samą siebie. Często siedzę i najnormalniej w świecie gderam. Zamiast po prostu się cieszyć. Tym, co mam, bo moje mało dla kogoś będzie wszystkim. Więc dlaczego nie jest dla mnie?

Myślę, że powyższy cytat, mówi sam za siebie. Przykre jest jednak to, że dopiero przeżyta tragedia czy trauma, zmusza nas, do uzmysłowienia, czym jest życie.

Książkę oczywiście polecam z całego serca, będę do niej często wracała. Wydaje mi się, że jej nie trzeba streszczać, opisywać by zachęcić. Ten tytuł po prostu trzeba samemu przeczytać, żeby zrozumieć. 
Świetnie napisana, można w niej znaleźć niepublikowane do tej pory opowiadania, opatrzona fotografiami. Jednym słowem - idealna.




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKA.

grudnia 13, 2017

grudnia 13, 2017

Bardzo biała wrona

Bardzo biała wrona
źródło

Mając naście lat, marzy się piękna, wręcz bajkowa miłość. Czasem te wyobrażenia są przerysowane, pod wpływem czytanych książek, oglądanych filmów. Czekając na to prawdziwe uczucie, snuje się plany, jakie będzie? Czy wybranek serca okaże się ideałem?

No i przede wszystkim, skąd wiadome jest, że to, co poczuliśmy, jest prawdziwą miłością i na czym ona w ogóle polega?

 
 
Natalia jest zwykłą nastolatką. Zanim nią została, dorastała w bardzo dobrym domu, pełnym miłości i uwagi. Ma kochających rodziców, świetnego wujka, którego uważała za ideała mężczyzny. Dopóki ten, nie przyprowadził pewnego dnia do ich domu, swojej przyszłej żony. Wtedy właśnie dziewczyna poczuła, że z uczuciami trzeba uważać. I chyba pierwszy raz poczuła, czym jest kogoś utracić.

Teraz kiedy jest już nieco starsza, rozpoczyna naukę w szkole średniej. Nowe wyzwania, ale i znajomi. Może pozna kogoś ciekawego. Nie spotykała się jeszcze z chłopcami. Dlatego też nie zwraca uwagi, gdy starszy Norbert zaczyna się koło niej kręcić. Niby przypadkowe spotkania, rzucone w biegu cześć, no ale co z tego? Przecież on jest z klasy maturalnej, ma swoje towarzystwo, nie taka zwykła Natalia.

A jednak. Chłopak nie bez powodu przecina ścieżki dziewczyny. Okazuje się, że od jakiegoś czasu nie potrafi przestać o niej myśleć. I to myślenie coraz częściej zaczyna przypominać obsesje. O czym niestety nie ma pojęcia główna zainteresowana.


Mija czas, para zaczyna się spotykać. Norbert jest kochanym i uczuciowym partnerem, jednak jego zachowanie dosyć często bywa dziwne. Czego nie zauważa Natalia. O wszystkie złe sytuacje obwinia siebie. Nawet troskę koleżanek zaczyna odbierać jako atak.
Dotąd poukładane życie rodzinne i koleżeńskie zaczyna się rozsypywać. Wszystko kręci się wokół Norberta i jego nakazów lub zakazów. Miłość wymaga poświęceń, ale czy na pewno takich? I tylko z jednej strony?



,,Owszem, gdzieś na samym dnie duszy przyczaiła się mroczna myśl, że w końcu chłopcy mają tysiące rozmaitych dróg, żeby zdobyć dziewczynę, i jedną z nich jest z pewnością czarowanie jej wizją cudownej, wspólnej przyszłości, takiej "na zawsze razem".




Trudna jest to książka. Bo jakże oceniać miłość? Nawet tę źle interpretowaną? Toksyczną? Jakże łatwo powiedzieć stojąc z drugiej strony — zostaw go. Często oceniałam, często mówiłam, co ja bym zrobiła, będąc w cudzej sytuacji. Tak. Jak bardzo prosto jest nam rozwiązywać nie swoje problemy.

Denerwowałam się podczas czytania. Drażniła mnie ślepota Natalii, że nie widziała, jak bardzo jest sterowana przez ukochanego. Tylko że ja nie byłam zaangażowana emocjonalnie. Byłam widzem, który ma ogląd na dwie strony. Łatwo było powiedzieć — zakończ ten związek.

Później przyszło zastanowienie, czy abym sama nigdy nie była niewidząca we własnym życiu? Bo toksyczne relacje zdarzają się, nie tylko w zestawieniu ona i on. Równie dobrze może być przyjaźń, a raczej jej złudzenie. I wiele innych relacji międzyludzkich.

Autorka ukazała nam miłość nastolatków. Naiwnej Natalii i wyrachowanego Norberta, który miał trudne dzieciństwo. W książce padło pytanie — czy trudnym dzieciństwem można wytłumaczyć każdą podłość? Często bywa ona wytłumaczeniem, bo tak jest łatwo. Powiedzieć, miałem w życiu źle, mam prawo teraz się mścić.

Myślę, że jest to jedna z najlepszych, ale i trudniejszych książek Ewy Nowak. Nie potrafię jednoznacznie jej ocenić. Nie umiem napisać, że czyta się dobrze. Bo tak nie jest. Nie potrafię powiedzieć, że jest lekka. Bo nie jest. Jednak jestem pewna, warto przeczytać. Polecam.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe Motyle.


września 24, 2017

września 24, 2017

Tajemnica dziesiątej wsi

Tajemnica dziesiątej wsi



Lato okazało się dla mnie pełne ciekawych tytułów. I chociaż niektóre zostały dawno przeczytane, tak dopiero teraz doczekały się opinii. O ile z czytaniem w ostatnich miesiącach nie miałam problemu, przestojów i tym podobnych, tak z pisaniem już było gorzej. Wynikiem czego, chciałam Wam kochani zaprezentować książkę przeczytaną jeszcze w czerwcu.
Tajemnica dziesiątej wsi bardzo mnie zaciekawiła, czy całość spełniła moje oczekiwania i będę chciała polecić ją Wam?

 
 
Zefiryn jest dzieckiem, mieszka wraz z wujem, któremu się nie przelewa. Pewnego dnia, za namową opiekuna, chłopiec zostaje na noc w kościele, by wykraść cudowny obraz. Noc, która odmieni życie nie tylko Zefiryna, ale wielu ludzi.

I mimo upływu wielu lat, w pamięci pozostaną obrazy ze zdarzenia, którego się dopuścili. W prawdzie nikt ich nie nakrył, sprawa nie ujrzała światła dziennego, to karę i tak otrzymali. Chyba gorszą od tej, którego obawiali się przez całe swoje życie.

Minęły lata, Zefiryn zmarł. Oprócz pamięci o nim. Niestety nie takiej, o której większość ludzi marzy. We wspomnieniach mieszkańców On, jak i jego posiadłość jawiła się złem i czymś, co wzbudzało strach i przerażenie. Co takiego kryły ściany domu? Dlaczego nikt nie mógł przekroczyć progu sieni?

Wiele lat później, wnuk złego i przez niektórych nazwanych przeklętego, przybywa do wioski. Nie kieruje nim chęć poznania korzeni. Trafia w to miejsce karę. Skąd każdy uciekał. On musi zostać i zmierzyć ze sobą, własnym życiem i w dodatku tajemnicą dziadka, a odkrycie jej wzbudzi w młodym przerażenie...

 
 
 
Nie wiem, jak to się stało, ale przygodę z Dziesiątą wsią, zaczęłam od końca. Ja, która zawsze pilnuje, by nie zaczynać serii od końca, czy środka, no cóż. Jakoś tak wyszło. Niemniej jednak, zanim dowiedziałam się, że mam drugą część, ta była przeczytana.

I jestem zadowolona, że zaczęłam nie w tej kolejności. Z przeczytanych opinii, wynika, że poprzednia była słaba. I gdybym wcześniej o tym wiedziała, z pewnością nie sięgnęłabym po Tajemnicę dziesiątej wsi, co byłoby błędem, ponieważ opowiedziana historia, wciągnęła mnie tak bardzo, że nie potrafiłam się oderwać od stron.

Pani Agnieszka Olszanowska pisze bardzo ciekawie, stopniując napięcie. Byłam pod ogromnym wrażeniem, jak można jeszcze pisać tak, by zdaniem po zdaniu, wzbudzić aż takie emocje. Dodatkowo klimat tajemniczości i tego zewsząd otaczającego zła, był niemalże namacalny. Dom Zefiryna wzbudzał niepokój i ten można było poczuć, czytając. Za co ogromne brawo.

Postacie wyraziste, nie płaskie, aby po prostu były. Nawet duchy przeszłości "przemawiały" i wzbudzały odpowiednie emocje. Tutaj do niczego nie mogę się przyczepić. Chociaż aż tak kolorowo nie jest.

Autorka wzbudziła aż tak ogromną ciekawość, której zaspokojenie oczekiwałam przy zakończeniu, przekonana, że wprawi mnie w osłupienie. No i niestety się przeliczyłam. Sam koniec po prostu się stał. I nie bardzo wiedziałam, czy taki był zamiar, czy nagle Pani Olszanowskiej urwała się koncepcja, tak świetnie zbudowanej fabuły. Szkoda ogromna.

Co nie oznacza, że książka nie jest godna uwagi, wręcz przeciwnie. Mnie pochłonęła, nawet gdy musiałam odłożyć, zastanawiałam się nad tajemnicą Zefiryna. A chyba nie ma lepszej rekomendacji, niż taka, że zostaje w pamięci na dłużej. Polecam.
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.
Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger