Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska autorka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polska autorka. Pokaż wszystkie posty

sierpnia 10, 2022

sierpnia 10, 2022

Środek lata

Środek lata

 


Kiedyś pisałam, że książki Małgorzaty Wardy nie należą do łatwych, nie każdy odnajdzie się w zawiłościach ludzkich problemów, które porusza autorka. Niemniej, uważam, że każda do tej pory przeczytana przeze mnie książka, zasługuje na uwagę i poznanie, ponieważ jest niewielu autorów, którzy tak wnikliwe zajmują się emocjami, problemami i potrafią zbudować historię, tak realną, że podczas czytania, odnosi się wrażenie, że jest publikacja oparta na faktach. 

Tym razem sięgnęłam, jak się okazało już po przeczytaniu przeze mnie książki, wznowienie tytułu - Środek lata. Bardzo przyjemny prawda? Nasuwa na myśl lekką historię, osadzoną w porze wakacyjnej, jednak nic bardziej mylnego. Nazwisko Warda na okładce, powinno wzbudzić czujność. I przygotować, że lekko na pewno nie będzie. W takim razie, co było? Jakaż to historia kryje za tą niepozorną okładką i przyjemnym na pierwszy rzut oka tytułem? 


Marlena jest dziennikarką w znanym piśmie, gdy dostaje zadanie zbadania sprawy zaginięcia pewnej młodej dziewczyny, od razu zaczyna działać. Minęło przeszło rok od zaginięcia Sylwii, policja zrezygnowała z dalszych poszukiwań, śledztwo stanęło w miejscu, ale przecież gdzieś musi być jakiś ślad. 

Jak wiadomo, pierwszym miejsce do którego udaje się kobieta, jest dom rodziny nastolatki. Bardzo możliwe, że jest coś, co przeoczyła policja, a jej uda odkryć i posunąć do przodu. 

Razem z Marleną zanurzamy się w relacje rodziny Fey, a dokładnie obserwujemy dzieciństwo Sylwii, Mateusza i Lucyny. Śledzimy wydarzenia z różnych perspektyw, co daje obraz wielu zawiłości w relacjach między trójką rodzeństwa. 

Na uwadze pozostaje pewna bardzo ważna, acz delikatna sprawa. Według nieoficjalnych informacji, sugerowano, że Sylwię i Mateusza łączy związek kazirodczy. Pozostaje pytanie, czy jest to tylko pogłoska i wstrętne domysły, czy rzeczywiście są przesłanki do podejrzeń. I jeśli tak, czy zaginięcie Sylwii jest nieszczęśliwym wypadkiem? Może ktoś odkrył tajemnicę dwojga rodzeństwa?  


Cóż mogę napisać, ta książka nie jest lekka. Wchodzi w głowę tak mocno, że po zakończeniu nie można przejść do codzienności. Ja jeszcze w pracy byłam w fabule. Analizowałam to wszystko co przeczytałam i próbowałam zrozumieć. Jednak zacznę od początku. 

Jak może się wydawać, wątkiem wiodącym powinno być zaginięcie Sylwii oraz rozwiązanie zagadki co się wydarzyło. Jednak autorka zabiera czytelników dalej. Zapoznaje nas z dziećmi, które są ze sobą mocno związane. Jesteśmy świadkami dzieciństwa Sylwii i Mateusza, więzi jaką tych dwoje się darzy. 

Z początku nic nie wydaje się nadzwyczajnym. Dziewczynka choruje, często jest wzywana karetka, co jak nie trudno się domyślić, źle działa na emocje dziecka, dlatego niczym dziwnym jest, chęć towarzystwa brata, w trudnej chwili. 

Później jednak, zauważamy, że myśli i zachowanie dziewczynki odbiegają daleko od siostrzanych uczuć do brata. I muszę napisać, ja mam trzech starszych braci, jak sobie przypomnę dzieciństwo, a później czasy nastoletnie, to nie ma szans, bym chociaż przez chwilę pomyślała, że któryś z nich jest piękny. Szczerze mówiąc, do tej pory nie umiem spojrzeć obiektywnie, nie wiem czy są przystojni, bo dla mnie nie są mężczyznami tylko braćmi. Wiem tyle, że różnią się od siebie wyglądem.  

Dlatego gdy czytałam fragmenty zachwytu Sylwii nad swoim bratem, czułam lekki niepokój i naprawdę trudno było mi  w nich odnaleźć. Następnie doszła zaborcza chęć spędzania czasu i uwagi, a gdy już dochodzimy do etapu młodzieńczości, jest jeszcze gorzej. Co najlepsze, te uczucia dzieją się w obie strony. 

W przypadku Sylwii i Mateusza jesteśmy świadkami dziwnej fascynacji między nimi. Ona uwielbia patrzeć na jego usta, oczy i włosy. Uważa, że żaden chłopak nie jest taki piękny - mój Boże, ja nie wiem jaki kolor oczu mają moi bracia. No i kolejna dziwna rzecz - spanie z bratem. Nigdy z żadnym nie spałam, znaczy jako dziecko, bo później wiadomo, każdy miał swój pokój, ale nie przyszło mi do głowy żeby iść się pakować do ich łóżek. Jejku ja o tym piszę i czuję niesmak. 

Mateusz również uważał Sylwię za wyjątkowo piękną, dodatkowo nie potrafił się jej w niczym sprzeciwić, wykonywał wszystkie zachcianki i kaprysy, miał ogromną słabość do siostry, ale nie taką jak brat do ulubionej siostrzyczki. Moi bracia to żadnej słabości w moim kierunku nie mieli, nie było lekko..

Żeby nie było, sytuacje opisywane wyżej, nie doprowadzały do zbliżenia seksualnego, ale jak dla mnie były nienormalne. Czy zaszło więcej między rodzeństwem, nie napiszę, ale sama świadomość, że rodzeństwo łączyły takie relacje, jest niepokojące.

Muszę wspomnieć, że to nie jest książka bez wad. Bo o ile warstwa psychologiczna rodzeństwa jest świetnie ukazana, tak było kilka wątków, które według mnie, zostały ominięte, a nawet niewyjaśnione. Chyba, że ja przeżywając uczucie między bratem i siostrą, coś przeoczyłam. I kolejna sprawa, po napięciu całej tej historii, gdy dochodzimy do końca, który wyobrażamy jako porządne tąpnięcie, okazuje się, że już faktycznie koniec. Nie wiem, może tak miało być, ale czegoś zabrakło. Mimo wszystko, uważam, że Środek lata, warto przeczytać. Mnie ta historia porządnie "trzepnęła", mój mózg jednak nie ogarnia tego typu zażyłości. Ja wiem, kiedyś były mariaże w bliskiej rodzinie, ale w moim odczuciu jest to obrzydliwe i tyle. 

Znowu napiszę, że nie każdy odnajdzie się w tej historii, ale nie jest brutalna, nie jest mocno przytłaczająca. Po prostu, jest popieprzona. 


stycznia 16, 2022

stycznia 16, 2022

Nie jest za późno

Nie jest za późno




Twórczość pani Agnieszki Olejnik poznałam wiele lat temu. Gdy rozpoczynała swoją przygodę może nie z pisarstwem, ale na pewno wydawaniem tego, co stworzyła.  Moją pierwszą przeczytaną książką autorki była Ava i Tim, skierowana do młodszych odbiorców, ale tak naprawdę dobra dla każdego wieku. I właśnie ta historia, a dokładnie problemy wśród dzieci, przemycone w ciekawą i fantastyczną historię, sprawiły, że poczułam sympatię do debiutującej autorki. Chciałam przeczytać kolejne.  Polubiłam serię smaki życia, później były kolejne. Te bardziej świąteczne zupełnie nie w moim klimacie, ale te poruszające trudniejszą tematykę, według mnie - są genialne. Jak na przykład Mów szeptem.  Dlatego, gdy otrzymałam propozycje przeczytania "Nie jest za późno", pomyślałam, że to będzie kolejne ciekawe spotkanie z twórczością Pani Olejnik, a jakie było? Postaram się dokładnie opisać. 



Poznajemy dwoje nastolatków Anikę i Bruna. Dziewczyna pochodzi z dosyć zamożnej rodziny, specjalnie nic więcej na jej temat nie wiemy. Ojciec ma swoją firmę, matka sklep i na tym koniec. Jest jeszcze pies - Gapa. 
Z kolei Bruno mieszka sam z mamą, nie ma zbyt wielu przyjaciół, tak naprawdę zaraz po szkole wraca do domu. Nie posiada komórki ani konta na znanych portalach społecznościowych. Jest świetnym rozgrywającym w siatkówce. Bardzo lubi czytać książki i co najciekawsze - pisze wiersze, dzięki którym wygrywa konkursy. 

Pewnego dnia, na corocznym Mikołajkowym meczu, organizowanym przez szkoły średnie. Anika i Bruno przypadkiem się spotykają. Ta chwila jest krótka. On idzie w swoją stronę, ona również. Później dziewczyna widzi przypadkowego chłopaka na sali, podczas gry, jest nim nieco zaciekawiona, ale również szybko zwraca uwagę na ubiór - Stary i noszący ślady użytkowania.  Zaczyna rozmyślać kim jest ów młodzieniec, podpytuje kolegów, którzy przyszli kibicować swoim drużynom. 

Anika zaczyna rozmyślać o spotkanym siatkarzu, szuka na stronach portali społecznościowych informacji, ale nigdzie nie ma wzmianki o nim. W jednej z rozmów dowiedziała się w jakich okolicach miasteczka mieszka. Pod pretekstem spaceru z psem, kieruje w stronę, gdzie mieszka Bruno. I w końcu się spotykają. 
Wspólne spacery, które nigdy nie trwają zbyt długo, bo chłopak musi wracać do domu, jego czas jest ograniczony.  A Patrycja nie potrafi o nim przestać myśleć, w końcu zaczyna zaniedbywać relacje z koleżankami, które w końcu chcą się dowiedzieć co jest przyczyną zmiany w jej zachowaniu. Wtedy, dziewczyna wypowiada słowa, których później bardzo pożałuje. 



Gdy otrzymałam propozycje przeczytania tej książki, byłam przekonana, że spotkam rozbudowane wątki i fabułę na miarę autorki. Bo każdy, kto poznał się z pierwszymi tytułami, wie jak świetnie potrafi poprowadzić akcję i włączyć wszystkie emocje. W prawdzie miałam świadomość, jakiej kategorii jest książka, niemniej oczekiwałam, że mnie kopnie. Niestety tak się nie stało. 

Zacznijmy od tego, dlaczego we wstępie wspomniałam o debiutanckiej książce, która czytałam ładnych lat temu. Gdy przypomnę sobie na jakim poziomie była pierwsza, wydana pozycja autorki, a to, co przeczytałam dwa dni temu. Odnoszę wrażenie, że nastąpiła pomyłka. Poziom jednej i drugiej, mimo zupełnie inne tematyki, jest przepaścią. 

Historia Aniki i Bruna jest do bólu płytka i nudna. Nie odczułam żadnych, ale to żadnych emocji. Ich "związek", celowo pisze go w cudzysłowie, bo czy można nazwać związkiem, kilka spotkań na spacerze, a resztę dziejącą się w wyobraźni obojga? Szczerze, ja nie spotkałam takich par, które kiedyś, w czasach liceum się zauroczyły, a później przez wiele lat, nie potrafiły stworzyć związku z nikim innym, ponieważ mieli w pamięci, tego przystojniaka z 3d czy piękność z ogólniaka. Nie wiem, może gdyby ich relacja była dokładniej ukazana, gdybym była świadkiem młodej miłości która naprawdę się wydarzyła. Nie w trakcie 15-to minutowych spacerów.  Może, byłoby łatwiej poczuć, tę dziwną więź, albo obsesje? Uwierzę w zauroczenie, ale nie wielkie uczucie, które odmieniło tych dwoje.

W czasach nastoletnich wręcz nagminnie się zakochiwałam, Jak sięgnę pamięcią, to mój etap liceum, składał się z ciągłych wzdychań do jednego czy drugiego. Nie wiem, jak można poczuć aż tak silne coś, po kilku spotkaniach, by nie potrafić ułożyć sobie później życia. 
Bo tak było w przypadku naszych bohaterów. W tej książce zabrakło wielu czynników, dzięki, którym można powiedzieć, że czuło się opisywaną historię. Tak, jakbym czytała zarys, który jeszcze nie został rozbudowany, a kluczowe fragmenty odpowiednio rozwinięte. 

Trudno jest mi napisać czy ta książka jest zła, bo ona jest najnormalniej w świecie niedopracowana. Każda postać jest potraktowana wręcz po macoszemu. Nie poznajemy zbyt tych ludzi. Anika, no jest młoda, niby o czymś marzy, ale tak naprawdę, jest zmienna w swych założeniach względem przyszłości. Bruno, on jeszcze ma jakiś charakter, do przeskoku w czasie, bo potem zaczyna zachowywać wręcz irracjonalnie. 
Koleżanki Aniki, czyli Patrycja i Natalia. No z takimi istotami, to ja bym w życiu nie chciała utrzymywać kontaktu, nawet do wspólnego zjedzenia śniadania. Widać, jestem już stara i nie rozumiem młodzieży. 
W każdym razie, te wszystkie osoby, zostały ukazane bardzo powierzchownie. Wydaje mi się, że zamysł mógł być naprawdę ciekawy, ale coś nie wyszło.  Mnie tak książka bardzo rozczarowała. Nie umiem polecić czegoś, co jest nijakie. 




Premiera książki - 26.01.2022

grudnia 22, 2021

grudnia 22, 2021

Wigilia z nieznajomym

Wigilia z nieznajomym

 


Zazwyczaj nie czytuję książek w klimacie świątecznym. Wiadomo, musi być zachowana pewna konwencja, która mnie nie do końca przekonuje. Co innego, kiedy chodzi o książki Nataszy Sochy, jest to autorka, której styl, odbiega od tych cukierkowych, często przesłodzonych. Dlatego, nawet jeśli tytuł ma coś wspólnego ze świętami, czytelnik może być pewny, że ukazana historia, nie będzie powielaniem szablonów.
Gdy ukazała się zapowiedź niniejszej książki, byłam ciekawa, co tym razem, pisarka postanowiła ukazać czytelnikom. 
Z ciekawością zasiadałam do czytania, by poznać nowych bohaterów i ich historię. A jaka ona była?

Poznajemy Antoninę, kobietę, która jest w kwiecie wieku, mimo odchowanych dzieci. Jej życie do tej pory kręciło się wokół wychowywania córek, zajmowania domem, no i rzecz jasna pracą. Lubiła tę rolę, nawet trudy przygotowywania idealnie nastrojowych świąt, mimo że często była przemęczona. W końcu nadeszła pora, gdy jej córki stały się samodzielne - wręcz już dorosłe. A ona, nie musiała się martwić, czy wigilia będzie taka, jaką sobie wymarzyły. W pewnym sensie, odkąd dziewczynki wyrosły, coraz częściej miała ochotę na zupełnie inną wigilię. Taką po swojemu, według własnych zasad. Bez zastanawiania się, jaką potrawę ma zrobić w kolejności, czy makowiec wyszedł idealny i wreszcie, nie będzie musiała być idealną żoną, matką i gospodynią.
W tę wigilię Antonina wstała z mocnym postanowieniem, że przeżyje ten dzień inaczej jak do tej pory, nie będzie się przed nikim tłumaczyła, bo po prostu nie musi. Podjęła decyzję i wyszła z domu, nie mówiąc nic mężowi. Po prostu ubrała się i wyszła na ulicę. Zdecydowała na spacer, a później samotne wypicie kawy, bez przymusu rozmowy z kimkolwiek. Po prostu pobędzie sama, daleko od gotowania i pełnego stresu przygotowywania wieczornej uroczystości. Bo nie chce i nie musi.

Marcel również od dłuższego czasu, nie odczuwał radości z nadchodzących świąt. Coś sprawiło, że w jego życie wdarła się monotonia i rutyna. Tego dnia, postanowił wyjść na spacer z psem, żeby nie musieć myśleć o tym, co będzie działo się później. Następnie trafił do małej kawiarenki, jednej z nielicznych otwartej o wczesnej porze, która była klimatyczna i nienachalna. Chciał się napić kawy, w samotności i przemyśleć kilka spraw. Nie spodziewał się jednak, że na podobny pomysł wpadła jeszcze jedna osoba.

Gdy Antonina i Marcel, próbowali zaplanować wigilię po swojemu, nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę, otrzymali niepokojącą wiadomość ze szpitala. Ich młodsza córka, miała poważne problemy z nerkami. I gdy padła decyzja o dłuższym zatrzymaniu na oddziale, poprosiła rodziców, by, zamiast siedzieć wraz z nią przy łóżku, spędzili ten czas wspólnie, robiąc rzeczy, których do tej pory nie mieli okazji.
Dla obojga był to pomysł dziwny, a nawet absurdalny. Zwłaszcza dla Antoniny, która miała na ten dzień, nieco inne plany. Dalekie od tego, by spędzić z własnym mężem. Niestety obiecała córce, że spełni jej prośbę i bez entuzjazmu, w towarzystwie małżonka opuściła szpital. I tak rozpoczęli wigilię w zupełnie inaczej, niż sobie planowali, a nadchodzące wydarzenia, były pełne nieprzewidzianych zbiegów okoliczności.

Zastanawiam się, od czego zacząć i czego nie napisać, by nie zdradzić zbyt wiele. Może zacznę od tego, że bardzo, ale to bardzo nie polubiłam Antoniny. Była to osobowość kobiety, której na pewno bym nie obdarzyła sympatią. Jej postępowanie i tłumaczenie swoich zachowań i decyzji, dla mnie były po prostu żenujące. Ja mam świadomość, że jest to postać fikcyjna, jednak takich Antonin z pewnością można wiele spotkać, albo na pewno minąć na ulicy, nie mając nawet świadomości, jak łudząco przypominają bohaterkę z kart stron książki.
Według mnie jest to postać egoistyczna i tchórzliwa, dokładnie tak i w tej kolejności. Nie mogę za wiele napisać, jestem jednak ciekawa, czy tylko we mnie, jej postępowanie i tłumaczenia, wzbudzały po prostu politowanie. No nie, nie umiem napisać niczego pozytywnego i chyba przez tę postać, ta książka była dla mnie męcząca w czytaniu.
Marcel, chociaż był ukazany w roli biernego męża, który nie potrafił odpowiednio komunikować się z własną żoną, wychodząc z założenia, że skoro mieszkają ze sobą, to właściwie nie ma sensu robić nic więcej, faktycznie gdzieś rozluźnił relację między nimi.

Niestety w moim odczuciu, wcale się temu mężczyźnie nie dziwiłam i każdy, kto pozna tajemnicę Antoniny, myślę, że będzie wiedział, co mam na myśli.

Przejdę zatem do wydarzeń, które zaczynają się dziać w momencie wyjścia naszych bohaterów ze szpitala. Bo ta chwila, proszę mi wierzyć, sprawia wrażenie, jakby nagle ktoś nacisnął przycisk - całe oczy zwrócone na tych dwoje, bo tylko im trafiały się tak przedziwne sytuacje. Nie wiem, niby było czasami ciekawie, gdzieś tam po drodze wesoło, a nawet nostalgicznie.

Mam niestety wrażenie, jakby kilka wątków z różnych książek, zostało wrzuconych do jednego, wymieszane i wyszło takie miszmasz. Oczywiście pojawiają się ciekawe postaci, które wzbudzają podczas czytania wesołość. Jest też rzecz jasna ukazanie wątku moralizatorskiego - tak zwany głębszy przekaz. Bo w końcu to książka świąteczna, w święta muszą być przemyślenia i wyciąganie wniosków. I później zakończenie, które pojawiło się nagle, bez wyjaśnienia tych wszystkich wątków. Jakbyśmy mieli sobie dopisać w głowie, co było dalej? Szczerze? Ja nie znoszę takich zabiegów. Nigdy nie byłam zwolenniczką otwartych zakończeń. A w tym przypadku, nie było nawet wyjaśnienia większości. Ja cały czas miałam wrażenie, że zabrakło przynajmniej jednego rozdziału. Ostatnia strona była dla mnie rozczarowaniem. Po nieco nudnawym początku i jako takim rozwinięciu, gdzie do zakończenia działo się dosłownie wszystko - brakowało latających małp - chociaż zwierząt naprawdę było wiele. Zakończenie wydało się po prostu przypadkowym. Ot, jakby nagle skończyły się pomysły na to, co dalej. I trzeba było wszystko zmieścić dosłownie w dwóch zdaniach.

Do mnie nie przemawia takie zakończenie i ja naprawdę, nie twierdzę, że jest to zła książka. Uważam ten tytuł za niedopracowany i jakby pisany na siłę bądź zbyt szybko. Czytałam sporo książek autorki, dlatego czuję się mocno zawiedziona. No cóż. Mam nadzieje, że to tylko moje odczucia.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

marca 18, 2020

marca 18, 2020

Prawda przychodzi nieproszona

Prawda przychodzi nieproszona


Jakoś tak się złożyło, że polubiłam książki Magdaleny Majcher. I chociaż czasem po zakończeniu czuję pewien niedosyt, to jednak ciągnie mnie do nich. Dlatego, gdy przeczytałam zapowiedź tego tytułu, od razu chciałam przeczytać. Prawda przychodzi nieproszona, rozpoczyna nowy cykl - Osiedle pogodne, Kolejni nowi bohaterowie i jak się okazuje, ich skomplikowane życie.

A o tym, czy warto się z nimi zapoznać i jakie tajemnice mogą ukrywać najbliższe o osoby, spróbuję, nie zdradzając zbyt wiele, napisać w dalszej części tekstu.



Mówi się, że każdy z nas ma swoje tajemnice i nigdy tak naprawdę nie poznamy w pełni drugiej osoby. Ba! Samego siebie jest niesłychanie trudno zrozumieć, a co dopiero obcego człowieka. Nawet jeśli po pewnym czasie staje dla nas bliski.

Magdalena jest zamężna od kilku lat. Michał jest dla niej przyjacielem i ogromnym wsparciem. Może liczyć na jego pomoc niemalże w każdej chwili. A tej, okazuje się, potrzebuje dosyć często. Bo kobieta zmaga się z atakami paniki, które bardzo utrudniają jej funkcjonowanie. Mąż próbował znaleźć źródło tego stanu, dlaczego ukochana, musi zmagać się z tak męczącą dolegliwością.

Wiadome jest, że jako pięcioletnia dziewczynka straciła matkę, mało tego, widziała jej zwłoki. I nic więcej nie pamięta. Nie wie, jak do tego doszło, czy jej mama długo leżała, czy już była martwa, kiedy do niej podeszła, czy miała możliwość uratować jej życie?

Niestety kobieta nie chce o tym rozmawiać. Odsunęła wspomnienia i zamknęła szczelnie przed sobą i całym światem. Zrobiła wszystko, co mogła, aby nie być tą biedną dziewczynką. Tą, którą spotkała tak straszna tragedia.

Tylko prawda, w którą uwierzyła Magdalena i którą chciała, żeby była, okazała się kłamstwem. Tragedia, która zmieniła nie tylko jej życie, wyglądała zupełnie inaczej. I gdzieś w podświadomości, zdaje sobie sprawę, że nie wszytko było takie, jak przedstawiała jej babcia, jak ona sobie wmówiła.

W końcu nadchodzi czas, aby zmierzyć się z lękami. Dosłownie. Magdalena potrzebuje pomocy, ataki są coraz częściej. Tylko by uzyskać pomoc, musi wrócić do wspomnień. A tego bardzo nie chce.



Książka porusza bardzo wiele trudnych tematów. Bo sama śmierć matki, której ciało znajduje dziecko, jest już wystarczająco przerażające. I w sumie, już to wydarzenie może być dla nas wskazówką. Nikt, tak mi się wydaje, ale raczej nikt, po czymś takim, a zwłaszcza dziecko, nie może przejść do porządku dziennego. To zostaje w głowie. Rzuca cień na dalsze życie. Ma swoje konsekwencje w emocjach.

Tak też było z Magdaleną. Jej sposobem na tragedię, było wyparcie jej. Separacja od wszystkiego, co kojarzyło się z tamtym strasznym dnie. Niestety, ukrywając prawdę o sobie, spisała się na życie w ciągłym kłamstwie, a to, zazwyczaj lubi zostać zdemaskowane. Czy tego chcemy, czy nie.

Główna bohaterka cierpi na ataki paniki, co autorka bardzo dobrze i dokładnie odzwierciedliła. Stan, w którym znajduje się taka osoba, jest straszny. I nie można go mylić ze strachem. Nie, to nie jest strach. To jest moment, w którym przestaje się panować nad własnymi emocjami, nad ciałem. Tak naprawdę bardzo trudno jest to opisać, jak tylko jednym zdaniem - czuje się, że umiera. Najgorsze jest to, że wszystko dzieje się w głowie. Nasze ciało jest zdrowe, mimo że faktycznie odczuwamy pewne dolegliwości. Rozumiałam bardzo dobrze tematykę, ataków paniki.

Denerwowało mnie tylko jedno, postawa bohaterki. Bo ona wiedziała, co jej jest, a mimo wszystko nie chciała sobie pomóc. Terapia nie daje efektów od razu, o czym wiedziała. Dlatego drażniło mnie jej zachowanie. Niektórzy, bardzo długo nie wiedzą, że objawy, z którymi się zmagają to atak paniki. Naprawdę myślą, że umierają albo wariują. I ta niewiedza potrafi nasilać ataki, bo strach przed atakiem go pobudza. Błędne koło. W pewnym momencie zaczyna się tylko bać jednego, że będzie atak i on się pojawia, jak ten nieszczęsny Aladyn, na zawołanie.

Nie mogę napisać, by postać Magdaleny wzbudziła moją sympatię. Niestety, mimo ogromu tragedii, jaka ją spotkała, była jak dla mnie osobą trudną. Odnosiłam wrażenie, że wszelkie przejawy uprzejmości pobudzała tylko wtedy, gdy czegoś chciała.

Na szczęście są pozytywne postaci. Jak mąż, myślę, że każda kobieta chciałby mieć przy sobie takie oparcie. Podobnie było z kolegą z pracy - Piotrem. Naprawdę bardzo fajny i pozytywny człowiek. Przykład kumpla, na którym można polegać w różnych sytuacjach.

Sama fabuła może nie pędzie w zawrotnym tempie, może nie wywołuje wrażenia, że czyta się z zapartym tchem, ale jak napisałam we wstępie. Magdalena Majcher potrafi przykuć uwagę i pociągnąć czytelnika za sobą, aż do zakończenia.

Mnie się czytało bardzo dobrze, zaczęłam i zakończyłam w jedno popołudnie. Teraz pozostaje mi czekać na kolejną część. Jestem ciekawa czy będzie wzmianka o Magdalenie i Michale. A wam oczywiście polecam, ciekawa i warta przeczytania książka.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

grudnia 08, 2019

grudnia 08, 2019

Każdy pies ma dwa końce

Każdy pies ma dwa końce


Dzisiaj przyszłam z książką, którą znam jeszcze z czasów przełomu dzieciństwa i dojrzewania. Był to dla mnie dosyć ciężki etap, dlatego moja mama, by jakoś załagodzić te wszystkie wahania nastrojów, podrzuciła mi dwie książki. Pierwszą było Nie głaskać kota pod włos, druga to prezentowana dzisiaj. I tak się jakoś stało, że rodzina Leśniewskich i główne postacie, czyli Bąble, stały się dla mnie Panaceum na wszystkie smutki. 

Oddałam serce tym książkom i pozostały ze mną przez wiele lat. Później dorosłam, a one odeszły w kąt. No i teraz, po przeszło 15 latach, postanowiłam przeczytać ponownie. Te, dzięki którym przetrwałam. Czy było jak kiedyś? Gorzej, a może lepiej? O moich wrażeniach i o tym, że warto mieć przy sobie Bąble, napiszę za chwilę. 

Rodzina Leśniewskich szykuje się do wakacji, w skład w chodzą rodzice, bliźniaki Beata i Paweł, zwane przez bliskich Bąble, a to dlatego, że oboje rosną wszerz niż we wzwyż. Jest jeszcze Agnieszka i Leszek. Najstarsi z rodzeństwa, chociaż ja nie pamiętam, które było starsze, w każdym razie dzieli ich jedynie rok. Także no. 

Wróćmy do fabuły, rodzina szykuje się do wyczekiwanych wakacji i urlopu. O ile Agnieszka już wie, jak spędzi pierwszy miesiąc odpoczynku, tak pozostali, nie do końca mają pomysł. Tato niestety nie otrzymał obiecanych wczasów, przez co można by rzec, pozostali na lodzie w środku sezonu letniego. To też, Leszek postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, jako prawie dorosły młodzieniec - ma chyba 13 lat. Planuje wraz z kolegami ze szkoły udać się na plantacje malin. Wieść ta wywoła w domu spore zamieszanie. Chociaż maliny, będą niczym w porównaniu z tym, co zmajstruje dwójka najmłodszych latorośli.

Bo gdy dorośli uporają się z nieco chaotycznym planem urlopowym i wszystko będzie sprawiało wrażenie poukładanego, bliźniaki nieświadomie wpakują się w niezłe tarapaty. A wszystkiemu będzie winna akcja odchudzająca i ogórki. 

Nie będę pisała zbyt wiele o fabule. Z kilku powodów, pierwszy to brak tekstu dotyczącego pierwszej części. Musiałabym zbyt wiele zdradzić, a z tego, co widzę, jest sporo osób nieznających tej starej, acz wspaniałej mini serii. Druga sprawa to po prostu radość. Z czytania i odkrywania kolejnych fragmentów przygód. 

Bo musicie mi uwierzyć na słowo, już od pierwszej strony autorka zabiera nas pod skrzydła i przenosimy się do Warszawskiej rodziny lat 70, gdzie toczy się takie zwyczajne, ale urocze życie. Bez żadnego kolorowania, patosu. I chyba za tą szczerość Krystyny Boglar pokochałam te książki, Bo nie bawi się w zabarwianie rzeczywistości, ale pamiętać musimy kiedy powstały. Wtedy, mimo wszystko, pisarze potrafili pisać pięknie i bezpośrednio. Określenie tłuściochy, w odniesieniu do bliźniaków, nikt nie uważał za obraźliwe, bo takim nie było. Ot, po prostu dosadne. Teraz? Teraz z pewnością autorka dostałaby burę, nakaz poprawy, albo usunięta. Bo jak to? Nie można. 

I tak podczas czytania, możemy wspaniale wczuć się w zupełnie inne czasy, niby nie tak odległe, a jakby mające w sobie to coś. Zabawy podwórkowe, wiedza gdzie i o której przesiadują koledzy z klatki. Mimo braku telefonu, komputera, każdy się potrafił odszukać. Chyba dlatego, tak bardzo kocham te książki. Bo są prawdzie. 

No ale, nie narzekam na nasz dwudziesty pierwszy wiek. Musimy docenić co mamy.  I nie zapomnieć, o książkach, które po prostu same się czytają. Naprawdę, ja miałam swego czasu taką fazę, że po zakończeniu obu, zaczynałam od nowa. W rezultacie moje egzemplarze się rozsypały. Ten, tu na zdjęciu, zakupiłam sobie na Mikołaja. Chciałam to stare wydanie. To, które tak mocno pokochałam. I gdy czytałam teraz, po tych 15 latach z hakiem, czułam się najszczęśliwsza pod słońcem. Już nie mogę się doczekać, kiedy trafi do mnie Nie głaskać kota pod włos i znowu będę mogła, na kilka chwil cofnąć się w czasie. 

Jeśli jeszcze nie znacie tych książek, ręczę, obiema nogami i rękami. Kupujcie, szukajcie w bibliotekach. I czytajcie. Nieważne ile macie lat. 




listopada 18, 2019

listopada 18, 2019

Chilli

Chilli



Książkę Pauli Rewko zaczęłam czytać dosyć dawno, ale sporo wydarzeń, których miało miejsce, sprawiło, że porzuciłam lekturę na kilka tygodni. W końcu jednak należało zakończyć coś, co się zaczęło i nawet dobrze czytało. I tak, po sporym opóźnieniu, Chilli została przeczytana, a o tym, jak odebrałam tę książkę, już za chwilę.

Mea jest studentką psychologii, dziedzina ta od wielu lat pasjonuje dziewczynę. Przeczytała sporo książek tematycznych, na wykłady biega z ciekawością, jej wyniki w nauce są zadowalające. Tylko to wszystko, nie sprawia jej radości. Wręcz przeciwnie, jest kobietą sfrustrowaną, często wybuchową. Można by stwierdzić, że z jej psychiką nie do końca jest tak, jak należy. A może wręcz przeciwnie?

Pewnego dnia, postanawia założyć Grupę Demolka, za sprawą której, chce odmienić mieszkańców Gdańska. Potrzebuje tylko wzbudzić zainteresowanie odpowiednich osób, by zechciały do niej dołączyć i wspólnie siać zniszczenie. No i oczywiście, zależy jej na zainteresowaniu mediów i społeczności. W końcu nic nie ruszy, jeśli inni nie będą odpowiednio reagowali na poczynania jakiejś tam grupki narwańców.
Wszystko zostaje dokładnie przemyślanie. Akcja nabiera tempa z każdym dniem, coś w co nie do końca wierzyła, rozwija się naprawdę szybko. Celem jest zwrócenie uwagi ludzi, na to, co jest najważniejsze. Metody jakimi posługuje się Grupa Demolka, wzbudza wiele kontrowersji i strachu, a to dopiero początek. Po aktach wandalizmu, przywódczyni, postanawia pójść o krok dalej.  Policja jest bezradna, nikt nie potrafi namierzyć grupę, nie wiadomo, kiedy i gdzie zaatakują. Czego chcą i do czego zmierzają?
I tylko główna dowodząca wraz ze swoimi współpracownikami, zamierza doprowadzić swój plan do końca, ale czy realizacja odniesie zamierzone efekty? Jaki będzie finał Grupy Demolka?

Dawno już nie czytałam książki, która wzbudzała we mnie, tyle sprzecznych odczuć. Bo z jednej strony poczynania bohaterki były słuszne. Chciała uzmysłowić społeczeństwu, że sprawy materialne, nie powinny przyćmiewać tego, co jest ważniejsze od super auta, czy najdroższych butów. A by poczuć radość, nie trzeba czekać na gwiazdkę z nieba, tylko doświadczać w małych rzeczach.

Z drugiej jednak strony, jej postępowania niosło wiele sprzeczności. Mea to postać złożona. Z euforii popadała w smutek i złość. Nigdy nie było wiadomo jaki wybuch reakcji będzie jej dotyczył. Jeśli ktoś chciałby określić, że była nienormalna, to powiem, że tak byłoby najłatwiej. Myślę, że tutaj chodziło o coś zupełnie innego. Wielkich odkrywców również uważano za wariatów. A takimi nie byli. Tylko w tamtych czasach, ich poczynania wyprzedzały epokę. I chociaż nasza bohaterka nie próbuje odnaleźć antidotum na nieuleczalną chorobę, albo polecieć w kosmos za pomocą parasolki. To jej sposób postrzegania świata i chęć potrząśnięcia nim, może wywołać takie reakcje. Jest wariatką. Bo tak się określa ludzi odstających od reszty. Bo nie wpisuje się w narzucane przez lata ramy.

Książka wzbudza mnóstwo emocji. Nie potrafię określić, jak oceniam postępowanie bohaterki. Ponieważ sama Mea nie wzbudziła mojej sympatii, I to nie za sprawą swoich poglądów. Tylko po prostu, nie we wszystkim co wytykała ludziom, była konsekwentna w odniesieniu do siebie. Dlatego w pewnym stopniu, zachowywała się jak hipokrytka.
Ważne jest, że dotknęła wielu problemów współczesnego świata. Ludzie zamiast doświadczać życia, pędzą ku zdobyciu jak największej ilości pieniędzy. Nie czują, są jak roboty. I często gubią, co powinno być priorytetem.
Gdzieś przeczytałam, że metody jakie obrała były za bardzo brutalne. Nie wiem, nie odczułam tego w ten sposób. Bardzie uznałam za zbyt nierealne i niektóre sytuacje zbyt naciągnięte, by mogły być możliwe.

Podsumowując, książka Pauli Rewko jest warta przeczytania, choćby po to, by zrozumieć, że nie wszystko co w życiu uznajemy za ważne, takim jest. I może warto przyjrzeć się temu światu, który obrał niezbyt dobry kierunek, może czas by coś z tym zrobić? Mniej brutalnie, ale stanowczo?

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowe motyle

maja 26, 2019

maja 26, 2019

Rektorski Czek

Rektorski Czek


Ta książka od razu mnie do siebie przekonała, zanim jeszcze trafiła w moje ręce. Nie wiem, ale miała w sobie zapowiedź naprawdę ciekawej i zajmującej lektury. I kiedy w końcu usiadłam do czytania, okazało się, że miałam racje. Zacznę jednak od początku. Bo chociaż na okładce napisane jest — romans kryminalny, to tego romansu, ku mojej radości było nie za wiele. Dlatego też nie do końca rozumiem, dlaczego taka kategoria widnieje na okładce. W każdym razie książka przeczytana, teraz napiszę o moich wrażeniach.

Akcja toczy się dwutorowo, zaczynamy od zapisków z przeszłości pewnego człowieka, który przed śmiercią, chce opowiedzieć historię kilku bardzo ważnych osób. Sto lat później, te notatki będą miały bardzo wielką wartość. Na razie, ów człowiek, prowadzi w pewnym sensie spowiedź z całego swojego życia.

Następnie przenosimy się do czasów współczesnych, poznajemy Karolinę, pracownicę archiwum. Wraz ze swoim mężem mieszkają w bardzo starej kamienicy, przez przypadek, kobieta znajduje nieprzytomną sąsiadkę, starszą panią. Może nie do końca jest to przypadek, po prostu Karolinę zaciekawiły niedomknięte drzwi mieszkania, weszła i jej oczom ukazał się dosyć nieprzyjemny widok. Gdy wezwała odpowiednie służby, postanowiła odwiedzić chorą w szpitalu, by oddać klucze. Na jednej wizycie się nie skończyło, bo dosyć osobliwa staruszka, okrutnie drażniąca, miała coś, co fascynowało archiwistkę. Mianowicie, stare i bardzo cenne zapiski. Przetrzymywane w sposób, który przyprawiał o dreszcze, osobę zajmującą się cennymi dokumentami.

Od chwili kiedy Karolina poznaje leciwą sąsiadkę, w jej życiu zachodzi wiele zmian. Zaczyna odkrywać tajemnice sprzed wieku, a ta wciąga i zajmuje każdą myśl. I chyba przez to całe zamieszanie, umyka kobiecie coś bardzo istotnego.

Nagle zaczynają pojawiać się dziwni ludzie, ona sama pada ofiarą napaści, później jest świadkiem tragicznej śmierci. A to dopiero wierzchołek góry lodowej. Wszystko ma powiązanie ze starym mieszkaniem i jego właścicielką. Jaką tajemnice kryje stuletnie mieszkanie i jego właścicielka?

Jak napisałam na początku, nie do końca rozumiem tego romansu. Cóż, będę się tego czepiała. Romansu tam tyle, co kot napłakał, owszem są jakieś wyskoki na polu damsko-męskim, ale żeby od razu podpiąć pod kategorie romansu? Nie bardzo mi pasuje. W każdym razie uważam, że jest to atut. Bo zagadka dokumentów i treści zapisków, wciągały z każdą kolejną stroną.

Przede wszystkim, człowiek, który postanowił spisać swoje wspomnienia, był bliskim sługą słynnego lekarza, Rektora Uniwersytetu w Poznaniu. Człowieka niezwykle cenionego i poważanego. Te zapiski były niezwykle ciekawe. A wydarzenia, które miały miejsce przeszło sto lat temu, robiły wrażenie. Także chyba ta część książki, była dla mnie najbardziej interesująca.

Oczywiście, ciekawe były zadania, jakie otrzymywała Karolina od swojej upierdliwej sąsiadki. Obie kobiety miały w sobie coś drażniącego, chociaż staruszka, później, kilka razy wprowadziła mnie w rozbawienie.

Pani Joanna Jodełka, bardzo ciekawie połączyła przeszłość z teraźniejszością, wplatając w wydarzenia postaci, które, kiedy wniosły wkład w założenie Uniwersytetu. Ja cały czas będę się upierała, że to notatki historyczne zrobiły najwięcej dobrego dla książki, ale wątek kryminalny był świetnie i naprawdę ciekawie skonstruowany. W życiu nie domyślałam się, kim jest brodaty mężczyzna z samochodu, ale chyba właśnie o to chodziło. By do końca nie wiedzieć.

Czytałam książkę zainteresowaniem od początku do końca, nie było nawet chwili, bym poczuła znużenie, czy niechęć. Jak już zaczęłam, tak musiałam skończyć. Tylko nie dajcie się zwieść temu romansowi, bo tego akurat jest mało, za to kryminał w sam raz. Na całe moje szczęście. Polecam.


Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Grupie Wydawniczej Foksal.


marca 04, 2019

marca 04, 2019

Żółta tabletka plus

Żółta tabletka plus



Dzisiaj przychodzę z książką, która mnie osobiście niesamowicie zaskoczyła. Przede wszystkim zacznę od tego, że ja nigdy nie lubiłam opowiadań, krótkie formy nie do końca do mnie trafiały. Byłam troszkę na dystans, bo rozczarować się można szybko, ale też nie chciałam całe życie trwać przy jednym, bo kiedyś miałam niechęć. Nadszedł czas, by sprawdzić, jak się sprawy miewają. Na tapetę wzięłam opowiadania i humoreski Anny Sakowicz, a czy Żółta tabletka zadziałała pozytywnie, dowiedziecie się w dalszej części tekstu.
 

Książka oferuje czytelnikowi osiemnaście opowiadań, które mają rozbawiać. No i teraz tak, z jednej strony, część z nich, rzeczywiście mogła wywołać u odbiorcy uśmiech rozbawienia, czasem nawet takiej groteski. Jak na przykład opowiadanie o Mieciu, które z tego, co widzę, zrobiło największą furorę, bo w większości zostało przytoczone. Może dlatego, że jest jako jedne z pierwszych śmiesznych.

Chociaż mnie rozbawiła historia pewnej kobiety, planującej karierę w filharmonii. Szczerze mówiąc, czytałam z pewną dozą szoku i coraz większego zainteresowania, jaki będzie finał. Oczywiście nie zdradzę, jak kończyły się wybrane opowiadania, jedno jest pewne, każde potrafiło solidnie zaskoczyć, a to było najlepsze podczas czytania.
 

Muszę przyznać, że chociaż nie jestem zwolenniczką krótkiej formy, to w żółtej tabletce, jakoś one wszystkie do siebie pasowały. Jedne były prześmiewcze, drugie boleśnie ukazywały rzeczywistość, jak na przykład jedno o różowym pokoju. 

Co bardzo zwróciło moją uwagę, to sposób, w jaki autorka wplatała w historyjki, naszą codzienność, ludzką mentalność. Bo może i rzeczywiście niektóre zdawały się przerysowane i oderwane od rzeczywistości, jednak miały w sobie bardzo dużo prawdy, tej najmocniejszej.

Trudno jest opowiadać o książce, w której tyle się wydarzyło, a nic ze sobą nie miało wspólnego, oprócz spostrzeżeń życiowych. Były momenty, kiedy naprawdę się uśmiechnęłam i rozbawiłam, ale były też takie, kiedy ukazane wydarzenia, problemy wywoływały smutek. Jak na przykład historia o mężczyźnie nie w swoim domu, nierozpoznającym otaczających go ludzi, dlaczego tak się działo? Gdzie było i co było powodem przebywania wśród obcych? No i wspomniany Mieciu, który poszedł na dupy, jego żony i przede wszystkim jej działań.

Kobiety, która chciała zmienić swoje życie, przez rozpoczęcie kariery w filharmonii. Każda z nich miała swój koniec, różny. Jednak dający sporo do myślenia.

Nie spodziewałam się, że książka wywoła we mnie tyle pozytywnych odczuć, mało tego, bardzo bym chciała bliżej poznać twórczość autorki, ponieważ skoro opowiadania tak bardzo przypadły mi do gustu, to mam wrażenie, że z resztą tytułów może być tylko lepiej.

Pozostaje pytanie, komu mogę polecić Żółtą tabletkę plus? Myślę, że każdemu, komu wszystko, co ludzkie, nie jest obce. Trzeba czytać i widzieć to, co jest przemycone między zdania. Szczerze polecam. Warto!




Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.


lutego 25, 2019

lutego 25, 2019

Oczy Uroczne

Oczy Uroczne
źródło


Często w moich recenzjach pisałam, że z twórczością Marty Kisiel bywa różnie. Jedna grupa bierze w ciemno i czyta, co autorka napisze, druga nie potrafi się wgryźć w charakterystyczny styl. Ja miałam to szczęście, że już pierwsza książka wpasowała się w mój gust, później było lepiej, aż do pewnego spadku zachwytu przy Sile Niższej. No i w końcu nadeszły wyczekiwane Oczy Uroczne, na które naprawdę czekałam i cieszyłam się jak dziecko, gdy do mnie dotarły. Radość niestety była zbyt szybka. Dlaczego? Postaram się wszystko dokładnie wyjaśnić, już za chwilę.


Oda zamieszkuje dom, niby nic nadzwyczajnego, ale ów dom, został wzniesiony na ruinach dawnej Lichotki, a każdy, kto pamięta, była ona wyjątkowa pod każdym możliwym względem. To też, nowa właścicielka, wraz z nowymi czterema ścianami, odkrywa, co kryje się w piwnicy. I jest to dosyć przerażające zjawisko. Dwa rogate czorty, w tym jeden postanawia wyjść spod ziemi i ulokować się w koszu z praniem. Drugi, no z drugim było nieco więcej problemów, ale nie o nim teraz.

Nasza bohaterka mieszka więc sobie, razem z czortem Bazylem i kuleczką. Jest praktycznie szczęśliwa, bo dom na odludziu i pracę ma. Wszystko niby jest tak, jak należy. Roch jak zawsze stoi z pomocą. Oboje wiedzą, że nie są zwykłymi ludźmi. Wiedza ta tworzy między nimi, pewną nić porozumienia, która w pewnym momencie, zostanie mocno nadwątlona.

Tymczasem w okolicy zaczynają dziać się dziwne zjawiska. Pacjenci Ody są atakowani, nie wiadomo przez kogo albo przez co. Ich obrażenia są dosyć specyficzne. W końcu sama pani doktor, odczuwa po sobie samej, że nadchodzi coś niedobrego. O czym przepowiadają pewne znaki. W dodatku Roch jakby się oddala i nie wie, co jest tego powodem. Jakby tego było mało, Bazyl postanawia zapoznać się z okolicznym lasem, pomysł ten, nie do końca jest dobry.
 

Chciałam, naprawdę tak bardzo chciałam, w tym miejscu zachwycić się nad fabułą. Bo zaczęło się naprawdę świetnie. I było tak długo, czytałam jednym tchem, bez opamiętania, nie odrywając od stron. I uwierzcie mi, że to, co wydarzyło się później, doprowadziło mnie do takich emocji, których dawno nie miałam podczas czytania. Niestety, owe uczucia były i w sumie w dalszym ciągu, są negatywne.

Zacznę od postaci, bo Oda i jej współlokator Bazyl, są naprawdę wyjątkowi. Zwłaszcza ten drugi. Wprawdzie do mnie, nie bardzo trafił sposób pisowni jego wypowiedzi, po prostu łamałam sobie język, no ale tak musiało być, żeby oddać sytuację. I w porządku, tego się czepiała za bardzo nie będę. Bazyl jest super i nie można go nie polubić. Chociaż do krakersika mu daleko.

Idziemy dalej, atmosfera w książce jest bardzo intrygująca. Chwilami straszna, by w momencie rozbawić. I ta przeplatanka naprawdę robi wrażenie. Demony, postaci, które nie umiałam określić, budzące strach i niepokój. Wszystko to budowało odpowiednie napięcie.

No i nagle stało się BUM. Tyle że nie w tę stronę poszło, jakiej oczekiwałam. Bo nie wiem po jaką choinkę, autorka wymyśliła sobie, by pomiędzy te odrealnione postaci, wmontować wątek sławnej afery szczepionkowej. I ja rozumiem, że ma rozgłos, chciała się wykazać. No pięknie szczytny cel, w mniemaniu zwolenników. Tylko ja chciałabym wiedzieć dlaczego? Dlaczego postać anty, była przedstawiona jako wytatuowana debilka?

Czy Pani uważa, że każdy przeciwnik jest kretynem? Nie szczepi, bo nie? Bo w książce zostało to ukazane płytko i bezsensu. Ulotki z tępymi hasłami. Takie typowe bicie piany. A gdyby się pochylić nad tematem, to się okaże, że osoby przeciwne, często mają konkretne i niekiedy bolesne powody, więc pytam, jaki był tego zamiar? Wzbudzić kontrowersje? Brawo! Efekt zamierzony się udał. Tylko ja, już nie sięgnę po Pani książki. Bo mnie po prostu zniesmaczyło. Wątek nie był ani śmieszny, ani nie sprawił by otoczenie mogło dzięki niemu zmienić nastawienie.

Można wykorzystać ważny temat, tylko ukazać go mądrze, ukazać oba stanowiska i poprzeć argumentami. A nie, napomykać, o kobiecie z tatuażami, która rzuca hasłami, bez ładu i składu. Ja wiem, że sporo ludzi robi zadymy, tylko po to, aby było głośno. Nie patrzy na konsekwencje, jednak spora część, ma w swojej decyzji lęki, których nie pozbędziemy się wyśmiewaniem i robieniem przedstawienia.

W tej książce nie powinno się to było znaleźć. Nie i koniec, a na pewno nie w taki sposób. Nie dokończyłam Oczu Urocznych. Miałam dosyć. Ja nie opowiadam się po żadnej ze stron. Nie znoszę jedynie, gdy zwolennicy jednego, drwią ze swoich przeciwników. Jedna autorka zaczęła wycieczki do partii politycznych, do stacji radiowych. Ocenianiu, kto jest w danej grupie. Kochane autorki. Odkręćcie sobie kurki, niech bąbelki ulecą. Bo chyba się za wiele nazbierało. Dzisiaj z czytania rezygnuje ja, może i będzie nas więcej. Może inni będą bić brawo. Mnie jest w tej chwili przykro. Nie tędy droga. Nie tak powinno się poruszać ważne tematy. Nie wiem co się dzieje z naszymi autorami. Ze smutkiem odkrywam, że idzie ku gorszemu. 



Książka będzie miała swoją premierę 13.03.2019




lutego 19, 2019

lutego 19, 2019

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie


Pisałam już jakiś czas temu, że w czołówce moich ulubionych polskich autorek jest Natasza Socha, od czego zaczęła się ta sympatia i trwa niezmiennie? Myślę, że nie ma w tym wielkiego sekretu. Pisarka tak po prostu pisze prawdziwie. Nie koloruje swoich postaci, nie tworzy wydumanych historii, które albo są przesłodkie, albo zginają ludzi w pół z rozpaczy, zrzucając na nich, tragedię jedną za drugą. Socha pisze o życiu, takim, jakie jest. I ta na pozór zwykła codzienność, tak bardzo trafia do wielu czytelników. Bo czytamy o ludziach, którzy mają często podobne przywary, problemy.

Tym razem przyszła pora na (Nie)miłość, czym ona właściwie jest? Czy istnieje w ogóle takie określenie uczuć? Jak ją zdefiniować? Odpowiedzi szukałam w treści, a to, co znalazłam, opiszę troszkę później.


Poznajemy Cecylię i Wiktoria. Małżeństwo z lekkim przeterminowaniem. Oboje są razem, chociaż tak naprawdę od dawna każde zaczęło żyć swoim życiem. On potajemnie spotyka się ze swoją byłą studentką, pod pretekstem pomocy przy pracy — taka jest wersja oficjalna. Tak naprawdę, oboje planują wspólną przyszłość. 
Ona pewnego poranka stwierdza, że w końcu dojrzała, żeby zakomunikować mężowi o swoim rozpadzie uczuć, o chęci poczucia wolności. Bo już się wypaliła. Tak po prostu. I siedząc w samochodzie, rozważa przebieg popołudniowej rozmowy. Do której nie dojdzie ani tego dnia, ani następnego.

Bo już za kilka minut, Cecylia stanie się ofiarą groźnego wypadku, w wyniku którego, będzie zmuszona poruszać się na wózku inwalidzkim. Oczywiście niepełnosprawność ma być tylko czasowa, ale rzeczywistość okazuje się brutalniejsza.

W zaistniałej sytuacji oboje muszą odłożyć swoje plany rozwodowe na później. Ona potrzebuje pomocy męża w codziennych czynnościach. On nie wyobraża sobie, by teraz miał zostawić małżonkę w potrzebie. Zaczynają więc wspólnie nową, nieco dziwną i bardzo męczącą drogę, do zdrowia Cecylii, do chwili uwolnienia się od siebie.

A gdzieś między jedną ukrytą randką Wiktora a wspólnym szukaniem pomocy w dojściu do pełnej sprawności Cecylii. Tych dwoje, zaczyna zastanawiać, w którym momencie, przestali się zauważać, być dla siebie mężem i żoną, kobietą i mężczyzną. I najważniejsze, kiedy ich miłość, przerodziła się w (nie)miłość?


Nie mogę napisać, by fabuła była porywająca. Jest wręcz przeciwnie. Tutaj wszystko dzieje się takim wręcz powolnym rytmem.

Rozmyślania Cecylii nad swoim życiem, wyborami, jakie dokonała. Nad macierzyństwem i wreszcie małżeństwem, które gdzieś zgasło i nie pamięta, w którym momencie zaniedbali ten płomień. Czyja była wina, kto pierwszy sobie odpuścił?

Jest wreszcie jej niepełnosprawność i związana z nią frustracja, rozgoryczenie i żal, do osoby, która była sprawczynią wypadku. Gdyby nie ona, teraz Cecylia byłaby wolna i szczęśliwa. A przede wszystkim, mogłaby chodzić. A nie, być zdana na pomoc męża. Oczekiwanie na powrót, na wspólne kąpiele. Była przecież niezdolna do zwykłych czynności.

I Wiktor, czujący odpowiedzialność za żonę i matkę swojej córki. Niesamowicie pragnie związać się na stałe z ukochaną. Ich potajemne spotkania, zostały ograniczone, musi być w gotowości do pomocy. Co jak się okazuje, bywa bardzo wyczerpujące, ale i daje też pewną satysfakcję. Oto teraz, po wielu latach bycia obok siebie, zaczynają wspólnie wykonywać czynności, a nawet rozmawiać. Tak po prostu. Dziwne prawda? A jednak, w pewnej chwili, oboje uświadomili sobie, że przestali rozmawiać.

Myślę, że ta książka wspaniale ukazuje, jak w życiu, a zwłaszcza w uczuciach, szybko sobie odpuszczamy. Jak wpadamy w rutynę, która zaczyna nam ciążyć, aż pewnego dnia, zerkamy w stronę tej drugiej, kiedyś bliskiej osoby i mamy wrażenie, że jest nam zupełnie obojętna. Próbujemy we wspomnieniach odszukać chwil, kiedy były te uniesienia, euforia i zachwyt. I ze smutkiem odkrywamy, że już od bardzo dawna, panuje chłód. Razem, a osobno. Czy można odzyskać stracone lata? Czy można ponownie rozpalić płomień, który ogrzeje uczucia?

Jak zatem zdefiniować (nie)miłość? Etapem w którym, jeszcze się szanujemy, ale już przestaliśmy się zauważać? Gdy wspólne wypicie kawy wydaje się czymś nierealnym? Spojrzenie na siebie, ale zobaczenie się? Przytrzymanie wzroku na drugiej osobie, a nawet zachwycenie? Czy w (nie)miłości jest to możliwe? Przekonajcie się sami. Ja szczerze polecam.
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.

lutego 13, 2019

lutego 13, 2019

Mów szeptem

Mów szeptem
źródło

Książki Pani Agnieszki Olejnik bardzo polubiłam, ale nie w każdej odsłonie. O ile te zajmujące się trudniejszą tematyką, po prostu uważam za fenomenalne, tak z kategorii lekkiej i może okraszonej humorem, zupełnie do mnie nie trafiają. Nad czym bardzo ubolewałam, ponieważ, uważam, że autorka jest jedną z lepiej piszących o tematyce trudnej, ale często bardzo ważnej.

Przyznam się, wycofałam się ze śledzenia nowości pani Olejnik, dopóki królowały klimaty zbyt frywolne. No i nagle, moim oczom ukazuje się na liście bestsellerów  ta oto książka. Nie mogłam przejść obojętnie.   Byłam pewna, że opisana historia będzie niesamowita. Czy była? 


Witek jest wyjątkowym młodzieńcem. Już jako dziecko ujawniły się w nim niespotykane cechy osobowości. I tak długo, jak żyła jego matka, chłopcu, a później nastolatkowi, udało się w miarę normalnie funkcjonować wśród rówieśników i dorosłych. Nauczyciele byli uprzedzeni do pewnych skłonności chłopca, jak i zachowań.

Niestety po jej śmierci, trafił pod opiekę babci, a wcześniej przeżył epizod w placówce, dopóki seniorka nie mogła się nim zająć.

Nastolatek przywykł do swojego odizolowania. Nauczył się, że ludzie, nie lubią tego, co jest inne. A on był inny, nic nie potrafił na to poradzić. Jednak taka była prawda. Nie rozumiał, dlaczego ma nie mówić prawdy, nie było dla niego tematu tabu. Kochał Szekspira i cytował za każdym razem, gdy sam nie potrafił znaleźć odpowiednich słów.

I w końcu, do ich szkoły dochodzi Magda, Niezwykle kolorowa, wyróżniająca się z tłumu. Dla Witka, który odbierał bardzo intensywnie bodźce, coś nie pasowało w ubiorze dziewczyny. Jej osobowość nie krzyczała, a przecież kolory były bardzo jaskrawe. Coś w nowej koleżance zaintrygowało tego wyjątkowego, samotnego młodzieńca.

Magda stała się oryginalna. Nauczyła się, że bycie samemu, daje poczucie bezpieczeństwa. I lepiej odciąć się od innych ludzi, niż zostać przez nich skrzywdzonym.

Aż pewnego wieczoru, jej telefon się rozdzwania, a po drugiej stronie słyszy głos chłopaka. Nie ma pojęcia, kim jest rozmówca, nie chce tego wiedzieć.

I tak rozpoczyna się dziwna, ale niesamowita znajomość dwójki nastolatków, zupełnie od siebie różnych, a jednak podobnych. Witka widzącego słowa i Magdy, która potrzebowała ciszy.

Mam ochotę napisać — Ojej cóż to była za cudowna książka! Naprawdę, czekałam na tę odsłonę Pani Olejnik, za to, jak cudownie potrafi napisać o ludziach, którzy są inni w świecie utartym przez schematy. Gdzie bycie ponad przeciętnym klasyfikuje jako — „wariata". Jakie to smutne, że Ci wyjątkowi, są odpychani, tylko dlatego, że nie wpasowali się w dawno temu utarte ramy.

I książka, wspaniale ukazuje taki problem. Bo Witek rzeczywiście jest inny, ale w żadnym razie gorszy. On po prostu odczuwa intensywniej. I ta zdolność może tylko i wyłącznie jemu przysporzyć smutków. Dla mnie, niesamowite były opisy, jak kolorował wypowiedzi rozmówców. W pewnym sensie zazdrościłam mu takiej zdolności.

Historia Magdy jest o wiele bardziej smutna, a wręcz tragiczna. I naprawdę przytłaczająca. Nie chciałam i nie chcę, wyobrażać sobie co musiała czuć. Przerażające jak ludzie potrafią być okrutni.

W całość zostało wplątane morderstwo, ale nie chcę się na ten temat rozpisywać. Uważam, że samemu należy odkrywać skrawek, po skrawku. Lektura tej książki była dla mnie niesamowitym przeżyciem. I nawet gdy już skończyłam, została w mojej głowie na długo.


 Uważam, że Mów szeptem powinna zostać przeczytana przez każdego. To nie jest książka, tylko dla i do młodzieży. Każdy, powtarzam każdy, powinien poznać tę historię i wyciągnąć z niej, jak najwięcej. Inny — nie oznacza gorszy.






   Książkę można kupić w księgarni Tania Książka


lutego 07, 2019

lutego 07, 2019

Królowa gwiazd

Królowa gwiazd



Twórczość Pani Agnieszki Walczak-Chojeckiej do tej pory nie była mi znana. Dlatego, gdy ukazała się zapowiedź Królowej Gwiazd, postanowiłam poznać kolejną, znaną już przez innych czytelników, naszą rodzimą autorkę. Moja ciekawość była tym większa, ponieważ opinie krążą same pochlebne. Dlatego nie ukrywam, oczekiwania miałam spore, co do lektury tejże książki. Czy zostały spełnione, a do mojej czytelniczej listy ulubionych autorów, dołączy kolejny?
 


Poznajemy cztery młode aktorki i to w dodatku przyjaciółki. Dziwnie brzmi, bo jakoś trudno uwierzyć, by w tej branży mogły zawiązać się szczere i prawdziwe relacje miedzy ludzkie. A tutaj proszę, taka niespodzianka. Dziewczyny łączy dosyć specyficzna więź, z jednej strony trzymają się murem, ale gdzieś tam pobrzmiewa rywalizacja. Wszak świat sławy rządzi się swoimi prawami i wszystkie chwyty dozwolone, nawet między przyjaciółmi. W końcu otrzymać wielką rolę jest tym, o czym marzy się wszystkim aktorom.

Nasze dziewczyny, mają za sobą większe lub mniejsze sukcesy, z naciskiem na to drugie. Na szczęście ambicje szybują bardzo wysoko. Gorzej jest z dopchaniem się do wielkich sław. Jak zdobyć rolę, kiedy nie ma się odpowiednich znajomości? A może użyć jakiegoś podstępu. Na szczęście jedna z kobiet, posiada jako takie możliwości. I tak metodą perswazji i nacisku, cztery wspaniałe, udają się na pewien zjazd filmowców, na którym ma się pojawić znany zagraniczny reżyser. Teraz pozostaje,  by jedna z nich, zwróciła uwagę sławnego Zorana Marvicia, a potem droga na czerwony dywan, stoi już otworem.

Uzbrojone w marzenia oraz ogromną determinacje Malwina, Dominika, Klaudia i Miśka, lecą na Maltę. Każda ma swoje powody, by zdobyć główną rolę. Nie tylko te branżowe, ale i prywatne.

Nie mają pojęcia, że podróż po występ życia, zakończy się zupełnie inną wygraną, niż mogłyby się spodziewać.
 


Moje uczucia po przeczytaniu książki były mieszane. Zacznę od tego, że za pierwszym razem, w ogóle nie mogłam się wgryźć w fabułę, przez co Królowa gwiazd, wylądowała na półce i sobie czekała, aż zrobię kolejne podejście. Jako że minęło sporo czasu, postanowiłam sprawdzić, czy był to nieodpowiedni moment, czy problem tkwił w czymś innym.

Powieść rozpoczyna się dosyć nijak, szczerze mówiąc, przez dłuższy czas, nie poczułam większego zainteresowania losami bohaterek. Dopiero moment przybycia na Maltę, spowodował, że akcja w miarę nabrała tempa.

Co do samych postaci, nie wiem, już dawno nie czułam, takiej niechęci pomieszanej z obojętnością. Dziewczyny nie wywoływały we mnie żadnych pozytywnych emocji. Jedynie niechęć albo właśnie obojętność. Były takie bez wyrazu, jedynie Miśka pragnąca za wszelką cenę zaistnieć, robiła trochę szumu. Zachowanie reszty koleżanek było wymuszone i do mnie nie przemówiły ich kreacje.

No i wreszcie wątek ze sławnym Zoranem, do pewnego momentu było ciekawie, zagadki, zadania, które były do wykonania, interesowały i wprowadzały ciekawy klimat. By wreszcie, w tle tej ckliwej i taniej historyjki, pojawiły się sprawy polityczne i nawet wątek z przełomowym odkryciem. Jedno do drugiego pasowało mi jak pięść do oka. I chociaż były ciekawe, to przy tych bohaterkach i ich zachowaniu, po prostu całość jawiła się groteskowo.

Nie znam autorki, nie chcę, oceniać na podstawie tego tytułu. Odnoszę wrażenie, że Pani Walczak-Chojecka z początku miała ochotę napisać coś lekkiego, ale gdzieś w trakcie zrozumiała, że jednak lepiej by było zaserwować fabułę w innym klimacie i wyszedł taki trochę miszmasz. Głupiutkie aktoreczki na tle ważnych problemów nie tylko dwóch braci, ale i narodu, gdzie odkrycie jednego z nich, mogłoby odmienić życie niemalże całego świata. Cóż, całkiem inaczej bym to przyjęła, na nieco innej płaszczyźnie. W tym przypadku czułam się, jakbym czytała książkę, stworzoną z dwóch różnych pomysłów. Z drugiej strony, nie umiem napisać, że było totalnie źle. Autorka ma ciekawe pióro i właśnie kiedy były wątki historyczne, wciągały mnie kompletnie, najsłabszym ogniwem były dla mnie główne bohaterki. Szkoda, że fabuła dotyczyła środowiska aktorek, a nie tego przemyconego wątku.

Królowa gwiazd nie do końca trafiła w mój gust, ale jestem bardzo ciekawa innych książek Pani Agnieszki Walczak Chojeckiej. Tym razem decyzje pozostawiam wam, nie będę zniechęcała, ani przekonywała.




Książkę do recenzji otrzymałam od wydawnictwa Edipresse Książki.

stycznia 18, 2019

stycznia 18, 2019

Kogut domowy

Kogut domowy


Książki Nataszy Sochy, są chyba już jednymi, które mnie nie rozczarowują. Jeśli chodzi o nasze rodzime autorki. I zaczynam się obawiać, czy jedna już z nielicznych moich ulubionych autorek, nie przestanie tak wspaniale pisać. Oby nie!

Pamiętam, jak pokochałam pióro autorki, po przeczytaniu Rosołu z kury domowej, teraz przyszła pora, a jakże — na Koguta domowego. Jaka to była kombinacja? Czy dorównał Kurze? Postaram się o wszystkim napisać. Jakie miałam odczucia i przemyślenia podczas czytania.

Poznajemy Jakuba, mężczyznę w wieku, który powinien świadczyć o dojrzałości i witalności, a jednak ktoś zdecydował, że oto jest odwrotnie. I chociaż nie do końca chodzi o brak formy mężczyzny, to jednak niestety można tak odebrać fakt, że dostał wypowiedzenie z pracy. Po tylu latach starania się i życia pod dyktando szefa. A teraz co? Cięcie etatów, trzeba wybierać najlepszych — czyli jakich? I co dalej? Cios jest silny, męska duma to jedno, a świadomość kredytu (który zaciągnął w niewdzięcznym banku) rodziny na utrzymaniu, dobija coraz mocniej. No ale to sytuacja przejściowa, na pewno. Z jego kwalifikacjami, podjęcie nowej będzie kwestią czasu.

Rzeczywistość miała nieco inne plany, bo gdy się okazało, że złudzenia muszą w końcu opuścić. Kuba wraz z żoną, podjęli decyzje, o chwilowej zamianie ról. Ona miała podjąć pełen etat w swojej pracy, On zająć dziewczynkami. Trzy córki, w różnym wieku. Wszystko jest przecież do ogarnięcia. Kwestia organizacji i w ogóle. Kolejne złudzenie, które zostało brutalnie odebrane, już pierwszego dnia „Kogutowania".

Jest możliwe, by mężczyzna zamienił się z żoną na rolę? Oczywiście, a jak sobie poradzi i jak wpłynie taka sytuacja na wszystkich jej członków? O tym możemy przekonać się, czytając Koguta domowego.

Pamiętam, kiedy czytałam Kurę, byłam pod wrażeniem emocji, jakie wzbudziła we mnie szczerość autorki. Bo była często wręcz brutalna, odzierająca ze wszystkiego, pokazywał sprawy takimi, jakimi naprawdę były, a nie, jakimi w tamtym przypadku, kobiety chciały widzieć. Tym razem, przy kogucie, ja nie odczułam aż tylu rewolucji. Owszem życie Jakuba przewraca się do góry nogami. Koszule i krawat musi zamienić na potargane podkoszulki, często nawet fartuszek. No ale to nie jest coś uwłaczającego. Jego żona z początku, czuje się zazdrosna. Nie o jego siedzenie w domu, a o utratę uczestniczenia w życiu dzieci, zwłaszcza najmłodszej córeczki.

Mężczyzna dopiero wtedy zauważa, co znaczy, wychowywać dzieci, bo do tej pory, jego obowiązki ograniczały się do zapytania i niewysłuchania co u nich, rozdysponowania finansów i odwożenia do szkoły. Teraz musiał zrozumieć potrzeby każdej z nich. Od zbuntowanej, wchodzącej w dojrzewanie nastolatki, przedszkolaka, dla którego spójność kolorystyczna garderoby miała ogromne wrażenie, bo kilkumiesięcznego bobasa. Każda z nich wymagała innej uwagi. A często oczekiwały jej w tym samym momencie, jak można było wszystko ze sobą pogodzić? I czy w ogóle istniała taka możliwość?

Jest jeszcze druga strona, żona. Nagle otrzymała możliwość wyjść z pieluch. Początkowa tęsknota za dziećmi zamieniła się w zupełnie inne emocje. Oto poczuła się nie tylko matką, ale i kobietą. Kiedy ma się trójkę dzieci, gdzieś te sprawy między byciem kobiecą, zatarły się, a mąż wiadomo, nie reagował na nią, jak w początkowej fazie związku. W takiej sytuacji bardzo łatwo ulec słabościom.

Jak ta zamiana wpłynęła na rodzinę Jakuba, czy córki zaakceptowały nieobecność matki, czy mężczyzna, który ubiera fartuszek, dalej nim jest?

Książkę przeczytałam w momencie, polubiłam niemalże wszystkich. Oprócz żony Jakuba. I chyba to jest straszne, bo jej bezmyślność okrutnie mnie drażniła. I nie wiem, czy każda kobieta wychowująca dzieci tak ma? Czy są to pojedyncze egzemplarze? Była aż tak naiwna i po prostu głupia, w głowie mi się nie mieściło. O ile rozumiałam, taką zwyczajną próżność w sytuacji wyglądu, kiedy chciała poczuć się kobieco, seksownie, tak w pewnej sytuacji, zaczęła się zachowywać jak idiotka. I tego u innych kobiet po prostu nie lubię.

Podsumowując, Kogut jest dobrą książką, chociaż nie fenomenalną. Na szczęście nie mam się czego doczepić.
 





stycznia 12, 2019

stycznia 12, 2019

Pejzaż z aniołem

Pejzaż z aniołem
źródło

Seria Malownicze, swego czasu bardzo skradła moje serducho. Zaczęła się tak spokojnie, można powiedzieć zwyczajnie, by później z każdym kolejnym tomem podbijać poziom, aż po prostu uznałam, że jest po prostu genialnie. Chyba najbardziej polubiłam historię Leontyny, ta część była i jest moim faworytem. Teraz przyszła kolej powrotu do starych znajomych, w nieco nowej odsłonie. Jakież było to spotkanie? Czy byłam oczarowana jak poprzedniczkami? O tym już za chwilę napiszę.
 
 


Poznajemy Adriannę, dziewczynę, która uświadomiła sobie, że właśnie zaczął się jeden z najbardziej znienawidzonych miesięcy w roku. I teraz musi zrobić coś, by jakoś przetrwać okres, przez większość lubiany, a przez nią po prostu bolesny i najlepiej by został zapomniany. Grudzień akurat wszedł wraz ze śniegiem, tym pięknym białym puchem, oddający klimat i wprowadzający atmosferę pełnego oczekiwania. Nie we wszystkich jak już wiemy. Ada ma ochotę zakopać się pod kołdrą albo uciec gdzieś na koniec świata.

Stefan od pewnego czasu kłóci się z Panem Bogiem, a dokładniej odgraża się temu na górze. Każdego ranka, gdy otwiera oczy i uświadamia sobie, że oto kolejny dzień przed nim, czuje przeogromną złość i rozżalenie. Odkąd umarła ukochana żona, postanowił umrzeć. Niestety same chęci, a raczej brak motywacji do życia, to za mało. Nie miał myśli samobójczych, On po prostu chciał tak po ludzku odejść za swoją miłością życia. Na co miał być sam w domu? I w tym swoim rozpamiętywaniu, nie zauważył, że ktoś potrzebuje pomocy. I właśnie może ta osoba, przypomni mu czym, jest sens życia.

A Malownicze szykuje się do świąt. Leontyna siedzi w swoim kuferku i zastanawia się nad nowymi dekoracjami, mieszkańcy planują coś nowego na Boże Narodzenie, choinka już stoi w Rynku pięknie przystrojona. Niebawem mają się wydarzyć ważne wydarzenia, które śmiało niektórzy nazwą cudami.
 
 


Muszę się przyznać, że gdy zaczynałam czytać Pejzaż, nie dopatrzyłam, że jest to kolejna część Malowniczego. I byłam niezmiernie zdziwiona, gdy nagle zostałam wrzucona w życie tamtych bohaterów. Nie wiem dlaczego, byłam przekonana, że jest to oddzielna historia Adrianny i Stefana. A tutaj taka niespodzianka.

I z jednej strony, fajnie, bo lubiłam i zżyłam się z tymi wszystkimi ludźmi. Z drugiej jednak strony, chyba to moje nastawianie na odrębną fabułę, zepsuło mi radość. Jakoś nie umiałam się wczuć w Malownicze, tak jak to zawsze bywało podczas zasiadania do czytania. Tutaj z jednej strony mamy wspomnienia z dzieciństwa małej Ady, a za chwilę gdzieś się pokazuje Madeleine ze swoim Michałem i ich codziennością.

Jedyną pociechą to była właśnie postać Leontyny, no jest to dla mnie taka kobieta, która gdzie by nie została podstawiona, zawsze wprowadzi ten niepowtarzalny klimat.

Cała historia Adrianny, jej przerwanego dzieciństwa i zachowania niezbyt zrównoważonej matki, były naprawdę smutne i wywoływały w człowieku wiele emocji. Niestety, mnie całość zburzył wątek z Antonim. Nic na to nie poradzę. I chyba nie przekonało mnie to wszystko. Mimo magii świąt, która przecież miała zadziałać. Ja wiem, że na tym to polegało. Jednak do mnie nie przemówiło. Ogólnie nie jestem fanką wielkich miłości od pierwszego wejrzenia i tej całej chęci zmiany, po spojrzeniu w oczy. I tak, wyjdę na sfrustrowaną i nieszczęśliwą zrzędę, ale w taką miłość nie wierzę, ani w święta, ani bez nich.

Trudno jest mi określić, co tutaj nie poczułam. Ok, wątek miłosny musiał być. Nie będę się go już czepiała. Mnie nie podbił. Chyba najbardziej kibicowałam dwóm starszym panom i ich historia mnie kupiła. Przepadłam z nimi i naprawdę świetnie się to czytało. Szkoda, że to nie zostało połączone z Adą, chyba nad tym ubolewam. No cóż. Widocznie ja się nie znam. Miało połączyć Malownicze, a w moim odczuciu, wszystko jakoś się rozjechało i brakło mi spójności.

Niemniej, z pewnością jako jedyna mam swoje zgrzyty. Ogólnie jest to najsłabsza część Malowniczego, co nie oznacza, że zła. Jest to książka świąteczna, ma złapać za gardło, poruszyć i potem otulić ciepłym kocem. Miało być przewidywalne, piernikowo i te wszystkie warunki zostały spełnione.
 
 
 
 
Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger