Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natasza Socha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natasza Socha. Pokaż wszystkie posty

grudnia 22, 2021

grudnia 22, 2021

Wigilia z nieznajomym

Wigilia z nieznajomym

 


Zazwyczaj nie czytuję książek w klimacie świątecznym. Wiadomo, musi być zachowana pewna konwencja, która mnie nie do końca przekonuje. Co innego, kiedy chodzi o książki Nataszy Sochy, jest to autorka, której styl, odbiega od tych cukierkowych, często przesłodzonych. Dlatego, nawet jeśli tytuł ma coś wspólnego ze świętami, czytelnik może być pewny, że ukazana historia, nie będzie powielaniem szablonów.
Gdy ukazała się zapowiedź niniejszej książki, byłam ciekawa, co tym razem, pisarka postanowiła ukazać czytelnikom. 
Z ciekawością zasiadałam do czytania, by poznać nowych bohaterów i ich historię. A jaka ona była?

Poznajemy Antoninę, kobietę, która jest w kwiecie wieku, mimo odchowanych dzieci. Jej życie do tej pory kręciło się wokół wychowywania córek, zajmowania domem, no i rzecz jasna pracą. Lubiła tę rolę, nawet trudy przygotowywania idealnie nastrojowych świąt, mimo że często była przemęczona. W końcu nadeszła pora, gdy jej córki stały się samodzielne - wręcz już dorosłe. A ona, nie musiała się martwić, czy wigilia będzie taka, jaką sobie wymarzyły. W pewnym sensie, odkąd dziewczynki wyrosły, coraz częściej miała ochotę na zupełnie inną wigilię. Taką po swojemu, według własnych zasad. Bez zastanawiania się, jaką potrawę ma zrobić w kolejności, czy makowiec wyszedł idealny i wreszcie, nie będzie musiała być idealną żoną, matką i gospodynią.
W tę wigilię Antonina wstała z mocnym postanowieniem, że przeżyje ten dzień inaczej jak do tej pory, nie będzie się przed nikim tłumaczyła, bo po prostu nie musi. Podjęła decyzję i wyszła z domu, nie mówiąc nic mężowi. Po prostu ubrała się i wyszła na ulicę. Zdecydowała na spacer, a później samotne wypicie kawy, bez przymusu rozmowy z kimkolwiek. Po prostu pobędzie sama, daleko od gotowania i pełnego stresu przygotowywania wieczornej uroczystości. Bo nie chce i nie musi.

Marcel również od dłuższego czasu, nie odczuwał radości z nadchodzących świąt. Coś sprawiło, że w jego życie wdarła się monotonia i rutyna. Tego dnia, postanowił wyjść na spacer z psem, żeby nie musieć myśleć o tym, co będzie działo się później. Następnie trafił do małej kawiarenki, jednej z nielicznych otwartej o wczesnej porze, która była klimatyczna i nienachalna. Chciał się napić kawy, w samotności i przemyśleć kilka spraw. Nie spodziewał się jednak, że na podobny pomysł wpadła jeszcze jedna osoba.

Gdy Antonina i Marcel, próbowali zaplanować wigilię po swojemu, nie wchodząc sobie wzajemnie w drogę, otrzymali niepokojącą wiadomość ze szpitala. Ich młodsza córka, miała poważne problemy z nerkami. I gdy padła decyzja o dłuższym zatrzymaniu na oddziale, poprosiła rodziców, by, zamiast siedzieć wraz z nią przy łóżku, spędzili ten czas wspólnie, robiąc rzeczy, których do tej pory nie mieli okazji.
Dla obojga był to pomysł dziwny, a nawet absurdalny. Zwłaszcza dla Antoniny, która miała na ten dzień, nieco inne plany. Dalekie od tego, by spędzić z własnym mężem. Niestety obiecała córce, że spełni jej prośbę i bez entuzjazmu, w towarzystwie małżonka opuściła szpital. I tak rozpoczęli wigilię w zupełnie inaczej, niż sobie planowali, a nadchodzące wydarzenia, były pełne nieprzewidzianych zbiegów okoliczności.

Zastanawiam się, od czego zacząć i czego nie napisać, by nie zdradzić zbyt wiele. Może zacznę od tego, że bardzo, ale to bardzo nie polubiłam Antoniny. Była to osobowość kobiety, której na pewno bym nie obdarzyła sympatią. Jej postępowanie i tłumaczenie swoich zachowań i decyzji, dla mnie były po prostu żenujące. Ja mam świadomość, że jest to postać fikcyjna, jednak takich Antonin z pewnością można wiele spotkać, albo na pewno minąć na ulicy, nie mając nawet świadomości, jak łudząco przypominają bohaterkę z kart stron książki.
Według mnie jest to postać egoistyczna i tchórzliwa, dokładnie tak i w tej kolejności. Nie mogę za wiele napisać, jestem jednak ciekawa, czy tylko we mnie, jej postępowanie i tłumaczenia, wzbudzały po prostu politowanie. No nie, nie umiem napisać niczego pozytywnego i chyba przez tę postać, ta książka była dla mnie męcząca w czytaniu.
Marcel, chociaż był ukazany w roli biernego męża, który nie potrafił odpowiednio komunikować się z własną żoną, wychodząc z założenia, że skoro mieszkają ze sobą, to właściwie nie ma sensu robić nic więcej, faktycznie gdzieś rozluźnił relację między nimi.

Niestety w moim odczuciu, wcale się temu mężczyźnie nie dziwiłam i każdy, kto pozna tajemnicę Antoniny, myślę, że będzie wiedział, co mam na myśli.

Przejdę zatem do wydarzeń, które zaczynają się dziać w momencie wyjścia naszych bohaterów ze szpitala. Bo ta chwila, proszę mi wierzyć, sprawia wrażenie, jakby nagle ktoś nacisnął przycisk - całe oczy zwrócone na tych dwoje, bo tylko im trafiały się tak przedziwne sytuacje. Nie wiem, niby było czasami ciekawie, gdzieś tam po drodze wesoło, a nawet nostalgicznie.

Mam niestety wrażenie, jakby kilka wątków z różnych książek, zostało wrzuconych do jednego, wymieszane i wyszło takie miszmasz. Oczywiście pojawiają się ciekawe postaci, które wzbudzają podczas czytania wesołość. Jest też rzecz jasna ukazanie wątku moralizatorskiego - tak zwany głębszy przekaz. Bo w końcu to książka świąteczna, w święta muszą być przemyślenia i wyciąganie wniosków. I później zakończenie, które pojawiło się nagle, bez wyjaśnienia tych wszystkich wątków. Jakbyśmy mieli sobie dopisać w głowie, co było dalej? Szczerze? Ja nie znoszę takich zabiegów. Nigdy nie byłam zwolenniczką otwartych zakończeń. A w tym przypadku, nie było nawet wyjaśnienia większości. Ja cały czas miałam wrażenie, że zabrakło przynajmniej jednego rozdziału. Ostatnia strona była dla mnie rozczarowaniem. Po nieco nudnawym początku i jako takim rozwinięciu, gdzie do zakończenia działo się dosłownie wszystko - brakowało latających małp - chociaż zwierząt naprawdę było wiele. Zakończenie wydało się po prostu przypadkowym. Ot, jakby nagle skończyły się pomysły na to, co dalej. I trzeba było wszystko zmieścić dosłownie w dwóch zdaniach.

Do mnie nie przemawia takie zakończenie i ja naprawdę, nie twierdzę, że jest to zła książka. Uważam ten tytuł za niedopracowany i jakby pisany na siłę bądź zbyt szybko. Czytałam sporo książek autorki, dlatego czuję się mocno zawiedziona. No cóż. Mam nadzieje, że to tylko moje odczucia.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa

lutego 19, 2019

lutego 19, 2019

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie

(Nie)miłość. Z tobą i bez ciebie


Pisałam już jakiś czas temu, że w czołówce moich ulubionych polskich autorek jest Natasza Socha, od czego zaczęła się ta sympatia i trwa niezmiennie? Myślę, że nie ma w tym wielkiego sekretu. Pisarka tak po prostu pisze prawdziwie. Nie koloruje swoich postaci, nie tworzy wydumanych historii, które albo są przesłodkie, albo zginają ludzi w pół z rozpaczy, zrzucając na nich, tragedię jedną za drugą. Socha pisze o życiu, takim, jakie jest. I ta na pozór zwykła codzienność, tak bardzo trafia do wielu czytelników. Bo czytamy o ludziach, którzy mają często podobne przywary, problemy.

Tym razem przyszła pora na (Nie)miłość, czym ona właściwie jest? Czy istnieje w ogóle takie określenie uczuć? Jak ją zdefiniować? Odpowiedzi szukałam w treści, a to, co znalazłam, opiszę troszkę później.


Poznajemy Cecylię i Wiktoria. Małżeństwo z lekkim przeterminowaniem. Oboje są razem, chociaż tak naprawdę od dawna każde zaczęło żyć swoim życiem. On potajemnie spotyka się ze swoją byłą studentką, pod pretekstem pomocy przy pracy — taka jest wersja oficjalna. Tak naprawdę, oboje planują wspólną przyszłość. 
Ona pewnego poranka stwierdza, że w końcu dojrzała, żeby zakomunikować mężowi o swoim rozpadzie uczuć, o chęci poczucia wolności. Bo już się wypaliła. Tak po prostu. I siedząc w samochodzie, rozważa przebieg popołudniowej rozmowy. Do której nie dojdzie ani tego dnia, ani następnego.

Bo już za kilka minut, Cecylia stanie się ofiarą groźnego wypadku, w wyniku którego, będzie zmuszona poruszać się na wózku inwalidzkim. Oczywiście niepełnosprawność ma być tylko czasowa, ale rzeczywistość okazuje się brutalniejsza.

W zaistniałej sytuacji oboje muszą odłożyć swoje plany rozwodowe na później. Ona potrzebuje pomocy męża w codziennych czynnościach. On nie wyobraża sobie, by teraz miał zostawić małżonkę w potrzebie. Zaczynają więc wspólnie nową, nieco dziwną i bardzo męczącą drogę, do zdrowia Cecylii, do chwili uwolnienia się od siebie.

A gdzieś między jedną ukrytą randką Wiktora a wspólnym szukaniem pomocy w dojściu do pełnej sprawności Cecylii. Tych dwoje, zaczyna zastanawiać, w którym momencie, przestali się zauważać, być dla siebie mężem i żoną, kobietą i mężczyzną. I najważniejsze, kiedy ich miłość, przerodziła się w (nie)miłość?


Nie mogę napisać, by fabuła była porywająca. Jest wręcz przeciwnie. Tutaj wszystko dzieje się takim wręcz powolnym rytmem.

Rozmyślania Cecylii nad swoim życiem, wyborami, jakie dokonała. Nad macierzyństwem i wreszcie małżeństwem, które gdzieś zgasło i nie pamięta, w którym momencie zaniedbali ten płomień. Czyja była wina, kto pierwszy sobie odpuścił?

Jest wreszcie jej niepełnosprawność i związana z nią frustracja, rozgoryczenie i żal, do osoby, która była sprawczynią wypadku. Gdyby nie ona, teraz Cecylia byłaby wolna i szczęśliwa. A przede wszystkim, mogłaby chodzić. A nie, być zdana na pomoc męża. Oczekiwanie na powrót, na wspólne kąpiele. Była przecież niezdolna do zwykłych czynności.

I Wiktor, czujący odpowiedzialność za żonę i matkę swojej córki. Niesamowicie pragnie związać się na stałe z ukochaną. Ich potajemne spotkania, zostały ograniczone, musi być w gotowości do pomocy. Co jak się okazuje, bywa bardzo wyczerpujące, ale i daje też pewną satysfakcję. Oto teraz, po wielu latach bycia obok siebie, zaczynają wspólnie wykonywać czynności, a nawet rozmawiać. Tak po prostu. Dziwne prawda? A jednak, w pewnej chwili, oboje uświadomili sobie, że przestali rozmawiać.

Myślę, że ta książka wspaniale ukazuje, jak w życiu, a zwłaszcza w uczuciach, szybko sobie odpuszczamy. Jak wpadamy w rutynę, która zaczyna nam ciążyć, aż pewnego dnia, zerkamy w stronę tej drugiej, kiedyś bliskiej osoby i mamy wrażenie, że jest nam zupełnie obojętna. Próbujemy we wspomnieniach odszukać chwil, kiedy były te uniesienia, euforia i zachwyt. I ze smutkiem odkrywamy, że już od bardzo dawna, panuje chłód. Razem, a osobno. Czy można odzyskać stracone lata? Czy można ponownie rozpalić płomień, który ogrzeje uczucia?

Jak zatem zdefiniować (nie)miłość? Etapem w którym, jeszcze się szanujemy, ale już przestaliśmy się zauważać? Gdy wspólne wypicie kawy wydaje się czymś nierealnym? Spojrzenie na siebie, ale zobaczenie się? Przytrzymanie wzroku na drugiej osobie, a nawet zachwycenie? Czy w (nie)miłości jest to możliwe? Przekonajcie się sami. Ja szczerze polecam.
 Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.

stycznia 18, 2019

stycznia 18, 2019

Kogut domowy

Kogut domowy


Książki Nataszy Sochy, są chyba już jednymi, które mnie nie rozczarowują. Jeśli chodzi o nasze rodzime autorki. I zaczynam się obawiać, czy jedna już z nielicznych moich ulubionych autorek, nie przestanie tak wspaniale pisać. Oby nie!

Pamiętam, jak pokochałam pióro autorki, po przeczytaniu Rosołu z kury domowej, teraz przyszła pora, a jakże — na Koguta domowego. Jaka to była kombinacja? Czy dorównał Kurze? Postaram się o wszystkim napisać. Jakie miałam odczucia i przemyślenia podczas czytania.

Poznajemy Jakuba, mężczyznę w wieku, który powinien świadczyć o dojrzałości i witalności, a jednak ktoś zdecydował, że oto jest odwrotnie. I chociaż nie do końca chodzi o brak formy mężczyzny, to jednak niestety można tak odebrać fakt, że dostał wypowiedzenie z pracy. Po tylu latach starania się i życia pod dyktando szefa. A teraz co? Cięcie etatów, trzeba wybierać najlepszych — czyli jakich? I co dalej? Cios jest silny, męska duma to jedno, a świadomość kredytu (który zaciągnął w niewdzięcznym banku) rodziny na utrzymaniu, dobija coraz mocniej. No ale to sytuacja przejściowa, na pewno. Z jego kwalifikacjami, podjęcie nowej będzie kwestią czasu.

Rzeczywistość miała nieco inne plany, bo gdy się okazało, że złudzenia muszą w końcu opuścić. Kuba wraz z żoną, podjęli decyzje, o chwilowej zamianie ról. Ona miała podjąć pełen etat w swojej pracy, On zająć dziewczynkami. Trzy córki, w różnym wieku. Wszystko jest przecież do ogarnięcia. Kwestia organizacji i w ogóle. Kolejne złudzenie, które zostało brutalnie odebrane, już pierwszego dnia „Kogutowania".

Jest możliwe, by mężczyzna zamienił się z żoną na rolę? Oczywiście, a jak sobie poradzi i jak wpłynie taka sytuacja na wszystkich jej członków? O tym możemy przekonać się, czytając Koguta domowego.

Pamiętam, kiedy czytałam Kurę, byłam pod wrażeniem emocji, jakie wzbudziła we mnie szczerość autorki. Bo była często wręcz brutalna, odzierająca ze wszystkiego, pokazywał sprawy takimi, jakimi naprawdę były, a nie, jakimi w tamtym przypadku, kobiety chciały widzieć. Tym razem, przy kogucie, ja nie odczułam aż tylu rewolucji. Owszem życie Jakuba przewraca się do góry nogami. Koszule i krawat musi zamienić na potargane podkoszulki, często nawet fartuszek. No ale to nie jest coś uwłaczającego. Jego żona z początku, czuje się zazdrosna. Nie o jego siedzenie w domu, a o utratę uczestniczenia w życiu dzieci, zwłaszcza najmłodszej córeczki.

Mężczyzna dopiero wtedy zauważa, co znaczy, wychowywać dzieci, bo do tej pory, jego obowiązki ograniczały się do zapytania i niewysłuchania co u nich, rozdysponowania finansów i odwożenia do szkoły. Teraz musiał zrozumieć potrzeby każdej z nich. Od zbuntowanej, wchodzącej w dojrzewanie nastolatki, przedszkolaka, dla którego spójność kolorystyczna garderoby miała ogromne wrażenie, bo kilkumiesięcznego bobasa. Każda z nich wymagała innej uwagi. A często oczekiwały jej w tym samym momencie, jak można było wszystko ze sobą pogodzić? I czy w ogóle istniała taka możliwość?

Jest jeszcze druga strona, żona. Nagle otrzymała możliwość wyjść z pieluch. Początkowa tęsknota za dziećmi zamieniła się w zupełnie inne emocje. Oto poczuła się nie tylko matką, ale i kobietą. Kiedy ma się trójkę dzieci, gdzieś te sprawy między byciem kobiecą, zatarły się, a mąż wiadomo, nie reagował na nią, jak w początkowej fazie związku. W takiej sytuacji bardzo łatwo ulec słabościom.

Jak ta zamiana wpłynęła na rodzinę Jakuba, czy córki zaakceptowały nieobecność matki, czy mężczyzna, który ubiera fartuszek, dalej nim jest?

Książkę przeczytałam w momencie, polubiłam niemalże wszystkich. Oprócz żony Jakuba. I chyba to jest straszne, bo jej bezmyślność okrutnie mnie drażniła. I nie wiem, czy każda kobieta wychowująca dzieci tak ma? Czy są to pojedyncze egzemplarze? Była aż tak naiwna i po prostu głupia, w głowie mi się nie mieściło. O ile rozumiałam, taką zwyczajną próżność w sytuacji wyglądu, kiedy chciała poczuć się kobieco, seksownie, tak w pewnej sytuacji, zaczęła się zachowywać jak idiotka. I tego u innych kobiet po prostu nie lubię.

Podsumowując, Kogut jest dobrą książką, chociaż nie fenomenalną. Na szczęście nie mam się czego doczepić.
 





sierpnia 14, 2018

sierpnia 14, 2018

Mgły Toskanii

Mgły Toskanii


Książki Nataszy Sochy, wzbudzają różne emocje. Część odbiorców jest zachwycona, sięga po kolejne tytuły niemalże w ciemno. Z kolei inni, twierdzą, że nie potrafią się odnaleźć. Jedno jest pewne, co łączy obie grupy. Styl autorki, który nie jest nijaki. I chociaż podczas czytania, można na pierwsze wrażenie, pomyśleć, że czasem fabuła spowalnia, to jednak, każde zatrzymanie, ma swój konkretny cel. I naprawdę sztuką jest, by umieć go wyczytać. 

Gdy wyszła zapowiedź Mgieł Toskanii, wiedziałam, że książkę chcę przeczytać. Troszkę sobie odleżała, ale w końcu przyszła na nią pora. Wrażenia mam różne, ale o nich, za chwilę. 



Lena jest konserwatorem zabytków. Pracę swoją bardzo lubi i oddaje się jej całą sobą. Zadania, które ma zlecane, są fascynujące i sprawiają, że nawet największy ignorant sztuki, z wrażeniem pochyli się, nad ukończoną pracą. Bo odkrywanie ukrytych obrazów, czy sprawdzanie autentyczności, musi być naprawdę wspaniałe. To też, zajęcie, któremu się poświęca, jest tym, co kobieta po prostu kocha.

Nasza bohaterka mieszka z Igorem, razem też pracują, bo chociaż mężczyzna konserwatorem nie jest, to jego zadania, również są bardzo istotne. I właśnie praca, połączyła tych dwoje. Można powiedzieć, trafił swój na swego. Porozumiewali się w domu i poza nim.

W końcu Lena otrzymuje propozycje pracy przy fresku, musi polecieć do Toskanii, tam w małym kościółku, czeka na nią coś bardzo interesujące.

Na miejscu nieoczekiwane sytuacje, sprawią, że kobieta poprosi o pomoc mężczyznę, którego w razie wypadku, polecił jej Igor. I tak się jakoś poukłada, że drogi tych trojga, będą się ciągle krzyżowały.


 
Pierwszy raz chyba, po przeczytaniu książki autorki, nie umiem się określić. Z jednej strony, nie zainteresowała mnie sytuacja Leny, tego jej romansu z Ianem. Nie potrafiłam się wczuć, zrozumieć jej postępowania. Najnormalniej w świecie, ta kobieta była mi zupełnie obca. I w żadnej części, nie odnalazłam w niej, coś z siebie.

Co innego jednak mogę napisać o sztuce, samego klimatu Toskanii. Bo ta warstwa, szalenie m nie pochłonęła. Byłam tam, przechadzałam się uliczkami, a nawet smakowałam potraw. I jeszcze sam fresk w kościele. To wszystko sprawiało, że naprawdę z przyjemnością czytałam.

Nie polubiłam Leny, to typ kobiety, z którym ja się rozmijam. Tak kompletnie, nie było mi z nią po drodze. Co do Iana, jako mężczyzna, nie pociągałby mnie. Opis wizualny, czy sposób bycia. Jedno co mnie u tego człowieka się spodobało — Było przeżywanie, tego, jak uczył Lenę odczuwać. Powoli, bez przesytu.

Z jednej strony byłam zachwycona samym klimatem, z drugiej drażniło mnie postępowanie Leny. Jej w pewnym sensie egoizm. No nie lubię takiego zachowania. Lubiłam Igora, fajny facet, no ale cóż zrobić, trafił na kobietę o głębokim sercu. Niespecjalnie potrafię uwierzyć na podział dwóch osobowości. Po prostu nie przemówiło to do mnie.

No i jeszcze Ian, szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, co ona w nim zobaczyła. Ja wiem, mówi się, że wiek to liczby. Mimo wszystko nie. Po prostu nie poczułam tego rzekomego uczucia.

Podsumowując, Mgły Toskanii, nie jest książką dla każdego. Nie wiem, komu może przypaść do gustu.
Myślę, że każdy powinien zdecydować sam. Mnie się szybko czytało. Jednak wątek uczuciowy, niczym mnie nie ujął. Atmosfera miejsc — bardzo.

Książkę przeczytałam dzięki wydawnictwu Edipresse Książki.

lipca 19, 2018

lipca 19, 2018

Zula i magiczne obrazy

Zula i magiczne obrazy




Poznaliście Zulę i jej szalone ciotki mieszkające na Poziomkowej Polanie? Jeśli nie, musicie koniecznie nadrobić to niedopatrzenie. Nie ważne ile macie lat. Zula jest świetną towarzyszką przygód dla starszych i młodszych. I jednego czego możecie być pewni, w tym szalonym świecie, że będzie magicznie!

Nad magiczną polaną, pewnej nocy ukazało się dziwne światło. Z początku Zula myślała, że to nic takiego. Jednak gdy podeszła do okna, jej ciekawość wezbrała. Niebieski blask emanował z polany, którą jeszcze niedawno tak bronili jej przyjaciele. Co się tam takiego działo, skąd światło w miejscu, gdzie nikt nie mieszka? I nawet nie odważy się przebywać? Sprawa bardzo interesująca należy sprawdzić, czy następnej nocy, znowu pojawi się światło, jeśli tak, trzeba będzie się tam wybrać i dowiedzieć co jest jego przyczyną.

Oczywiście Zula nie miała zamiaru iść sama. Dwóch przyjaciół oraz kocur, nie mogli jej opuścić. Wprawdzie jednemu z kolegów, nie bardzo pasowała zabawa w nocnych detektywów, jednak przyznać się do strachu, nie było mowy.

Jakież było zdziwienie trójki dzieci, gdy na opustoszałej polanie, ujrzały dom! I to w dodatku wyrósł im przed oczami z ziemi. O co chodziło? Czyj był i czy należało do niego wejść, a jeśli już, jakie mogły być konsekwencje ciekawości?

Muszę się przyznać, że ta część przygód Zuli, była chyba najbardziej tajemnicza i chwilami wprawiała w delikatny dreszczyk. Bardzo byłam ciekawa domu, jaki się pojawił, kto był jego właścicielem i jaki też miał powód, by pojawić się właśnie w tamtym miejscu.

I gdy tak odkrywałam, wraz z naszymi młodymi ciekawskimi te zagadki, zastanawiałam się, czy ja kiedykolwiek, jako dziecko, poszłabym w nocy, gdzieś coś sprawdzić. Wiadomo, tutaj mamy bajkę, jednak wiem, że są dzieci odważne, moja odwaga kończyła się z chwilą zachodzącego słońca. To też, nie będę ukrywała, kiedy tak przyglądałam się poczynaniom dzieci, czułam po prostu ich strach, ale i ciekawość. Tam, gdzie magia, musiało dziać coś nieprzewidzianego. Tylko pytanie, co?

Dom wewnątrz okazał się bardzo zaskakujący, a jego właściciel jeszcze bardziej. Bardzo dziwny i jak się później okazało podstępny.

Dzieci z fascynacją oglądały przedziwne obrazy, które wisiały na ścianach, ale jeszcze dziwniejsze zdarzenia miały dopiero nadejść.

Jak się zatem zakończyła nocna wyprawa i czy była tylko jedna? Co miały ze wszystkim wspólnego magiczne obrazy i w jaki w ogóle sposób były magiczne? Odpowiedzi na te oraz inne pytania, należy szukać w trzeciej części. Jedno jest pewne, zakończenie wcale nie wydaje się takie wiadome. 

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa.

marca 26, 2018

marca 26, 2018

Troje na huśtwace

Troje na huśtwace


Bywają książki, które czyta się jednym tchem. Mają w sobie coś takiego, co sprawia, że tekst a wraz z nim strony, przepływająca niepostrzeżenie. Są również takie, przy których trzeba się zatrzymać, przetworzyć informacje i dopiero po tym czasie iść dalej, zagłębiać w tekst. No i jeszcze jedne, takie pół na pół, z jednej strony czyta się dobrze i nawet szybko, a po chwili coś nas zatrzymuje i nakazuje pomyśleć przez chwilę, zanim ruszymy dalej. Tak właśnie miałam z książką Troje na huśtawce, a jak oceniam całość?


 
Koralia jest w wieku, który zasadniczo trudno zakwalifikować, by nie urazić. Bo z jednej strony przekroczenie czterdziestki nie jest niczym strasznym, z drugiej, daje świadomość z tylu głowy, że oto młodość gdzieś została za pewnymi granicami, a teraz to już coraz bliżej starości. Oczywiście mówimy o wieku liczbowym. Bo tak naprawdę. Starość czy młodość jest stanem ducha. Od tego, jak bardzo my sami odnajdujemy się w danej rzeczywistości. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynają się ograniczenia wiekowe. Bo po czterdziestce to czy tamto już nie wypada. Bo już są boczki, bo zmarszczki itd.

Taka właśnie jest nasza bohaterka, zatrzymana w wieku, którego nie bardzo lubi, ale tak naprawdę, gdy była młoda, nie bardzo korzystała z cyfr, które same siebie usprawiedliwiały, wraz z postępkami, które się uczyniło.

I właśnie w tym dziwnym wieku „pomiędzy”, Koralia się zakochała. I chyba nie byłoby w tym nic wielkiego, gdyby nie fakt, że obiekt jej zainteresowania — z wzajemnością zresztą. Był synem najlepszej przyjaciółki, w dodatku osiemnaście lat młodszym. Tak. Teraz z pewnością reakcje są pełnie oburzenia, zniesmaczenia i całej reszty, która myśli jedno. Potępić i ukarać. Prawda?

Jednak Koralia i jej ukochany, pomimo przeszkód, jakie z pewnością w końcu się pojawią, postanawiają dać sobie szansę. Ona ma większe opory, On tłumaczy jej, że jest dorosły i w końcu kocha. I naprawdę tak jest.

Tylko jest jeden, maleńki problem. Matka i przyjaciółka. Czy będzie umiała pogodzić się z tym, co dwie najbliższe osoby zafundowały, czy przyjaźń będzie postawiona na granicy wyboru? I najważniejsze, czy taka miłość ma szansę?



Ciekawiła mnie książka, która miała ukazać związek, czy romans, jak kto woli. Starszej kobiety i dużo młodszego mężczyzny. Mnie akurat specjalnie to nie gorszyło. Ponieważ uważam, że skoro mężczyźnie wolno stanąć na ślubnym kobiercu z 25 lat młodszą oblubienicą, to tal samo działa w odwrotną stronę.

Sprawa o tyle była trudna, że chodziło o syna przyjaciółki. I chyba ten aspekt wzbudzał największe emocje. Z jednej strony chłopak był już dorosły, świadomy tego, czego chciał. Z drugiej Koralia i jej rozterki. Tutaj nie można powiedzieć, że zachowywała się niezdecydowanie i być na nią o to złym. Ja rozumiałam te wahania, to miotanie w różne strony. Trudno powiedzieć sercu przestań, bo rozum krzyczy, że tak nie wolno. I tak naprawdę dlaczego?

Była Aurelia, matka i przyjaciółka. Jak powiadomić nieświadomą przyjaciółkę, matkę — główną zainteresowaną, że mimo tego, że zdaje się niemożliwe, właśnie na nich coś takiego padło?

Trudne wybory, trudne decyzje. Jeszcze trudniejsze skutki, a wszystko przez miłość, która postanowiła pobawić się cyframi. Czy jest w tym coś złego?

Książkę czytałam dosyć długo. Sama nie wiem dlaczego. Bo jest naprawdę ciekawa. I chociaż Natasza Socha, postanowiła nieco nam utrudnić, i formę pamiętnika Koralii, czytamy z nieco pomieszaną kolejnością zdarzeń, mimo wszystko czytało dobrze. Mnie może przytrzymywały te rozmyślania kobiety, jej analizy, wspomnienia i ich wpływ na aktualne wydarzenia.

Kibicowałam bohaterce, uważam, że miłość powinna otrzymać szansę. Wiek to tylko cyfry, ograniczenia stawiamy my sami. Jeśli chodzi o szczęście, nie powinno się o nich myśleć.

Zakończenie sprawiło, że nie mogłam spać w nocy i rozmyślałam. Nad tym, co dalej, jaki powinien być finał. Nie wiem, czy autorka planuje kontynuacje, chyba bardzo bym tego chciała. Jeszcze bardziej bym życzyła sobie, by ludzie przestali oceniać innych, tylko dlatego, że ośmielili się wyjść poza ramy, które narzucili jeszcze inni ludzie. Szczęście, ono się liczy, jeśli nie krzywdzi innych, powinno być akceptowane. Nawet jeśli my sami, nie podjęlibyśmy się podobnych decyzji. Chociaż jak mówi powiedzenie — nigdy, nie mów nigdy.

Myślę, że jest to jedna z najbardziej poważnych książek. Oczywiście jest szczerość i prawdziwość. Wiadome, ale chyba dotyka tego, od czego ludzie lubią uciekać. Trzymam kciuki za takie Koralie, które nie boją się cyfr. A książkę polecam.
 

Książkę przeczytałam, dzięki wydawnictwu Edipresse książki.


lutego 03, 2018

lutego 03, 2018

Dwanaście niedokończonych snów

Dwanaście niedokończonych snów

Tak wiem. Święta już dawno za nami. Klimat jakby też przeminął, a ja nagle się obudziłam z książką iście gwiazdkową, no ale mam swoje wytłumaczenie. Po pierwsze czekałam aż będzie dostępna w formie e-book, po drugie, gdy miałam dosyć czekania i już gnałam zakupić, okazało się, że w księgarni brakło egzemplarzy. A, że jestem wierna tylko tej jednej, której reklamować nie będę, bo nie. To czekałam dalej na e-booka. No i ostatnio postanowiłam sprawdzić, czy jest i był! Od razu zabrałam się za czytanie, gdyby postanowił nagle zniknąć albo coś. I przeczytałam.

 
 
Główną bohaterką jest Momo, nazwa ta jest skrótem od nazwiska i imienia, ale dla ciekawych nie będę pisała. Niech sami się dowiedzą. Momo ma 28 lat, mieszkanie i własną galerię, tworzyła w niej dzieła z przedmiotów codziennego użytku. Praktycznie wszystko może stać się surowcem wtórnym, mającym drugie życie i nawet przeznaczenie.

Kobieta ma 28 lat, matkę i ciotkę, a nawet byłego męża. Żyje w swoim poukładanym życiu. Otacza się dwoma bezpiecznymi kolorami. Czarnym i białym. Czerń do ubierania, biel mieszkania. Ot taka równowaga. Zdaniem Momo, która nie znosi feerii barw, ogólnie ma dosyć osobliwe podejście do wielu spraw codziennych. Na przykład pożywianie. Zjada coś tam, bo musi. Gdyby zapytać co lubi, jaką potrawę, byłby z tym problem.

Świat kobiety jest prosty i przewidywalny. Czyli bezpieczny. Bez nieoczekiwanych wydarzeń, które mogłyby wytrącić z równowagi. Zburzyć ścianki w jej prostym pudełeczku.

Wszystko do pewnego dnia, a raczej nocy. Gdy we śnie zaczynają atakować kolory. Mnóstwo kolorów, których Momo nie może znieść. Gdzie podziała się bezpieczna czerń? Co z bielą? Dlaczego kolory, jeśli ona ich nie lubi, nie myśli nawet o nich. I przede wszystkim. Dlaczego ciągle śni ten sam sen, kończący się w podobnych momentach?

 
 
 
Kiedy tak czekałam sobie na książkę, wyobrażałam sobie ten typowo świąteczny klimacik. Taki wiecie, piernika z lukrem, albo herbaty z pomarańczą i czymś korzennym. I gdy tak zaczęłam czytać, moją pierwszą myślą było — Jak u licha świąteczna historia?? Bo o świętach tam nie praktycznie zbyt wiele. Atmosfera żadna, tylko pudełko bohaterki, jej dziwactwa i jakieś nudne życie. Potem poznałam matkę, zajmującą może dziwnym, acz potrzebnym fachem. I szczerze ja bardzo podziwiam ludzi pracujących w takich miejscach, tym bardziej fascynowały mnie opisy związane właśnie z matką.

No i gdy tak próbowałam zrozumieć, o co chodzi, że okładka świąteczna, a książka jednak nie, i zaczęłam się bać, że chyba jednak moje pierwsze rozczarowanie. Na plan wjechała ciotka Rebeka. I powiem szczerze, rozłożyła mnie na łopatki. Pomijając fakt, jej sposobu bycia i wypowiedzi, to po prostu uwagi rzucane, były naprawdę w punkt. I serio, dają sporo do zastanowienia.

Oczywiście kręcimy się wokół snów, zielonego swetra, a raczej właściciela tegoż fragmentu garderoby, sensu tego, co widzi bohaterka, a my razem z nią. I tak podczas czytania, przynajmniej ja, doszłam do wniosku, że jednak nie będzie tego piernika i w ogóle maku. Bo tutaj chodziło o coś zupełnie innego. No i podobało mi się to, naprawdę. Może niezbyt choinkowe, niezbyt gwiazdkowe. Bo bardziej analizujące istotę tego i owego. A jednak bardzo przydatne.

Nie ma tutaj pięknych opisów o ubieraniu choineczek, bieganiu za prezentami. Poznajemy Momo, która gdzieś na pewnym etapie, zamknęła się w sobie i, mimo że żyła to stanęła obok tego swojego życia. Razem z nią wyruszamy w podróż. Gdzieś tam przewijają się różni towarzysze, bo i matka próbuje zrobić coś, co pomoże zrozumieć wydarzenie sprzed wielu lat, które przyczyniło się do osobowości córki.

Kolejny raz było naprawdę magicznie, może nawet bardziej niż się spodziewałam. Było troszkę smutno, troszkę refleksyjnie. Bo postać Momo, to tak naprawdę wielu z nas, w mniejszym lubi większym stopniu.

No ale ja, pokochałam Rebekę, i normalnie doszłam do wniosku, że co tam e-book, książkę, tak czy siak, muszę kupić. A miałam oszczędzać. Nie ma lekko.

Cóż mogę jeszcze napisać, to nie jest typowa bombkowa historyjka, ale ma w sobie naprawdę świetne coś, bardzo przypadła mi do gustu. Nie wiem, czy są ochotnicy czytania po świętach, ale ręczę całym swym hejterskim, czarnym serduszkiem. Można śmiało i po świętach. Polecam!



Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl


stycznia 09, 2018

stycznia 09, 2018

Macocha

Macocha


Pamiętam, kiedy poznałam twórczość Nataszy Sochy, jak ogromne wrażenie wywarły na mnie jej postrzeganie zwykłych spraw codziennych. Gdy brutalna szczerość wychodzi na pierwszy plan, wypierając lukrowany i nieszczery obraz życia. I chyba właśnie za te cięte uwagi polubiłam autorkę.

Moja przygoda z książkami zaczęła się nieco od środka, dlatego, gdy tylko nadarzyła się możliwość, postanowiłam nadrobić zaległe.

I tak przyszła pora na Macochę, o której swego czasu sporo czytałam na innych blogach. Czy zgadzam się z pochwalnymi opiniami? I warto było, poświęć kilka godzin na lekturę?




 Roma żyje sobie ze swoim mężem. Prowadzi spokojne i jak się wydaje poukładane życie. Prowadzi wraz z koleżanką kafejkę internetową, która bardziej służy jako zabicie nudy niż praca, dzięki której może zarobić. Bo interes prosperuje coraz gorzej, o czym obie dobrze wiedzą, jednak nie chcą się do tego przyznać.

Mąż Bruno jest weterynarzem. I właściwie to on utrzymuje ich rodzinę. Ona po prostu pracuje, by nie czuć się na garnuszku. Dla zaspokojenia swojej dumy. I słusznie. Wszystko ma swój porządek, aż do pewnego dnia. Gdy nagle i bez uprzedzenia, pojawia się córka Bruna z poprzedniego związku.

Sprawa niby normalna, bo przecież Roma wiedziała o dziecku, ale od tylu lat młoda mieszkała z matką i nigdy nie wyrażała potrzeby zmiany, że teraz, gdy zakomunikowała chęć zamieszkania z ojcem i jego nową żoną, wytrąca kobietę z równowagi i burzy dotychczasowy spokój.

Wyrzucić dziewczyny nie może, nawiązać kontakt nie wie jak. Bo nastolatka nie przejawia żadnych chęci. Wręcz przeciwnie, obnosi się ze swoimi grymasami i wszystko krytykuje. Dla Romy zapala się lampka. Czy aby była partnerka, pod pretekstem córki, nie chce zburzyć związek? Gorzej, jeśli, ta bezczelna smarkula sama powzięła sobie taki plan.

W końcu kobieta zaczyna działać. Musi zrobić wszystko, by pozbyć się pasierbicy z domu. Sama nie wyobraża sobie, by mogła polubić pyskatą dziewuchę. Zresztą z wzajemnością.

I gdy wydaje jej się, że już gorzej być nie może, bo nieproszony gość, panoszy się po jej domu z coraz większą śmiałością, to w dodatku zaskarbia sobie poparcie u matki, Romy! Wróg we własnym domu, brak oparcia ze strony tej, która powinna stanąć murem.

Desperacja i frustracja. W dodatku brak światełka w tunelu, a dokładniej spakowanych walizek dziewczyny. Jak odnajdzie się w nowej sytuacji Roma? I czy jest możliwe, by poczuła sympatię do trudnej nastolatki?




Opowiedziana historia może i jest przewidywalna, ale mnie się niebywale dobrze czytało i szczerze powiem, uśmiałam się chwilami porządnie.

Z jednej strony heroiczna walka Romy, by pozbyć się pasierbicy, z drugiej jej poczucie zagrożenia. Bo nagle pojawia się obca dziewczyna, z którą nie ma wspólnych tematów, nie wie jak się zabrać do nawiązania kontaktu. Przez co od razu kapituluje, a jej niechęć, nawet przykryta uprzejmością przebija zbyt mocno.

No prawdą jest, że niespodziewany gość, nie należy do miłych, z którymi chce się spędzać każdy wolny czas. Wręcz przeciwnie. Córka Brunona, na każdym kroku afiszuje się ze swoimi poglądami, Dając do zrozumienia, że nikt jej nie rozumie, a ona gardzi wszystkimi w koło.

Nastolatka, w najgorszym etapie życia, gdzie każdy wydaje się wrogiem i macocha, z poczuciem zagrożenia, tylko nie bardzo wiedząca jakiego. Bo przecież pojawienie się córki w ich domu, nie może sprawić, że Bruno nagle przestanie ją kochać. No ale.. Kobieca wyobraźnia lubi podsuwać najgorsze scenariusze. Co tak też się dzieje, w głowie Romy.

Ciekawa i książka, można pośmiać się z pomysłów Romy, popatrzeć na zachowanie dwóch odległych biegunów. Troszkę mi nie bardzo odpowiadała postać męża. Bo był jakby tłem. Ona walczyła, on niczego nie widział i nie rozumiał.

Tutaj pierwsze skrzypce grają Roma i Kasia. Obie walczą o zwrócenie na siebie uwagi. Z tą różnicą, że pierwsza po prostu czuje irracjonalne zagrożenie, a druga krzyczy za akceptacją, mimo popełnianych błędów.

Co może wyniknąć z takie mieszanki wybuchowej? Ano mnóstwo zabawnych sytuacji.

Mnie się podobało, może nie jest to książka, którą czyta się w napięciu, co będzie dalej, ale potrafi oderwać na pewien czas i wywołać uśmiech na twarzy. Polecam.


 Książkę przeczytałam dzięki Legimi.pl 

listopada 09, 2017

listopada 09, 2017

Kobiety ciężkich obyczajów

Kobiety ciężkich obyczajów


Długo przyszło mi poczekać, na możliwość przeczytania ostatniej części z serii „Matki, czyli córki” Nataszy Sochy. Wszędzie widziałam i słyszałam, że jest najmocniejsza książka z trylogii. Już nie taka zabawna, chwilami wręcz brutalna w szczerości opisów.

Niecierpliwiłam się ogromnie, ale cóż było poradzić, musiałam czekać i oto w końcu, nadeszła chwila, gdy zasiadła do czytania. I czytałam do tej pory, aż skończyłam, a stało się to w środku nocy, cóż poradzić, są książki, których nie można odłożyć „na jutro".




Kwiryna przyjeżdża do Warszawy jako nastolatka. Matka wysyła ją do wielkiego miasta, twierdząc, że tam ma szansę na lepsze życie niż we wsi. Dziewczyna miała udać się pod podany adres, by na początku móc się gdzieś „zaczepić”, ale zbieg okoliczności sprawia, że poznaje Lucynę, doświadczoną życiowo, nieco starszą od niej kobietę. Obie są samotne i potrzebują pomocy. Być może siła wyższa zdecydowała, że miały się poznać i razem stawić czoła trudnej codzienności.

Kira nie lubi mężczyzn. To znaczy, nie lubi być od nich zależna, nie chce się za żadnym uganiać. To oni mają płakać, kiedy ich zostawia, oni mają cierpieć. Nie Kira. I nie czuje potrzeby wiązania się z tym jedynym. Zabawa trwa dopóki nie padają poważne deklaracje. Wtedy dziewczyna zakańcza relację, szybko i w miarę bezboleśnie. Dla siebie oczywiście. Tego, co czują porzuceni, nie bardzo ją obchodzi.

Przestała wierzyć w prawdziwą miłość. Jej serce tylko raz zostało zranione, od tamtej pory postanowiła mieć wszystko pod kontrolą.

Dwie kobiety, które łączy pokrewieństwo, a dzieli wiele lat. Niby odległe, a jednak bliskie. I chociaż Kwiryna została wprowadzona w świat prostytucji niezupełnie w pełni radośnie, to zrozumiała, że takie życie jest lepsze, niż zamartwianie się o kolejny dzień, co włożyć do garnka i przede wszystkim za co?

Kira nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo jest podobna do prababki, o której nigdy nie słyszała. Nikt też nie wiedział, co takiego uczyniła ta pierwsza, że została znienawidzona przez własną córkę. A gdy sprawa ujrzała światło dzienne, coś jeszcze nie dawało spokoju.






Chciałabym zacząć od słów — Ach! Cóż to była za książka! Ileż emocji, napięcia i tej charakterystycznej atmosfery przedwojennej Warszawy. Jakże ciekawie czytało się te opisy miasta, ludzi i wszystkiego, co działo się właśnie wtedy.

Wątki z Kwiryną i jej losami były naprawdę bardzo wciągające. I nie tylko ze względu na profesję, którą się zajmowała. Bo zanim do tego doszło, należało się odpowiednio przygotować. Właśnie droga do tej, można by powiedzieć lekkiej pracy, były pasjonujące i szczerze mówiąc, robiły na mnie ogromne wrażenie. Bo Kwiryna — Luiza, nie była jakąś tam podrzędną ulicznicą, to była dama do towarzystwa z wyższej półki.

Również bardzo interesujące były podboje Kiry, która z niewiarygodną wprawą i bezwzględnością zdobywała swoje ofiary i przyglądała się, jak wygląda kolejny upadek instytucji małżeństwa, czy też wierności w związku. Co nie powiem, chwilami przerażało, na myśl, że mężczyźni tak łatwo dają się zmanipulować. No cóż, należy mieć nadzieje, że będąc w związku, nasz partner nie spotka tego typu kobiety.

Oczywiście mamy podgląd na życie Kaliny oraz jej nowej rodziny. Utrzymującej się trudnej sytuacji z Konstancją, która uparcie nie potrafi zaakceptować nowego zięcia, tego, że w jej życiu znowu pojawił się wiarołomny mąż. Zbyt wiele spraw wymknęło się spod kontroli starszej kobiety. Latami uporządkowana codzienność legła w gruzach, a wszystko przez... szalejące hormony córki.

Chwaliłam poprzednie książki, bo i Hormonia i Dziecko last minute bardzo wpasowały się mój gust, tak teraz po prostu nie wiem co napisać. Kobiety po prostu są genialnie napisane. Zarwałam nockę, musiałam zakończyć. Nie zasnęłabym w nieświadomości. I gdy już dotarłam do końca, poczułam smutek. Bo koniec i co teraz?



Podsumowując, Kobiety ciężkich obyczajów po prostu trzeba przeczytać. Trzeba i koniec.






września 29, 2017

września 29, 2017

Zula w szkole czarownic

Zula w szkole czarownic
źródło



Jakiś czas temu poznałam się z Zulą, dziewczynką, która pochodzi z rodziny czarownic. Do tej pory nie miała pojęcia, że tak jest, ponieważ jej mama ukrywała ten fakt przed nią, jak i resztą swoich znajomych. Mama Zuli, nie potrafi pogodzić się w istnienie czegoś, co nie można wytłumaczyć naukowo. Wymogła więc na ciotkach dziewczynki, by nie ujawniały tajemnicy przed siostrzenicą, magia jednak chciała inaczej. Teraz nowa członkini musi zacząć pobierać nauki w specjalnej szkole, a tam czekają ją nowe przygody, jakie? O tym już za chwilę.

Szkoła czarownic znajduje się w innym wymiarze, gdzie czas płynie nieco inaczej niż na ziemi. Dzięki temu nasza mała czarodziejka może uczestniczyć w zajęciach, nie opuszczając zbyt wiele własnych lekcji. Akurat zbliża się Halloween, czas nauki. Ciotki przygotowują swoją ulubienicę do wyprawy, gdzie w końcu pozna babkę Liliannę, największą z czarownic i mentorkę. Tam daleko od domu ma poznać magiczne tajniki, zrozumieć dar, jaki otrzymała i dobrze się nim posługiwać.

Na Poziomkowej Polanie będą oczekiwały nie tylko dwie szalone cioteczki, ale i przyjaciele dziewczynki. Koledzy z klasy, którzy poznali sekret Zuli. I gdyby ktoś pomyślał, że dni nieobecności przyjaciółki będą się dłużyć nudą, były w ogromnym błędzie. Bo ciotki mają pewną sprawę do załatwienia, a w rozwiązaniu jej pomogą dwaj pomocnicy. Nie obdarowani magią, ale czymś zupełnie innym, również przydatnym.

Jakie przygody czekają na naszych małych bohaterów, czy może się zdarzyć coś nieoczekiwanego i przede wszystkim, jak przekonać rodziców do swojej wyjątkowości?

 
Ucieszyłam się, gdy trafiła w moje ręce kolejna część przygód Zuli, i chociaż seria jest kierowana w stronę młodszych czytelników, to i dla dorosłych będzie miłym oderwaniem od trudniejszych lektur.

Po zachwycie nad pierwszą częścią byłam niezmiernie ciekawa drugiej i tego, co ma do zaoferowania.

I chyba sama, postawiłam zbyt wysoko poprzeczkę, bo jakby nie było, książeczka kierowa a jest dla dzieci, a ja oczekiwałam, Bóg jeden wie czego. I żeby nie było, Zula w szkole czarownic, bardzo dobrze się czyta, tylko mnie jakby zabrakło dynamiki. Całość była zbyt przewidywalna, nawet jako historyjka dla tych młodszych. I kiedy myślałam, że no trudno, widać jestem zbyt stara do podobnych opowieści, nagle stało się coś nieoczekiwanego, co wzbudziło moje zainteresowanie. Nawet wywołało dreszczyk emocji, z pytaniem „Co będzie dalej?".

Oceniając książeczkę, Zula jest dobrą kontynuacją. Na pewno nie zawiedzie odbiorców, do których jest kierowana. Myślę, że nawet jeszcze bardziej wzbudzi ciekawość, bo zakończenie pozostawia czytelnika z zapytaniami, na których odpowiedzi chce się uzyskać, jak najprędzej.

Podsumowując, szczerze i od serca polecam Zulę w szkole Czarownic, młodszym i również starszym czytelnikom.


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies.

września 04, 2017

września 04, 2017

Apteka marzeń

Apteka marzeń
źródło


Gdy dowiedziałam się, że mogę przedpremierowo przeczytać najnowszą książkę Pani Nataszy Sochy, nie zastanawiałam się, o czym będzie, po prostu zdecydowałam się w ciemno. Bo i nad czym? W końcu jest jedną z moich ulubionych autorek. I wszystko było super, dopóki nie rozpoczęłam czytania...

Pierwsze strony i nagle... nagle zrozumiałam, o czym będzie, jaki temat poruszyła autorka. I pierwszy raz w życiu przerwałam czytanie po dwudziestu stronach. Nie dlatego, że coś było źle, że treść beznadziejna. Po prostu odżyły moje wspomnienia i w chwili czytania poczułam ten sam lęk, który towarzyszył mi jeszcze kilka miesięcy temu. Nie chciałam o tym czytać, nie chciałam od nowa przeżywać tego strachu i zastanawiać „co by było, gdyby”, gdybym nie miała tyle szczęścia w swoim nieszczęściu. Gdyby moje wyniki nie okazały się na tyle łaskawe. Bo są takie sytuacje, kiedy jest większe i mniejsze zło. W moim przypadku skończyło się „tylko” na wycięciu. Jednak do dziś zmagam się ze strachem, jaki towarzyszył przez kilkanaście koszmarnych dni. Dni, w których strach, rozpacz, złość mieszały ze sobą. I nic ani nikt nie potrafił nad tym zapanować. I ja tych dni nigdy nie zapomnę. Teraz miałam przeczytać książkę o ludziach, którym aż tak się nie poszczęściło...

Idziemy, biegniemy do przodu. Wstajemy do pracy, szkoły czy na wyprawę do parku zabaw dla dzieci. Zdarza się nam poczuć źle, w końcu to nic takiego. Nawet dzieci miewają swoje gorsze dni. I Ola też takie miała. Rozbolały nóżki, plecki, brzuszek. Kogo nie bolał brzuszek? Przecież nie można z każdym bólem biec do lekarza. Nie trzeba prawda? Dzieci nie chorują, a tym bardziej nie na straszne choroby.

Magdzie wydawało się, że słowa lekarza nie docierają do jej mózgu. Nie są kierowane w jej stronę, nie o jej malutkiej córeczce, którą tylko pobolewał brzuszek. Natłok informacji zlał się w jedną całość. I uwierzcie mi, ja doskonale wiem, jakie to uczucie zablokowania. Niedopuszczania tego, co właśnie padło z ust lekarza. I w chwili, gdy człowiek wyobraża sobie, że nic już gorszego nie padnie, nagle pojawia się On, ten, który nigdy nie czeka — czas. Mający w zwyczaju ignorowanie błagań tych, którym zostało go bardzo mało.

Bycie nastolatką nie jest łatwe, a jeśli dojdzie do tego nagła i niespodziewana informacja o posiadaniu nowego członka rodziny, znacznie utrudnia ten etap. Burzy hormonów, huśtawki nastrojów i całej reszty.

Karolina nie chciała być dziewczyną, zawsze interesowało ją to, co męskie. No ale los zadecydował inaczej. Teraz wprawdzie, nagle poczuła budzącą się w niej kobietę. Nadeszła pora na pierwsze zmiany, również w garderobie.

Życie lubi płatać figle, nie pytając o wiek, marzenia i plany na następny rok. Nawet na jutro. Nagle spada decyzja, że od teraz będzie zupełnie inaczej. I można się z tym zgadzać albo i nie.

Szpitale łączą ludzi i tych im towarzyszącym. Co najdziwniejsze, oni, ci, którym świat nagle się zawalił, są twardzi. Walczą dzielnie, pocieszając zdrowych. Nie bojących się mówić o ewentualnym niepowodzeniu w wyścigu po to, co najcenniejsze.

Karolina i Ola z pewnością nigdy by się nie spotkały. W normalnym życiu — tak większość może to nazwać. Gdzieś wśród ludzi, panuje niepisany podział. My normalni zdrowi, Oni — chorzy. Od których często się ucieka. Dlaczego? Bo strach blokuje normalne instynkty? Czy raczej nieświadomość, że większość z nas, może się tam „u nich,” spotkać?

Dwie dziewczynki, sporo lat różnicy, a jednak łapiące nic porozumienia. Każda toczy własną walkę, czy tam na mecie, spotkają się razem? I czym tak naprawdę jest zwycięstwo?





"Do wszystkich kobiet mających dylemat, czy lepasza jest na piance kawy rozetka, czy może serduszko. Do wszystkich ludzi, których denerwuje padający deszcz, zbyt głośno szeleszcząca gazeta czy też spóźniający się tramwaj. Do tych, którzy kłócą się o nic. Lub o włosy kota na poduszce. O smak rosołu. 
Raz jeden w życiu przejdźcie się korytarzem szpitala onkologicznego. Oddział dziecięcy.
Raz jeden..."



 Apteka marzeń była najtrudniejszą lekturą w moim czytelniczym dorobku. Potrzebowałam sporo czasu, by powrócić do czytania. Zmierzyć z ukazanymi historiami. I ja zdaję sobie sprawę, że podobnych tytułów, na rynku wydawniczym już jest kilka. Jednak jestem przekonana, że nie takich jak ta.

Tę książkę czyta się, uśmiechając przez łzy. U mnie ciągle coś siedziało w gardle i za nic nie chciało odpuścić, nawet podczas zabawnych sytuacji.

Bo tutaj nasi dzielni bohaterowie nie uderzają w rozpacz. Upadają, ale podnoszą się i walczą. Zdają sobie sprawę, z siły ich przeciwnika, mimo wszystko nie dając za wygraną.

Jest to również opowieść o tych, którzy stoją obok. Bezradnie przyglądają się zmaganiom tych dzielnych wojowników. Matki albo jak się nazywają onkomatki. Te, które nie płaczą, zawsze mają uśmiech na twarzy. Chodzące w niewidzialnych zbrojach. Funkcjonujące na dwa domy. Ten w szpitalu i ten, z rodziną, czekającą na powrót. Koniec koszmaru. W końcu każdy koszmar kiedyś się kończy...

Trudno jest oceniać książkę, poruszającą tak poważną tematykę. Niemniej uważam, że Pani Natasza Socha, zrobiła kawał świetnej roboty. I chociaż sama odebrałam ukazane opowieści bardzo osobiście, przeżywając bardziej, niż bym sobie tego życzyła. To jestem przekonana, że każdy, ale to każdy sięgający po Aptekę, zmieni swoje nastawienie, może zdecyduje się pomóc potrzebującym. Rejestrując do oddania szpiku, bo to naprawdę nie boli, a może uratować komuś życie. Pamiętajmy, że dziś to może być tylko historia na kartkach papieru, ale nie mamy pewności tego, co szykuje dla nas jutro. Nie bądźmy głusi i nieczuli na wołanie o pomoc. My widzimy „kolejną prośbę o pomoc”, „Oni” zastanawiają się, czy ta brutalna loteria okaże się łaskawa.

Cóż mogę jeszcze napisać, polecam Aptekę marzeń z całego mojego czarnego serduszka.



Data premiery -  13 września 2017




 Za możliwosć przeczytania ksiażki, dziękuję autorce.




maja 26, 2017

maja 26, 2017

Zula i porwanie Kropka

Zula i porwanie Kropka
źródło



Moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, odbyło się na długo po tym, gdy usłyszałam same pozytywne opinie. Zbierałam się za przeczytanie  pierwszej książki, aż w końcu i ja dołączyłam do grona, tych, którzy nie potrafią doczekać się najnowszej pozycji. Bo Natasza Socha, jest pisarką, po której książki można sięgać w ciemno. Nie ma możliwości rozczarowania. I chociaż jeszcze nie nadrobiłam tych pierwszych, nie czuje smutku. Raczej radość, że jeszcze tyle przede mną. 
I kiedy wyszła zapowiedź Zuli, tytułu kierowanego w stronę młodszych czytelników, nie zastanawiałam się czy chcę. Dzieckiem nie jestem, ale Zulę musiałam posiadać, czy było warto? 



Zula musi przeprowadzić się do ciotek. Rodzice dziewczynki wyjeżdżają do Afryki, na co najmniej roczny kontrakt, leczyć dzieci. Ich córka zostanie powierzona dwóm ciotką - Heli i Meli.
Bliźniaczki, charakteryzujące się dosyć wyróżniającym się stylem i trybem życia. To też matka Zuli, troszkę obawia się, jak cały pobyt wpłynie na ukochaną jedynaczkę. 

Sama główna zainteresowana, nie do końca czuje radość, na myśl o przymusowej przeprowadzce. W prawdzie rodzice obiecują, że czas szybko zleci, ciotki są szczęśliwe mając pod opieką siostrzenicę, może jednak nie będzie tak źle? I tęsknota nie dokuczy zbyt mocno? 

Przekraczając próg domu Meli i Heli, odczuwa dziwną ekscytację, ale gdy zostaje wprowadzona do pokoju, który na najbliższe miesiące, został dla niej przygotowany, odczuwa przeogromną radość. Wnętrze zostało cudownie urządzone, łóżko przypomina statek, ma nawet bocianie gniazdo! Same wspaniałości. 

A to dopiero początek niespodzianek. Nieco postrzelone ciotki, spełniają zachcianki ukochanej dziewczynki. Przy okazji, bacznie przyglądając się jej zachowaniu. 
Ona natomiast, już na samym początku pobytu, postanawia zaopiekować się bezdomnym kotem, nadając mu imię - Pazur. Bardzo adekwatne do usposobienia futrzaka. Zwiedzanie miasteczka postanawia zacząć od szkoły, by nie zabłądzić gdy rozpocznie się rok szkolny. Dzięki tej decyzji poznaje nowego kolegę, Kajtka. Jakiś czas później dołącza do ich duetu Max, we trójkę, dzieci tworzą zgrany zespół.  Co już niebawem stanie się bardzo przydatne.

Zula dowie się, że jest młodą czarodziejką. Zdolności odziedziczyła po swojej babce. Wielkiej Czarownicy,  a przecież posiadanie zdolności czarowania, będzie niosło ze sobą, ciekawe zdarzenia...




Nie spodziewałam się, że spędzę tak miło czas, podczas lektury tej książeczki. Jak siadłam, tak nie potrafiłam się oderwać. I chociaż tematyka iście dziecięca, to w niczym nie przeszkadzało odczuwać radości z przygód, które doświadczała Zula i jej znajomi. 

Natasza Socha, świetnie sprawdza się, jako autorka książek dla dorosłych, ale i dla dzieci. Teraz gdy książeczka jest już za mną, czuje jakiś taki smutek. Zbyt szybko przeczytałam. Wczułam się niesamowicie w stworzoną atmosferę. Czarowanie było takie naturalne, nie odczuwało się żadnej sztuczności, czy czegoś, co sprawiało, że wpadała myśl - to tylko w bajkach możliwe. Szczerze mówiąc, ja chyba przez cały moment czytania, byłam taką małą dziewczynka i wierzyłam, że przygody Zuli były prawdziwe i zazdrościłam, że nie mogę ich przeżywać naprawdę. 

Wspaniałym uczuciem było oderwać się od codzienności, przenieść do innej krainy. Dziecięcych marzeń i wierzeń, że wszystko jest możliwe. A może, rzeczywiście tak jest, tylko my dorośli, zapominamy o mocy, spełnianiu się życzeń? Chciałabym, żeby tak właśnie było. 

Książeczka jest świetnie wydana - uwielbiam ten żółty papier, jest moim ulubionym, ma w sobie to coś, co sprawia, że czas jakby cofał się do lat, gdy jako dziecko czytało, tego typu bajeczki. Super sprawa. Polecam Zulę, nie tylko dla dzieci, ale również i starszym czytelnikom, na pewno polubicie tę rezolutną dziewczynkę, jej ciotki oraz zwierzaki.
 
 
Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu PapierowyPies.
 

listopada 18, 2016

listopada 18, 2016

Biuro przesyłek niedoręczonych

Biuro przesyłek niedoręczonych


Każdego roku, kiedy jesień jeszcze niekoniecznie ustępuje miejsca zimie, na rynku wydawniczym pojawiają się książki w klimacie Bożonarodzeniowym. Czas ten wydaje się jedyny w swoimi rodzaju  i chociaż można by rzec tani chwyt marketingowy, dla mnie wydaje się być uprzyjemnieniem dni w wyczekiwaniu, na dni które mają w sobie coś magicznego.  
I właśnie tę magię świąt ukazała w swojej książce pani Natasza Socha, czy można powiedzieć o Biurze przesyłek niedoręczonych, że jest tytułem obowiązkowym w tym wyjątkowym okresie? 

Mało kto, zastanawiał się gdzie trafiają listy oraz paczki niedoręczone do adresata. Okazuje się, że jest specjalny dział "biuro przesyłek niedoręczonych" gdzie każdy list albo paczka są segregowane i układane do przechowania. Pracownicy natomiast próbują ustalić dane adresata. Miejsce nikomu praktycznie nieznane, niezbyt atrakcyjne, a jednak Zuzanna z radością przyjmuje posadę i rozpoczyna pracę, która jak się okaże nie będzie nudna. 

Segregacja listów, przeglądanie zawartości paczek. Ileż przeróżnych i najdziwniejszych rzeczy można znaleźć w przesyłkach, które z jakiegoś powodu utknęły w tym miejscu. Zuzanna poważnie podeszła do swojego zajęcia, chociaż wiadome było, że nie wszystko uda się rozwiązać pomyślnie, nie każde dziecko otrzyma prezent o jaki napisało do Mikołaja, nie każdy list doczeka się odpowiedzi... 

Praca jak każda, ma swoje zasady. Jedną z nich jest nieczytanie listów, ale kiedy kobieta trafia na listy w niebieskich i seledynowych kopertach zaczyna się zastanawiać nad ich historią, zwłaszcza że są one wysyłane od trzydziestu ośmiu lat. Kim są nadawcy, dlaczego do tej pory nie domyślili się, że ich listy nie trafią pod adres? 

Zuzanna poznaje Milę, sympatyczną kobietę pracującą od wielu lat w biurze. Nie traktującej zajęcia jako nudnego, próbująca za wszelką cenę posłać chwilowo zatrzymane przesyłki dalej. We dwie zainteresują się specjalną baśnią, dedykowaną konkretnemu dziecku, do którego  musi  trafić.  Sprawa nie wydaje się prosta, ale chcieć to móc, a w końcu przed świętami wszystko jest możliwe. 

Tajemnicze listy w kolorowych kopertach, dedykowana bajka. I uciekający czas do świąt. Czy można ingerować w cudze życie, jakie będą konsekwencje interwencji nawet w dobrych zamiarach? 

Wyczekiwałam tej książki, jakoś w tym roku szybciej popadłam nastrojowi świątecznemu w literaturze. Dlatego każda kolejna pozycja nawiązująca do konkretnego tematu, jest dla mnie numerem jeden na liście do przeczytania. 
Nie wiedziałam co zastanę w tej konkretnej historii, ponieważ panią Sochę poznałam z nieco innych stron, więc tutaj była zupełna nowość, a co za tym idzie, ciekawość. 
Zasiadłam do czytania, miałam tylko zerknąć na kilka stron. Nie wiedziałam kiedy byłam już bardzo daleko, pochłonęła mnie fabuła. Biuro przesyłek niedoręczonych wciągnęło do magazynu, wraz z Zuzanną próbowałam pomóc w odnalezieniu prawidłowych adresów. Zainteresowałam się historią bajki, która no przyznam się szczerze, mnie doprowadziła do łez. Coś pięknego i poruszającego.

Podobnie było z historią niebieskich kopert, od lat trafiających do magazynu, zamiast do osoby, która z pewnością ich wyczekiwała. Nie mając pojęcia, że jej własne również nie dotarły do odbiorcy... 

Pomyłka, a może przeznaczenie... Los spłatał figla.  Lata mijały, a odpowiedzi nie docierały, czasem dzięki nadziei człowiek ma siłę rano wstać. Tak też było między tym dwojgiem ludzi. I chociaż przychodziło uczucie zwątpienia, to mijało gdy nadchodził ten wyjątkowy czas świąt...  Jaka jest szansa by pomylone adresy zostały odnalezione, by przypadkowe błędy naprawione? Może warto czekać, nawet kiedy inni nazwą to głupotą? 

Staram się nie zdradzić, nie odebrać przyszłym czytelnikom radości czytania, w odkrywania tajemnicy fragment, po fragmencie. Bo proszę mi uwierzyć, finał będzie naprawdę emocjonujący. Co najważniejsze wspominana często magia, z każdą kolejną stroną rośnie w siłę. I właśnie to, w książce pani Sochy jest najpiękniejsze. I coś, co jest takim jakby bonusem, pluszowy miś bez ucha, na tym nie wytrzymałam. Łzy już same płynęły. Może robię się tkliwa na starość, ale to było, a raczej jest piękne. 

Świetna książka, obowiązkowa świąteczna lektura. Szczerze i od serca polecam, nikt się nie rozczaruje. Nie ma takiej możliwości. Piękna.

Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu Papierowy Pies

listopada 02, 2016

listopada 02, 2016

Dziecko last minute

Dziecko last minute





W końcu i do mnie trafiła druga część cyklu - Matki, czyli córki. Kto nie zapoznał się z twórczością Nataszy Sochy powinien jak najszybciej nadrobić swoje zaległości. Ponieważ jest to autorka wyjątkowa pod każdym względem, a tę wyjątkowość można poznać między innymi poprzez napisane książki. No dobrze, ale ja nie o tym miałam, a o dziecku w dodatku last minute, które to pojawiło się w formie kropki, albo zygoty, jak kto woli, grunt że  u kobiety zupełnie się tego nie spodziewającej. Hormonia zakończyła się w chwili, która pozostawiła wiele pytań, teraz oczekiwałam odpowiedzi.  Jakież one były? O tym za chwilę... 

Kalina jest w ciąży, może to nie byłoby takim zdziwieniem i czymś niepojętym gdyby nie fakt, że jeszcze nie tak dawno stanęła oko w oko z menopauzą i po prawdzie zaczynała się z nią oswajać, a nawet akceptować. Taka kolej rzeczy. Przespała rozkwit własnego życia, więc kiedy przyszło do przekwitania postanowiła coś z nim zrobić by złapać te ostanie żywe płatki kwiatu. No i można powiedzieć, że złapała i to tak konkretnie. Bo dziecko było ostatnią rzeczą jakiej się spodziewała. Widać natura spłatała figla, a teraz siedziała na uboczu zadowolona z siebie i oczywiście zamieszania jakie wprowadziła do życia, nie tylko tej dwójki pogubionych w swoim świecie ludzi. 

Chyba nikt nie zapomniał o cudownej mamusi - Konstancji, oraz tego co wyczyniała gdy zawsze posłuszna córka postanowiła wyjechać bez pozwolenia. I to w dodatku z mężczyzną, nieznajomym. O co chodziło Kalinie? Dlaczego tak nagle i niespodziewanie zaczęła się buntować? A najgorsze miało nastąpić. Wymuszony powrót córki nie zapowiadał tego co już niebawem miała usłyszeć, wiadomość nie tyle zszokowała, co zmroziła i zniesmaczyła. W dodatku ten mężczyzna panoszący w koło i próbujący decydować za Konstancje. Skandal. Jakim prawem i co sobie wyobraża Kalina, że go słucha i zachowuje się inaczej. 

Jak się okazuje ciąża dojrzałej córki i matki, wywarła spore wrażenie nie tylko na głównych zainteresowanych i najbliższych, ale i również nieaktualnym mężu. To znaczy mężu formalnie, bo w zasadzie od dawna tych dwoje wiodło zupełnie osobne życie. Tylko jakoś tak się złożyło, że Adamowi pasowała rola mężczyzny z legalną nową partnerką i posłuszną żoną. Żyjącą w samotności. Kiedy jednak Kalina powróciła ze swoich wojaży nie dość, że w dwupaku to jeszcze odmieniona pod każdym możliwym  względem coś w nim pękło. Może męska duma, może nuda. Nikt tego nie wie, ale od momentu ujrzenia byłej żony zaczął zachowywać co najmniej dziwnie, ja bym pokusiła się o stwierdzenie - jak nawiedzony frustrat. 

Dzieje się w książce, oj dzieje. Nie brakuje emocji, nowych okoliczności i czegoś jeszcze. Nasi bohaterowie chcąc nie chcąc zostaną zmuszenie do zmiany, jak sobie z nią poradzą? 

Twórczość autorki poznałam stosunkowo niedawno, ale jakoś się złożyło, że już od pierwszego tytułu jaki wpadł w moje ręce poczułam  to coś. Od tej chwili byłam i jestem przekonana, że co nie napisze autorka, mnie na pewno się spodoba. Mam świadomość ile jeszcze muszę nadrobić, bo swoją przygodę rozpoczęłam chyba od środka, więc pierwsze pozycje są przede mną, z czego szczerze mówiąc jestem zadowolona. Bo w czasie oczekiwania na nowość mogę sięgnąć po tytuł już wydany. 

Wracając do omawianego Dziecka last minute - którego nie mogłam się doczekać. Z ciekawości przytupywałam nóżkami i gdy wreszcie była przede mną, zasiadłam do czytania i przepadłam. I chociaż tutaj już nie spotkałam się z tym charakterystycznym dla autorki czarnym humorem,to nie odczułam tego za jakaś specjalną ujmę dla książki. Przeciwnie. Na tym etapie zmagamy się z problemami dojrzałej kobiety, która musi się przestawić na zupełnie inny tryb życia, niż ten prowadzony do tej pory. Dziecko, nowy partner i cała reszta. No i rzecz jasna humorki matki w pakiecie - bo o tych ciążowych nie muszę wspominać. Mnie tematyka ciąży słabiej interesowała i niespecjalnie wczuwałam, widać dalej jestem na tym polu ignorantką. Mam nadzieje, że kiedy mnie dopadnie ten stan nie zeświruje - Boże miej nade mną litość. Nawet jeżeli wypadnie to w wieku późnym, nie chcę być wariatką ganiającą za bucikami i śpioszkami. Niechaj to będzie spokojne, w miarę możliwości. Koniec apelu. 
I nie, nie drażniła mnie Kalina ze swoimi dolegliwościami. Po prostu nie wczuwałam się w jej zmartwienia i całą resztę. Podejrzewam, że każda matka wie i rozumie. Ja nie. Takie życie. 

O wiele bardziej ciekawiły mnie poczynania Adama i Marietty - byłych partnerów naszych zakochanych.  Biedactwa nie potrafili znieść widoku szczęścia u ludzi, którzy powinni opłakiwać zmarnowane szanse, a tutaj takie fanaberie i jeszcze ciąża. No kto to widział! 
Kombinowali jedno przez drugiego, nie mam pojęcia kto miał bardziej żałosne pomysły, ale śmiesznie było. Naprawdę. 

Nie zapominajmy jednak o Konstancji, która nie wybacza i nie zapomina. Kobieta z kamienia, ma swoje tajemnice, ma swoje racje. Nikt nie wie dlaczego postąpiła w taki, a nie inny sposób z ojcem Kaliny, co ją do tego popchnęło. Następna tajemnica. 

Muszę przyznać, że całość toczyła się swoim takim dosyć jednostajnym rytmem, przychodzi zakończenie i nagle.. BUM. Szczękę zbierałam z podłogi. No nie tego się spodziewałam, szok chyba do teraz mnie trzyma. I jak czekać na następną z serii? Tak się nie robi. Wyskoczyć z petardą i zgasić przed zobaczeniem efektu. Nie. Nie zgadzam się. A książkę musicie przeczytać. Chociażby dla zakończenia! 


Tekst stanowi oficjalną recenzje dla portalu DużeKa


września 05, 2016

września 05, 2016

Hormonia

Hormonia


Być kobietą, być kobietą... nie jest łatwo. Od najwcześniejszy lat dzieciństwa każda dziewczynka ma wpajane do głowy odpowiednie zachowania, bo kobiety to jedno powinny, a drugiego kategorycznie nie wolno. Tak, bycie kobietą nie jest łatwe, zwłaszcza kiedy do głosu dochodzą ukochane... hormony. To właśnie przez ich ingerencje płaczemy, złościmy się albo odczuwamy dyskomfort fizyczny.  Uwierzyć we własną kobiecość nie jest łatwo, tym bardziej gdy od zawsze żyje się pod dyktando bardzo silnej i despotycznej matki.  Przez lata można się podporządkowywać, ale przychodzi taki okres w życiu KAŻDEJ kobiety kiedy racjonalne myślenie schodzi na dalszy plan, do głosu dochodzą nieznane reakcje, chęć ryzyka i posłuchania czegoś innego. Bo gdy hormony odbierają stabilną harmonię życiową nic nie może być takie samo... 

Odkąd pamięta funkcjonowała w rytmie jaki został ustalony przez matkę. To ona decydowała co będzie jadła, kiedy i w jaki sposób. Nawet wygląd Kaliny musiał być zgodny z jej kryteriami.  I chociaż córka dawno przestała być małą dziewczynką to jakoś nigdy nie potrafiła sprzeciwić się decyzjom, które wiele razy nie podeszły w jej gust. Matki spojrzenie wystarczało by Kalina rezygnowała z jakichkolwiek potencjalnych zmian. Żyła życiem matki, jej zachciankami i fanaberiami.  Nawet kiedy poznała mężczyznę i zaszła z nim w ciąże, to oddech i spojrzenia rodzicielki nie opuściły nowej rodziny. 
Dominacja kobiety nad kobietą. Jednak pewnego przypadkowego dnia, gdy do świadomości dojrzałej fizycznie, lecz niekoniecznie emocjonalnie córki dochodzi, że o to najlepsze lata jej życia upłynęły, do drzwi zapukała menopauza, a ona nie przeżyła ani jednego dnia tak jak sama by tego chciała. Poczuła, że musi coś zrobić. Pod wpływem impulsu, wewnętrznej przekory decyduje się odpowiedzieć na anons matrymonialny zamieszczony w jakimś pisemku. Tak naprawdę ani przez moment nie zdając sobie sprawy, że ta z pozoru nic nie znacząca chwila odmieni praktycznie wszystko.
Lecz zanim do tego dojdzie Kalinę czeka wiele decyzji, sygnalizujących zmianę. Uśpiona czujność matki nie wychwyta w porę planów jakie podjęła dotąd posłuszna córka. Jaka więc będzie reakcja na niesubordynację ? Do czego może doprowadzić wieloletnie odkładanie własnego życia na drugi plan? 


Przeczuwałam, że pani Natasza Socha stworzy niebanalną i wciągającą historię, ponieważ już po moim pierwszym spotkaniu z twórczością autorki  zwróciłam uwagę nie tylko na sam styl. Również trafność w spostrzeganiu otaczających zachowań była tym co mnie podbiło. Opisywana zwykła codzienność, problemy które spotykają każdego z nas. A jednak. Poprowadzone w tak genialny sposób, że trudno się oderwać podczas czytania. Cięty język, nazywanie rzeczy po imieniu - to coś co charakteryzuję panią Nataszę. Kiedy przeczytałam Rosół z kury domowej byłam pod ogromnym wrażeniem. Dlatego zależało mi by Hormonia jak najprędzej trafiła w moje ręce. I owszem, trafiła, w dodatku z wpisem od samej autorki! Coś wspaniałego. Jednak nie o tym miałam, a o fabule. 

Poznajemy Kalinę, nauczycielkę, matkę i zarazem córkę. Z tą różnicą, że kobieta będąc w wieku 46 lat dalej żyje pod kloszem tej, która od dawna powinna zająć się prędzej sprawami wnuczki aniżeli dojrzałej córki. Niestety. Kalina musi żyć pod dyktando, nie mogąc spokojnie wyjść sama na miasto, zjeść  śniadanie dla odmiany - w łóżku. Bo są takie dni gdy nawet okruchy nie przeszkadzają. Niestety. W domu tej, która wychowała i praktycznie wychowuje dalej nie może. Lata mijały, jej małżeństwo się rozpadło. Nie ma czemu się dziwić. Który mężczyzna wytrzyma wszechobecną teściową? Żaden. Kalina postanawia jedno - nie ingerować w życie własnej córki. Do tego stopnia, że w zasadzie wcale nie interesuje się sprawami dziecka. Mając na głowie spełnianie zachcianek seniorki rodu.
Żyje, ale tak jakby obok własnego życia i w końcu nadchodzi dzień kiedy budzi się z letargu. Niespodziewanie, nieśmiało. Lista marzeń spisywana, ukryta leży. Czy wystarczy jej odwagi by w końcu zrealizować najbardziej skrywane marzenia? 

Wykreowane postaci są bardzo różnorodne, Kalina borykająca się z przezwyciężeniem nad zdaniem  matki, mimo posiadania własnego dziecka, będąca pod ogromnym wpływem swojej własnej. Cicha i spokojna, nie pamięta kiedy mogła zrobić coś o tak, więc gdy życie daje jej znak łapie się go i chce wydrzeć z niego jak najwięcej może, czy i jakie będą konsekwencje decyzji, decyzji z pozoru zwykłej, ale nie dla Kaliny. Dla niej samodzielny wyjazd jest czymś abstrakcyjnym, o czym marzyła odkąd pamięta. Dlaczego tak bardzo podporządkowała się będąc dorosłą, dlaczego nie umiała stanowczo powiedzieć, że ma własne życie i potrzeby? 
Co do wspomnianej mamusi, och cóż za drażniąca istota, nie dość, że ekscentryczna to tak niesamowicie wredna i złośliwa, że normalnie miałam ochotę przywalić jej patelnią po głowie. Dawno nie odczuwałam tego typu odczuć względem postaci, tym bardziej starszej pani, ale matka Kaliny - Konstancja to typowa wredna i wyrachowana baba. 
Z całego serca kibicowałam Kalinie w jej próbie wyzwolenia, ale kiedy mamuśka zaczęła kombinować dosłownie szczęka opadła mi z wrażenia. I tak się zatrzymałam, zastanowiłam. Czy rzeczywiście są takie matki? Nie potrafiące w odpowiednim momencie odciąć pępowiny?

Nie polubiłam Konstancji, podła  egoistka, zapatrzona we własne fanaberie. Robiła wszystko pod samą siebie nie zważając, że niszczy własną Córkę. Legalnie ubezwłasnowolniła Kalinę sztuczkami, które perfidnie stosowała. 
Żałowałam Kaliny, równocześnie ciesząc się, że w końcu ocknęła się i zareagowała na te nietypowe ogłoszenie matrymonialne. Bo i sam nadawca okazał się oryginalnym i ciekawym człowiekiem. Tylko czy samo pójście na spotkanie wystarczy? Jakie decyzje trzeba będzie podjąć do kolejnych kroków ku wielkiej zmianie, skreśleniu punktu z listy marzeń.. 

Cóż to była za przygoda, śmiałam się i denerwowałam - wiadomo na kogo. Och Konstancja! Długo pozostanie w mojej pamięci. Ciągle zastanawia mnie, czy jej uczucie względem córki to jeszcze była miłość czy już obsesja? Kalina walcząca o samą siebie, o to by zdążyć złapać marzenia póki jeszcze czuje, że jest kobietą. Zegar tyka, czas leci. Matka szpieguje. Trudno jest nie zdradzić planów, nie mając pewności, że jest to w ogóle możliwe, nie mając po swojej stronie nawet córki - bo Kira nauczyła się, że matka robi wszystko pod dyktando babki, dzięki temu ona sama, ma święty spokój. Jak więc zareaguje na bunt? Na coś, co nigdy nie miało miejsca w ich rodzinnym domu? 

Emocje, od początku do końca, ba! Zwłaszcza na końcu będą emocje. Czytałam i nie mogłam zrozumieć kiedy był już koniec. Tak szybko, że to już. A ja chciałam dalej, zżyłam się ze wszystkimi. No nie, poza jędzowatą Konstancją. Babsztyla nie można było polubić w żaden możliwy sposób. Czekam ze zniecierpliwieniem na kontynuację, ogólnie już bym chciała, ale cóż. No musicie wiedzieć, że Hormonia jest genialna. Trzeba ją przeczytać. Matka, córka babka, siostra i tak dalej. Każda kobieta. Musi i koniec. Mężczyźni również. Niechaj zrozumieją kobiety. Chociaż im łatwiej żyć w tym nierozumieniu, powtarzając - jestem facetem, wy jesteście z innej planety...


Copyright © Niekończące się marzenia , Blogger